-
nowość
Zanim wrócisz do mnie - ebook
Zanim wrócisz do mnie - ebook
Na Kresach Wschodnich, wśród bagien Polesia, Magdalena żyje w cieniu wojny i nieustannym strachu. Gdy do jej wsi wkraczają Sowieci, traci wszystko. Przy życiu trzyma ją już tylko wiara, że ukochany Władek odnajdzie ją i wróci. W ciszy chutorów, pośród trzęsawisk i przemijających pór roku, kobieta znosi kolejne ciosy losu, choć każdy dzień oddala ją od wolności i przybliża do śmierci. Czas mija, obietnica ukochanego słabnie, a wraz z nią — sama Magdalena.
Zanim wrócisz do mnie to opowieść o miłości, która walczy do końca. Ale czy można wygrać z przeznaczeniem?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-469-9 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dolina rzeki Prypeć
Nie czułam nic poza bólem – wielkim, białym stworem na usługach samego Belzebuba, znanym mi z opowieści babuszki Jaromiry. Stwór ten na złość mnie spowalniał, żebym jeszcze bardziej zmarzła. Dłonią z lodu głaskał mnie po policzkach, pozostawiając na nich piekące, purpurowe ślady. A oddech jego spowijał mnie całą, oblepiając zimnym cukrem. Ciężko mi było tak z nim iść. Zatrzymywałam się co chwilę, aż w końcu nogi odmówiły mi posłuszeństwa i już nawet kroku więcej nimi zrobić nie mogłam. Chciałam wrócić na sanie, które Jura ciągnął za sobą, ale teraz musiał odpocząć i przez pewien czas iść bez dodatkowego ciężaru. Z niemocy rozpłakałam się i zatrzymałam na dobre. Słowa matuli, wykrzyczane do Jury, że za mała jestem na drogę w zamieć, dźwięczały mi w uszach coraz głośniej. Matuś podbiegła do mnie od tyłu i zawiązała mi ciaśniej szalik wokół głowy. Tak że tylko oczka zza niego wystawały. Jura szedł dalej, brnąc w śniegu z ogromnym tobołkiem na plecach. Jego ponura postać kołysała się z wolna z boku na bok.
– Idź. – Matuś popchnęła mnie do przodu.
Głowę pochyliłam nisko, a ręce schowałam pod poły kożucha i powędrowałam śladem Jurika. Celowałam stopami w dziury na śniegu po jego buciorach – tak było mi łatwiej iść. Z każdym krokiem rozlegał się skrzypot kruszącego się śniegu. Po naszej prawej stronie zauważyłam coś dziwnego. Ciemnego i podskakującego. Z sekundy na sekundę nieznany mi obiekt nabierał wyraźniejszych kształtów, aż w końcu go rozpoznałam. To tutejszy! Szaraczek! Zajączek czmychnął do norki, zostawiając mnie zziębniętą pośrodku łysych pól. Spojrzałam w niebo przymrużonymi ślepkami. Słońce nie świeciło już tak samo jak wtedy, gdyśmy wychodzili. W ogóle czemu wychodziliśmy z wioski? Dopiero co żeśmy do niej przyszli, a już Jura gonił nas gdzie indziej. Ale dziecku niewiele się tłumaczy. Ma iść tam, gdzie idą dorośli. Odwróciłam się i spojrzałam na mamusię. Szła za mną pochylona, z workiem przerzuconym przez ramię. Było jej ciężko, z każdym krokiem zginała się coraz niżej, zapadając w śniegu. Bałam się, że za chwilę dotknie czołem białej skorupy, która tylko udawała miękki puch. A trzeba nam było iść dalej. Lżej było, gdy wiatr wiał w plecy, popychając do przodu. Wtedy nawet mogłam iść. Ale on rzadko nam pomagał. Częściej pchał nas do tyłu, jakby nakazywał zawracać. Nie miałam pojęcia, ile czasu tak szłam. Pamiętałam tylko moment upadku w zamarznięty śnieg i słowa, które wypowiedziałam pod nosem: _Tylko chwilkę się prześpię_.
– Jura! – To ostatnie, co usłyszałam, zanim mrok wypłynął pod powieki.
A potem się obudziłam. Okryta ciężkimi płachtami, tak że nic spod nich nie widziałam, poza ciemnością. Z krzykiem próbowałam zrzucić z siebie nakrycie, aż nareszcie ktoś mi w tym pomógł. To był Jurik. Zimną dłoń przyłożył mi do czoła i zajrzał głęboko w ślepka. Z wolna pokiwał głową, po czym złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie tak, że usiadłam na łóżku. Zapłakana matula siedziała na ławie w kącie ciemnej izby. Przez otwarte drzwiczki pieca widziałam, jak pomarańczowy płomień ognia przeskakiwał z drewka na drewko i od razu poczułam się lepiej.
– Toś nam strachu narobiła – przemówił z wolna Jura. – Nie ma ogniewicy¹.
– To wszystko przez ciebie! Czemu nie przyszliśmy tu wiosną?!
– Wiosną?! Bagna by cię udusiły!
– Magdusia ledwo z życiem uszła! Przez ciebie!
– _Ale żywa je, nyczoho jej ne stałusia_².
– Skończ do mnie mówić w tym twoim języku! Ja nie jestem tutejsza!
– _Ale wona bude_³.
Przeskakiwałam wzrokiem z mamusi na Jurę – raz za razem, w kółko. Nie rozumiałam, co się dzieje i czemu się kłócą. W końcu byliśmy cali i zdrowi, a w izbie było ciepło. Wygrzebałam się spod ciężkich skór i podeszłam do matuli. Pogłaskała mnie po głowie, uśmiechając się smutno. Ten uśmiech towarzyszył jej od tak dawna, że zlał się z jej pustymi oczami, tworząc obraz smutnej Jadwigi. Siedziała jeszcze chwilę przy oknie, za którym śnieżyca gęsto zacinała kamyczkami z lodu o szybę. Była ciemna noc, gdy we trójkę poszliśmy spać na jednym sienniku. Głodni, ale opatuleni ciepłem buchającym z pieca. Przycisnęłam się do pleców matuli i wyrównałam z nią oddech. Zawsze tak robiłam. I tylko cichy śpiew Jury w jego mowie, którą tak bardzo chciałam zrozumieć, wypełnił izbę:
_Hora za horoyu, bida za bidoyu,_
_Dala mene maty zamizh molodoyu._
_Dala mene maty ta shche y prykazala,_
_Shchob ya lyuboho ves’_ _vik shanuvala_⁴_._
Pieśń ta wyrażała tęsknotę za kimś lub za czymś, bo kiedy śpiewał, smutek było słychać w jego głosie. Łezki głos mu zmieniały. Szczególnie przy wysokich tonach. A ja nie chciałam, żeby Jurik płakał. Żeby poszedł spać smutny. Kochałam go i jak ojca traktowałam. Mamusia mówiła, że mój prawdziwy tatko zmarł, gdy miałam zaledwie cztery lata. Ponoć rzadko z nami przebywał, ciągle wyjeżdżał, dlatego go nie pamiętałam. Tak mi mamusia tłumaczyła. Czasem jednak przed oczami pojawiały mi się jego śmieszne, wywinięte do góry wąsy i śmiejące się, jasnoniebieskie oczy. To po nim odziedziczyłam kolor oczu. Zdarzało się, że budziłam się w środku nocy mokra od potu, bo tatko mi się śnił. Wysoki, w czarnym garniturze, wsparty o drewnianą laskę, krzyczał do mnie i matuli, żebyśmy do niego wróciły. Zawsze, gdy opowiadałam mamusi o śnie, milczała. Za każdym razem powtarzała, że teraz lepiej będzie, gdy już nie będę gadała o ojcu, bo tylko Jurę denerwuję. Zamykałam wtedy oczka i przypominałam sobie smutną pieśń Jurika, a sen powolutku do mnie przychodził. Może kiedyś, gdy większa będę, dowiem się od matusi wszystkiego.
Wstałam rano, a w izbie nie było nikogo prócz Matki Boskiej na obrazie. Podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie w poszukiwaniu Jury albo matuli. Słońce świeciło tak mocno, że musiałam przymrużyć oczka, żeby cokolwiek zobaczyć. Śnieg na drzewach, na górkach i w dołkach ziemi zdawał mi się kłębami wełny, takimi samymi, co po strzyżeniu owiec powstają. Tęskno mi było za wiosną, ale zima też potrafiła radość dawać, przynajmniej jak wiatr nie hulał. Przed drzwiami do chałupy rozległo się głośne tupanie. Przebiegłam przez izbę i zatrzymałam się przy wystygniętym już piecu. Do środka weszła matula, a wraz z nią wkradł się nieproszony gość – mróz. Szybko wrota za sobą zamknęła. Rumiana na zmęczonej twarzy, rękoma we krwi umazanymi, głuszca zabitego za nóżki trzymała. Łebek czarnego kura dyndał bezwładnie z prawej strony na lewą, a mnie się na płakanie zebrało.
– Trzeba go oprawić – odezwała się matula. – Nie ma co beczeć. Takie to życie już jest, Magduś.
Położyła ptaszysko na stole, po czym zdjęła ciężkie zimowe okrycia.
– Idź po ubrania, bo zaraz się rozchorujesz. Dołożę do pieca, wody zagotuję, to ci trochę do mycia zostawię.
Uśmiechnęłam się do niej przez łezki i prędko pobiegłam zrobić, co mi kazała. A gdy skończyłam zbierać porozrzucany po podłodze strój, wyjrzałam na pole przez okno. Dałabym sobie rękę uciąć, że mignęła mi tam postać Jury. Przemykał między drzewami, raz znikał za pniem, raz wyłaniał się znowu, aż w końcu pognał hen przed siebie i zniknął. Ale po co miałby to robić? Polował na coś? Nieważne. Do niego też się uśmiechnęłam, ale on widzieć tego nie mógł, więc szybko do matuli wróciłam, która siedziała na stołku przy piecu i dorzucała drewno.
– Mokre, palić się nie chce – mamrotała sama do siebie.
I faktycznie, smoliło się gęstym dymem, okadzając izbę, aż ciężko było oddychać. Matula dmuchała w zajmujące się żarem grube gałęzie, aż poczerwieniała na policzkach. Zaśmiałam się cichutko i usiadłam na ławie naprzeciwko pieca. Patrzyłam, jak walczy z ogniem, aż w końcu ta walka się opłaciła. Wysokie płomienie buchnęły pod płytą pieca. Matuś wstała, wierzchem dłoni czoło przetarła, pozostawiając na nim czarną grubą krechę.
– Ubrudziłaś się! – pisnęłam, zeskakując z ławy.
Lecz matuś nie podzieliła mojego rozbawienia, jedynie pokręciła głową. Poprawiła włosy i dźwignęła z trudem żeliwne wiadro, po brzegi wypełnione wodą, w której wciąż pływały krupy lodu. Postawiła je na blasze u góry pieca i spojrzała w krystaliczną taflę, zawieszając na niej wzrok. Przyglądałam się jej, stojąc na bosych stopach. Zimno mi już było, ale bałam się odezwać. Matula miała nienajlepszy humor. Stałam więc tak nadal, przyglądając się jej w milczeniu. Babuszka Jaromira pokazywała mi kiedyś obraz bogini Mokosz –kobiety o włosach koloru źdźbeł pszenicy w pełnym słońcu lipcowym, niebiańskich oczach i pełnych ustach. Tak właśnie wyglądała moja matula. Sama Jaromira mówiła, że Jagienka do nich, prostych i biednych człeków, nie pasuje – że swą urodą przewyższa pozostałe niewiasty we wsi. Ludzie gadali, że matuś ześle na gospody zarazę albo, co gorsza, przyprowadzi czorta za chwost⁵. _Ale jak taka śliczna istota, jak matuś, mogła w złych czarach palce maczać?_ – pomyślałam. Widocznie ci ludzie byli nie tylko biedni, ale i głupi, skoro tak o matuli mówili.
Wpatrywała się długo w lustro wody w wiadrze. Gdy nic w nim nie wypatrzyła, zmęczone oczy przeniosła na oszronione okno. Lecz niczego tam nie odnajdując, podeszła i usiadła obok mnie. Teraz obie patrzyłyśmy na wiadro.
– Będę piórka wyrywać?
– Będziesz.
Nie lubiłam skubać kaczek ani gęsi. Nie znosiłam wyrywania piór i tego szarpania ich za skórę. Za to ryby potrafiłam czyścić, chociaż starsi zaraz się denerwowali, że zbyt długo mi to zajmuje, i zabawę szybko ukracali, wyrywając mi nożyk z rąk. Tylko Jaromira cierpliwsza była. Żołądek rozcinała i kazała mi go czyścić z tego, co ptaszysko nie zdążyło dalej pchnąć. I to właśnie najbardziej lubiłam – zdzierać warstwę ze środka kaczego żołądka. Twarda i gruba była, więcej zabawy sprawiała. Może Jura znajdzie kiedyś kaczkę, co sama padła, i przyniesie ją do chaty? Wtedy nie trzeba będzie jej zabijać.
Matula wstała, szurając chodakami po drewnianej podłodze. Zanurzyła palce w wodzie, po czym gliniany garnek z gwoździa zdjęła. Napełniwszy naczynie do połowy, zawołała mnie.
– Myj buzię – nakazała, jednocześnie schylając się po małą balijkę, którą wyciągnęła zza pieca.
Szybko kucnęłam i zaczęłam się myć, zastanawiając się przy tym, skąd matula wiedziała, co gdzie leży, skoro myśmy tu nigdy wcześniej nie były? Skąd Jurik wiedział, jak tu dotrzeć, kiedy szliśmy takimi szlakami, że cudem z życiem uszłam? A chata w środku na zamieszkałą wyglądała. Były tu garnki, skóry, ława ze stołkami, świece, noże oraz widelce. A nawet święte obrazy! Pewnie dziadek, tatko Jury, tu mieszkał, skoro go we wsi nie widziałam i nikt o nim nic nie mówił. Matula, nie zwracając uwagi na moje zmartwienia, poczęła grzebać w worku przez siebie przytarganym. Po chwili wyjęła z niego szczotkę do włosów, trzy mniejsze szczoteczki do zębów i kostkę mydła. Namoczyła w wodzie moją, najmniejszą ze wszystkich szczoteczek, po czym sięgnęła do okrągłego, sporego słoja stojącego na półce nad piecem. Z trudem go odkręciła. Zapieklony był. Zawartość słoiczka szybko rozpoznałam. We wsi wszystkie takie same były. Zanurzyła wilgotne włosie szczoteczki w białym proszku i poczęła myć mi zęby, delikatnie szorując najgłębsze zakamarki. Nie lubiłam słodko-kwaśnego smaku specyfiku, ale myć nim zęby musiałam, matula srogo tego przestrzegała. Szczęśliwa, że nastał koniec, z pomocą matuli zabrałam się do rozbierania. Gdy golusieńka weszłam do balijki i poczułam stopami ciepłą wodę, ścisnęło mnie w brzuchu. Zachciało mi się siusiu. Spojrzałam na matuś i wyszeptałam:
– Siku.
Miałam wrażenie, że zarusieńko pęknie mi pęcherz.
– Kucnij i sikaj – odpowiedziała spokojnie. – Najważniejsze już umyłaś.
Matuś ciepłą wodę z wiadra garścią nabierała i polewała mi plecy, a potem pod pachami i kolanami. Woda spływała po mnie przyjemnym strumieniem. Na końcu, gdy już prawie wszystko czyściutkie miałam, umyła mnie matuś tam, gdzie, jak to mawiano, słonko nie dochodziło. Na koniec szorstkim ręcznikiem dokładnie mnie okręciła i za czesanie się zabrała. Zimą nie myłyśmy głowy tak często jak latem.
– Włosy masz, Magduś, ciemniejsze niż torfowisko – przyznała, zaplatając je w długi warkocz. – Po ojcu – dodała szeptem, jakby własnego głosu się bała.
Suchuteńką poczęła mnie ubierać. Te same majtki z powrotem mi naciągnęła, aż pod sam pępek. Potem przyszła pora na grube rajtuzy, które piły mnie okropnie w palce, bo już za małe na mnie były. Tylko miękki podkoszulek z długim rękawem nie sprawiał mi bólu przy ubieraniu. A potem przyszła kolej na sztywną sukienkę zapinaną na plecach. Materiał, z którego była uszyta, gryzł niemiłosiernie pod szyją. Od razu czerwonych śladów po nim dostałam. I zostały tylko butki, czyli łapcie z łyka. Odziała mi nimi stópki, rzemykiem nad kostką zawiązała i gotowe. Czysta i głodna czekałam na dalszy obrządek dnia i na wszystko, co wiązało się z głuszcem. Z ciekawością, jakbym to po raz pierwszy w życiu widziała, obserwowałam, jak matula trzymała kura za czerwone nóżki – łebkiem do dołu – i wkładała go do wiadra z parzącą wodą. Zamaczała ptaka, okręcając go ostrożnie, a następnie wyjmowała, i po chwili ponownie do wrzątku wkładała. Robiła tak kilka razy, aż w końcu kura nad wiadrem trzymała, coby ociekł, po czym na stołku go ułożyła. Czarna główka znów zadyndała. Matula pod ławę się schyliła i drugi stołek spod niego wysunęła, a potem mi podała. Sama, klękając obok, za skubanie się zabrała. Chyba też głodna była, bo posępną minę miała i podkrążone oczy, jakby nocy nie przespała, a spała, bo się nie ruszała, gdy się do niej przytulałam. Chyba że tylko udawała.
Głuszec oskubany, wypatroszony i poćwiartowany. Radość ogromna, bo to rychłe jedzenie oznaczało. Matula z balijki wodę do wiadra przelała. Kożuch na plecy zarzuciła, chustą głowę opatuliła i wyszła po śnieg do gotowania. Patrzyłam przez okienko, jak daleko od chałupy odchodzi. Szła i szła, aż zniknęła mi z oczu. Chmura płatków śniegu zacinała, zamazując mi obraz. Odwróciłam się i na mięso spojrzałam. Z tak wielkiego ptaszyska mało co się ostało. Szybko wzrok przeniosłam na tobół, z którego matula szczoteczki do zębów wyjmowała. Wydawał mi się dużo ciekawszy niż mięso. Podreptałam do niego, rozplątałam sznurek i zajrzałam do środka. Własnym oczom nie wierzyłam. Jest! Matula zabrała ze wsi mojego zajczyka Szaratka. Przez wujka Wasyla własnoręcznie utkanego. _Czemu mi go wczoraj na noc nie dała?_ – pomyślałam ze smutkiem. _Płakałam za nim_. Z całych sił przytuliłam pluszowego przyjaciela, a potem, szczęśliwa, że jest przy mnie, odłożyłam go na bok. W worku mogły być jeszcze jakieś skarby. Wściubiłam głowę do środka i zabrałam się za dalsze grzebanie. Ubrania, słoiczki z nasionami, ziołami, przyprawami. I znowu ubrania. A na samym dnie książki. Oczywiście, że książki. Matula bez nich nigdzie się nie ruszała. Wyciągnęłam pierwszą od góry. To ulubiona powieść matuli _– Anna Karenina_. Od razu ją rozpoznałam. Tyle razy widziałam ją w matczynych dłoniach, że już na pamięć znałam niektóre jej fragmenty. Matuś najczęściej czytała w nocy. Przy blasku świec, kiedy wszyscy już spali. Nie usypiałam przy modlitwach, tylko przy szeptanych przez nią wersach dzieła Tołstoja. Lwa. Tak śmiesznie miał na imię. Jura się denerwował, gdy matuś czytała _Annę_. Nie lubił tej książki. W ogóle nie lubił książek. Gdy mnie matula sadzała na wprost siebie i kartkę z ołówkiem do rączek wciskała, on szybko mi go wyrywał i odciągał od lekcji, prowadząc na pole. Mawiał przy tym twardo: _ruki do roboty są stworzone, a nie pisania. Życie dla niej na wsi wybrałaś, boś miasta uroków już zaznała. Ty ne pam’yatayesh?_ I matuś zawsze wtedy płakała. A kiedy Jura łzy w oczach Jagusi widział, miękło mu serce i puszczał mnie do niej z powrotem. Książka Lwa wiele razy stawała się powodem ich kłótni. Ale matuś w ogóle często płakała. _Po co czytać coś, co smutek sprawia?_ – pomyślałam, wzruszając ramionkami. Nieważne! Ważne, że zajczyka swojego ukochanego mam. Z radości skoczyłam na równe nogi i tańczyć poczęłam. Tak wirowałam piruety, że nawet nie zauważyłam, kiedy matuś do chaty wróciła. A kiedy się zorientowałam, że stoi w izbie, wystraszyłam się jej. Chustka, co ją na głowie miała, i która przed wyjściem zielono-czerwoną barwę miała, teraz cała bieluśka od śniegu była. Złość na matulę szybko przegoniła strach.
– Czemu mi go nie dałaś?! – Wskazałam na zajczyka.
– Z tego wszystkiego zapomniałam.
– Ale jak mogłaś o nim zapomnieć? Przecież to mój przyjaciel.
Machnięciem ręki zbyła moje pretensje.
– Matuś, a gdzie Jura? Nie widziałaś go gdzie?
– Jury gdzieś nie widziałaś – powtórzyła po mnie, z naciskiem na poprawną wymowę. – Nie widziałam. Poszedł nad rzekę.
Wiadro ze śniegiem na piec postawiła, drzwiczki od dołu otworzyła, drewienek dodała, a dopiero potem za rozbieranie z kożucha się zabrała. Twarz matuli, zaczerwieniona od zimna niczym burak z warzywnika Jaromiry, znów wyglądała smutno. Ale matuś tak już miała… Nic to. Ważne, że Szaraczka miałam przy sobie!
W workach, jak się okazało, było jeszcze sporo do odnalezienia. W tym, co matula go taszczyła, było głównie jedzenie, ale i inne rzeczy: świece, zapałki, menażki.
– Są – powiedziała matuś, wyciągając zawiniątko.
– Co to? – spytałam, zaglądając jej przez ramię.
– Moje korale – odpowiedziała, rozpakowując pakunek. – Czerwieniutkie niczym paciorki jarzębiny. Połączone ze sobą w trzech sznurach. Piękne. Prawda, Magduś? – Z zachwytem przebierała paciorki w palcach. – Zobacz, od najmniejszych do największych. Każda dziewczynka by takie chciała. Ale nie możesz się nimi bawić.
Bardzo żałowałam, bo były naprawdę piękne. Chciałabym choć raz w nich pochodzić. Poudawać panią z miasta, ale korale schowane były. Teraz i matuś rzadko w nich chodziła. Jura zabraniał, bo takie to tylko paniusie z miasta mają. A w Zagórku, wsi gdzie babuszka z ciocią i wujkiem mieszkali, nie lubili miastowych. Dlatego, kiedy jeszcze tam byłyśmy, zawsze krzywo na nas patrzyli. Matula inna była niż niewiasty z Zagórka. Inaczej mówiła, inaczej się ubierała i nawet inaczej chodziła w swoich botkach na niewysokim obcasie. Tylko ona takie miała, toteż Jura się denerwował i na nią krzyczał, gdy w nich po wsi paradowała. Sukienki też miała inne niż wszystkie gospodynie. Spojrzałam na pochyloną nad garczkiem matulę, a potem na jej stopy. Drewniaki, które miała na sobie, w niczym nie przypominały pantofelków. Tak jak i ona cała nie przypominała już dawnej siebie. W czarnej spódnicy z ciężkiego sukła⁶ i gorsecie na plecach wiązanym, wyglądała na przytłoczoną obowiązkami. Nie uśmiechała się tak, jak wtedy, gdy chłopi się za nią oglądali, a Jurik za te ich spojrzenia krzyczał na matuś, jakby to jej wina, że piękną była. Władimir – mój jedyny przyjaciel z Zagórka – pewnego razu mi wytłumaczył, dlaczego na nas wszyscy dziwnie patrzyli. Mówił, że tutejsi mamusię moją za wiedźmę mieli. Rozigraną dziewuchę, która czarem urody ogłupiła Jurę – jurnego kosiarza, co powinien swoją poślubić, a nie obcą z miasta. Ale jak to z wiedźmami bywa, tak i z Jagusią było, że czarnej magii użyła i młodego Kazakowa wokół najmniejszego palca u ręki sobie owinęła. Biedak nie miał szans przed czarem. Ponoć, gdy Jura raz przypadkiem ujrzał Jadwigę w Pińsku, od razu stracił dla niej głowę. Czercicha idzie! – tak mawiały niewiasty ze wsi. Tylko wiedźma może chodzić w sukniach po błocie i ich nie brudzić. Pewno je czarami myła, bo mydłem i wodą tak łatwo błocka nie spierzesz, a jej wszystkie czyściutkie.
Teraz matuś w czarnej, mokrej do kolan sukni wyglądała jak wszystkie te niewiasty ze wsi. Głupi tam jednak żyli ludzie. Głupi, bo tak źle o nas mówili.
– Niedługo zjemy późne śniadanie i obiad zarazem – przemówiła, wyczuwszy, że ją obserwuję. – Muszę tylko coś sprawdzić.
Matula grzebała w workach przytarganych przez Jurę. Ciekawość aż mnie ściskała w środku. Musiałam wiedzieć, co w nich przyniósł. Podbiegłam do matuli i zajrzałam do środka tobołka. Od razu wyczułam zapach nafty, a więc gdzieś i lampa musiała być. Pewnie gdzieś spokojnie leżała opatulona w skórę. Matula też tak pomyśleć musiała, bo powolutku poczęła wyjmować przedmioty jeden za drugim i na bok ostrożnie je odkładać. Znalazłyśmy dwa sita. Jedno o większych oczkach, drugie o mniejszych. Takie same babuszka miała i w nich ziarna przesiewała. Na samym dnie coś nam mignęło. Jakieś dziwne przedmioty, oplecione rzemieniami. Gdy matula je wyciągnęła i położyła na podłodze, od razu do nich podeszłam. Nie umiałam się powstrzymać. Rozsupłałam jeden z rzemieni i wtedy zobaczyłyśmy, że to ostrza. Takie same, jakie Jura i wuj Wasyl mocowali na końcach kijów.
– Zostaw, bo się skaleczysz.
Nie posłuchałam. Przejechałam palcem po jednym z nich, żeby sprawdzić, czy naprawdę są aż tak ostre. I to był mój błąd. Miałam wrażenie, że przecięłam palec do kości. Ból pulsował, krew pociekła po ręce, a słone łzy po policzkach. Ze strachu, że matuś będzie krzyczeć, nie odezwałam się ani słowem. Tylko wtuliłam w nią i zapłakałam mocniej. Ale ona, gdy krople krwi zobaczyła, odsunęła się ode mnie i za rękę chwyciła, żeby sprawdzić dokładnie ranę. Bez krzyku, bez gniewu. Obejrzała palec, wytarła go szmatką, a potem przytuliła mnie i pocałowała w czubek głowy. Palec nadal bolał, ale już znacznie mniej.
Zupa z głuszca z kaszą smakowała mi jak żadna inna. Matula umiała gotować i z niczego potrafiła wyczarować pyszną strawę. Jurik chyba z daleka wyczuł zapach wywaru z kura, bo wrócił w chwili, gdyśmy zaczęły jeść. W ręce, odzianej w skórzaną rękawicę, trzymał ptaszysko, zamarznięte na kość.
– Wnyki rozstawione, a tok jegomościa skończony – powiedział, rzucając zdobycz na podłogę. – Jutro razem z Magdusią pójdziemy sprawdzić, czy coś się nie złapało w lesie.
– Ona jest za mała, żeby po śnieżycach za tobą ganiać – fuknęła matuś.
– Ale ja chcę! – zaprotestowałam.
– Uczyć życia się ma, a nie siedzieć przy piecu.
– Jest za mała! – powtórzyła z naciskiem.
– Zaraz siedem lat będzie mieć! Ja w jej wieku po trzęsawiskach na nagonkach latałem.
– Rozchoruje się. I co wtedy? Każesz jej chorej na wieś wracać przez to pustkowie?
– Mamuś, ale ja…
Wymierzyła we mnie ostrzegawczo palec, dając mi tym samym znać, bym już nic więcej nie mówiła. Jura bez słowa zdjął z siebie mokre ubrania, po czym nad piecem na sznurku je zawiesił. Tupnął buciorami, śnieg z nich strzepując i w końcu usiadł przy ławie. Zajął miejsce obok mnie, więc się do niego nieco przysunęłam. Matula w tej samej chwili wstała, aby naszykować mu posiłek. Po chwili wróciła i postawiła przed Jurą drewnianą michę z ugotowanym mięsem. Dopiero potem wróciłam do jedzenia zupy. Przy ławie cicho się zrobiło, a ja ciszy w ogóle nie lubiłam. Już miałam usta otworzyć, żeby o patroszeniu głuszca Jurze opowiedzieć, ale on spojrzał na mnie spod mocno ściągniętych brwi i pokręcił czarną czupryną. To był znak, że na opowiastki nie ma ochoty. Jura zazwyczaj był mrukliwy. Rzadko ze mną rozmawiał, ale ja się już do tego przyzwyczaiłam.
Gdy skończyliśmy jeść, legliśmy na odpoczynek. Ja z matulą na łóżku, a Jura, rozciągnięty na ławie w kącie izby, nucił pod nosem swoje pieśni.
– _Nezadowho pryjdie wiesna, bude czudowo_, Jaguś⁷ – stwierdził, ziewając przeciągle.
Zdawało mi się, że matuś się w kamień zamieniła – ani się nie poruszyła, ani nie przemówiła. Wbiła wzrok w belki, a po jej policzku spłynęła łza. Wsunęłam głowę pod jej pachę i oplotłam ramionami. _Czemu znowu płakała?_ – pomyślałam. Przecież Jura nic złego nie powiedział. Pogłaskała mnie po głowie, po czym wyszeptała:
– Idź po książkę. Pouczymy się trochę.
Zeskoczyłam z ławy i podeszłam do książek ułożonych na podłodze, jedna na drugiej. W pierwszej kolejności po Lwa sięgnęłam, ale szybko się rozmyśliłam. Jura nie lubił słuchać tej historii. Wiele razy zastanawiałam się, czemu aż tak go denerwowała ukochana powieść mamusi. Widocznie z czymś mu się kojarzyła. Z czym? Tego nigdy nikt mi nie powiedział. Zabrałam więc ze sobą _Przygody Olivera Twista_. Okładka była już wytarta na brzegach, a rysunek małego chłopczyka ledwo widoczny. Usiadłam na sienniku. Słoma przyjemnie zaszeleściła pod nami, kiedy obie usiadłyśmy na nim wygodniej. Matuś otworzyła książkę mniej więcej w połowie – w miejscu, gdzie ostatnio skończyłyśmy. Oliver szedł na pierwszy rabunek.
– Czytaj – powiedziała, wskazując palcem pierwszą literę.
Zaczęłam wymawiać powoli sylaby, jąkając się przy tym. Matuś kiwała głową, raz w górę, a raz w dół, a kiedy na końcu na głos przeczytałam całe zdanie: „Łapać złodzieja!”, uśmiechnęła się z zadowoleniem. Robiłyśmy tak długo, aż Juriś usnął i zachrapał głośno. Zaśmiałam się i co dziwne, matula też. Chyba trochę złość jej na niego przechodziła. Może już matula płakać nie będzie? Bardzo bym chciała, żeby tak było, bo kiedy oboje weseli są, to różne zabawy mi wymyślają. Jak się Jura obudzi to mu powiem, że się z niego obie śmiałyśmy. Z niecierpliwością wyczekiwałam chwili, gdy książka zostanie zamknięta, a tym samym skończy się nauka czytania. Powtarzałam bezbłędnie każde kolejne słowo, aż w końcu nastał upragniony moment. Historia Olivera Twista na dziś dobiegła końca. Zeskoczyłam z łóżka i podeszłam do ptaka, który leżał na podłodze. Przyjrzałam mu się uważnie, bo z daleka zdawało mi się, że drgnął. W tym samym czasie Jura się obudził i usiadł okrakiem na ławie. Przetarł oczy i spojrzał na mnie uważnie.
– On chyba jeszcze żyje – powiedziałam.
Dotknęłam palcem ciemnogranatowych piór, ale ptak nie zareagował. Jura podszedł z wolna i też mu się przyjrzał. Podniósł kura za łebek, po czym szybkim ruchem ukręcił mu kark.
– _Typer uże ne dychaje_⁸.
Rzucił ptaka na stołek. Podskoczyłam ze strachu. Łezki, które mi się pod powiekami zebrały, rozmazały cały obraz pieca. Matula, widząc, jak reaguję, szybko do mnie podbiegła i na ręce wzięła.
– Oszalałeś? Jak możesz robić takie rzeczy przy dziecku?
Jura nic nie odpowiedział. Milczący podszedł do pieca, wodę z wiadra przelał do garnka, a następnie począł się odziewać w kożuchy. Z pustym wiadrem znów wyszedł z chałupy.
– No już. Spokojnie, Magduś – wyszeptała mi do ucha, kołysząc na boki. – Ptaszek na pewno już nie żył. Nic go nie bolało.
Tuliłam ją mocno, chciałam się w nią wtopić. To nie jej wina, że Juriś w tak okrutny sposób skrzywdził ptaszka. Po chwili, gdy się już uspokoiłam, postawiła mnie na podłodze i sama podeszła do okna. Wyjrzała za okno smutnym wzrokiem. Śnieg odbijał promienie słońca tak mocno, że aż raziło. Światło padało jej na twarz, a wtedy matula wyglądała jak Panienka Przenajświętsza z obrazka wiszącego nad siennikiem. Skórę miała gładką jak płatek róży, nos prosty, a usta lekko wystające. Piękną miałam matulę. Chwyciłam ją za dłoń i wzrok ku niej do góry zwróciłam. Stałyśmy tak: ona wpatrzona w dal za oknem, a ja w nią.
Nim się obejrzałam, nastała noc. Na drugim końcu izby, zasłonięty ciemnością, mył się Jura. Matuś przekręciła się na bok i zaczęła mi opowiadać o Polsce. Mówiła o godle. O orle z rozpostartymi skrzydłami i złotą koroną na głowie, co ją niedawno dopiero odzyskał. Mówiła, że to symbol naszej wolności, waleczności i bohaterstwa. Że orzeł to my i z nim ma mi się zawsze ojczyzna kojarzyć. Wtedy Jura odchrząknął.
– _Klekotun buł by lepszom symbolom Polszy, jak toj oreł_ ⁹ – mruknął.
– Klekotun? – zapytałam radośnie.
– Bocian – odpowiedział.
– On zdecydowanie lepiej by się prezentował… – parsknęła. – Tylko dziób zlałby mu się z tłem.
– _Hajstra, tulki na biełum_¹⁰.
– Hajstra? – Zmarszczyłam czółko.
– _Heto czorny klekotun. Welmi rozumny. Ubiehaje od liudej i żywe w hlubyni liesu, dalyko od wsioho, szo dla joho hrozne_¹¹.
Nie wszystko rozumiałam, co Jura mówił, ale nie przeszkadzało mi to. Lubiłam go słuchać, kiedy mówił „po swojemu”.
– Pokażesz mi go kiedy?
– Kiedyś! – krzyknęła matuś. – Mów poprawnie.
Jura powoli położył się na sienniku, poduszkę słomą wypchaną poprawiał, coby mu lepiej na niej spać miało i utkwił wzrok w belkach poddasza.
– _Pryjdie wiesna to pujdem na bułota_¹².
– Lubię i bociany, i orły. – Zaśmiałam się.
– Jedne są dla tych, co walczą, a drugie dla tych, co wracają – wtrąciła matula. – I na tym już zakończmy spór. Pora na spanie.
Przytaknęłam jej kiwnięciem głowy, ale tym razem to do Jury się przytuliłam. Stopy odziane w rajstopki wsunęłam mu między łydki, a głowę na ramieniu oparłam. Jura zdmuchnął płomień świecy i izbę wypełnił mrok. Na polu wiatr wiał jak opętany. Pohukiwał groźnie i tłukł się w okna zmarzliną, jakby chciał wejść do ciepłej izby. Matula po chwili twarzą się do nas odwróciła, po czym pod przykryciem objęła mnie ręką. Jura nakrył jej dłoń swoją i wsłuchał się w dźwięki nocy.
– Słyszysz, Magduś? – zapytał. – Eto wilki.
Słyszałam je już dawno, ale ze strachu nie chciałam tego głośno mówić. Wilki mieszkają w głębinach lasu, razem z duchami lasowików, rusałek, biesów i wiedźm! Jaromira tak mówiła. Opowiadała też, jak wilki z chaty wyciągnęły niemowlę. Ponoć rozszarpały je w sekundę. Ludzi się nie boją, bo to psy piekielne są. Całą watahą chodzą, a najsilniejszy na końcu leniwie stąpa. Tego ostatniego bać się trzeba najbardziej, bo on jest najsilniejszy ze stada. On też sam może po mokradłach i lasach chodzić, a wtedy to biada temu, co go spotka na swej drodze. Przysunęłam się do Jury. A co, jeśli wilki przyjdą po nas? Jeszcze któryś rozbiłby okno, wskoczył do środka i co wtedy?
– Pomodlić się czas – odezwała się matula. – Ojcze nasz, Któryś jest w niebie.
– _Da swiatitsa Imia Twoje_. – Jura dołączył do niej.
– Przyjdź Królestwo Twoje.
– _Da budiet wola Twoja, jako na niebiesi i na ziemli_.
– Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj.
– _I ostawi nam dołhi nasza jako że i my ostawiajem dołożnikom naszym_.
– I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
– _Amiń_¹³.
– Amen. Amiń – powiedziałam, kończąc modlitwę sprawiedliwie.
Gdy zasypiałam, myśl mnie taka naszła: Jaromira, wuj Wasyl i Tatiana modlą się do Dadźboga, a my do Ojca Naszego Niebieskiego. Muszę matulę rano zapytać, który z tych Bogów jest prawdziwy. Ich czy nasz?
1 Ogniewica – gorączka.
2 Ale żywa jest, nic jej się nie stało.
3 Ale ona będzie!
4 Fragment tekstu ukraińskiej pieśni Hora za horoyu. Źródło: https://forum.dzikibez.pl/viewtopic.php?f=26&t=1660, dostęp: luty 2026.
5 Czorta za ogon.
6 Sukno – gęsta, ciężka i bardzo trwała tkanina, najczęściej wełniana.
7 Niedługo przyjdzie wiosna, będzie pięknie, Jaguś.
8 Teraz już nie oddycha.
9 Bocian byłby lepszym symbolem Polski niż orzeł.
10 Hajstra, tylko na białym.
11 To czarny bocian. Bardzo mądry. Unika ludzi i żyje w leśnych ostępach, z dala od wszystkiego, co mu groźne.
12 Przyjdzie wiosna to pójdziemy na bagna.
13 https://powp.wp.mil.pl/pozostae-2017-01-16-v/modlitewnik, dostęp: luty 2026.2
Matula wpierw sama się ubrała, a dopiero potem zabrała się za opatulanie mnie. Jura, już odziany, energicznie pocierał ostrze oszczepu o kamień. Rano, podczas posiłku, wytłumaczono mi, co dziś robić będziemy. Zaczniemy od spaceru po lesie. Wnyki trzeba posprawdzać, czy coś się w nie złapało, a przy okazji poszukać grubych gałęzi. Te potem wysuszymy na piecu i odłożymy na rozpałkę. Na końcu pójdziemy nad rzekę. Tam dopiero czeka mnie frajda, bo będziemy rozbijać lód. Jura wstał od ławy i podszedł do pieca. Kucnął przed małymi drzwiczkami od składziku, gdzie matuś układała drewno. Otworzył drzwiczki i zajrzał do środka.
– Drewek tyle co nic.
– A no nic – przyznała matuś.
Jura ze smętną miną podszedł do okna, wychodzącego na tył chałupy. Ściągnął brwi i przyjrzał się uważnie czemuś, czego ja widocznie wcześniej nie dojrzałam. A wydawało mi się, że obserwatorem byłam dobrym.
– Drewutnia pustkami zionie. – Machnął ręką. – Na wieś szybciej muszę wracać, niż mi się wydawało.
_Drewutnia?_ – pomyślałam. _Gdzie?_ Chciałam podejść do okna, ale matuś mnie zatrzymała.
– I same tak nas zostawisz? – zapytała.
– Wyruszę świtem, a wrócę w nocy. Ale wrócę przecie. Jedzenia przytargam, coby nam na dłużej starczyło. No i długą piłę przyniosę. Bez niej nici z grubego opału. – Westchnął. – Dałbym sobie ręce po łokcie uciąć, że ją jeszcze w lato tu widziałem.
Matuś nic nie powiedziała.
– Gdy już sprawdzimy las, pójdziemy przez wysoki bór do rzeki – kontynuował. – Tam poszukamy najlepszego miejsca na wykłucie przerębli. Weźmiemy z drewutni wędkę. Może uda się jakiego okonia albo chociaż babkę złowić.
Tyle przygód na nas czekało! Z niecierpliwości przebierałam nogami.
– Szybciej, matuś, bo się już pocę.
– Gotowe? – zapytał Jura.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_