Zanim się zakochamy - ebook
Ola jest młodą dziennikarką, która bardzo szybko przekonuje się, że w jej branży chodzi wyłącznie o medialny szum, a nie zawodową rzetelność. Z kolei Kuba całą energię poświęca walce o utrzymanie swojej podupadającej szkoły kung-fu. Ona na każdym kroku rozczarowuje się światem; on próbuje ocalić chłopięce marzenia. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy, lecz kolejne spotkania zbliżają tę dwójkę do siebie.
Wkrótce odkrywają dramatyczną historię sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Z pozoru odległa przeszłość coraz wyraźniej splata się ze współczesnością, a rodzinne tajemnice, dawne wybory i niewyjaśnione wydarzenia rzucają nowe światło na życie Oli i Kuby.
„Zanim się zakochamy” to pełna humoru oraz niespodziewanych zwrotów akcji opowieść o miłości, sekretach i pamięci. Zbigniew Zborowski serwuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, od którego nie sposób się oderwać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181533514 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
I
Zgrabiałymi palcami Maciek próbuje upchnąć naboje do pięciu komór swojego Trantera. To jego duma. Od października, kiedy wygrał ten rewolwer w karty od pewnego austriackiego oficera, codziennie rozkłada go na części, przeciera szmatką, oliwi. Setki razy sprawdzał, czy oba spusty działają bez zarzutu, czy w komorach nie ma najmniejszego nawet zabrudzenia, czy w gwintowanej lufie nie zagnieździł się nagar. Dziś jednak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się niczym liście na wietrze. Szlag! Nie mógł wcześniej naładować broni, bo pociski są bardzo podatne na wilgoć, więc gdyby podczas marszu na komorze osiadł choćby płatek śniegu, kapiszon mógłby zamoknąć i byłoby po ptakach. Zdenerwowany, patrzy na innych żołnierzy ze swojego oddziału. Mało który ma teraz zawadiacką minę. Stanisław próbuje nałożyć bagnet na karabinek, ale dłoń zsuwa mu się raz za razem – jemu też drżą palce. Henryk się właśnie przeżegnał, całuje medalik wyciągnięty spod guńki okrywającej strojny mundur żuawa, potem żegna się raz jeszcze. Maciek widzi jego blade usta. „Wszyscy się boimy” – myśli z ulgą i przenosi wzrok na pułkownika de Rochebrune’a. Dowódca ze spokojem przechadza się przed szpalerem szykujących się do ataku żołnierzy. „Tylko ten ma nerwy jak postronki, psia jego…” – nie kończy w duchu Maciek, bo w tej właśnie chwili od strony cmentarza, gdzie pozycję trzymają Rosjanie, pada strzał. Suchy trzask, jakby ktoś nastąpił na gałąź. Po nim następne. A potem świst powietrza i łup! Ołowiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.
– Sacrebleu! – klnie przez zęby de Rochebrune. – Czyli ich nie zaskoczyliśmy.
Maciek patrzy w kierunku pagórka cmentarnego, z którego strzelają Ruscy. Nad niskim kamiennym murkiem i widocznymi ponad nim krzyżami nagrobnymi unosi się mgiełka białego dymu prochowego. Niebo w ten zimowy poranek jest czyste, powietrze rześkie, nie ma wiatru. Mgiełka stoi w miejscu i czeka, aż jakiś głupiec ruszy w jej kierunku. Tamci strzelają gęsto. Kule na razie świszczą niegroźnie nad głowami Maćka i pozostałych chłopców z oddziału, ale żaden nie ma wątpliwości – za chwilę trzeba będzie się zerwać i ruszyć na ten pagórek. Niecałe ćwierć mili odkrytego, lekko wznoszącego się terenu… Maciek zaczepionym pod lufą pobojczykiem metodycznie dociska naboje w komorach bębenka i czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła. „Siedemnasty lutego tysiąc osiemset sześćdziesiąt trzy. Miechów” – powtarza w głowie dzisiejszą datę i miejsce, w którym się znalazł. – „Czy taki napis będzie wyryty nad moją mogiłą?”
– Rozwinąć sztandar! – pada rozkaz pułkownika i na tle jego sylwetki pojawia się czarna płachta z białym krzyżem oraz naszytą na nim biało-czerwoną aplikacją.
Ich pierwsza bitwa. Pierwsze natarcie. Maciek wyobrażał to sobie tysiące razy. Zawsze widział siebie w pierwszym szeregu, jak gromkim głosem powtarza rodowe zawołanie bojowe, gotów zginąć za ukochaną ojczyznę. Dlaczego teraz, kiedy nadeszła wreszcie ta godzina próby, najchętniej skuliłby się w mysiej dziurze, zakrył twarz dłońmi, podciągnął kolana do piersi i czekał, aż ustaną te przeklęte karabinowe trzaski?
– Pamiętajcie! – znowu słyszy głos de Rochebrune’a. – Zgłosiliście się do oddziału żuawów śmierci na ochotnika. Ślubowaliście zwyciężać lub ginąć. Dziś nadszedł czas, żeby dotrzymać danego słowa.
„Nie wstanę! Nie ruszę się z miejsca. Jestem tchórzem. Tak, jestem zasranym, przeklętym tchórzem i nie chcę tam iść” – w głowie Maćka huczą myśli, które jeszcze pięć minut temu byłyby dla niego najgorszą herezją. Ba! Zdradą nawet. Są jednak tak donośne, że aż trzęsie się od nich jak osika. Traci oddech, władzę w nogach, w ogóle robi mu się słabo…
– Żołnierze… Do ataku! Za mną!
Jak to się dzieje, że jego ciało wykonuje ten rozkaz? Nogi się prostują i robią pierwszy, sztywny krok w przód. Porusza się jak marionetka: nieporadnie, bezwiednie, ale idzie pod tę górkę, z której nadlatuje gorący ołów. Wokół niego podnoszą się kolejne, podobnie zdrewniałe sylwetki. Osiemnasto-, dziewiętnasto-, dwudziestoletni chłopcy. Paniczyki ze szlacheckich domów, gdzie wieczorami wspominano dziadka, który bił się w powstaniu listopadowym, albo pradziada, który poległ pod rozkazami Kościuszki. Padają po kolei: pierwszy, drugi, trzeci… Kule uderzają w ich ciała z plaśnięciem. W głowie Maćka pojawia się niedorzeczna myśl: „Skoro padło trzech, to może ja przeżyję? Bo ktoś chyba musi przeżyć”.
Ale nie, na prawo, nieco powyżej, karabinowy pocisk odcina Staszkowi całe ramię. Chłopak jeszcze się zwija z bólu, jeszcze płacze i krwawi, ale już po nim. Z takiej rany się nie wychodzi. Po lewej zaś upada Henryk. Trafiony w pierś, nawet nie jęknął.
– Zewrzeć szyk! – krzyczy pułkownik. – Nie zwalniać! Już blisko.
Maciek podnosi wzrok. Blisko? Może byłoby blisko, gdyby przyjechali tutaj na kulig. Dwa rzuty kamieniem, może trzy. Z pięćdziesiąt sążni. Ale nie teraz, kiedy zza murka wystają czapy rosyjskich piechurów. Widzi też ich karabiny: uniesiony do góry – znaczy ładowany; opuszczony – znaczy ktoś celuje, może w niego? A potem ten trzask i biały dymek. Czasem świst nad głową, koło ucha, czasem plaśnięcie o zaśnieżoną ziemię tuż pod nogami albo… o czyjeś ciało.
– Nie zwalniać! Do ataku!
Murek jest stary, ułożony z polnych kamieni, zaprawa pomiędzy nimi się powykruszała. Z tej odległości widać to już wyraźnie. Nad murkiem Maciek dostrzega futrzaną czapę, niebieskie oczy i czarne wąsiska. Jakiś mężczyzna… Jakiś mężczyzna? W otumanionym mózgu Maćka rozlega się nagle dzwonek alarmowy. To wróg! Człowiek, który zaraz do niego wystrzeli. Maciek dopiero teraz sobie przypomina, że w prawej dłoni ma naładowanego Trantera. Pięć komór, pięć pocisków, kaliber pół cala. Podczas podejścia na pagórek cmentarny nie wystrzelił ani razu (choć dzierży rewolwer, który słynie z dobrej celności), ani razu nie podniósł nawet długiej na pół swojego przedramienia lufy. Był jednym wielkim strachem, kupką przerażenia, jego życiowe plany obejmowały co najwyżej pięć kolejnych kroków. Ale teraz stoi z tamtym twarzą w twarz, dzieli ich niski murek. Na ogorzałych policzkach piechura Maciek widzi nawet czarną sadzę prochową. Rosjanin trzyma wprawdzie karabin, ale nie strzela w młodego żuawa, wybałusza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszokowany niż on. Chyba się nie spodziewał, że ktokolwiek może przejść przez to wzniesienie żywy.
– Do ataku! Bij, zabij! – dobiega z oddali znajomy, już lekko schrypnięty głos.
Więc znów, jak kukiełka, Maciek podnosi ciężką, ważącą dwa funty broń i mechanicznie naciska dolny spust, a zaraz po nim górny. Na ułamek sekundy, tuż przed hukiem wystrzału, dostrzega jeszcze wielkie, pełne zwierzęcego przerażenia oczy tamtego. Następnie wszystko przesłania biaława mgiełka dymu. W nadgarstku, a nawet też w barku, chłopak czuje siłę odrzutu. Sekunda, dwie i dymek się rozprasza. A potem Maciek widzi przed sobą już tylko trupa.II
„Pokonaj cellulit w trzy tygodnie!” Ola po raz tysięczny przebiega wzrokiem po zajawce artykułu wyświetlonej na monitorze. Specjalnie przyszła dzisiaj do redakcji wcześniej, żeby dokończyć wreszcie projekt tej przeklętej okładki na początek marca. Potrzebuje ośmiu haseł. Ośmiu cholernych zdań, które sprawią, że redaktor naczelna nie będzie jej co godzinę pytać z nutą wyrzutu w głosie: „I jak tam okładka? Dostanę ją wreszcie do akceptacji?”, a czytelniczki tygodnika „Angela” wykupią cały nakład pisma.
– Pokonaj cellulit w trzy tygodnie – oznajmia Ola na głos pustej sali.
Zewsząd osaczają ją ciasno ustawione, rozdzielone niskimi przepierzeniami biureczka. O tej porze nie ma tu jeszcze nikogo.
– Rany, co za bzdury – szepcze do siebie, mimo woli wspominając moment, gdy jako początkująca redaktorka trafiła prosto po studiach do tej sali i rozbawiła wszystkich pytaniem: „Cellulit? A co to takiego?”. W ogóle jej wówczas nie zaprzątały takie rzeczy i nie sądziła, że będzie musiała się nimi zainteresować.
Czując narastającą panikę, bo od godziny guzdrze się ciągle z tym jednym zdaniem, rozgląda się wokół. Na końcu sali, w przeszklonym boksie przypominającym akwarium, wciąż jeszcze rolety są opuszczone – oczywisty znak, że redaktor naczelna, Krystyna Czesiak, nie przyszła jeszcze do pracy. Ta sielanka za chwilę się skończy i wtedy Ola już nic nie napisze. Zaraz zaczną schodzić się dziewczyny, zrobi się gwarno. Patrycja znowu będzie trajlować o tym swoim nowym chłopaku, a Kryśka spyta obrażonym głosem…
– No i jak tam okładka?
Dziewczyna aż podskakuje na dźwięk tych słów za plecami. Słowo stało się ciałem. To Kryśka!
– Cześć, szefowo – jęczy Ola, próbując siedzieć tak, żeby zasłonić sobą monitor i tę idiotyczną zajawkę.
Naczelna wyciąga jednak szyję… Przeczytała.
– Hm… – zaczyna, a Ola sroży się w oczekiwaniu reprymendy. – Jest pozytywny komunikat, obietnica sukcesu, konkretnie określony termin. Jasne i przejrzyste. Tylko jakieś takie… za suche.
– No, a do tego kompletnie nieprawdziwe – odpowiada Ola z przekąsem i zanim jeszcze zdążą przebrzmieć jej własne słowa, już wie, że popełniła błąd. Cholera, tyle lat tu pracuje, a wciąż nie nauczyła się trzymać gęby na kłódkę.
Brwi Kryśki unoszą się wysoko, dając tym samym światu wyraźny komunikat: jest zdziwiona i poirytowana, za chwilę może wybuchnąć.
– Ja wiem, że musimy pisać takie rzeczy pod reklamodawców – tłumaczy pojednawczo Ola. – Ale chociaż raz fajnie byłoby nie wciskać ludziom kitu i napisać, jak jest naprawdę.
– Tak? A jak jest naprawdę? – Uśmiech naczelnej jest tak wymuszony, że na jej policzkach zaraz popęka skóra.
Ola zdaje sobie sprawę, że zabrnęła w ślepą uliczkę. Awantura już wisi w powietrzu. Po co w ogóle się odzywała? Bo jest wściekła, że znowu wypadł jej dyżur redakcyjny? Że w związku z tym musi wymyślać te naiwne komunały nazywane zajawkami okładkowymi, czego – tak na marginesie – robić nienawidzi? To wszystko nie jest warte kolejnego konfliktu z naczelną. Burzy, po której następują ciche dni, dąsy, obrażone miny i cały ten cyrk odstawiany przez przełożonych wobec pracowników, którzy im podpadli. Ale teraz Ola już nie może… no dobra: nie umie tak po prostu spuścić wzroku i skapitulować.
– Przecież wiesz tak samo jak ja – pakuje się dalej w kłopoty – że aby pozbyć się cellulitu, trzeba wstać zza biurka i zacząć się ruszać.
– Co ty powiesz? Skończyłaś kurs fizykoterapii, że tak się wymądrzasz? – głos redaktorki naczelnej ocieka sarkazmem zimnym jak przestrzenie międzygwiezdne.
– Nie muszę mieć dyplomu, żeby wiedzieć, że zamiast wcierać w tyłek krem, lepiej popracować nad formą… i dietą.
– Ach tak…
– I zamiast codziennie wysiadywać do wieczora w pracy, po prostu… no nie wiem… cieszyć się seksem. – Gdy Ola kończyła to zdanie, dotarło do niej, że mówi o własnym, beznadziejnie nudnym i pozbawionym szans na jakąkolwiek odmianę życiu.
– Kochanie… – głos Kryśki, choć ściszony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. – Zapomniałaś o jednym. Gazeta musi na siebie zarobić. Od tego zależą nasze etaty i comiesięczne przelewy. Nadążasz? A przy tekście o domowej kuracji antycellulitowej jest wykupiona reklama nowego kremu, za którą wydawnictwo zgarnie grubą sumę. Pod warunkiem jednak, że artykuł obok zapewni jej odpowiednio korzystny kontekst. Rozumiesz, skarbie? Kilka tutejszych pensji w zamian za kilka zdań o zaletach wklepywania sobie w dupsko jakiegoś mazidła.
– Super. – Ola przewraca oczami. – Po co my w ogóle planujemy tematy do gazety? Może niech od razu zrobią to za nas reklamodawcy?
– Planowanie, skarbie – słowo to brzmi w ustach szefowej jak strzał z bicza służącego do poganiania wołów roboczych – to ty już lepiej zostaw mnie. Myślisz, że komuś w ogóle chciałoby się czytać te twoje porady o zdrowym stylu życia i za przeproszeniem, o seksie? Nie! Bo czytelniczki wcale nie chcą wiedzieć, że rozwiązanie ich problemu wymaga zmiany stylu życia, wielu miesięcy głodzenia się i jeszcze jakichś tam cholernych ćwiczeń. Albo pieprzenia się z beznadziejnie nudnym i nieatrakcyjnym mężem. Chcą wierzyć, że istnieje cudowna maść, która szybko i bez wysiłku przywróci im urodę. Przestań więc zanudzać mnie swoimi rozterkami etycznymi i kończ okładkę. Za godzinę chcę mieć u siebie kolorowy wydruk ze wszystkimi zajawkami. Mają być krótkie, pozytywne i zachęcające do kupienia pisma. Masz na to sześćdziesiąt minut. Czas start. I lepiej się postaraj, bo jednym podpisem mogę cię natychmiast uwolnić zarówno od tego biurka, jak i od nadgodzin. Będziesz wtedy miała mnóstwo wolnego czasu na radosny seks, a za mało kasy na wyszukane diety. Chcesz tego?
Ola nie odpowiada. Raz – zaschło jej w gardle. Dwa – naczelnej już nie ma. W powietrzu jeszcze wibruje pytanie retoryczne, kiedy trzask podnoszonych żaluzji w jej „akwarium” obwieszcza światu rozpoczęcie nowego dnia.
– No i znowu mała Ola pyskowała mamusi i dostała po łapkach – słyszy obok siebie głos Patrycji, redaktorki działu Uroda.
Ola uświadamia sobie, że akurat kiedy dostawała od Kryśki burę, w redakcji zaroiło się od ludzi.
– Naucz się wreszcie nie dyskutować z tą idiotką – tłumaczy dalej Pati. – Bo, cholera, komu będę opowiadała o swoich miłosnych podbojach, jak ta wściekła baba cię stąd wyrzuci?
Ola przygląda się przyjaciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, zadarty nosek i bystre spojrzenie brązowych oczu. Ta filigranowa pożeraczka męskich serc i weteranka pracy w kobiecych tytułach poradnikowych jest jej jedyną ostoją w szalonym świecie korporacji zrzeszającej kilkanaście pism, z których każde ma tylko jeden cel: utrzymać wysoką sprzedaż i zarobić dużo pieniędzy.
– Rany, Pati, ja już nie mogę – skarży się Ola. – Przecież miałam pisać reportaże. – Gdy zaczynała tę pracę zaraz po studiach, sądziła, że o cellulicie, wydłużaniu rzęs czy modowych trendach dla gospodyń domowych popisze najwyżej przez parę miesięcy, a potem zacznie spełniać marzenia zawodowe.
– Ach tak, wielkie pisarstwo – wzdycha teatralnie Pati. – Nagroda Pulitzera, literacki Nobel… Rozumiem, moja ambitna przyjaciółko.
– Bez przesady. Wystarczy mi prawdziwe dziennikarstwo zamiast wciskania ludziom gówna, bo jakiś ważniak wykupił u nas półstronicową reklamę.
– Skarbie, wiesz, że cię uwielbiam? – Patrycja cmoka ją w policzek. – Naprawdę, szacunek.
– O czym ty, wariatko, mówisz?
– Jesteś jedyną dziewczyną w tej redakcji, która ma odwagę otwarcie postawić się tej apodyktycznej babie.
– Bez przesady. Próbowałam tylko z nią dyskutować. Z opłakanym skutkiem.
– Za mniejsze pyskówki dziewczyny stąd wylatywały.
– Super. Bardzo mnie pocieszyłaś. Więc jakie jest twoje zdanie? Mam dalej myśleć nad tymi zajawkami? Czy raczej pomału wrzucać swoje rzeczy do kartonowego pudełka?
– Przestań, żartowałam. Kryśka cię nie wywali.
– Bo?
– Wie, że w życiu byś tak pokorniutko jak inne laski nie przyjęła wypowiedzenia.
– Tak? A co niby bym zrobiła? Przykuła się do kaloryfera?
– Gorzej. Wdeptałabyś ją przed całą redakcją w ziemię. I to za pomocą raptem paru słów.
– Paru słów? Podpowiedz, żebym miała coś na czarną godzinę.
– Wystarczy, że byś jej zasunęła to zdanie o… jak to nazwałaś… – zawiesza głos Patrycja – …a tak! O „prawdziwym dziennikarstwie zamiast wciskania ludziom gówna”. Dobre! Już widzę, jak ta nasza wymuskana kretynka zapada się w sobie na dźwięk słowa „gówno”.
– No już-już, przestań – przerywa jej ze śmiechem Ola. – Nikogo nie zamierzam wdeptywać w ziemię. Po prostu chciałabym lubić to, co robię.
– To znajdź sobie jakieś hobby. Hoduj rybki albo rwij facetów jak ja. A co do reportaży… Wiesz przecież, że jeśli chcesz je robić, to nie musisz wcale dobrze pisać ani się specjalnie starać. Wystarczy, jak zaczniesz, przepraszam za kolokwializm, włazić w dupę Kryśce.
– No tego to niestety…
– Wiem, wiem, kochanie. Nie byłabyś do tego zdolna. I właśnie za to cię szanuję – dodaje Patrycja już całkiem serio.
– Daj spokój. Głupia jestem i tyle. Nie umiem się dostosować.
– To jest korporacja, skarbie. Inny świat niż na zewnątrz. Tu, nawet jeśli kogoś nienawidzisz, musisz się do niego uśmiechać, a im bardziej się obijasz, tym lepiej, bo nikt nie uzna cię za zagrożenie. Dlatego… chodźmy po kawę. – Patrycja chwyta Olę pod bok i ciągnie w kierunku kuchenki na korytarzu, przy której koncentruje się życie towarzyskie „Angeli” i innych położonych na tym samym piętrze redakcji. – Opowiem ci o facecie, który uczy mnie kung-fu! – Oczy Patrycji błyszczą. – Wiesz, to ten, do którego zapisałyśmy się z dziewczynami z promocji, jak nam w ramach oszczędności zamknęli firmowy klub fitness. No więc na początek trzy słowa na literę „wu”: wysoki, wysportowany, wolny.
– Pati, jedno słowo na „pe”: przyhamuj. Mam już tylko pięćdziesiąt cztery minuty na napisanie tych zajawek…
– Ach tak, rzeczywiście. Pokaż, jak to wygląda. – Pati potulnie zawraca i siada do komputera Oli.
Na chwilę zamiera, wpatrując się w wyświetlony projekt okładki z miejscami na osiem zajawek, w których oprócz nieszczęsnego cellulitu wpisane jest na razie tylko „XXXXX” czy „YYYYY”. I nagle drobne, zakończone czerwonymi pazurkami paluszki Patrycji ożywają. Klik, klik, klik – pierwsze hasło. Stuk, stuk, stuk – drugie.
– Gotowe! – oznajmia pięć minut później. – Drukuj, zanoś Kryśce i idziemy na kawę.
Ola pochyla się nad monitorem. Zaczyna czytać…
Uroda: „Pokonać cellulit w trzy tygodnie? Tak! To możliwe!”.
Odchudzanie: „Dieta białkowa – jesz i chudniesz 5 kg w tydzień”.
Styl: „10 fryzur, na których widok mężczyźni szaleją”.
Makijaż: „Kuszące usta w trzy minuty”.
Kuchnia: „Eskalopki cielęce – przepisy, których nie zna twoja teściowa”.
Dziecko: „Jak wychować geniusza – 5 prostych sposobów”.
Moda: „Ciuchy, które dodadzą ci kobiecości, a ujmą kilogramów”.
Zdrowie: „Radzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczęśliwą w każdym wieku”.
– Słuchaj, dziękuję, ale… – zacina się Ola.
– Ale co?
– Te zajawki są fajne, tyle że trochę za mocno, no, przegięte. Właściwie to kompletnie mijają się z prawdą. Nawet Kryśka tego nie kupi. Bo na przykład te fryzury to zwykłe przedruki sprzed kilku lat z jakiegoś francuskiego magazynu, nic specjalnego. Przecież sama wiesz, że wzięliśmy je, bo zdjęcia można dostać prawie za darmo. A na tej diecie w życiu nie da się zrzucić pięciu kilo w parę dni, chyba że odrąbiesz sobie rękę. To samo z geniuszem. Dajemy jakieś banalne rady w stylu: „Dużo rozmawiaj z dzieckiem”. To nie zrobi z nikogo wybitnej jednostki. No i te ciuchy… to w końcu mój artykuł. Nie ma tam nic o ujmowaniu kilogramów.
– Nie ma? To dopiszesz. – Patrycja wzrusza ramionami. – To samo z geniuszem. A stare fryzury wydadzą się ostatnim krzykiem mody, jeśli damy odpowiedni tytuł. Oj, Olu, taka doświadczona redaktorka, a zachowujesz się jak naiwna stażystka. Masz dzisiaj PMS czy co? No już, drukuj tę okładkę i nieś szefowej, a ja idę nastawić kawę.
***
– Okej, teraz to jakoś wygląda. – Kryśka wpatruje się w kolorowy wydruk formatu A3, który Ola położyła przed nią na biurku. – Do diety białkowej dopisz tylko, że siedem kilogramów w tydzień. To bardziej zachęcająco brzmi. A do cellulitu, że pokonasz go w dwa tygodnie. Jakoś lepiej się układa.
– Oczywiście, szefowo! – odpowiada z uśmiechem Ola. – Siedem kilo i dwa tygodnie. Zrozumiałam. – Odwraca się na pięcie i rusza w stronę ekspresu do kawy, błogosławiąc w myślach Patrycję. No bo, kurczę, ma dziewczyna rację i już. O co tu kruszyć kopie? Świata nie da się zmienić. Prędzej człowiek sam się wpakuje w kłopoty. A wtedy żywa dusza się o ciebie nie upomni.III
– Pozycja klepsydry! Garda! Na moje odliczanie uderzacie na wprost – komenderuje Kuba głosem tak donośnym, jakby stała przed nim w karnych szeregach co najmniej setka wiernych uczniów, a nie grupka raptem sześciu kobiet, redaktorek jakiegoś pisma poradniczego. Miesiąc temu zapisały się one na jego zajęcia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opłaciły karnety na trzy miesiące! Pozostali kursanci pojawiają się sporadycznie, płacą raz za trening, a potem znikają na miesiąc, wracają, znów płacą za jedno wejście… i tak w kółko. W ogóle nie można na nich polegać, a przecież kung-fu wymaga systematyczności i konsekwencji! Systematyczności (w kwestii uiszczania opłat) konsekwentnie oczekuje też administracja bloku, w którym mieści się prowadzony przez Kubę City Fitness Club… Adres to ulica Grzybowska, czyli centrum Warszawy, klienci jednak najwyraźniej tego nie doceniają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie pchają.
– Ji! Ar! San! Sy! – gromkim głosem odlicza po chińsku Kuba, młócąc w takt tych słów powietrze. – Stoi twarzą do kursantek, kontrolując, czy poprawnie go naśladują. To znaczy… od razu widzi, że nie. Nawet nie musi się im specjalnie przyglądać…
Agnieszka – zamiast na wprost – bez sensu macha ramionami na boki. Gdyby w ten sposób chciała kogoś uderzyć, musiałaby ustawić się do przeciwnika profilem.
Julita z kolei w ogóle nie zadaje ciosów, tylko wykonuje rękami w powietrzu jakiś karkołomny młynek. W czarnej godzinie mogłaby liczyć wyłącznie na to, że na widok jej cudacznych ruchów napastnik przewróci się ze śmiechu.
Najwięcej serca w ćwiczenia wkłada ta drobna blondynka – Patrycja. Nawet nieźle dziewczynie wychodzi, ale w jej akurat stronę Kuba stara się zbyt często nie zerkać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jednym okiem, świdruje go ona spojrzeniem tak gorącym, że aż czerwienieje mu skóra na policzkach. Nawet on, który – ujmując to delikatnie – nie jest kobieciarzem (czy raczej, jak mawiali o nim kumple z Akademii Wychowania Fizycznego, jest doskonałą antytezą pojęcia „podrywacz”), rozumie, że to nie fascynacja starożytną sztuką walki trzyma Patrycję w jego grupie…
– Ji! Ar! San! Sy! – odlicza już po raz enty Kuba, mimo narastającego zniechęcenia wciąż mający nadzieję, że kursantki, które przecież patrzą, jak on ćwiczy, zaczną wreszcie wykonywać swoje techniki poprawnie. Mógłby oczywiście co chwila zwracać im uwagę. Mówić: „Robisz to źle, popraw się, nie garb się, uszczelnij gardę”. Mógłby prostować im skrzywione plecy, pokazywać, jak prowadzić w uderzeniu ręce i w jaki sposób cofać ramiona do gardy, ale… Nauczył się już, że im surowszym i bardziej czepialskim jest instruktorem, tym szybciej uciekają od niego kursanci. Szczególnie kobiety nie lubią wojskowego drylu. Przy nich trzeba być uśmiechniętym, pogodnym, chwalącym, pozytywnie nastawionym i – no, cholera, powiedzmy to – lekko uwodzicielskim. – Stop! Opuśćcie gardę, rozluźnijcie ręce – wydaje polecenie. I czując fałsz we własnym głosie, dodaje: – Bardzo dobrze, widać, że robicie postępy. Jest jeszcze to i owo do poprawienia, ale podstawy już załapałyście. Teraz przejdziemy więc do techniki czi sao, czyli…
– Nauki nawiązywania kontaktów z partnerem! – radośnie wpada mu w słowo Patrycja, która do tej części treningów zawsze podchodzi z największym entuzjazmem.
– Nauki utrzymywania bezpiecznego dystansu z przeciwnikiem – poprawia ją łagodnie Kuba, udając, że nie dostrzega aluzji czy sygnałów, którymi bije w niego ta blondyneczka.
Co tu kryć, nagłe objawienie się tak licznej grupy kursantek uratowało Kubę przed kolejną wizytą windykatorów. Smutni panowie zaglądali ostatnio do jego klubu z regularnością szwajcarskiego zegarka. Administracja naprawdę nie musiała z powodu drobnych, hm, nieciągłości płatniczych, uciekać się od razu do takiego sposobu! Kiedy więc w recepcji klubu zmaterializowała się ta gromadka pań, pytając Pawła – jedynego pracownika zatrudnianego przez Kubę (odźwiernego, kelnera w minibarze z napojami energetyzującymi i instruktora fitness w jednej osobie) – o zajęcia z aerobiku, układów synchronicznych dla cheerleaderek lub choćby, jakże modnego ostatnio, tańca na rurze, Kuba zrozumiał, że musi zrobić wszystko, żeby je u siebie zatrzymać. Ale jak? Zabarykadować drzwi i okna i jeszcze desperacko położyć się w progu? Co do tego, że zanęci te wielkomiejskie kobietki swoją szkołą kung-fu, jakoś od razu wyzbył się złudzeń. Zaczął więc wić się w wyjaśnieniach, że naucza kobiecego stylu walki, czegoś w sam raz dla takich przebojowych dziewczyn jak one, bo przecież legenda głosi, że przed wiekami właśnie tę odmianę kung-fu wymyśliła dziewczyna o imieniu Piękność Wiosny, czyli po chińsku właśnie Wing Tsun…
Mówiąc to, szybko spostrzegł, że jedna z kobiet zaczyna w skupieniu odczytywać na swoim iPhonie jakąś wiadomość, druga dyskretnie ziewa, a trzecią interesuje wyłącznie zawartość jej własnej torebki. „Nie udało się. Zaraz odejdą szukać klubu z tym pieprzonym aerobikiem” – pomyślał wtedy, tracąc powoli wątek w swojej opowieści o młodej Chince, która tysiąc lat temu wymyśliła styl walki, którego dziś nikt już nie chce trenować.
I wtedy stał się cud. A to za sprawą filigranowej, ale bardzo energetycznej blondyneczki, która najwyraźniej przewodziła grupie.
– Słodko pan marszczy czoło, opowiadając o tej chińskiej wiośnie – oznajmiła, patrząc mu w oczy, po czym krzyknęła do swojej gromadki: – Dziewczyny! Zapisujemy się na zajęcia. Ten przystojniak zrobi z każdej z nas Larę Croft! – Potem z werwą wyciągnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wyznając: – Oddaję się w twoje ręce, mistrzu. Jestem Patrycja. Dla przyjaciół Pati.
Tak to się zaczęło. Prawie trzy tygodnie temu. Dziewczyny pod wodzą Pati przychodzą od tamtej pory we wtorki i piątki. Ćwiczą półtorej godziny, od dziewiętnastej do dwudziestej trzydzieści. Dzisiejszy, piątkowy trening jest już ich czwartym… nie, piątym spotkaniem. Kuba nauczył je do tej pory pozycji klepsydry (nogi lekko ugięte, kolana razem, palce stóp skierowane ku sobie), pozycji wykrocznej (ciężar ciała głównie na tylnej nodze), trzymania gardy, uderzenia rękami na wprost i kilku bloków.
***
– Zanudzisz je – powiedział Paweł po ostatnim, wtorkowym spotkaniu. – Patrzę na was zza tego swojego barku i widzę, że panienki zaczynają ziewać. One chcą ruchu, muzyki, energii, a nie tego twojego żmudnego mieszania powietrza rękami.
– Widzę, że nieźle znasz się na kung-fu – odburknął Kuba.
– Na kung-fu się nie znam i tak szczerze mówiąc, mam je w dupie. – Na opaloną na solarium twarz Pawła wypłynął ironiczny uśmiech. – Ale znam się na kobietach. I powiem ci, że gdyby nie Pati, która przychodzi tutaj, bo rozpaczliwie chce cię poderwać, panienki już dawno by sobie odpuściły tę twoją monotonną do wyrzygania Piękność Wiosny.
– Słuchaj, wolałbym, żebyś się trochę hamował, kiedy wypowiadasz się o sztuce walki, której poświęciłem kilka lat życia…
– Nie gniewaj się, szefie, ale zmarnowałeś te lata. Trzeba było, jak ja, pouganiać się w tym czasie za kobietkami, pobawić się… À propos, kiedy weźmiesz się wreszcie za tę Patrycję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam nadzieję, że twoje kung-fu nie nakazuje ci celibatu?
– Nie jest w moim typie. Nie lubię kobiet, które narzucają się facetom.
– Lepiej zmień swoje zasady, bo jak będziesz taki drętwy, dziewczyna się w końcu zniechęci. A bez niej cała grupa rozsypie ci się w pięć minut! – Paweł w uśmiechu zaprezentował lśniąco białe zęby. – Zdaje się, że tylko ona wierzy jeszcze w tę twoją podstarzałą i nudną jak stara panna Piękność Wiosny…
– Prosiłem cię, żebyś nie wypowiadał się na tematy, na których się…
– No, chyba że zostawisz tę wiekopomną sztukę walki dla siebie, a dziewczynom pokażesz jakieś normalne ćwiczenia – mówił dalej Paweł, zupełnie niezrażony marsową miną Kuby. – Jakiś disco boxing albo coś. Jak nie potrafisz, mogę je wziąć w obroty. Lubię takie drapieżne kotki.
***
Dlaczego akurat dzisiaj, pod koniec treningu, przypomina sobie tamtą rozmowę? Bo Paweł miał rację. Kuba obserwuje miny ćwiczących kobiet i – mówiąc najdelikatniej – nie widzi w nich zaangażowania. Faktycznie, gdyby nie determinacja Pati, pewnie już dawno by sobie poszły ćwiczyć gdzie indziej, wcześniej zażądawszy zwrotu pieniędzy za karnety. Kuba postanawia więc zakończyć trening dynamicznym akcentem.
– Teraz nauczę was podstawowego kopnięcia! – oznajmia, udając, że nie słyszy szeptanych między paniami komentarzy w rodzaju: „No, może wreszcie zacznie się coś tutaj dziać”. – O, tak to się robi. – Staje w pozycji z obciążoną nogą zakroczną i szybkim, krótkim ruchem kopie nogą wykroczną na wysokość pasa swojego wyimaginowanego przeciwnika.
– I już? – pyta Agnieszka, nawet nie udając rozczarowania. – Tylko tyle?
– Naprawdę to wierzgnięcie jest kopniakiem w twoim kung-fu? – nie może nadziwić się Julita.
– Spokojnie, dziewczyny – próbuje ratować sytuację Patrycja. – On przecież określił je „podstawowym” kopnięciem, prawda? Na pewno masz w zanadrzu… – mówiąc to, zwraca się do coraz bardziej skonfundowanego Kuby – …jakieś inne, bardziej wystrzałowe techniki…
„To koniec. Nie przedłużą karnetów” – w głowie Kuby huczy rozpaczliwa myśl, ale (bo co ma niby zrobić?) instruktor przyznaje:
– To jest… właściwie jedyne kopnięcie w tym stylu walki. Innych nie ma… – Po tym oświadczeniu zapada niemal namacalna cisza. Kuba próbuje ją rozproszyć: – Są oczywiście różne modyfikacje tego uderzenia. Kopnięcie w kolano, podcięcie…
– Kopnięcie w kolano?! – prycha Agnieszka. – Jaja sobie robisz? To ja po to się tutaj od tygodni męczę w tej idiotycznej pozycji klepsydry, żeby teraz się dowiedzieć, że nie nauczysz nas żadnych wykopów z obrotu, wyskoku i… – przerywa na chwilę dla nabrania tchu, a potem oznajmia z wyrzutem: – Jak mogłeś obiecywać, że z każdej z nas zrobisz Larę Croft! Ty w ogóle widziałeś ten film?! Halo, pobudka!
– Spokojnie, laski! – odzywa się nieoczekiwanie Patrycja. – Aga dobrze powiedziała. Nie po to się tutaj od paru tygodni męczymy, żeby zrażać się jedną wpadką mistrzunia. Wszystko jest do naprawienia. Myślę, że skoro kopnięcie podstawowe ma tyle modyfikacji, to można wprowadzić także inne. Na przykład walnięcie z obrotu w czyjś pysk! – dodaje, wykonując z zadziwiającą lekkością coś na kształt ciosu rodem z filmu Tomb Raider. – Dobrze mówię? – podsumowuje, patrząc na Kubę tak wymownie, jakby chciała telepatycznie przekazać mu jeden, prosty komunikat: „Tylko teraz tego nie spieprz”.
– Hm, no jasne! Oczywiście. – Kuba się uśmiecha, z lekkim niepokojem myśląc, co powiedziałby jego mistrz na wieść o tym, że właśnie zgodził się na hollywoodzką modłę zmodyfikować styl walki, który w niezmienionej formie przetrwał tysiąc lat… – Na dzisiaj koniec! Do zobaczenia we wtorek! – oznajmia grupie, dorzucając w myślach: „Mam nadzieję, że do zobaczenia”.
Kursantki znikają w szatni, Kuba zmęczonym krokiem podchodzi do barku i otwiera butelkę wody.
– No to żeś im strzelił pokazówę, szefuniu. – Paweł dusi się ze śmiechu. – Zastosuj to swoje kopnięcie, jak przyjdą tu znowu komornicy. Może wzbudzisz ich litość i się odczepią.
– Zamknij się, bo… – próbuje się odgryźć Kuba.
– Idziemy na pizzę! Czy mistrz wyrwie się z nami? – słyszy za sobą pełen energii głos Pati, która już zdążyła ze swoją gromadką wyjść z szatni.
– Muszę pilnować klubu – odpowiada zmęczonym głosem.
– Paweł cię może zastąpić – ripostuje natychmiast Patrycja.
– Paweł? Ale on jest tu tylko… – urywa. „Lepiej zmień swoje zasady”, przypominają mu się słowa tego napompowanego na siłowni, opalonego na skwarkę pajaca. Ma jednak facet rację… – Super! – odpowiada, siląc się na entuzjazm. – Za pięć minut będę gotowy – dorzuca, udając, że nie zauważa triumfalnego uśmiechu swojego irytującego pracownika.VI
Helena siedzi w oknie swojego pokoju. Przez małe, połączone szprosami szybki, które odrobinę zniekształcają obraz świata, patrzy na prowadzącą do domu drogę, nad którą pochylają się lipy i wierzby płaczące. Właśnie… płacz. Helena ma do siebie pretensje o to, że nie płacze. Powinna teraz drzeć szaty, orać paznokciami dekolt i policzki, wyć z rozpaczy… Nic z tego. Zamiast żalu czuje melancholię. Smutek? Tak, smutek oczywiście też. I takie dziwne odrętwienie. Niemoc, niczym w chorobie. Brak sił i energii, żeby choć podnieść się z krzesła, przejść do bawialni, wyjść na dwór w nieśmiałe promienie kwietniowego słońca. Najchętniej w ogóle rano nie wstawałaby z łóżka. Rodzice by wybaczyli. W takiej sytuacji… Ale Lodzia, ta pozbawiona wyczucia Leokadia, nic tylko trajkotała od rana: „Panienka nie może tak leżeć. Trzeba się ruszyć, śniadanie zjeść, na dwór wyjść. Trzeba żyć dalej. Nie wolno się poddawać”. Więc Helena wstała, umyła się w misce, ubrała. Doszła jednak tylko do szezlongu przy oknie i opadła na siedzisko. I tępo w to okno patrzy. No bo ta niemoc, niemoc wszechogarniająca. Jak w chorobie.
Tyle że Helena chora nie jest. Czuje się dobrze, gorączki nie ma, w płucach czysto. Stwierdził to lekarz wezwany wczoraj przez rodziców. Zmierzył jej puls, srebrnym młoteczkiem sprawdził odruch łokciowy i kolanowy, na koniec przyłożył ucho do jej pleców. Nic. „Napad cichej histerii. Wątroba uwolniła złe humory” – orzekł teatralnym szeptem. Zalecił jeszcze picie naparu z rumianku i szałwii, zainkasował dwa ruble i wrócił do miasta.
No więc melancholia. Trochę za mało jak na to, co się wydarzyło. A do tego – to już najgorsze – Helena przyłapuje się co chwila na użalaniu się nad sobą. „Co ze mną będzie… Zostałam sama… Pewnie teraz pisane mi już tylko staropanieństwo…” Ogania się od tych samolubnych myśli jak może i stara się myśleć O NIM. Ale wystarczy chwila nieuwagi i hyc, w głowie znów jęczenie: „No to co ja, nieszczęsna, mam teraz zrobić?”.
Nagle jej uwagę przykuwa jakiś ruch. W nierównym szkle okna Helena widzi konia, gniadosza ciągnącego kolaskę. Powozi postawny… no dobrze, powiedzmy szczerze – dość gruby mężczyzna. Tadeusz. Helena zna go dobrze. Ten niemłody już, przeszło trzydziestoletni pan, choć nie należy do rodziny, pomieszkuje od czasu do czasu w ich dworku. Rodzice ponad sześć miesięcy temu, kiedy wielki pożar z roku 1862 obrócił w zgliszcza niemal cały Mszczonów, użyczyli mu pokoju na piętrze. Piękny, z balkonem i widokiem na sad. Mężczyzna dostał to lokum wprawdzie tylko na czas odbudowy jego spalonej kamienicy, ale Helena i tak nie może zrozumieć, czemu ktoś właściwie obcy zajmuje najlepsze pomieszczenie w ich domu, a ona musi gnieździć się wciąż na parterze. „Gość w dom, Bóg w dom” – odpowiedział na jej wyrzuty ojciec. A potem, już do mamy i niemal szeptem, dodał: „No i do tego czasy są bardzo niepewne, walki się toczą raptem sto kilometrów stąd, lepiej pilnować interesów, bo trochę rubli na czarną godzinę się przyda. Przecież Tadeusz mógłby kupować drewno gdzie bądź, a bierze głównie ode mnie”.
I oto znowu przyjechał. Ile to czasu go nie było? Ze dwa tygodnie. Ciekawe, jakie wieści z Mszczonowa? Czy po Kościele Świętego Jana Chrzciciela dalej tylko zgliszcza?
No i chyba już setny raz dzisiaj Helena łapie się na przestępstwie. Kolejny raz, zamiast żałoby, w jej głowie jakieś obce, niegodne tej tragicznej chwili myśli…
***
Tadeusz lubi wracać do majątku Teodora i Zofii. Jest im też szczerze wdzięczny za gościnę, wikt i opierunek (oczywiście głupi nie jest, wie, że przygarnęli go, bo jest zamożny i ma doskonałe koneksje w zarządzie budowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ale nie zmienia to faktu, że zajmują się nim jak członkiem rodziny). Podoba mu się panujący w ich dworku sielski spokój, prostoduszna serdeczność gospodarzy, no i… Helena. Ta rudowłosa, zielonooka i kompletnie niedostępna piękność. Wie, że nie ma u niej żadnych szans. Raz – dziewczyna jest od niego młodsza o kilkanaście lat. Ale to jeszcze pół biedy. Dwa – jej rodzice, choć zubożali, to stara herbowa szlachta. On zaś, cóż… niektórzy w Mszczonowie, oczywiście tylko za plecami, gadają nawet, że jego ojciec nieboszczyk szlacheckie pochodzenie sobie kupił. Pies by ich… Niemniej to prawda, że rycerskie ostrogi to w jego rodzinie od niedawna wiszą, od dwóch pokoleń zaledwie. Zresztą mniejsza z tym. Tadeusz ma dość pieniędzy, żeby pozamykać takim ludziom usta. Ale jest jeszcze trzeci punkt. Panna Helena jest już zaręczona. Z jakimś chłystkiem, gołowąsem z sąsiedniego majątku. Którego w dodatku teraz licho pognało Bóg jeden wie dokąd. Na wojaczkę mu się zachciało, szczeniakowi. „Powstaniec” – mówi o nim z nabożnym szacunkiem Helena. Akurat powstaniec. Powstanie to było za Kościuszki. I w roku 1830, w listopadzie. A teraz? Ruchawka, awantura jakaś. Więcej z tego szkody niż… No bo, do licha ciężkiego, Rosjanie teraz na każdego Polaka jak na bandytę zaczęli patrzeć, weksli nie biorą, że niby nam ufać nie można. Tylko straty w interesach z tego. Ale dziewczyna traktuje tego swojego „powstańca” niezwykle poważnie. No i tej sprawy nawet ktoś taki jak Tadeusz nie przeskoczy.
„Trudno. W Mszczonowie, albo i dalej… w Grodzisku, panien na wydaniu dziesiątki, coś tam sobie dobiorę” – myśli chwacko Tadeusz, patrząc ponad łbem swojego kłusaka na budynek, do którego się zbliża. Typowy polski dworek. Parterowy, drewniany, z czterospadowym wysokim dachem. Wejście położone centralnie, trzy schodki ponad poziomem drogi, dwie drewniane kolumny po bokach drzwi. Modrzewiowe bale, z których zrobione są ściany, obłożono eleganckimi deskami, te z kolei pobielono – całość schludna, miła dla oka, choć… banalna.
– Witam, witam szanownego… – Pan Teodor otwiera przed nim ramiona. – Jak miło pana widzieć całego i zdrowego w tych niepewnych czasach.
– Kłaniam się nisko dobrodziejowi. – Tadeusz uśmiecha się i podkręca krzaczastego czarnego wąsa. – Czasy jak czasy. Dla jednego niepewne, dla innego do robienia pieniędzy każdy czas dobry. Ale nic. Co tam słychać, panie Teodorze?
– Ech, złe wieści, kochany. Złe wieści…
– Cóż takiego się stało? Ktoś złośliwości robi? Urzędnicy cisną? Mów pan śmiało. Może co zdołam pomóc, za gościnę się zrewanżować…
– Wejdźmy do środka, małżonka zaraz jakąś przekąskę zarządzi. I nie ma co gadać na progu. Czasy są barbarzyńskie. Jeszcze ktoś podsłucha, władzom doniesie…
Władzom? Doniesie? Tadeusz jest zaintrygowany. Cóż to za mroczne tajemnice ma ten poczciwy Teodor?
– Już idę – mówi. – Tylko tych parę drobiazgów, co to aż z Grodziska dla was przywiozłem, z kolaski zabiorę.
– Ech, nie trzeba było prezentów, my i tak pana jak syna… – Z głębi domu dochodzi głos Zofii.
– Pan Tadeusz zmęczony – wpada jej w słowa Teodor. – Niech Lodzia wędlin ze spiżarki przyniesie. I ciasto przydałoby się zagnieść…
– No to jakież to złe wiadomości? – pyta Tadeusz, kiedy już przeszedł przez sień i rozsiadł się na sofie w bawialni.
Teodor rzuca szybkie spojrzenie w drzwi kuchni, za którymi Zofia poucza Leokadię, żeby pieczyste to od serca, na grubość palca dzisiaj kroiła.
– Mówić o takich sprawach niebezpiecznie – zaczyna, a Tadeusz aż się pochyla z ciekawości w jego kierunku (na tyle, na ile wielkie brzuszysko pozwala). – Ale jak pan na Helenę popatrzy i tak wszystko… Zresztą, ufam panu jak rodzinie, więc…
– Więc?
– List trzy dni temu przyszedł.
– I co w tym dziwnego? Poczta, zwłaszcza tu niedaleko stolicy Królestwa, na szczęście pracuje normalnie.
– Ale panie Tadeuszu… to nie pocztą ten list przyszedł.
– Posłaniec?
– I to jaki! – Teodor ze zdenerwowania aż szarpie swego rzadkiego wąsa. – Jakiś nieduży oddział naszych szedł od Pińczowa z rozkazami do Warszawy, i uważaj pan, specjalnie do nas skręcili, żeby pismo wręczyć.
– Powstańcy? – pyta szeptem Tadeusz. – Do was? Oj niedobrze, niedobrze, kochany. Jakby się Ruscy dowiedzieli…
– Panie kochany, niedobrze to się zrobiło dopiero, jak my ten list otworzyliśmy.
– No? Mów pan nareszcie, bo na mnie zaraz poty uderzą!
– Sam adiutant generała Langiewicza napisał. Złe wieści. Bardzo złe. Maciej nie żyje.
– Maciej?
– No Maciej! – Widząc, że Tadeusz dalej nie rozumie, Teodor dorzuca głośniej: – Narzeczony Heli. Maciej. Wielka bitwa niecały miesiąc temu, w połowie marca, pod Chrobrzem i Grochowiskami była. Nasi pobili Moskala, ale chłopak zginął.
– Ach tak… – Na twarzy Tadeusza maluje się autentyczny i szczery frasunek. – Źle. Ma pan rację, dobrodzieju. Źle się dzieje.
Teodor tylko przytakuje skinieniem głowy.
– Ruscy się teraz wściekną – kontynuuje Tadeusz. – Kociego rozumu, za przeproszeniem, dostaną. Sankcje jakoweś się zaczną, represje. Tylko patrzeć.
– A pan to tylko sankcjami się przejmuje! – nagle w ich rozmowę wdziera się cieniutki głos Heleny. – Że interesy źle zaczną iść, o to się pan martwisz. A tam, w krwawej bitwie, nasi chłopcy za ojczyznę się bili.
Na jej wejście obaj mężczyźni podrywają się z miejsc, ale Teodor zaraz mówi do córki:
– Kochanie, wystarczy. Ani słowa nie trzeba więcej, bo gość…
– Ten porucznik, który list wysłał, napisał, że de Rochebrune, pułkownik mojego… – głos Heleny lekko się załamuje – …mojego narzeczonego, nawet dowództwo musiał na jakiś czas przejąć. Bo bitwa była tak ciężka, że nasze oddziały zmieszały się i w rozsypkę iść zaczęły. I tylko żuawi twardo stali. I przykład innym dali taki, że wszyscy na pole walki wrócili… – Oczy Heleny czerwienieją coraz bardziej, pierś pod czarną suknią porusza się gwałtownie, głos drży. Nareszcie czuje, że ta słabość, melancholia i co tu kryć: strach o własną przyszłość, które od trzech dni władały jej myślami, ustępują, a w sercu budzą się wzniosłe emocje.
– Ależ ja wcale… – próbuje tłumaczyć Tadeusz, lecz Helena płynie dalej na patriotycznej fali.
– To właśnie oddział żuawów śmierci z kosynierami pułkownika Dąbrowskiego poszedł do kontrataku wprost na rosyjskie armaty. I rozbił Moskali w puch. Tak zginął mój narzeczony. A pan co? Wygodną miał podróż z Mszczonowa? Nie trzęsło? Nie było za zimno? – wygłasza ociekającą jadem puentę Helena, po czym odwraca się na pięcie i znika.
– Przepraszam za córkę. – Pierwszy z odrętwienia budzi się Teodor. – Nie jest sobą… Rozpacz… Babska histeria… Wczoraj nawet medyka do niej…
– To pewna wiadomość? – przerywa mu nieco bezceremonialnie Tadeusz. – No, o tym Macieju. Naprawdę nie żyje?
– Pewna, niestety. Porucznik napisał, że chłopaka postrzelono w głowę. Prosto w czoło. Skonał tam, gdzie padł. Pan oficer sumitował się nawet, że powstańcy sami go nie pochowali, zresztą tak jak i wielu innych, bo straty duże ponieśli i z miejsca bitwy musieli szybko się usunąć, na wypadek gdyby jaki zagubiony oddział nieprzyjaciela się przypałętał.
– Zostawili go krukom?
– Nie, jeden z oficerów dał parę kopiejek chłopu, który kilku nieboszczyków na wóz wrzucił i do dworu najbliższego zawiózł, żeby im tam kto chrześcijański pochówek sprawił.
Zgrabiałymi palcami Maciek próbuje upchnąć naboje do pięciu komór swojego Trantera. To jego duma. Od października, kiedy wygrał ten rewolwer w karty od pewnego austriackiego oficera, codziennie rozkłada go na części, przeciera szmatką, oliwi. Setki razy sprawdzał, czy oba spusty działają bez zarzutu, czy w komorach nie ma najmniejszego nawet zabrudzenia, czy w gwintowanej lufie nie zagnieździł się nagar. Dziś jednak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się niczym liście na wietrze. Szlag! Nie mógł wcześniej naładować broni, bo pociski są bardzo podatne na wilgoć, więc gdyby podczas marszu na komorze osiadł choćby płatek śniegu, kapiszon mógłby zamoknąć i byłoby po ptakach. Zdenerwowany, patrzy na innych żołnierzy ze swojego oddziału. Mało który ma teraz zawadiacką minę. Stanisław próbuje nałożyć bagnet na karabinek, ale dłoń zsuwa mu się raz za razem – jemu też drżą palce. Henryk się właśnie przeżegnał, całuje medalik wyciągnięty spod guńki okrywającej strojny mundur żuawa, potem żegna się raz jeszcze. Maciek widzi jego blade usta. „Wszyscy się boimy” – myśli z ulgą i przenosi wzrok na pułkownika de Rochebrune’a. Dowódca ze spokojem przechadza się przed szpalerem szykujących się do ataku żołnierzy. „Tylko ten ma nerwy jak postronki, psia jego…” – nie kończy w duchu Maciek, bo w tej właśnie chwili od strony cmentarza, gdzie pozycję trzymają Rosjanie, pada strzał. Suchy trzask, jakby ktoś nastąpił na gałąź. Po nim następne. A potem świst powietrza i łup! Ołowiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.
– Sacrebleu! – klnie przez zęby de Rochebrune. – Czyli ich nie zaskoczyliśmy.
Maciek patrzy w kierunku pagórka cmentarnego, z którego strzelają Ruscy. Nad niskim kamiennym murkiem i widocznymi ponad nim krzyżami nagrobnymi unosi się mgiełka białego dymu prochowego. Niebo w ten zimowy poranek jest czyste, powietrze rześkie, nie ma wiatru. Mgiełka stoi w miejscu i czeka, aż jakiś głupiec ruszy w jej kierunku. Tamci strzelają gęsto. Kule na razie świszczą niegroźnie nad głowami Maćka i pozostałych chłopców z oddziału, ale żaden nie ma wątpliwości – za chwilę trzeba będzie się zerwać i ruszyć na ten pagórek. Niecałe ćwierć mili odkrytego, lekko wznoszącego się terenu… Maciek zaczepionym pod lufą pobojczykiem metodycznie dociska naboje w komorach bębenka i czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła. „Siedemnasty lutego tysiąc osiemset sześćdziesiąt trzy. Miechów” – powtarza w głowie dzisiejszą datę i miejsce, w którym się znalazł. – „Czy taki napis będzie wyryty nad moją mogiłą?”
– Rozwinąć sztandar! – pada rozkaz pułkownika i na tle jego sylwetki pojawia się czarna płachta z białym krzyżem oraz naszytą na nim biało-czerwoną aplikacją.
Ich pierwsza bitwa. Pierwsze natarcie. Maciek wyobrażał to sobie tysiące razy. Zawsze widział siebie w pierwszym szeregu, jak gromkim głosem powtarza rodowe zawołanie bojowe, gotów zginąć za ukochaną ojczyznę. Dlaczego teraz, kiedy nadeszła wreszcie ta godzina próby, najchętniej skuliłby się w mysiej dziurze, zakrył twarz dłońmi, podciągnął kolana do piersi i czekał, aż ustaną te przeklęte karabinowe trzaski?
– Pamiętajcie! – znowu słyszy głos de Rochebrune’a. – Zgłosiliście się do oddziału żuawów śmierci na ochotnika. Ślubowaliście zwyciężać lub ginąć. Dziś nadszedł czas, żeby dotrzymać danego słowa.
„Nie wstanę! Nie ruszę się z miejsca. Jestem tchórzem. Tak, jestem zasranym, przeklętym tchórzem i nie chcę tam iść” – w głowie Maćka huczą myśli, które jeszcze pięć minut temu byłyby dla niego najgorszą herezją. Ba! Zdradą nawet. Są jednak tak donośne, że aż trzęsie się od nich jak osika. Traci oddech, władzę w nogach, w ogóle robi mu się słabo…
– Żołnierze… Do ataku! Za mną!
Jak to się dzieje, że jego ciało wykonuje ten rozkaz? Nogi się prostują i robią pierwszy, sztywny krok w przód. Porusza się jak marionetka: nieporadnie, bezwiednie, ale idzie pod tę górkę, z której nadlatuje gorący ołów. Wokół niego podnoszą się kolejne, podobnie zdrewniałe sylwetki. Osiemnasto-, dziewiętnasto-, dwudziestoletni chłopcy. Paniczyki ze szlacheckich domów, gdzie wieczorami wspominano dziadka, który bił się w powstaniu listopadowym, albo pradziada, który poległ pod rozkazami Kościuszki. Padają po kolei: pierwszy, drugi, trzeci… Kule uderzają w ich ciała z plaśnięciem. W głowie Maćka pojawia się niedorzeczna myśl: „Skoro padło trzech, to może ja przeżyję? Bo ktoś chyba musi przeżyć”.
Ale nie, na prawo, nieco powyżej, karabinowy pocisk odcina Staszkowi całe ramię. Chłopak jeszcze się zwija z bólu, jeszcze płacze i krwawi, ale już po nim. Z takiej rany się nie wychodzi. Po lewej zaś upada Henryk. Trafiony w pierś, nawet nie jęknął.
– Zewrzeć szyk! – krzyczy pułkownik. – Nie zwalniać! Już blisko.
Maciek podnosi wzrok. Blisko? Może byłoby blisko, gdyby przyjechali tutaj na kulig. Dwa rzuty kamieniem, może trzy. Z pięćdziesiąt sążni. Ale nie teraz, kiedy zza murka wystają czapy rosyjskich piechurów. Widzi też ich karabiny: uniesiony do góry – znaczy ładowany; opuszczony – znaczy ktoś celuje, może w niego? A potem ten trzask i biały dymek. Czasem świst nad głową, koło ucha, czasem plaśnięcie o zaśnieżoną ziemię tuż pod nogami albo… o czyjeś ciało.
– Nie zwalniać! Do ataku!
Murek jest stary, ułożony z polnych kamieni, zaprawa pomiędzy nimi się powykruszała. Z tej odległości widać to już wyraźnie. Nad murkiem Maciek dostrzega futrzaną czapę, niebieskie oczy i czarne wąsiska. Jakiś mężczyzna… Jakiś mężczyzna? W otumanionym mózgu Maćka rozlega się nagle dzwonek alarmowy. To wróg! Człowiek, który zaraz do niego wystrzeli. Maciek dopiero teraz sobie przypomina, że w prawej dłoni ma naładowanego Trantera. Pięć komór, pięć pocisków, kaliber pół cala. Podczas podejścia na pagórek cmentarny nie wystrzelił ani razu (choć dzierży rewolwer, który słynie z dobrej celności), ani razu nie podniósł nawet długiej na pół swojego przedramienia lufy. Był jednym wielkim strachem, kupką przerażenia, jego życiowe plany obejmowały co najwyżej pięć kolejnych kroków. Ale teraz stoi z tamtym twarzą w twarz, dzieli ich niski murek. Na ogorzałych policzkach piechura Maciek widzi nawet czarną sadzę prochową. Rosjanin trzyma wprawdzie karabin, ale nie strzela w młodego żuawa, wybałusza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszokowany niż on. Chyba się nie spodziewał, że ktokolwiek może przejść przez to wzniesienie żywy.
– Do ataku! Bij, zabij! – dobiega z oddali znajomy, już lekko schrypnięty głos.
Więc znów, jak kukiełka, Maciek podnosi ciężką, ważącą dwa funty broń i mechanicznie naciska dolny spust, a zaraz po nim górny. Na ułamek sekundy, tuż przed hukiem wystrzału, dostrzega jeszcze wielkie, pełne zwierzęcego przerażenia oczy tamtego. Następnie wszystko przesłania biaława mgiełka dymu. W nadgarstku, a nawet też w barku, chłopak czuje siłę odrzutu. Sekunda, dwie i dymek się rozprasza. A potem Maciek widzi przed sobą już tylko trupa.II
„Pokonaj cellulit w trzy tygodnie!” Ola po raz tysięczny przebiega wzrokiem po zajawce artykułu wyświetlonej na monitorze. Specjalnie przyszła dzisiaj do redakcji wcześniej, żeby dokończyć wreszcie projekt tej przeklętej okładki na początek marca. Potrzebuje ośmiu haseł. Ośmiu cholernych zdań, które sprawią, że redaktor naczelna nie będzie jej co godzinę pytać z nutą wyrzutu w głosie: „I jak tam okładka? Dostanę ją wreszcie do akceptacji?”, a czytelniczki tygodnika „Angela” wykupią cały nakład pisma.
– Pokonaj cellulit w trzy tygodnie – oznajmia Ola na głos pustej sali.
Zewsząd osaczają ją ciasno ustawione, rozdzielone niskimi przepierzeniami biureczka. O tej porze nie ma tu jeszcze nikogo.
– Rany, co za bzdury – szepcze do siebie, mimo woli wspominając moment, gdy jako początkująca redaktorka trafiła prosto po studiach do tej sali i rozbawiła wszystkich pytaniem: „Cellulit? A co to takiego?”. W ogóle jej wówczas nie zaprzątały takie rzeczy i nie sądziła, że będzie musiała się nimi zainteresować.
Czując narastającą panikę, bo od godziny guzdrze się ciągle z tym jednym zdaniem, rozgląda się wokół. Na końcu sali, w przeszklonym boksie przypominającym akwarium, wciąż jeszcze rolety są opuszczone – oczywisty znak, że redaktor naczelna, Krystyna Czesiak, nie przyszła jeszcze do pracy. Ta sielanka za chwilę się skończy i wtedy Ola już nic nie napisze. Zaraz zaczną schodzić się dziewczyny, zrobi się gwarno. Patrycja znowu będzie trajlować o tym swoim nowym chłopaku, a Kryśka spyta obrażonym głosem…
– No i jak tam okładka?
Dziewczyna aż podskakuje na dźwięk tych słów za plecami. Słowo stało się ciałem. To Kryśka!
– Cześć, szefowo – jęczy Ola, próbując siedzieć tak, żeby zasłonić sobą monitor i tę idiotyczną zajawkę.
Naczelna wyciąga jednak szyję… Przeczytała.
– Hm… – zaczyna, a Ola sroży się w oczekiwaniu reprymendy. – Jest pozytywny komunikat, obietnica sukcesu, konkretnie określony termin. Jasne i przejrzyste. Tylko jakieś takie… za suche.
– No, a do tego kompletnie nieprawdziwe – odpowiada Ola z przekąsem i zanim jeszcze zdążą przebrzmieć jej własne słowa, już wie, że popełniła błąd. Cholera, tyle lat tu pracuje, a wciąż nie nauczyła się trzymać gęby na kłódkę.
Brwi Kryśki unoszą się wysoko, dając tym samym światu wyraźny komunikat: jest zdziwiona i poirytowana, za chwilę może wybuchnąć.
– Ja wiem, że musimy pisać takie rzeczy pod reklamodawców – tłumaczy pojednawczo Ola. – Ale chociaż raz fajnie byłoby nie wciskać ludziom kitu i napisać, jak jest naprawdę.
– Tak? A jak jest naprawdę? – Uśmiech naczelnej jest tak wymuszony, że na jej policzkach zaraz popęka skóra.
Ola zdaje sobie sprawę, że zabrnęła w ślepą uliczkę. Awantura już wisi w powietrzu. Po co w ogóle się odzywała? Bo jest wściekła, że znowu wypadł jej dyżur redakcyjny? Że w związku z tym musi wymyślać te naiwne komunały nazywane zajawkami okładkowymi, czego – tak na marginesie – robić nienawidzi? To wszystko nie jest warte kolejnego konfliktu z naczelną. Burzy, po której następują ciche dni, dąsy, obrażone miny i cały ten cyrk odstawiany przez przełożonych wobec pracowników, którzy im podpadli. Ale teraz Ola już nie może… no dobra: nie umie tak po prostu spuścić wzroku i skapitulować.
– Przecież wiesz tak samo jak ja – pakuje się dalej w kłopoty – że aby pozbyć się cellulitu, trzeba wstać zza biurka i zacząć się ruszać.
– Co ty powiesz? Skończyłaś kurs fizykoterapii, że tak się wymądrzasz? – głos redaktorki naczelnej ocieka sarkazmem zimnym jak przestrzenie międzygwiezdne.
– Nie muszę mieć dyplomu, żeby wiedzieć, że zamiast wcierać w tyłek krem, lepiej popracować nad formą… i dietą.
– Ach tak…
– I zamiast codziennie wysiadywać do wieczora w pracy, po prostu… no nie wiem… cieszyć się seksem. – Gdy Ola kończyła to zdanie, dotarło do niej, że mówi o własnym, beznadziejnie nudnym i pozbawionym szans na jakąkolwiek odmianę życiu.
– Kochanie… – głos Kryśki, choć ściszony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. – Zapomniałaś o jednym. Gazeta musi na siebie zarobić. Od tego zależą nasze etaty i comiesięczne przelewy. Nadążasz? A przy tekście o domowej kuracji antycellulitowej jest wykupiona reklama nowego kremu, za którą wydawnictwo zgarnie grubą sumę. Pod warunkiem jednak, że artykuł obok zapewni jej odpowiednio korzystny kontekst. Rozumiesz, skarbie? Kilka tutejszych pensji w zamian za kilka zdań o zaletach wklepywania sobie w dupsko jakiegoś mazidła.
– Super. – Ola przewraca oczami. – Po co my w ogóle planujemy tematy do gazety? Może niech od razu zrobią to za nas reklamodawcy?
– Planowanie, skarbie – słowo to brzmi w ustach szefowej jak strzał z bicza służącego do poganiania wołów roboczych – to ty już lepiej zostaw mnie. Myślisz, że komuś w ogóle chciałoby się czytać te twoje porady o zdrowym stylu życia i za przeproszeniem, o seksie? Nie! Bo czytelniczki wcale nie chcą wiedzieć, że rozwiązanie ich problemu wymaga zmiany stylu życia, wielu miesięcy głodzenia się i jeszcze jakichś tam cholernych ćwiczeń. Albo pieprzenia się z beznadziejnie nudnym i nieatrakcyjnym mężem. Chcą wierzyć, że istnieje cudowna maść, która szybko i bez wysiłku przywróci im urodę. Przestań więc zanudzać mnie swoimi rozterkami etycznymi i kończ okładkę. Za godzinę chcę mieć u siebie kolorowy wydruk ze wszystkimi zajawkami. Mają być krótkie, pozytywne i zachęcające do kupienia pisma. Masz na to sześćdziesiąt minut. Czas start. I lepiej się postaraj, bo jednym podpisem mogę cię natychmiast uwolnić zarówno od tego biurka, jak i od nadgodzin. Będziesz wtedy miała mnóstwo wolnego czasu na radosny seks, a za mało kasy na wyszukane diety. Chcesz tego?
Ola nie odpowiada. Raz – zaschło jej w gardle. Dwa – naczelnej już nie ma. W powietrzu jeszcze wibruje pytanie retoryczne, kiedy trzask podnoszonych żaluzji w jej „akwarium” obwieszcza światu rozpoczęcie nowego dnia.
– No i znowu mała Ola pyskowała mamusi i dostała po łapkach – słyszy obok siebie głos Patrycji, redaktorki działu Uroda.
Ola uświadamia sobie, że akurat kiedy dostawała od Kryśki burę, w redakcji zaroiło się od ludzi.
– Naucz się wreszcie nie dyskutować z tą idiotką – tłumaczy dalej Pati. – Bo, cholera, komu będę opowiadała o swoich miłosnych podbojach, jak ta wściekła baba cię stąd wyrzuci?
Ola przygląda się przyjaciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, zadarty nosek i bystre spojrzenie brązowych oczu. Ta filigranowa pożeraczka męskich serc i weteranka pracy w kobiecych tytułach poradnikowych jest jej jedyną ostoją w szalonym świecie korporacji zrzeszającej kilkanaście pism, z których każde ma tylko jeden cel: utrzymać wysoką sprzedaż i zarobić dużo pieniędzy.
– Rany, Pati, ja już nie mogę – skarży się Ola. – Przecież miałam pisać reportaże. – Gdy zaczynała tę pracę zaraz po studiach, sądziła, że o cellulicie, wydłużaniu rzęs czy modowych trendach dla gospodyń domowych popisze najwyżej przez parę miesięcy, a potem zacznie spełniać marzenia zawodowe.
– Ach tak, wielkie pisarstwo – wzdycha teatralnie Pati. – Nagroda Pulitzera, literacki Nobel… Rozumiem, moja ambitna przyjaciółko.
– Bez przesady. Wystarczy mi prawdziwe dziennikarstwo zamiast wciskania ludziom gówna, bo jakiś ważniak wykupił u nas półstronicową reklamę.
– Skarbie, wiesz, że cię uwielbiam? – Patrycja cmoka ją w policzek. – Naprawdę, szacunek.
– O czym ty, wariatko, mówisz?
– Jesteś jedyną dziewczyną w tej redakcji, która ma odwagę otwarcie postawić się tej apodyktycznej babie.
– Bez przesady. Próbowałam tylko z nią dyskutować. Z opłakanym skutkiem.
– Za mniejsze pyskówki dziewczyny stąd wylatywały.
– Super. Bardzo mnie pocieszyłaś. Więc jakie jest twoje zdanie? Mam dalej myśleć nad tymi zajawkami? Czy raczej pomału wrzucać swoje rzeczy do kartonowego pudełka?
– Przestań, żartowałam. Kryśka cię nie wywali.
– Bo?
– Wie, że w życiu byś tak pokorniutko jak inne laski nie przyjęła wypowiedzenia.
– Tak? A co niby bym zrobiła? Przykuła się do kaloryfera?
– Gorzej. Wdeptałabyś ją przed całą redakcją w ziemię. I to za pomocą raptem paru słów.
– Paru słów? Podpowiedz, żebym miała coś na czarną godzinę.
– Wystarczy, że byś jej zasunęła to zdanie o… jak to nazwałaś… – zawiesza głos Patrycja – …a tak! O „prawdziwym dziennikarstwie zamiast wciskania ludziom gówna”. Dobre! Już widzę, jak ta nasza wymuskana kretynka zapada się w sobie na dźwięk słowa „gówno”.
– No już-już, przestań – przerywa jej ze śmiechem Ola. – Nikogo nie zamierzam wdeptywać w ziemię. Po prostu chciałabym lubić to, co robię.
– To znajdź sobie jakieś hobby. Hoduj rybki albo rwij facetów jak ja. A co do reportaży… Wiesz przecież, że jeśli chcesz je robić, to nie musisz wcale dobrze pisać ani się specjalnie starać. Wystarczy, jak zaczniesz, przepraszam za kolokwializm, włazić w dupę Kryśce.
– No tego to niestety…
– Wiem, wiem, kochanie. Nie byłabyś do tego zdolna. I właśnie za to cię szanuję – dodaje Patrycja już całkiem serio.
– Daj spokój. Głupia jestem i tyle. Nie umiem się dostosować.
– To jest korporacja, skarbie. Inny świat niż na zewnątrz. Tu, nawet jeśli kogoś nienawidzisz, musisz się do niego uśmiechać, a im bardziej się obijasz, tym lepiej, bo nikt nie uzna cię za zagrożenie. Dlatego… chodźmy po kawę. – Patrycja chwyta Olę pod bok i ciągnie w kierunku kuchenki na korytarzu, przy której koncentruje się życie towarzyskie „Angeli” i innych położonych na tym samym piętrze redakcji. – Opowiem ci o facecie, który uczy mnie kung-fu! – Oczy Patrycji błyszczą. – Wiesz, to ten, do którego zapisałyśmy się z dziewczynami z promocji, jak nam w ramach oszczędności zamknęli firmowy klub fitness. No więc na początek trzy słowa na literę „wu”: wysoki, wysportowany, wolny.
– Pati, jedno słowo na „pe”: przyhamuj. Mam już tylko pięćdziesiąt cztery minuty na napisanie tych zajawek…
– Ach tak, rzeczywiście. Pokaż, jak to wygląda. – Pati potulnie zawraca i siada do komputera Oli.
Na chwilę zamiera, wpatrując się w wyświetlony projekt okładki z miejscami na osiem zajawek, w których oprócz nieszczęsnego cellulitu wpisane jest na razie tylko „XXXXX” czy „YYYYY”. I nagle drobne, zakończone czerwonymi pazurkami paluszki Patrycji ożywają. Klik, klik, klik – pierwsze hasło. Stuk, stuk, stuk – drugie.
– Gotowe! – oznajmia pięć minut później. – Drukuj, zanoś Kryśce i idziemy na kawę.
Ola pochyla się nad monitorem. Zaczyna czytać…
Uroda: „Pokonać cellulit w trzy tygodnie? Tak! To możliwe!”.
Odchudzanie: „Dieta białkowa – jesz i chudniesz 5 kg w tydzień”.
Styl: „10 fryzur, na których widok mężczyźni szaleją”.
Makijaż: „Kuszące usta w trzy minuty”.
Kuchnia: „Eskalopki cielęce – przepisy, których nie zna twoja teściowa”.
Dziecko: „Jak wychować geniusza – 5 prostych sposobów”.
Moda: „Ciuchy, które dodadzą ci kobiecości, a ujmą kilogramów”.
Zdrowie: „Radzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczęśliwą w każdym wieku”.
– Słuchaj, dziękuję, ale… – zacina się Ola.
– Ale co?
– Te zajawki są fajne, tyle że trochę za mocno, no, przegięte. Właściwie to kompletnie mijają się z prawdą. Nawet Kryśka tego nie kupi. Bo na przykład te fryzury to zwykłe przedruki sprzed kilku lat z jakiegoś francuskiego magazynu, nic specjalnego. Przecież sama wiesz, że wzięliśmy je, bo zdjęcia można dostać prawie za darmo. A na tej diecie w życiu nie da się zrzucić pięciu kilo w parę dni, chyba że odrąbiesz sobie rękę. To samo z geniuszem. Dajemy jakieś banalne rady w stylu: „Dużo rozmawiaj z dzieckiem”. To nie zrobi z nikogo wybitnej jednostki. No i te ciuchy… to w końcu mój artykuł. Nie ma tam nic o ujmowaniu kilogramów.
– Nie ma? To dopiszesz. – Patrycja wzrusza ramionami. – To samo z geniuszem. A stare fryzury wydadzą się ostatnim krzykiem mody, jeśli damy odpowiedni tytuł. Oj, Olu, taka doświadczona redaktorka, a zachowujesz się jak naiwna stażystka. Masz dzisiaj PMS czy co? No już, drukuj tę okładkę i nieś szefowej, a ja idę nastawić kawę.
***
– Okej, teraz to jakoś wygląda. – Kryśka wpatruje się w kolorowy wydruk formatu A3, który Ola położyła przed nią na biurku. – Do diety białkowej dopisz tylko, że siedem kilogramów w tydzień. To bardziej zachęcająco brzmi. A do cellulitu, że pokonasz go w dwa tygodnie. Jakoś lepiej się układa.
– Oczywiście, szefowo! – odpowiada z uśmiechem Ola. – Siedem kilo i dwa tygodnie. Zrozumiałam. – Odwraca się na pięcie i rusza w stronę ekspresu do kawy, błogosławiąc w myślach Patrycję. No bo, kurczę, ma dziewczyna rację i już. O co tu kruszyć kopie? Świata nie da się zmienić. Prędzej człowiek sam się wpakuje w kłopoty. A wtedy żywa dusza się o ciebie nie upomni.III
– Pozycja klepsydry! Garda! Na moje odliczanie uderzacie na wprost – komenderuje Kuba głosem tak donośnym, jakby stała przed nim w karnych szeregach co najmniej setka wiernych uczniów, a nie grupka raptem sześciu kobiet, redaktorek jakiegoś pisma poradniczego. Miesiąc temu zapisały się one na jego zajęcia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opłaciły karnety na trzy miesiące! Pozostali kursanci pojawiają się sporadycznie, płacą raz za trening, a potem znikają na miesiąc, wracają, znów płacą za jedno wejście… i tak w kółko. W ogóle nie można na nich polegać, a przecież kung-fu wymaga systematyczności i konsekwencji! Systematyczności (w kwestii uiszczania opłat) konsekwentnie oczekuje też administracja bloku, w którym mieści się prowadzony przez Kubę City Fitness Club… Adres to ulica Grzybowska, czyli centrum Warszawy, klienci jednak najwyraźniej tego nie doceniają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie pchają.
– Ji! Ar! San! Sy! – gromkim głosem odlicza po chińsku Kuba, młócąc w takt tych słów powietrze. – Stoi twarzą do kursantek, kontrolując, czy poprawnie go naśladują. To znaczy… od razu widzi, że nie. Nawet nie musi się im specjalnie przyglądać…
Agnieszka – zamiast na wprost – bez sensu macha ramionami na boki. Gdyby w ten sposób chciała kogoś uderzyć, musiałaby ustawić się do przeciwnika profilem.
Julita z kolei w ogóle nie zadaje ciosów, tylko wykonuje rękami w powietrzu jakiś karkołomny młynek. W czarnej godzinie mogłaby liczyć wyłącznie na to, że na widok jej cudacznych ruchów napastnik przewróci się ze śmiechu.
Najwięcej serca w ćwiczenia wkłada ta drobna blondynka – Patrycja. Nawet nieźle dziewczynie wychodzi, ale w jej akurat stronę Kuba stara się zbyt często nie zerkać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jednym okiem, świdruje go ona spojrzeniem tak gorącym, że aż czerwienieje mu skóra na policzkach. Nawet on, który – ujmując to delikatnie – nie jest kobieciarzem (czy raczej, jak mawiali o nim kumple z Akademii Wychowania Fizycznego, jest doskonałą antytezą pojęcia „podrywacz”), rozumie, że to nie fascynacja starożytną sztuką walki trzyma Patrycję w jego grupie…
– Ji! Ar! San! Sy! – odlicza już po raz enty Kuba, mimo narastającego zniechęcenia wciąż mający nadzieję, że kursantki, które przecież patrzą, jak on ćwiczy, zaczną wreszcie wykonywać swoje techniki poprawnie. Mógłby oczywiście co chwila zwracać im uwagę. Mówić: „Robisz to źle, popraw się, nie garb się, uszczelnij gardę”. Mógłby prostować im skrzywione plecy, pokazywać, jak prowadzić w uderzeniu ręce i w jaki sposób cofać ramiona do gardy, ale… Nauczył się już, że im surowszym i bardziej czepialskim jest instruktorem, tym szybciej uciekają od niego kursanci. Szczególnie kobiety nie lubią wojskowego drylu. Przy nich trzeba być uśmiechniętym, pogodnym, chwalącym, pozytywnie nastawionym i – no, cholera, powiedzmy to – lekko uwodzicielskim. – Stop! Opuśćcie gardę, rozluźnijcie ręce – wydaje polecenie. I czując fałsz we własnym głosie, dodaje: – Bardzo dobrze, widać, że robicie postępy. Jest jeszcze to i owo do poprawienia, ale podstawy już załapałyście. Teraz przejdziemy więc do techniki czi sao, czyli…
– Nauki nawiązywania kontaktów z partnerem! – radośnie wpada mu w słowo Patrycja, która do tej części treningów zawsze podchodzi z największym entuzjazmem.
– Nauki utrzymywania bezpiecznego dystansu z przeciwnikiem – poprawia ją łagodnie Kuba, udając, że nie dostrzega aluzji czy sygnałów, którymi bije w niego ta blondyneczka.
Co tu kryć, nagłe objawienie się tak licznej grupy kursantek uratowało Kubę przed kolejną wizytą windykatorów. Smutni panowie zaglądali ostatnio do jego klubu z regularnością szwajcarskiego zegarka. Administracja naprawdę nie musiała z powodu drobnych, hm, nieciągłości płatniczych, uciekać się od razu do takiego sposobu! Kiedy więc w recepcji klubu zmaterializowała się ta gromadka pań, pytając Pawła – jedynego pracownika zatrudnianego przez Kubę (odźwiernego, kelnera w minibarze z napojami energetyzującymi i instruktora fitness w jednej osobie) – o zajęcia z aerobiku, układów synchronicznych dla cheerleaderek lub choćby, jakże modnego ostatnio, tańca na rurze, Kuba zrozumiał, że musi zrobić wszystko, żeby je u siebie zatrzymać. Ale jak? Zabarykadować drzwi i okna i jeszcze desperacko położyć się w progu? Co do tego, że zanęci te wielkomiejskie kobietki swoją szkołą kung-fu, jakoś od razu wyzbył się złudzeń. Zaczął więc wić się w wyjaśnieniach, że naucza kobiecego stylu walki, czegoś w sam raz dla takich przebojowych dziewczyn jak one, bo przecież legenda głosi, że przed wiekami właśnie tę odmianę kung-fu wymyśliła dziewczyna o imieniu Piękność Wiosny, czyli po chińsku właśnie Wing Tsun…
Mówiąc to, szybko spostrzegł, że jedna z kobiet zaczyna w skupieniu odczytywać na swoim iPhonie jakąś wiadomość, druga dyskretnie ziewa, a trzecią interesuje wyłącznie zawartość jej własnej torebki. „Nie udało się. Zaraz odejdą szukać klubu z tym pieprzonym aerobikiem” – pomyślał wtedy, tracąc powoli wątek w swojej opowieści o młodej Chince, która tysiąc lat temu wymyśliła styl walki, którego dziś nikt już nie chce trenować.
I wtedy stał się cud. A to za sprawą filigranowej, ale bardzo energetycznej blondyneczki, która najwyraźniej przewodziła grupie.
– Słodko pan marszczy czoło, opowiadając o tej chińskiej wiośnie – oznajmiła, patrząc mu w oczy, po czym krzyknęła do swojej gromadki: – Dziewczyny! Zapisujemy się na zajęcia. Ten przystojniak zrobi z każdej z nas Larę Croft! – Potem z werwą wyciągnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wyznając: – Oddaję się w twoje ręce, mistrzu. Jestem Patrycja. Dla przyjaciół Pati.
Tak to się zaczęło. Prawie trzy tygodnie temu. Dziewczyny pod wodzą Pati przychodzą od tamtej pory we wtorki i piątki. Ćwiczą półtorej godziny, od dziewiętnastej do dwudziestej trzydzieści. Dzisiejszy, piątkowy trening jest już ich czwartym… nie, piątym spotkaniem. Kuba nauczył je do tej pory pozycji klepsydry (nogi lekko ugięte, kolana razem, palce stóp skierowane ku sobie), pozycji wykrocznej (ciężar ciała głównie na tylnej nodze), trzymania gardy, uderzenia rękami na wprost i kilku bloków.
***
– Zanudzisz je – powiedział Paweł po ostatnim, wtorkowym spotkaniu. – Patrzę na was zza tego swojego barku i widzę, że panienki zaczynają ziewać. One chcą ruchu, muzyki, energii, a nie tego twojego żmudnego mieszania powietrza rękami.
– Widzę, że nieźle znasz się na kung-fu – odburknął Kuba.
– Na kung-fu się nie znam i tak szczerze mówiąc, mam je w dupie. – Na opaloną na solarium twarz Pawła wypłynął ironiczny uśmiech. – Ale znam się na kobietach. I powiem ci, że gdyby nie Pati, która przychodzi tutaj, bo rozpaczliwie chce cię poderwać, panienki już dawno by sobie odpuściły tę twoją monotonną do wyrzygania Piękność Wiosny.
– Słuchaj, wolałbym, żebyś się trochę hamował, kiedy wypowiadasz się o sztuce walki, której poświęciłem kilka lat życia…
– Nie gniewaj się, szefie, ale zmarnowałeś te lata. Trzeba było, jak ja, pouganiać się w tym czasie za kobietkami, pobawić się… À propos, kiedy weźmiesz się wreszcie za tę Patrycję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam nadzieję, że twoje kung-fu nie nakazuje ci celibatu?
– Nie jest w moim typie. Nie lubię kobiet, które narzucają się facetom.
– Lepiej zmień swoje zasady, bo jak będziesz taki drętwy, dziewczyna się w końcu zniechęci. A bez niej cała grupa rozsypie ci się w pięć minut! – Paweł w uśmiechu zaprezentował lśniąco białe zęby. – Zdaje się, że tylko ona wierzy jeszcze w tę twoją podstarzałą i nudną jak stara panna Piękność Wiosny…
– Prosiłem cię, żebyś nie wypowiadał się na tematy, na których się…
– No, chyba że zostawisz tę wiekopomną sztukę walki dla siebie, a dziewczynom pokażesz jakieś normalne ćwiczenia – mówił dalej Paweł, zupełnie niezrażony marsową miną Kuby. – Jakiś disco boxing albo coś. Jak nie potrafisz, mogę je wziąć w obroty. Lubię takie drapieżne kotki.
***
Dlaczego akurat dzisiaj, pod koniec treningu, przypomina sobie tamtą rozmowę? Bo Paweł miał rację. Kuba obserwuje miny ćwiczących kobiet i – mówiąc najdelikatniej – nie widzi w nich zaangażowania. Faktycznie, gdyby nie determinacja Pati, pewnie już dawno by sobie poszły ćwiczyć gdzie indziej, wcześniej zażądawszy zwrotu pieniędzy za karnety. Kuba postanawia więc zakończyć trening dynamicznym akcentem.
– Teraz nauczę was podstawowego kopnięcia! – oznajmia, udając, że nie słyszy szeptanych między paniami komentarzy w rodzaju: „No, może wreszcie zacznie się coś tutaj dziać”. – O, tak to się robi. – Staje w pozycji z obciążoną nogą zakroczną i szybkim, krótkim ruchem kopie nogą wykroczną na wysokość pasa swojego wyimaginowanego przeciwnika.
– I już? – pyta Agnieszka, nawet nie udając rozczarowania. – Tylko tyle?
– Naprawdę to wierzgnięcie jest kopniakiem w twoim kung-fu? – nie może nadziwić się Julita.
– Spokojnie, dziewczyny – próbuje ratować sytuację Patrycja. – On przecież określił je „podstawowym” kopnięciem, prawda? Na pewno masz w zanadrzu… – mówiąc to, zwraca się do coraz bardziej skonfundowanego Kuby – …jakieś inne, bardziej wystrzałowe techniki…
„To koniec. Nie przedłużą karnetów” – w głowie Kuby huczy rozpaczliwa myśl, ale (bo co ma niby zrobić?) instruktor przyznaje:
– To jest… właściwie jedyne kopnięcie w tym stylu walki. Innych nie ma… – Po tym oświadczeniu zapada niemal namacalna cisza. Kuba próbuje ją rozproszyć: – Są oczywiście różne modyfikacje tego uderzenia. Kopnięcie w kolano, podcięcie…
– Kopnięcie w kolano?! – prycha Agnieszka. – Jaja sobie robisz? To ja po to się tutaj od tygodni męczę w tej idiotycznej pozycji klepsydry, żeby teraz się dowiedzieć, że nie nauczysz nas żadnych wykopów z obrotu, wyskoku i… – przerywa na chwilę dla nabrania tchu, a potem oznajmia z wyrzutem: – Jak mogłeś obiecywać, że z każdej z nas zrobisz Larę Croft! Ty w ogóle widziałeś ten film?! Halo, pobudka!
– Spokojnie, laski! – odzywa się nieoczekiwanie Patrycja. – Aga dobrze powiedziała. Nie po to się tutaj od paru tygodni męczymy, żeby zrażać się jedną wpadką mistrzunia. Wszystko jest do naprawienia. Myślę, że skoro kopnięcie podstawowe ma tyle modyfikacji, to można wprowadzić także inne. Na przykład walnięcie z obrotu w czyjś pysk! – dodaje, wykonując z zadziwiającą lekkością coś na kształt ciosu rodem z filmu Tomb Raider. – Dobrze mówię? – podsumowuje, patrząc na Kubę tak wymownie, jakby chciała telepatycznie przekazać mu jeden, prosty komunikat: „Tylko teraz tego nie spieprz”.
– Hm, no jasne! Oczywiście. – Kuba się uśmiecha, z lekkim niepokojem myśląc, co powiedziałby jego mistrz na wieść o tym, że właśnie zgodził się na hollywoodzką modłę zmodyfikować styl walki, który w niezmienionej formie przetrwał tysiąc lat… – Na dzisiaj koniec! Do zobaczenia we wtorek! – oznajmia grupie, dorzucając w myślach: „Mam nadzieję, że do zobaczenia”.
Kursantki znikają w szatni, Kuba zmęczonym krokiem podchodzi do barku i otwiera butelkę wody.
– No to żeś im strzelił pokazówę, szefuniu. – Paweł dusi się ze śmiechu. – Zastosuj to swoje kopnięcie, jak przyjdą tu znowu komornicy. Może wzbudzisz ich litość i się odczepią.
– Zamknij się, bo… – próbuje się odgryźć Kuba.
– Idziemy na pizzę! Czy mistrz wyrwie się z nami? – słyszy za sobą pełen energii głos Pati, która już zdążyła ze swoją gromadką wyjść z szatni.
– Muszę pilnować klubu – odpowiada zmęczonym głosem.
– Paweł cię może zastąpić – ripostuje natychmiast Patrycja.
– Paweł? Ale on jest tu tylko… – urywa. „Lepiej zmień swoje zasady”, przypominają mu się słowa tego napompowanego na siłowni, opalonego na skwarkę pajaca. Ma jednak facet rację… – Super! – odpowiada, siląc się na entuzjazm. – Za pięć minut będę gotowy – dorzuca, udając, że nie zauważa triumfalnego uśmiechu swojego irytującego pracownika.VI
Helena siedzi w oknie swojego pokoju. Przez małe, połączone szprosami szybki, które odrobinę zniekształcają obraz świata, patrzy na prowadzącą do domu drogę, nad którą pochylają się lipy i wierzby płaczące. Właśnie… płacz. Helena ma do siebie pretensje o to, że nie płacze. Powinna teraz drzeć szaty, orać paznokciami dekolt i policzki, wyć z rozpaczy… Nic z tego. Zamiast żalu czuje melancholię. Smutek? Tak, smutek oczywiście też. I takie dziwne odrętwienie. Niemoc, niczym w chorobie. Brak sił i energii, żeby choć podnieść się z krzesła, przejść do bawialni, wyjść na dwór w nieśmiałe promienie kwietniowego słońca. Najchętniej w ogóle rano nie wstawałaby z łóżka. Rodzice by wybaczyli. W takiej sytuacji… Ale Lodzia, ta pozbawiona wyczucia Leokadia, nic tylko trajkotała od rana: „Panienka nie może tak leżeć. Trzeba się ruszyć, śniadanie zjeść, na dwór wyjść. Trzeba żyć dalej. Nie wolno się poddawać”. Więc Helena wstała, umyła się w misce, ubrała. Doszła jednak tylko do szezlongu przy oknie i opadła na siedzisko. I tępo w to okno patrzy. No bo ta niemoc, niemoc wszechogarniająca. Jak w chorobie.
Tyle że Helena chora nie jest. Czuje się dobrze, gorączki nie ma, w płucach czysto. Stwierdził to lekarz wezwany wczoraj przez rodziców. Zmierzył jej puls, srebrnym młoteczkiem sprawdził odruch łokciowy i kolanowy, na koniec przyłożył ucho do jej pleców. Nic. „Napad cichej histerii. Wątroba uwolniła złe humory” – orzekł teatralnym szeptem. Zalecił jeszcze picie naparu z rumianku i szałwii, zainkasował dwa ruble i wrócił do miasta.
No więc melancholia. Trochę za mało jak na to, co się wydarzyło. A do tego – to już najgorsze – Helena przyłapuje się co chwila na użalaniu się nad sobą. „Co ze mną będzie… Zostałam sama… Pewnie teraz pisane mi już tylko staropanieństwo…” Ogania się od tych samolubnych myśli jak może i stara się myśleć O NIM. Ale wystarczy chwila nieuwagi i hyc, w głowie znów jęczenie: „No to co ja, nieszczęsna, mam teraz zrobić?”.
Nagle jej uwagę przykuwa jakiś ruch. W nierównym szkle okna Helena widzi konia, gniadosza ciągnącego kolaskę. Powozi postawny… no dobrze, powiedzmy szczerze – dość gruby mężczyzna. Tadeusz. Helena zna go dobrze. Ten niemłody już, przeszło trzydziestoletni pan, choć nie należy do rodziny, pomieszkuje od czasu do czasu w ich dworku. Rodzice ponad sześć miesięcy temu, kiedy wielki pożar z roku 1862 obrócił w zgliszcza niemal cały Mszczonów, użyczyli mu pokoju na piętrze. Piękny, z balkonem i widokiem na sad. Mężczyzna dostał to lokum wprawdzie tylko na czas odbudowy jego spalonej kamienicy, ale Helena i tak nie może zrozumieć, czemu ktoś właściwie obcy zajmuje najlepsze pomieszczenie w ich domu, a ona musi gnieździć się wciąż na parterze. „Gość w dom, Bóg w dom” – odpowiedział na jej wyrzuty ojciec. A potem, już do mamy i niemal szeptem, dodał: „No i do tego czasy są bardzo niepewne, walki się toczą raptem sto kilometrów stąd, lepiej pilnować interesów, bo trochę rubli na czarną godzinę się przyda. Przecież Tadeusz mógłby kupować drewno gdzie bądź, a bierze głównie ode mnie”.
I oto znowu przyjechał. Ile to czasu go nie było? Ze dwa tygodnie. Ciekawe, jakie wieści z Mszczonowa? Czy po Kościele Świętego Jana Chrzciciela dalej tylko zgliszcza?
No i chyba już setny raz dzisiaj Helena łapie się na przestępstwie. Kolejny raz, zamiast żałoby, w jej głowie jakieś obce, niegodne tej tragicznej chwili myśli…
***
Tadeusz lubi wracać do majątku Teodora i Zofii. Jest im też szczerze wdzięczny za gościnę, wikt i opierunek (oczywiście głupi nie jest, wie, że przygarnęli go, bo jest zamożny i ma doskonałe koneksje w zarządzie budowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ale nie zmienia to faktu, że zajmują się nim jak członkiem rodziny). Podoba mu się panujący w ich dworku sielski spokój, prostoduszna serdeczność gospodarzy, no i… Helena. Ta rudowłosa, zielonooka i kompletnie niedostępna piękność. Wie, że nie ma u niej żadnych szans. Raz – dziewczyna jest od niego młodsza o kilkanaście lat. Ale to jeszcze pół biedy. Dwa – jej rodzice, choć zubożali, to stara herbowa szlachta. On zaś, cóż… niektórzy w Mszczonowie, oczywiście tylko za plecami, gadają nawet, że jego ojciec nieboszczyk szlacheckie pochodzenie sobie kupił. Pies by ich… Niemniej to prawda, że rycerskie ostrogi to w jego rodzinie od niedawna wiszą, od dwóch pokoleń zaledwie. Zresztą mniejsza z tym. Tadeusz ma dość pieniędzy, żeby pozamykać takim ludziom usta. Ale jest jeszcze trzeci punkt. Panna Helena jest już zaręczona. Z jakimś chłystkiem, gołowąsem z sąsiedniego majątku. Którego w dodatku teraz licho pognało Bóg jeden wie dokąd. Na wojaczkę mu się zachciało, szczeniakowi. „Powstaniec” – mówi o nim z nabożnym szacunkiem Helena. Akurat powstaniec. Powstanie to było za Kościuszki. I w roku 1830, w listopadzie. A teraz? Ruchawka, awantura jakaś. Więcej z tego szkody niż… No bo, do licha ciężkiego, Rosjanie teraz na każdego Polaka jak na bandytę zaczęli patrzeć, weksli nie biorą, że niby nam ufać nie można. Tylko straty w interesach z tego. Ale dziewczyna traktuje tego swojego „powstańca” niezwykle poważnie. No i tej sprawy nawet ktoś taki jak Tadeusz nie przeskoczy.
„Trudno. W Mszczonowie, albo i dalej… w Grodzisku, panien na wydaniu dziesiątki, coś tam sobie dobiorę” – myśli chwacko Tadeusz, patrząc ponad łbem swojego kłusaka na budynek, do którego się zbliża. Typowy polski dworek. Parterowy, drewniany, z czterospadowym wysokim dachem. Wejście położone centralnie, trzy schodki ponad poziomem drogi, dwie drewniane kolumny po bokach drzwi. Modrzewiowe bale, z których zrobione są ściany, obłożono eleganckimi deskami, te z kolei pobielono – całość schludna, miła dla oka, choć… banalna.
– Witam, witam szanownego… – Pan Teodor otwiera przed nim ramiona. – Jak miło pana widzieć całego i zdrowego w tych niepewnych czasach.
– Kłaniam się nisko dobrodziejowi. – Tadeusz uśmiecha się i podkręca krzaczastego czarnego wąsa. – Czasy jak czasy. Dla jednego niepewne, dla innego do robienia pieniędzy każdy czas dobry. Ale nic. Co tam słychać, panie Teodorze?
– Ech, złe wieści, kochany. Złe wieści…
– Cóż takiego się stało? Ktoś złośliwości robi? Urzędnicy cisną? Mów pan śmiało. Może co zdołam pomóc, za gościnę się zrewanżować…
– Wejdźmy do środka, małżonka zaraz jakąś przekąskę zarządzi. I nie ma co gadać na progu. Czasy są barbarzyńskie. Jeszcze ktoś podsłucha, władzom doniesie…
Władzom? Doniesie? Tadeusz jest zaintrygowany. Cóż to za mroczne tajemnice ma ten poczciwy Teodor?
– Już idę – mówi. – Tylko tych parę drobiazgów, co to aż z Grodziska dla was przywiozłem, z kolaski zabiorę.
– Ech, nie trzeba było prezentów, my i tak pana jak syna… – Z głębi domu dochodzi głos Zofii.
– Pan Tadeusz zmęczony – wpada jej w słowa Teodor. – Niech Lodzia wędlin ze spiżarki przyniesie. I ciasto przydałoby się zagnieść…
– No to jakież to złe wiadomości? – pyta Tadeusz, kiedy już przeszedł przez sień i rozsiadł się na sofie w bawialni.
Teodor rzuca szybkie spojrzenie w drzwi kuchni, za którymi Zofia poucza Leokadię, żeby pieczyste to od serca, na grubość palca dzisiaj kroiła.
– Mówić o takich sprawach niebezpiecznie – zaczyna, a Tadeusz aż się pochyla z ciekawości w jego kierunku (na tyle, na ile wielkie brzuszysko pozwala). – Ale jak pan na Helenę popatrzy i tak wszystko… Zresztą, ufam panu jak rodzinie, więc…
– Więc?
– List trzy dni temu przyszedł.
– I co w tym dziwnego? Poczta, zwłaszcza tu niedaleko stolicy Królestwa, na szczęście pracuje normalnie.
– Ale panie Tadeuszu… to nie pocztą ten list przyszedł.
– Posłaniec?
– I to jaki! – Teodor ze zdenerwowania aż szarpie swego rzadkiego wąsa. – Jakiś nieduży oddział naszych szedł od Pińczowa z rozkazami do Warszawy, i uważaj pan, specjalnie do nas skręcili, żeby pismo wręczyć.
– Powstańcy? – pyta szeptem Tadeusz. – Do was? Oj niedobrze, niedobrze, kochany. Jakby się Ruscy dowiedzieli…
– Panie kochany, niedobrze to się zrobiło dopiero, jak my ten list otworzyliśmy.
– No? Mów pan nareszcie, bo na mnie zaraz poty uderzą!
– Sam adiutant generała Langiewicza napisał. Złe wieści. Bardzo złe. Maciej nie żyje.
– Maciej?
– No Maciej! – Widząc, że Tadeusz dalej nie rozumie, Teodor dorzuca głośniej: – Narzeczony Heli. Maciej. Wielka bitwa niecały miesiąc temu, w połowie marca, pod Chrobrzem i Grochowiskami była. Nasi pobili Moskala, ale chłopak zginął.
– Ach tak… – Na twarzy Tadeusza maluje się autentyczny i szczery frasunek. – Źle. Ma pan rację, dobrodzieju. Źle się dzieje.
Teodor tylko przytakuje skinieniem głowy.
– Ruscy się teraz wściekną – kontynuuje Tadeusz. – Kociego rozumu, za przeproszeniem, dostaną. Sankcje jakoweś się zaczną, represje. Tylko patrzeć.
– A pan to tylko sankcjami się przejmuje! – nagle w ich rozmowę wdziera się cieniutki głos Heleny. – Że interesy źle zaczną iść, o to się pan martwisz. A tam, w krwawej bitwie, nasi chłopcy za ojczyznę się bili.
Na jej wejście obaj mężczyźni podrywają się z miejsc, ale Teodor zaraz mówi do córki:
– Kochanie, wystarczy. Ani słowa nie trzeba więcej, bo gość…
– Ten porucznik, który list wysłał, napisał, że de Rochebrune, pułkownik mojego… – głos Heleny lekko się załamuje – …mojego narzeczonego, nawet dowództwo musiał na jakiś czas przejąć. Bo bitwa była tak ciężka, że nasze oddziały zmieszały się i w rozsypkę iść zaczęły. I tylko żuawi twardo stali. I przykład innym dali taki, że wszyscy na pole walki wrócili… – Oczy Heleny czerwienieją coraz bardziej, pierś pod czarną suknią porusza się gwałtownie, głos drży. Nareszcie czuje, że ta słabość, melancholia i co tu kryć: strach o własną przyszłość, które od trzech dni władały jej myślami, ustępują, a w sercu budzą się wzniosłe emocje.
– Ależ ja wcale… – próbuje tłumaczyć Tadeusz, lecz Helena płynie dalej na patriotycznej fali.
– To właśnie oddział żuawów śmierci z kosynierami pułkownika Dąbrowskiego poszedł do kontrataku wprost na rosyjskie armaty. I rozbił Moskali w puch. Tak zginął mój narzeczony. A pan co? Wygodną miał podróż z Mszczonowa? Nie trzęsło? Nie było za zimno? – wygłasza ociekającą jadem puentę Helena, po czym odwraca się na pięcie i znika.
– Przepraszam za córkę. – Pierwszy z odrętwienia budzi się Teodor. – Nie jest sobą… Rozpacz… Babska histeria… Wczoraj nawet medyka do niej…
– To pewna wiadomość? – przerywa mu nieco bezceremonialnie Tadeusz. – No, o tym Macieju. Naprawdę nie żyje?
– Pewna, niestety. Porucznik napisał, że chłopaka postrzelono w głowę. Prosto w czoło. Skonał tam, gdzie padł. Pan oficer sumitował się nawet, że powstańcy sami go nie pochowali, zresztą tak jak i wielu innych, bo straty duże ponieśli i z miejsca bitwy musieli szybko się usunąć, na wypadek gdyby jaki zagubiony oddział nieprzyjaciela się przypałętał.
– Zostawili go krukom?
– Nie, jeden z oficerów dał parę kopiejek chłopu, który kilku nieboszczyków na wóz wrzucił i do dworu najbliższego zawiózł, żeby im tam kto chrześcijański pochówek sprawił.
więcej..