-
nowość
-
promocja
Zanim zgaśnie dzień - ebook
Zanim zgaśnie dzień - ebook
Mason Scott żyje szybko, głośno i bez hamulców. Jest kolorowym ptakiem, ale też mistrzem udawania – przed rodziną, światem i samym sobą. Za pewnością siebie i ironią ukrywa uczucia, których nigdy nie miał prawa poczuć, i coraz trudniejszą do zniesienia samotność.
Ana Grace zaczyna od nowa. Po rozwodzie odbudowuje swoje życie kawałek po kawałku, próbuje być silna dla siebie i swojego syna. Nie chce zawiłości. Potrzebuje spokoju. Miłość nie znajduje się na liście jej planów, zwłaszcza taka, która mogłaby wszystko skomplikować.
Oboje są zmęczeni codziennością – i oboje nie wierzą już, że coś może ich jeszcze zaskoczyć.
Do czasu.
Między nimi rodzi się napięcie i… nie są w stanie się mu oprzeć. Spotkanie, w teorii nic nieznaczące, okazuje się początkiem drogi pełnej emocji, wyborów, konsekwencji i protestów ludzi ceniących bardziej wygodę od zrozumienia.
Czy uczucie, które najgłośniej wybrzmiewa wypowiadane, zanim zgaśnie dzień, będzie silniejsze niż pęta otaczającej obłudy i strachu przed porzuceniem bolesnej, ale jednak oswojonej rzeczywistości?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68587-89-0 |
| Rozmiar pliku: | 771 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Benson Boone – _If You Let Me Love You_
Daisy Gray – _Wicked Game_
David Guetta, Teddy Swims, Tones and I – _Gone Gone Gone_
Disturbed – _The Sound Of Silence_
Ella Henderson – _Yours_
Frank Sinatra – _Fly Me To The Moon_
Frank Sinatra – _My Funny Valentine_
Jack Savoretti – _Candlelight _
NIGHT TRAVELER – _Bad Enough_
Nina Simone – _Feeling Good_
Post Malone – _Silence_
Teddy Swims – _Lose Control_PROLOG
Mason
– Och, Masonie… – Dziadek z wysiłkiem dotknął mojej dłoni. Jego palce były pomarszczone, szczupłe i zatrważająco chłodne.
Wciąż nie umiałem się pogodzić z tym, że go tracimy.
– Dziadku… – Głos ugrzązł mi w gardle. Zazwyczaj słowa wypływały z moich ust jak rwąca rzeka, ale teraz nie potrafiłem sklecić nawet zdania.
– Jesteś światłem tej rodziny – powiedział. – Twoja babcia zawsze to wiedziała. Ja… ja również, chociaż mogłeś sądzić inaczej.
Nie chciałem spowiedzi, nie oczekiwałem, by wyznawał mi grzechy swojego życia. Nie mnie, nie człowiekowi, który każdego dnia gnał ku zatraceniu.
– Przestań, proszę. To nie jest czas na takie wyznania, bo…
– Umieram? – Ochrypły śmiech wypełnił pokój. – Właśnie dlatego to jest idealny czas, byś mnie wysłuchał. Mój piękny, kolorowy ptaku… – dodał z nostalgią, a moje serce zabiło szybciej niż zazwyczaj. Tylko on mnie tak nazywał i tylko wtedy, gdy byliśmy sami. – Twoje skrzydła nie trzepoczą jak kiedyś, mam rację? Są ciche. Cichutkie. Od dawna ich nie słyszę. – Pokręcił głową. – Nie pozwól, by ci je zabrali. Nie pozwól, by twój ojciec i brat ci je zabrali. By ten podły świat ci je odebrał…
– Ale…
– Życie to spektakl. Moja rola właśnie dobiega końca, ale to nie oznacza, że przedstawienie się kończy. Kocham mojego syna i Olivera, ale… – Urwał, biorąc głęboki oddech. – Masonie, nie daj się zepchnąć ze sceny, słyszysz? – Ścisnął moją dłoń mocniej. – Nigdy nie pozwól, by odebrano ci główną rolę. Wiem, że jesteś nieszczęśliwy. Czuję to każdą cząstką siebie, ale musisz zrozumieć, że ona nie jest dla ciebie.
Ogromna gula uformowała się w moim gardle. Nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa.
– Powinieneś odpocząć – oznajmiłem, wymuszając uśmiech. Przyszło mi to z łatwością, bo przecież robiłem to każdego dnia. Nieustannie. Mason Scott był nadwornym błaznem szanowanej rodziny. Tak było prościej. – Kocham cię.
Wstałem i poprawiłem marynarkę. Dziadek spojrzał na jej materiał i lekko się uśmiechnął.
– Szkoda, że twoja dusza nie jest równie kolorowa – stwierdził smutno.
– Czerń to też kolor. – Pochyliłem się i złożyłem pocałunek na jego czole.
– Będę się tobą opiekował – obiecał.
– Koniecznie, dziadku, koniecznie.
Wycofałem się i wówczas rozdzwonił się mój telefon. Sięgnąłem po niego i, widząc, że to z firmy, prychnąłem pod nosem. Nikt nie zawracał głowy ojcu czy Oliverowi, za to ja byłem traktowany tak, jakby stan dziadka mnie nie interesował.
Odrzuciłem połączenie.
– Wpadnę do ciebie później pod warunkiem, że nie będziesz gadał jak potłuczony.
Henry się roześmiał.
– Będę się pilnował – obiecał. – Trochę.
Przytaknąłem i ruszyłem do wyjścia. Gdy dotknąłem klamki, dziadek znów się odezwał:
– Masonie… Musisz przestać ją kochać. Wiem, że to trudne, ale ona nie jest dla ciebie. Linda nigdy nie odwzajemni twoich uczuć.
Przełknąłem ciężko.
Telefon znów zaczął dzwonić.
Zerknąłem na dziadka przez ramię.
– Wiem o tym…ROZDZIAŁ 1
Mason
– Kolano! Kolano! Łokieć! Tempo! Broda do klatki! – Krzyki Ajrana dźwięczały mi w uszach i docierały prawie do trzewi. – Mason! Stop! – warknął w końcu i to chyba pierwsza emocja, jaka zawładnęła nim dzisiejszego poranka. Opuścił tarcze i westchnął. – Co się dzieje?
Rozluźniłem mięśnie karku i przywdziałem na usta szeroki uśmiech. Dokładnie taki, jakim raczyłem wszystkich dookoła. Każdego dnia.
– Jest cholerna szósta rano. – Wzruszyłem ramionami. – Nawet mój fiut się jeszcze nie obudził.
Ajran nie wydawał się zaskoczony moją odpowiedzią… ale zadowolony też nie. Zsunął z rąk tarcze i odrzucił je na bok.
– Po co tu przychodzisz? – spytał poważnie, stając w lekkim rozkroku. Mimo przekroczenia sześćdziesiątki wciąż prezentował się całkiem nieźle. – Dobrze się zastanów nad odpowiedzią – dodał, gdy otwierałem usta, by się odezwać.
Zmarszczyłem brwi. Sięgnąłem po leżący na ławce ręcznik i wytarłem nim spoconą twarz, a następnie przewiesiłem go sobie przez bark.
– Trenować, to oczywiste. Nie jesteś aż tak przystojny – dorzuciłem nieco pobłażliwie.
– Nie przychodź więcej.
Słowa Ajrana uderzyły we mnie z siłą huraganu, a uśmiech momentalnie zszedł mi z ust. Trenowaliśmy razem już szmat czasu i byłem pewien, że to będzie trwało znacznie dłużej. Nigdy nie zadawał pytań – stawał naprzeciwko mnie i pozwalał uderzać, wykrzykując te cholerne komendy. To mi pomagało. Oczyszczało. Koiło. I co? Teraz miałem szukać nowego Ajrana? Nie, wykluczone. Mowy nie ma!
– Co to znaczy? – Uniosłem brwi. Udawanie głupka wychodziło mi perfekcyjnie.
– Dokładnie to, co powiedziałem. Jesteś nieskupiony, nieuważny i chyba niewyspany. Nie treningu ci potrzeba. – Pokręcił głową, a w jego oczach dostrzegłem coś, czego nienawidziłem.
Współczucie.
– Nie mogę mieć gorszego dnia? – rzuciłem prowokująco.
– Nie podczas moich zajęć – odparł oschle, a potem się odwrócił i ruszył prosto do wyjścia.
A ja zostałem sam.
Cisza nigdy nie była moim sprzymierzeńcem, więc lgnąłem do ludzi i miejsc, gdzie hałas był na porządku dziennym. Zatłoczone ulice, knajpy, do których wpadali miłośnicy happy hours, nocne kluby, podejrzane kasyna i bary ze striptizem. Szulernia w Saint Poison. Treningi, podczas których Ajran wrzeszczał polecenia. Nawet biuro rodzinnej firmy PowerTech wydawało mi się lepszym miejscem od własnego apartamentu, gdzie w upiornym milczeniu można było postradać rozum.
Po prysznicu wymknąłem się z budynku tylnymi drzwiami. Wrzuciłem do bagażnika torbę, a następnie wskoczyłem za kierownicę i spojrzałem we wsteczne lusterko. Faktycznie nie wyglądałem najlepiej, ale to dlatego, że od dwóch dni kiepsko sypiałem. Cóż, właściwie wcale. Znów.
Wyjąłem ze schowka telefon i sprawdziłem godzinę. Było wcześnie, ale mimo to postanowiłem, że udam się prosto do biura. O tej porze pewnie nie zastanę tam nikogo, ale poczekam cierpliwie, aż gwar rozmów wypełni korytarze, a nadąsana mina Olivera przywita mnie jak każdego ranka.
– Linda powiedziała, że nie może się do ciebie dodzwonić. – Brat posłał mi jedno z tych idiotycznych spojrzeń, którymi obdarzał niemal wszystkich oprócz Lindy i ich syna, a następnie zajął miejsce naprzeciwko mnie. Zatrzymał wzrok na fikuśnej miniaturowej figurce tancerki hula, która stała tuż obok rodzinnego zdjęcia. – Skąd masz to paskudztwo? – Skrzywił się i wziął ją do ręki, by lepiej przyjrzeć się detalom.
– Od Ethana – skłamałem. Sam ją sobie kupiłem, by udawać, że dostaję różne drobiazgi od przyjaciół…
– Nieważne. – Odstawił przedmiot. – Dlaczego nie odbierasz telefonów od mojej żony?
Oliver z łatwością nazywał Lindę żoną, mimo że przecież nadal nią nie była. Nie oświadczył się, chociaż Henry miał już sześć lat.
– Linda nie jest ani twoją żoną, ani moją opiekunką – stwierdziłem, wzruszając ramionami, i otworzyłem laptopa, gotowy, by zająć się nudną pracą. Z każdym dniem moje poczucie wypalenia tą firmą przybierało na sile i zastanawiałem się, kiedy osiągnie punkt krytyczny.
Oliver sięgnął po chusteczkę i dokładnie wytarł nią dłonie, jakby bibelot z lotniska miał go czymś zarazić. Naprawdę go nie rozumiałem. Lubiłem drobiazgi i pamiątki. Myślę, że to babcia zaszczepiła we mnie chęć zbierania wszystkiego, co może przywoływać pozytywne wspomnienia. Nie udało jej się to z Oliverem, który był na to zbyt zimnym draniem, ale ja? Zawsze czułem dziwną potrzebę otaczania się tym, co dobrze mi się kojarzy. Tancerkę kupiłem, ponieważ przypominała mi o Hawajach, a te z kolei o żonie i córce Ethana Moore’a.
– Pamiętasz o spotkaniu? – Oliver wstał i poprawił idealnie dopasowaną granatową marynarkę. Posłał mi też znaczące spojrzenie, którego szczerze nienawidziłem. Było w nim coś karcącego i ostrzegawczego. Mój brat zachowywał się, jakby uważał się za mądrzejszego ode mnie. To nie była prawda.
– Tak. Bar ze striptizem na rogu Rivington i Ludlow Street, dokładnie o północy – odparłem całkiem poważnie tylko po to, by go wkurzyć. Doskonale pamiętałem o spotkaniu biznesowym, na którym miałem zastąpić Olivera. Zawaliłem w życiu naprawdę wiele spraw, ale nigdy nie dałem plamy, jeśli w grę wchodziła firma.
Pokręcił głową i wyszedł.
Wówczas nastała cisza, którą przerywały tylko przeskakujące wskazówki dużego zegara zawieszonego na ścianie. Natychmiast poderwałem się z miejsca. Prężnym krokiem podszedłem do drzwi i otworzyłem je na oścież. Świat ruszył. Wciąż jakby obok mnie, ale ruszył, działał dalej.
Po spotkaniu z idiotą, z którym mieliśmy podpisać kontrakt, wróciłem do domu. Zrzuciłem z siebie ubrania i kompletnie nagi podszedłem do barku, gdzie od razu nalałem sobie alkoholu. Włączyłem również muzykę, by wypełnić jej dźwiękami nieznośną ciszę, a potem opadłem na kanapę i sięgnąłem po telefon. Wertując listę kontaktów, szukałem choćby jednego numeru, pod który mógłbym zadzwonić, by zamienić z kimkolwiek parę słów. Jak zwykle zatrzymałem się przy imieniu Lindy. Zawahałem się tylko przez moment, a potem mój palec prześlizgnął się po ekranie, by nawiązać połączenie.
– Mason? – odezwała się.
– Cześć, maleńka…
– Coś ważnego? Właśnie miałam kłaść Henry’ego do łóżka i poczytać mu bajkę.
– Nie, w sumie to nie. Zastanawiałem się tylko, czy… – Urwałem, gdy po drugiej stronie rozbrzmiał głos mojego brata.
– Poczekaj chwilkę, dobrze? – Linda zwróciła się do mnie, a sekundę później słyszałem już tylko szepty. Wkurzony Oliver pytał, czego od niej chcę.
_Samolubny sukinsyn._
Gdyby mój brat wiedział, czego naprawdę chcę od jego kobiety, pewnie by mnie zabił. Dlatego milczałem, udawałem i cierpiałem, ciesząc się jedynie z krótkich rozmów z nią, spotkań na lunch, gdy akurat znalazła czas, i z uroczystości w gronie rodziny, podczas których mogłem bezkarnie się na nią gapić. I czuć, że coś znaczę.
– Przepraszam, ale twój brat bywa naprawdę wścibski – powiedziała rozbawiona. – Coś się stało? Dziwnie brzmisz.
– Zastanawiałem się tylko… co kupić Henry’emu na urodziny. – Wymyśliłem to na poczekaniu, bo nie mogłem przecież powiedzieć, że chciałem usłyszeć jej głos. To byłoby żenujące.
– Och… – Linda się roześmiała. – Czy ja wiem? Myślę, że wystarczy mu twoja obecność. Wiesz, że cię uwielbia.
Henry uwielbiał mnie, a ja kochałem jego. Czystą, niczym niezmąconą i szczerą miłością, na jaką zasługuje każde dziecko. Dość często wyobrażałem sobie, jak by to było, gdybym pewnego dnia został ojcem – i ta myśl za każdym razem napełniała mnie przyjemnym ciepłem. „Tata”. Można usłyszeć coś piękniejszego?
– W takim razie będę musiał coś wymyślić. – Westchnąłem. – Jesteś bezużyteczna – zażartowałem, na co Linda zachichotała. _Kurwa, mógłbym tego słuchać na okrągło._
– Pewnie masz rację. Jeśli chcesz, możemy jutro wyskoczyć na lunch. Mam wolną godzinkę.
– Jasne. Zdzwonimy się?
– Odezwę się. Do zobaczenia.
Rozłączyłem się z myślą, że chciałbym słyszeć jej „Dobranoc” wyszeptane do ucha.
Poczuć to, co czuje mój brat każdego wieczoru i w każdej pieprzonej minucie swojego życia.
Chciałbym żyć jak on.
Odrzuciłem telefon i opróżniłem szklankę. Było późno, ale nie na tyle, bym mógł zasnąć, dlatego poszedłem prosto pod prysznic, a później udałem się do garderoby. Przez chwilę przekładałem wieszaki, aż w końcu zdecydowałem się na różową koszulę i jeansy. _Cholera, nieznośnie nudno jak na mnie._
– Naprawdę, kurwa, nuda… – wymamrotałem, ale mimo to ruszyłem do wyjścia.
Jeśli dudniące w piersi pierwsze dźwięki _Lose Control_ Teddy’ego Swimsa nie były tym, czego potrzebowałem, to niech mnie szlag trafi. Powietrze w klubie było gęste, ciężkie i duszne, a zapach perfum mieszał się z wonią alkoholu.
Usiadłem przy barze. Niemal natychmiast obok mnie pojawiła się długonoga blondynka w obcisłej kiecce. Posłałem jej szeroki uśmiech, proponując drinka w loży, a potem zaprowadziłem na górę. Doskonale znałem takie kobiety. Łaknęły emocji i atencji, a ja potrafiłem dawać i jedno, i drugie.
– Szefie. – Ochroniarz, którego mijaliśmy, kiwnął mi głową na przywitanie, a ja starym zwyczajem uścisnąłem mu dłoń i poklepałem go po plecach. Lubiłem gościa.
– Szefie? – zaszczebiotała moja towarzyszka, gdy weszliśmy do przestronnego pokoju, który skromnie nazywałem lożą. W rzeczywistości było to pomieszczenie, w którym zatracałem się niemal każdej nocy. Te ciemne ściany widziały niejedno. Od moich wzlotów po upadki.
Gestem zaprosiłem, by usiadła, a sam nalałem nam po drinku. Zbyt intensywny zapach jej perfum wywoływał u mnie mdłości, ale zignorowałem to uczucie i po chwili zająłem miejsce obok niej.
– Jak masz na imię? – wymruczałem, pocierając nosem jej policzek.
– Tally – odparła i upiła łyk alkoholu. Nie umknęło mi, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. – A ty?
– Mason.
Przez kilka chwil przyglądałem się, jak popija alkohol, a potem ostrożnie zabrałem jej szklankę i odstawiłem na stolik. Czubkiem języka dotknąłem kobiecej szyi. Kreśliłem mokrym koniuszkiem wzory na delikatnej skórze, czując, jak Tally zaczyna drżeć. Jej oddech przyspieszył, a przez cienki materiał sukienki dostrzegłem sterczące sutki. Moje palce natychmiast zawędrowały w tamto miejsce.
– Ugh… – sapnęła, wiercąc się w miejscu.
– Twarde… – mruknąłem z uznaniem i uszczypnąłem jeden z nich, wciąż liżąc jej skórę. – Jak mój kutas. Chcesz sprawdzić, skarbie?
Zawahała się, ale w końcu pokiwała głową, kiedy tylko zassałem skórę. Byłem pewien, że gdy jutro spojrzy w lustro, ujrzy na niej intensywnie różowy ślad mojego zainteresowania.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Oboje byliśmy nadzy i pieprzyliśmy się na kanapie. Siedziałem z rękami szeroko rozłożonymi na oparciu, a Tally ujeżdżała mnie z pasją.
Spojrzałem w jej zielone, zamglone pożądaniem oczy i wyobraziłem sobie, że są brązowe.
Dotknąłem jej jasnych włosów, wmawiając sobie, że są ciemne.
Udawanie weszło mi w nawyk tak bardzo, że czasem sam się w tym zatracałem.
– Przepraszam za spóźnienie. – Linda usiadała naprzeciwko mnie i zamówiła wodę, gdy błyskawicznie podszedł do nas ktoś z obsługi.
Spojrzałem na nią, unosząc jedną brew, i sięgnąłem po moją kawę.
– Zrezygnowałam z kawy – wyjaśniła. – Jak się miewasz? – Odłożyła torebkę i poprawiła fryzurę.
Wyglądała ślicznie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to za sprawą eleganckich ubrań czy perfekcyjnego makijażu, ale ja uważałem, że nie o to chodziło. Linda błyszczała czymś niematerialnym – pieprzonym szczęściem.
– Zrelaksowany. Wczoraj na przykład…
– O nie! – Pokręciła głową, chichocząc. Jej oczy rozbłysły blaskiem, który mógłbym podziwiać każdego dnia. – Nie chcę słuchać, co zrobiłeś jakiejś biednej dziewczynie.
Przyłożyłem dłoń do serca.
– Wcale nie była biedna – zaprotestowałem. – Raczej dość… radosna.
– Wierzę. Dlaczego nie było cię w zeszły piątek na kolacji? Isabell wydawała się zmartwiona.
Kelner przyniósł dla niej wodę. Linda podziękowała i uśmiechnęła się do niego promiennie, a gdy się oddalił, znów utkwiła we mnie wzrok.
– Co się dzieje? – spytała, poważniejąc.
Czasem to, że znała mnie tak dobrze, było moim przekleństwem. Udawanie przed całym światem przychodziło mi łatwiej niż przed nią.
– Wiem, że ostatnio nie mam dla ciebie zbyt wiele czasu, ale jeśli coś się dzieje, możesz mi powiedzieć, Masonie. Jesteśmy przyjaciółmi.
Wymusiłem uśmiech.
– Nic się nie dzieje, maleńka. Ostatnio mam trochę więcej pracy.
Nie powiedziałem jej, że Saint Poison w jednej trzeciej należy do mnie i pochłania znacznie więcej mojej uwagi niż rodzinna firma. To była moja mała tajemnica, którą nie zamierzałem się dzielić z nikim. Matka pewnie skrzywiłaby się z odrazą, uznając, że to mi nie przystoi, ojciec z miejsca by mnie skrytykował, a Oliver wyśmiał. Nienawidziłem takiego traktowania.
– Ale będziesz na urodzinach Henry’ego? – upewniła się.
– Oczywiście. Nie mógłbym tego przegapić.
Kiwnęła głową i napiła się wody. Zdecydowanie jej ulżyło.
– Jak fundacja? – Słysząc to pytanie, rozpromieniła się natychmiast. – Opowiadaj – zachęciłem ją, ciekawy postępów.
Linda z radością dzieliła się ze mną szczegółami – do momentu, gdy zadzwonił jej telefon. Zmarszczyła brwi i sięgnęła do torebki po komórkę. Krótkie spojrzenie na wyświetlacz wystarczyło, by jej usta ułożyły się w olśniewający uśmiech, który był zarezerwowany wyłącznie dla jednej osoby. I nie byłem to ja.
– Tak, kochanie? – odebrała. – Och… Dobrze, już jadę. Mhm… Możemy. – Przez chwilę przysłuchiwała się temu, co Oliver ma jej do powiedzenia, a potem się rozłączyła i zrobiła smutną minę. Sięgnęła też przez stolik, by dotknąć mojej dłoni. – Wybacz, Masonie. Muszę pędzić. Zobaczymy się innym razem. – Wstała pospiesznie i na pożegnanie pocałowała mnie w policzek, a potem wybiegła z restauracji.
– Innym razem… – powiedziałem do siebie. – Zawsze, gdy będziesz chciała…ROZDZIAŁ 2
Ana Grace
Spojrzałam na siedzącego obok piętnastolatka, który odkąd tylko wsiadł do auta pięć minut temu, zdążył fuknąć ostentacyjnie jakieś siedemdziesiąt razy. Ręce skrzyżowane miał na klatce, a wzrok utkwiony za szybą. Wmawiałam sobie, że obserwuje sportowy wóz jadący obok, ale prawda była taka, że nie chciał patrzeć na mnie.
– Jak minął dzień, kochanie? – Zatrzymałam auto na światłach i sprawdziłam godzinę. _Cudownie, jeśli dalej będziemy poruszali się w takim tempie, nie zdążę na czas do gabinetu._ – Wszystko w porządku?
– Nic nie jest w porządku – burknął pod nosem.
Trudno powiedzieć, dlaczego wciąż się łudziłam, że okres buntu w jakiś magiczny sposób ominie naszą rodzinę i nie będę musiała doświadczać tego, co moja mama z piątką dzieciaków. Chyba byłam naiwna.
– Jeśli coś się dzieje, porozmawiam z panną Dwayer i z pewnością…
– Ty nic nie kumasz, co? – W końcu Josh na mnie zerknął. Mięsień na jego szczęce drgnął, a w oczach oprócz złości dostrzegłam też żal. To moja wina, że znalazł się w takiej sytuacji. I to bolało znacznie bardziej niż jakikolwiek cios.
– Chciałabym, ale musisz mi na to pozwolić. – Światło zmieniło się na zielone, więc ruszyłam. – Wiem, że ta szkoła być może nie jest…
– Nic nie wiesz – przerwał mi. – Nic nie wiesz, mamo. Nie rozumiem, dlaczego nie mogłem zostać w Scarsdale z tatą – jęknął. – W czym Brooklyn jest dla mnie lepszy, co?
– Rozmawialiśmy o tym, Josh. Ja i tata się rozwiedliśmy i postanowiliśmy, że…
– Mam gdzieś, że się rozstaliście. Zabrałaś mnie z naszego domu, ze szkoły i od moich przyjaciół! Nie masz prawa pieprzyć, że rozmowa z panną Dwayer zmieni cokolwiek, bo tak się nie stanie!
– Wyrażaj się, młody człowieku! – rzuciłam, z trudem powstrzymując płacz. Nigdy nie okazywałam słabości przy synu. Właściwie, odkąd sięgałam pamięcią, pozwalałam sobie na łzy jedynie wtedy, gdy byłam sama. Nie chciałam, by Josh widział mnie kompletnie załamaną, a Richardowi po prostu nie zamierzałam dawać satysfakcji. – Kocham cię i, wierz lub nie, ale robię wszystko, byśmy jakoś ułożyli sobie życie. Mnie też jest trudno.
Żadne z nas nie powiedziało już nic więcej. Josh wrócił do gapienia się przez okno, z kolei ja skupiłam się na drodze, modląc się w duchu, by zdążyć na sesję z pacjentką. Nie mogłam pozwolić sobie na potknięcia, gdy zaczynałam tutaj praktycznie od zera. Dotychczas prowadziłam praktykę w Scarsdale, w gabinecie urządzonym specjalnie dla mnie w domu. Ale tamto życie zostawiłam już za sobą, dlatego praktyka na Brooklynie to był mój pierwszy krok, gdy podjęłam decyzję, że odejdę od Richarda. Całkiem możliwe, że bardzo chciałam udowodnić mu, że poradzę sobie bez niego.
Zaparkowałam niedaleko ceglanej kamienicy, w której wynajmowałam niewielką przestrzeń. Codziennie w duchu dziękowałam rodzicom za pomoc finansową, gdy na start musiałam wpłacić kaucję i podremontować lokal. Josh przypominał w tej chwili gradową chmurę, ale wciąż powtarzałam sobie, że to minie. Kochał ojca i nie mogłam go winić, że za nim tęskni – że tęskni za dawnym życiem.
Gdy tylko zgasiłam silnik, natychmiast wysiadł z auta i, nie oglądając się za siebie, ruszył w kierunku wejścia do budynku, po drodze kopiąc ze złością kamień. Przez chwilę przyglądałam się jego gniewnym krokom, aż w końcu ja również wysiadłam.
– To minie… – powiedziałam do siebie.
_Wszystko, co złe, kiedyś mija_. Uczepiłam się tej myśli, bo napawała mnie nadzieją.
– Powinnaś się wyluzować. – Margaret oparła się biodrem o kuchenną szafkę i sięgnęła po kieliszek z winem.
Postanowiła wpaść do mnie z niezapowiedzianą wizytą, by poprawić mi humor. Gdy spytałam, skąd pomysł, że mój humor jest zły, odparła, że nie miewam w ostatnim czasie dobrych. Cóż, racja.
– Jestem matką. Już nigdy nie będę wyluzowana – odparłam, obracając w palcach nóżkę od kieliszka. Trunek znajdujący się w środku lekko się zakołysał.
– I co z tego? – prychnęła. – Jesteś gorącą mamuśką i zasługujesz na odrobinę przyjemności. Josh nie ma pięciu lat. To nastolatek. Teraz sądzisz, że tak powinna wyglądać twoja codzienność, ale za kilka lat się obudzisz i stwierdzisz, że twój dorosły syn ma swoje życie, a ty wciąż tkwisz w naprawdę posranej rzeczywistości. Nie chcę cię wtedy oglądać. – Skrzywiła się i jednym łykiem opróżniła szkło, a następnie sięgnęła po dolewkę.
– Josh jest wściekły, że nie mieszka z ojcem.
– Nie byłby, gdyby miał pojęcie, jaki sukinsyn go spłodził.
– Nie chcę do tego wracać, poważnie. Chcę żyć. Po prostu.
– Rozwiedliście się pół roku temu. – Margaret odstawiła alkohol i usiadła obok mnie. Zaciętość w jej spojrzeniu zmieniła się w coś miękkiego, przypominającego współczucie. – Żyjesz jak zakonnica – wytknęła mi.
Przewróciłam oczami. To zdanie padało z jej ust dość często i miało na celu zmusić mnie do wyjścia z domu i znalezienia mężczyzny, który „spełniałby moje seksualne zachcianki”, których nawet nie posiadałam.
– Mam syna.
– I waginę, która potrzebuje towarzystwa. Kiedy ostatni raz ktoś ją odwiedził?
– Jezu… – Pochyliłam się i przytknęłam czoło do chłodnego blatu, po czym westchnęłam ciężko. Kumplowanie się z Margaret byłoby znacznie prostsze, gdyby czasem umiała się powstrzymać od mówienia tego, co myśli.
– Wiesz, że mam rację. – Poczułam na plecach jej dłoń, którą wykonywała powolne i koliste ruchy. – Nikt nie każe ci się wiązać z kolejnym mężczyzną, ale nie możesz tak żyć. Jesteś lekarką, zapewne wiesz, że brak regularnych orgazmów prowadzi do nieodwracalnych zmian w mózgu.
– Powinnaś już iść – wymamrotałam.
– Powinnaś kogoś bzyknąć, Ana.
– Idź już, na Boga – jęknęłam z głową wciąż opartą o wyspę.
Margaret wstała i, śmiejąc się jak wariatka, zarzuciła na siebie swój gruby, wzorzysty sweter, a następnie ruszyła do wyjścia, mamrocząc pod nosem coś o tym, że jestem milfem. A ja zostałam sama z tymi wszystkimi idiotycznymi myślami, które wciąż zalewały mój umysł. Same pytania, żadnych odpowiedzi.
Posprzątałam kieliszki, a niedopite wino wstawiłam do lodówki. W drodze do łazienki zajrzałam jeszcze do pokoju Josha. Spał. I nawet wtedy był irytująco podobny do swojego ojca. Prosty nos, pełne usta i kręcone, niemal czarne włosy. Ten dzieciak nawet w jednym procencie nie przypominał mnie. Pieprzone geny Callowayów. W końcu się wycofałam i poszłam prosto pod prysznic, by zmyć z siebie to, co pozostawił na mojej skórze kolejny parszywy dzień. Możliwe, że razem z wodą po mojej twarzy spłynęło też kilka łez.
Następnego ranka Josh był wyjątkowo milczący. Nie miałam pojęcia, czy wynikało to z naszej kłótni, czy może znów rozmawiał z ojcem. Richard był świetnym kardiologiem, ale niestety jeszcze lepszym manipulatorem. Po każdej rozmowie z nim syn przez kilka dni zachowywał się wobec mnie inaczej.
– O której kończysz? – spytałam łagodnie i wgryzłam się w tost posmarowany masłem orzechowym oraz dżemem. – Nie wiem, czy zdążę po ciebie przyjechać, mam dziś pacjentów do późna.
– Luz. – Josh wzruszył ramionami, nawet na mnie nie patrząc. – Wrócę sam.
– Wpadniesz do gabinetu?
– Raczej nie – mruknął, sięgając po sok.
– Moglibyśmy pójść gdzieś wspólnie na obiad.
– Nie chcę, może innym razem. – Wstał i ruszył do wyjścia, nawet na mnie nie patrząc.
Powinnam zwrócić mu uwagę, że nie posprzątał po sobie talerza, ale uznałam, że byłoby to jak dolewanie oliwy do ognia.
Spędziłam w domu jeszcze pół godziny, a potem pojechałam prosto do pracy.
Okolica, w której znajdował się mój gabinet, wydawała się wręcz bajecznie piękna. Mnóstwo zieleni, rzeźbione fasady budynków, urokliwe kawiarnie, sklepy i piekarnie. Cisza, spokój. Czyli dokładnie to, czego było mi potrzeba. Na trzecim piętrze jednej z kamienic przy Montague Street miałam do dyspozycji dwa przechodnie pomieszczenia. W pierwszym urządziłam przytulną poczekalnię z mnóstwem roślin oraz miejsce dla Brie, mojej asystentki, w drugim zaś znajdował się gabinet, gdzie przyjmowałam pacjentów. Umieszczona na drzwiach złota plakietka z wygrawerowanym moim nazwiskiem była jak wisienka na torcie i każdego dnia niezmiennie napawała mnie ogromną dumą. Po latach życia w cieniu utalentowanego męża w końcu mogłam zabłysnąć. Stałam się „doktor Whitlow”, a nie tylko „żoną doktora Callowaya”. To przyjemna odmiana, z którą niestety zwlekałam zbyt długo.
– Brie, dzień dobry. – Uśmiechnęłam się na widok drobnej brunetki za biurkiem.
Pracowała ze mną od dwóch miesięcy. Zatrudniłam ją, ponieważ papierkowa robota odrobinę mnie przerastała, a ta dziewczyna okazała się naprawdę świetna. Była bystra i sumienna.
– Ana! Jesteś dziś wcześniej – zauważyła, unosząc idealnie wypielęgnowaną ciemną brew. Sięgnęła po plik kopert i wręczyła mi je.
– Mam kilka rzeczy do nadrobienia, zanim pojawi się pierwszy pacjent. – Pobieżnie przejrzałam pocztę, stwierdzając, że są to głównie reklamy i w zasadzie nadają się jedynie do wyrzucenia.
Brie przyglądała mi się uważnie, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Coś się stało? – Zerknęłam na nią.
Pokręciła głową, a ja ruszyłam do gabinetu.
– Tylko się na mnie nie gniewaj! – zawołała za mną.
Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi, dopóki nie otworzyłam drzwi. Na szklanym stoliku czekała na mnie niespodzianka – ogromny bukiet. Czerwone róże, których zapach wypełniał pomieszczenie i drażnił nos. Momentalnie na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, bo te kwiaty przysłał oczywiście mój były mąż. Myślałam, że w końcu da sobie spokój, ale najwidoczniej uznał, że lata spędzone u jego boku to za mało, bym miała go dość.
– Brie? – jęknęłam. – Dlaczego ich nie wyrzuciłaś?
Po pierwszym bukiecie, który przysłał Richard, poprosiłam moją asystentkę, by nigdy więcej nie przyjmowała żadnych upominków od niego, ale – jak widać – miała to gdzieś. Brie była niepoprawną romantyczką, która nie wiedziała, jaki był powód mojego rozwodu, dlatego wydawało jej się, że w ten sposób przyczyni się do ponownego wybuchu wielkiej miłości między mną a Richardem.
– Nie gniewaj się, są takie piękne – zaszczebiotała. – Wiem, wiem, nie chcesz ich, ale…
– Brie… – wzięłam głęboki oddech – …zabierz je stąd. Proszę.
Dziewczyna szybko kiwnęła głową i po chwili ulotniła się razem z tymi cholernymi chabaziami. Niestety ich zapach wciąż unosił się w pomieszczeniu, dlatego natychmiast otworzyłam okno na oścież. To nie tak, że nie lubiłam kwiatów, ale czerwone róże wywoływały we mnie wspomnienia związane z Richardem, a chciałam się ich pozbyć.
Mniej więcej w porze lunchu do gabinetu wparował Josh. I pewnie by mnie to ucieszyło, gdyby nie gigantyczny siniak na jego twarzy.
– Chryste, Josh! – Zerwałam się z miejsca i w dwóch krokach znalazłam tuż przy nim. Chwyciłam jego twarz w dłonie, by lepiej mu się przyjrzeć. – Josh…
– Nic mi nie jest – mruknął, a po chwili się skrzywił. – Tylko trochę piecze.
– Co ci się stało? – Pomogłam mu usiąść i kucnęłam przy nim. – Boże, Josh… Coś ty narobił…?
– Ja? A nie pomyślałaś, że to nie jest moja wina? Tylko tej cholernej szkoły?! – wrzasnął. – Nienawidzę tego miejsca. – Spojrzał mi w oczy. Nie kłamał. – Nienawidzę.
Pozwoliłam mu pojechać do domu, chociaż wolałabym go mieć na oku. Nie powiedział, co się wydarzyło, ale miałam zamiar wrócić do tej rozmowy.
Gdy ostatni pacjent opuścił gabinet, wybrałam numer wychowawczyni Josha.
– Pani Calloway. – Panna Dwayer odebrała po trzecim sygnale. Słyszałam przeraźliwy wrzask jej pupili. Zazwyczaj nie oceniałam ludzi, ale sześćdziesięcioletnia singielka, która mieszkała z kilkoma kotami, raczej nie wzbudzała mojego zaufania w kwestii porad rodzicielskich. – Miałam do pani telefonować.
– Whitlow – poprawiłam ją. – Proszę mi powiedzieć, co się dziś wydarzyło. Mój syn wrócił ze szkoły posiniaczony. Naprawdę się staram, by jakoś…
– Josh wszczął bójkę – oznajmiła. – Pobił kolegę z klasy. Podobno już wcześniej dochodziło między nimi do jakichś przepychanek, ale dziś… no cóż, zdaje się, że problem eskalował.
– Wcześniej? Jak to? Chryste… – Odchyliłam głowę i zatrzymałam wzrok na suficie. Josh ani słowem nie wspomniał, że ma z kimś problemy. Owszem, narzekał na szkołę i nauczycieli, ale sądziłam że jest po prostu zły, bo musiał się przeprowadzić.
– Powinna się pani pojawić w szkole. Wiem, że jest pani psychologiem, ale najtrudniej pomaga się bliskim. Poza tym musimy omówić, jak Josh nadrobi zaległości.
– Zaległości? – Usiadłam prosto.
– Tak, ominęły go dwa duże projekty w grupach. Tydzień nieobecności to całkiem sporo, ale cieszę się, że już wyzdrowiał.
_Tydzień. Nie było go w szkole przez tydzień…_
Wzięłam głęboki oddech, starając się zabrzmieć swobodnie.
– Czy powinnam przesłać jakieś… zaświadczenie od lekarza?
_Powinnaś dać gnojkowi szlaban!_
_Ale tego nie zrobisz._
– Och, nie, pan Calloway już się wszystkim zajął. Na przyszłość proszę pamiętać, że nieobecność ucznia zgłaszamy natychmiast.
Przez kolejne kilka minut panna Dwayer opowiadała mi o możliwych formach wsparcia, jakie oferuje dzieciom szkoła, a ja po prostu przytakiwałam, by jak najszybciej się rozłączyć, bo o tym wszystkim wiedziałam, wielokrotnie współpracowałam z pedagogami szkolnymi, gdy prowadziłam terapię dla dzieci.
Kiedy się pożegnałyśmy, od razu wybrałam numer Richarda.
– Grace, kochanie – odezwał się uprzejmie, a ja, słysząc ten ton, poczułam przebiegające po kręgosłupie ciarki. – Coś się stało?
– Powiedziałeś, że kochasz Josha… – Nic nie mogłam poradzić na to, że mój głos się załamał, a do oczu napłynęły łzy.
– Kocham was oboje.
– Przestań – syknęłam. – Rozmawiałam z jego wychowawczynią. Gdybyś go kochał, nie zachowałbyś się w ten sposób.
– Och, o to chodzi – rzucił lekceważąco, jakbym poinformowała go o pogodzie. – Josh chciał odpocząć.
– On musi chodzić do szkoły.
– Mój syn cierpi, Grace. Ja cierpię. Jestem pewien, że ty również, ale jesteś zbyt uparta, by się do tego przyznać. Ten wyjazd do Nowego Jorku był skrajnie nierozsądny i tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że potrzebujesz pomocy, kochanie. Josh cię znienawidzi, to tylko kwestia czasu.
– Wiesz co? Pieprz się!
Rozłączając się, słyszałam śmiech Richarda.
– Pieprz się, draniu… – wymamrotałam pod nosem, czując, jak po policzkach spływają mi łzy.