Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zanim się zakochamy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Zanim się zakochamy - ebook

Ola jest młodą dziennikarką, która bardzo szybko przekonuje się, że w jej branży chodzi wyłącznie o medialny szum, a nie zawodową rzetelność. Z kolei Kuba całą energię poświęca walce o utrzymanie swojej podupadającej szkoły kung-fu. Ona na każdym kroku rozczarowuje się światem; on próbuje ocalić chłopięce marzenia. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy, lecz kolejne spotkania zbliżają tę dwójkę do siebie.
Wkrótce odkrywają dramatyczną historię sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Z pozoru odległa przeszłość coraz wyraźniej splata się ze współczesnością, a rodzinne tajemnice, dawne wybory i niewyjaśnione wydarzenia rzucają nowe światło na życie Oli i Kuby.
„Zanim się zakochamy” to pełna humoru oraz niespodziewanych zwrotów akcji opowieść o miłości, sekretach i pamięci. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, od którego nie sposób się oderwać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181533514
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Zgra­bia­łymi pal­cami Ma­ciek pró­buje upchnąć na­boje do pię­ciu ko­mór swo­jego Tran­tera. To jego duma. Od paź­dzier­nika, kiedy wy­grał ten re­wol­wer w karty od pew­nego au­striac­kiego ofi­cera, co­dzien­nie roz­kłada go na czę­ści, prze­ciera szmatką, oliwi. Setki razy spraw­dzał, czy oba spu­sty dzia­łają bez za­rzutu, czy w ko­mo­rach nie ma naj­mniej­szego na­wet za­bru­dze­nia, czy w gwin­to­wa­nej lu­fie nie za­gnieź­dził się na­gar. Dziś jed­nak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się ni­czym li­ście na wie­trze. Szlag! Nie mógł wcze­śniej na­ła­do­wać broni, bo po­ci­ski są bar­dzo po­datne na wil­goć, więc gdyby pod­czas mar­szu na ko­mo­rze osiadł choćby pła­tek śniegu, ka­pi­szon mógłby za­mok­nąć i by­łoby po pta­kach. Zde­ner­wo­wany, pa­trzy na in­nych żoł­nie­rzy ze swo­jego od­działu. Mało który ma te­raz za­wa­diacką minę. Sta­ni­sław pró­buje na­ło­żyć ba­gnet na ka­ra­bi­nek, ale dłoń zsuwa mu się raz za ra­zem – jemu też drżą palce. Hen­ryk się wła­śnie prze­że­gnał, ca­łuje me­da­lik wy­cią­gnięty spod guńki okry­wa­ją­cej strojny mun­dur żu­awa, po­tem że­gna się raz jesz­cze. Ma­ciek wi­dzi jego blade usta. „Wszy­scy się bo­imy” – my­śli z ulgą i prze­nosi wzrok na puł­kow­nika de Ro­che­brune’a. Do­wódca ze spo­ko­jem prze­cha­dza się przed szpa­le­rem szy­ku­ją­cych się do ataku żoł­nie­rzy. „Tylko ten ma nerwy jak po­stronki, psia jego…” – nie koń­czy w du­chu Ma­ciek, bo w tej wła­śnie chwili od strony cmen­ta­rza, gdzie po­zy­cję trzy­mają Ro­sja­nie, pada strzał. Su­chy trzask, jakby ktoś na­stą­pił na ga­łąź. Po nim na­stępne. A po­tem świst po­wie­trza i łup! Oło­wiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.

– Sa­cre­bleu! – klnie przez zęby de Ro­che­brune. – Czyli ich nie za­sko­czy­li­śmy.

Ma­ciek pa­trzy w kie­runku pa­górka cmen­tar­nego, z któ­rego strze­lają Ru­scy. Nad ni­skim ka­mien­nym mur­kiem i wi­docz­nymi po­nad nim krzy­żami na­grob­nymi unosi się mgiełka bia­łego dymu pro­cho­wego. Niebo w ten zi­mowy po­ra­nek jest czy­ste, po­wie­trze rześ­kie, nie ma wia­tru. Mgiełka stoi w miej­scu i czeka, aż ja­kiś głu­piec ru­szy w jej kie­runku. Tamci strze­lają gę­sto. Kule na ra­zie świsz­czą nie­groź­nie nad gło­wami Maćka i po­zo­sta­łych chłop­ców z od­działu, ale ża­den nie ma wąt­pli­wo­ści – za chwilę trzeba bę­dzie się ze­rwać i ru­szyć na ten pa­gó­rek. Nie­całe ćwierć mili od­kry­tego, lekko wzno­szą­cego się te­renu… Ma­ciek za­cze­pio­nym pod lufą po­boj­czy­kiem me­to­dycz­nie do­ci­ska na­boje w ko­mo­rach bę­benka i czuje, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła. „Sie­dem­na­sty lu­tego ty­siąc osiem­set sześć­dzie­siąt trzy. Mie­chów” – po­wta­rza w gło­wie dzi­siej­szą datę i miej­sce, w któ­rym się zna­lazł. – „Czy taki na­pis bę­dzie wy­ryty nad moją mo­giłą?”

– Roz­wi­nąć sztan­dar! – pada roz­kaz puł­kow­nika i na tle jego syl­we­tki po­ja­wia się czarna płachta z bia­łym krzy­żem oraz na­szytą na nim biało-czer­woną apli­ka­cją.

Ich pierw­sza bi­twa. Pierw­sze na­tar­cie. Ma­ciek wy­obra­żał to so­bie ty­siące razy. Za­wsze wi­dział sie­bie w pierw­szym sze­regu, jak grom­kim gło­sem po­wta­rza ro­dowe za­wo­ła­nie bo­jowe, go­tów zgi­nąć za uko­chaną oj­czy­znę. Dla­czego te­raz, kiedy na­de­szła wresz­cie ta go­dzina próby, naj­chęt­niej sku­liłby się w my­siej dziu­rze, za­krył twarz dłońmi, pod­cią­gnął ko­lana do piersi i cze­kał, aż ustaną te prze­klęte ka­ra­bi­nowe trza­ski?

– Pa­mię­taj­cie! – znowu sły­szy głos de Ro­che­brune’a. – Zgło­si­li­ście się do od­działu żu­awów śmierci na ochot­nika. Ślu­bo­wa­li­ście zwy­cię­żać lub gi­nąć. Dziś nad­szedł czas, żeby do­trzy­mać da­nego słowa.

„Nie wstanę! Nie ru­szę się z miej­sca. Je­stem tchó­rzem. Tak, je­stem za­sra­nym, prze­klę­tym tchó­rzem i nie chcę tam iść” – w gło­wie Maćka hu­czą my­śli, które jesz­cze pięć mi­nut temu by­łyby dla niego naj­gor­szą he­re­zją. Ba! Zdradą na­wet. Są jed­nak tak do­no­śne, że aż trzę­sie się od nich jak osika. Traci od­dech, wła­dzę w no­gach, w ogóle robi mu się słabo…

– Żoł­nie­rze… Do ataku! Za mną!

Jak to się dzieje, że jego ciało wy­ko­nuje ten roz­kaz? Nogi się pro­stują i ro­bią pierw­szy, sztywny krok w przód. Po­ru­sza się jak ma­rio­netka: nie­po­rad­nie, bez­wied­nie, ale idzie pod tę górkę, z któ­rej nad­la­tuje go­rący ołów. Wo­kół niego pod­no­szą się ko­lejne, po­dob­nie zdrew­niałe syl­we­tki. Osiem­na­sto-, dzie­więt­na­sto-, dwu­dzie­sto­letni chłopcy. Pa­ni­czyki ze szla­chec­kich do­mów, gdzie wie­czo­rami wspo­mi­nano dziadka, który bił się w po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, albo pra­dziada, który po­legł pod roz­ka­zami Ko­ściuszki. Pa­dają po ko­lei: pierw­szy, drugi, trzeci… Kule ude­rzają w ich ciała z pla­śnię­ciem. W gło­wie Maćka po­ja­wia się nie­do­rzeczna myśl: „Skoro pa­dło trzech, to może ja prze­żyję? Bo ktoś chyba musi prze­żyć”.

Ale nie, na prawo, nieco po­wy­żej, ka­ra­bi­nowy po­cisk od­cina Stasz­kowi całe ra­mię. Chło­pak jesz­cze się zwija z bólu, jesz­cze pła­cze i krwawi, ale już po nim. Z ta­kiej rany się nie wy­cho­dzi. Po le­wej zaś upada Hen­ryk. Tra­fiony w pierś, na­wet nie jęk­nął.

– Ze­wrzeć szyk! – krzy­czy puł­kow­nik. – Nie zwal­niać! Już bli­sko.

Ma­ciek pod­nosi wzrok. Bli­sko? Może by­łoby bli­sko, gdyby przy­je­chali tu­taj na ku­lig. Dwa rzuty ka­mie­niem, może trzy. Z pięć­dzie­siąt sążni. Ale nie te­raz, kiedy zza murka wy­stają czapy ro­syj­skich pie­chu­rów. Wi­dzi też ich ka­ra­biny: unie­siony do góry – zna­czy ła­do­wany; opusz­czony – zna­czy ktoś ce­luje, może w niego? A po­tem ten trzask i biały dy­mek. Cza­sem świst nad głową, koło ucha, cza­sem pla­śnię­cie o za­śnie­żoną zie­mię tuż pod no­gami albo… o czy­jeś ciało.

– Nie zwal­niać! Do ataku!

Mu­rek jest stary, uło­żony z po­lnych ka­mieni, za­prawa po­mię­dzy nimi się po­wy­kru­szała. Z tej od­le­gło­ści wi­dać to już wy­raź­nie. Nad mur­kiem Ma­ciek do­strzega fu­trzaną czapę, nie­bie­skie oczy i czarne wą­si­ska. Ja­kiś męż­czy­zna… Ja­kiś męż­czy­zna? W otu­ma­nio­nym mó­zgu Maćka roz­lega się na­gle dzwo­nek alar­mowy. To wróg! Czło­wiek, który za­raz do niego wy­strzeli. Ma­ciek do­piero te­raz so­bie przy­po­mina, że w pra­wej dłoni ma na­ła­do­wa­nego Tran­tera. Pięć ko­mór, pięć po­ci­sków, ka­li­ber pół cala. Pod­czas po­dej­ścia na pa­gó­rek cmen­tarny nie wy­strze­lił ani razu (choć dzierży re­wol­wer, który sły­nie z do­brej cel­no­ści), ani razu nie pod­niósł na­wet dłu­giej na pół swo­jego przed­ra­mie­nia lufy. Był jed­nym wiel­kim stra­chem, kupką prze­ra­że­nia, jego ży­ciowe plany obej­mo­wały co naj­wy­żej pięć ko­lej­nych kro­ków. Ale te­raz stoi z tam­tym twa­rzą w twarz, dzieli ich ni­ski mu­rek. Na ogo­rza­łych po­licz­kach pie­chura Ma­ciek wi­dzi na­wet czarną sa­dzę pro­chową. Ro­sja­nin trzyma wpraw­dzie ka­ra­bin, ale nie strzela w mło­dego żu­awa, wy­ba­łu­sza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszo­ko­wany niż on. Chyba się nie spo­dzie­wał, że kto­kol­wiek może przejść przez to wznie­sie­nie żywy.

– Do ataku! Bij, za­bij! – do­biega z od­dali zna­jomy, już lekko schryp­nięty głos.

Więc znów, jak ku­kiełka, Ma­ciek pod­nosi ciężką, wa­żącą dwa funty broń i me­cha­nicz­nie na­ci­ska dolny spust, a za­raz po nim górny. Na uła­mek se­kundy, tuż przed hu­kiem wy­strzału, do­strzega jesz­cze wiel­kie, pełne zwie­rzę­cego prze­ra­że­nia oczy tam­tego. Na­stęp­nie wszystko prze­sła­nia bia­ława mgiełka dymu. W nad­garstku, a na­wet też w barku, chło­pak czuje siłę od­rzutu. Se­kunda, dwie i dy­mek się roz­pra­sza. A po­tem Ma­ciek wi­dzi przed sobą już tylko trupa.II

„Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie!” Ola po raz ty­sięczny prze­biega wzro­kiem po za­jawce ar­ty­kułu wy­świe­tlo­nej na mo­ni­to­rze. Spe­cjal­nie przy­szła dzi­siaj do re­dak­cji wcze­śniej, żeby do­koń­czyć wresz­cie pro­jekt tej prze­klę­tej okładki na po­czą­tek marca. Po­trze­buje ośmiu ha­seł. Ośmiu cho­ler­nych zdań, które spra­wią, że re­dak­tor na­czelna nie bę­dzie jej co go­dzinę py­tać z nutą wy­rzutu w gło­sie: „I jak tam okładka? Do­stanę ją wresz­cie do ak­cep­ta­cji?”, a czy­tel­niczki ty­go­dnika „An­gela” wy­ku­pią cały na­kład pi­sma.

– Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie – oznaj­mia Ola na głos pu­stej sali.

Ze­wsząd osa­czają ją cia­sno usta­wione, roz­dzie­lone ni­skimi prze­pie­rze­niami biu­reczka. O tej po­rze nie ma tu jesz­cze ni­kogo.

– Rany, co za bzdury – szep­cze do sie­bie, mimo woli wspo­mi­na­jąc mo­ment, gdy jako po­cząt­ku­jąca re­dak­torka tra­fiła pro­sto po stu­diach do tej sali i roz­ba­wiła wszyst­kich py­ta­niem: „Cel­lu­lit? A co to ta­kiego?”. W ogóle jej wów­czas nie za­przą­tały ta­kie rze­czy i nie są­dziła, że bę­dzie mu­siała się nimi za­in­te­re­so­wać.

Czu­jąc na­ra­sta­jącą pa­nikę, bo od go­dziny guz­drze się cią­gle z tym jed­nym zda­niem, roz­gląda się wo­kół. Na końcu sali, w prze­szklo­nym bok­sie przy­po­mi­na­ją­cym akwa­rium, wciąż jesz­cze ro­lety są opusz­czone – oczy­wi­sty znak, że re­dak­tor na­czelna, Kry­styna Cze­siak, nie przy­szła jesz­cze do pracy. Ta sie­lanka za chwilę się skoń­czy i wtedy Ola już nic nie na­pi­sze. Za­raz za­czną scho­dzić się dziew­czyny, zrobi się gwarno. Pa­try­cja znowu bę­dzie traj­lo­wać o tym swoim no­wym chło­paku, a Kryśka spyta ob­ra­żo­nym gło­sem…

– No i jak tam okładka?

Dziew­czyna aż pod­ska­kuje na dźwięk tych słów za ple­cami. Słowo stało się cia­łem. To Kryśka!

– Cześć, sze­fowo – ję­czy Ola, pró­bu­jąc sie­dzieć tak, żeby za­sło­nić sobą mo­ni­tor i tę idio­tyczną za­jawkę.

Na­czelna wy­ciąga jed­nak szyję… Prze­czy­tała.

– Hm… – za­czyna, a Ola sroży się w ocze­ki­wa­niu re­pry­mendy. – Jest po­zy­tywny ko­mu­ni­kat, obiet­nica suk­cesu, kon­kret­nie okre­ślony ter­min. Ja­sne i przej­rzy­ste. Tylko ja­kieś ta­kie… za su­che.

– No, a do tego kom­plet­nie nie­praw­dziwe – od­po­wiada Ola z prze­ką­sem i za­nim jesz­cze zdążą prze­brzmieć jej wła­sne słowa, już wie, że po­peł­niła błąd. Cho­lera, tyle lat tu pra­cuje, a wciąż nie na­uczyła się trzy­mać gęby na kłódkę.

Brwi Kryśki uno­szą się wy­soko, da­jąc tym sa­mym światu wy­raźny ko­mu­ni­kat: jest zdzi­wiona i po­iry­to­wana, za chwilę może wy­buch­nąć.

– Ja wiem, że mu­simy pi­sać ta­kie rze­czy pod re­kla­mo­daw­ców – tłu­ma­czy po­jed­naw­czo Ola. – Ale cho­ciaż raz faj­nie by­łoby nie wci­skać lu­dziom kitu i na­pi­sać, jak jest na­prawdę.

– Tak? A jak jest na­prawdę? – Uśmiech na­czel­nej jest tak wy­mu­szony, że na jej po­licz­kach za­raz po­pęka skóra.

Ola zdaje so­bie sprawę, że za­brnęła w ślepą uliczkę. Awan­tura już wisi w po­wie­trzu. Po co w ogóle się od­zy­wała? Bo jest wście­kła, że znowu wy­padł jej dy­żur re­dak­cyjny? Że w związku z tym musi wy­my­ślać te na­iwne ko­mu­nały na­zy­wane za­jaw­kami okład­ko­wymi, czego – tak na mar­gi­ne­sie – ro­bić nie­na­wi­dzi? To wszystko nie jest warte ko­lej­nego kon­fliktu z na­czelną. Bu­rzy, po któ­rej na­stę­pują ci­che dni, dąsy, ob­ra­żone miny i cały ten cyrk od­sta­wiany przez prze­ło­żo­nych wo­bec pra­cow­ni­ków, któ­rzy im pod­pa­dli. Ale te­raz Ola już nie może… no do­bra: nie umie tak po pro­stu spu­ścić wzroku i ska­pi­tu­lo­wać.

– Prze­cież wiesz tak samo jak ja – pa­kuje się da­lej w kło­poty – że aby po­zbyć się cel­lu­litu, trzeba wstać zza biurka i za­cząć się ru­szać.

– Co ty po­wiesz? Skoń­czy­łaś kurs fi­zy­ko­te­ra­pii, że tak się wy­mą­drzasz? – głos re­dak­torki na­czel­nej ocieka sar­ka­zmem zim­nym jak prze­strze­nie mię­dzy­gwiezdne.

– Nie mu­szę mieć dy­plomu, żeby wie­dzieć, że za­miast wcie­rać w ty­łek krem, le­piej po­pra­co­wać nad formą… i dietą.

– Ach tak…

– I za­miast co­dzien­nie wy­sia­dy­wać do wie­czora w pracy, po pro­stu… no nie wiem… cie­szyć się sek­sem. – Gdy Ola koń­czyła to zda­nie, do­tarło do niej, że mówi o wła­snym, bez­na­dziej­nie nud­nym i po­zba­wio­nym szans na ja­ką­kol­wiek od­mianę ży­ciu.

– Ko­cha­nie… – głos Kryśki, choć ści­szony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. – Za­po­mnia­łaś o jed­nym. Ga­zeta musi na sie­bie za­ro­bić. Od tego za­leżą na­sze etaty i co­mie­sięczne prze­lewy. Na­dą­żasz? A przy tek­ście o do­mo­wej ku­ra­cji an­ty­cel­lu­li­to­wej jest wy­ku­piona re­klama no­wego kremu, za którą wy­daw­nic­two zgar­nie grubą sumę. Pod wa­run­kiem jed­nak, że ar­ty­kuł obok za­pewni jej od­po­wied­nio ko­rzystny kon­tekst. Ro­zu­miesz, skar­bie? Kilka tu­tej­szych pen­sji w za­mian za kilka zdań o za­le­tach wkle­py­wa­nia so­bie w dup­sko ja­kie­goś ma­zi­dła.

– Su­per. – Ola prze­wraca oczami. – Po co my w ogóle pla­nu­jemy te­maty do ga­zety? Może niech od razu zro­bią to za nas re­kla­mo­dawcy?

– Pla­no­wa­nie, skar­bie – słowo to brzmi w ustach sze­fo­wej jak strzał z bi­cza słu­żą­cego do po­ga­nia­nia wo­łów ro­bo­czych – to ty już le­piej zo­staw mnie. My­ślisz, że ko­muś w ogóle chcia­łoby się czy­tać te twoje po­rady o zdro­wym stylu ży­cia i za prze­pro­sze­niem, o sek­sie? Nie! Bo czy­tel­niczki wcale nie chcą wie­dzieć, że roz­wią­za­nie ich pro­blemu wy­maga zmiany stylu ży­cia, wielu mie­sięcy gło­dze­nia się i jesz­cze ja­kichś tam cho­ler­nych ćwi­czeń. Albo pie­prze­nia się z bez­na­dziej­nie nud­nym i nie­atrak­cyj­nym mę­żem. Chcą wie­rzyć, że ist­nieje cu­do­wna maść, która szybko i bez wy­siłku przy­wróci im urodę. Prze­stań więc za­nu­dzać mnie swo­imi roz­ter­kami etycz­nymi i kończ okładkę. Za go­dzinę chcę mieć u sie­bie ko­lo­rowy wy­druk ze wszyst­kimi za­jaw­kami. Mają być krót­kie, po­zy­tywne i za­chę­ca­jące do ku­pie­nia pi­sma. Masz na to sześć­dzie­siąt mi­nut. Czas start. I le­piej się po­sta­raj, bo jed­nym pod­pi­sem mogę cię na­tych­miast uwol­nić za­równo od tego biurka, jak i od nad­go­dzin. Bę­dziesz wtedy miała mnó­stwo wol­nego czasu na ra­do­sny seks, a za mało kasy na wy­szu­kane diety. Chcesz tego?

Ola nie od­po­wiada. Raz – za­schło jej w gar­dle. Dwa – na­czel­nej już nie ma. W po­wie­trzu jesz­cze wi­bruje py­ta­nie re­to­ryczne, kiedy trzask pod­no­szo­nych ża­lu­zji w jej „akwa­rium” ob­wiesz­cza światu roz­po­czę­cie no­wego dnia.

– No i znowu mała Ola py­sko­wała ma­musi i do­stała po łap­kach – sły­szy obok sie­bie głos Pa­try­cji, re­dak­torki działu Uroda.

Ola uświa­da­mia so­bie, że aku­rat kiedy do­sta­wała od Kryśki burę, w re­dak­cji za­ro­iło się od lu­dzi.

– Na­ucz się wresz­cie nie dys­ku­to­wać z tą idiotką – tłu­ma­czy da­lej Pati. – Bo, cho­lera, komu będę opo­wia­dała o swo­ich mi­ło­snych pod­bo­jach, jak ta wście­kła baba cię stąd wy­rzuci?

Ola przy­gląda się przy­ja­ciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, za­darty no­sek i by­stre spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu. Ta fi­li­gra­nowa po­że­raczka mę­skich serc i we­te­ranka pracy w ko­bie­cych ty­tu­łach po­rad­ni­ko­wych jest jej je­dyną ostoją w sza­lo­nym świe­cie kor­po­ra­cji zrze­sza­ją­cej kil­ka­na­ście pism, z któ­rych każde ma tylko je­den cel: utrzy­mać wy­soką sprze­daż i za­ro­bić dużo pie­nię­dzy.

– Rany, Pati, ja już nie mogę – skarży się Ola. – Prze­cież mia­łam pi­sać re­por­taże. – Gdy za­czy­nała tę pracę za­raz po stu­diach, są­dziła, że o cel­lu­li­cie, wy­dłu­ża­niu rzęs czy mo­do­wych tren­dach dla go­spo­dyń do­mo­wych po­pi­sze naj­wy­żej przez parę mie­sięcy, a po­tem za­cznie speł­niać ma­rze­nia za­wo­dowe.

– Ach tak, wiel­kie pi­sar­stwo – wzdy­cha te­atral­nie Pati. – Na­groda Pu­lit­zera, li­te­racki No­bel… Ro­zu­miem, moja am­bitna przy­ja­ciółko.

– Bez prze­sady. Wy­star­czy mi praw­dziwe dzien­ni­kar­stwo za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna, bo ja­kiś waż­niak wy­ku­pił u nas pół­stro­ni­cową re­klamę.

– Skar­bie, wiesz, że cię uwiel­biam? – Pa­try­cja cmoka ją w po­li­czek. – Na­prawdę, sza­cu­nek.

– O czym ty, wa­riatko, mó­wisz?

– Je­steś je­dyną dziew­czyną w tej re­dak­cji, która ma od­wagę otwar­cie po­sta­wić się tej apo­dyk­tycz­nej ba­bie.

– Bez prze­sady. Pró­bo­wa­łam tylko z nią dys­ku­to­wać. Z opła­ka­nym skut­kiem.

– Za mniej­sze py­skówki dziew­czyny stąd wy­la­ty­wały.

– Su­per. Bar­dzo mnie po­cie­szy­łaś. Więc ja­kie jest twoje zda­nie? Mam da­lej my­śleć nad tymi za­jaw­kami? Czy ra­czej po­mału wrzu­cać swoje rze­czy do kar­to­no­wego pu­dełka?

– Prze­stań, żar­to­wa­łam. Kryśka cię nie wy­wali.

– Bo?

– Wie, że w ży­ciu byś tak po­kor­niutko jak inne la­ski nie przy­jęła wy­po­wie­dze­nia.

– Tak? A co niby bym zro­biła? Przy­kuła się do ka­lo­ry­fera?

– Go­rzej. Wdep­ta­ła­byś ją przed całą re­dak­cją w zie­mię. I to za po­mocą rap­tem paru słów.

– Paru słów? Pod­po­wiedz, że­bym miała coś na czarną go­dzinę.

– Wy­star­czy, że byś jej za­su­nęła to zda­nie o… jak to na­zwa­łaś… – za­wie­sza głos Pa­try­cja – …a tak! O „praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwie za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna”. Do­bre! Już wi­dzę, jak ta na­sza wy­mu­skana kre­tynka za­pada się w so­bie na dźwięk słowa „gówno”.

– No już-już, prze­stań – prze­rywa jej ze śmie­chem Ola. – Ni­kogo nie za­mie­rzam wdep­ty­wać w zie­mię. Po pro­stu chcia­ła­bym lu­bić to, co ro­bię.

– To znajdź so­bie ja­kieś hobby. Ho­duj rybki albo rwij fa­ce­tów jak ja. A co do re­por­taży… Wiesz prze­cież, że je­śli chcesz je ro­bić, to nie mu­sisz wcale do­brze pi­sać ani się spe­cjal­nie sta­rać. Wy­star­czy, jak za­czniesz, prze­pra­szam za ko­lo­kwia­lizm, wła­zić w dupę Kry­śce.

– No tego to nie­stety…

– Wiem, wiem, ko­cha­nie. Nie by­ła­byś do tego zdolna. I wła­śnie za to cię sza­nuję – do­daje Pa­try­cja już cał­kiem se­rio.

– Daj spo­kój. Głu­pia je­stem i tyle. Nie umiem się do­sto­so­wać.

– To jest kor­po­ra­cja, skar­bie. Inny świat niż na ze­wnątrz. Tu, na­wet je­śli ko­goś nie­na­wi­dzisz, mu­sisz się do niego uśmie­chać, a im bar­dziej się obi­jasz, tym le­piej, bo nikt nie uzna cię za za­gro­że­nie. Dla­tego… chodźmy po kawę. – Pa­try­cja chwyta Olę pod bok i cią­gnie w kie­runku ku­chenki na ko­ry­ta­rzu, przy któ­rej kon­cen­truje się ży­cie to­wa­rzy­skie „An­geli” i in­nych po­ło­żo­nych na tym sa­mym pię­trze re­dak­cji. – Opo­wiem ci o fa­ce­cie, który uczy mnie kung-fu! – Oczy Pa­try­cji błysz­czą. – Wiesz, to ten, do któ­rego za­pi­sa­ły­śmy się z dziew­czy­nami z pro­mo­cji, jak nam w ra­mach oszczęd­no­ści za­mknęli fir­mowy klub fit­ness. No więc na po­czą­tek trzy słowa na li­terę „wu”: wy­soki, wy­spor­to­wany, wolny.

– Pati, jedno słowo na „pe”: przy­ha­muj. Mam już tylko pięć­dzie­siąt cztery mi­nuty na na­pi­sa­nie tych za­ja­wek…

– Ach tak, rze­czy­wi­ście. Po­każ, jak to wy­gląda. – Pati po­tul­nie za­wraca i siada do kom­pu­tera Oli.

Na chwilę za­miera, wpa­tru­jąc się w wy­świe­tlony pro­jekt okładki z miej­scami na osiem za­ja­wek, w któ­rych oprócz nie­szczę­snego cel­lu­litu wpi­sane jest na ra­zie tylko „XXXXX” czy „YY­YYY”. I na­gle drobne, za­koń­czone czer­wo­nymi pa­zur­kami pa­luszki Pa­try­cji oży­wają. Klik, klik, klik – pierw­sze ha­sło. Stuk, stuk, stuk – dru­gie.

– Go­towe! – oznaj­mia pięć mi­nut póź­niej. – Dru­kuj, za­noś Kry­śce i idziemy na kawę.

Ola po­chyla się nad mo­ni­to­rem. Za­czyna czy­tać…

Uroda: „Po­ko­nać cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie? Tak! To moż­liwe!”.

Od­chu­dza­nie: „Dieta biał­kowa – jesz i chud­niesz 5 kg w ty­dzień”.

Styl: „10 fry­zur, na któ­rych wi­dok męż­czyźni sza­leją”.

Ma­ki­jaż: „Ku­szące usta w trzy mi­nuty”.

Kuch­nia: „Eska­lopki cie­lęce – prze­pisy, któ­rych nie zna twoja te­ściowa”.

Dziecko: „Jak wy­cho­wać ge­niu­sza – 5 pro­stych spo­so­bów”.

Moda: „Ciu­chy, które do­da­dzą ci ko­bie­co­ści, a ujmą ki­lo­gra­mów”.

Zdro­wie: „Ra­dzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczę­śliwą w każ­dym wieku”.

– Słu­chaj, dzię­kuję, ale… – za­cina się Ola.

– Ale co?

– Te za­jawki są fajne, tyle że tro­chę za mocno, no, prze­gięte. Wła­ści­wie to kom­plet­nie mi­jają się z prawdą. Na­wet Kryśka tego nie kupi. Bo na przy­kład te fry­zury to zwy­kłe prze­druki sprzed kilku lat z ja­kie­goś fran­cu­skiego ma­ga­zynu, nic spe­cjal­nego. Prze­cież sama wiesz, że wzię­li­śmy je, bo zdję­cia można do­stać pra­wie za darmo. A na tej die­cie w ży­ciu nie da się zrzu­cić pię­ciu kilo w parę dni, chyba że od­rą­biesz so­bie rękę. To samo z ge­niu­szem. Da­jemy ja­kieś ba­na­lne rady w stylu: „Dużo roz­ma­wiaj z dziec­kiem”. To nie zrobi z ni­kogo wy­bit­nej jed­nostki. No i te ciu­chy… to w końcu mój ar­ty­kuł. Nie ma tam nic o uj­mo­wa­niu ki­lo­gra­mów.

– Nie ma? To do­pi­szesz. – Pa­try­cja wzru­sza ra­mio­nami. – To samo z ge­niu­szem. A stare fry­zury wy­da­dzą się ostat­nim krzy­kiem mody, je­śli damy od­po­wiedni ty­tuł. Oj, Olu, taka do­świad­czona re­dak­torka, a za­cho­wu­jesz się jak na­iwna sta­żystka. Masz dzi­siaj PMS czy co? No już, dru­kuj tę okładkę i nieś sze­fo­wej, a ja idę na­sta­wić kawę.

***

– Okej, te­raz to ja­koś wy­gląda. – Kryśka wpa­truje się w ko­lo­rowy wy­druk for­matu A3, który Ola po­ło­żyła przed nią na biurku. – Do diety biał­ko­wej do­pisz tylko, że sie­dem ki­lo­gra­mów w ty­dzień. To bar­dziej za­chę­ca­jąco brzmi. A do cel­lu­litu, że po­ko­nasz go w dwa ty­go­dnie. Ja­koś le­piej się układa.

– Oczy­wi­ście, sze­fowo! – od­po­wiada z uśmie­chem Ola. – Sie­dem kilo i dwa ty­go­dnie. Zro­zu­mia­łam. – Od­wraca się na pię­cie i ru­sza w stronę eks­presu do kawy, bło­go­sła­wiąc w my­ślach Pa­try­cję. No bo, kur­czę, ma dziew­czyna ra­cję i już. O co tu kru­szyć ko­pie? Świata nie da się zmie­nić. Prę­dzej czło­wiek sam się wpa­kuje w kło­poty. A wtedy żywa du­sza się o cie­bie nie upo­mni.III

– Po­zy­cja klep­sy­dry! Garda! Na moje od­li­cza­nie uder­za­cie na wprost – ko­men­de­ruje Kuba gło­sem tak do­no­śnym, jakby stała przed nim w kar­nych sze­re­gach co naj­mniej setka wier­nych uczniów, a nie grupka rap­tem sze­ściu ko­biet, re­dak­to­rek ja­kie­goś pi­sma po­rad­ni­czego. Mie­siąc temu za­pi­sały się one na jego za­ję­cia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opła­ciły kar­nety na trzy mie­siące! Po­zo­stali kur­sanci po­ja­wiają się spo­ra­dycz­nie, płacą raz za tre­ning, a po­tem zni­kają na mie­siąc, wra­cają, znów płacą za jedno wej­ście… i tak w kółko. W ogóle nie można na nich po­le­gać, a prze­cież kung-fu wy­maga sys­te­ma­tycz­no­ści i kon­se­kwen­cji! Sys­te­ma­tycz­no­ści (w kwe­stii uisz­cza­nia opłat) kon­se­kwent­nie ocze­kuje też ad­mi­ni­stra­cja bloku, w któ­rym mie­ści się pro­wa­dzony przez Kubę City Fit­ness Club… Ad­res to ulica Grzy­bow­ska, czyli cen­trum War­szawy, klienci jed­nak naj­wy­raź­niej tego nie do­ce­niają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szcze­rze mó­wiąc, w ogóle się nie pchają.

– Ji! Ar! San! Sy! – grom­kim gło­sem od­li­cza po chiń­sku Kuba, młó­cąc w takt tych słów po­wie­trze. – Stoi twa­rzą do kur­san­tek, kon­tro­lu­jąc, czy po­praw­nie go na­śla­dują. To zna­czy… od razu wi­dzi, że nie. Na­wet nie musi się im spe­cjal­nie przy­glą­dać…

Agnieszka – za­miast na wprost – bez sensu ma­cha ra­mio­nami na boki. Gdyby w ten spo­sób chciała ko­goś ude­rzyć, mu­sia­łaby usta­wić się do prze­ciw­nika pro­fi­lem.

Ju­lita z ko­lei w ogóle nie za­daje cio­sów, tylko wy­ko­nuje rę­kami w po­wie­trzu ja­kiś kar­ko­łomny mły­nek. W czar­nej go­dzi­nie mo­głaby li­czyć wy­łącz­nie na to, że na wi­dok jej cu­dacz­nych ru­chów na­past­nik prze­wróci się ze śmie­chu.

Naj­wię­cej serca w ćwi­cze­nia wkłada ta drobna blon­dynka – Pa­try­cja. Na­wet nie­źle dziew­czy­nie wy­cho­dzi, ale w jej aku­rat stronę Kuba stara się zbyt czę­sto nie zer­kać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jed­nym okiem, świ­druje go ona spoj­rze­niem tak go­rą­cym, że aż czer­wie­nieje mu skóra na po­licz­kach. Na­wet on, który – uj­mu­jąc to de­li­kat­nie – nie jest ko­bie­cia­rzem (czy ra­czej, jak ma­wiali o nim kum­ple z Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­nego, jest do­sko­nałą an­ty­tezą po­ję­cia „pod­ry­wacz”), ro­zu­mie, że to nie fa­scy­na­cja sta­ro­żytną sztuką walki trzyma Pa­try­cję w jego gru­pie…

– Ji! Ar! San! Sy! – od­li­cza już po raz enty Kuba, mimo na­ra­sta­ją­cego znie­chę­ce­nia wciąż ma­jący na­dzieję, że kur­santki, które prze­cież pa­trzą, jak on ćwi­czy, za­czną wresz­cie wy­ko­ny­wać swoje tech­niki po­praw­nie. Mógłby oczy­wi­ście co chwila zwra­cać im uwagę. Mó­wić: „Ro­bisz to źle, po­praw się, nie garb się, uszczel­nij gardę”. Mógłby pro­sto­wać im skrzy­wione plecy, po­ka­zy­wać, jak pro­wa­dzić w ude­rze­niu ręce i w jaki spo­sób co­fać ra­miona do gardy, ale… Na­uczył się już, że im su­row­szym i bar­dziej cze­pial­skim jest in­struk­to­rem, tym szyb­ciej ucie­kają od niego kur­sanci. Szcze­gól­nie ko­biety nie lu­bią woj­sko­wego drylu. Przy nich trzeba być uśmiech­nię­tym, po­god­nym, chwa­lą­cym, po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym i – no, cho­lera, po­wiedzmy to – lekko uwo­dzi­ciel­skim. – Stop! Opuść­cie gardę, roz­luź­nij­cie ręce – wy­daje po­le­ce­nie. I czu­jąc fałsz we wła­snym gło­sie, do­daje: – Bar­dzo do­brze, wi­dać, że ro­bi­cie po­stępy. Jest jesz­cze to i owo do po­pra­wie­nia, ale pod­stawy już za­ła­pa­ły­ście. Te­raz przej­dziemy więc do tech­niki czi sao, czyli…

– Na­uki na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów z part­ne­rem! – ra­do­śnie wpada mu w słowo Pa­try­cja, która do tej czę­ści tre­nin­gów za­wsze pod­cho­dzi z naj­więk­szym en­tu­zja­zmem.

– Na­uki utrzy­my­wa­nia bez­piecz­nego dy­stansu z prze­ciw­ni­kiem – po­pra­wia ją ła­god­nie Kuba, uda­jąc, że nie do­strzega alu­zji czy sy­gna­łów, któ­rymi bije w niego ta blon­dy­neczka.

Co tu kryć, na­głe ob­ja­wie­nie się tak licz­nej grupy kur­san­tek ura­to­wało Kubę przed ko­lejną wi­zytą win­dy­ka­to­rów. Smutni pa­no­wie za­glą­dali ostat­nio do jego klubu z re­gu­lar­no­ścią szwaj­car­skiego ze­garka. Ad­mi­ni­stra­cja na­prawdę nie mu­siała z po­wodu drob­nych, hm, nie­cią­gło­ści płat­ni­czych, ucie­kać się od razu do ta­kiego spo­sobu! Kiedy więc w re­cep­cji klubu zma­te­ria­li­zo­wała się ta gro­madka pań, py­ta­jąc Pawła – je­dy­nego pra­cow­nika za­trud­nia­nego przez Kubę (odźwier­nego, kel­nera w mi­ni­ba­rze z na­po­jami ener­ge­ty­zu­ją­cymi i in­struk­tora fit­ness w jed­nej oso­bie) – o za­ję­cia z ae­ro­biku, ukła­dów syn­chro­nicz­nych dla che­er­le­ade­rek lub choćby, jakże mod­nego ostat­nio, tańca na ru­rze, Kuba zro­zu­miał, że musi zro­bić wszystko, żeby je u sie­bie za­trzy­mać. Ale jak? Za­ba­ry­ka­do­wać drzwi i okna i jesz­cze de­spe­racko po­ło­żyć się w progu? Co do tego, że za­nęci te wiel­ko­miej­skie ko­bietki swoją szkołą kung-fu, ja­koś od razu wy­zbył się złu­dzeń. Za­czął więc wić się w wy­ja­śnie­niach, że na­ucza ko­bie­cego stylu walki, cze­goś w sam raz dla ta­kich prze­bo­jo­wych dziew­czyn jak one, bo prze­cież le­genda głosi, że przed wie­kami wła­śnie tę od­mianę kung-fu wy­my­śliła dziew­czyna o imie­niu Pięk­ność Wio­sny, czyli po chiń­sku wła­śnie Wing Tsun…

Mó­wiąc to, szybko spo­strzegł, że jedna z ko­biet za­czyna w sku­pie­niu od­czy­ty­wać na swoim iPho­nie ja­kąś wia­do­mość, druga dys­kret­nie ziewa, a trze­cią in­te­re­suje wy­łącz­nie za­war­tość jej wła­snej to­rebki. „Nie udało się. Za­raz odejdą szu­kać klubu z tym pie­przo­nym ae­ro­bi­kiem” – po­my­ślał wtedy, tra­cąc po­woli wą­tek w swo­jej opo­wie­ści o mło­dej Chince, która ty­siąc lat temu wy­my­śliła styl walki, któ­rego dziś nikt już nie chce tre­no­wać.

I wtedy stał się cud. A to za sprawą fi­li­gra­no­wej, ale bar­dzo ener­ge­tycz­nej blon­dy­neczki, która naj­wy­raź­niej prze­wo­dziła gru­pie.

– Słodko pan marsz­czy czoło, opo­wia­da­jąc o tej chiń­skiej wio­śnie – oznaj­miła, pa­trząc mu w oczy, po czym krzyk­nęła do swo­jej gro­madki: – Dziew­czyny! Za­pi­su­jemy się na za­ję­cia. Ten przy­stoj­niak zrobi z każ­dej z nas Larę Croft! – Po­tem z we­rwą wy­cią­gnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wy­zna­jąc: – Od­daję się w twoje ręce, mi­strzu. Je­stem Pa­try­cja. Dla przy­ja­ciół Pati.

Tak to się za­częło. Pra­wie trzy ty­go­dnie temu. Dziew­czyny pod wo­dzą Pati przy­cho­dzą od tam­tej pory we wtorki i piątki. Ćwi­czą pół­to­rej go­dziny, od dzie­więt­na­stej do dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści. Dzi­siej­szy, piąt­kowy tre­ning jest już ich czwar­tym… nie, pią­tym spo­tka­niem. Kuba na­uczył je do tej pory po­zy­cji klep­sy­dry (nogi lekko ugięte, ko­lana ra­zem, palce stóp skie­ro­wane ku so­bie), po­zy­cji wy­krocz­nej (cię­żar ciała głów­nie na tyl­nej no­dze), trzy­ma­nia gardy, ude­rze­nia rę­kami na wprost i kilku blo­ków.

***

– Za­nu­dzisz je – po­wie­dział Pa­weł po ostat­nim, wtor­ko­wym spo­tka­niu. – Pa­trzę na was zza tego swo­jego barku i wi­dzę, że pa­nienki za­czy­nają zie­wać. One chcą ru­chu, mu­zyki, ener­gii, a nie tego two­jego żmud­nego mie­sza­nia po­wie­trza rę­kami.

– Wi­dzę, że nie­źle znasz się na kung-fu – od­burk­nął Kuba.

– Na kung-fu się nie znam i tak szcze­rze mó­wiąc, mam je w du­pie. – Na opa­loną na so­la­rium twarz Pawła wy­pły­nął iro­niczny uśmiech. – Ale znam się na ko­bie­tach. I po­wiem ci, że gdyby nie Pati, która przy­cho­dzi tu­taj, bo roz­pacz­li­wie chce cię po­de­rwać, pa­nienki już dawno by so­bie od­pu­ściły tę twoją mo­no­tonną do wy­rzy­ga­nia Pięk­ność Wio­sny.

– Słu­chaj, wo­lał­bym, że­byś się tro­chę ha­mo­wał, kiedy wy­po­wia­dasz się o sztuce walki, któ­rej po­świę­ci­łem kilka lat ży­cia…

– Nie gnie­waj się, sze­fie, ale zmar­no­wa­łeś te lata. Trzeba było, jak ja, po­uga­niać się w tym cza­sie za ko­biet­kami, po­ba­wić się… À pro­pos, kiedy weź­miesz się wresz­cie za tę Pa­try­cję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam na­dzieję, że twoje kung-fu nie na­ka­zuje ci ce­li­batu?

– Nie jest w moim ty­pie. Nie lu­bię ko­biet, które na­rzu­cają się fa­ce­tom.

– Le­piej zmień swoje za­sady, bo jak bę­dziesz taki drę­twy, dziew­czyna się w końcu znie­chęci. A bez niej cała grupa roz­sy­pie ci się w pięć mi­nut! – Pa­weł w uśmie­chu za­pre­zen­to­wał lśniąco białe zęby. – Zdaje się, że tylko ona wie­rzy jesz­cze w tę twoją pod­sta­rzałą i nudną jak stara panna Pięk­ność Wio­sny…

– Pro­si­łem cię, że­byś nie wy­po­wia­dał się na te­maty, na któ­rych się…

– No, chyba że zo­sta­wisz tę wie­ko­po­mną sztukę walki dla sie­bie, a dziew­czy­nom po­ka­żesz ja­kieś nor­malne ćwi­cze­nia – mó­wił da­lej Pa­weł, zu­peł­nie nie­zra­żony mar­sową miną Kuby. – Ja­kiś di­sco bo­xing albo coś. Jak nie po­tra­fisz, mogę je wziąć w ob­roty. Lu­bię ta­kie dra­pieżne kotki.

***

Dla­czego aku­rat dzi­siaj, pod ko­niec tre­ningu, przy­po­mina so­bie tamtą roz­mowę? Bo Pa­weł miał ra­cję. Kuba ob­ser­wuje miny ćwi­czą­cych ko­biet i – mó­wiąc naj­de­li­kat­niej – nie wi­dzi w nich za­an­ga­żo­wa­nia. Fak­tycz­nie, gdyby nie de­ter­mi­na­cja Pati, pew­nie już dawno by so­bie po­szły ćwi­czyć gdzie in­dziej, wcze­śniej za­żą­daw­szy zwrotu pie­nię­dzy za kar­nety. Kuba po­sta­na­wia więc za­koń­czyć tre­ning dy­na­micz­nym ak­cen­tem.

– Te­raz na­uczę was pod­sta­wo­wego kop­nię­cia! – oznaj­mia, uda­jąc, że nie sły­szy szep­ta­nych mię­dzy pa­niami ko­men­ta­rzy w ro­dzaju: „No, może wresz­cie za­cznie się coś tu­taj dziać”. – O, tak to się robi. – Staje w po­zy­cji z ob­cią­żoną nogą za­kroczną i szyb­kim, krót­kim ru­chem ko­pie nogą wy­kroczną na wy­so­kość pasa swo­jego wy­ima­gi­no­wa­nego prze­ciw­nika.

– I już? – pyta Agnieszka, na­wet nie uda­jąc roz­cza­ro­wa­nia. – Tylko tyle?

– Na­prawdę to wierz­gnię­cie jest kop­nia­kiem w twoim kung-fu? – nie może na­dzi­wić się Ju­lita.

– Spo­koj­nie, dziew­czyny – pró­buje ra­to­wać sy­tu­ację Pa­try­cja. – On prze­cież okre­ślił je „pod­sta­wo­wym” kop­nię­ciem, prawda? Na pewno masz w za­na­drzu… – mó­wiąc to, zwraca się do co­raz bar­dziej skon­fun­do­wa­nego Kuby – …ja­kieś inne, bar­dziej wy­strza­łowe tech­niki…

„To ko­niec. Nie prze­dłużą kar­ne­tów” – w gło­wie Kuby hu­czy roz­pacz­liwa myśl, ale (bo co ma niby zro­bić?) in­struk­tor przy­znaje:

– To jest… wła­ści­wie je­dyne kop­nię­cie w tym stylu walki. In­nych nie ma… – Po tym oświad­cze­niu za­pada nie­mal na­ma­calna ci­sza. Kuba pró­buje ją roz­pro­szyć: – Są oczy­wi­ście różne mo­dy­fi­ka­cje tego ude­rze­nia. Kop­nię­cie w ko­lano, pod­cię­cie…

– Kop­nię­cie w ko­lano?! – pry­cha Agnieszka. – Jaja so­bie ro­bisz? To ja po to się tu­taj od ty­go­dni mę­czę w tej idio­tycz­nej po­zy­cji klep­sy­dry, żeby te­raz się do­wie­dzieć, że nie na­uczysz nas żad­nych wy­ko­pów z ob­rotu, wy­skoku i… – prze­rywa na chwilę dla na­bra­nia tchu, a po­tem oznaj­mia z wy­rzu­tem: – Jak mo­głeś obie­cy­wać, że z każ­dej z nas zro­bisz Larę Croft! Ty w ogóle wi­dzia­łeś ten film?! Halo, po­budka!

– Spo­koj­nie, la­ski! – od­zywa się nie­ocze­ki­wa­nie Pa­try­cja. – Aga do­brze po­wie­działa. Nie po to się tu­taj od paru ty­go­dni mę­czymy, żeby zra­żać się jedną wpadką mi­strzu­nia. Wszystko jest do na­pra­wie­nia. My­ślę, że skoro kop­nię­cie pod­sta­wowe ma tyle mo­dy­fi­ka­cji, to można wpro­wa­dzić także inne. Na przy­kład wal­nię­cie z ob­rotu w czyjś pysk! – do­daje, wy­ko­nu­jąc z za­dzi­wia­jącą lek­ko­ścią coś na kształt ciosu ro­dem z filmu Tomb Ra­ider. – Do­brze mó­wię? – pod­su­mo­wuje, pa­trząc na Kubę tak wy­mow­nie, jakby chciała te­le­pa­tycz­nie prze­ka­zać mu je­den, pro­sty ko­mu­ni­kat: „Tylko te­raz tego nie spieprz”.

– Hm, no ja­sne! Oczy­wi­ście. – Kuba się uśmie­cha, z lek­kim nie­po­ko­jem my­śląc, co po­wie­działby jego mistrz na wieść o tym, że wła­śnie zgo­dził się na hol­ly­wo­od­zką mo­dłę zmo­dy­fi­ko­wać styl walki, który w nie­zmie­nio­nej for­mie prze­trwał ty­siąc lat… – Na dzi­siaj ko­niec! Do zo­ba­cze­nia we wto­rek! – oznaj­mia gru­pie, do­rzu­ca­jąc w my­ślach: „Mam na­dzieję, że do zo­ba­cze­nia”.

Kur­santki zni­kają w szatni, Kuba zmę­czo­nym kro­kiem pod­cho­dzi do barku i otwiera bu­telkę wody.

– No to żeś im strze­lił po­ka­zówę, sze­fu­niu. – Pa­weł dusi się ze śmie­chu. – Za­sto­suj to swoje kop­nię­cie, jak przyjdą tu znowu ko­mor­nicy. Może wzbu­dzisz ich li­tość i się od­cze­pią.

– Za­mknij się, bo… – pró­buje się od­gryźć Kuba.

– Idziemy na pizzę! Czy mistrz wy­rwie się z nami? – sły­szy za sobą pe­łen ener­gii głos Pati, która już zdą­żyła ze swoją gro­madką wyjść z szatni.

– Mu­szę pil­no­wać klubu – od­po­wiada zmę­czo­nym gło­sem.

– Pa­weł cię może za­stą­pić – ri­po­stuje na­tych­miast Pa­try­cja.

– Pa­weł? Ale on jest tu tylko… – urywa. „Le­piej zmień swoje za­sady”, przy­po­mi­nają mu się słowa tego na­pom­po­wa­nego na si­łowni, opa­lo­nego na skwarkę pa­jaca. Ma jed­nak fa­cet ra­cję… – Su­per! – od­po­wiada, si­ląc się na en­tu­zjazm. – Za pięć mi­nut będę go­towy – do­rzuca, uda­jąc, że nie za­uważa trium­fal­nego uśmie­chu swo­jego iry­tu­ją­cego pra­cow­nika.VI

He­lena sie­dzi w oknie swo­jego po­koju. Przez małe, po­łą­czone szpro­sami szybki, które odro­binę znie­kształ­cają ob­raz świata, pa­trzy na pro­wa­dzącą do domu drogę, nad którą po­chy­lają się lipy i wierzby pła­czące. Wła­śnie… płacz. He­lena ma do sie­bie pre­ten­sje o to, że nie pła­cze. Po­winna te­raz drzeć szaty, orać pa­znok­ciami de­kolt i po­liczki, wyć z roz­pa­czy… Nic z tego. Za­miast żalu czuje me­lan­cho­lię. Smu­tek? Tak, smu­tek oczy­wi­ście też. I ta­kie dziwne odrę­twie­nie. Nie­moc, ni­czym w cho­ro­bie. Brak sił i ener­gii, żeby choć pod­nieść się z krze­sła, przejść do ba­wialni, wyjść na dwór w nie­śmiałe pro­mie­nie kwiet­nio­wego słońca. Naj­chęt­niej w ogóle rano nie wsta­wa­łaby z łóżka. Ro­dzice by wy­ba­czyli. W ta­kiej sy­tu­acji… Ale Lo­dzia, ta po­zba­wiona wy­czu­cia Le­oka­dia, nic tylko traj­ko­tała od rana: „Pa­nienka nie może tak le­żeć. Trzeba się ru­szyć, śnia­da­nie zjeść, na dwór wyjść. Trzeba żyć da­lej. Nie wolno się pod­da­wać”. Więc He­lena wstała, umyła się w mi­sce, ubrała. Do­szła jed­nak tylko do szez­longu przy oknie i opa­dła na sie­dzi­sko. I tępo w to okno pa­trzy. No bo ta nie­moc, nie­moc wszech­ogar­nia­jąca. Jak w cho­ro­bie.

Tyle że He­lena chora nie jest. Czuje się do­brze, go­rączki nie ma, w płu­cach czy­sto. Stwier­dził to le­karz we­zwany wczo­raj przez ro­dzi­ców. Zmie­rzył jej puls, srebr­nym mło­tecz­kiem spraw­dził od­ruch łok­ciowy i ko­la­nowy, na ko­niec przy­ło­żył ucho do jej ple­ców. Nic. „Na­pad ci­chej hi­ste­rii. Wą­troba uwol­niła złe hu­mory” – orzekł te­atral­nym szep­tem. Za­le­cił jesz­cze pi­cie na­paru z ru­mianku i szał­wii, za­in­ka­so­wał dwa ru­ble i wró­cił do mia­sta.

No więc me­lan­cho­lia. Tro­chę za mało jak na to, co się wy­da­rzyło. A do tego – to już naj­gor­sze – He­lena przy­ła­puje się co chwila na uża­la­niu się nad sobą. „Co ze mną bę­dzie… Zo­sta­łam sama… Pew­nie te­raz pi­sane mi już tylko sta­ro­pa­nień­stwo…” Oga­nia się od tych sa­mo­lub­nych my­śli jak może i stara się my­śleć O NIM. Ale wy­star­czy chwila nie­uwagi i hyc, w gło­wie znów ję­cze­nie: „No to co ja, nie­szczę­sna, mam te­raz zro­bić?”.

Na­gle jej uwagę przy­kuwa ja­kiś ruch. W nie­rów­nym szkle okna He­lena wi­dzi ko­nia, gnia­do­sza cią­gną­cego ko­la­skę. Po­wozi po­stawny… no do­brze, po­wiedzmy szcze­rze – dość gruby męż­czy­zna. Ta­de­usz. He­lena zna go do­brze. Ten nie­młody już, prze­szło trzy­dzie­sto­letni pan, choć nie na­leży do ro­dziny, po­miesz­kuje od czasu do czasu w ich dworku. Ro­dzice po­nad sześć mie­sięcy temu, kiedy wielki po­żar z roku 1862 ob­ró­cił w zglisz­cza nie­mal cały Msz­czo­nów, uży­czyli mu po­koju na pię­trze. Piękny, z bal­ko­nem i wi­do­kiem na sad. Męż­czy­zna do­stał to lo­kum wpraw­dzie tylko na czas od­bu­dowy jego spa­lo­nej ka­mie­nicy, ale He­lena i tak nie może zro­zu­mieć, czemu ktoś wła­ści­wie obcy zaj­muje naj­lep­sze po­miesz­cze­nie w ich domu, a ona musi gnieź­dzić się wciąż na par­te­rze. „Gość w dom, Bóg w dom” – od­po­wie­dział na jej wy­rzuty oj­ciec. A po­tem, już do mamy i nie­mal szep­tem, do­dał: „No i do tego czasy są bar­dzo nie­pewne, walki się to­czą rap­tem sto ki­lo­me­trów stąd, le­piej pil­no­wać in­te­re­sów, bo tro­chę ru­bli na czarną go­dzinę się przyda. Prze­cież Ta­de­usz mógłby ku­po­wać drewno gdzie bądź, a bie­rze głów­nie ode mnie”.

I oto znowu przy­je­chał. Ile to czasu go nie było? Ze dwa ty­go­dnie. Cie­kawe, ja­kie wie­ści z Msz­czo­nowa? Czy po Ko­ściele Świę­tego Jana Chrzci­ciela da­lej tylko zglisz­cza?

No i chyba już setny raz dzi­siaj He­lena ła­pie się na prze­stęp­stwie. Ko­lejny raz, za­miast ża­łoby, w jej gło­wie ja­kieś obce, nie­godne tej tra­gicz­nej chwili my­śli…

***

Ta­de­usz lubi wra­cać do ma­jątku Teo­dora i Zo­fii. Jest im też szcze­rze wdzięczny za go­ścinę, wikt i opie­ru­nek (oczy­wi­ście głupi nie jest, wie, że przy­gar­nęli go, bo jest za­możny i ma do­sko­nałe ko­nek­sje w za­rzą­dzie bu­dowy Ko­lei War­szaw­sko-Wie­deń­skiej, ale nie zmie­nia to faktu, że zaj­mują się nim jak człon­kiem ro­dziny). Po­doba mu się pa­nu­jący w ich dworku siel­ski spo­kój, pro­sto­duszna ser­decz­ność go­spo­da­rzy, no i… He­lena. Ta ru­do­włosa, zie­lo­no­oka i kom­plet­nie nie­do­stępna pięk­ność. Wie, że nie ma u niej żad­nych szans. Raz – dziew­czyna jest od niego młod­sza o kil­ka­na­ście lat. Ale to jesz­cze pół biedy. Dwa – jej ro­dzice, choć zu­bo­żali, to stara her­bowa szlachta. On zaś, cóż… nie­któ­rzy w Msz­czo­no­wie, oczy­wi­ście tylko za ple­cami, ga­dają na­wet, że jego oj­ciec nie­bosz­czyk szla­chec­kie po­cho­dze­nie so­bie ku­pił. Pies by ich… Nie­mniej to prawda, że ry­cer­skie ostrogi to w jego ro­dzi­nie od nie­dawna wi­szą, od dwóch po­ko­leń za­le­d­wie. Zresztą mniej­sza z tym. Ta­de­usz ma dość pie­nię­dzy, żeby po­za­my­kać ta­kim lu­dziom usta. Ale jest jesz­cze trzeci punkt. Panna He­lena jest już za­rę­czona. Z ja­kimś chłyst­kiem, go­ło­wą­sem z są­sied­niego ma­jątku. Któ­rego w do­datku te­raz li­cho po­gnało Bóg je­den wie do­kąd. Na wo­jaczkę mu się za­chciało, szcze­nia­kowi. „Po­wsta­niec” – mówi o nim z na­boż­nym sza­cun­kiem He­lena. Aku­rat po­wsta­niec. Po­wsta­nie to było za Ko­ściuszki. I w roku 1830, w li­sto­pa­dzie. A te­raz? Ru­chawka, awan­tura ja­kaś. Wię­cej z tego szkody niż… No bo, do li­cha cięż­kiego, Ro­sja­nie te­raz na każ­dego Po­laka jak na ban­dytę za­częli pa­trzeć, we­ksli nie biorą, że niby nam ufać nie można. Tylko straty w in­te­re­sach z tego. Ale dziew­czyna trak­tuje tego swo­jego „po­wstańca” nie­zwy­kle po­waż­nie. No i tej sprawy na­wet ktoś taki jak Ta­de­usz nie prze­sko­czy.

„Trudno. W Msz­czo­no­wie, albo i da­lej… w Gro­dzi­sku, pa­nien na wy­da­niu dzie­siątki, coś tam so­bie do­biorę” – my­śli chwacko Ta­de­usz, pa­trząc po­nad łbem swo­jego kłu­saka na bu­dy­nek, do któ­rego się zbliża. Ty­powy pol­ski dwo­rek. Par­te­rowy, drew­niany, z czte­ro­spa­do­wym wy­so­kim da­chem. Wej­ście po­ło­żone cen­tral­nie, trzy schodki po­nad po­zio­mem drogi, dwie drew­niane ko­lumny po bo­kach drzwi. Mo­drze­wiowe bale, z któ­rych zro­bione są ściany, ob­ło­żono ele­ganc­kimi de­skami, te z ko­lei po­bie­lono – ca­łość schludna, miła dla oka, choć… ba­na­lna.

– Wi­tam, wi­tam sza­now­nego… – Pan Teo­dor otwiera przed nim ra­miona. – Jak miło pana wi­dzieć ca­łego i zdro­wego w tych nie­pew­nych cza­sach.

– Kła­niam się ni­sko do­bro­dzie­jowi. – Ta­de­usz uśmie­cha się i pod­kręca krza­cza­stego czar­nego wąsa. – Czasy jak czasy. Dla jed­nego nie­pewne, dla in­nego do ro­bie­nia pie­nię­dzy każdy czas do­bry. Ale nic. Co tam sły­chać, pa­nie Teo­do­rze?

– Ech, złe wie­ści, ko­chany. Złe wie­ści…

– Cóż ta­kiego się stało? Ktoś zło­śli­wo­ści robi? Urzęd­nicy ci­sną? Mów pan śmiało. Może co zdo­łam po­móc, za go­ścinę się zre­wan­żo­wać…

– Wejdźmy do środka, mał­żonka za­raz ja­kąś prze­ką­skę za­rzą­dzi. I nie ma co ga­dać na progu. Czasy są bar­ba­rzyń­skie. Jesz­cze ktoś pod­słu­cha, wła­dzom do­nie­sie…

Wła­dzom? Do­nie­sie? Ta­de­usz jest za­in­try­go­wany. Cóż to za mroczne ta­jem­nice ma ten po­czciwy Teo­dor?

– Już idę – mówi. – Tylko tych parę dro­bia­zgów, co to aż z Gro­dzi­ska dla was przy­wio­złem, z ko­la­ski za­biorę.

– Ech, nie trzeba było pre­zen­tów, my i tak pana jak syna… – Z głębi domu do­cho­dzi głos Zo­fii.

– Pan Ta­de­usz zmę­czony – wpada jej w słowa Teo­dor. – Niech Lo­dzia wę­dlin ze spi­żarki przy­nie­sie. I cia­sto przy­da­łoby się za­gnieść…

– No to ja­kież to złe wia­do­mo­ści? – pyta Ta­de­usz, kiedy już prze­szedł przez sień i roz­siadł się na so­fie w ba­wialni.

Teo­dor rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w drzwi kuchni, za któ­rymi Zo­fia po­ucza Le­oka­dię, żeby pie­czy­ste to od serca, na gru­bość palca dzi­siaj kro­iła.

– Mó­wić o ta­kich spra­wach nie­bez­piecz­nie – za­czyna, a Ta­de­usz aż się po­chyla z cie­ka­wo­ści w jego kie­runku (na tyle, na ile wiel­kie brzu­szy­sko po­zwala). – Ale jak pan na He­lenę po­pa­trzy i tak wszystko… Zresztą, ufam panu jak ro­dzi­nie, więc…

– Więc?

– List trzy dni temu przy­szedł.

– I co w tym dziw­nego? Poczta, zwłasz­cza tu nie­da­leko sto­licy Kró­le­stwa, na szczę­ście pra­cuje nor­mal­nie.

– Ale pa­nie Ta­de­uszu… to nie pocztą ten list przy­szedł.

– Po­sła­niec?

– I to jaki! – Teo­dor ze zde­ner­wo­wa­nia aż szar­pie swego rzad­kiego wąsa. – Ja­kiś nie­duży od­dział na­szych szedł od Piń­czowa z roz­ka­zami do War­szawy, i uwa­żaj pan, spe­cjal­nie do nas skrę­cili, żeby pi­smo wrę­czyć.

– Po­wstańcy? – pyta szep­tem Ta­de­usz. – Do was? Oj nie­do­brze, nie­do­brze, ko­chany. Jakby się Ru­scy do­wie­dzieli…

– Pa­nie ko­chany, nie­do­brze to się zro­biło do­piero, jak my ten list otwo­rzy­li­śmy.

– No? Mów pan na­resz­cie, bo na mnie za­raz poty ude­rzą!

– Sam ad­iu­tant ge­ne­rała Lan­gie­wi­cza na­pi­sał. Złe wie­ści. Bar­dzo złe. Ma­ciej nie żyje.

– Ma­ciej?

– No Ma­ciej! – Wi­dząc, że Ta­de­usz da­lej nie ro­zu­mie, Teo­dor do­rzuca gło­śniej: – Na­rze­czony Heli. Ma­ciej. Wielka bi­twa nie­cały mie­siąc temu, w po­ło­wie marca, pod Chro­brzem i Gro­cho­wi­skami była. Nasi po­bili Mo­skala, ale chło­pak zgi­nął.

– Ach tak… – Na twa­rzy Ta­de­usza ma­luje się au­ten­tyczny i szczery fra­su­nek. – Źle. Ma pan ra­cję, do­bro­dzieju. Źle się dzieje.

Teo­dor tylko przy­ta­kuje ski­nie­niem głowy.

– Ru­scy się te­raz wściekną – kon­ty­nu­uje Ta­de­usz. – Ko­ciego ro­zumu, za prze­pro­sze­niem, do­staną. Sank­cje ja­ko­weś się za­czną, re­pre­sje. Tylko pa­trzeć.

– A pan to tylko sank­cjami się przej­muje! – na­gle w ich roz­mowę wdziera się cie­niutki głos He­leny. – Że in­te­resy źle za­czną iść, o to się pan mar­twisz. A tam, w krwa­wej bi­twie, nasi chłopcy za oj­czy­znę się bili.

Na jej wej­ście obaj męż­czyźni pod­ry­wają się z miejsc, ale Teo­dor za­raz mówi do córki:

– Ko­cha­nie, wy­star­czy. Ani słowa nie trzeba wię­cej, bo gość…

– Ten po­rucz­nik, który list wy­słał, na­pi­sał, że de Ro­che­brune, puł­kow­nik mo­jego… – głos He­leny lekko się za­ła­muje – …mo­jego na­rze­czo­nego, na­wet do­wódz­two mu­siał na ja­kiś czas prze­jąć. Bo bi­twa była tak ciężka, że na­sze od­działy zmie­szały się i w roz­sypkę iść za­częły. I tylko żu­awi twardo stali. I przy­kład in­nym dali taki, że wszy­scy na pole walki wró­cili… – Oczy He­leny czer­wie­nieją co­raz bar­dziej, pierś pod czarną suk­nią po­ru­sza się gwał­tow­nie, głos drży. Na­resz­cie czuje, że ta sła­bość, me­lan­cho­lia i co tu kryć: strach o wła­sną przy­szłość, które od trzech dni wła­dały jej my­ślami, ustę­pują, a w sercu bu­dzą się wznio­słe emo­cje.

– Ależ ja wcale… – pró­buje tłu­ma­czyć Ta­de­usz, lecz He­lena pły­nie da­lej na pa­trio­tycz­nej fali.

– To wła­śnie od­dział żu­awów śmierci z ko­sy­nie­rami puł­kow­nika Dą­brow­skiego po­szedł do kontr­ataku wprost na ro­syj­skie ar­maty. I roz­bił Mo­skali w puch. Tak zgi­nął mój na­rze­czony. A pan co? Wy­godną miał po­dróż z Msz­czo­nowa? Nie trzę­sło? Nie było za zimno? – wy­gła­sza ocie­ka­jącą ja­dem pu­entę He­lena, po czym od­wraca się na pię­cie i znika.

– Prze­pra­szam za córkę. – Pierw­szy z odrę­twie­nia bu­dzi się Teo­dor. – Nie jest sobą… Roz­pacz… Bab­ska hi­ste­ria… Wczo­raj na­wet me­dyka do niej…

– To pewna wia­do­mość? – prze­rywa mu nieco bez­ce­re­mo­nial­nie Ta­de­usz. – No, o tym Ma­cieju. Na­prawdę nie żyje?

– Pewna, nie­stety. Po­rucz­nik na­pi­sał, że chło­paka po­strze­lono w głowę. Pro­sto w czoło. Sko­nał tam, gdzie padł. Pan ofi­cer su­mi­to­wał się na­wet, że po­wstańcy sami go nie po­cho­wali, zresztą tak jak i wielu in­nych, bo straty duże po­nie­śli i z miej­sca bi­twy mu­sieli szybko się usu­nąć, na wy­pa­dek gdyby jaki za­gu­biony od­dział nie­przy­ja­ciela się przy­pa­łę­tał.

– Zo­sta­wili go kru­kom?

– Nie, je­den z ofi­ce­rów dał parę ko­pie­jek chłopu, który kilku nie­bosz­czy­ków na wóz wrzu­cił i do dworu naj­bliż­szego za­wiózł, żeby im tam kto chrze­ści­jań­ski po­chó­wek spra­wił.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij