Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zakon Srebrnej Peleryny. Silvercloak. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3739 pkt
punktów Virtualo

Zakon Srebrnej Peleryny. Silvercloak. Tom 1 - ebook

Początek uzależniającej trylogii.

W Vallinie rozkosz to coś więcej niż sama rozkosz. To żywioł, niezbędny do egzystencji jak woda, oczywisty jak powietrze. Rozkosz leczyła, żywiła, ożywiała. Rozkosz była konstytucyjnym prawem.

Rozkosz była magią, a magia – rozkoszą.

Lecz magią był też ból, a magia – bólem. Na tym właśnie polegał problem.

W tym świecie młoda magini Saffron Killoran próbuje zrealizować tajemny plan, który dojrzewa w jej głowie od dwudziestu lat. Marzy o tym, by pomścić swoich rodziców, zamordowanych przez przedstawicieli przestępczej organizacji Krwawy Księżyc, a przy tym – nie zdradzić najtajniejszego sekretu o naturze swojej magii.

Saff robi wszystko, by dostać się do Zakonu Srebrnej Peleryny, obrońców porządku i prawa. Przy tym jednak wikła się w sieć kłamstw, które wywrócą do góry nogami całe jej życie – i rozbudzą w niej nowe, zaskakujące dla niej samej uczucia.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-905-4
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG
• • •
DWADZIEŚCIA LAT WCZEŚNIEJ

Drzwi domu Killoranów zmieniały kolor w zależności od tego, kto do nich pukał.

Błękitne jak niebo, gdy był to miły znajomy, czerwone jak serce dla ukochanych – obecnych, byłych lub przyszłych. Zielone jak koniczyna dla zajadłego wroga, a fioletowe niczym dojrzała śliwka dla dawnego przyjaciela. Musztardowożółte dla rodziny oraz, wskutek pewnej niedokładności zaklęcia, dla akwizytorów.

Tamtego dnia, gdy z wizytą przyszedł Krwawy Księżyc, drzwi stały się czarne niczym dno studni.

Mellora akurat wróciła do domu z długiego dyżuru w Świętym Izydorze, pobliskim szpitalu magicznych schorzeń, i ujrzała swojego męża Jorana oraz ich córkę Saffron chichoczących radośnie. Joran powoli, metodycznie zamieniał wszystko w domu w parówki, wszystko, to znaczy: kran w kuchni, komplet sztućców z najwyższej szuflady, kilka domowych roślin, rozbujany wściekle koci ogon oraz własny garbaty nos.

– Dzień dobry, moja droga – odezwał się poważnym tonem, gdy Mellora zdjęła fioletową pelerynę Uzdrowicielki. Jego głos brzmiał nieco nosowo, a to dlatego, że zamiast nosa Joran miał parówkę. Stuknął go raz cienką cedrową różdżką i oto powrócił urodziwy orli kształt.

Saffron stała obok, obejmowała ramionami nogę ojca i płakała ze śmiechu. Potargane loczki w srebrzystym odcieniu blondu smagały jej twarz.

– Tatusiu, przestań! Nie mogę oddychać!

Pierś Mellory zaczęło wypełniać ciepło.

Ach, tak bardzo ich kochała.

Dom rodziny Killoranów był okrągłym, zaniedbanym budynkiem obrośniętym polnymi kwiatami. Joran z myślą o córce zaczarował każdy jego zakamarek: na półkach z książkami stale pojawiały się nowe opowieści, maleńkie gwiazdy uwięzione w lampach układały się w minikonstelacje, czajnik wyśpiewywał Wężową Szantę, ilekroć zagotowała się woda na herbatę. Dywany podrywały się na chybił trafił i nosiły Saff po ich wiosce, a ona piszczała i krzyczała z radości. Najbardziej zaś lubiła kręte schody, które zmieniały się w zjeżdżalnię, ilekroć zbliżała się do ich szczytu – a to był niebanalny przykład transmutacji warunkowej i jego wykonanie przerosłoby większość zwyczajnych magów.

Mellora była zdecydowanie poważniejsza od męża – i niezmiennie szczera, od dziecka – ale dzięki temu jeszcze bardziej doceniała figle Jorana. Nie mogłaby sobie wyobrazić lepszego ojca dla ich jedynaczki.

Otworzyła szafkę z winem miodowym i nalała sobie spory puchar. Gdy słodki, mocny płyn zetknął się z językiem, poczuła, jak studnia magii – opróżniona po długim dniu uzdrawiania – zaczyna się na nowo napełniać.

Moc była skończonym zasobem, który łatwo się wyczerpywał, a dało się go odnowić wyłącznie ogromem rozkoszy. W ich domu zawsze paliły się pachnące goździkowe świece, łagodna muzyka skrzypiec odbijała się echem od stropu, a ściany zdobiły wspaniałe dzieła sztuki. Była to uczta dla zmysłów zaprojektowana specjalnie do odnawiania energii.

Naturalnie innym czynnikiem potęgującym moc był ból.

O ile rozkosz odnawiała magię ilościowo, o tyle ból wzmacniał jej jakość. Tak działał odwieczny mechanizm przetrwania, wskutek którego magiczne wojny były równie krwawe, co nieprzewidywalne.

Killoranowie jednak nie chcieli mieć nic wspólnego z bólem. Nie po tym wszystkim, przez co przeszedł Joran.

– Marnujesz talent na domowe ulepszenia – rzuciła Mellora, gdy zaczarował nóż, by ten kroił warzywa w równe, dwucentymetrowe kawałki. – Powinieneś siedzieć w królewskiej Kancelarii i chronić kraj. Albo wykładać na uniwersytecie. Szukać magicznego lekarstwa. Wiem, że Szkoła Sekretnych Specyfików i Schorzeń szuka…

– Może wystarczy mi radość – odpowiedział po prostu i odgarnął z twarzy żony skręcony jak sprężynka kosmyk, po czym pocałował ją w usta. Jego włosy, długie i jasne, były związane sfatygowanym skórzanym paskiem. Mellora nagle zapragnęła przeczesać je palcami, poszukać innego rodzaju przyjemności.

Wtedy ktoś zapukał do drzwi.

Odwrócili się równocześnie.

Na widok czarnego jak smoła drewna Mellora zbladła i drżącą ręką odstawiła puchar.

– Saff, musisz się ukryć.

Każde słowo więzło jej w gardle niczym ość.

– Ale mamo! – zaprotestowała Saffron, patrząc wielkimi brązowymi oczami to na rodziców, to na drzwi. Miała sześć lat, a teraz posmutniała niczym zraniona łania. – Kto to? Nigdy nie widziałam czarnych drzwi.

– Proszę – odezwał się Joran schrypniętym głosem, opuszczając na wpół zaczarowany nóż. Ten z zaskoczeniem opadł na deskę do krojenia. – Saffy, proszę.

Nie wiedzieli, kto stoi za drzwiami, ale mieli przeczucie.

Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie, jakby sugerowało, że zaraz przestanie być miło.

Joran wyjął kopertę z kieszeni peleryny i wcisnął ją do górnej szuflady najbliższej szafki. Smutnym gestem przebiegł palcem po wypisanym kursywą nazwisku na papierze. Mellora obserwowała go, czując, jak przerażenie narasta jej w żołądku. Mąż bał się tak mocno, że napisał list pożegnalny – a Joran nie bał się niemal niczego.

– Saffron, kochamy cię – wyszeptała Mellora i cmoknęła córkę w policzek. Poczuła na wargach smak świeżego masła i dżemu truskawkowego. – Niedługo się zobaczymy.

Joran wepchnął córkę w kąt pomieszczenia. Spiżarnię zaczarował tak, by ukrywała każdego chowającego się tam członka rodziny; stawali się w niej niewidzialni i niesłyszalni dla wszystkich oprócz innych Killoranów. Ten jeden raz Mellora ucieszyła się, że jej genialny mąż marnował talent na domowe ulepszenia. To konkretnie mogło uratować życie ich córki.

Gdy drzwi spiżarni się zamknęły, wejściowe otworzyły się z hukiem, zawisły na zawiasach luźno i w przerażeniu. Kolor – magia – powoli odpłynął z drewna i znowu stało się zwyczajne, brązowe, tekowe. Kilka centymetrów poniżej srebrnej kołatki z głową czasowilka niespiesznie znikał odcisk otwierającego zaklęcia.

Dwie potężne postacie przekroczyły próg, balansując na skraju gasnącego blasku dnia. Peleryny miały w kolorze intensywnego szkarłatu, spięte na szyi okrągłymi rubinowymi broszami i z wyszytymi na klapach złotą i czarną nicią fazami księżyca. Wszystko inne w nich było czarne: wysokie do kolan buty ze złotymi klamrami, starannie zasznurowane tuniki, obszerne bryczesy, cień śmierci w oczach.

Żołądek Mellory zwinął się w ciasny supeł.

Księżycowi.

W kilku krokach zasłoniła męża.

– Co możemy dla was zrobić? – zapytał Joran. Jego słowa były poszarpane, nierówne.

– Potrzebny nam nekromanta – oznajmił niższy z przybyłych. Miał wąskie, mocno zaznaczone czoło i chrapliwy głos. Drgnął, zdradzając napięcie. Jakikolwiek rozkaz im wydano, pośpiech był najważniejszy. A gdy chodziło o Krwawy Księżyc, nie istniało nic równie groźnego jak desperacja.

Joran napiął barki.

– Tu go nie znajdziecie.

– Doprawdy? – Wyższy z magów zmrużył szare oczy, a jego usta rozszerzyły się jak u drapieżnika.

Obaj mężczyźni wpatrywali się prosto w Mellorę.

Wnętrzności ścisnął jej strach. Rozważała rzucenie rozpaczliwego uroku praegelos, by zyskać cenną przestrzeń na myślenie – ale co miało jej ono dać, skoro mrok już zapukał do ich drzwi? Teraz zdołałoby ich uratować jedynie zaklęcie teleportacji, ale jego użycia zabroniono prawnie już dawno temu.

Joran spojrzał na nią, nie rozumiejąc.

– Mellora? – Różdżkę zaciskał w dłoni tak, że zbielały mu knykcie. – Moja żona jest Uzdrowicielką. Łatwo to udowodnić. – Zbliżył różdżkę do dłoni i wykonał gest, jakby coś przecinał. – Sen incisuren.

Otworzyła się rana – zbyt głęboka, pomyślała z przejęciem Mellora, rozciął zbyt głęboko – i wykwitła ciemną czerwienią. On nawet się nie skrzywił.

Mellora uniosła smukłą wierzbową różdżkę i tak jak tysiąc razy wcześniej wyszeptała:

– Ans mederan.

Ulecz się.

Chociaż kilka łyków miodu nie zdołało zbytnio napełnić studni jej magii, rana zasklepiła się niechlujnie. Jeśli przeżyją, będzie z niej blizna.

Księżycowi ze wzgardą wpatrywali się w dłoń Jorana.

– Albo równie dobrze jak my wiesz, że nekromancja to typ magii uzdrowicielskiej – wysyczał wysoki – albo jesteś tak głupi, na jakiego wyglądasz.

Blade policzki Jorana zapłonęły gniewem, a Mellora błagała w duchu, by nie uległ prowokacji. Nie umiała jednak zmusić ust do uformowania słów, nie umiała go poprosić, by się opanował.

Jak się spodziewała, nie wysłuchał jej niemej prośby. Uniósł tylko różdżkę.

Ale Księżycowy zrobił to szybciej.

– Sen ammorten.

Mordercze zaklęcie trafiło Jorana w pierś i mężczyzna zwalił się na podłogę niczym wór bezoarów.

Mellora wydała zduszony krzyk. Czuła na sobie ciężar wyczekujących spojrzeń intruzów.

Nie mogła bowiem pozwolić, by Joran, jej Joran, zginął u jej stóp.

Całe dekady prowadzenia magicznych kasyn i manipulowania nimi uczyniły Księżycowych mistrzami w zmuszaniu ludzi do wykładania kart na stół.

Pękła cienka nić łącząca umysł Mellory z jej ciałem.

Poruszała się, nie myśląc. Opadła na kolana i rozdarła materiał tuniki Jorana. Na wysokości serca, tam, gdzie uderzyło zaklęcie, miał bliznę w kształcie gwiazdy, a gdy przyłożyła do niej rękę, poczuła, że jest lodowata niczym płynne srebro. Śmierć w wyniku magii pachniała osobliwie – nie krwią czy rozkładem, lecz dymem i popiołem, i jeszcze czymś słodkim. Jak miód.

Jedną dłoń wciąż trzymała na milczącym sercu Jorana, gdy drugą uniosła różdżkę.

– Ans visseran – rzuciła zaklęcie, czując rozkwitającą wewnątrz nienawiść do samej siebie. – Ans visseran. Ans visseran.

Ożyj. Ożyj. Ożyj.

Poczucie całkowitego zepsucia wpiło się w nią sękatymi paluchami.

Nekromancja nie była czymś po prostu nielegalnym. Była świętokradztwem. Działaniem wbrew naturze, wbrew wszystkim wielorakim bóstwom i świętym, w imię których wzniesiono Ascenfalię. Śmierć oznaczała utracenie czegoś kluczowego dla ludzkiej duszy – nie dało się tego ściągnąć zza zasłony między Tam i Tu bez względu na umiejętności maga.

Ale chodziło o Jorana. Musiała spróbować.

– Ans visseran. Ans visseran. Ans visseran.

Nic nie zaszło od razu, lecz podobne działania wymagały czasu. Trwało przywrócenie bicia serca, wprawienie krwi w ruch po organizmie. Na tym polegały nieodmienne prawa fizyki: ciało, magiczne czy nie, wprawione w ruch dążyło do pozostania w ruchu, a ciało w stanie spoczynku starało się zachować ten stan.

Serce Jorana na pewno nie chce trwać w spoczynku, pomyślała błagalnie Mellora. Na pewno walczy z tym bezruchem. Na pewno czuje mnie tuż po drugiej stronie.

Księżycowi obserwowali, jak w kółko powtarza zaklęcie, lecz pod dłonią nie czuła wymownego szarpnięcia. Czując narastającą rozpacz, z całej siły przygryzła język, aż poczuła smak krwi. Czekała, aż ból ukłuje, napęcznieje w ustach.

O ile przyjemność była odpoczynkiem niezbędnym do odzyskania magii, o tyle ból działał jak wzmacniająca ją adrenalina. Krótki, intensywny wybuch energii dający nadzwyczajną moc w najgorszych momentach.

Jedni Święci wiedzieli, jak bardzo Mellora jej potrzebowała.

– Ans visseran. Ans visseran.

Serce Jorana wciąż było jak kamień.

Ale zaklęcie musiało zadziałać. To był Joran. Ojciec Saffron.

Saffron.

Mellora modliła się do Omedari, patronki uzdrawiania, by jej córka nie widziała morderstwa ojca. Saffron nadal siedziała ukryta w spiżarni, ale gdyby przyłożyła oko do dziurki od klucza…

Mellora poczuła, jak koncentracja niebezpiecznie jej ucieka, i podniosła wzrok ku spiżarni…

…w tej samej chwili, gdy złota gałka w jej drzwiach poczęła się ruszać.

Nie, wrzeszczało wszystko w Mellorze, ale gałka wciąż się kręciła.

Jeśli Księżycowi zobaczą Saff, to ją też zabiją.

Mellora odwróciła się na pięcie i ustawiła różdżkę w pozycji. Nigdy dotąd nie rzuciła zabójczego zaklęcia, ale zrobiłaby wszystko, by ocalić Saff.

– Sen ammort…

Czar urwał się, gdy w jej serce uderzyły dwa zabójcze zaklęcia jednocześnie.

Złota gałka zamarła.

W pokoju zapadła cisza.

Przez kilka chwil rozciągała się niczym zapadający zmrok. Intruzi bez słowa wypalili półksiężyce na martwych policzkach ofiar, a pod czubkami ich różdżek ciała pokrywały się groteskowymi bąblami burgundowej barwy.

Może śmierć nie pomagała w realizacji zakładanych celów, ale przynajmniej siała popłoch.

Wysłannicy Krwawego Księżyca odeszli, pozostawiając po sobie drzwi wejściowe dyndające na zawiasach niczym zepsuty ząb.

A gdy Saffron Killoran w końcu otworzyła drzwi spiżarni – mogło to być kilka chwil później, kilka godzin, a może dni – w salonie unosiła się woń spalonej skóry. Woń dymu i popiołu, i jeszcze czegoś słodkiego. Jak miód.

Otworzyła usta, by krzyknąć, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Nad ciałem jej matki pochylało się dwoje magów w długich srebrnych pelerynach spiętych pod szyją szafirowymi broszami. Jedna z postaci kreśliła ręcznie krąg kredy wokół ojca, druga przyglądała się zniszczonym drzwiom. Różdżki notowały coś w zeszytach zawieszonych w powietrzu, a magowie rozmawiali przyciszonymi głosami.

Na widok Saffron magiczna detektywka uniosła wzrok. Była blada, o wąskim nosie, szczupła jak tyczka. W króciutkiej chwili przez jej twarz przemknął grymas czystego, nieociosanego żalu.

– Och, skarbie – wyszeptała do Saffron, zasłaniając jej widok ciał. – Chodź tu. Już jesteś bezpieczna.Rozdział 1
• • •
KOHORTA

O zachodzie słońca peleryna Saffron miała zmienić kolor na srebrny – zakładając, że nikt dotąd nie przyłapie dziewczyny na kłamstwie.

Od ostatecznej oceny dzielił ją raptem kwadrans.

Dwadzieścia lat żałoby i determinacji wyciśnięte w esencję tej niedługiej chwili.

Przywołała na twarz neutralny wyraz i położyła na stół zwycięską kartę polderdasza. Kapłanka na awersie mrugała kokieteryjnie.

Przeciwnik Saffron, Gaian, jęknął niczym zdychający wieprz.

– Łoisz mi skórę cały rok, a ja wciąż daję się na to złapać! – Z tymi słowy rzucił na ławę perłowego ascena, a Saffron z uśmieszkiem schowała monetę do kieszeni. – Teraz to już chyba masz więcej kasy niż miejski skarbiec.

Nie było to stwierdzenie odległe od prawdy. Przez większość życia Saffron skutecznie ogrywała swoich ziomków i rodaków. Wszyscy inni byli naprawdę fatalni w grze w karty.

Tasując leniwie karty, dziewczyna rozejrzała się po laboratorium eliksirów. Złocistopomarańczowe słońce wlewało się przez podzielone okna i zmieniało drobinki kurzu w świetliki. Wysokie ściany były zastawione regałami pełnymi szklanych słojów z typowymi składnikami wywarów: ziołami, przyprawami, sproszkowaną ziemią, pazurami czasowilka, dziobami żalkruków, mięsem, kośćmi i krwią. Pośrodku pomieszczenia stało równolegle sześć długich drewnianych ław, a na każdej z nich cynowe kociołki i wachlarz pozłacanych narzędzi. Wzdłuż ław przechadzały się, pomrukując, dwa aksamirbisy: zgrabne koty o fioletowych oczach i czarnej sierści, których satynowy, chłodny oddech wywoływał na nagiej skórze dreszcz rozkoszy. Za dnia i w nocy patrolowały Akademię Srebrnej Peleryny i uzupełniały wyschnięte do cna studnie magii miejscowych czarodziejów.

Sześcioro kadetów zebrało się w laboratorium przed ostatnim sprawdzianem, by Auria i Sebran – jedyni Warmistrzowie w tym gronie – mogli pozatykać swoje eliksiry. Chociaż przez ostatnich dwanaście miesięcy członkowie kohorty stale rywalizowali o najlepszą pozycję w klasie, niespodziewanie zbliżyli się do siebie. Co prawda żadne z nich by tego nie przyznało, ale wszyscy chcieli jak najlepiej wykorzystać te ostatnie wspólne chwile, nim zostaną wysłani na pierwsze placówki w odległych miejscach kontynentu, nim przestaną być ciągle razem. Oczywiście zakładając, że wszyscy przejdą ten ostatni test.

Atmosfera w pomieszczeniu była gęsta. Kadeci stali jednocześnie u kresu jednej przygody i na progu kolejnej i czuli się, jakby stąpali po ostrzu noża.

– Ożywcie się trochę, ludzie! – odezwała się Auria z autentyczną radością. – Czuję, że dziś wszyscy skończymy ze srebrnymi pelerynami.

Aksamirbis otarł się o rękę Aurii, zamruczał z rozkoszą w jej gardło, gdy dziewczyna mocowała trzy ostatnie fiolki na pasie z eliksirami. Auria zadrżała mimowolnie, a jej blada twarz nieco się rozświetliła, choć wory pod oczami wciąż miała mocno zaznaczone.

Była wycieńczona. Jak oni wszyscy.

Nissa wychyliła się przez łukowate okno, paląc domowej roboty achullę. Wokół niej unosił się zapach pomarańczy i goździków, i jeszcze ziemistej tabaki rosnącej w najgorętszych ostępach pustyni Dikar.

– Czy kiedyś może, chociaż raz, nie wierzyłaś, że będzie dobrze? – zapytała Nissa z melodyjnym zaśpiewem i wydmuchała krąg dymu. Czarne włosy spływały jej aż do pasa, proste i lśniące. – Chociaż wszystko wskazywało na to, że wcale nie będzie?

Auria znowu szczerze się uśmiechnęła.

– Nigdy.

Nissa uniosła kąciki ust.

– Wiesz co, w Nyrøth taki bezwzględny optymizm uważa się za przejaw niskiej inteligencji.

– Jak to wspaniale, że nie mieszkamy w Nyrøth – odparła radośnie Auria.

Prawdę mówiąc, dla Saffron pogodne usposobienie Aurii było kojące, ale nie przyznawała się do tego. Chociaż w wieku dwunastu lat zaczęła mówić po sześcioletnim okresie ciszy, nadal wolała się nie odzywać.

Stojąca po drugiej stronie pomieszczenia Nissa złapała spojrzenie Saffron i uśmiechnęła się skrycie – to było jak złapanie gołą dłonią kępy szubienicznika, jakby bolesne pęcherze wykwitły wszędzie naraz. Przez kilka ostatnich miesięcy Saff i Nissa były w potajemnym związku. Zaczęło się od zwyczajnego seksu na rozładowanie napięcia. Potem relacja przeszła w coś głębszego, łagodniejszego, w muśnięcia policzka i kwiaty pozostawiane na poduszce z komentarzem: „Przypomina mi o tobie”. A kilka tygodni temu Nissa wszystko skończyła. Stwierdziła, że muszą się skupić na przyszłości i że zapewne wylądują setki kilometrów od siebie.

Nissa wierzyła, że najlepsi uczniowie Akademii Srebrnej Peleryny ucinają sentymenty w zarodku.

Tymczasem Saffron wstąpiła do Akademii wyłącznie z emocjonalnych pobudek.

Oderwała wzrok od Nissy, zebrała karty i wcisnęła je do kieszeni białej peleryny.

Tiernan – wysoki i niepewny Uzdrowiciel, który wybrał tę szkołę głównie po to, by zadowolić własnego ojca – przestał krążyć gorączkowo po laboratorium i rzucił Nissie ponure spojrzenie.

– Ja tam się cieszę z pogody ducha Aurii. – Zarumienił się i przebiegł dłonią po jasnobrązowych kędziorach. Podkochiwał się w Aurii, i to z wzajemnością, choć każde z nich wierzyło, że to drugie pozostaje obojętne. – Dzięki temu łatwiej mi zaakceptować fakt, że jesteśmy równocześnie kolegami z drużyny oraz rywalami.

Miał rację. Ostatni test dotyczył nie tylko kadetów jako jednostek, ale też ich współpracy jako grupy zadaniowej.

Akademia była zarezerwowana tylko dla najlepszych z najlepszych, a w kohorcie Saffron znalazło się zaledwie sześcioro magów.

Była ona sama: zdeterminowana, knująca w cichości serca, uparta jak osioł, z miłością do słodyczy rywalizującą z tym uporem, a do tego wybitna w grach hazardowych. W oczach Akademii – Zaklinaczka. Choć nie w rzeczywistości.

Nieśmiały, niezdarny Tiernan, którego ojciec zajmował miejsce przy samym królu. Utalentowany Uzdrowiciel, choć przy tym permanentnie zestresowany.

Auria była beztroskim molem książkowym, bezwarunkowo szanowała zasady i miała spore ambicje: pewnego dnia zająć miejsce Wielkiego Arbitra. Obdarzona niespotykanym połączeniem trzech magicznych klas – Zaklinaczy, Warmistrzów i Uzdrowicieli – działała precyzyjnie, choć niezbyt kreatywnie. Miała też wiedzę encyklopedyczną niczym chodząca wersja Współczesnych eliksirów i naparów. Tom IV.

Tymczasem Nissa była czystym żywiołem Materialistki. Lubiła robić dym i dymiła jak smok, ale tylko dlatego, by móc w dowolnej chwili zawładnąć ogniem, a absolutnie nie dlatego, żeby była uzależniona od achulli. Jej smoczą władzę nad dymem i płomieniami szanowali wszyscy w Zakonie, nawet kapitanka Aspar.

Byli też Sebran i Gaian, każdy z jedną klasą – odpowiednio Warmistrz i Zaklinacz – a poślednie umiejętności magiczne nadrabiali bezwarunkową brawurą (to Sebran) albo ostrym, przerażającym niemal intelektem (w przypadku Gaiana). Ten drugi posiadał niebywałą umiejętność wyczuwania kłamstwa; jego przesłuchania zawsze doprowadzały do zeznań, nawet bez eliksiru prawdy. A mimo to nie był w stanie ograć Saff w karty.

– Jesteście dla mnie konkurencją i tyle – stwierdził Sebran, zamykając ciemnofioletową nalewkę o anyżowym zapachu. Był barczysty i krzepki, o ciemnobrązowej skórze i włosach ściętych na jeża. Nigdy nie wspominał o rodzinie ani o domu. Nikt do końca nie wiedział, skąd Sebran się wziął, poza tym, że z akademii wojskowej. – Choćbym miał zginąć, dostanę placówkę w Pons Aelii.

– Nie ma opcji – odparł spokojnie Gaian i związał długie jasne włosy, by nie plątały się po twarzy. – Będzie moja.

Nissa oblizała dolną wargę rozdwojonym językiem.

– Albo dostanie ją ktoś, kto faktycznie jest półkrwi Ekworańczykiem.

Placówki dla absolwentów wywieszono na tablicy ogłoszeń przed tygodniem. Było ich tylko pięć na sześcioro kadetów.

Trzy z nich oznaczały pospolitą robotę detektywa tu, w Aterinie.

Jedną był posterunek graniczny w Cardubanie, gdzie należało strzec bogatych w ascenit Gór Obiecanych przed spragnionym spojrzeniem sąsiedniej Ekwory. (Tego przydziału nie chciało żadne z nich, ponieważ od dekad Ekworańczycy nie zrobili kompletnie nic w celu podbicia kopalni. Praca na granicy oznaczałaby więc głównie mediację w sporach kozic).

Wreszcie była i wywiadowcza operacja terenowa, pod przykrywką, w Pons Aelii, stolicy samej Ekwory. Nissa, Sebran i Gaian od kilku dni wojowali o to stanowisko. Przykrywka oznaczała pewien poziom prestiżu – ktoś, kto dobrze się zaprezentuje w tak ambitnym pierwszym zadaniu, zapewne sporo osiągnie w Zakonie Srebrnych Peleryn. (Poza tym to zwyczajnie brzmiało seksownie).

Ale Saff nie interesowało Pons Aelii. Jeśli chciała zniszczyć gang Krwawego Księżyca, który odebrał jej dzieciństwo, musiała zostać w mieście ich korzeni – tu, w Aterinie.

– Wszystko w porządku, Saff? – zapytała Auria. – Jesteś jakaś cicha. Cichsza niż zwykle.

Saff wyjrzała przez szerokie dwuskrzydłowe okno. Zbudowana z jasnego kamienia Akademia przycupnęła na wzgórzu na obrzeżach Aterinu. Niebo nad stolicą rozmywało się od żaru, zlewając w jedno fioletowe kopuły świątyń wróżbiernych, strzeliste karmazynowozłote obeliski ku czci świętych patronów, rzeźbione marmurowe panteony o szafirowych iglicach, połyskliwe szmaragdowe płytki i wyblakłe na słońcu mury przygarbionych kamieniczek. Było to miasto duszne, bogate i burzliwe, w jednakiej mierze zbudowane na rozkoszy i na brutalności.

Nigdy dotąd Lunes – osobliwa wioska na północy, w której Saffron dorastała – nie zdawało się jej odleglejsze. Ścisnęło ją w sercu na wspomnienie zarośli polnych kwiatów i brukowanych podwórzy, połatanych płaszczy i życzliwych twarzy, woni rozmarynu i miodowego wina.

– W porządku – odparła wymijająco. – Szykuję się psychicznie.

Jakby nie robiła tego przez ostatnie dwie dekady. Jakby przez ostatnie dwadzieścia lat nie planowała, nie rachowała, nie knuła i nie rozpisywała, nie pokonywała każdej przeszkody, jaką rzuciły jej pod nogi świat lub przypadek. Jakby nie zarządzała całym swoim czasem, mając z przodu głowy zawsze to samo: wielką przyczynę.

– Od tego właśnie wariuję. – Tiernan skubał zębami dolną wargę. – Nie możemy się przygotować, jeśli nie mamy pojęcia, na czym polega nasz sprawdzian.

– To jak w życiu. – Sebran miał w sobie coś z mrukliwego żołnierza. W jego orzechowych oczach pokazywało się niewiele emocji. – Raczej nie dostaniesz szczegółowego opisu każdej niebezpiecznej sytuacji, na jaką się natkniesz, nie?

– Jeśli po tym wszystkim dostanę robotę… – Tiernan bawił się nerwowo sznurkami przy tunice. – Ojciec utnie mi głowę, jak wrócę do domu bez stanowiska. Nawet Carduban byłby w porządku.

– Dam znać Aspar, że zgłaszasz się na ochotnika – prychnęła Nissa i zgasiła achullę na kamiennym parapecie.

W głębi duszy Saff podzielała myśli Tiernana. Nie chciałaby sławetnej pracy pograniczniczki, ale i tak wolałaby to od braku przydziału.

Po wszystkim, co zrobiła, by zębami i pazurami dostać się do Akademii, nie mogła teraz zawalić.

Dwanaście lat szkoły magów. Cztery Uniwersytetu Północnego w Novarinie, gdzie otrzymała Rycerski Zwój w dziedzinie historii współczesnej. Pięć lat drogowych patroli po Aterinie, jak mieli w obowiązku wszyscy potencjalni kandydaci na Srebrne Peleryny. Była pierwsza na miejscu makabrycznych zbrodni, chwytała złodziejaszków, rozbójników i zabójców, odstawiała ich – plujących i klnących – do Duncarzus, łapała kolejne kontuzje, siniaki i wiedzę zdobywaną w boju. Wiedziała przy tym doskonale, że o ile po morderstwie rodziców została w niej jakaś niewinność, to niszczała teraz powoli, zmieniając się w świadomość, że zło jest wszechobecne, tak bardzo, że aż banalne. A teraz, gdy już to pojęła, nie mogła się tej wiedzy pozbyć.

Istniał też i ten prosty fakt: całe jej doświadczenie miało za fundament kłamstwa i iluzje.

Wystarczyło, że utrzyma pozory jeszcze przez ten jeden dzień.

Jeszcze przez godzinę.

Sześcioro kadetów stało przed Wielkim Atrium i wpatrywało się w unoszące się nad progiem słowa.

Wstęp tylko dla kandydatów. Trwa egzamin.

Pod tym znakiem stał czarnowłosy profesor, który zawzięcie wpajał im sztuki walki, aż byli jednym wielkim siniakiem, a ich mięśnie – jednym wielkim bólem. Gdy protestowali, twierdząc, że nie muszą używać siły fizycznej, skoro mają pod ręką różdżkę, profesor Vertillon odparowywał, że o ile nie przyszyją sobie chirurgicznie tejże różdżki do dłoni, muszą być gotowi na to, że w którymś momencie ją stracą. W każdej chwili groziło im trafienie zaklęciem rozbrajającym lub w ogniu walki mogli zgubić magiczny przedmiot z czystych nerwów i zamotania.

Profesor Vertillon krótko kiwnął głową do Sebrana – uczył go w szkole wojskowej, nim zaczął wykładać w Akademii – a potem zacisnął wargi w wąską linię i przywitał się z pozostałymi.

– Wkrótce rozpocznie się ostatni egzamin – obwieścił niskim barytonem. – Choćbyśmy do końca świata szykowali się na podobne zdarzenia, nie możemy nie wziąć pod uwagę ulotnego elementu przypadku. Różdżka pękająca w trakcie nalotu, pas z eliksirami roztrzaskany na ziemi, nakładające się kontuzje, wykluczające się informacje. – Z tymi słowy uniósł sześć kremowych kopert. – W związku z tym każde z was w ramach tego sprawdzianu otrzyma inną sytuację wyjściową. Troje nie dostanie żadnych przeszkód. Jedno straci różdżkę. Jedno będzie mieć czasowo zmrożoną kończynę. Jedno zaś rozpocznie z innymi informacjami niż pozostali. Losować będziecie w kolejności alfabetycznej według nazwisk.

Vertillon rozłożył koperty w sfatygowanej dłoni na podobieństwo wachlarza, po czym dał Sebranowi wybór jako pierwszemu. Chłopak wybrał kopertę, otworzył i skinął głową z kamienną miną. Potem był Tiernan. A potem Saffron.

Nie masz żadnych przeszkód.

Nie była to do końca prawda – wszak musiała się mierzyć z własną temperamentną magią – ale i tak poczuła ulgę.

Gdy Auria, a potem Nissa brały ostatnie koperty, Saff podniosła wzrok na Tiernana. Stopa drżała mu niekontrolowanie. Zielonkawy odcień policzków przybrał na sile. Ewidentnie wylosował przeszkodę.

I już był przerażony, że zawiedzie znanego z okrucieństwa ojca.

Saffron wiedziała, że nie zapomni ich pierwszego tygodnia na patrolach. Okrutny gang złodziei zwany Białymi Skrzydłami obciął języki grupie dzieci, przypadkowych świadków ich rozboju, a potem spalił te języki magicznym ogniem, by nie dało się ich na powrót przyszyć. Saff, Tiernan i Auria dotarli na miejsce zdarzenia jako pierwsi. Początkowe dwadzieścia minut Tiernan spędził na wymiotowaniu do pobliskiego rowu.

Kiedy do ojca Tiernana dotarła wieść o słabym żołądku syna, Kesven Flane przywiązał Tiernana do krzesła i zmuszał do oglądania obrazowych scen tej tortury animowanych podobną magią iluzji jak ta, której Saff używała, by skryć swój sekret. I tak noc w noc przez miesiąc. A potem sprowadził do domu upojonego piczaka – osobę urodzoną bez magii – i naprawdę wyciął mu język, po czym zmusił Tiernana do trenowania sztuki leczenia. Raz po raz, aż piczak zemdlał z bólu, a w Tiernanie umarła jakaś część człowieczeństwa.

A teraz, podczas ostatniego egzaminu, ostatniego pokazu siły przed przypisaniem do placówek, Kesven ujrzy syna tej siły pozbawionego. Cóż za hańba dla rodu, chociaż był to ślepy traf, żadna wina chłopaka. Ale Kesven zinterpretuje to inaczej.

– Zamień się ze mną – wyszeptała pod nosem Saff.

Tiernan wykręcił się w jej stronę.

– Co?

– Zamieńmy się kopertami.

Po ułamku sekundy wahania, kiedy ewidentnie próbował ustalić, czy Saff nie próbuje go wykorzystać, wsunął w jej dłoń kopertę. Zrobiła to samo. Profesor Vertillon nic nie zauważył.

Saffron odczytała, co ją teraz czeka.

Na czas egzaminu twoja noga będzie zmrożona.

– Nie mam przeszkód – powiedziała głośno Auria.

– Ja też nie – oznajmił Tiernan i spojrzał z wdzięcznością na Saffron.

– Ani ja – dodał Gaian.

– Nie mam różdżki – wymamrotał Sebran i potarł policzek, jakby sprawdzał, czy należycie się ogolił. – Ale to chyba mogę zatrzymać? – zapytał, poklepując pas z eliksirami. Vertillon twierdząco pokiwał głową.

– Trochę to bezczelne dawać imigrantce fałszywe informacje – burknęła Nissa.

– Nie fałszywe, tylko, jak to ujął profesor, „inne” – wytknęła Saff.

– Poza tym losowaliśmy opcje, Nisso – dodała z żarem Auria. Wszelką krytykę Akademii odbierała osobiście, chociaż nie miała żadnych rodzinnych koneksji ze szkołą. Kierowały nią wyłącznie fundamentalny szacunek dla zasad i dla instytucji. Była w tym stuprocentową Wielką Arbiterką.

– Co to za informacje? – zapytał Gaian.

– Nie wiem. Pewnie dostanę je w trakcie egzaminu, tak? – zapytała Nissa.

Vertillon ponownie pokiwał głową.

– Tak właśnie. Sebran… to znaczy, kadet Aduran… straci różdżkę, gdy przejdzie próg Wielkiego Atrium. W tym samym momencie noga kadetki Killoran zostanie zmrożona. – Zrobił krok na bok. – Wejdźcie teraz.

– To już – wyszeptała Auria, po raz tysięczny poklepując pas z eliksirami. W jej oczach lśniła ekscytacja. Faktycznie całą sobą szczerze wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Saff zazdrościła Aurii tej prostej wiary, której świat jeszcze jej nie odebrał.

Saffron sprawdziła swój pas. Nie była Warmistrzynią, więc nie wypełniały go eliksiry, lecz zestaw wyposażenia i broni, które zawsze zabierała na patrole: sznury, kajdany, opaska uciskowa, pałka. Przedmiotów fizycznych nie dało się stworzyć z niczego bez względu na magiczną moc. Niektóre rzeczy musiały być analogowe. Miała przy sobie też pokryty runami rozkindżał w skórzanej pochwie – sztylet charakterystyczny dla Srebrnych Peleryn i zaklęty tak, że nawet płytka, samodzielnie zadana rana przeszywała całe ciało falą rozkoszobólu. Był to szybki sposób na uzupełnienie zasobów magii w podbramkowej sytuacji.

Tylko że to nie działało na Saffron. Podobnie jak oddech aksamirbisa.

Musiała poszukiwać rozkoszy bardziej tradycyjnym sposobem.

Po drugiej stronie ogromnych podwójnych drzwi narastał stłumiony gwar rozmów. Kto miał ich oceniać z wysokiej galerii po południowej stronie atrium? Naturalnie, kapitan Aspar i reszta przełożonych, lecz Auria podejrzewała, że znajdują się tam też wysoko postawieni urzędnicy z królewskiej administracji. Ich zadaniem było wypatrzenie najbardziej obiecujących kandydatów, którzy mogliby wylądować na dworze Arollanów.

Tylko że Saffron nie przyjęłaby podobnej oferty.

Jej losem była Srebrna Peleryna.

I ten los był jej bogiem i jej wiarą. Jedynym powodem jej egzystencji. Był jej przeznaczony od kluczowego momentu jej istnienia, a ona wierzyła w to całą sobą.

Pchnęła wysokie drzwi i stłumiła okrzyk na widok tego, co czekało na nią po drugiej stronie.Rozdział 3
• • •
ANTYCZNA RÓŻDŻKA

Na Świętych – zaklęła Saffron, robiąc unik. Jej żołądek wykręcił się gwałtownie.

Jakie były konsekwencje takiego uszkodzenia? Czy dało się je naprawić? Czy gdy Auria zostanie na nowo ożywiona, wciąż będzie rozbita na kawałki, z kończynami i organami rozwleczonymi po mozaikowej podłodze jak monety rozsypane z portmonetki? Nie byłaby pierwszą osobą, która zginęła podczas egzaminów w Akademii, ale to się rzadko zdarzało.

Lecz wśród rzeczy, których Saffron nauczyła się najwcześniej, był fakt, że jeśli najgorsze może się wydarzyć, to zazwyczaj się wydarza. To cynizm czynił z niej wspaniałą detektywkę – trudno było ją zaskoczyć.

Gdzieś daleko w dole Elegia Kościanej Królowej nabierała tempa, struny liry rozbrzmiewały gorączkowo pod wprawnymi palcami muzyka.

Kolejny effigias pofrunął w stronę Saff i rozbił jeszcze jeden fragment kopuły. Oczywiście nie zmieniłby jej w kamień, ale nie mogła się z tym zdradzić przed Akademią. W przeciwnym razie wszyscy dowiedzieliby się, że jej papiery Zaklinaczki są podrobione.

Gdyby zrobiło się naprawdę paskudnie, mogłaby skorzystać z iluzji. Kiedy była zupełnie mała, ojciec nauczył ją tej rzadkiej sztuki, toteż mogła rzucić migotliwy urok, by pozostali uwierzyli, że stała się posągiem. Lecz takie zaklęcia trudno było upleść i sporo kosztowało ich utrzymanie dłużej niż przez kilka sekund. Osuszały magiczną studnię szybciej niż cokolwiek innego. Właśnie dlatego obecnie tak niewielu magów posługiwało się sztuką iluzji.

Na dole Sebran cisnął w Księżycowych kilkoma zaklęciami rozbrajającymi. Jedno z nich sięgnęło celu i różdżka wroga przeleciała przez komnatę. Pozostali członkowie gangu odwrócili uwagę od postaci na dachu i skupili się na Sebranie. Twarze mieli chmurne, a szkarłatne peleryny ciągnęły się za nimi jak cienie.

Dwa effigiasy trafiły Sebrana jednocześnie i zmieniły go w kamień.

Saff została sama.

Jak miała to rozegrać?

Jak uratować ten egzaminacyjny koszmar i osiągnąć cel?

Mogła pojedynczo rozbroić Księżycowych z dachu, ale zabrakłoby jej czasu, by uwolnić zakładników. Musiałaby rzucić zabójcze zaklęcie – a w tym wypadku: zmieniające w kamień. Tylko że tak bardzo chciała udowodnić, że da się wykonać to zadanie bez prymitywnej rzezi. Pojmanie choćby tylko jednego Księżycowego już byłoby cennym źródłem informacji.

W głowie przebiegła swój arsenał zaklęć i zatrzymała się na tym, które zaproponowała Auria, zanim wszystko się posypało. Vertigloran. Cel doznaje zawrotów głowy, staje się zdezorientowany.

Czy mogła to wykorzystać? A potem rzucić iluzję samej siebie i oszukać Księżycowych, odwrócić ich uwagę, gdy sama zajdzie ich od tyłu? Taka zagrywka niemal natychmiast wydrenowałaby ją z magii i ujawniłaby Akademii jej talent do iluzji, ale gra byłaby warta świeczki, gdyby jako jedyna ukończyła zadanie. Wtedy już musiałaby dostać robotę w Aterinie.

W idealnym świecie miałaby sporo czasu na przemyślenie potencjalnych konsekwencji planu. Ale to nie był idealny świat, jej życie też nie było idealne, a ponieważ Księżycowi wyeliminowali wszystkich pozostałych kadetów, teraz skupili się na niej.

Pozostałe fragmenty fioletowego szklanego dachu rozpryskiwały się jeden po drugim.

Aż zaczęła spadać.

Zamachała nad głową dłonią bez różdżki i odnalazła oparcie, zaskakująco twarde i długie. Zaczarowana miotła opadała stopniowo spod sufitu, w miarę jak tracił moc eliksir lewitacji.

Ścisnęła ją, jakby od tego zależało jej życie, a gdy opadała, wrzasnęła do komnaty:

– Ans vertigloran!

Trafiła za pierwszym podejściem, aż ucieszyła się z setek godzin spędzonych na treningu celności w tym semestrze.

Jeden z Księżycowych zachwiał się i opadł niezgrabnie na kolana. Dwóch pozostałych miało jednak mordercze miny. Niższy strzelił w jej stronę kolejnym effigiasem. Spudłował minimalnie – następna klątwa musiała już sięgnąć celu.

– Ans clyptus! – ryknęła Saff i migotliwa tarcza zjawiła się w idealnym momencie, by odbić urok. Trafiona, tarcza zafalowała i omal nie opadła. Saffron drżała z wysiłku, podtrzymując osłonę.

Wprawdzie materii nie dało się stworzyć z niczego, ale wyjątkowo utalentowani Zaklinacze umieli wykorzystać samą magię do kreowania nienamacalnych konstrukcji takich jak iluzje czy tarcze magiczne. Była to rzadka podklasa sztuki zaklinania znana jako fizjomancja. Dzięki naukom ojca Saffron jako jedyna kadetka w Akademii miała o niej pojęcie – ku wielkiej rozpaczy Aurii.

Fizjomancka tarcza nie obroniłaby przed pięścią czy mieczem, lecz odbijała większość uroków i klątw. Przy tym jednak była niesamowicie kosztowna i Saff czuła, jak moc uchodzi z niej z przerażającą prędkością, jakby miała pod sobą wielki odpływ.

Nie mogła rzucić kolejnego zaklęcia, póki miała uniesioną tarczę – magia pozwalała na jedną czynność naraz – ale osłona dała jej bezcenne sekundy na myślenie. Czy powinna rzucić zabójcze zaklęcie? Wyczarować iluzję, chociaż pewnie było już za późno, skoro ułamki sekund dzieliły ją od lądowania? Dalej ciskać vertiglorany i korzystając z zamieszania, wyprowadzić pozostałych przy życiu zakładników?

Ale teraz dwaj Księżycowi wycelowali w nią różdżki, a ona nie była w stanie chronić się ze wszystkich stron.

– Sen effigias – rozległo się echem w komnacie i pofrunęły iskry, a jej tarcza zamigotała groźnie.

Trafiło ją.

Zaklęcie musnęło jej ramię w tym samym momencie, gdy dotknęła butami płytek. Wciągnęła powietrze do płuc, poniekąd gotowa na to, że zamieni się w kamień – czy zachowa przytomność i po prostu nie będzie mogła się ruszyć? – ale to się oczywiście nie stało.

Serce waliło jej w piersi niczym nacierający taran.

Wszyscy widzieli, że zaklęcie ją trafiło.

Wszyscy się dowiedzą.

Straciła koncentrację i tarcza zniknęła.

Cała trójka Księżycowych okrążyła ją, jeden wciąż chwiał się po dezorientacji. To był koniec. Nie zdołałaby ukryć, że aż trzy zaklęcia trafiły ją prosto w pierś.

– Ans vertigloran! – krzyknęła i tym razem sięgnęła celu, ale choć dotknięty urokiem Księżycowy zatoczył się w tył, pozostali dwaj zbliżyli się do niej, spoglądając złowieszczo.

I obaj równocześnie rzucili effigiasy.

Saff wskazała czubkiem różdżki swoje buty i rzuciła:

– Et esilan.

To był jeden z jej ulubionych trików.

Botki oderwały się od posadzki, jakby były na sprężynach, i Saffron popłynęła naprzód siłą rozpędu. Wyminęła głowy Księżycowych – i dramatycznie przeszacowała.

Z całym impetem wpadła na ścianę naprzeciwko i zwaliła się na posadzkę.

Przetoczyła się, by być przodem do ich pleców, uniosła różdżkę, ale oni już byli nad nią, a na wykrzywionych ustach zawisło słowo sen.

W przypływie desperacji Saff przypomniała sobie nietypowe zaklęcie, którego czasem używała jej matka – jak sama przyznawała. Służyło do zatrzymywania sceny w czasie, choćby na parę chwil. Mellora korzystała z niego niekiedy, by zyskać na czasie, kiedy pacjent jej się wykrwawiał albo kiedy potrzeba było bezcennych sekund do postawienia diagnozy i wdrożenia leczenia. Twierdziła, że dzięki temu zdobywa niezastąpioną możliwość namysłu.

Warto było spróbować.

Saffron uniosła różdżkę, nie do końca wiedząc, w co powinna celować.

– Ans praegelos.

Nic się nie stało, tylko Księżycowi pokręcili energicznie głowami, a na ich twarzach zjawiły się dziwne miny. Jakby strach, a może obrzydzenie… albo wręcz zdumienie.

Saff skupiła się na celu, aż stał się jednym punktem kłującym w piersi.

– Ans praegelos.

Nadal nic.

Źle to wymawiała? Źle zapamiętała słowo?

Może pomyliła przedimek?

Magią zarządzano werbalnie, a podczas rzucania zaklęcia należało wyrazić swoje intencje. Ans oznaczało intencję szlachetną, a sen – niegodziwą. Było to ważne rozróżnienie, wpisane w magię zabezpieczenie, by nie zniszczyć niczego i nikogo nie zranić przypadkiem. Istniało kilka innych przedimków – don dla żywiołów, które niezbyt obchodziły ludzkie podziały na dobro i zło, et do praktycznej magii dnia powszedniego. Żaden z nich jednak nie pasował do tej sytuacji.

Dlaczego ans miałoby nie być właściwym przedimkiem? Saff uważała, że ma szlachetne intencje: ocalić zakładników. Wezwać pomoc do Aurii. Lecz magia była równie ulotna co pedantyczna i na własny sposób pojmowała, co jest szlachetne, a co nikczemne. Niektóre polecenia nieodłącznie wiązały się z konkretnym przedimkiem, na przykład sen incisuren – a to dlatego, że magia zawsze uważała cięcie i siekanie za działanie destrukcyjne.

Może praegelos postrzegała podobnie?

Księżycowi odzyskali rezon i równocześnie unieśli różdżki.

– Sen praegelos – ryknęła Saff z całą werwą, na jaką było ją stać.

Rozbłysnęło srebrzystoniebieskie światło, a świat umilkł i zamarł.

Cały.

Oprócz Saffron.

Zakładnicy przestali się miotać i szlochać na niby, a Księżycowi zastygli w miejscu, jeden w pół chwiejnego ruchu w tył, w pozycji przeczącej prawom fizyki. Rubinowa brosza na jego szyi lśniła niczym perląca się świeża krew.

Ucichły nawet odległe szmery dobiegające z galerii.

Całym ciałem Saff wstrząsnął dreszcz i spazm wysiłku, by utrzymać zaklęcie. Czuła, jak coś napiera na nią ze wszystkich stron naraz.

Czas to bestia, której nie w smak próby ujarzmienia.

Nie marnując ani jednej cennej sekundy, złapała trzy wystawione w jej stronę różdżki Księżycowych i cisnęła je w kąt komnaty. Dwoma parami kajdanek, które miała u pasa, skuła razem całą trójkę. Wiedziała, że mogą się nie utrzymać, kiedy świat na nowo ruszy, ale wystarczyły, by dać pozostałym zakładnikom czas na ucieczkę korytarzem – i by ona została jednogłośną zwyciężczynią ostatniego egzaminu.

Wirowało jej w głowie z wysiłku wkładanego w podtrzymanie praegelosa. Każda jej tkanka pragnęła odpuścić. Skrobała po dnie magicznej studni. Ale nie dawało jej spokoju coś jeszcze. Musiała się przekonać, czy intuicja dobrze jej podpowiadała – czy Księżycowi faktycznie mieli motyw, by zająć niewinną świątynię.

Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu możliwych wejść do skarbca i spostrzegła wytarty dywanik dziwnie precyzyjnie umieszczony na skraju okrągłej komnaty. Znowu lekko ścisnęło ją w żołądku – już dawno się zorientowała, że to jej intuicja. Ruszyła za podszeptem do wyblakłej szmatki i odsunęła ją z mozaikowych płytek w barwach leśnej zieleni, gwiezdnej bieli i ametystowego fioletu.

Pod dywanikiem znajdował się właz. Niemal idealnie zlewał się z otaczającymi płytkami, ale bez cienia wątpliwości był to właz. Wbiła paznokcie w szpary wokół niego i spróbowała go podnieść, lecz kamień był zbyt ciężki i pasował zbyt dobrze. A póki podtrzymywała zamrożenie czasu, nie mogła otworzyć go za pomocą magii.

Przypomniała sobie zapadki na sprężynowym mechanizmie w jej domu rodzinnym – projekt ojca, na wypadek gdyby kiedyś zawiodła ich magia – i przycisnęła dłonie do przeciwległych skrajów włazu, po czym nacisnęła go z całej siły.

Klapa się otworzyła, a Saffron zamrugała gwałtownie, próbując przywrócić ostrość widzenia.

Poniekąd spodziewała się spiralnych schodów wiodących do piwnicznego skarbca, ale ujrzała tylko okrągłą wnękę, nie większą niż wóz konny i nie głębszą niż grób. Pośrodku niej spoczywała fioletowa aksamitna poducha z wgłębieniem w kształcie różdżki na samym środku. Różdżki jednak nie było.

Saff ścisnęło w piersi, gdy potwierdziły się jej przypuszczenia. Miała rację. Faktycznie przyszli tu w konkretnym celu.

Ale gdzie była różdżka?

Zostało jej tylko kilka sekund. Wykorzystała je na rozejrzenie się po komnacie.

Tam jest. Za pazuchą tego Księżycowego, który zamarł, chwiejąc się na nogach.

Jeszcze jedna różdżka. Krótka, gruba, z drewna o ciepłym odcieniu. Drewna, którego Saff nie rozpoznawała.

Sięgnęła po nią. W tej samej chwili, gdy opadł czar praegelosa, jej drżące palce zacisnęły się na czubku różdżki…

…świat rozbłyska bielą.

Z bladej mgły wyłania się postać.

Nie. To dwie postacie. Złączone w pocałunku.

Jedną z nich jest Saffron.

Druga to wysoki mężczyzna. Blady, ciemnowłosy, o mocnych rysach twarzy i bliźnie przedzielającej dolną wargę. Palce ma wplecione w blond loki Saffron, twarde ciało przyciśnięte do jej ciała.

Oboje są w pelerynach Krwawego Księżyca. Łopoczą szkarłatne poły, migoczą fazy Księżyca wyszyte złotem i czernią.

Pocałunek się pogłębia, przybiera na sile.

Saff wciska dłoń w zagłębienie w jego biodrze. Mężczyzna wydaje z siebie cichy, szorstki jęk.

Drugą dłonią przyciska różdżkę do jego brzucha.

– Sen ammorten – mówi.

W powietrze leci zabójcze zaklęcie, rozbłysk jak piorun, pocałunek śmierci. Mężczyzna chwieje się, jego oczy robią się wielkie z przerażenia.

Osuwa się na ziemię. Martwy.

Coś uderzyło ją w twarz, mgła się rozwiała. Znowu pojawiła się komnata ofiarna. Leżała na wznak z antyczną różdżką w dłoni. Skroń bolała ją w miejscu, gdzie uderzyła o posadzkę. Księżycowi nad nią szamotali się w kajdanach. Wokół leżały rozsypane odłamki Aurii.

– Idźcie! – rzuciła Saffron do zakładników. Jej głos był obcy, rozmyty.

Zakładnicy zerwali się na nogi, minęli napastników i ruszyli na korytarz.

Czy to był koniec?

Co się właśnie zdarzyło?

Saff otarła pot z czoła rękawem peleryny. Skupiła się na egzaminie końcowym, nie na rozgrzanej do białości antycznej różdżce w dłoni. Ocaliła więcej zakładników, niż pozostali zabili, pojmała żywcem trzech Księżycowych. W prawdziwym świecie ci trzej byliby nieocenionym źródłem informacji dla Srebrnych Peleryn.

Któraś z placówek w Aterinie była jej. Musiała.

Jej peleryna wkrótce przybierze srebrną barwę.

Saff uniosła nieprzytomny wzrok na galerię, spodziewając się gromkich owacji, gdy tylko egzaminatorzy zrozumieją, co zrobiła.

Lecz zamiast tego powitała ją chłodna, kamienna cisza.Rozdział 4
• • •
JAK ULECZYĆ KAMIEŃ

Poskładanie Aurii z powrotem wymagało wielu godzin katorżniczej pracy.

Tiernan i Saffron siedzieli przy jej łóżku w skrzydle szpitalnym, a cały rój Uzdrowicieli i Zaklinaczy próbował, bezskutecznie, poukładać roztrzaskane fragmenty. Klęli, na czym świat stoi, mamrotali cicho i marszczyli brwi, i narastało poczucie niepokoju, że najgenialniejsza magini, jaka od dekady przemierzała te korytarze, nie opuści szpitalnej sali w jednym kawałku.

Za łukowatymi oknami słońce zachodziło za horyzontem Aterinu, spowijając fioletowe kopuły i złote obeliski łososiowym blaskiem. Kurz wirował między budynkami, w oddali dźwięczały dzwony, ryczały pijane tłumy, pospiesznie stukały kopyta. Wyścigi rydwanów. Ulice zmieniały się i odwracały bieg, by zmylić zawodników, a ekipa Materialistów zsyłała wściekły grad i ulewne deszcze, by wysadzić ich z siodła. W wyścigach startowało się bez różdżek, by uniknąć pokusy okaleczenia rywali, ale wolno było zaczarować przed startem własne konie. Przed rokiem Wielką Vallińską wygrała bestia gabarytów świątyni wróżbiernych, z oczami przenikającymi przez ściany. Jej kopyta, wielkie jak całe powozy, stratowały kilka ważnych budynków państwowych, ale zabawa była taka, że nikt się tym chyba nie przejmował.

Saff zwykła obstawiać te wyścigi co tydzień, póki nie pochłonęła jej całkiem Akademia. Z początku gry hazardowe traktowała jak terapię szokową dla strachu przed nieznanym. Noc w noc chodziła do szulerni, rzucała kostką, uczyła się przeżywać wynik rzutu, choćby ten najgorszy. W ten sposób spuszczała parę, pozwalała sobie na chwilę oddechu od starannego planowania i uważnej realizacji planów.

Nie spodziewała się, że będzie jej szło aż tak dobrze. Niekoniecznie w prostych grach, takich jak ruletka czy obstawianie wyścigów rydwanów, ale w tych bardziej skomplikowanych i polegających na umiejętnościach. Stała czujność pozwalała jej odczytywać każdy ruch mięśni oponentów, przywykła bowiem, że bacznie przygląda się rozmówcom i przedmiotom badań, by odtworzyć je w iluzji. Z kolei wrodzona skłonność do nihilizmu pozwalała jej wiele ryzykować – i wiele zyskiwać. Jej bankowa skrytka satysfakcjonująco wypełniła się owocami tej lekkomyślnej pracy.

Zacisnęła dłoń na ascenie, którego zaledwie kilka godzin wcześniej wygrała od Gaiana. Wszystko się zmieni. Już się zmieniło.

– Wkurza mnie, że reszty tu nie ma – przyznał Tiernan, gdy Uzdrowicielka o bujnych biodrach ostrożnie odsunęła jego dłoń od kamiennego nadgarstka Aurii. – Dzięki, Saff. Za to i za to, że zamieniłaś się ze mną kopertami.

Nissa, której z wściekłości z powodu egzaminu końcowego dym dosłownie buchnął nozdrzami, poszła do łaźni rozkoszy, by odnowić magię w swojej studni. Sebran i Gaian topili smutki w Skraju Chwały – skąpanej w półmroku tawernie nieopodal Akademii, wiecznie pachnącej piżmem – i próbowali nie myśleć o tym, że najdalej za kilka godzin lista powołań na placówki zostanie wywieszona na tablicy kapitanki Aspar.

– Nie ma sprawy – odparła wymijająco Saff. Lecz tak naprawdę w uszach wciąż jej dzwoniło od ciszy po zakończeniu egzaminu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij