Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zapach ryb - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Zapach ryb - ebook

„Zapach ryb” nie jest po prostu kryminałem. Nie jest tylko powieścią polityczną. Nie jest również wyłącznie opowieścią o Kościele, jego mrocznych zakamarkach i handlu tym, co miało być nienaruszalne. To książka o systemie, który przez lata uczył ludzi milczeć, i o tych, którzy pewnego dnia postanowili przestać. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-936-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści
Przedmowa

Są książki, które czyta się dla intrygi. Są takie, które czyta się dla języka. Są wreszcie książki, które zostają z człowiekiem dlatego, że dotykają miejsc zwykle starannie zasłanianych: winy, wiary, władzy, pożądania, wstydu i przemocy, która najczęściej nie zaczyna się od noża, lecz od przemilczenia. Zapach ryb należy do tego trzeciego, najrzadszego rodzaju. To nie jest po prostu kryminał. To nie jest tylko powieść polityczna. To nie jest również wyłącznie opowieść o Kościele, jego mrocznych zakamarkach i handlu tym, co miało być nienaruszalne. To książka o systemie, który przez lata uczył ludzi milczeć, i o tych, którzy pewnego dnia postanowili przestać.

Już sam tytuł jest znakomity. Ryba w tradycji chrześcijańskiej była jednym z najstarszych znaków rozpoznawczych wiary. Cichym symbolem wspólnoty, dyskretnym kodem nadziei, znakiem tych, którzy rozpoznawali się pośród prześladowań. A przecież w języku potocznym „grube ryby” to ludzie nietykalni, ciężcy od wpływów, pieniędzy i bezkarności. W tej podwójności mieści się cała siła tej powieści. Święty znak i odór rozkładu. Mistyka i polityka. Kość świętego i łapczywa ręka urzędnika. Autor bardzo precyzyjnie pokazuje, że historia korupcji nie zaczyna się od walizki z pieniędzmi, ale od chwili, gdy sacrum przestaje być święte, a staje się użyteczne.

Powieść otwiera znakomita scena zbrodni. Toruń, miasto gotyckie, spiętrzone z cegły, pamięci i legendy, staje się tu nie tylko tłem, lecz współbohaterem. Jest w tej książce Toruń prawdziwy: bruk, ulice, mury, rynek, kościoły, Wisła, zapach wilgoci i starej historii, która nie daje się zamknąć w przewodnikowych frazach. Autor widzi to miasto nie jak turysta, ale jak ktoś, kto rozumie, że każde stare miasto Europy ma dwa oblicza. Jedno dla gości. Drugie dla wtajemniczonych. To drugie jest ciemniejsze. Bardziej wilgotne. Częściej mówi szeptem niż dzwonem. Gdy w takim mieście zostaje zamordowany były minister spraw zagranicznych, a na jego piersi spoczywa odwrócony średniowieczny krucyfiks, czytelnik od razu wie, że wszedł nie do zwykłej historii kryminalnej, lecz do opowieści, w której zbrodnia ma pamięć dłuższą niż bieżąca polityka.

Najmocniejszą stroną Zapachu ryb jest jednak bohaterka. Paulina Gertz, była zakonnica, dziś oficer CBŚ, należy do tych postaci, których nie da się pomylić z nikim innym. To kobieta sklejona z pęknięć: z dawnej wiary, z policyjnej dyscypliny, z psychicznej rany i z tej szczególnej inteligencji moralnej, która nie pozwala odwrócić wzroku, nawet gdy prawda okazuje się gorsza od wszelkich przypuszczeń. Autor nie czyni z niej ani papierowej heroiny, ani cynicznej funkcjonariuszki w stylu telewizyjnych seriali. Przeciwnie. Paulina jest wiarygodna właśnie dlatego, że jej siła nigdy nie bywa tania. Kosztuje ją pamięć, ciało, samotność i wreszcie — co najważniejsze — obraz samej siebie.

To jedna z najciekawszych rzeczy w tej książce: śledztwo nie biegnie tu wyłącznie przez archiwa, korytarze statku, kościelne sejfy i notatki dawnych służb. Ono biegnie również przez psychikę bohaterki. Każdy nowy trop podważa nie tylko oficjalną wersję wydarzeń, ale też prywatne fundamenty Pauliny. W pewnym momencie czytelnik rozumie, że największym polem bitwy nie jest pokład luksusowego liniowca ani gabinet hierarchy. Największym polem bitwy jest pamięć córki, która musi na nowo przeczytać własne dzieciństwo, własną religijność i własny lęk.

Wielkim osiągnięciem tej powieści jest też sposób, w jaki łączy politykę z teologią bez popadania ani w tani antyklerykalizm, ani w naiwne moralizatorstwo. Autor wie, że instytucje religijne nie są ani czarne, ani białe. Są ludzkie, a więc pełne pęknięć, ambicji, lęków, uzasadnień, pychy i autentycznego pragnienia dobra. Właśnie dlatego ta historia tak boli. Nie dlatego, że pokazuje „złych księży” czy „skorumpowanych polityków”. To byłoby zbyt proste. Boli dlatego, że pokazuje, jak zło lubi przebierać się za misję, jak przemoc używa języka zbawienia i jak bardzo człowiek potrafi uwierzyć, że grzeszy w dobrej sprawie. To jedna z najbardziej niebezpiecznych form zła: zło sumienne, zorganizowane, usprawiedliwione.

Wątek handlu relikwiami należy do najoryginalniejszych i najbardziej sugestywnych elementów książki. Autor z ogromnym wyczuciem pokazuje, że kradzież świętych przedmiotów nie jest wyłącznie procederem przestępczym ani kolekcjonerskim dziwactwem zamożnych maniaków. To także akt symboliczny. Gdy kości świętych stają się walutą, a relikwiarze przepływają przez konta, fundacje i dyplomatyczne walizki, rozpada się pewien porządek wyobraźni. To, co miało przypominać o śmierci, zbawieniu i świętości, staje się elementem czarnego rynku. W tym sensie Zapach ryb mówi coś bardzo głębokiego o współczesnej Europie Środkowej: o świecie, który po transformacji odzyskał wolność, ale stracił orientację moralną; o świecie, w którym wszystko można kupić, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio bezczelny pośrednik.

Drugą wielką siłą tej książki jest jej wymiar psychologiczny. To nie jest tylko opowieść o przestępstwie, ale o dziedziczeniu przemocy. O tym, jak religijny chłód potrafi zniekształcić relację ojca z córką. Jak miłość zamienia się w kontrolę. Jak milczenie bywa bardziej okrutne niż krzyk. Autor z wielką subtelnością prowadzi czytelnika ku odkryciu, że najcięższe zbrodnie nie zawsze rodzą się z nienawiści. Czasem rodzą się z pychy, z potrzeby naprawienia świata własnymi rękami, z przekonania, że skoro Bóg milczy, człowiek ma prawo przemówić za Niego. To już nie jest tylko kryminał. To jest tragedia w klasycznym sensie tego słowa. Tragedia kogoś, kto myli sumienie z wyrokiem.

Nie sposób nie wspomnieć o Katarzynie Wręcz-Głębokiej, jednej z najciekawszych bohaterek drugiego planu, które bardzo szybko przestają być „drugim planem”. To postać napisana z rzadką klasą. Skandalicznie zniszczona przez system, a zarazem niepokonana. Inteligentna, gorzka, dowcipna, emocjonalnie poraniona, ale nie złamana. Relacja między nią a Pauliną należy do najpiękniejszych partii tej książki. Nie dlatego, że jest efektowna. Dlatego, że jest prawdziwa. Wśród śmierci, polityki, kłamstw i kościelnych archiwów rodzi się coś, co nie ma nic wspólnego z dekoracyjnym romansem. To bliskość dwóch kobiet, które przeszły przez różne formy upokorzenia i nauczyły się nie ufać światu. Ich intymność nie osłabia kryminalnego napięcia. Przeciwnie — wzmacnia je, bo każda decyzja zaczyna mieć cenę nie tylko procesową, ale ludzką.

Luksusowy rejs po norweskich fiordach to z kolei pomysł znakomity literacko i dramatycznie. Statek jest tu niemal osobnym organizmem. Pływającą enklawą wpływów, hipokryzji, alkoholu, rytuałów klasowych i dobrze skrojonych kłamstw. Zamknięta przestrzeń daje opowieści dodatkową temperaturę. Nie ma ucieczki. Nie ma rozproszenia. Wszyscy płyną w jednym kierunku, a jednocześnie każdy próbuje płynąć osobno. To klasyczny chwyt powieści kryminalnej, ale wykorzystany z dużą świeżością i rozmachem. Fiordy nie są przy tym pocztówkową ozdobą. Są lustrem dla ludzkiej ciemności. Piękno natury w tej książce niczego nie łagodzi. Wręcz przeciwnie — wydobywa grozę.

Finałowa droga ku Preikestolen należy do tych sekwencji, które zostają z czytelnikiem długo po zamknięciu książki. Nie zdradzając za wiele, warto powiedzieć tylko tyle, że autor bardzo umiejętnie prowadzi opowieść ku miejscu, w którym wszystkie warstwy tej historii — polityczna, religijna, psychologiczna i egzystencjalna — spotykają się nad przepaścią. I nie jest to metafora nadużyta. To rzeczywiście książka o ludziach, którzy przez lata żyli na krawędzi własnych usprawiedliwień, aż w końcu musieli spojrzeć w dół.

W Zapachu ryb imponuje również język. Jest gęsty, obrazowy, chwilami wręcz poetycki, ale nie traci kontaktu z konkretem. Autor umie pisać o polityce bez publicystycznej nachalności, o teologii bez nadęcia, o przemocy bez taniej dosłowności i o pożądaniu bez ckliwości. To rzadkie połączenie. Jeszcze rzadsze jest to, że ten język nie służy wyłącznie stylowi — on służy prawdzie o świecie przedstawionym. Dzięki niemu Toruń pachnie naprawdę, statek kołysze naprawdę, a fiordy zieją chłodem naprawdę.

To książka odważna. Odważna nie dlatego, że uderza w wygodne cele. Odważna dlatego, że nie oszczędza nikogo — ani polityków, ani duchownych, ani śledczych, ani ofiar, ani sprawców. A przede wszystkim nie oszczędza czytelnika. Każe mu zadać sobie pytania, których wolelibyśmy nie zadawać. O to, ile zła rodzi się z pychy ubranej w dobre intencje. O to, czy instytucje potrafią się oczyścić same. O to, czy prawda bez przemocy w ogóle ma szansę przebić się przez układ interesów. I wreszcie — o to, co zostaje z człowieka, gdy odpadają z niego wszystkie role, sutanny, tytuły, stanowiska i legendy.

Zostają kości.

Być może właśnie dlatego ta książka jest tak potrzebna. Bo w świecie, który uwielbia fasady, przypomina o strukturze. O tym, co ukryte. O tym, co gnije. O tym, co trzeba odkopać, choćby pachniało to rybami, błotem, krwią i starym kadzidłem.

Czytelnik otwierający Zapach ryb dostaje więcej niż świetnie skrojony thriller. Dostaje opowieść, która potrafi wzruszyć, przestraszyć i zawstydzić. Dostaje bohaterkę, której nie da się zapomnieć. Dostaje historię o winie, która nie zamienia się w tani moralitet, lecz pozostaje bolesnym pytaniem. A przede wszystkim dostaje literaturę, która nie boi się zaglądać tam, gdzie inni wolą spuścić wzrok.

To książka mocna, inteligentna i niebezpiecznie prawdziwa.

I właśnie dlatego warto ją przeczytać.Rozdział 1. Otwarcie

Toruń pachniał piernikami i deszczem.

Był piątek, dwudziesty trzeci maja, i miasto budziło się w atmosferze nerwowego oczekiwania. Od tygodni lokalne gazety rozpisywały się o ceremonii, która miała przyćmić wszystko, co dotychczas wydarzyło się nad Wisłą w tym stuleciu. Europejskie Centrum Kopernika — monumentalny kompleks wzniesiony tuż za linią dawnych murów obronnych, na wysokości ulicy Grudziądzkiej — miało zostać uroczyście otwarte o godzinie osiemnastej. Ale już od świtu miasto żyło gorączką przygotowań, jakby szykowało się do własnego ślubu.

Na Rynku Staromiejskim ekipy telewizyjne ciągnęły kable między pomnikiem Kopernika a kamienicą Pod Gwiazdą. Policyjne radiowozy stały w szpalerze wzdłuż ulicy Szerokiej, a funkcjonariusze w cywilu mieszali się z tłumem turystów, którzy jak co roku o tej porze zapełniali gotyckie zaułki. Ktoś powiedział, że przyjadą trzy głowy państw. Ktoś inny twierdził, że pięć. Prawda, jak to zwykle w Toruniu, leżała gdzieś pośrodku — między legendą a fakturą za pierniki.

Paulina Gertz dowiedziała się o ceremonii z porannych wiadomości. Siedziała w swoim mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, i piła czarną kawę bez cukru. Telewizor mówił coś o Koperniku, o Europie, o nowym rozdziale. Paulina nie słuchała. Myślała o zeznaniach świadka w sprawie przemytu narkotyków przez port w Gdyni, którą prowadziła od czterech miesięcy. Sprawa śmierdziała. Jak wszystkie jej sprawy.

Miała czterdzieści dwa lata, krótkie ciemne włosy i twarz, która mogłaby być piękna, gdyby nie pionowa blizna biegnąca od lewego kącika ust ku żuchwie. Pamiątka z klasztoru. Nie z bójki — z upadku na oblodzone schody prowadzące do kaplicy Sióstr Urszulanek w Pniewach, zimą dwa tysiące piątego roku, kiedy jeszcze nosiła habit i wierzyła, że Bóg ma plan. Bóg najwyraźniej miał plan, tylko nie taki, jakiego się spodziewała. Trzy lata później zdjęła habit. Pięć lat po tym założyła mundur. A teraz pracowała w Centralnym Biurze Śledczym, w wydziale do spraw przestępczości zorganizowanej, i jedynym rytuałem, który odprawiała codziennie rano, było zaparzenie kawy w tureckim tygielku.

Telefon zadzwonił o siódmej czterdzieści trzy.

— Gertz — powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu.

— Paulina, tu Krzysztof. Mamy zmianę planów.

Krzysztof Baranowski, jej bezpośredni przełożony w wydziale, mówił tonem, którego nauczyła się rozpoznawać. To był ton problemów. Dużych problemów.

— Jaka zmiana — zapytała spokojnie.

— Dostajesz nowe zadanie. Dzisiaj jest otwarcie Centrum Kopernika. Wiesz o tym.

— Wiem. Nie moja działka.

— Od teraz twoja. Minister chce kogoś z doświadczeniem na miejscu. Będą zagraniczne delegacje, duchowieństwo, politycy. Pełny cyrk. BOR ma swoich ludzi, ale potrzebują wsparcia analitycznego.

Paulina odstawiła kawę.

— Krzysztof, ja prowadzę sprawę portową. Mam świadka, który może się wycofać w każdej chwili.

— Sprawę portową przejmie Nowicki.

— Nowicki nie odróżni kokainy od cukru pudru.

— To nie jest prośba, Paulina.

Cisza. Za oknem przejeżdżał tramwaj linii drugiej, w kierunku Placu Rapackiego. Zwykły dźwięk zwykłego poranka. Paulina westchnęła.

— O której mam być?

— O szesnastej. Wejście służbowe od strony Grudziądzkiej. Dostaniesz akredytację na nazwisko. I Paulina…

— Tak?

— Ubierz się stosownie. To nie jest nalot.

Rozłączył się. Paulina spojrzała na swoją szafę. Stosownie. Ostatni raz ubierała się stosownie na pogrzebie matki, trzy lata temu. Miała wtedy na sobie czarną sukienkę kupioną w second-handzie przy ulicy Chełmińskiej. Sukienka pewnie wciąż tam wisiała, gdzieś między mundurem a kurtką polarową.

Wstała, podeszła do okna i spojrzała na Toruń. Miasto leżało w majowym słońcu jak kot na parapecie — leniwe, piękne i pełne tajemnic. Gotyckie wieże kościołów przebijały linię dachów. Gdzieś w oddali, za Wisłą, ciągnęły się łąki, na których Kopernik podobno nigdy nie obserwował gwiazd, choć wszyscy twierdzili inaczej.

Istnieje anegdota — być może apokryficzna, ale powtarzana przez toruńskich przewodników z takim przekonaniem, że nabrała mocy faktu — iż Kopernik jako młody kanonik warmijski pewnego wieczoru wrócił do rodzinnego Torunia i stanął na Moście Paulińskim, wpatrując się w odbicie gwiazd w Wiśle. Miał wtedy powiedzieć do towarzyszącego mu brata Andrzeja: „Woda kłamie, bracie. Pokazuje niebo tam, gdzie jest dno”. Nikt nie wie, czy te słowa padły naprawdę. Ale Paulina Gertz, stojąc tego ranka przy oknie, pomyślała, że Kopernik miał rację. W Toruniu wszystko było odbiciem czegoś innego. Piękna fasada. Brudne dno.

Europejskie Centrum Kopernika wyrastało z ziemi jak wizja architekta, który przeczytał za dużo science fiction i za mało historii. Budynek był ogromny. Szkło, stal i beton, splecione w formę, która z jednej strony miała przypominać heliocentryczny model Układu Słonecznego, a z drugiej — jak złośliwie zauważył recenzent „Gazety Wyborczej” — wyglądała jak gigantyczna pralka do prania pieniędzy unijnych. Kosztował czterysta siedemdziesiąt milionów złotych. Oficjalnie. Nieoficjalnie mówiono o sześciuset, ale nikt nie chciał podawać dokładnych cyfr, bo cyfry w Polsce mają to do siebie, że potrafią zabijać kariery szybciej niż kulki.

Budynek stał przy Grudziądzkiej, nieco cofnięty od linii ulicy, otoczony nowo zasadzonym parkiem, w którym drzewa były jeszcze tak młode i cienkie, że wyglądały jak zapałki wetknięte w piasek. Przed głównym wejściem rozciągał się plac wyłożony granitowymi płytami, na których wygrawerowano daty kluczowych odkryć astronomicznych. Turyści chodzili po nich, nie patrząc pod nogi. Tak jak zawsze.

Paulina przyjechała o piętnastej trzydzieści. Pół godziny przed czasem, bo taka miała zasadę. Kto przychodzi punktualnie, ten już jest spóźniony. Kto przychodzi wcześniej, ten widzi rzeczy, których inni nie zauważają.

Zaparkowała swojego wysłużonego Opla Astrę na bocznej uliczce odchodzącej od Grudziądzkiej i przez chwilę siedziała w aucie, obserwując. Przed budynkiem roiło się od ludzi. Ekipy techniczne montowały ostatnie elementy sceny plenerowej. Ochroniarze w ciemnych garniturach i z mikrofonami w uszach stali przy bramkach jak posągi. Policjanci z psami patrolowali parking. Na dachu budynku po drugiej stronie ulicy Paulina dostrzegła dwie sylwetki. Snajperzy. Ktoś traktował tę ceremonię bardzo poważnie.

Weszła od strony wejścia służbowego, tak jak kazał Baranowski. Pokazała legitymację. Przeszła przez bramkę. Odebrała akredytację — plastikową kartę z jej zdjęciem i napisem SŁUŻBA BEZPIECZEŃSTWA — SEKCJA ANALITYCZNA. Uśmiechnęła się gorzko. Sekcja analityczna. Brzmiało to jak eufemizm dla kogoś, kto ma siedzieć cicho i nie przeszkadzać.

Wewnątrz budynek wyglądał jeszcze bardziej imponująco niż z zewnątrz. Główne atrium sięgało czterech kondygnacji w górę, zwieńczone szklaną kopułą, przez którą wpadało popołudniowe słońce. Na środku, zawieszony na stalowych linach, obracał się model Układu Słonecznego w skali, której Paulina nie potrafiła określić, ale która robiła wrażenie. Podłoga z jasnego marmuru odbijała światło. Pachniało nowością, farbą i ambicją.

— Piękne, prawda? — odezwał się ktoś za jej plecami.

Odwróciła się. Stał przed nią mężczyzna w granatowym garniturze, około sześćdziesięciu lat, z twarzą gładką jak u niemowlęcia i oczami tak jasnymi, że niemal przezroczystymi. Uśmiechał się tym szczególnym uśmiechem, który Paulina kojarzyła z politykami i sprzedawcami używanych samochodów.

— Pan jest…?

— Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych. Obecnie emeryt i filantrop.

Wyciągnął rękę. Paulina uścisnęła ją. Dłoń była sucha i mocna.

— Paulina Gertz. CBŚ.

— Wiem, kim pani jest — powiedział Załupski, wciąż się uśmiechając. — Krzysztof Baranowski mówił mi o pani. Były zakonnica, która łapie przestępców. Fascynujące połączenie.

— Była zakonnica to trochę jak były alkoholik — odpowiedziała Paulina. — Nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi nawrót.

Załupski zaśmiał się. Śmiech był krótki, suchy i pozbawiony wesołości.

— Lubię panią, pani Gertz. Proszę się rozejrzeć. Będzie pani miała co obserwować.

Odszedł w stronę grupy mężczyzn w garniturach, którzy stali przy wejściu do sali konferencyjnej. Paulina odprowadzała go wzrokiem. Było w nim coś, co budziło niepokój. Nie wiedziała jeszcze co. Ale instynkt, ten sam, który kazał jej odejść z klasztoru i który kazał jej wejść do CBŚ, mówił jej, żeby uważała.

Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych w rządzie, który upadł w dziewięćdziesiątym siódmym roku w atmosferze skandalu. Oficjalnie odszedł z polityki z powodów zdrowotnych. Nieoficjalnie — bo zbyt wielu ludzi wiedziało zbyt wiele o jego kontaktach z rosyjskim biznesem. Od tamtej pory prowadził fundację wspierającą dialog międzyreligijny. Fundację, która — jak mówiono w kuluarach — była głównie narzędziem do utrzymywania kontaktów z ludźmi, od których normalny człowiek trzymałby się z daleka.

W polskiej polityce lat dziewięćdziesiątych krążyła anegdota, według której Załupski podczas jednej z kolacji dyplomatycznych w Moskwie wzniósł toast słowami: „Za przyjaźń polsko-rosyjską — tak długą i tak bolesną jak rosyjska zima”. Rosjanie pili. Polacy się krzywili. A Załupski uśmiechał się tym swoim uśmiechem, który nie sięgał oczu.

O godzinie siedemnastej trzydzieści goście zaczęli wypełniać główne atrium. Paulina stała na galerii pierwszego piętra, oparta o balustradę, i obserwowała. Miała doskonały widok na cały parter.

Przychodzili falami. Najpierw politycy — obecni i byli, krajowi i zagraniczni. Rozpoznała kilku ministrów z aktualnego rządu. Wicepremier do spraw europejskich, kobieta o stalowych włosach i stalowym uśmiechu, rozmawiała z ambasadorem Niemiec. Marszałek Senatu stał przy barze z sokiem pomarańczowym i wyglądał, jakby wolał być gdziekolwiek indziej. Kilku posłów opozycji kręciło się niespokojnie, szukając kamer.

Potem przyszli duchowni. To było bardziej interesujące. Paulina, dzięki swoim latom w klasztorze i późniejszej pracy w CBŚ, znała topografię polskiego Kościoła lepiej niż większość biskupów. Rozpoznała biskupa toruńskiego, który szedł przez atrium jak okręt flagowy w otoczeniu flotylli sufraganów i kanoników. Za nim, w pewnym oddaleniu, szli przedstawiciele Kościoła prawosławnego — dwóch brodatych duchownych w czarnych szatach, którzy wyglądali, jakby materiał na ich stroje kupiono hurtowo w tym samym sklepie co zasłony w starych hotelach. Był też rabin z Warszawy, imam z Gdańska i — ku zaskoczeniu Pauliny — pastor ewangelicki z Norwegii, wysoki blondyn o twarzy wikinga, który rozmawiał płynnie po polsku z jakimś urzędnikiem ministerstwa kultury.

Paulina notowała w pamięci. Twarze, pozycje, gesty. Kto z kim rozmawia. Kto kogo unika. Kto się poci.

O siedemnastej czterdzieści pięć zauważyła Załupskiego ponownie. Były minister stał teraz w bocznym korytarzu prowadzącym do toalet i rozmawiał z mężczyzną, którego Paulina nie rozpoznawała. Mężczyzna był masywny, około pięćdziesiątki, z gęstą czarną brodą i cerą koloru oliwek. Nosił ciemny garnitur, ale spod kołnierza koszuli wystawał fragment czegoś, co wyglądało jak koloratka. Albo jak coś udającego koloratkę.

Rozmowa wyglądała na napiętą. Załupski gestykulował. Brodaty mężczyzna stał nieruchomo. W pewnym momencie Załupski chwycił go za ramię. Brodaty cofnął się o krok. Powiedział coś. Jedno zdanie. Załupski zbladł.

Paulina zanotowała to w pamięci. Brodaty mężczyzna odwrócił się i odszedł w kierunku głównego atrium. Załupski został w korytarzu. Stał nieruchomo przez kilka sekund. Potem wyjął telefon, wybrał numer i zaczął mówić szybko, cicho, z twarzą człowieka, który właśnie usłyszał diagnozę śmiertelną.

Ceremonia rozpoczęła się punktualnie o osiemnastej. Prezydent miasta wygłosił przemówienie, które trwało dwanaście minut i zawierało słowo „innowacja” siedemnaście razy. Paulina liczyła. Po prezydencie miasta mówił minister kultury. Po ministrze kultury — przewodniczący Komisji Europejskiej w nagranym wcześniej wideo, które zacięło się dwa razy, co nadało całości niechcianego ludzkiego wymiaru. Na końcu przemówił dyrektor Centrum, młody astrofizyk z Krakowa, który mówił o Koperniku tak, jakby znał go osobiście.

— Kopernik nie bał się patrzeć — powiedział, stojąc na tle obracającego się modelu Słońca. — Nie bał się zakwestionować tego, co wszyscy uważali za pewne. My, w tym miejscu, chcemy kontynuować tę tradycję.

Oklaski. Flash-e aparatów. Uśmiechy dla kamer.

Paulina nie klaskała. Obserwowała.

Tłum w atrium liczył teraz około sześciuset osób. Kelnerzy zaczęli krążyć z tacami szampana i kanapek. Rozmowy stawały się głośniejsze, bardziej swobodne, bardziej alkoholowe. Politycy rozmawiali z dziennikarzami, duchowni z biznesmenami, dyplomaci ze sobą nawzajem. Wszystko wyglądało idealnie. Zbyt idealnie.

O osiemnastej czterdzieści Paulina zeszła na parter, żeby się rozejrzeć z bliska. Przechodząc obok baru, usłyszała fragment rozmowy dwóch mężczyzn w garniturach.

— Załupski szuka Krawczyka. Widziałeś go?

— Krawczyk poszedł do podziemi. Podobno chce zobaczyć wystawę przed oficjalnym otwarciem.

— Typowy Krawczyk. Zawsze musi być pierwszy.

Paulina przeszła dalej. Podziemia. Centrum miało rozbudowaną część podziemną — trzy poziomy, na których mieściły się sale wystawowe, magazyny, pomieszczenia techniczne i, jak słyszała, specjalnie zaprojektowana komora do symulacji obserwacji astronomicznych w warunkach zerowego zanieczyszczenia światłem. Dostęp do podziemi prowadził przez klatkę schodową w tylnej części budynku, za salą konferencyjną.

Paulina zawahała się. Nie miała powodu, żeby schodzić na dół. Jej zadaniem była obserwacja gości na głównej ceremonii. Analityka, jak powiedział Baranowski. Siedzieć cicho. Nie przeszkadzać.

Ale instynkt mówił co innego.

Instynkt mówił, że coś jest nie tak.

Skierowała się w stronę tylnej klatki schodowej. Minęła salę konferencyjną, w której technicy pakowali sprzęt nagłaśniający. Przeszła przez krótki korytarz oświetlony jarzeniówkami. Dotarła do drzwi z napisem POZIOM -1 — STREFA TECHNICZNA — WSTĘP ZA OKAZANIEM IDENTYFIKATORA.

Drzwi były uchylone.

Paulina wyjęła swoją legitymację. Zeszła po schodach. Powietrze zmieniło się od razu — z ciepłego i perfumowanego na chłodne i metaliczne. Pachniało betonem, klimatyzacją i czymś jeszcze. Czymś, co Paulina rozpoznała, zanim jej świadomy umysł zdążył to nazwać.

Krew.

Pachniało krwią.

Przyspieszyła kroku. Korytarz na poziomie minus jeden był długi i prosty, oświetlony rzędami halogenów. Po obu stronach ciągnęły się drzwi do pomieszczeń technicznych, oznaczone numerami. Paulina szła szybko, ale cicho. Lata w klasztorze nauczyły ją poruszać się bezszelestnie. Lata w CBŚ nauczyły ją, żeby przy tym mieć rękę blisko broni.

Broń. Nie miała broni. Przyszła na ceremonię bez broni, bo Baranowski powiedział, że to nie jest nalot.

Cholera.

Zapach nasilał się. Na końcu korytarza, przy ostatnich drzwiach oznaczonych numerem T-17, Paulina zobaczyła smugę na podłodze. Ciemną. Lśniącą. Ciągnęła się spod drzwi jak palec wskazujący.

Podeszła. Nasłuchiwała. Cisza.

Pchnęła drzwi.

Pomieszczenie było niewielkie — może dwadzieścia metrów kwadratowych. Prawdopodobnie miało służyć jako magazyn na eksponaty, bo pod ścianami stały metalowe regały, jeszcze puste. Oświetlenie działało w połowie — świeciły tylko dwie z czterech lamp, rzucając na wnętrze nierówne, żółtawe światło.

Na podłodze, pośrodku pomieszczenia, leżał Antoni Załupski.

Na plecach. Z szeroko otwartymi oczami, które wpatrywały się w sufit z wyrazem, którego Paulina nie potrafiła nazwać. Nie był to strach. Nie było to zaskoczenie. Było to raczej coś na kształt zrozumienia. Jakby w ostatniej sekundzie życia Załupski pojął coś, co przez lata mu umykało.

Gardło miał podcięte.

Rana biegła od ucha do ucha, głęboka i precyzyjna, wykonana jednym ruchem. Ręka, która to zrobiła, nie drżała. Krew zdążyła już przestać tryskać i teraz tworzyła wokół głowy coś na kształt ciemnej aureoli. Koszula, jeszcze godzinę temu biała i wykrochmalona, była teraz ciemnoczerwoną chustą. Garnitur za sześć tysięcy złotych — bezużytecznym opakowaniem.

Ale to nie ciało przykuło uwagę Pauliny najbardziej.

Na piersi Załupskiego, ułożony z niemal liturgiczną starannością, leżał krucyfiks.

Był stary. Bardzo stary. Paulina, choć nie była ekspertem od sztuki sakralnej, od razu rozpoznała średniowieczną robotę. Drewno ciemne, niemal czarne od wieków. Postać Chrystusa wyrzeźbiona z brutalną prostotą wczesnego gotyku — bez elegancji renesansu, bez dramatyzmu baroku. Surowa, prymitywna, prawdziwa.

I odwrócona do góry nogami.

Krucyfiks leżał na piersi martwego ministra z Chrystusem głową w dół. Jak w mszy czarnej. Jak w rytuałach, o których Paulina czytała w aktach spraw, których wolałaby nie pamiętać.

Stała nieruchomo przez pięć sekund. Może dziesięć. Czas zmienił konsystencję.

Potem zrobiła to, czego nauczyło ją CBŚ. Cofnęła się o krok. Nie dotknęła niczego. Wyjęła telefon. Wybrała numer.

— Baranowski.

— Krzysztof, tu Gertz. Mam trupa. Poziom minus jeden, pomieszczenie T-17.

Cisza na linii. Paulina słyszała oddech przełożonego.

— Kto? — zapytał wreszcie.

— Antoni Załupski. Były minister spraw zagranicznych. Podcięte gardło. Na piersi ma krucyfiks odwrócony do góry nogami.

Cisza trwała dłużej. Paulina mogła sobie wyobrazić twarz Baranowskiego — jak ściekają z niej kolejne warstwy pewności siebie.

— Nikogo nie wpuszczaj. Nikogo nie wypuszczaj. Jadę.

Rozłączył się.

Paulina schowała telefon. Spojrzała jeszcze raz na ciało. Na krucyfiks. Na krew.

Gdzieś nad jej głową, cztery kondygnacje wyżej, sześćset osób piło szampana i rozmawiało o Koperniku, o Europie, o przyszłości. Grała muzyka. Brzęczały kieliszki. Świat kręcił się dalej, nieświadomy, że pod jego stopami leży martwy człowiek z odwróconym krzyżem na piersi.

Paulina pomyślała o Koperniku. O jego słowach — prawdziwych lub wymyślonych — wypowiedzianych na moście nad Wisłą. „Woda kłamie, bracie. Pokazuje niebo tam, gdzie jest dno”.

Tu było dno.

W ciągu następnych dwudziestu minut Paulina stała przy drzwiach pomieszczenia T-17 i nie wpuszczała nikogo. Przyszło trzech ochroniarzy. Legitymowali się kartami Biura Ochrony Rządu. Paulina pokazała im swoją legitymację CBŚ i powiedziała, że mają czekać. Próbowali protestować. Paulina powiedziała to samo, tylko ciszej. Zaczekali.

O dziewiętnastej szesnastej zjawił się Baranowski. Za nim szedł zespół techników kryminalistyki w białych kombinezonach. Baranowski był blady. Blady jak ściana korytarza, w którym stali.

— Pokaż — powiedział.

Paulina odsunęła się. Baranowski wszedł do pomieszczenia. Stał nad ciałem przez może pół minuty. Potem wyszedł.

— Jezus Maria — powiedział cicho.

— Właśnie — odpowiedziała Paulina. — Dosłownie.

Baranowski spojrzał na nią. W jego oczach było coś, czego wcześniej nie widziała. Strach. Nie strach przed trupem. Baranowski widział trupy. Strach przed czymś większym. Przed konsekwencjami. Przed lawiną, która właśnie ruszyła.

— Kto wie? — zapytał.

— Ja. Ty. Trzech ludzi z BOR-u na korytarzu. Nikt na górze.

— Na górze jest prezydent miasta, trzech ministrów, ambasadorzy, biskup i sto kamer telewizyjnych. Jeśli to wycieknie teraz…

— To wycieknie — przerwała Paulina. — Pytanie brzmi: kiedy i na czyich warunkach.

Baranowski potarł twarz dłońmi. Wyglądał, jakby postarzał się o dziesięć lat w ciągu dziesięciu minut. Był dobrym policjantem, ale to wykraczało poza policję. To była polityka, religia i morderstwie splecionymi w węzeł, którego nikt nie chciał rozwiązywać.

— Ten krucyfiks — powiedział. — Co o nim wiesz?

— Średniowieczny. Może trzynasty, może czternasty wiek. Nie jestem ekspertką, ale wygląda na autentyk. I jest odwrócony do góry nogami.

— Symbol satanistyczny?

— Albo antykatolickie statement. Albo prowokacja. Albo coś zupełnie innego.

— Co innego?

Paulina zawahała się. Myślała o czymś, co widziała w aktach sprawy sprzed lat. W archiwach, do których nie powinna mieć dostępu, ale miała, bo w CBŚ granice między wydziałami są bardziej porowate, niż ktokolwiek chciałby przyznać.

— Nie wiem jeszcze — powiedziała. — Ale to nie jest przypadkowy symbol. Ten, kto go tu położył, wiedział, co robi. I chciał, żebyśmy wiedzieli, że wie.

Baranowski skinął głową.

— Dobra. Zamykamy budynek. Cisza medialna do odwołania. I Paulina…

— Tak?

— Ta sprawa jest twoja.

Paulina patrzyła na niego.

— Myślałam, że jestem tu tylko analitycznie.

— To było godzinę temu. Godzinę temu żył jeszcze minister. Teraz go nie ma. I ktoś zostawił odwrócony krzyż na jego piersi w budynku, w którym jest pół polskiego rządu. To nie jest sprawa dla analityka. To jest sprawa dla kogoś, kto rozumie zarówno przestępców, jak i księży.

Paulina milczała przez chwilę. Gdzieś w głębi budynku trzasnęły drzwi.

— A co, jeśli przestępca i ksiądz to ta sama osoba? — zapytała cicho.

Baranowski nie odpowiedział. Nie musiał. Oboje wiedzieli, że w Polsce to pytanie było mniej retoryczne, niżby się mogło wydawać.

O godzinie dwudziestej budynek został zamknięty. Oficjalnie — z powodu awarii systemu wentylacyjnego. Goście wyprowadzeni wyjściami ewakuacyjnymi. Szampan nie dopity. Kanapki nie zjedzone. Ceremonia skrócona. Prezydent miasta wygłosił przeprosiny z twarzą człowieka, który właśnie dowiedział się, że jego życie już nigdy nie będzie takie samo.

Paulina stała na parkingu i patrzyła, jak ostatnie limuzyny odjeżdżają Grudziądzką w stronę centrum. Niebo nad Toruniem zrobiło się ciemnogranatowe. Gdzieś nad Wisłą krzyczały mewy.

Pomyślała o Załupskim. O jego uśmiechu, który nie sięgał oczu. O tym, jak chwycił brodatego mężczyznę za ramię i jak tamten cofnął się o krok. O jednym zdaniu, które brodaty wypowiedział i od którego Załupski zbladł.

Kim był brodaty mężczyzna?

I gdzie teraz jest?

Paulina wyjęła telefon i zadzwoniła do wydziału. Poprosiła o nagrania z kamer monitoringu w Centrum Kopernika. Wszystkie. Od rana.

Potem wsiadła do samochodu, odpaliła silnik i wyjechała na Grudziądzką. Skręciła w Szosę Chełmińską, potem w Mickiewicza, potem w Konopnickiej. Droga do domu. Droga, którą znała na pamięć. Ale tego wieczoru wszystko wyglądało inaczej. Ulice wydawały się węższe. Cienie dłuższe. Latarnie słabsze.

Na klatce schodowej w swoim bloku minęła sąsiadkę z drugiego piętra, starszą kobietę, która zawsze pachniała kapustą i pytała Paulinę, kiedy wyjdzie za mąż. Tym razem sąsiadka nic nie powiedziała. Może wyczuła coś w twarzy Pauliny. Może po prostu była zmęczona.

Paulina weszła do mieszkania. Zamknęła drzwi na klucz. Usiadła na kanapie. Nie zapaliła światła.

W ciemności widziała twarz Załupskiego. Otwarte oczy. Podcięte gardło. Krucyfiks odwrócony do góry nogami.

I nagle, z siłą uderzenia, dotarło do niej wspomnienie. Nie z CBŚ. Nie z akt. Z klasztoru. Z nocy, kiedy nie mogła spać i przeszła do biblioteki, i znalazła na najwyższej półce starą księgę w skórzanej oprawie. Liber Iudicii. Księga Sądu. Rękopis z piętnastego wieku, który prawdopodobnie nie powinien znajdować się w klasztorze Urszulanek w Pniewach. Opisywał rytuał, w którym odwrócony krucyfiks kładziono na piersi zdrajcy wiary. Nie jako akt satanizmu. Nie jako bluźnierstwo. Jako wyrok. Jako ogłoszenie, że ten człowiek zdradził to, co święte, i że jego kara jest sprawiedliwa.

To nie było bluźnierstwo. To był sąd.

Ktoś osądził Antoniego Załupskiego. Ktoś, kto znał starą tradycję. Ktoś, kto wierzył, że ma prawo wymierzać sprawiedliwość w imieniu Boga. Albo przeciwko Bogu. Albo zamiast Boga.

Paulina wstała. Podeszła do okna. Toruń leżał w ciemności, rozświetlony łańcuchami latarni, które biegły wzdłuż ulic jak różańce. Gotyckie wieże kościołów rysowały się na tle nieba jak palce wskazujące wymierzone w chmury.

Miasto pachniało piernikiem i deszczem.

I krwią.

Ale tego zapachu czuła tylko Paulina.

Na biurku w sypialni leżał stos papierów, które przyniosła z biura trzy dni temu. Sprawa portowa. Kokaina z Gdyni. Świadek, który mógł się wycofać. To wszystko wydawało się teraz odległe jak inna galaktyka.

Paulina otworzyła laptopa. Wpisała w wyszukiwarkę: „Antoni Załupski handel relikwiami”. Zero wyników. Spróbowała inaczej: „Załupski klasztory lata 90”. Jeden wynik — artykuł z regionalnej gazety z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku, za parawanem, którego nie mogła ominąć o tej porze.

Zamknęła laptopa. Zaparzyła kawę. Czarną, bez cukru. Trzecią tego dnia.

Stała w kuchni i patrzyła na ścianę. Na ścianie wisiał mały drewniany krzyż. Zwykły. Prosty. Prawidłowo odwrócony. Kupiła go na pchlim targu przy ulicy Kościuszki w Toruniu, trzy lata temu, w dniu pogrzebu matki. Nie wiedziała, dlaczego go kupiła. Nie wiedziała, dlaczego go powiesiła. Nie modliła się. Nie chodziła do kościoła. Ale krzyż wisiał.

Teraz patrzyła na niego inaczej.

Odwróciła go do góry nogami. W wyobraźni. Tylko w wyobraźni. I zobaczyła to, co zobaczył morderca Załupskiego. Nie bluźnierstwo. Nie prowokację.

Sprawiedliwość.

Straszną, starą, bezlitosną sprawiedliwość.

Telefon zadzwonił o dwudziestej trzeciej czterdzieści jeden. Numer nieznany.

— Gertz — powiedziała.

— Pani Paulina Gertz? — Głos kobiecy. Niski, lekko zachrypnięty, z nutą czegoś, co mogło być ironią albo zmęczeniem. — Moje nazwisko to Wręcz-Głęboka. Katarzyna Wręcz-Głęboka. Być może pani o mnie słyszała.

Paulina słyszała. O tak, słyszała.

— Słucham panią.

— Muszę się z panią spotkać. Chodzi o Antoniego Załupskiego.

Paulina zacisnęła palce na telefonie.

— Skąd pani wie o Załupskim? Nic nie zostało podane do mediów.

— Właśnie dlatego muszę się z panią spotkać. Są rzeczy, których media nigdy się nie dowiedzą. Chyba że ktoś im powie. A ja nie chcę mówić mediom. Chcę mówić pani.

Cisza. Paulina słuchała szumu własnej krwi w uszach.

— Gdzie? — zapytała.

— Kawiarnia Pod Kurantem. Rynek Staromiejski. Jutro, dziewiąta rano. Usiądę przy oknie.

— Skąd będę panią wiedziała?

Krótki, suchy śmiech.

— Pani Gertz, niech pani nie żartuje. Moja twarz była na okładce każdej gazety w tym kraju. Z różnych powodów. Nie wszystkie były przyjemne. Rozpozna mnie pani.

Rozłączyła się.

Paulina odłożyła telefon. Katarzyna Wręcz-Głęboka. Była posłanka, była wiceminister, była nadzieja partii. Kobieta, która straciła mandat, karierę i twarz w aferze seksualnej z rumuńskim ślusarzem Ryszardem Napletescu — aferze, która przez trzy tygodnie nie schodziła z pierwszych stron gazet, a potem została zapomniana, jak wszystko w Polsce jest zapominane, gdy pojawi się kolejny skandal.

Co łączyło Katarzynę Wręcz-Głęboką z Antonim Załupskim?

I skąd wiedziała o morderstwie, zanim ktokolwiek podał to do wiadomości publicznej?

Paulina podeszła do okna. Toruń spał. Wisła płynęła w ciemności, cicha i obojętna. Na moście drogowym imienia Piłsudskiego migały światła samotnego samochodu.

Jutro zaczynało się coś, czego Paulina nie potrafiła jeszcze nazwać. Ale czuła to. Tak jak czuła zapach krwi w podziemiach Centrum Kopernika, zanim jej świadomy umysł zdążył go rozpoznać.

Zapach. Metaliczny, słodkawy, pradawny.

Zapach ryb, pomyślała nagle, bez żadnego powodu. I zadrżała.

Na Rynku Staromiejskim zegar na wieży ratuszowej wybił północ. Dwanaście uderzeń. Każde jak gwóźdź wbijany w wieko trumny.

Nowy dzień. Nowa sprawa. Stare grzechy.

Paulina zgasiła światło w kuchni, ale zostawiła zapaloną lampkę w przedpokoju. Nawyk z klasztoru. Siostry zawsze zostawiały jedno światło zapalone na noc. Na wypadek gdyby Bóg chciał zajrzeć.

Paulina nie wierzyła już w Boga. Ale światło zostawiała.

Na wszelki wypadek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij