Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zanim nadejdzie czas - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Zanim nadejdzie czas - ebook

Czasem trzeba się zgubić, by odnaleźć szczęście…

Lilkę wreszcie dogania przeznaczenie. Dziewczyna wciąż leczy rany po rozstaniu z Frankiem, kiedy los stawia na jej drodze Stefana. Młody mężczyzna powoli zdobywa jej serce, choć do samego końca Lilka zadaje sobie pytanie, czy na pewno wybrała właściwą drogę.

W pogoni za szczęściem trafiają się niestety również niespodziewane chwile zwątpienia oraz smutku, mimo to Lilka stara się czerpać z życia pełnymi garściami.

Czy odnajdzie szczęście u boku Stefana? Czy to będzie koniec zawirowań w jej życiu? Jeśli jesteście tego ciekawi, koniecznie sięgnijcie po trzeci tom „Sagi o życiu Lilki”!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68695-56-4
Rozmiar pliku: 3,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autora

Najważniejsze osoby występujące w pierwszym i drugim tomie:

Rodzina Lilki:

Joanna (Batorska) Bieńczyk – mama Lilki.

Justyna Józefa Batorska (babcia Józia) – babcia Lilki.

Czesław Bieńczyk – ojciec Lilki. Po rozwodzie z Joanną Bieńczyk związał się kolejno z dwiema kobietami, z którymi miał jeszcze kilkoro dzieci.

Janusz Bieńczyk – rodzony brat Lilki.

Władysław Batorski – dziadek Lilki, mąż babci Józi.

Maria (Batorska) Jagodzińska (ciocia Władzia) – najstarsza córka Józi i Władka Batorskich.

Józef Jagodziński – mąż cioci Władzi.

Bartek Jagodziński – kuzyn Lilki, syn Władzi i Józka Jagodzińskich.

Marysia Kalinowska – narzeczona Bartka Jagodzińskiego.

Stanisława (Batorska) Ciszewska (ciocia Stasia) – najmłodsza córka Józi i Władka Batorskich. Wraz z rodziną mieszkała na Załężu.

Kazimierz Ciszewski – mąż cioci Stasi, kuzyn Cześka Bieńczyka.

Krystyna (Ciszewska) Zacharska – kuzynka Lilki. Starsza córka Stasi i Kazia Ciszewskich.

Tobiasz Zacharski – mąż Krystyny Zacharskiej. Pochodził z Sędziszowa i tam mieszkał wspólnie z rodziną.

Agata (Ciszewska) Wójcik – kuzynka Lilki, młodsza córka Stasi i Kazia Ciszewskich.

Zbigniew Wójcik – mąż Agaty Wójcik.

Marzena Dorczak – narzeczona, a później żona Janusza Bieńczyka.

Mieczysław Świerad – kuzyn mamy Lilki mieszkający w Łodzi.

Emilia Dąbek (ciocia Mila) – siostra Cześka Bieńczyka, matka chrzestna Lilki.

Józef Dąbek – mąż cioci Mili. Pracował w Zelmerze.

Bronisława Sawicka (ciocia Bronia) – starsza siostra Cześka Bieńczyka.

Jerzy Sawicki (wujek Jurek) – mąż Bronisławy Sawickiej, ojciec chrzestny Lilki.

Julian Jakubowski (Julek) – daleki kuzyn Lilki ze strony dziadka Batorskiego.

Koleżanki Lilki:

Renata Śmiga – koleżanka z przedszkola, podwórka i ze szkoły.

Gośka Łodygowska – koleżanka Lilki z klasy szkoły podstawowej, którą przezywali „Jasiu”.

Lucyna Czerwonka – w szkole podstawowej najlepsza przyjaciółka z klasy.

Ania Babicz – koleżanka Lilki z kolonii w Mielcu.

Basia Drągal – przyjaciółka Lilki w pierwszej klasie szkoły zelmerowskiej, zanim Lilkę przeniesiono z klasy A do B.

Marta Złomek – przez jakiś czas dobra koleżanka Lilki w szkole zelmerowskiej, już po przeniesieniu jej do klasy B.

Ania Stopyra, Renatka Stankowicz, Ela Kosior – koleżanki z klasy Lilki w szkole zelmerowskiej.

Ewa Idzielak – przyjaciółka Lilki w ostatnim roku nauki w szkole zelmerowskiej. Pochodziła z Załęża.

Halina Książek – przyjaciółka Lilki z pracy.

Mania Klisz, Hania Ośko, Krysia Surmacz, Reginka Liszcz – koleżanki Lilki z pracy, które bardzo lubiła.

Przyjaciele i znajomi z Załęża:

Danusia Urbanik – najlepsza, długoletnia przyjaciółka Lilki. Razem chodziły do klasy w szkole zelmerowskiej. To ona zapoznała Lilkę z paczką przyjaciół z Załęża.

Andrzej Franciszak (Franek) – chłopak Lilki i jej największa miłość.

Jagoda Franciszak – siostra Franka oraz przyjaciółka Lilki.

Marek Borek – najbliższy przyjaciel Franka.

Beata Zembowska – sąsiadka Franciszaków i Krupczaków.

Marek Zembowski (Dżejson) – brat Beaty Zembowskiej.

Marek Połczyński (Student) – chłopak Beaty Zembowskiej.

Michalina Urbanik – mama Danusi Urbanik.

Małgosia Stadler – kuzynka Danusi Urbanik pochodząca ze Szczecina.

Zosia Stadler – starsza siostra Małgosi Stadler, też mieszkająca w Szczecinie.

Maria Stadler – mama Małgosi Stadler.

Sebastian Stadler – siostrzeniec Małgosi Stadler.

Adam Klich – sąsiad Danusi Urbanik, pierwszy chłopak Gosi Stadler. Mieszkał na Załężu.

Tomek Miklisz – drugi chłopak Małgosi Stadler.

Roman – mąż Zosi Stadler, miał romans z Janeczką.

Andrzej Kuśmiderski (Osioł) – pierwszy chłopak Danusi Urbanik, przyjaciel Andrzeja Franciszaka.

Mirek Krupczak – sąsiad Beaty i Marka Zembowskich, kuzyn Jagody i Franka Franciszaków, adorator Lilki.

Robert Krupczak – starszy brat Mirka, kuzyn Jagody i Franka Franciszaków.

Maciek Frączek – sąsiad Danusi Urbanik, kilkuletni, wierny adorator Lilki.

Darek Franciszak – najmłodszy brat Franka.

Józefa Franciszak – matka Franka.

Janusz Liszak – adorator Małgosi Stadler.

Andrzej Liszak (Jędrek) – brat Janusza Liszaka, adorator Lilki.

Janeczka – przyjaciółka Małgosi Stadler. Mieszkała w Szczecinie.

Sławek Bojdecki – drugi chłopak Danusi Urbanik.

Leszek Tomalak (Bukiet) – przyjaciel Osła.

Mariola (Majka) – koleżanka Lilki z pracy, mieszkała w Tyczynie, dzięki Lilce dołączyła do grona przyjaciół z Załęża.

Gabrysia Szeliga – sąsiadka Bartka Jagodzińskiego, koleżanka Lilki, znała część osób z paczki przyjaciół z Załęża.

Inni:

Jasia Urbanowska (Jaśka Malarka) – przyjaciółka mamy Lilki, żona Ryśka Urbanowskiego, który pracował jako malarz pokojowy, stąd to przezwisko.

Helena Przyboś – koleżanka z pracy mamy Lilki.

Jurek Przyboś – syn pani Heleny Przyboś.

Agnieszka Korczyk – koleżanka z pracy mamy Lilki.

Wiesiek Korczyk – syn Agnieszki Korczyk, pierwszy chłopak Lilki.

Wacek – żołnierz, którego Lilka poznała w pociągu w drodze do Szczecina.

Artur – żołnierz ze sztabu.

Bogdan Korycki – drugi chłopak Lilki, prawie narzeczony, kolega z pokoju Julka Jakubowskiego.

Ireneusz Korycki – brat Bogdana Koryckiego.

Marek i Michał Bazylewicz – koledzy Lilki i jej brata Janusza.

Waldek – kolega Bartka z jednostki.

Zbyszek – kolega Bartka z jednostki, przez krótki czas chłopak Lilki.

Piotrek z Dziewoklicza – wakacyjna znajomość i przygoda Lilki podczas pobytu w Szczecinie u Małgosi Stadler.

Krzyś – chłopak z pociągu, którym Lilka wracała z wakacji w Szczecinie.Rozdział pierwszy

Jesienne nadzieje

Wakacje w Szczecinie dobiegły końca. Po tych wspaniałych dwóch tygodniach pozostały wspomnienia morza, nowo poznanych ludzi i ekscytujących przygód, natomiast po sympatycznym Krzysiu – poznanym w pociągu – porcelanowa miseczka, którą udało mi się od niego wyłudzić.

Do domu wracałam wypoczęta, opalona i szczęśliwa, ale też niepewna tego, co przyniesie przyszłość. Nie wiedziałam, jakie niespodzianki szykuje dla mnie los i przed jakimi wyborami będzie mi dane jeszcze stanąć.

Musiałam rozwiązać kwestię Jędrka, w końcu oficjalnie wciąż byłam jego dziewczyną. Podczas naszego ostatniego spotkania potraktował mnie dość chłodno, nawet nie pocałował mnie na pożegnanie ani nie odprowadził na dworzec, gdy wyjeżdżałam do Szczecina. Podskórnie czułam, że to już koniec naszego związku, tylko on nie miał odwagi ze mną zerwać, może byłam mu jeszcze do czegoś potrzebna i dlatego tak zwlekał. Mnie jednak jego plany już nie interesowały, wobec czego korzystałam z wakacji, ile tylko chciałam, ale teraz należało podjąć decyzję i się z nim rozmówić.

O Franku starałam się nie myśleć, wiedziałam, że muszę wreszcie o nim zapomnieć. Zdawałam sobie sprawę, że to koniec tego rozdziału w moim życiu, choć gdzieś tam na dnie serca wciąż za nim tęskniłam.

Razem ze mną do Rzeszowa przyjechała mama Małgosi ze swoim wnukiem, Sebastianem. Pani Stadler chciała odwiedzić siostrę. Zaproponowałam jej, że mogą zatrzymać się u nas, choć nie uprzedziłam o tym mamy i nie byłam pewna, czy nie będzie mieć nic przeciwko.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że mama jest w pracy. Zrobiłam nam śniadanie i potem poszliśmy na basen. Musiałam się przecież przywitać z mamą i uprzedzić o niespodziance, jaką dla niej szykowałam. Myślałam, że ona i Maria Stadler się nie znają. Okazało się jednak inaczej. Mama miała w szkole koleżankę, która pochodziła z Załęża, a jedna z młodszych sióstr babci wraz z mężem zamieszkała w Krasnem, stąd i babcia, i mama bywały dość często w tamtych okolicach, przez co znały wiele osób z owych terenów, między innymi rodzinę mojego ojca oraz mamę Danusi i jej siostrę, panią Marię.

Mama i pani Stadler przywitały się jak stare znajome, co w pewnym sensie ułatwiło mi sytuację, bo nie wiedziałam, jak mama zareaguje na tę moją samowolkę. Spodziewałam się, że nie będzie zadowolona. Wprawdzie mama była nieco zdziwiona, widząc panią Stadler i Sebastiana, ale cierpliwie czekała, aż jej to wytłumaczę. Więc w dość dowcipny sposób opowiedziałam moją przygodę z pociągu, żeby choć trochę zagadać, i dopiero na koniec zawiadomiłam, że zaprosiłam do nas mamę Małgosi na kilka dni, a właściwie na dwa tygodnie, aż do moich urodzin.

Tak jak się spodziewałam mama tą wiadomością nie była zachwycona, rzadko bowiem gościliśmy w domu kogokolwiek, i to na dodatek na tak długo. To wiązało się przecież z wieloma obowiązkami, choćby codziennym gotowaniem obiadów, a my czasami jedliśmy byle co, żeby tylko coś ciepłego wrzucić do żołądka. Ze spaniem też były kłopoty – mieliśmy tylko jeden pokój. Trzeba było na szybko rozwiązać ten problem, bo zapraszając mamę Małgosi, nie pomyślałam o tym, zrobiłam to spontanicznie, a teraz nie wypadało się z tego wycofywać. Ostatecznie ustaliłyśmy, że gości położymy na tapczanie, a my z babcią we trzy będziemy spały na złączonych łóżkach. Nie było to za wygodne, lecz cóż, innego wyjścia też nie było. Nasz stary tapczan był mocno sfatygowany i zniszczony i trochę się martwiłam, że może im być niewygodnie. Na szczęście podczas mojego pobytu w Szczecinie Bartek sprzedał mi ten swój tapczan, o który kiedyś tak zawzięcie walczyłam. Nie mógł się doczekać, aż wrócę, więc załatwił tę sprawę z moją mamą i Januszem. O miejsce do spania dla gości nie musiałam się zatem już martwić.

Na basenie zastałam też ciocię Stasię i to ona powiedziała mi, że Jędrek wciąż jest w Rzeszowie i nie wyjechał do żadnego Orzysza. Wiedziała to oczywiście od swojego zięcia Zbyszka – męża Agaty. Zbyszek podczas wakacji przeniósł się z Wisłoka Strzyżów do Korony i teraz obaj grali w jednej drużynie. Postanowiłam więc, że kiedy będziemy wracać do domu, to do niego zadzwonię z dyżurki i spróbuję pogadać. Nie lubiłam bowiem niewyjaśnionych sytuacji, a przecież oficjalnie wciąż byłam jego dziewczyną. Za pierwszym razem go nie było, ale gdy szłam do pracy, zadzwoniłam ponownie. Rozmawiał ze mną bardzo chłodno i zdawkowo, a na temat listu, który mu wysforowałam, będąc w Szczecinie, nie wspomniał ani słowa. Skoro w dalszym ciągu był dla mnie tak niemiły, to zapewne go otrzymał.

– Czy będziesz na mnie czekał tam, gdzie zawsze, jak wyjdę z pracy? – zapytałam. Miałam zamiar porozmawiać z nim tak ostatecznie, bo ta sytuacja zaczynała mnie już nieźle denerwować, a przez telefon i przy świadkach raczej nie było to możliwe.

– Nie wiem. – Usłyszałam.

Dla mnie taka odpowiedź oznaczała jedno: Jędrka na pewno koło ogrodzenia przy sztabie nie będzie, więc choć bardzo nie chciałam tego robić przez telefon, zadałam mu jeszcze jedno pytanie.

– Jędrek, czy ty chcesz ze mną zerwać?

– Na razie nie.

– Co to znaczy „na razie”? Albo chcesz, albo nie, odpowiedz mi.

– Pogadamy, jak się zobaczymy.

I tyle było rozmowy. Wciąż nie wiedziałam, co z nami będzie, i wcale mi się to nie podobało. Zastanawiałam się, na co on czeka. Może zwlekał, żeby mieć z kim iść na wesele do Tadka – tego samego, który rok temu chciał się ze mną umówić na spotkanie, gdy jeszcze byłam dziewczyną Franka. Obecnie był nowym prezesem Korony. Nie byłam pewna, czy chcę na to wesele iść. Postanowiłam dać mu szansę i zobaczyć, jak sprawy będą się rozwijać, ale nie łudziłam się. Jeżeli myślał, że rzucę mu się w ramiona, że będę błagać, żeby mnie nie zostawiał, i że zmięknę, to się grubo pomylił. Tak naprawdę nigdy nic do niego nie czułam, miałam tylko satysfakcję, że taki chłopak jak on się mną zainteresował. No dobra, może odrobinę na początku byłam nim zauroczona, ale właściwie tylko go lubiłam, a po ostatnim jego zachowaniu to już nawet lubić go przestawałam.

Wbrew temu, czego obawiała się mama, pani Maria wcale nie była uciążliwa. Dużo jeździła do siostry na Załęże, czyli do mamy Danusi, odwiedzała dalszych krewnych i znajomych, jeździła na miasto, czy też pomagała babci gotować obiad, gdy mama była w pracy. Siedziały sobie czasami na ganku i fajnie dyskutowały. Mamie było jedynie wstyd, że nie mamy normalnej ubikacji, że musimy chodzić do kotłowni albo korzystać z wanny – tak, często to robiłyśmy, bo biegać za każdym razem na dół było trochę uciążliwe, zwłaszcza w nocy. My się już do tego przyzwyczaiłyśmy, dla nas było to normalne, ale przed obcymi było nam po prostu wstyd. Tyle że warunki, w jakich mieszkała pani Maria, też nie były luksusowe. Była drugą żoną ojca Małgosi. Pan Stadler ożenił się i dość szybko rozwiódł. Mieli duże, trzypokojowe mieszkanie. W tamtych czasach o nowe lokum było bardzo trudno, więc mieszkanie zostało podzielone. Gdy mama Małgosi go poznała, był już po rozwodzie. Wzięli ślub i wszyscy razem zamieszkali w jednym mieszkaniu. Była żona z synem zajmowała jeden pokój, a rodzice Małgosi – dwa. Kuchnia i ubikacja były wspólne. Paliło się tam w piecu, a woda bieżąca była tylko zimna. Kiedy zmarł ojciec Małgosi, obie jego żony musiały znosić się nawzajem, bo w dalszym ciągu o zamianie mieszkania można było tylko pomarzyć. Tak więc u niej warunki też były nieciekawe, a przecież nieraz gościła mnie czy innych przyjaciół Małgosi u siebie. Nie kręciła zatem nosem na nasze niewygody, była miła i pomocna.

We wtorek, gdy pojechałam z mamą Małgosi na Załęże, między innymi po gazety, dowiedziałam się, że Danusia jest w ciąży i że wychodzi za mąż. Ta wiadomość trochę mnie zaskoczyła, a przecież nie powinna, w końcu to było do przewidzenia. Chociaż większe wrażenie wywarła na mnie doniosłość tego faktu niż sama ciąża. Bo to świadczyło o jednym – nigdy już nic nie będzie takie samo, a nasza beztroska młodość i szalony panieński czas powoli odchodziły w zapomnienie.

Ojcem dziecka był oczywiście chłopak Danusi. Dorosłość nagle zapukała do ich drzwi i musieli się z nią zmierzyć. Byli bardzo młodzi. Danusia miała dwadzieścia lat, a Sławek zaledwie osiemnaście, ale w zaistniałej sytuacji sprawa nie mogła mieć innego finału.

Danka była szczęśliwa, a ja? Ja jej po prostu zazdrościłam. Wychodziła za mąż za ukochanego chłopaka i nosiła jego dziecko, a mnie po Franku została tylko tęsknota i wspomnienia. Sławek stanął na wysokości zadania, a mojego Franka przerosła siła mojego uczucia, choć był niewiele młodszy od Sławka. Po prostu jej nie udźwignął, dlatego nasza miłość była skazana na porażkę. Pomimo zaskoczenia bardzo się ucieszyłam szczęściem Danusi i mocno ją do siebie przytuliłam, życząc wszystkiego najlepszego. Ślub miał się odbyć w październiku i Danusia zapowiedziała, że mnie oczywiście zaprasza.

* * *

Przez cały tydzień Jędrek nie pokazał się w naszym stałym miejscu. Byłam na niego zła i przekonywałam samą siebie, że skoro on tego nie chce zrobić, to ja muszę podjąć ostateczną decyzję i zakończyć tę farsę. W sobotę poszłam najpierw do Bartka, a z nim do jednostki, żeby z bramy zadzwonić do Jędrka. Wolałam porozmawiać osobiście, więc zapytałam, czy będzie w niedzielę na meczu. Gdy usłyszałam odpowiedź przeczącą, poprosiłam, żeby się ze mną spotkał o osiemnastej w mieście lub choćby koło jednostki, bo chciałam z nim porozmawiać o czymś ważnym. Dość niechętnie, ale się zgodził. Niestety, kiedy na drugi dzień przyszłam pod bramę i próbowałam go powiadomić, że już jestem, dowiedziałam się, że jednak pojechał na ten mecz. Pomyślałam, że znowu mnie oszukał i sobie zakpił. Ale przecież nie miałam zamiaru stać i płakać, na pewno nie za nim. Zostawiłam Bartkowi kartkę z informacją, gdzie jestem, bo miałam tego dnia u niego nocować, i pojechałam na Załęże na stadion. Po drodze spotkałam Gabrysię Szeligę, sąsiadkę Bartka, i prawie całą moją paczkę, więc nie obawiałam się, że będę sama.

Jędrek faktycznie nie grał. Spotkałam go, gdy już wychodził. Był w mundurze, bo jak się okazało, nie przyjechał na mecz, tylko w nieco innej sprawie. Zawołałam go na bok.

– Nie bardzo mam czas na rozmowy, śpieszę się. – Usłyszałam.

– Nie zajmę ci wiele czasu.

– To mów, o co ci chodzi, tylko krótko.

Zmroziła mnie ta jego obojętność. Gdzie się podział ten sympatyczny Jędrek, którego znałam? Ale to tylko ułatwiło mi zadanie.

– Umówiliśmy się dzisiaj na osiemnastą, a ty sobie ze mnie zakpiłeś, i to nie pierwszy raz.

– Nie mogłem czekać, byłem zdenerwowany. Ktoś podpalił stodołę u sąsiadów, cała się spaliła.

Wychodziło na to, że podpalacz znowu dał o sobie znać. Mogłam to ostatecznie uznać za usprawiedliwienie, lecz jego zachowanie względem mnie już od dawna pozostawiało wiele do życzenia.

– A w tygodniu? Czemu się nie pokazałeś? Codziennie czekałam na ciebie, a ty mnie ignorowałeś. W ogóle od tamtej imprezy u Bartka, kiedy nie chciałam się z tobą przespać, traktowałeś mnie jak powietrze. To, że jestem twoją dziewczyną, nie oznacza, że zaraz muszę wskakiwać ci do łóżka na twoje zawołanie. Nie jestem taka.

– Ale z Frankiem nie miałaś takich skrupułów.

– Bo Franek to nie ty, jego kochałam naprawdę, wciąż go kocham. A ty nigdy nie będziesz w stanie mi go zastąpić.

– To dlaczego zgodziłaś się zostać…

– Jędrek – przerwałam mu – to ty za mną latałeś, nie ja za tobą. Uprzedzałam cię i byłam z tobą szczera od samego początku. Pytałam cię dwa razy, przed moim wyjazdem i po powrocie, czy chcesz ze mną zerwać. Powiedziałeś, że nie. Skoro między nami się nie układa, po co mamy to ciągnąć? Jestem ci do czegoś potrzebna, czy nie masz odwagi, żeby to wszystko zakończyć?

Nie odpowiedział.

– W takim razie ja to zrobię – zdecydowałam za niego. – Po prostu zrywam z tobą. Nie pozwolę się tak traktować. Teraz możesz się już umawiać, z kim chcesz, a nie robić to za moimi plecami. Myślisz, że nie wiem o tym, iż umawiałeś się z innymi, gdy ja byłam jeszcze niby twoją dziewczyną? To koniec, zrozumiałeś?

Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się od niego i odeszłam. Miało być krótko i zwięźle i było. Dołączyłam do moich przyjaciół i zamierzałam się dobrze bawić, pomimo że Franka wśród nich nie zastałam. Po meczu jak zwykle miała być zabawa. Zjawił się też Bartek, więc miałam z kim wrócić do domu. Beacie i Jagodzie powiedziałam, że właśnie zerwałam z Jędrkiem. Obie były mocno zdziwione tym faktem, mnie zaś z tego powodu tylko humor się poprawił. Nikomu więcej o tym nie mówiłam, choć liczyłam na to, że ta wiadomość i tak wkrótce dotrze do Franka, najprawdopodobniej dzięki Beacie, bo ta nigdy nie umiała trzymać języka za zębami, ale i Jagoda pewnie milczeć nie miała zamiaru, a na tym mi najbardziej zależało.

W poniedziałek byłam z koleżanką z taśmy, Manią Klisz, u wróżki, która mieszkała przy Szopena obok szpitala. Od razu powiedziała, że właśnie się z kimś rozstałam, lecz żebym się nim nie przejmowała, bo nie warto. Zapewniła, że już niedługo poznam jakiegoś szatyna i wyjdę za niego za mąż. Powiedziała mi z pewnym wahaniem, że będę mieć czworo dzieci, a może nawet więcej. Podobnie jak poprzedni wróżbita również nad jednym widziała krzyżyk, a nawet mówiła coś o drugim krzyżyku, ale nie była pewna. Wspomniała też, że kiedy będę starsza, otrę się o śmierć, ale ogólnie widziała przede mną długą linię życia. Wiele innych rzeczy też pokryło mi się z tym, co mówił wróż, więc już powtarzać ich nie będę. Ze ślubu z jakimś szatynem wcale się nie ucieszyłam, bo wolałabym, żeby mi powiedziała coś innego, ale najwidoczniej Franek naprawdę nie był mi pisany.

Kiedy następnego dnia pojechałam po gazety, spotkałam Baśkę, która podkochiwała się w Jędrku, kiedy jeszcze był moim chłopakiem. Gdy się dowiedziała, że już z nim nie jestem, opowiedziała mi kilka szczególików. Utwierdziły mnie one w tym, że dobrze zrobiłam, rzucając gnoja w diabły. Wyznała, że gdy było wesele mojego brata, Jędrek nie miał żadnej służby, tylko był umówiony właśnie z nią. W końcu zdecydował się jednak do nas przyjść i Baśkę wystawił do wiatru. Potem chciał się umówić z Beatą, gdy się pokłóciła ze Studentem i na chwilę ze sobą zerwali. Ona się nie zgodziła, bo chciała być lojalna względem mnie. Ponoć umawiał się jeszcze z innymi dziewczynami, zarówno wtedy, gdy byłam w Szczecinie, jak i wcześniej. Po tych rewelacjach nie tylko nie chciałam już z nim rozmawiać, ale też nie chciałam go w ogóle znać. Był zamkniętą kartą w moim życiu. Za to znowu byłam wolna i mogłam robić, co mi się tylko żywnie podobało.

* * *

W niedzielę pojechałam z Bartkiem na imieniny Beaty. Miałam ogromne nadzieje, że spotkam tam Franka.

Gdy tylko tam zajechaliśmy, dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia spalił się dom Liszaków. To była niezwykle szokująca wiadomość. Nikogo na szczęście w domu nie było, wszyscy bawili się na weselu u Ulki i Tadka, na którym miałam być z Jędrkiem. Wychodziło na to, że załęski piroman nie próżnował. Najgorsze było to, że to właśnie Janusza Liszaka wciąż podejrzewano o te podpalenia. Ale po pożarze ich domu to już trudno było w to uwierzyć. Zresztą, jak się potem okazało, to nie Janusz, tylko jakiś młody strażak, który chciał się wykazać bohaterstwem w gaszeniu pożarów, a chyba za bardzo się nudził. Wesele nowego prezesa Korony Załęże odbywało się niedaleko od domu Liszaków, ale zanim zauważono ogień, było już za późno. Nie udało się tym razem ugasić pożaru tak szybko, jak w przypadku domu Zembowskich. Straty były ogromne. Pomimo tego, co działo się ostatnio między nami, naprawdę było mi żal Jędrka i Janusza.

Goście schodzili się do Beaty powoli. Gdy zobaczyłam Franka po tak długim czasie, oczy zaświeciły mi się jak gwiazdy, a serce zaczęło momentalnie mocniej bić. Musiałam jednak się opanować. Nie mogłam sobie pozwolić na żaden nieprzemyślany ruch, przecież mu obiecałam.

Jak to na imieninach, trochę wypiliśmy, trochę potańczyliśmy i powygłupialiśmy się. Nikt nie był pijany, humor nam dopisywał i było wyjątkowo fajnie. Gdy wódka zaczęła się kończyć, ktoś zaproponował, żeby iść pod wesele, a właściwie poprawiny, a przy okazji zobaczyć ten spalony dom Liszaków. Wyszedł do nas brat pana młodego i zaczął dość długo rozmawiać z Jagodą, a reszta towarzystwa przeszła się jeszcze pod ten spalony dom. Widok był koszmarny, a smród jeszcze większy. Doprawdy na takie nieszczęście nikt nie zasługiwał. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, jak ktoś mógł coś takiego zrobić. Pomedytowaliśmy trochę nad tym pogorzeliskiem i wróciliśmy pod wesele. Tym razem wyszedł do nas pan młody i dał nam butelkę wódki. Wcześniej Jagoda dostała jedną, więc zadowoleni wróciliśmy

do domu.

Było już późno i Bartek zasnął na kanapie, Jagoda też trochę drzemała i nie chciała już pić, tak samo Beata ze Studentem, którzy siedzieli i rozmawiali. Zostało jeszcze trochę w butelce i tylko my dwoje z Frankiem byliśmy chętni do jej opróżnienia. Owszem, pozwoliłam sobie wypić więcej niż zazwyczaj, chciałam się nawet upić. Dobry humor już mi trochę minął, czułam się bowiem nieco zawiedziona, gdyż obiecywałam sobie znacznie więcej po tym spotkaniu z Frankiem. A on wprawdzie nie okazywał mi jakiejś szczególnej niechęci, był grzeczny i nie dokuczał mi, ale też trzymał względem mnie dystans i to wywoływało mój smutek. To, co mu kiedyś obiecałam, przestało się teraz w tym momencie dla mnie liczyć, a najgorsze było to, że nie mogłam mu nawet okazać tego, co czuję; musiałam udawać, że wszystko jest w porządku, a tak bardzo pragnęłam choćby go dotknąć. Boże, ile ja się modliłam, żeby on chciał do mnie wrócić, to tylko ja wiem. Nie mogłam nic jednak zrobić.

Siedzieliśmy więc z Frankiem i tylko rozmawialiśmy. Wcześniej rozlał do kieliszków dla wszystkich, ale nie chcieli już pić. Trochę drażniły Franka te pełne kieliszki na stole. W pewnym momencie chciał namówić Beatę do wypicia swojego, lecz ona odmówiła. Nigdy nie lubiłam, jak ktoś kogoś namawia do picia, i chciałam go powstrzymać, dotykając jego ręki.

– Nie namawiaj jej, jak nie chce, to niech nie pije – powiedziałam, ale on nie tylko nie odsunął się, lecz przytrzymał moją dłoń i uścisnął lekko, patrząc na mnie znacząco.

Od razu zrobiło mi się gorąco. Czyżby moje modlitwy miały być wysłuchane? To przecież on dał sygnał, nie ja. To on podarował mi odrobinę nadziei, że może coś się tego dnia wydarzy. Wskazał oczami drzwi i wyszedł, a ja zaraz za nim.

Gdy znalazłam się już na zewnątrz, stanęłam przed nim i popatrzyłam w te jego cudowne oczy – dla mnie ukochane. Bił z nich blask, którego już tak dawno nie widziałam. Wyciągnął do mnie rękę, a ja wtuliłam się w jego ramiona, niesamowicie szczęśliwa. Pochylił się i znowu na swoich ustach poczułam ten najsłodszy smak jego pocałunku. Potem nagle jakby coś sobie przypomniał, odepchnął mnie lekko od siebie, mówiąc:

– Nie, nie wolno nam!

Nawet nie zdążyłam zareagować, gdy zaraz z powrotem przyciągnął mnie do siebie i jeszcze bardziej namiętnie pocałował. Oboje zachowywaliśmy się jak głodni ludzie, którzy dorwali się do jedzenia. To były szalone minuty, czułam się znowu szczęśliwa, przecież tak długo na to czekałam, tak za tym tęskniłam, tak tego potrzebowałam. Gdy wreszcie na chwilę oderwaliśmy się od siebie, zapytałam z nadzieją:

– Franek, czy ty chcesz do mnie wrócić?

– Nie wiem… – Usłyszałam po chwili, co ostudziło nieco moje nadzieje. – Sam nie wiem, co chcę zrobić, muszę się zastanowić… Może już niedługo, proszę bądź cierpliwa.

– Jeżeli będziesz chciał się ze mną zobaczyć, jeżeli się zdecydujesz, to wiesz, gdzie mnie szukać. Poza tym w prawie każdą sobotę nocuję u Bartka. Możesz tam przyjść, nikt nam nie będzie przeszkadzał.

– Przyjdę w takim razie w najbliższą sobotę, tylko niczego sobie nie obiecuj.

– Za tydzień mam urodziny, ma przyjechać Małgosia z Tomkiem, tym swoim nowym chłopakiem, więc mnie u Bartka nie będzie, może lepiej, jak przyjdziesz w niedzielę. Postaram się również u niego nocować.

– Wolałbym w sobotę, ale niech ci będzie, przyjdę z Jagodą, żeby nikt się niczego nie domyślił. Jednak na razie jest tak, jak dotychczas, pamiętaj.

– Wiem, ale proszę, pocałuj mnie jeszcze, tak strasznie za tobą tęskniłam.

Spełnił moją prośbę, i to z nawiązką. Niestety tylko na tyle mogliśmy sobie pozwolić. Oboje byliśmy nieźle podpici, lecz doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co mówimy i robimy. Zrozumiałam wtedy, że on wciąż mnie kocha. Może tylko bronił się przed tym uczuciem. Wróciłam do kuchni taka szczęśliwa, że Jagoda od razu poznała, iż musiało coś między nami zajść.

– Pogodziłaś się z Frankiem? Wróciliście do siebie?

Pokręciłam głową, ale liczyłam na to, że tak się stanie. Byłam tego prawie pewna.

* * *

Niestety moje nadzieje były płonne, choć jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam. Moja miłość do Franka była jak uzależnienie. Tak, byłam po prostu od niego uzależniona, tak jak narkoman od narkotyków czy alkoholik od wódki. I żeby nie wiem, ile razy alkohol sponiewierał psychicznie i fizycznie osobę uzależnioną; ile razy budziłaby się rano skacowana, brudna, śmierdząca, obita, z podrapaną twarzą czy przetrąconymi żebrami; żeby nie wiem, ile razy przysięgała sobie, że to był ostatni raz, że więcej nie sięgnie po kieliszek – to może wytrzyma parę godzin, może dzień, może kilka dni czy nawet miesięcy. Ale wystarczy, że ktoś postawi przed nią wódkę, zachęci do wypicia choćby jednego małego kieliszka – jak zahipnotyzowany drżącą ręką sięgnie po niego bez względu na to, co będzie sobie mówił: że nie powinien, że to tylko ten jeden raz. Znowu wleje w siebie płyn, bez którego nie potrafi żyć i funkcjonować.

Tak też było ze mną. Nieważne, jak często Franek sprawiał mi przykrość, zadawał ból wprawdzie nie fizyczny, a psychiczny, nie dotrzymywał słowa, zawodził mnie. Nieważne, jak bardzo cierpiałam i mówiłam sobie, że muszę z tym skończyć. Wystarczyło, że go zobaczyłam, wystarczyło, że mnie dotknął czy pocałował, zapominałam o wszystkim, co było złe, i brnęłam w tę przepaść uczuciową, bez której nie potrafiłam żyć. Był mi potrzebny jak tlen, żeby móc oddychać. Nawet wtedy, gdy się już rozstaliśmy, kiedy byłam na uczuciowym odwyku, kiedy próbowałam ułożyć sobie życie bez niego i wydawało mi się, że sobie z tym poradziłam, wystarczyło, że go zobaczyłam, że był gdzieś blisko, i mój głód uczuciowy dawał o sobie znać i brał górę. Cały rozsądek i wszystkie postanowienia brały w łeb, zwyczajnie nie potrafiłam mu się oprzeć. W tej miłości utopiłam wszystko – nie tylko moje serce, ale i duszę, rozsądek, rozwagę, po prostu wszystko. Dla niego mogłabym iść nawet do piekła.

Kiedy już ochłonęłam trochę po rozstaniu, a potem rzucił mi odrobinę nadziei, poczułam się znów, jakbym była na tym odwyku. Miotałam się pomiędzy tym „odwykiem” a „powrotem do nałogu”, pomiędzy szczęściem a godnością, pomiędzy wspomnieniami a przyszłością. Z tego względu, proszę, nie oceniajcie mnie zbyt surowo. Może byłam głupia, ale byłam zakochana tak bardzo, jak nie każdemu było dane, i pomimo dramaturgii tego wszystkiego byłam szczęśliwa. Wspominam tamten czas z ogromnym sentymentem. Nigdy też nie żałowałam, że popadłam w ten nałóg miłości.

Do domu wróciliśmy z Bartkiem bardzo późno. Zasnęłam szybko i spałam niewiele, ale pierwszy raz od bardzo dawna zasypiałam szczęśliwa, z uśmiechem na ustach. Ten uśmiech przez cały tydzień, kiedy powoli przygotowywałam się do moich urodzin, nie znikał z mojej twarzy. Robiłam zakupy, piekłyśmy placki z mamą, sprzątałam i ciągle się zastanawiałam, czy Franek będzie pamiętał, czy dotrzyma słowa i w niedzielę przyjedzie do Bartka?

W sobotę rano pani Maria pojechała z Sebastianem na stację po Małgosię i Tomka, a ja zajmowałam się krojeniem jarzyn na sałatkę. Potem młodzi pojechali do miasta, a mama Małgosi z Sebą na Załęże. Tymczasem wszystko ładnie wysprzątałam i niecierpliwie oczekiwałam gości. Ponieważ nie wszyscy się znali, z początku było trochę sztywno, powolutku jednak atmosfera się rozluźniała i na koniec imprezy dyskusje ciągnęły się w nieskończoność. Były to zupełnie inne urodziny niż rok wcześniej. Już nie tak szalone, no i nie miałam u swojego boku ukochanej osoby. Lecz przecież miałam tę swoją tajemnicę i po cichutku wierzyłam, że na drugi dzień go zobaczę i osiągnę pełnię szczęścia.

W niedzielę, kiedy to wypadały moje urodziny, od rana chodziłam podekscytowana. Małgosi nic nie powiedziałam, nie mogłam, to musiała być tajemnica, do której tylko dwie inne osoby zostały dopuszczone.

Odprowadziłam Małgosię i Tomka na pociąg. Pani Stadler nie wracała z córką. Miała wykupioną kuszetkę na wtorek, więc młodzi wracali sami. Udało mi się przekonać mamę, żebym mogła spać u Bartka, mówiąc, że będziemy do późna oglądać filmy, a skoro rano w poniedziałek miałam mieć pierwszą zmianę, to nie opłacało mi się wracać do domu. Nie było to do końca kłamstwem, tylko po prostu nie dopowiedziałam, w jakim towarzystwie zamierzamy oglądać te filmy. Wzięłam ze sobą co nieco z tego, co zostało po urodzinach, i prosto z dworca przyszłam do kuzyna. On też tyle co wrócił od Marysi. Czas strasznie mi się dłużył, byłam zniecierpliwiona i zdenerwowana. W końcu nie wytrzymałam i poprosiłam Bartka, żeby po nich pojechał – bądź co bądź to były przecież moje urodziny i chciałam je spędzić najlepiej, jak to tylko było możliwe. Mój kochany kuzynek, który nieba by mi przychylił, zgodził się i pojechał na Załęże. Ja miałam wszystko przygotować. Jedzenie przyniosłam z domu, a wódka już od dawna leżała u Bartka.

Nie minęło wiele czasu, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zastanawiałam się, kto to może być, bo na powrót kuzyna było jeszcze za wcześnie. Przemknęło mi przez głowę, że może Bartek minął się z Jagodą i Frankiem, ale też bałam się, że to może jakiś kolega Bartka chce mi zepsuć imprezę. Otworzyłam drzwi i ujrzałam w progu Franka z Jagodą. Boże, jak ja się ucieszyłam! Wyściskałam ich oboje i czym prędzej wpuściłam do mieszkania.

– Przepraszamy, że nie mamy dla ciebie nic – powiedziała Jagoda. – Ale życzymy ci wszystkiego najlepszego.

– Och, nie szkodzi, dobrze wiesz, że dla mnie najpiękniejszym prezentem jest Franek.

– Szkoda, że mu kokardki na głowie nie zawiązałam – roześmiała się Jagoda, a my z Frankiem jej zawtórowaliśmy.

– A to ode mnie w prezencie – powiedział Franio i pocałował mnie długo i czule, aż Jagoda zagwizdała.

Niestety to był tego wieczoru jedyny pocałunek, którym mnie obdarował. Kuzyn wrócił zły z niczym i nieźle się zdziwił, gdy ich zobaczył, a ja podsumowałam:

– Przynajmniej nikt się nie domyśli, gdzie spędziliście noc. Bo mam nadzieję, że zostaniecie do rana.

– Oczywiście, że zostajemy i zamierzamy się świetnie bawić.

Spędziliśmy ten czas wprost fantastycznie, pomimo że między mną a Frankiem do niczego więcej nie doszło. Trzymał mnie na dystans, lecz był miły, ciepły i bardzo serdeczny. Potańczyliśmy też trochę, więc mogłam choć odrobinę się do niego w tańcu przytulić, gdy jak zwykle poruszaliśmy się w rytm naszej piosenki. Oglądaliśmy także filmy i w końcu poszliśmy spać. Ja spałam z Jagodą, a Franek z Bartkiem na podłodze. Tylko raz, gdy tańczyliśmy Jolka, Jolka, Franek szepnął mi do ucha:

– Grzeczna dziewczynka. Ale proszę cię jeszcze o trochę cierpliwości.

Doskonale zrozumiałam, o czym mówi. I mogłabym być cierpliwa tak długo, jak tylko on by tego potrzebował, byleby tylko do mnie wrócił. Jagoda zaś, gdy na chwilę zostałyśmy same, powiedziała:

– Ponoć Franek mówił coś Beacie o powrocie do ciebie. Mnie nic nie mówił, więc nie wiem, ile w tym prawdy. Rozmawialiście coś o tym?

– I tak, i nie. Na imieninach Beaty poprosił, żebym mu dała czas na zastanowienie. Mam wrażenie, że on wciąż nie jest pewny, czego chce. Ja bardzo bym tego pragnęła, jednak wiesz, nie mam zamiaru naciskać, on musi sam zdecydować. Cokolwiek postanowi, będę musiała się z tym pogodzić.

Jagoda przyznała mi rację, obie bowiem znałyśmy go bardzo dobrze i wiedziałyśmy, że każdy nacisk da odwrotny efekt do oczekiwanego, więc nie mogłam ryzykować i musiałam dać mu po prostu czas.

* * *

Mama Małgosi wreszcie wyjechała, a do naszego domu powróciły zwykłe, spokojne, szare dni. Czekałam cierpliwie na decyzję Franka, ale to oczekiwanie sprawiło, że do mojego serca wróciła nie tylko miłość, ale i cierpienie. Do końca września widywaliśmy się sporadycznie. Czasem, gdy jechałam po gazety na Załęże, a czasami przychodził do Bartka. Zawsze utrzymywał dystans, pomimo że był dla mnie miły. Nie dokuczał mi, to prawda, ale oczekiwałam od niego jakiegoś choćby najmniejszego znaku, gestu, który dawałby mi nadzieję na jego powrót. Czasami zazdrościłam Danusi. Ona miała swojego Sławka, nosiła jego dziecko pod sercem, a ja zaczynałam żałować, że zawsze byliśmy tacy ostrożni, że uważaliśmy, aby nie wpaść w kłopoty. Jakże wtedy pragnęłam również być w ciąży, mieć coś, co by na zawsze należało do Franka, nawet gdyby nie chciał czy nie mógł się ze mną ożenić! A tak to zostały mi tylko srebrna obrączka, wspomnienia i ogromna tęsknota.

Tydzień po moich urodzinach pojechaliśmy wszyscy do Sędziszowa, do mojej kuzynki Krystyny, która robiła wspólne urodzinki swoim pociechom – Julce i Kubusiowi. Dowiedzieliśmy się wtedy, że na wiosnę spodziewają się wraz z mężem trzeciego dziecka, co dla mnie miało mieć ogromne znaczenie, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Tam też pierwszy raz doszło do małego spięcia między moim bratem a jego żoną. Marzena zwróciła głośno Januszowi przy wszystkich uwagę, co mnie i innym się nie spodobało. Samo zwrócenie uwagi nie było tak istotne, co sposób, w jaki to zrobiła, traktując go jak niesfornego uczniaka. Widziałam, że mocno go to zawstydziło. Nieważne, co było powodem, czy miała rację, czy nie, nie powinna traktować go przy wszystkich z taką wyższością i pogardą. Później Janusz żalił się mamie na Marzenę. Pomyślałam wtedy o wróżu, że chyba i w tej sprawie się nie pomylił, a to małżeństwo może się rozpaść wcześniej, niżbyśmy się tego spodziewali.

Kolejne dni przebiegały spokojnie. Chodziłam czasem do kina z Bartkiem, niekiedy odwiedzałam Danusię, sporadycznie spotykałam się z Frankiem czy z resztą naszej paczki i czekałam, aż Franek wreszcie na coś się zdecyduje.

W ostatni weekend września przyszedł Bartek i powiedział, że wieczorem spodziewa się gości, czyli ekipy z Załęża. Mieli być Franek, Beata i Student. Miałam akurat popołudniową zmianę, ale puścili nas wcześniej i o dwudziestej dołączyłam do imprezy. Franek tego dnia był dla mnie dużo milszy, pozwolił mi się przytulić do jego ramienia, kiedy siedzieliśmy obok siebie, w tańcu pocałował mnie w czoło, a jego oczy błyszczały i uśmiechały się do mnie ciepło i czule. Miałam wrażenie, że to właśnie tego dnia powie mi, że do mnie wraca. Można powiedzieć, że wręcz sobie to wmówiłam. Co więcej – zaczęłam się zachowywać tak, jakby faktycznie tak się już stało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie chciałam nawet go pocałować, w policzek wprawdzie, ale już sam ten gest był przegięciem z mojej strony, zerwaniem niepisanej umowy między mną a Frankiem – niestety zamiast do mnie wrócić, zaczął studzić moje zapędy, a nawet odganiać się ode mnie jak od natrętnej muchy. Gdy wreszcie do mnie dotarło, że on wcale nie ma zamiaru do mnie wrócić, poczułam się ogromnie zawiedziona i upokorzona. Wściekła na siebie – i trochę na Franka – poszłam do kuchni i się rozbeczałam. Przyszła Beata, pocieszała mnie, próbowała namówić, żebym wróciła do pokoju, ale uparcie nie chciałam się zgodzić. Czułam się okropnie. Nie dość, że moje nadzieje prysły jak bańka mydlana, to na dodatek tak głupio się zachowywałam, że aż mi było wstyd. Narzucać się chłopakowi, gdy on cię nie chce? To aż tak nisko upadłam? Gdzie były moja godność i honor…? Chciałam po prostu zapaść się pod ziemię. Beata nic nie wskórała, więc wysłała do mnie Franka. Przyszedł zły, i słusznie.

– Co jest? Co się z tobą dzieje?

– Nic, Franek, wyjdź stąd i zostaw mnie w spokoju.

– Przecież widzę, że płaczesz.

– No i co z tego? Czy już popłakać sobie nie mogę? Daj mi święty spokój. Raz na zawsze daj mi święty spokój. – W tym momencie zrozumiałam, jak płonne były te nadzieje, jak upokarzające było dla mnie takie czekanie na jego łaskę, w ogóle wyglądało to tak, jakby się mną bawił, a tego nie chciałam. – Nie rób mi więcej żadnych nadziei, nie chcę tego, słyszysz? Nie dam rady, Franek, po prostu ja już dłużej tak nie potrafię.

– Prosiłem, żebyś była cierpliwa, ale to nie jest dla mnie łatwe. Chyba więc jednak zostaniemy przy tym, co jest obecnie. I albo przyjmiesz moją przyjaźń, albo przestanę tu przychodzić.

Stałam oparta o parapet. Gdy usłyszałam te słowa, zamknęłam oczy i spuściłam głowę. Nie chciałam, żeby zobaczył, że zadał mi śmiertelny cios. Cisza między nami się przedłużała, ale on nie odchodził, czekał, aż mu odpowiem. I tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało, żeby wreszcie podnieść głowę, spojrzeć mu w oczy i łamiącym się głosem powiedzieć:

– Dobrze, Franek, przyjmuję twoją przyjaźń – wzięłam głęboki wdech – i obiecuję, że nigdy więcej nie będę ci się narzucać.

Spojrzał na mnie tak poważnym wzrokiem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Zrozumiałam, że może nie jestem mu obojętna, tylko że nie kocha mnie już tak jak kiedyś. W pewien sposób wciąż czuł się za mnie odpowiedzialny i bał się, że zrobię coś głupiego. Po prostu postanowił czuwać nade mną do czasu, aż znajdę sobie kogoś, z kim będę szczęśliwa. Nie mogłam mieć jego miłości i z tym musiałam się pogodzić, ale mogłam mieć jego przyjaźń i to musiało mi wystarczyć.

Otarłam łzy i wróciliśmy do pokoju. Było już późno. Beata ze Studentem spali na wersalce, a my w trójkę na podłodze. Leżałam obok Franka i prawie bałam się oddychać. Czułam się tak strasznie nieszczęśliwa. Miałam go na wyciągnięcie ręki, a nie mogłam dotknąć, słyszałam bicie jego serca, a nie mogłam się do niego przytulić, czułam ciepło jego ciała, a nie mogłam czerpać z niego dla siebie otuchy. A on leżał taki spięty, jakby się bał, że nie dotrzymam słowa i znowu spróbuję go namawiać, żeby do mnie wrócił. To znaczy, ja go nie namawiałam, miałam tylko taką nadzieję i jedynie całą sobą to okazywałam. Tamtej nocy zrozumiałam, że czas pójść swoją drogą, spuścić kurtynę na przeszłość, odgrodzić na zawsze to, co było między nami, i spróbować o nim zapomnieć. Że muszę zapakować swoją miłość do walizki i wysłać w najdalszy zakamarek swojego serca, bo pozbyć się jej całkowicie nie potrafiłam.

Rano obudziłam się w zupełnie innym nastroju. Była zmiana czasu, więc dostaliśmy w prezencie dodatkową godzinę. Czytałam książkę, a oni jeszcze dosypiali. Wreszcie postanowiłam ich całkowicie obudzić i rozruszać. Rozpoczęłam z Frankiem i Bartkiem wojnę o kołdrę i udało mi się wygrać. Franek, widząc, że jestem już w dobrym humorze, że znowu żartuję i śmieję się, całkowicie się rozluźnił i znowu był dla mnie miły. Pożegnałam ich najwcześniej, bo musiałam wracać do domu, a kiedy wyszłam już z klatki, Franek zawołał mnie z okna, że zapomniałam książki. Potem zbiegł na dół i mi ją wręczył. Gdy odchodziłam, stał i patrzył za mną, a kiedy się odwróciłam, pomachał mi i tak ładnie się uśmiechnął. Był to dla mnie mały promyczek słońca, rekompensujący mi smutne chwile poprzedniego wieczoru.

Tego dnia jeszcze raz się zobaczyliśmy. W piątek wybrałam dla Danusi pieniądze, ponieważ nie było jej w pracy, więc pojechałam do niej. Franek mówił, że Jagoda jest chora, stąd wracając od Danusi, wstąpiłam do nich, żeby trochę i z nią posiedzieć. Potem poszłam do Beaty, a tam przyszedł Franek i razem pograliśmy w karty. Było to takie spokojne, fajne niedzielne popołudnie w gronie przyjaciół. Wieczorem, gdy wróciłam do domu, to i z mamą zagrałyśmy sobie w tysiąca – to akurat była nasza ulubiona gra. Przed snem, patrząc tęsknym wzrokiem na wielki księżyc, napisałam kolejny wiersz.

Wspomnień sny

Choć księżyc świeci tak pięknie

i gwiazdy śmieją się do mnie,

to serce mi mało nie pęknie

od pięknych, lecz smutnych wspomnień.

Kochałam ciebie ogromnie

i tyś mnie kochał nad życie.

Lecz ty zapomniałeś już o mnie,

a ja muszę kochać cię skrycie.

Gdy w nocy na niebo patrzę,

czy chmurne, czy pełne gwiazd,

nic moich wspomnień nie zatrze,

bo pamięć jest w każdym z nas.

Więc popatrz się, miły, ze mną,

i wspomnij te dawne dni.

Niech cicha nocy ciemność

wywoła ci wspomnień sny.

Odszedłeś ode mnie na zawsze,

zamknąłeś rozdział mych snów.

Lecz pamięć w sercu nie zniszczy

pragnienia, byś był ze mną znów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij