-
nowość
Zanim powiesz prawdę - ebook
Zanim powiesz prawdę - ebook
Magda ma czterdzieści jeden lat, kochającego męża i dobre małżeństwo. Nie szuka romansu. A jednak jedno spojrzenie, kilka wiadomości i niewinny flirt z Bartkiem wystarczą, by granice zaczęły się przesuwać. Początkowo przecież nic się nie dzieje. Potem wystarczy odwrócić telefon ekranem do dołu, skasować wiadomość i powiedzieć pierwsze kłamstwo. Magda jest przekonana, że potrafi mieć dwa życia. Nie rozumie tylko jednego — miłość Tomka nie oznacza, że będzie przy niej bez względu na wszystko. Historia o pożądaniu, zdradzie i cenie, którą czasem płacimy dopiero wtedy, gdy jesteśmy pewni, że nie mamy nic do stracenia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CHAPTER 1
— Wstajesz?
Magda nie odpowiedziała.
— Magda.
Nadal nic.
— W takim razie informuję, że jest siódma dwanaście.
Otworzyła jedno oko.
Tomek stał w drzwiach sypialni z kubkiem kawy w dłoni. Był już ubrany. Granatowa koszula, ciemne spodnie, włosy jeszcze lekko wilgotne po prysznicu. Patrzył na nią z tym irytująco pogodnym wyrazem twarzy człowieka, który najwyraźniej nie widział niczego niestosownego we wstawaniu przed siódmą.
— Kłamiesz.
— Siódma trzynaście.
— Nienawidzę cię.
— Wiem. Z mlekiem, bez cukru.
Postawił kubek na stoliku obok łóżka.
Magda wysunęła rękę spod kołdry.
— Daj.
— Najpierw powiedz, że mnie kochasz.
— Nie wykorzystuj człowieka w potrzebie.
Tomek podał jej kawę.
Usiadła, podciągając kołdrę pod brodę, i wypiła pierwszy łyk.
— O Jezu.
— Widzisz?
— Co?
— Jednak mnie kochasz.
— Kocham ekspres.
— Ekspres nie pamięta, że lubisz trochę więcej mleka.
— Jeszcze.
Tomek uśmiechnął się i pochylił nad nią. Pocałował ją krótko.
Pachniał żelem pod prysznic i kawą.
Tak pachniały ich poranki.
Magda nawet nie pamiętała, kiedy zaczęły wyglądać dokładnie w ten sposób. Może pięć lat temu. Może dziesięć. Pewne rzeczy nie pojawiały się w małżeństwie nagle. Po prostu któregoś dnia człowiek odkrywał, że istnieją od zawsze.
Kawa po jej stronie łóżka.
Jego klucze w miseczce przy drzwiach.
Jej kosmetyki zajmujące trzy czwarte łazienki, mimo że przysięgała, że zajmują połowę.
Pocałunek rano.
„Napisz, jak dojedziesz”.
„Kupić coś?”
„Będziesz późno?”
Zwykłe zdania.
Może właśnie z nich składało się małżeństwo.
— Dzisiaj będę trochę później — powiedziała.
— Jak później?
— Nie wiem. Siedemnasta? Osiemnasta?
— To rzeczywiście szaleństwo.
Rzuciła w niego poduszką.
Złapał ją.
— Przemoc domowa od rana.
— Oddaj.
— Dowód rzeczowy.
— Tomek.
Rzucił poduszkę z powrotem.
Magda spojrzała na zegarek.
7:16.
— Cholera.
Wyskoczyła z łóżka.
— Mówiłem.
— Mogłeś mnie obudzić wcześniej.
— Budziłem.
— Nieskutecznie.
— Przepraszam. Jutro wiadro zimnej wody.
Minęła go w drzwiach i już po chwili usłyszał z łazienki:
— I zostaw mi ciepłą wodę!
— Księżniczka wstała ostatnia i ma wymagania!
— Słyszę cię!
— Taki był plan!
Uśmiechnęła się do swojego odbicia.
Czterdzieści jeden lat.
Czasem ta liczba nadal ją zaskakiwała.
Nie dlatego, że czuła się staro. Właśnie przeciwnie. Kiedy miała dwadzieścia kilka lat, wydawało jej się, że kobieta po czterdziestce musi posiadać jakąś szczególną wiedzę. Że człowiek budzi się któregoś dnia dorosły, poukładany i pewny tego, czego chce.
Bzdura.
Miała czterdzieści jeden lat i nadal zdarzało jej się przez dziesięć minut zastanawiać, którą bluzkę założyć.
Spojrzała uważniej w lustro.
Nie było źle.
Włosy wymagały ratunku, ale to było do zrobienia. Skóra wokół oczu zdradzała, że poprzedniego wieczoru niepotrzebnie obejrzeli z Tomkiem jeszcze jeden odcinek serialu. Brzuch nie był już brzuchem dwudziestolatki, choć przy odpowiednich spodniach nadal całkiem dobrze współpracował z resztą.
Odwróciła się bokiem.
Wciągnęła brzuch.
— Żałosne — powiedziała do lustra.
Puściła.
Po chwili wciągnęła ponownie.
— Bardzo żałosne.
Tym razem się roześmiała.
Tomek pojawił się za nią.
— Z kim rozmawiasz?
— Ze sobą.
— I?
— Nie dogadujemy się.
Objął ją od tyłu.
Magda spojrzała na ich odbicie.
Jego broda oparła się o jej ramię.
— Ładna jesteś — powiedział.
— Jestem nieumalowana.
— Zauważyłem.
— To miało być miłe?
— Bardzo.
Pocałował ją w szyję.
— Tomek, spóźnię się.
— To ty stoisz przed lustrem i prowadzisz zebranie zarządu.
— Idź.
— Już mnie nie ma.
Nie ruszył się.
— Tomek.
— No dobrze.
Puścił ją i wyszedł.
Magda została przed lustrem.
Ładna jesteś.
Powinno sprawić jej przyjemność.
I sprawiło.
Tylko że Tomek mówił jej to często.
Kiedy miała sukienkę.
Kiedy była w dresie.
Kiedy wychodzili gdzieś razem.
Kiedy stała rano w łazience z włosami przypominającymi coś, co przeżyło katastrofę lotniczą.
Przez pierwsze lata potrafiła zapamiętać taki komplement na cały dzień.
Teraz przyjmowała go jak pocałunek na pożegnanie.
Miły.
Naturalny.
Oczywisty.
Nie zastanawiała się nad tym dłużej.
O ósmej siedemnaście siedziała już w samochodzie.
Telefon połączył się z zestawem głośnomówiącym.
Wiadomość od Tomka.
DOJECHAŁEM. KOCHAM.
Magda zatrzymała się na światłach.
Odpisała:
JA STOJĘ NA GRUNWALDZKIEJ I WŁAŚNIE UMIERAM ZE STAROŚCI.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
NIE MOŻESZ. MAMY KREDYT.
Parsknęła śmiechem.
Kierowca w samochodzie obok spojrzał na nią.
Magda odruchowo odwróciła głowę.
Mężczyzna miał może trzydzieści kilka lat. Spojrzał jeszcze raz.
Tym razem na pewno na nią.
Światło zmieniło się na zielone.
Ruszyła.
Po kilkudziesięciu metrach spojrzała w lusterko.
Sama nie wiedziała po co.
Samochód skręcił w inną ulicę.
Głupie.
A jednak poprawiła włosy.
W pracy dzień zaczął się tak, jak zaczynała się większość wtorków: ktoś czegoś nie wysłał, ktoś inny twierdził, że wysłał, a jeszcze ktoś trzeci był przekonany, że termin ustalono na przyszły tydzień.
Magda lubiła swoją pracę.
Nie kochała jej.
Ludzie, którzy twierdzili, że kochają swoją pracę, zawsze wydawali jej się trochę podejrzani.
Pracę można było lubić.
Kochało się ludzi.
Ewentualnie sernik.
O jedenastej trzydzieści siedziała przy biurku z drugą kawą i przeglądała prezentację, kiedy telefon zawibrował.
TOMEK:
_Pamiętasz o sobocie?_
Zmarszczyła brwi.
Sobota.
Sobota.
Co było w sobotę?
Napisała:
OCZYWIŚCIE.
Trzy kropki pojawiły się natychmiast.
NIE PAMIĘTASZ.
Uśmiechnęła się.
PRZYPOMNIJ.
KOLACJA. ZAREZERWOWAŁEM STOLIK.
Dopiero wtedy sobie przypomniała.
— Cholera.
FAKTYCZNIE.
ROMANTYZM UMARŁ.
ALE JA PRZYJDĘ.
DZIĘKUJĘ. CZY MAM RÓWNIEŻ PRZYJŚĆ?
OPCJONALNIE.
Odłożyła telefon.
Stolik.
Oczywiście.
Tomek wspominał o tym kilka dni wcześniej. Chciał gdzieś wyjść tylko we dwoje. Bez znajomych, bez zakupów po drodze, bez załatwiania czegoś przy okazji.
Tak po prostu.
Kolacja.
Magda poczuła ukłucie czegoś pomiędzy czułością a wyrzutem sumienia.
Nie dlatego, że zrobiła coś złego.
Po prostu zapomniała.
On pamiętał.
Jak zwykle.
Wieczorem Tomek przygotował makaron.
Magda siedziała przy kuchennym stole, przeglądając telefon.
— Spróbuj.
Podsunął jej widelec.
— Gorące.
— Nie jest.
Spróbowała.
Było gorące.
— Idiota.
— Ale dobre?
Przeżuła.
— Dobre.
— Czyli wybaczone.
Telefon zawibrował.
Spojrzała.
Powiadomienie z pracy.
Odłożyła go ekranem do góry.
— Co w sobotę? — zapytała.
— Restauracja.
— To już wiem.
— A, pytasz, jak się ubrać?
— Nie.
— Szkoda. Chciałem powiedzieć: bez ubrania.
— Czterdzieści sześć lat.
— I nadal świetne pomysły.
Magda pokręciła głową.
Patrzyła, jak miesza sos.
Znała tego człowieka od siedemnastu lat.
Wiedziała, jak wygląda, kiedy kłamie, że prezent był tani. Wiedziała, że gdy jest naprawdę zdenerwowany, zaczyna sprzątać. Wiedziała, że nie potrafi zasnąć, jeśli drzwi szafy są otwarte. Wiedziała, że gdy mówi „nic mi nie jest”, zazwyczaj coś mu było.
A on znał ją.
Prawdopodobnie jeszcze lepiej.
To powinno być przerażające.
Nie było.
Było bezpieczne.
— Co? — zapytał nagle.
— Nic.
— Patrzysz na mnie.
— Nie wolno?
— Wolno. Zastanawiam się, czy mam coś na twarzy.
— Masz.
Przetarł policzek.
Magda się roześmiała.
— Kłamiesz.
— Trochę.
Tomek nachylił się i pocałował ją w czoło.
Tak po prostu.
Potem wrócił do kuchenki.
Magda patrzyła jeszcze chwilę na jego plecy.
Kochała go.
Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.
I może właśnie dlatego nigdy nie zastanawiała się, czy mogłaby go stracić.
Nie zastanawiamy się przecież codziennie, czy jutro rano wzejdzie słońce.
Po prostu zakładamy, że będzie.
Telefon ponownie zawibrował.
Magda zerknęła na ekran.
Tym razem również tylko praca.
Jeszcze nie było na nim żadnej wiadomości, którą musiałaby przed Tomkiem ukrywać.
Jeszcze.2
CHAPTER 2
Magda zobaczyła Bartka pierwszy raz w środę o dziewiątej czterdzieści siedem.
Nie zapamiętałaby godziny, gdyby pięć minut wcześniej Anka nie napisała jej wiadomości:
GDZIE JESTEŚ? 9:45 BYŁO DWIE MINUTY TEMU.
Magda odpowiedziała, idąc korytarzem:
IDĘ. NIE ZACZYNAJCIE BEZE MNIE REWOLUCJI.
ZA PÓŹNO. PREZES OBALONY.
Uśmiechnęła się i schowała telefon do kieszeni.
Drzwi sali konferencyjnej były uchylone. Weszła bez pukania.
— Przepraszam.
— O, jest nasza gwiazda — powiedział Marek.
— Dwie minuty.
— Trzy.
— Marek, naprawdę chcesz zaczynać dzień od konfliktu?
Kilka osób się roześmiało.
Magda usiadła obok Anki.
— Kawa? — szepnęła Anka.
— Nie zdążyłam.
— To umrzesz.
— Prawdopodobnie.
Dopiero wtedy zauważyła, że przy końcu stołu siedzi ktoś, kogo wcześniej nie widziała.
Mężczyzna.
Może czterdzieści lat. Może trochę mniej.
Ciemne włosy, krótko przycięte po bokach. Biała koszula z podwiniętymi rękawami. Bez marynarki. Zegarek na lewym nadgarstku. Nic szczególnego.
A jednak spojrzała drugi raz.
On akurat patrzył na nią.
Ich spojrzenia spotkały się może na sekundę.
Magda pierwsza odwróciła wzrok.
— Dobra — powiedział Marek. — Skoro jesteśmy wszyscy, możemy zacząć. Bartek jest z firmy, która będzie z nami pracowała przy wdrożeniu. Bartek, poznaj resztę nieszczęśników.
— Dzięki za prezentację — odpowiedział tamten.
Miał spokojny, trochę niższy głos, niż Magda się spodziewała.
— Zawsze do usług.
Marek zaczął przedstawiać osoby siedzące przy stole.
Kiedy przyszła kolej na Magdę, Bartek skinął głową.
— Magda.
— Bartek.
— To już ustaliliśmy.
Kącik jego ust drgnął.
— Rzeczywiście.
I tyle.
Żadnej iskry.
Żadnego pioruna.
Żadnego absurdalnego uczucia, że oto właśnie wydarzyło się coś ważnego.
Po prostu facet siedzący po drugiej stronie stołu.
Po dwudziestu minutach Magda prawie o nim zapomniała.
Prawie.
Spotkanie było dokładnie tak nudne, jak się spodziewała.
Terminy.
Zakresy.
Odpowiedzialności.
Ryzyka.
Kolejne slajdy.
Na trzydziestym którymś przestała nawet udawać, że czyta wszystko na ekranie.
— Ten termin jest nierealny — powiedziała.
Marek westchnął.
— Wiedziałem.
— Co wiedziałeś?
— Że to powiesz.
— Bo jest nierealny.
— Klient chce piętnastego.
— Klient może chcieć pokoju na świecie.
Bartek się roześmiał.
Nie głośno.
Magda spojrzała w jego stronę.
— Co?
— Nic.
— Śmiejesz się.
— Podoba mi się argumentacja.
— Jest merytoryczna.
— Szczególnie część o pokoju na świecie.
— To doświadczenie zawodowe.
Znów ten lekki uśmiech.
Magda wróciła wzrokiem do laptopa.
Nie myślała o nim.
Naprawdę.
Przynajmniej przez następne kilka minut.
Potem zabrał głos.
Mówił konkretnie. Bez korporacyjnego bełkotu, którego Magda nie znosiła. Kiedy czegoś nie wiedział, mówił, że nie wie. Kiedy Marek próbował wrzucić na jego zespół dodatkowe zadanie, Bartek spokojnie odpowiedział:
— Nie.
Magda uniosła brwi.
Marek również.
— Nie?
— Nie.
— Możesz rozwinąć?
— Mogę, ale odpowiedź się nie zmieni.
Magda opuściła głowę, żeby ukryć uśmiech.
— Co? — zapytał Marek.
— Nic.
— Dzisiaj wszyscy macie „nic”.
— Widocznie dobra środa.
Kiedy podniosła wzrok, Bartek znowu na nią patrzył.
Tym razem nie odwróciła oczu od razu.
Sekunda.
Może dwie.
Potem spojrzała na ekran.
I poczuła coś dziwnego.
Nie podniecenie.
To byłoby przesadne.
Raczej świadomość.
Świadomość, że siedzi tam mężczyzna, który ją zauważył.
To wszystko.
Po spotkaniu ludzie zaczęli wychodzić.
Magda została chwilę, odpowiadając na wiadomość.
TOMEK:
_Sobota 19:00. I nie mów, że nie wiedziałaś._
Uśmiechnęła się.
MAGDA:
_Wpisałam do kalendarza._
TOMEK:
_Czyli jednak jestem projektem._
MAGDA:
_Wieloletnim. Z przekroczonym budżetem._
TOMEK:
_Ale bez możliwości anulowania._
Zatrzymała palec nad ekranem.
Napisała:
ZOBACZYMY.
Dodała serce.
Schowała telefon.
— Mąż?
Podniosła głowę.
Bartek stał przy stole i pakował laptop.
— Co?
Wskazał brodą telefon.
— Ten uśmiech.
— A.
Magda poczuła coś na kształt zakłopotania.
— Tak. Mąż.
— Musiał napisać coś dobrego.
— Głupiego.
— To często to samo.
— W jego przypadku prawie zawsze.
Bartek zamknął torbę.
Spojrzał na jej lewą dłoń.
Na obrączkę.
To trwało bardzo krótko.
Ale zauważyła.
Nie wiedziała dlaczego.
— Długo? — zapytał.
— Co długo?
— Jesteście razem.
— Siedemnaście lat.
— O.
Magda zmrużyła oczy.
— Co znaczy „o”?
— Nic.
— Znowu „nic”.
— Podobno dobra środa.
Roześmiała się.
— Siedemnaście lat to źle?
— Nie powiedziałem, że źle.
— Ale zrobiłeś minę.
— Jaką?
— Taką…
Próbowała ją pokazać.
Bartek się roześmiał.
— Na pewno tak nie wyglądam.
— Dokładnie tak.
— Chodziło mi tylko o to, że nie wyglądasz na osobę, która może być z kimś siedemnaście lat.
Magda spojrzała na niego podejrzliwie.
— To jest bardzo sprytnie skonstruowany komplement dotyczący wieku?
— Być może.
— Słaby.
— A jednak się uśmiechasz.
Przestała.
Przynajmniej próbowała.
— Nie uśmiecham się.
— Jasne.
Wziął torbę.
— Do zobaczenia, Magda.
— Cześć.
Wyszedł.
Magda została sama.
Spojrzała na zamknięte drzwi.
Potem na swoją obrączkę.
— No proszę — mruknęła.
I wróciła do pracy.
O trzynastej spotkała Ankę w kuchni.
— Kim jest ten Bartek? — zapytała, nalewając sobie kawy.
Anka spojrzała na nią.
— Który?
— Ten ze spotkania.
— Nowak?
— Nie wiem. Bartek.
— Ten w białej koszuli?
— Tak.
— A co?
Magda wzruszyła ramionami.
— Nic. Pytam.
Anka uśmiechnęła się.
— Aha.
— Co „aha”?
— Nic.
— Jezu, co wy wszyscy macie dzisiaj z tym „nic”?
— Jest z firmy wdrożeniowej. Chyba będzie tu często.
— Wiem. Byłam na tym samym spotkaniu.
— To po co pytasz?
Magda otworzyła lodówkę.
Sama nie wiedziała.
— Myślałam, że może go znasz.
— Nie znam.
— No to dobra.
Wyjęła mleko.
— Przystojny — powiedziała Anka.
Magda zamknęła lodówkę.
— Jest okej.
— Okej?
— Normalny facet.
— Mhm.
— Co?
— Nic.
— Anka.
— Przecież nic nie mówię.
Magda nalała mleka do kawy.
— I bardzo dobrze.
Wyszła z kuchni.
Przystojny.
No dobrze.
Był.
Mogła przecież zauważyć, że facet jest przystojny.
Małżeństwo nie powodowało ślepoty.
Tomek też czasami mówił, że jakaś aktorka jest ładna. Ona mówiła, że jakiś aktor ma świetny tyłek. Śmiali się z tego.
Normalne.
Bartek był atrakcyjnym mężczyzną.
Tyle.
Nie było w tym żadnej historii.
O siedemnastej trzydzieści Tomek zadzwonił.
— Gdzie jesteś?
— Wychodzę.
— To zajedziesz po pieczywo?
— Mogę.
— I pomidory.
— Coś jeszcze?
— Wino?
— Jest środa.
— Dlatego pytam.
Magda się uśmiechnęła.
— Dobra.
— Kocham cię.
— Ja ciebie też.
Rozłączyła się.
Zarzuciła płaszcz i ruszyła do windy.
Drzwi już się zamykały.
Ktoś przytrzymał je ręką.
— Jedziesz?
Bartek.
— Tak. Dzięki.
Weszła.
Byli sami.
Bartek nacisnął parter.
Drzwi się zamknęły.
Przez kilka sekund milczeli.
Magda spojrzała na cyfry zmieniające się nad drzwiami.
Siedem.
Sześć.
Pięć.
— Przeżyłaś bez kawy? — zapytał.
Spojrzała na niego.
— Skąd wiesz?
— Rano mówiłaś koleżance.
— Podsłuchujesz?
— Siedziałaś metr ode mnie.
— Czyli podsłuchujesz z bliska.
— Wyłącznie zawodowo.
Cztery.
Trzy.
Magda poczuła jego zapach.
Nie perfumy, które wypełniały całą windę.
Coś dyskretnego.
Świeżego.
I natychmiast zirytowała się na siebie, że w ogóle zwróciła na to uwagę.
Dwa.
— Będziesz jutro? — zapytał.
— Raczej tak. Pracuję tutaj.
Uśmiechnął się.
— Chodziło mi o spotkanie.
— Wiem.
— I?
— Będę.
Jeden.
Winda zatrzymała się.
Drzwi się otworzyły.
Magda wyszła pierwsza.
— Magda.
Odwróciła się.
Bartek stał jeszcze w windzie.
— Co?
— Siedemnaście lat naprawdę cię postarza.
Przez moment patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
Potem dotarło do niej, że nawiązuje do wcześniejszej rozmowy.
— Spadaj.
Roześmiał się.
Drzwi zaczęły się zamykać.
— Do jutra.
— Cześć.
Drzwi się zamknęły.
Magda pokręciła głową.
Dupek.
Ruszyła w stronę wyjścia.
Po kilku krokach zauważyła swoje odbicie w szklanych drzwiach.
Uśmiechała się.
Natychmiast spoważniała.
Tomek siedział wieczorem na kanapie z nogami wyciągniętymi na stoliku.
Magda leżała obok niego, opierając głowę o jego ramię.
Oglądali jakiś program, którego żadne z nich tak naprawdę nie śledziło.
— Wino było dobrym pomysłem — powiedziała.
— Wszystkie moje pomysły są dobre.
— Pamiętam remont łazienki.
— Prawie wszystkie.
Tomek pocałował ją w czubek głowy.
Magda zamknęła oczy.
Czuła ciepło jego ciała.
Znajome.
Bezpieczne.
Jej.
I nagle, zupełnie bez powodu, przypomniała sobie windę.
SIEDEMNAŚCIE LAT NAPRAWDĘ CIĘ POSTARZA.
Otworzyła oczy.
Co za idiota.
— Co? — zapytał Tomek.
— Hmm?
— Uśmiechasz się.
Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że rzeczywiście się uśmiecha.
— Przypomniało mi się coś z pracy.
— Co?
I tutaj odpowiedź była banalnie prosta.
Nowy facet powiedział jej głupi tekst w windzie.
Nie było czego ukrywać.
Nie wydarzyło się absolutnie nic.
Magda otworzyła usta.
— Anka dzisiaj coś powiedziała — skłamała.
Tomek pokiwał głową i wrócił wzrokiem do telewizora.
Magda patrzyła na ekran.
Serce nie przyspieszyło.
Nie poczuła wyrzutów sumienia.
Nie pomyślała nawet, że właśnie zrobiła coś istotnego.
To było przecież tylko jedno niepotrzebne kłamstwo.
Tak małe, że za minutę o nim zapomniała.3
CHAPTER 3
W czwartek o dziewiątej osiemnaście Magda dostała pierwszą wiadomość od Bartka.
Nie na telefon.
Na Teamsie.
BARTEK NOWAK:
_Masz chwilę?_
Magda przeczytała wiadomość i nie odpowiedziała od razu.
Nie dlatego, że zastanawiała się, co napisać.
Po prostu rozmawiała przez telefon.
— Tak, wiem — powiedziała, przytrzymując komórkę ramieniem. — Ale jeśli oni zmienili zakres, to muszą zmienić termin. Nie da się jednego zostawić, a drugiego przesuwać w nieskończoność.
Na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość.
BARTEK NOWAK:
_Zawodowo. Żeby nie było._
Magda uśmiechnęła się.
Napisała jedną ręką:
MAGDA:
_Dobrze, że wyjaśniłeś. Już się bałam._
Odpowiedź przyszła natychmiast.
BARTEK:
_Czyli jednak się bałaś._
Przewróciła oczami.
— Nie, nie do ciebie — powiedziała do telefonu. — Przepraszam. Czy możesz mi wysłać to mailem? Dobra. Dzięki.
Rozłączyła się.
Na Teamsie nadal świeciło okno rozmowy.
MAGDA:
_O co chodzi?_
Bartek przesłał jej dokument.
BARTEK:
_Strona 14. Punkt 3. To jest wasze czy klienta?_
Magda otworzyła plik.
Przez następne kilka minut rozmowa rzeczywiście była wyłącznie zawodowa.
Pytanie.
Odpowiedź.
Kolejne pytanie.
Krótka uwaga.
Magda wyjaśniła mu, skąd wziął się zapis, Bartek napisał, dlaczego jego zdaniem będzie problemem.
Normalna rozmowa dwóch osób pracujących przy tym samym projekcie.
Na koniec napisał:
BARTEK:
_Dzięki. Uratowałaś mi godzinę życia._
MAGDA:
_Nie ma za co. Wystawię fakturę._
BARTEK:
_Drogo?_
MAGDA:
_Bardzo._
BARTEK:
_Było warto._
Magda zatrzymała palce nad klawiaturą.
Przeczytała ostatnie zdanie jeszcze raz.
Mogło znaczyć wszystko.
Czyli właściwie nic.
Napisała:
MAGDA:
_Wracaj do pracy._
BARTEK:
_Tak jest._
Zamknęła okno.
O jedenastej Bartek siedział dwa miejsca od niej.
Marek mówił coś o harmonogramie, a Magda udawała, że nie zauważa, iż Bartek od kilku minut obraca długopis między palcami.
Nie wiedziała, dlaczego ją to drażniło.
Klik.
Obrót.
Klik.
Obrót.
Klik.
W końcu spojrzała na niego.
Bartek natychmiast przestał.
Uniósł brwi.
Magda wskazała wzrokiem długopis.
Poruszył ustami bezgłośnie:
— Co?
Pokręciła głową.
Po chwili znowu:
Klik.
Spojrzała.
Bartek patrzył prosto przed siebie z absolutnie niewinną miną.
Klik.
Magda kopnęła go lekko pod stołem.
Odwrócił głowę.
— Czy wy macie coś do dodania? — zapytał Marek.
— Nie — odpowiedziała natychmiast Magda.
— Bartek?
— Ja się boję.
Ktoś się roześmiał.
Marek westchnął.
— Czy możemy zachowywać się jak dorośli?
— Próbujemy — powiedział Bartek.
Magda poczuła, że zaczyna się uśmiechać.
Nie patrz na niego.
Spojrzała na ekran.
Przez resztę spotkania długopis już nie kliknął.
— On z tobą flirtuje.
Magda zatrzymała się z kubkiem przy ustach.
— Kto?
Anka spojrzała na nią tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie zapytał, czy zimą bywa chłodno.
— Papież.
— Anka.
— Bartek.
Magda napiła się kawy.
— Nie flirtuje.
— Okej.
— Naprawdę.
— Okej.
— Po prostu sobie żartujemy.
— Okej.
— Możesz przestać mówić „okej” w taki sposób?
— W jaki?
— Wkurzający.
Anka otworzyła lodówkę.
— Nic nie powiedziałam.
— Właśnie powiedziałaś, że ze mną flirtuje.
— Bo flirtuje.
— Jest miły.
— Mhm.
— I zabawny.
Anka wyjęła jogurt.
— Mhm.
— Jezu.
— Magda, przecież ja nie mówię, że masz z nim romans.
— No mam nadzieję.
— Mówię tylko, że facet cię podrywa.
Magda oparła się biodrem o blat.
— A ja ci mówię, że nie.
Anka zerwała wieczko jogurtu.
— Dobra.
— Dobra.
— To dlaczego się czerwienisz?
Magda natychmiast dotknęła policzka.
Anka wybuchnęła śmiechem.
— Ty jesteś idiotką.
— Nie czerwieniłaś się.
— Nienawidzę cię.
— Wiem.
Magda wyszła z kuchni.
Dopiero przy biurku zdała sobie sprawę, że nadal się uśmiecha.
Usiadła.
Spojrzała na Teamsa.
Przy nazwisku Bartka świeciła zielona kropka.
Dostępny.
Odwróciła wzrok.
Nie flirtował.
Anka przesadzała.
Bartek był po prostu takim typem człowieka. Towarzyski. Bezpośredni. Lubił żartować.
Poza tym wiedział, że ma męża.
Sama mu powiedziała.
Widział obrączkę.
Nie było żadnej niejasności.
To właściwie sprawiało, że cała sytuacja była jeszcze bardziej niewinna.
Bo skoro oboje wiedzieli, gdzie jest granica, mogli sobie pozwolić na żarty.
Prawda?
Teams piknął.
Magda spojrzała.
BARTEK:
_Boli._
Zmarszczyła brwi.
MAGDA:
_Co?_
BARTEK:
_Noga. Kopiesz mocniej, niż wyglądasz._
Parsknęła śmiechem.
MAGDA:
_Trzeba było przestać klikać._
BARTEK:
_Myślałem, że lubisz._
MAGDA:
_Źle myślałeś._
BARTEK:
_To się zdarza._
Chwila.
BARTEK:
_Rzadko._
Magda pokręciła głową.
MAGDA:
_Masz bardzo wysokie mniemanie o sobie._
BARTEK:
_Jeszcze mnie prawie nie znasz._
Prawie.
To słowo zatrzymało ją na moment.
Mógł napisać: „nie znasz mnie”.
Napisał „prawie nie znasz”.
Jakby zakładał, że to się zmieni.
Magda zamknęła rozmowę.
Po południu miała tyle pracy, że rzeczywiście przestała o nim myśleć.
O szesnastej trzydzieści Tomek napisał:
ZROBIĘ ZAKUPY. CO NA KOLACJĘ?
Odpisała:
COKOLWIEK. UMIERAM.
MAKARON?
BYŁ PRZEDWCZORAJ.
RYŻ?
NIE.
PIZZA?
Magda zastanowiła się.
TAK.
CZYLI „COKOLWIEK” OZNACZAŁO PIZZĘ. DOBRZE WIEDZIEĆ.
UCZYSZ SIĘ PO 17 LATACH. JEST NADZIEJA.
Serce.
Tomek odpowiedział sercem.
Magda odłożyła telefon i wróciła do arkusza.
O siedemnastej dwadzieścia trzy większość biura była już pusta.
Magda kończyła prezentację.
Nie lubiła zostawiać rzeczy na rano. Rano człowiek powinien pić kawę i zastanawiać się, dlaczego musi pracować, a nie poprawiać cudze tabelki.
Teams piknął.
BARTEK:
_Ty jeszcze żyjesz?_
Spojrzała na godzinę.
MAGDA:
_Ledwo._
BARTEK:
_Ja też._
MAGDA:
_To idź do domu._
BARTEK:
_Ty pierwsza._
MAGDA:
_Ja tu pracuję._
BARTEK:
_Ja podobno też._
Magda uśmiechnęła się.
BARTEK:
_Masz dziś jakiś ambitny plan na wieczór?_
Palce Magdy zatrzymały się nad klawiaturą.
To było pierwsze pytanie, które nie miało absolutnie nic wspólnego z pracą.
Nie było jednak intymne.
Ludzie pytają innych ludzi, co robią wieczorem.
Normalne.
Napisała:
MAGDA:
_Pizza, mąż i serial. Bardzo ambitnie._
Patrzyła na ekran.
Chciała zobaczyć odpowiedź.
Nie przyszła od razu.
Minęło może pół minuty.
Potem:
BARTEK:
_Brzmi dobrze._
Tyle.
Magda nie wiedziała, dlaczego spodziewała się czegoś więcej.
MAGDA:
_A ty?_
Tym razem odpowiedź przyszła szybko.
BARTEK:
_Prawdopodobnie siłownia. Potem będę udawał, że gotuję._
MAGDA:
_Żona nie gotuje?_
Nacisnęła Enter.
Dopiero sekundę później pomyślała, że właściwie nie wie, czy Bartek ma żonę.
Na jego palcu nie widziała obrączki.
Dlaczego w ogóle to zauważyła?
Odpowiedź:
BARTEK:
_Nie mam żony._
Magda patrzyła na te cztery słowa.
MAGDA:
_Dziewczyna?_
Enter.
Tym razem naprawdę zirytowała się na siebie.
Po co pytała?
Mogła zakończyć rozmowę.
Powinna kończyć prezentację.
Trzy kropki.
Zniknęły.
Pojawiły się ponownie.
BARTEK:
_Też nie._
Magda poczuła drobne, zupełnie niepotrzebne ukłucie ciekawości.
MAGDA:
_Czyli sam gotujesz._
BARTEK:
_Skupiłaś się na najważniejszym._
Uśmiechnęła się.
MAGDA:
_Zdecydowanie._
BARTEK:
_A ty zawsze pytasz nowych współpracowników, czy są wolni?_
Magda znieruchomiała.
No i proszę.
Poczuła gorąco na policzkach.
MAGDA:
_Pytałam o gotowanie._
BARTEK:
_Oczywiście._
MAGDA:
_Idiota._
Napisała to.
Przeczytała.
Nie wysłała.
Usunęła.
Napisała:
MAGDA:
_Miłego treningu._
Wysłała.
BARTEK:
_Dzięki. Miłej pizzy._
Po chwili przyszła jeszcze jedna wiadomość.
BARTEK:
_I serialu._
Magda zamknęła laptop.
— Jesteś.
Tomek otworzył jej drzwi, zanim zdążyła wyjąć klucze.
— Jestem.
— Pizza stygnie.
— Kocham cię.
— Wiem, jak zdobyć kobietę.
Magda zdjęła buty.
— Jaką?
— Głodną.
— To akurat prawda.
Pocałowała go.
Normalnie.
Krótko.
Tomek objął ją w pasie i nie pozwolił od razu odejść.
— Ej.
— Co?
— Jeszcze raz.
Pocałował ją ponownie.
Tym razem dłużej.
Magda oparła dłonie o jego klatkę piersiową.
Poczuła znajome ciepło.
Ten sam zapach.
Ten sam człowiek.
Jej człowiek.
Kiedy się odsunęli, Tomek spojrzał na nią.
— Lepiej.
— Pizza.
— Romantyczka.
Poszli do salonu.
Telefon Magdy został w torebce.
Nie sprawdzała go podczas kolacji.
Nie miała powodu.
Dopiero później, kiedy Tomek był pod prysznicem, wyjęła telefon.
Jedno powiadomienie.
LinkedIn.
Drugie.
Mail.
Nic więcej.
I wtedy pomyślała o czymś kompletnie absurdalnym.
Bartek nie miał jej numeru.
Oczywiście, że nie miał.
Znali się dwa dni.
Rozmawiali przez firmowy komunikator.
Dlaczego miałby mieć jej numer?
Magda odłożyła telefon.
Po chwili wzięła go ponownie.
Otworzyła Teamsa.
Nie było nowych wiadomości.
Zobaczyła ostatnie:
MIŁEJ PIZZY.
I SERIALU.
Uśmiechnęła się.
— Co robisz?
Drgnęła.
Tomek stał w drzwiach sypialni z ręcznikiem przewieszonym przez biodra.
— Jezu, przestraszyłeś mnie.
— Widzę.
— Sprawdzam coś z pracy.
To była prawda.
Technicznie.
Tomek podszedł bliżej.
Magda nie zamknęła aplikacji.
Nie odwróciła telefonu.
Nie miała przecież niczego do ukrycia.
— Chodź spać — powiedział.
— Już.
Pocałował ją w czoło i poszedł.
Magda spojrzała jeszcze raz na ekran.
Zamknęła Teamsa.
Odłożyła telefon na stolik.
Ekranem do góry.
Następnego dnia o dziesiątej czternaście dostała maila od Bartka.
Zawierał dokument i dwa zdania dotyczące projektu.
Na końcu, pod podpisem, był numer telefonu.
Służbowy.
Magda przepisała go do kontaktów.
BARTEK NOWAK — PROJEKT.
Nie było w tym nic dziwnego.
Potrzebowała jego numeru do pracy.
Odłożyła telefon.
Minęła minuta.
Wzięła go ponownie.
Spojrzała na kontakt.
Zmieniła nazwę.
BARTEK
Tylko tyle.
Nie wiedziała dlaczego.
Tego samego dnia o czternastej trzydzieści siedem telefon zawibrował.
Nie Teams.
Nie mail.
SMS.
Nieznany numer.
JEŚLI JESZCZE RAZ MNIE KOPNIESZ NA SPOTKANIU, ZGŁASZAM DO HR.
Magda przeczytała wiadomość.
Potem drugi raz.
I uśmiechnęła się szeroko.
Nie musiała sprawdzać, kto napisał.
Wiedziała.
To była tylko jedna wiadomość.
Pierwsza.4
CHAPTER 4
Magda odpowiedziała po czterech minutach.
Specjalnie.
Przez pierwszą minutę patrzyła na wiadomość.
Przez drugą zastanawiała się, czy odpisać.
Przez trzecią uznała, że zastanawianie się nad tym, czy odpisać na zwykłego SMS-a, jest idiotyczne.
W czwartej napisała:
NAJPIERW MUSIAŁBYŚ UDOWODNIĆ, ŻE TO JA.
Odpowiedź przyszła po kilkunastu sekundach.
MAM ŚWIADKA.
KOGO?
MOJĄ NOGĘ.
Magda parsknęła śmiechem.
Anka podniosła głowę znad monitora.
— Co?
— Nic.
— Ostatnio często masz to „nic”.
— Pracuj.
Telefon zawibrował.
BARTEK:
_Poza tym znam sprawczynię._
MAGDA:
_Dwa dni i już mnie oskarżasz._
BARTEK:
_Trzy._
Magda zmarszczyła brwi.
MAGDA:
_Co trzy?_
BARTEK:
_Znamy się trzy dni._
Spojrzała na kalendarz w prawym dolnym rogu ekranu.
Miał rację.
Środa.
Czwartek.
Piątek.
Trzy.
Nie wiedziała, dlaczego zwróciła uwagę na to, że policzył.
MAGDA:
_Widzę, że prowadzisz statystyki._
BARTEK:
_Lubię wiedzieć, co mi się przydarza._
Przeczytała zdanie dwa razy.
Znowu to samo.
Zdanie, które mogło znaczyć dokładnie to, co było napisane.
Albo odrobinę więcej.
Tym razem postanowiła nie sprawdzać.
Odłożyła telefon.
O dwunastej Bartek pojawił się przy jej biurku.
— Masz minutę?
Magda spojrzała na niego.
— Zależy.
— Od?
— Czy znowu będziesz marudził o nodze.
— Przyszedłem zawodowo.
— Wczoraj też zaczynałeś od takiego zapewnienia.
— I byłem zawodowy.
— Przez jakieś siedem minut.
Bartek położył przed nią wydruk.
— To dłużej niż większość spotkań tutaj.
Magda spojrzała na dokument.
Bartek stanął obok.
Za blisko?
Nie.
Normalnie.
Po prostu obok krzesła.
Nachylił się i wskazał palcem jeden z wierszy.
— Tutaj.
Magda przeczytała.
— To jest źle.
— Wiem.
— To po co pytasz?
— Chciałem usłyszeć, że mam rację.
— Masz niskie potrzeby.
— Nie wszystkie.
Magda podniosła wzrok.
Bartek patrzył na dokument.
Jakby niczego nie powiedział.
— To popraw — powiedziała.
— Tak zrobię.
Wyprostował się.
Magda poczuła jego zapach.
Ten sam co w windzie.
I znowu zauważyła.
Tym razem od razu.
Bartek zabrał kartkę.
— Dzięki.
— Nie ma za co.
Zrobił dwa kroki.
— Bartek.
Odwrócił się.
— Co?
Magda właściwie nie wiedziała, dlaczego go zatrzymała.
— Te perfumy…
Uniósł brwi.
No świetnie.
Teraz już musiała dokończyć.
— Jakie?
— Czego używasz?
Na jego twarzy pojawił się bardzo powolny uśmiech.
— Dlaczego pytasz?
— Bo pytam.
— Podobają ci się?
Mogła powiedzieć: „Nie, chcę kupić Tomkowi”.
Mogła powiedzieć: „Kojarzę ten zapach”.
Mogła powiedzieć cokolwiek.
— Tak.
Jedno słowo.
Bartek patrzył na nią sekundę dłużej.
— Napiszę ci.
— Dobra.
Odszedł.
Magda wbiła wzrok w monitor.
Anka siedziała dwa biurka dalej.
Patrzyła na nią.
— Ani słowa — powiedziała Magda.
Anka uniosła obie ręce.
— Nic nie mówię.
— I dobrze.
Telefon zawibrował.
Magda spojrzała.
BARTEK:
_Narciso Rodriguez Bleu Noir._
Po chwili:
BARTEK:
_Ale ostrzegam. Na twoim mężu może pachnieć inaczej._
Magda poczuła gorąco na twarzy.
MAGDA:
_Skąd wiesz, że pytam dla niego?_
Wysłała.
Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co właściwie napisała.
Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
BARTEK:
_Nie wiem._
Chwila.
BARTEK:
_Miałem nadzieję._
Magda patrzyła na ekran.
Serce uderzyło trochę mocniej.
Nie bardzo.
Nie jak w filmie.
Po prostu trochę.
Anka wstała od biurka.
Magda natychmiast wygasiła ekran telefonu.
Ten gest zaskoczył ją bardziej niż wiadomość Bartka.
Anka przeszła obok.
— Idę na lunch. Chcesz coś?
— Nie.
— Na pewno?
— Tak.
— Okej.
Magda zaczekała, aż odejdzie.
Włączyła ekran.
Wiadomość nadal tam była.
MIAŁEM NADZIEJĘ.
Na co?
Że pytała dla Tomka?
Czy właśnie przeciwnie?
Nie zapytała.
W sobotę rano Tomek obudził ją pocałunkiem w ramię.
— Która?
— Dziewiąta.
— Kłamiesz.
— Dziewiąta dwadzieścia.
Magda otworzyła oczy.
— To po co powiedziałeś dziewiąta?
— Żebyś nie panikowała.
— Idiota.
Przewróciła się na plecy.
Tomek leżał obok.
— Dzisiaj randka — powiedział.
— Podobno.
— Nie możesz odwołać.
— Dlaczego?
— Zaliczka.
— Romantyk.
— Ekonomista.
Magda wsunęła się bliżej i położyła głowę na jego piersi.
Tomek objął ją ramieniem.
— Dawno nigdzie nie byliśmy sami — powiedział.
— Byliśmy.
— Gdzie?
Magda zaczęła szukać w pamięci.
— No właśnie.
— Byliśmy u twojej siostry.
— Powiedziałem „sami”.
— W samochodzie byliśmy sami.
— Przez czternaście minut.
— Liczy się.
Tomek przesunął dłonią po jej plecach.
— Lubię z tobą wychodzić.
— Po siedemnastu latach?
— Czasem.
Magda uszczypnęła go w bok.
— Au!
— Czasem?
— Często. Bardzo często. Codziennie. Nie bij.
Roześmiała się.
Telefon leżący na stoliku zawibrował.
Magda spojrzała odruchowo.
Nie sięgnęła po niego.
— Sprawdź — powiedział Tomek.
— Nie muszę.
— Może coś ważnego.
— W sobotę rano?
— Może wygrałaś milion.
— Nie gram.
— To rzeczywiście mało prawdopodobne.
Telefon zawibrował ponownie.
Tomek wyciągnął rękę.
— Dawaj, zobaczymy, kto cię tak kocha.
I wtedy Magda zrobiła coś, czego sama się po sobie nie spodziewała.
Sięgnęła pierwsza.
Szybko.
Za szybko.
Tomek nawet tego nie zauważył.
— Oho — powiedział tylko. — Jednak milion.
Magda spojrzała na ekran.
Dwie wiadomości.
Pierwsza od Anki.
Zdjęcie jakiejś sukienki.
Druga od Bartka.
BARTEK:
_Miłej randki._
Magda znieruchomiała.
Skąd…
Po sekundzie sobie przypomniała.
Pizza, mąż i serial.
Rozmowa na Teamsie.
A wcześniej mówiła mu o sobotniej kolacji?
Nie.
Chyba nie.
Może wspomniała?
Próbowała sobie przypomnieć.
— I co? — zapytał Tomek.
— Anka.
— Wygrała milion?
— Sukienka.