Zapach prawdy - ebook
Zapach prawdy - ebook
Ciało Adama Korczyńskiego, profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, znanego w całym świecie orchidologa, zostaje znalezione w lesie. Policja stwierdza brutalny mord. W trakcie rutynowych czynności śledczych funkcjonariusze odkrywają tajemniczy zapisek. Ustalają też, że z domu denata zniknął rzadki, XIX-wieczny album botaniczny. Czy jego kradzież jest motywem zbrodni? A może ta wiąże się z cennym okazem storczyka? Sprawa komplikuje się dodatkowo wraz z ogłoszeniem testamentu profesora. Bardzo zaskakującego testamentu…
Oficjalne śledztwo powierzone zostaje komisarzowi Michałowi Orskiemu. Na prośbę wnuka profesora zagadkę morderstwa stara się rozwikłać również mecenas Anita Herbst. W ogrodzie willi naukowca natrafia na szkielet, który znika tuż przed przyjazdem policji...
Jaki rezultat przyniesie podwójne śledztwo?
Pierwsza książka o dociekliwej mecenas Anicie Herbst i komisarzu Orskim z nowej serii kryminalnej Pensjonat Biały Dwór.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66201-08-8 |
| Rozmiar pliku: | 926 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Hanna nie mogła dłużej biec. Musiała się zatrzymać, żeby złapać oddech. To był jeden z tych momentów, kiedy boleśnie odczuwała, czym jest starość. Ciało coraz częściej odmawiało jej posłuszeństwa. Zacisnęła pięści, przeklinając własną słabość. W oddali majaczył już zarys willi profesora.
Po chwili, sapiąc z wysiłku, ruszyła przed siebie. Z gęstniejącego mroku powoli wyłonił się szary budynek. Przed bramą wjazdową stał wysłużony ford.
Nie powinno go tutaj być, pomyślała.
Mimo to ciągle miała nadzieję, że nie stało się nic złego. Szybko podeszła do drzwi i zdecydowanym ruchem nacisnęła dzwonek.
Minęła minuta, może dwie, ale nikt nie otworzył.
Nie zamierzała dłużej czekać. Wyciągnęła z torebki klucz, przekręciła go w zamku, po czym wkroczyła do holu. Dopiero wtedy poczuła się nieswojo. Ogarnęło ją nieprzyjemne wrażenie, że ktoś na nią patrzy.
– Profesorze, jest pan tu?
Odpowiedziała jej tylko głucha cisza. Dom wydawał się pusty i ponury. Przez nieszczelne okna ciągnęło wilgotnym chłodem sierpniowego wieczora. Wnętrza tonęły w ciemnościach.
Po omacku dotarła do salonu. Wypełniał go bardzo intensywny zapach. Słodki, egzotyczny, mógł kojarzyć się z kosztownymi perfumami, ale Hanna doskonale wiedziała, że z perfumami nie miał nic wspólnego. Wydzielał go pewien storczyk z rodziny Oncidium.
Poruszając się przy ścianie, ominęła konsoletę, na której stała waza z orchideą, a potem odnalazła kontakt. Kiedy włączyła światło, nagle rozległo się głośne brzęczenie much. Cały rój tych owadów wzbił się do lotu i krążył wściekle wokół lampy.
Hanna spojrzała na stół. Skrzywiła się z obrzydzeniem. Żeby powstrzymać odruch wymiotny, otworzyła okno i wystawiła głowę na zewnątrz. Zimne powietrze pomogło jej dojść do siebie.
Nabrała odwagi i raz jeszcze spojrzała na stół. Leżało na nim nakrycie z resztkami obiadu sprzed kilku dni. Muchy zrobiły sobie z nich ucztę. Pozostałości po steku, który w piątek osobiście przyrządziła profesorowi, zamieniły się w siedlisko białych larw. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna wstał od stołu w trakcie jedzenia i już nie wrócił. Nie posprzątał po sobie, chociaż lubił prządek. Zazwyczaj od razu po posiłku wynosił talerz do kuchni i zmywał. Dlaczego tym razem tego nie zrobił?
Hanna czym prędzej opuściła pokój. Postanowiła sprawdzić piętro. Walcząc z rosnącym napięciem, zajrzała do sypialni.
Na krześle znalazła torbę podróżną. Ostrożnie odsunęła zamek i przerzuciła zawartość. Trafiła tylko na ubrania, kosmetyki i inne przedmioty, które zazwyczaj zabiera się ze sobą w podróż. Sięgnęła po jedną z koszul. Przyłożyła ją do nosa i wyczuła ostry zapach męskiego potu. Reszta ubrań też była noszona. Oznaczało to, że profesor nie rozpakował torby od piątku, czyli od dnia, kiedy wrócił do Sycowa z Wrocławia, gdzie w ciągu tygodnia pracował na uniwersytecie.
Sytuacja wyglądała poważnie.
Hanna usiadła na skraju łóżka. Dygotała ze zdenerwowania. Próbowała zebrać myśli, ale bez skutku. Jednego tylko była pewna. Wszystko wskazywało na to, że profesor Adam Korczyński przepadł bez śladu.1.
List przyszedł do Sycowa przed południem, ale Marta otworzyła go dopiero po obiedzie.
Potrzebowała do tego kilku chwil ciszy i spokoju. Najpierw uporała się z bieżącymi sprawami związanymi z pensjonatem, który prowadziła. Kiedy wreszcie znalazła parę minut, zamknęła się w swoim biurze. Chciała mieć pewność, że nikt nie będzie jej przeszkadzał.
Powoli rozcięła brzeg koperty. Wyjęła z niej kilka starannie złożonych kartek i czarno-białą fotografię.
Widziała już kiedyś to zdjęcie. Dawno, bardzo dawno temu. Zrobiono je we wczesnych latach sześćdziesiątych. Przedstawiało radosną parę wpatrzonych w siebie ludzi. Siedzieli przy stole, wznosząc kieliszki do toastu. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. Nic nie zapowiadało tragedii.
Martę ścisnęło w gardle. Przełknęła łzy.
Tak naprawdę to nie oni ją interesowali. W kadrze, na drugim planie, przypadkowo została uchwycona jeszcze jedna osoba. Mężczyzna. Widoczna była tylko część jego sylwetki i połowa twarzy, jakby właśnie próbował odwrócić się od obiektywu.
Za drzwiami zrobił się harmider. Stukot kroków mieszał się z odgłosami rozmowy.
Marta pośpiesznie rozłożyła list i przesunęła wzrokiem po drobnych literach. Pismo było niewyraźne, jak gdyby ktoś rozsypał na kartce mak. Czytała je z trudem.
Wiadomość właściwie potwierdzała wszystkie jej obawy.
Nie spodziewała się, że tamta sprawa jeszcze kiedykolwiek powróci. Przecież życie toczyło się dalej. Wydawało jej się, że przeszłość nie ma i już nigdy nie będzie miała znaczenia. Najwyraźniej się myliła.
Postanowiła, że jeszcze dzisiaj napisze odpowiedź. Decyzja ta nie przyniosła jej jednak ulgi, a wręcz odwrotnie. Marta obawiała się, co może z tego wyniknąć. Jeszcze bardziej martwiła się o to, co może się stać, jeżeli nie zrobi nic.
Z szuflady biurka wyciągnęła lupę, żeby przyjrzeć się fotografii. W tym momencie usłyszała dźwięk dzwonka zamontowanego na recepcyjnym kontuarze.
Wstała z krzesła, rozchyliła palcami żaluzje i zerknęła za okno. Na podjeździe zaparkował jeden z tych niedużych samochodów, którymi lubili podróżować emeryci. Obok czekały już wypakowane z bagażnika walizki i dwa duże kosze na grzyby.
Marta podarowała sobie jeszcze tylko krótką chwilę, żeby ochłonąć, a potem wsunęła list do kieszeni swetra, uzbroiła się w uśmiech i wyszła do klientów.2.
Michał Orski czuł, że życie właśnie wystawia go na poważną próbę.
Stał oparty o futrynę i obserwował, jak jego syn bezskutecznie usiłuje zawiązać sznurowadła. Tomek co prawda potrafił ułożyć końce sznurówki w dwie pętelki, ale ciągle jeszcze nie dawał sobie rady ze zrobieniem przyzwoitego supła.
Michał, zagryzając zęby, niecierpliwie zerkał na zegarek. Śpieszył się, ale pięciolatek nic sobie z tego nie robił.
– Pomogę ci – zaproponował.
– Chcę sam!
– Naprawdę musimy już iść.
Tomek wyprostował się i popatrzył na ojca z niezadowoleniem.
– Mówiłeś, że dzisiaj masz urlop i będziemy razem grać w piłkę.
– Zgadza się, mówiłem. Ale czasem tak już jest, że wydarzy się coś nieoczekiwanego i trzeba zmienić plany. Nic na to nie poradzę. Niestety jeden z moich kolegów zachorował, dlatego szef poprosił, żebym jednak przyjechał do pracy. Ja też jestem rozczarowany. Obiecuję, że to nadrobimy. A teraz lepiej załóż kalosze zamiast tych trampek, bo chyba będzie padało.
Tomek bez sprzeciwu wykonał polecenie. Michał poczuł ulgę, bo wreszcie mogli opuścić mieszkanie. Już obrócił się i chciał wyjść, kiedy syn pociągnął go za rękę.
– Nie zabrałeś blachy i giwery.
– Prosiłem, żebyś nie używał słowa giwera, tylko pistolet.
– A to nie to samo?
Orski uznał, że nie ma czasu na wyjaśnienia. Pobiegł do sypialni, szybko otworzył sejf i wyjął z niego służbową legitymację oraz broń, którą od razu wcisnął do kabury. Tomek uważnie mu się przyglądał.
– No, teraz wyglądasz jak prawdziwy policjant.
Kiedy wyszli z bloku, uderzyła w nich letnia spiekota. Michał poczuł się jak kurczak wrzucony do rozgrzanego na pełną moc piekarnika z termoobiegiem.
Jechali przez centrum, gdy w pewnym momencie Tomek zauważył stoisko z watą cukrową. Nagle zapytał:
– Kiedy wróci mama?
Michał ścisnął mocniej kierownicę. Jak powiedzieć pięciolatkowi, że matki nie zobaczy już nigdy? Jak wytłumaczyć dziecku, czym jest śmierć? Zastanawiał się nad tym codziennie od ponad roku i ciągle nie potrafił zebrać się na odwagę, żeby szczerze porozmawiać z synkiem i wyjaśnić mu, że jego matka odeszła na zawsze. Żałował, że nie zrobił tego jeszcze przed pogrzebem Katarzyny. Wtedy wydawało mu się jednak, że dla Tomka będzie lepiej, jeśli przynajmniej przez pewien czas uchroni go przed złą wiadomością. Psycholog, z którą się wówczas skontaktował, przytaknęła mu. Stwierdziła, że dziecko może poznać prawdę później, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Ale co to znaczy: odpowiednia chwila?
Skręcił na parking. Postanowił zainteresować syna innym tematem.
– Zrobimy wieczorem zawody w jedzeniu pizzy?
Tomek momentalnie się ożywił.
– Hawajskiej? – spytał.
– Może być.
– Dobra! A jaka będzie nagroda?
– A co byś chciał?
– Pomyślę i powiem ci, jak przyjedziesz odebrać mnie z przedszkola.
– Synku, dzisiaj odbierze cię pani Dorota. Ale na pewno uda mi się znaleźć jakąś ciekawą nagrodę.
Był na siebie zły. Wiedział, że postępuje niewłaściwie. Tomek jak najszybciej powinien poznać prawdę o matce. Nie można odwlekać tego w nieskończoność.
Wysiedli z samochodu i weszli do przedszkola. Na ich widok nauczycielka zrobiła niezadowoloną minę. Nie omieszkała przypomnieć Michałowi, że dziecko należy przywozić na zajęcia przed śniadaniem, a nie w porze obiadowej.
– Przepraszam, to się już nie powtórzy – zapewnił. – To wyjątkowa sytuacja.
Przez moment patrzył jeszcze, jak syn radośnie wita się z kolegami i rzuca w wir zabawy. Czy Tomek pozostanie tym samym beztroskim dzieckiem, kiedy dowie się, że jego matka nie żyje?
Przygryzając policzek, Orski odwrócił się i ruszył do wyjścia. Prowadzący na dwór korytarz wydał mu się wyjątkowo długi i ciemny. Zawieszone na ścianach rysunki rozdrażniły go dziecięcą naiwnością. Prawdziwy świat nie był tak kolorowy.
Idąc po półpiętrze, odruchowo unikał spoglądania w prawą stronę. Znajdowała się tam gablota z pracami przygotowanymi z okazji Dnia Matki. Na drugiej półce od góry, pomiędzy wieloma innymi, stała kilkucentymetrowa figurka dość nieudolnie ulepiona z plasteliny. Do ręki miała przymocowaną wielką, białą kulę.
– To jest mama z watą cukrową – dumnie wyjaśnił Tomek, kiedy pokazywał ojcu wystawę. Wata cukrowa była jego ulubionym przysmakiem. Katarzyna często kupowała mu ją w trakcie popołudniowych spacerów.
Przygnębiające rozmyślania przerwał Michałowi dźwięk telefonu. W słuchawce rozległ się głos aspirant Pauliny Siedleckiej.
– Kiedy dotrzesz do komendy?
– Za kilka minut.
– To dobrze.
– Coś się stało?
– Mamy tu faceta, który chce złożyć zawiadomienie. Myślę, że będzie lepiej, jeżeli to ty z nim porozmawiasz. Masz większe doświadczenie ode mnie, a ta sprawa wydaje mi się jakaś podejrzana.