Zanim wydasz wyrok - ebook
Mroczny i pełen emocji thriller psychologiczny autorki Dziewczyny z pokoju 12. Kolejna zaskakująca powieść mistrzyni thrillerów, autorki hitów: Córeczka, Tylko jedno kłamstwo, Nie ufaj nikomu, Nigdy nie zapomnisz.
Brytyjska autorka Kathryn Croft po raz kolejny udowadnia, że potrafi mistrzowsko budować napięcie i mylić tropy aż do ostatniej strony.
Nie zabiłem twojej matki. Ale wiem, kto to zrobił.
Jedno spotkanie wystarczy, by cały świat Jess zawalił się jak domek z kart. Gdy mężczyzna uznany przed laty za mordercę jej matki wraca i twierdzi, że został fałszywie oskarżony, wszystko, w co dotąd wierzyła, przestaje mieć sens. Każdy sekret prowadzi do kolejnego kłamstwa, a prawda, którą odkryje, może okazać się bardziej niebezpieczna niż wszystko, co znała do tej pory.
Mistrzowsko skonstruowany thriller pełen napięcia, emocji i rodzinnych intryg. Idealny dla fanów Lisy Jewell, Shari Lapena i B.A. Paris.
Opinie Czytelników Goodreads:
„Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Napięcie jest wyczuwalne od pierwszej strony, a każda scena idealnie buduje niepokój. Musiałam skończyć ten thriller na raz – genialny, mrożący krew w żyłach!”
„Rewelacja! Świetnie poprowadzona fabuła i doskonały styl. Książka, którą poleciłabym każdemu miłośnikowi dobrego thrillera.”
„Kathryn Croft znowu to zrobiła. Tyle zwrotów, tyle podejrzanych – aż do samego końca nie wiadomo, komu można zaufać. Thriller, który naprawdę trzyma w napięciu.”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8417-568-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KWIECIEŃ 1993
Park jest cichy tego ranka, w blasku słońca liście na kołyszących się leniwie gałęziach połyskują wieloma odcieniami zieleni. W tym ciepłym kwietniowym poranku nie ma niczego niezwykłego, nic też nie sugeruje, że wstający dopiero dzień może różnić się czymkolwiek od poprzednich.
Jest siódma piętnaście i Lori Gray nie ma powodów podejrzewać, że nie ujrzy kolejnego wschodu słońca, że nie zobaczy nigdy, jak jej córeczka dorasta i zmienia się w kobietę, że czas płynie leniwie, prowadząc ją ku czemuś niewyobrażalnemu, że ominą ją wszystkie te ważne wydarzenia, te pierwsze razy jej dziecka, całe to szczęście i troski, radości i obawy, których mogłyby doświadczyć wspólnie. A wszystko dlatego, że ktoś uznał, iż Lori nie powinno tutaj być.
Na razie cieszy się promieniami słońca, które muskają ciepłem jej skórę. Nie spodziewała się aż tak pogodnego dnia, dlatego zaraz po wyjściu spod prysznica nie posmarowała się kremem do opalania. Dobrze chociaż, że jej bobas jest bezpieczny pod budą wózka.
Idzie swobodnym krokiem, wioząc córeczkę przez park Clapham, a nuconą przez nią kołysankę uzupełnia świergot ptaków krążących nad jej głową. Tak dawno tego nie robiła. Jest przekonana, że nigdy więcej nie pozwoli, by coś jej w tym znowu przeszkodziło. Spogląda w dół na dziecko. Teraz jesteśmy tylko ty i ja.
Wdycha zapach świeżo skoszonej trawy, który przypomina jej szkolne czasy. Żałuje, że nie wiedziała wtedy, o ile łatwiej mogłoby potoczyć się jej życie, którego tyle jeszcze miała przed sobą. Nie spieszyłaby się aż tak bardzo z dorastaniem, gdyby wiedziała, z czym przyjdzie jej się mierzyć w pełnoletności. Ale co było, minęło, ma to już za sobą.
Jakie to cudowne uczucie, gdy na całym bożym świecie, w tym ogromnym mieście, są tylko ona i Jess. Wiele by dała, by zamknąć to cudowne uczucie w butelce i na zawsze je zapamiętać.
W tym momencie uświadamia sobie, że przed wyjściem na spacer zapomniała zjeść śniadanie. Kawa przecież się nie liczy? Nie przejmuje się tym jednak; teraz ważna jest tylko jej mała dziewczynka i to, że mogą w końcu żyć tak, jak chcą.1
TERAZ
Jess
Wie, że ktoś ją obserwuje, jest tego równie pewna jak zachodu słońca wieczorem. I nie chodzi wyłącznie o ostrzegający ją instynkt, bo tak samo ważne jest, że zauważa to, co innym umyka. Widzi wszystko. Nawet tycie detale, które umknęłyby uwadze innych. Połyskującą kropelkę deszczu na na wpół wyschniętym jesiennym liściu, zatroskanie malujące się na twarzach mijających ją ludzi, nawet to, jak ktoś zaczesał sobie włosy. Zauważa to wszystko, ponieważ życie zmusza ją do spostrzegawczości. Nigdy więcej nie przegapi tego, co ma przed oczami.
Umiejętność zapamiętania wszystkiego, na czym spocznie wzrok, sprawdziła się wielokrotnie i pozwoliła jej firmie fotograficznej na osiągnięcie sukcesu, choć jest jedną z tysięcy osób w Londynie, które zarabiają tak na życie, z trudem utrzymując się z uprawiania sztuki. Czymże jest jednak ten wymarzony sukces? Powinien dawać szczęście, a to nie jest jej chyba pisane. Zawsze będzie otaczać ją mur, przez który nie zazna nigdy prawdziwego spokoju. Z tym zdążyła się już pogodzić. To niesamowite, że po tym wszystkim, co ją spotkało, może nadal żyć.
Dzieje się to w wyjątkowo ciepły jak na luty piątek, późnym popołudniem. Gdy Jess idzie Camden Street, słońce grzeje, jakby opatuliła się grubym kocem. Często chadzała na takie przedwieczorne spacery, choć przesiadywała także całymi godzinami w swoim atelier, tego dnia uznała jednak, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza i sprawdzić, czy świat wciąż istnieje. Czasami odnosi wrażenie, że ściany jej studia zaczynają się niebezpiecznie zbliżać, grożąc uduszeniem, jeśli pozostanie między nimi zbyt długo.
Tego dnia ma zaplanowane wyłącznie zdjęcia robione w atelier i choć woli sesje w terenie – bo tam może rozwinąć kreatywne skrzydła – to nigdy nie odmawia zleceń.
Camden jak zwykle tętni życiem, pełno na niej Londyńczyków zajmujących się swoimi sprawami, co jest dla Jess pewnym pocieszeniem. Mieszkanie gdzieś na odludziu nie wchodzi w grę, na samą myśl o tym przeszywa ją zimny dreszcz. Wręcz paraliżuje. Jess potrzebuje obecności innych ludzi. Najlepiej, żeby to były tłumy. Musi otaczać ją nieustanny jazgot życia.
Zauważa kierującego się w jej stronę mężczyznę, jego wzrok spoczywa na niej o ułamek sekundy za długo. Nie rozpoznaje twarzy, ale jest pewna, że już go gdzieś widziała. Wygląda na pięćdziesiąt do sześćdziesięciu lat i raczej nie należy do jej klienteli – od dawna obsługuje wyłącznie młodych ludzi. Gdy ją mija, Jess odwraca z wolna głowę i widzi, że on także przystaje i spogląda w jej kierunku, przewiercając ją na wylot ciemnymi oczami. Dopada ją trudna do opanowania chęć ucieczki, instynkt wrzeszczy, że coś jest nie tak. Zastanawia się na tym, zachowując pełną czujność. Czy na pewno jest bezpieczna tutaj, pośrodku ruchliwej londyńskiej ulicy? Będzie miała setki świadków, jeśli cokolwiek się wydarzy.
Paranoja często kieruje jej osądami. Wydarzenia sprzed lat wciąż ją prześladują, mimo że nie może ich pamiętać. Jedyne, co wie na ten temat, to strzępki informacji zasłyszane od przypadkowych ludzi. Wszyscy jej znajomi wiedzą, że nie chce o tym słuchać. Nawet teraz, po tylu latach. Ale informacje z drugiej ręki świadczą o jednym: to zdarzenie nie dotyczyło jej, to po prostu rodzinna historia przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niewykluczone, że ten mężczyzna z kimś ją pomylił. Po prostu. Mierzy go ostrym spojrzeniem, potem odwraca się i rusza dalej, próbując zapanować nad oddechem.
– Jessica?
Zatem to nie pomyłka. Ten człowiek dobrze wie, kim ona jest. Odwraca się więc ponownie i przygląda mu uważniej: facet ma piwne oczy osadzone nieco zbyt blisko siebie, gęstą szopę nieuczesanych ciemnych włosów skręconych w jakże pożądane przez nią loczki. Nosi szary płaszcz, nieco za cienki jak na tę porę roku, choć trzeba przyznać, że tego dnia jest niesamowicie ciepło.
Stoi teraz nieco bliżej, wciąż nie spuszczając z niej wzroku, ręce trzyma w kieszeniach. Czas wiać. W jej głowie kłębią się coraz to gorsze wizje: wyciąga coś tą kościstą dłonią – czy tym razem będzie to nóż? – jej jasnoczerwona krew bryzga na płyty chodnika, zalewając szary beton. A ludzie mijają ich obojętnie, jakby nie wydarzyło się nic niezwykłego. Jess odgania od siebie te natrętne myśli, chce, by dały jej spokój; zaszła zbyt daleko, by pozwolić im na przejęcie kontroli. Te dni ma już za sobą. To po prostu ktoś, kogo nie zdołała zapamiętać, nic więcej się tutaj nie dzieje.
– A kto pyta? – Jej słowa brzmią ostro, ale szybko toną w pisku hamującego na jezdni autobusu,
Gdy się dowie, z kim ma do czynienia, pokaże temu facetowi, że jest kimś, z kim nie powinien zadzierać. Odzyska kontrolę nad sytuacją.
Sekundy mijają, a mężczyzna dalej gapi się na nią, nic nie mówiąc. Nie jest to jednak ani ostre, ani tym bardziej groźne spojrzenie. Zdaje się raczej, że mierząc ją wzrokiem, próbuje dobrać odpowiednie słowa.
Jess znów się odwraca, nie ma czasu na takie zabawy.
– Nie, zaczekaj. Proszę. – Mężczyzna postępuje krok do przodu, wyciąga przed siebie drżącą rękę.
– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – pyta Jessica o wiele bardziej zaczepnym tonem.
Mężczyzna nabiera głęboko tchu. Teraz już nie tylko jego dłoń drży, ale i reszta ramienia. Pewnie od narkotyków. Albo od alkoholu. Jest od czegoś uzależniony.
– Ja… ja… znałem twoją matkę. Miała na imię Lori… – Przerywa na moment, pozwala, by przyswoiła tę informację. – Czy możemy porozmawiać?
W tym momencie do Jess dociera, z kim rozmawia, choć nigdy wcześniej nie widziała jego twarzy. Spotkali się już kiedyś. Czuje ucisk w piersi, przez który ma trudności z oddychaniem. Zaczyna się dusić.
– Odczep się ode mnie.
– Proszę… – Znów wyciąga do niej rękę. Tym razem jest już pewniejsza. – Poświęć mi, proszę, kilka minut. Możemy porozmawiać tutaj, pośrodku chodnika, jeśli poczujesz się dzięki temu bezpieczniej. Daję słowo, że nie zamierzam cię straszyć ani sprawiać ci kłopotów. – Cofa się o krok, nabiera głębiej tchu. – Chcę tylko, żebyś usłyszała, jak wygląda prawda. Daję słowo, że później zostawię cię w spokoju. Nie zobaczysz ani nie usłyszysz mnie więcej, obiecuję.
Jess ściska w kieszeni alarm osobisty, jest taki chłodny i twardy pod jej palcami. Mogłaby go użyć w tym momencie i poczekać, aż trudny do zniesienia dźwięk rozerwie im bębenki w uszach, zwiększając jeszcze bardziej kakofonię ruchliwej ulicy. Dostrzega jednak w stojącym przed nią mężczyźnie pewną słabość, kruchość nawet. On błaga, by go wysłuchała, a to łagodzi jej nerwy.
– Mów, co masz do powiedzenia – żąda. – Ale nie podchodź bliżej. Zostań tam, gdzie jesteś.
Jeszcze moment i zapadnie się w sobie. Nigdy dotąd to uczucie nie było tak przemożne; zazwyczaj odsuwała od siebie tematy, o których nie chciała słyszeć, zamykała je w najgłębszych zakamarkach umysłu, by nigdy stamtąd nie uciekły. Mimo to ma już plan: pozwoli temu zwyrolowi powiedzieć, co tam chce, a potem mu pokaże, czego nauczono jej na kursie samoobrony. Kopnięcie karate, zanim zdąży mrugnąć, powinno załatwić sprawę. A gdy tylko padnie na ryj, ona zadzwoni po policję. Musi tylko dać mu chwilę, by przyznał, że zamordował jej matkę tamtego dnia w parku.
– Ja tego nie zrobiłem – wydusza z siebie tak cicho, że Jess ledwie go słyszy. – Ja nigdy bym… – Wygląda na załamanego. Ma wielkie czarne wory pod oczami, a jego skóra sprawia wrażenie tak cienkiej, że mogłaby pęknąć, gdyby ktoś jej dotknął. To Nathaniel. Nathaniel French. Mieszka samotnie w pobliżu parku. Właśnie te strzępki informacji Jess kiedyś dopuściła do siebie.
Ona także nabiera głębiej tchu.
– Wyśledziłeś mnie na ulicy, by powtórzyć kłamstwa wypowiadane wiele lat temu? Dwadzieścia osiem lat temu!
– Ja nie kłamię – zarzeka się. – Przysięgam, jestem niewinny. Nigdy bym nie zrobił czegoś tak… okropnego. – Cały dygocze, i to tak mocno, że Jess przez ułamek sekundy zaczyna mu współczuć.
Otrząsa się jednak z tego i cofa o krok.
– Dzwonię na policję. To podchodzi pod nękanie. – Sięga do kieszeni, wyjmuje komórkę.
– Nie, czekaj, proszę! Musisz poznać prawdę. Musisz ją usłyszeć ode mnie.
Mija ich kobieta w kostiumie, uśmiecha się, krocząc w kierunku stacji Camden. Nie zauważa płomieni trawiących Jess ani znaczenia słów wypowiadanych przez nich oboje.
– Jak mnie znalazłeś? – pyta Jess. – Nikt tutaj nie wie, kim jestem.
Musiała stać się osobą, która nie istniała przed ukończeniem dwóch i pół roku, wykasowanie tamtego czasu było jedynym sposobem, by poradzić sobie z traumą.
Mężczyzna odchrząkuje, by oczyścić gardło.
– Zajęło mi to sporo czasu. Całe lata. Znalezienie ciebie nie było wcale najtrudniejsze. O wiele bardziej przeżywałem to, że przyjdzie mi stanąć z tobą twarzą w twarz.
W tym momencie Jess odczuwa pragnienie, by wydrzeć się na niego, chwycić go za kołnierz i potrząsać tak długo, aż kości zaczną mu grzechotać, wydusić z gada, dlaczego odebrał życie jej matce. Lori nie miała z nim nic wspólnego, nawet się nie znali. Sprawa nigdy nie trafiła do sądu, ale wszyscy i tak uważali, że on to zrobił. Jesteś niewinny, dopóki ci czegoś nie udowodnimy, tak głosi prawo, ale pomiędzy czernią i bielą jest z tysiąc różnych odcieni. A ty czasami wiesz, jak wygląda prawda.
– Cóż takiego mógłbyś mi powiedzieć? – pyta Jess.
Ciekawe, czy zauważył, że jej także trzęsą się ręce. Wbrew pozorom została odsłonięta, zmartwiała z szoku, ale on był ostatnim człowiekiem na tym świecie, któremu mogłaby to ujawnić.
– Ja tego nie zrobiłem – powtórzył. – Wiem, że byłaś wtedy maleńka, ale musiałaś chyba coś widzieć. Może… po tylu latach udało ci się coś… przypomnieć?
Kręci z odrazą głową, gdy to słyszy.
– Miałam dwa i pół roku. Niczego nie zapamiętałam. A tym bardziej nie pamiętam teraz.
On chyba chce wysondować, czy ja coś wiem, tak, o to mu pewnie chodzi. Obawia się, że mogę pójść z tym na policję i zostanie aresztowany, że tym razem uda mi się go dopaść. Nikt nie może ukrywać się w nieskończoność.
– Ale mnie pamiętasz, nieprawdaż? Widziałem to po twojej minie, gdy na mnie spojrzałaś. Popatrz na mnie. – Podchodzi bliżej. – Przyjrzyj mi się uważnie. Wiesz dobrze, że to nie byłem ja, prawda? – Tym razem ma błagalny ton. Jest zdesperowany.
– Cofnij się! – Choć chciałaby mu wykrzyczeć w twarz, że się myli, to jednak pomyślała, że skądś go zna, gdy mijali się przed chwilą. Uznaje jednak, że zachowa tę informację dla policji. A jemu powie jak najmniej. – I nie, nie wiem, że to nie byłeś ty – odpowiada.
On znów podchodzi o krok.
– Wiesz, że mam na imię Nathaniel. Bardzo zależy mi na tym, abyś mi uwierzyła, Jessico. Ukrywałem się od tak długiego czasu, ale teraz chcę jedynie oczyścić swoje imię. Jeśli nie przed wszystkimi, to chociaż przed tobą. Tylko ty się teraz liczysz.
Jess czuje podchodzącą do przełyku żółć, gdy cofa się po raz kolejny.
On powoli potakuje głową.
– Boisz się mnie. To dla mnie w pełni zrozumiałe. Gazety zrobiły ze mnie potwora. – Prycha. – Na tym chyba polega ich robota. Dzień w dzień dziękuję Bogu, że w tamtych czasach nie było portali społecznościowych. Nie miałbym się jak i gdzie ukryć. Pewnie już bym nie żył. Ktoś by mnie zabił.
– Ale tego nie zrobił. I dzięki temu jeszcze żyjesz! – wrzeszczy Jess, nie mogąc uwierzyć, co słyszy.
Nathaniel zwiesza głowę.
– Wiem. Nie mogę narzekać na własne życie. Ty miałaś o wiele gorzej. A twoja mama… Lori…
– Nie życzę sobie użalania się nade mną – syczy. – Pomimo tego, co zrobiłeś, jakoś wiążę koniec z końcem.
Ten człowiek zniszczył życie tylu osobom, ale ona zrobi co w jej mocy, by jej nie mógł zaszkodzić.
French kręci powoli głową.
– Próbuję ci powiedzieć, że niczego nie zrobiłem. To nie byłem ja. Proszę, musisz mi uwierzyć.
Łzy gniewu walczą o uwolnienie, Jess powstrzymuje je resztkami sił.
– Byłeś wtedy w parku. Wszyscy o tym wiedzą. Sam to przyznałeś.
On znów odpowiada ze stoickim spokojem:
– Tak, byłem tamtego ranka w Clapham Common. Nigdy się tego nie wypierałem, ale nie zbliżyłem się nawet na moment do Lori.
– Powiedz dlaczego? Jeśli jesteś niewinny, jak twierdzisz, choć nawet przez sekundę w to nie wierzyłam, powiedz, co tam wtedy robiłeś. Czaiłeś się na przypadkową osobę, by ja obrobić? O to chodziło?
Jej krzyki zwracają uwagę przechodniów. Starsza kobieta zaczyna im się przyglądać. Marszczy brwi, ale w końcu daje za wygraną i rusza w kierunku przystanku autobusowego.
Nathaniel kręci głową.
– To… skomplikowane.
Jess ma już tego dość.
– Jesteś mordercą.
Zbierając się na odwagę, robi krok w jego kierunku. Wokół nich kłębi się tłum, nic jej nie może zrobić. Ma przewagę liczebną.
– Czekaj – prosi French głośniej, niż odzywał się do tej pory. – Pokażę ci coś, co powinno cię przekonać.
– Nie ma takiej rzeczy…
– Rzuć tylko okiem, proszę.
Sięga do kieszeni i wyciąga coś zdecydowanym ruchem. To zdjęcie, wyblakłe ze starości. Jess patrzy na nie i choć to trudne do uwierzenia, widzi tam siebie. Własne ciemne kręcone włosy i piwne oczy.
Ale to nie ona. Kobieta na zdjęciu jest jej matką, stoi z rękami zarzuconymi na szyję młodszej wersji mężczyzny, którego Jess ma teraz przed sobą, całuje go w policzek uszminkowanymi na różowo ustami. Takie zdjęcia robiło się kiedyś w automatycznych budkach, ludzie wychodzili na nich zazwyczaj paskudnie, jakby robiono je na policji.
Ale nie ci dwoje. Nie, ich oczy lśniły, gdy spoglądali na siebie, a nie da się przecież przerobić fotografii tak, by zafałszować prawdę kryjącą się w spojrzeniach.
– Nie rozumiem. Co to jest?
Nathaniel zwiesza ramiona.
– To jest dokładnie to, o czym myślisz, Jessico. Na tym zdjęciu jestem ja i twoja mama, Lori Gray. Kobieta, którą kochałem.2
LIPIEC 1992
Lori
Tego wieczora Lori jest mocno rozkojarzona, choć bardzo zależy jej na tym, by być z Dannym. Pracuje w dziale sprzedaży, co zmusza go do częstych podróży po całym kraju, ale zapewnia ją solennie, że nie zamierza robić tego wiecznie – planuje założyć własną firmę konsultingową. Lori nie bardzo wie, z czym może się to wiązać, Danny zazwyczaj zbywa ją półsłówkami i gdy zaczynają rozmawiać o jego pracy, jakby z góry zakładał, że nie będzie tym zainteresowana. Ale jest wręcz przeciwnie i wiele by dała, by raczył to zauważyć. Danny dokona oczywiście tego, co tam sobie zaplanował. Jest jednym z tych ludzi, którzy zawsze dostają to, czego chcą.
Tego wieczora spotykają się w mieszkaniu Lori w Clapham, mają cały wieczór tylko dla siebie trojga. Mała Jess już śpi, więc we dwójkę kończą kolację i choć Lori naprawdę stara się skupiać uwagę na słowach Danny’ego, jej myśli nieustannie dryfują. On mówi coś o tym, że mała rośnie jak na drożdżach, że zaskakuje go tym za każdym razem, gdy ją widzi.
– Ona swoje wie – rzuca, jakby mówili o dziecku innej kobiety.
Gdyby spędzał z nią więcej czasu, wiedziałby tyle, co sama Lori, a ją cieszy przecież, że córka ma taki mocny charakter. Jest dumna z jej niezłomnego ducha i zrobi wszystko, by taka już pozostała. Zdecydowała, że córka nie odziedziczy po niej żadnych wad.
– Nikt nie jest doskonały. – Danny wybucha śmiechem za każdym razem, gdy Lori wspomina, że nie jest zadowolona z siebie. – Nie bylibyśmy ludźmi, gdyby było inaczej. Pogódźmy się ze swoją niedoskonałością.
Lori uwielbia, gdy z jego ust padają takie frazy; w takich momentach wie, że i on wkłada w ten związek równie wiele, chociaż nadal nie są małżeństwem. To dowodzi, że jego zdaniem są prawdziwą rodziną, jednością, która nigdy się nie rozpadnie. Tak niestety nie jest i choć Lori bardzo nie chce stawić czoła tej prawdzie – jakakolwiek ona jest – to tego wieczora będzie musiała to zrobić. Jest pewna.
Tego dnia Danny odpowiada za gotowanie – zrobił spaghetti bolognese, które jej zdaniem jest o wiele lepsze niż jej własne – i nawet uśpił Jess, czytając jej ulubioną książeczkę o tym, jak tygrysek przyszedł na herbatkę. Wystarczyło posłuchać jej radosnych chichotów, by wiedzieć, że o tę książeczkę chodzi. Lori, słysząc ich głosy w kuchni, poczuła się nagle taka szczęśliwa, jakby ktoś przekręcił kontakt umieszczony w jej duszy. Nie pamiętała już, kiedy Danny czytał po raz ostatni jej córeczce. Zawsze była tylko praca, praca, praca. Ten ważny klient albo tamto pilne spotkanie. Ostro haruje, by zapewnić byt córce, za co jest mu niezwykle wdzięczna, chociaż mają przez to tak mało czasu dla siebie. Danny różni się bardzo od poprzednich facetów, z którymi się spotykała. Ma trzydzieści pięć lat, jest więc starszy i o wiele poważniejszy, a co istotniejsze, w odróżnieniu od konkurentów ma konkretne marzenia i aspiracje. Właśnie te cechy podobają jej się najbardziej. I właśnie dlatego poczuła się tak bardzo winna, gdy zaszła w ciążę.
Lori brała tabletki; to nie miało prawa się zdarzyć, ale przypomniała sobie po czasie, że była przez kilka dni tak bardzo chora, że nie umiała przełknąć nawet wody, co dopiero mówić o jedzeniu, a co za tym idzie – w tamtym miesiącu nie została odpowiednio zabezpieczona. A może chodziło o coś zupełnie innego i ta wpadka musiała jej się zdarzyć. Jakkolwiek było, nigdy nie żałowała, że mała Jessica przyszła na świat. Danny także dobrze to przyjął, powiedział nawet, że to błogosławieństwo i że chyba nie może być szczęśliwszy, chociaż nie mieszkali nawet razem.
Spodziewała się po nim dużej wstrzemięźliwości, ale nie dostrzegała wahania w żadnej z odpowiedzi, a mówił z szerokim uśmiechem na twarzy, od którego aż iskrzyło mu w ciemnych oczach. Potem się oświadczył, powiedział, że skoro spodziewają się dziecka, to powinni oboje szykować się do założenia prawdziwej rodziny i do rodzicielstwa, a potem przyjdzie czas na ślub, na który przyjdą ze swoją pociechą.
– Nie jesteś głodna? – pyta z troską Danny. – Zazwyczaj uwielbiasz moje bolognese. Właśnie dlatego je ugotowałem. – Okręca kilka nitek makaronu wokół widelca, jakby to było dziecinnie proste. Ona woli ciąć spaghetti na małe kawałeczki. Tak jest łatwiej.
– Możemy porozmawiać?
Teraz albo nigdy, powinna skorzystać z okazji, że on tu jest, a mała Jess już śpi; mają tylko niewielkie okienko czasowe, po którym dzieciak się zbudzi i będzie się domagał przytulenia. Lori to nie przeszkadza, jej córeczka ma dopiero dwa latka, dlatego potrzebuje każdej nocy obecności mamy. Tego wieczora jednak dobrze by było, gdyby mogła pobyć sama tak długo, jak będzie to możliwe.
Uśmiechnięty Danny odkłada widelec.
– Oczywiście. Jestem twój na całą resztę nocy. Co cię gryzie?
I tak to się zaczyna.
– Sporo ostatnio myślałam o moim życiu i… chcę zaprowadzić w nim kilka zmian. Za kilka lat będę już trzydziestolatką i…
Danny rechocze.
– Masz dopiero dwadzieścia sześć lat. Jeszcze ci sporo brakuje do trzydziestki.
Ignoruje jego komentarz, choć jest do bólu prawdziwy.
– Jess ma już dwa latka, a co za tym idzie, zaczyna więcej kojarzyć. Nie uważasz, że byłoby dla niej lepiej, gdyby widywała cię… nieco częściej i dłużej? – Milknie, by wybadać jego reakcję. Zazwyczaj nie ma problemu z odczytywaniem jego uczuć, ale tym razem nie umie powiedzieć, jakie myśli kłębią się w jego głowie.
– Rozumiem – odpowiada Danny, wciąż się uśmiechając. – Masz rację. Chyba powinienem lekko przystopować z robotą. Problem w tym, że przechodzimy naprawdę trudny okres i bardzo potrzebuję tego awansu. Obojgu nam by się przydał, nie sądzisz? Może wybierzemy się gdzieś razem na urlop? Zawsze marzył mi się wyjazd do Portugalii. A ty gdzie byś chciała się wybrać? Ale nie mówimy o turystycznych miejscówkach. Chciałbym doświadczyć tamtejszej kultury, a nie siedzieć bez końca na plaży. Ja taki nie jestem, znasz mnie przecież. Co o tym sądzisz?
Tak to właśnie z nim jest – gdy zaczyna perorować, Lori bardzo szybko traci wątek. Zatraca się w nim. Tonie w powodzi jego słów, ponieważ drań umie przemawiać z prawdziwą pasją. Tym razem nie może sobie na to pozwolić. To zbyt ważne dla niej. Potakuje więc zdawkowo.
– Tak, to brzmi całkiem nieźle, ale nie o tym chciałam rozmawiać.
Najpierw unosi brwi, potem mruży oczy.
– O co chodzi zatem?
– Czy ja naprawdę muszę ci to przeliterować? – Lori mówi te słowa zbyt głośno, musi bardziej uważać, by nie zbudzić Jess.
Mars nie opuszcza czoła Danny’ego. Przykro patrzeć na te głębokie bruzdy wyryte w jego skórze, a jest to wyraz wymierzonego prosto w nią zawodu.
– Obawiam się, że będziesz musiała to zrobić – odpowiada.
– Wprowadź się do nas. – Rzuciwszy tę kwestię w eter, nie zatrzyma się, dopóki nie powie wszystkiego. – Nie wiem, co cię jeszcze powstrzymuje, po pracy rzadko kiedy bywasz w swoim mieszkaniu. Dlaczego się go nie pozbędziesz? To zwykłe marnowanie pieniędzy. Przed urodzeniem Jess mówiłeś często, że powinniśmy to zrobić, ale później nie wspomniałeś o tym ani razu.
Danny kręci z wolna głową, nie odrywając wzroku od niedojedzonego makaronu. Spaghetti zdążyło już całkiem wystygnąć.
– Wiedziałem, że ten temat kiedyś wypłynie – mówi. – Miałem nadzieję, że podoba ci się tak, jak jest teraz. – Odkłada widelec, potrząsając głową. – Nie jesteś szczęśliwa, Lori? Czy nie kochamy się wystarczająco mocno? Czy tylko to się dla ciebie liczy? A co z tym, że jesteśmy dobrymi rodzicami dla naszej córeczki?
Tak wiele pytań – kłębią się w jej głowie, obijając o ściany czaszki, ale ona już wie, że za tymi słowami kryje się jedno: on nie chce z nią zamieszkać. Nigdy tego nie pragnął. A teraz zyskała pewność, że nigdy do tego nie dojdzie.
Przygląda mu się przez kilka chwil, nie mając pewności, jak powinna zareagować. Jeśli zgodzi się z jego słowami, już nigdy nic się nie zmieni, a ona zasługuje przecież na więcej. Musi zareagować, bronić swoich racji; czyż nie takiej postawy zamierza nauczyć Jess?
– Okej – odpowiada, zniżając głos do szeptu. – Chcesz przez to powiedzieć, że nie zamierzasz wprowadzić się do mnie i do swojej córki? Wolisz, abyśmy mieszkali osobno do końca życia? Nie zapomniałeś przypadkiem, że jesteśmy zaręczeni? To ty wyszedłeś z propozycją małżeństwa, nie ja. A Jess nosi twoje nazwisko.
– Tak, ale chodziło mi o odleglejszą przyszłość, gdy poukładam sobie sprawy w pracy i przywykniemy do rodzicielstwa. Teraz jednak wolałbym, żeby wszystko zostało po staremu… – Milknie, wyciąga rękę nad stołem, by ująć ją za dłoń. – Przepraszam, że cię zdenerwowałem. Kocham cię, Lori. Kocham was obie. Pobierzemy się i będziemy wiedli szczęśliwe wspólne życie, ale… teraz wolę, żebyśmy mieszkali osobno. Chcę mieć więcej swobody. Jestem szczęśliwy i nie chcę niczego zmieniać, ale to jeszcze nie znaczy, że cię nie kocham.
Lori wyrywa się z jego chwytu. Wie, że zachowuje się dziecinnie, może nawet strzela focha, ale zaczyna także czuć, że za moment straci kontrolę, jakby wszystko zostało już ustalone, z pewnością jednak nie tego pragnęła. Bez słowa wstaje od stołu, zabierając talerz z nietkniętym jedzeniem. Podchodzi do kosza na śmieci i wrzuca tam wszystko, skrobiąc długo widelcem po naczyniu, chociaż nic już na nim nie zostało.
– Jesteśmy razem od pięciu lat! – wybucha w końcu, podnosząc głos. – Dorobiliśmy się córki, a ty nadal masz opory przed wprowadzeniem się do mnie?
– Uspokój się, Lori. Zbudzisz Jess.
– Nic jej nie będzie! – wrzeszczy, po czym szybko zerka na monitor dziecka i oddycha z ulgą, widząc, że mała nawet nie drgnęła.
– Chyba lepiej będzie, jeśli już pójdę – stwierdza Danny. – Pozwolę ci ochłonąć. Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale… dzisiaj nie jesteś sobą.
Chwyta płaszcz i znika za zamykanymi ostrożnie drzwiami, zanim ona zdąży przeprocesować w głowie, co naprawdę myśli o tym, że Danny chce wyjść.
Lori stoi w oknie ukryta za welonem łez, przyglądając się, jak on przechodzi przez ulicę, by wsiąść do samochodu. Zerka w jej kierunku i chyba na mgnienie oka zamiera. Może zmieni zdanie i wróci? Moment później otwiera drzwiczki wozu i wsiada. Nigdy wcześniej nie czuła tak potwornego spazmu bólu. Owszem, jakiś czas temu chodziła z kilkoma mężczyznami, ale żadna z tych znajomości nie miała tak ogromnego wpływu na jej życie. Czuła ogromną więź z Dannym, nawet zanim dorobili się dziecka; przebywając w jego towarzystwie, czuła się taka spełniona, spokojna, jakby trafiła dokładnie tam, gdzie powinna być. Co zatem miało oznaczać to jego nagłe wyjście albo odmowa rozważenia pomysłu wspólnego zamieszkania, stworzenia rodziny, której pragnęła równie mocno dla nich obojga, jak i dla Jess?
Odchodzi od okna, dopiero gdy jego Volvo znika za rogiem, mija krótki przedpokój i zagląda do pokoju córeczki. Zanim przekroczy próg, rozgląda się po mieszkaniu, próbując spojrzeć na nie oczami Danny’ego. Owszem, nie jest specjalnie przestronne, ale za to cieplutkie i wygodne, poza tym nie musieliby w nim siedzieć do końca życia. Powinna mu o tym wspomnieć. Mogliby się przeprowadzić, gdzie tylko by chcieli.
Babcia powtarzała jej zawsze, żeby nie szła spać, gdy jest z kimś pokłócona. Co ja narobiłam? Muszę go przeprosić.
W pokoju córeczki przykuca przy jej łóżeczku. Jess wygląda tak spokojnie i promiennie, gdy śpi, w pewnym momencie z jej ust wyrywa się ciche chrapnięcie, to ono właśnie skłania Lori do bardziej stanowczej walki o rozpadający się związek. Zrobi wszystko, co w jej mocy, by Jess nie dorastała w rozbitej rodzinie. Chciała, by jej córeczka wiodła spokojne, dostatnie życie, czyli coś, czego ona już nie doświadcza.
– Chodź do mnie, maleńka – szepcze, wyciągając ręce w kierunku posłania. – Musimy iść i poszukać tatusia. Mam mu do powiedzenia coś, co nie może czekać.
Jess tak głęboko sypia, że nie budzi się, nawet gdy jest przenoszona do samochodu. A jeśli nawet się zbudzi, to kołysanie jadącego auta ponownie ją uśpi, gdy tylko Lori wyjaśni jej, że jadą szukać taty. Potraktują to jako kolejną zabawę i wszystko będzie w porządku.
Lori się uspokaja, jadąc pogrążonymi w mroku ulicami Londynu w kierunku Wimbledonu. Po zmierzchu ruch jest znacznie mniejszy i nie ma już korków. Pokonywała tę trasę tyle razy, powtarza też sobie, że jedzie po prostu w kolejne odwiedziny, jak zawsze, że equilibrium ich związku pozostało niewzruszone. Niestety, mocny ucisk na dnie żołądka jest wystarczającym dowodem, że okłamuje sama siebie.
Strach dopada ją ponownie, gdy skręca w ulicę, przy której mieszka Danny. Męczy ją przeczucie, że to nie skończy się dobrze. Po takim wybuchu może winić tylko siebie, jeśli w nią zwątpi. Ta Lori, którą dzisiaj zobaczył, nie była uległą kobietą, którą poznał w wypożyczalni wideo, gdzie pracowała dorywczo.
Jess nadal śpi na tylnym siedzeniu, gdy jej matka parkuje wóz. Pewnie lada moment się zbudzi, ale to nawet dobrze. Po wejściu do mieszkania Danny’ego położy się ją do łóżka, aby rodzice mogli porozmawiać w salonie.
Jedyne wolne miejsce parkingowe znajduje się po przeciwnej stronie ulicy. Intensywnie niebieskie drzwi domu, w którym mieszka jej narzeczony, po zapadnięciu nocy tracą wiele ze swojej niezwykłej jaskrawości. Wszystko wygląda inaczej po zmroku, myśli Lori, szykując się na nieuniknioną konfrontację. Nie spodziewa się jedynie, że zobaczy Danny’ego, który wychodzi właśnie z domu ze sportową torbą na ramieniu, zmierzając raźnym krokiem w stronę samochodu. Jest tak skupiony, że nie zauważa zaparkowanego tuż obok białego Peugeota.
W tym momencie dopada ją zwątpienie. Gdzie on się wybiera o tak późnej porze? Tu na pewno nie chodzi o pracę – ten wieczór jako jeden z nielicznych miał wolny. Pewnie zamierza wrócić do niej, by przeprosić i powiedzieć, że tak, oczywiście, mogą zamieszkać razem. Nie może chodzić o nic innego. Już ma wyjść zza osłony i oszczędzić mu niepotrzebnego powrotu do Clapham – obie przecież mogą przenocować u niego – ale jej córka budzi się w tej właśnie chwili i wybucha rozdzierającym płaczem.
– Och, kochanie – mówi Lori, próbując ją uspokoić. – Jesteśmy już u tatusia, nie masz się czym niepokoić. – Dziecko zaczyna się uspokajać. – Poczekaj jeszcze momencik.
Opuszcza szybę, by zawołać narzeczonego, ale jest za późno, bo zdążył już odpalić wóz i odjeżdża, nie oglądając się za siebie.
Nie ma wyjścia, musi za nim jechać, co robi rzecz jasna, pocieszając się cały czas myślą, że wracają oboje do jej mieszkania.
Mocno się jednak myli.
Niedługo później staje się jasne, że Danny nie kieruje się do Clapham, lecz jedzie przez Wandsworth w kierunku Putney, potem skręca w Hammesmith, zmierzając w stronę North Circular.
Znów ją nawiedza poczucie, że to nie może skończyć się dobrze. Że jakimś sposobem dotarła do początku końca.
Są już w Chiswick, w miejscu, którego nie zna i które ją niepokoi. Szybki rzut oka w lusterko wsteczne uświadamia jej, że Jess znów zasnęła: główkę oparła o siedzenie, a maleńki usteczka ułożyły się w literę O.
Kilka minut później Danny skręca w końcu w boczną osiedlową uliczkę. Lori parkuje daleko za nim, upewniając się, że nie zostanie zauważona. On jednak nie zwraca na nic uwagi, jest zbyt zaprzątnięty swoimi sprawami, by ją dostrzec. Nigdy nie rozumiała prawideł, którymi się rządził.
Lori nie musi wysiadać z samochodu. To, co widzi przez okno, wystarcza jej, by zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie poznała tego człowieka. I że nie powinien być ojcem jej dziecka.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że to ona popełniła straszliwy błąd.