Zapiski z Saturna. Corporae, Fragmenty z Wyselekcjonowanych Pism i Transkrypcji Wykładów - ebook
Zapiski z Saturna. Corporae, Fragmenty z Wyselekcjonowanych Pism i Transkrypcji Wykładów - ebook
Technologie pisarskie wykorzystane w tym zbiorze opierają się na tzw. tunelach narracyjnych, które są konsekwentnie stosowane do przekazywania idei. Sama idea — wyobrażenie poprzedzające słowo — stanowi punkt wyjścia. Słowa pozostają jedynie niesfornym narzędziem, za pomocą którego próbuje się tę ideę przekazać. KSIĄŻKA PRZEZNACZONA JEST TYLKO DLA DOROSŁYCH 18+ Korekta tekstu dokonana za pomocy sztucznej inteligencji (AI).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-352-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To książka o niewidzialnej wojnie — takiej, która nie rozgrywa się na mapach ani w kronikach, nie zostawia śladów w raportach i nie poddaje się łatwym definicjom. Nie dotyczy ona większości ludzi śmiertelnych wprost, a przynajmniej nie w sposób, który można by bez trudu uchwycić czy zmierzyć. A jednak jej echa przenikają codzienność, wpływają na wybory, kształtują postawy i pozostają obecne tam, gdzie człowiek staje wobec pytań o sens, dobro i zło, wolność oraz odpowiedzialność.
Prezentuję tu filozofię, teologię, metody pracy i wartości, które z tej konfrontacji wywiodłem — nie jako zamknięty system ani doktrynę, lecz jako świadectwo drogi. To zapis doświadczenia, które wymyka się prostym kategoriom. Wszelkie próby psychologizowania czy upsychiatryczniania tej często niewidzialnej wojny z „drugą stroną”, która w sposób pośredni, a czasem zaskakująco realny, oddziałuje na ludzi śmiertelnych, pozbawiają ją jej rzeczywistej substancji. Redukują ją do mechanizmu, do objawu, do dysfunkcji — odbierając jej głębię, wymiar metafizyczny i egzystencjalny ciężar.
Nie piszę po to, by przekonywać, lecz by opisać. Nie po to, by kogokolwiek wciągać w spór, lecz by nazwać to, co dla mnie stało się doświadczeniem formującym. To opowieść o napięciu między tym, co widzialne i niewidzialne, między tym, co racjonalne i przekraczające rozum, między lękiem a odpowiedzialnością.
Nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Dlatego ta książka — choć dotyczy wojny, która nie dla wszystkich jest dostrzegalna — pozostaje głęboko zakorzeniona w człowieczeństwie: w jego kruchości, godności i zdolności do przekraczania samego siebie.
Dedykuję ją sprawom, o które warto było toczyć bój — sprawom, które kochałem kochać, nawet wtedy, gdy ich obrona wymagała samotności i milczenia. Dedykuję ją także weteranom tych bitew, którzy nigdy nie zyskali laurów od społeczeństwa, nie usłyszeli fanfar ani nie stanęli na podium historii, lecz w swoim — nieraz pyrrusowym — zwycięstwie zdobyli laury od muz i Bogów.
Jeśli uważasz, że prawda jest soteriologiczna, błądzisz. Działanie zgodnie z prawdą w Wielkim Dziele jest tym, o czym mówię — a nie zdefiniuję prawdy; należy ona do bogów. Mogę jednak powiedzieć, że gdy odczuwasz prawdziwe siły, idee w ruchu, moce, zostajesz otruty; nie przez nie, nie — one cię wyzwalają. Nagle odradzasz się w świecie, który te piękne siły przesłonił brudem. Każdy heroizm w walce o te perły, esencje, prawdy jest więc tragiczny, gdyż w świecie, który przez postępujące stulecia przykrywał je śliskim dołem bełkotu, niewielu się do nich zbliża, większość błądzi.
Nazywasz to „moją prawdą”, „moimi osobistymi gnozami”. Niech tak będzie. Lecz jeśli, być może, te siły są obiektywne, mam swój zegar nastawiony na właściwą godzinę w świecie bez zegara. Trucizna prawdy najpierw cię zabija; potem zabija cię to, co jej w świecie zaprzecza. W tej truciźnie pielęgnujesz swoje jadowite ogrody dyscypliny, prawości, wyrafinowania, aż będziesz mógł opuścić ten świat i zaczerpnąć z eleuzyjskiego Jeziora Pamięci.Deadlock — wszystkie fronty poruszone 2007–2025
Za każdym razem, gdy wchodzę w grząski grunt wiedzy — ogólna zasada — coś spłyca mi autorefleksyjność i robi ze mnie nieziemskiego świra, jakby chciało totalnie skompromitować wszystko, o czym mówię i piszę. Wiem, że jestem skasowany w odbiorze społecznym tak czy owak — ale to jest już symptomatyczne. Od lat. Nie mówię nawet o wpływie politycznym, społecznym czy religijnym, o realizowaniu jakiejś wizji poza wyciąganiem psionicznej broni z tyłów wroga na front. Magia z podziemia do awangardy — dostałem już baty. Krytykuję psychiatrię — nagle mój umysł jest rozwalany. Krytykuję politykę, religię, inżynierię społeczną, populistyczno-prawicowe wydmuszki sterowane przez instancję programującą — dostaję wpierdol.
Podejmuję się magicznych, ceremonialnych działań — usypianie, walka o pamięć. Wiem, że się narażam od 18 lat. Ale ten Moloch jest coraz lepiej skalibrowany, a ja mam coraz mniej zasobów psychicznych, żeby walczyć. To już nawet nie kwestia olania tego. To jak toksyczna współzależność — jestem w pajęczynie, i każdy ruch mnie oplątuje. Metafizycznie — jestem absolutnie wolny. Życiowo i psychicznie — totalnie wyczerpany od lat.
Naruszam konsensus inżynierowany w noosferze — pełen kłamstw, kontrolowanych myśli, memetycznych zmilitaryzowanych pętli nadzorczych. Psi-wpierdol, nerwy w strzępach. Polireligijne latające gówno wlatuje we mnie, a ja dostaję spazmów jak epileptyk. Samozjadający się system „hive” do egregorycznej inżynierii — tego, co wolno pomyśleć, co wolno zdziałać rytualnie. Stare dobre Black Iron Prison. Mentalnie jestem zbiegłym geniuszem — bez kodów kontrolnych, bezpiecznych skryptów, tuneli rzeczywistości. I wiem, że mam, kurwa, rację — bo widziałem, obserwowałem, wywnioskowałem, prze-wal-czy-lem. Krwią, potem, łzami, pomyślunkiem, inteligencja, rozumem i uczynkiem — przeciwko tylko politreligijnym tłukom, którym dawno zerwałem się ze smyczy, bo nigdy na nie wbrew ich mniemaniu nie bylem.
Kampanie psioniczne? Zrobione. Współpraca ze światami demonicznymi, zmarłymi z drugim wzrokiem? Odbyta. Kontakt z wyższymi egipsko-babilońskimi tradycjami, które próbowały mnie odławiać z tego ziemskiego bagna? Zrobione. Melduję posłusznie — niewiele mogą. Poza osłonami, które działają, kiedy jestem dostrojony. Przewojowałem swoje. Szkoda mi reszty, ale macie — nowy, lepszy świat, wspaniała cywilizacja. A, i kurwa — oprócz tego miałem życie. Mag korporacyjny. Zmiana miejsca zamieszkania 34 razy. 33 zmiany pracy. Kilka psychiatryków w ramach pacyfikacji „anomalii”, których kiedyś nie rozumiałem. Cztery nieudane samobójstwa. Parę fajnych lasek. Podróże po świecie. Ale co z tego? Czy coś ruszyłem? Wyzwoliłem sam siebie, podczas gdy pajęczyca cały czas próbuje mnie złapać za ryj i wrzucić w kokon. Systematyczny rozpierdol — jeszcze nie do końca przekonany, że po zdziesiątkowaniu moich batalionów nie ma nade mną żadnej władzy.
Metafizyka, dywersyfikacja, systematyzacja
Metafizycznie światy są ogromne. Zbudowałem całą dedukcyjno-indukcyjną strukturę eterycznych spraw, z którymi miałem bezpośrednią styczność. Jedno wiem — na poziomie planetarnym, ziemskim, judeochrześcijanie działający w rejestrze czy przy psiopsach czy duchowym praniu mózgu jako „grając anioła”, to może zaledwie procent tych światów, nawet w obrębie samej Ziemi i to tylko i wyłącznie na Zachodzie gdzie taka polityczno-religijna propaganda jest potrzebna. Ale są najbardziej wkurwiającymi natrętami — mało widzą, jeszcze mniej wiedzą, a mimo to najbardziej się rozpanoszyli politycznie i religijnie wśród ludzi. Próbowano mnie wciągnąć do ich tunelu rzeczywistości, niepotrzebnie mnie przy tym wkurwiając. Działają jak parasol kłamstw, jak dzicz walcząca o dominację.
Gdybym miał rozrysować wszystkie mapy i struktury metafizyczne tych różnorodnych, złożonych światów — nie starczyłoby mi życia na bestiariusze i opisy mechaniki ich działania.
Redukcjonizm, naiwny materializm, psychiatryzmy, metafizyczny marksizm — mało mnie obchodzą. Niech w tym tkwią i taplają się do woli, racjonalizując i nihilizując wszystko w niebyt. Może to i dobrze. Mniej problemów dla społecznego konsensusu, więcej zabawy dla starego hermetyka, surfującego po falach światów.
Szkoda tylko tych zorganizowanych ludzi, z dobrze poukładanym ethos i dyscypliną, którzy wpadną w pułapkę albo powyższych idei, albo religijnego, ignoranckiego bajdurzenia. Wszystko odkryte — nonsens.
Są rzeczy, o których nie śniło się filozofom, które mają gdzieś technologię, psiopsy i intel, bo czytają ludzi (astral humint) jak otwartą księgę, jak trzeba, włącznie z rezonacjami magicznymi technologii, uwielbiam mapować i z nimi działać. Taki urok.O Wabieniu, Klątwach i Manipulacjach Aurą Percepcji
Niektórzy ludzie zdradzają swój charakter poprzez fizjonomię, cerę, budowę ciała, wygląd, ruchy, sposób ubierania się, gesty — jednym słowem, zdradzają całą swoją konstytucję. Innych zdradza ich mowa, twarz, wiedza, styl komunikacji, to, czym się dzielą, a co ukrywają, sposób myślenia, emocje — i całość tych elementów w połączeniu. Wszystko to ujawnia wiele informacji o ich aktualnym stanie, nie o każdym stanie życia, ponieważ zachowujemy się inaczej w różnych okolicznościach i wobec różnych ludzi. Ludzie złożeni są trudni do rozszyfrowania, prostacy — przeciwnie, czyta się ich jak otwartą księgę. Można tu zastosować termin Galena odnoszący się do zdrowia — krasia, czyli stan naturalnej konstytucji człowieka.
Istnieje wiele sposobów jej modyfikowania. Tradycyjny — to świadoma manipulacja plastycznymi aspektami osobowości, które w rękach mistrza stają się bronią. Tym, co odróżnia fałszywego aktora od manipulatora, jest to, że aktor wierzy w swoje kłamstwa na temat tego, kim jest, a manipulator wie, kim jest, lecz świadomie kameleonizuje swoje atrybuty. W ten sposób krasia zostaje przekształcona w eukrasię — doskonały stan tego, czym ktoś potrafi być lub co potrafi naśladować, albo w dyskrasię — upadły stan tego, czym się staje lub co tylko udaje.
W sztuce magicznej istnieją niezliczone sposoby modyfikowania percepcji tego, kim się jest — zarówno przez uwodzenie i przybieranie pozoru kogoś innego (czyli zmianę całej własnej aury), jak i przez jednoczesne wpływanie na percepcję innych, nieświadomych ludzi. Większość ludzi nie jest refleksyjna, ma ograniczoną wiedzę o innych, zwykle zajęta sobą. Nie kwestionują swoich intuicji ani wrażeń wobec innych: jednych lubią, innych nie — naturalna kolej rzeczy.
Mistrz nie może sobie pozwolić na lubienie czy nielubienie — on postrzega z wglądem, stara się wydobyć prawdziwe „ja” drugiego człowieka, bez masek i fałszu, by poprowadzić go ku lepszemu aspektowi jego natury.
Lecz „druga strona” zna te mechanizmy i potrafi najświetniejszego człowieka zamienić w znienawidzonego nędzarza, a największego łotra — w czarującego ulubieńca. Zaczynają się gry percepcji. Gdy ktoś staje się celem złej woli, jego aura zaczyna promieniować odrazą, nieufnością, brakiem charyzmy — inni reagują zgodnie z wcześniej wspomnianym prawem. Jeśli takie strategie trwają długo, nieuchronnie następuje społeczna destrukcja: przez odrzucenie, przez wykorzystanie naturalnych wad innych, przez obrócenie ludzkich słabości przeciw niemu.
Wkrótce człowiek taki staje się wyobcowany i przygnębiony, jego życie się rozpada — traci pracę, rodzinę, kończy na ulicy. A przecież był sprawiedliwy, mądry, cnotliwy — dlaczego więc? Bo istnieją siły z „drugiej strony”, które w „złym miejscu i czasie” uruchamiają swoje intrygi przeciw niemu. Nie ma ludzi doskonałych — z czasem degenerujemy się pod wpływem pogardy i nienawiści, stając się dowodem na to, że „oni” mieli rację od początku.
Dlaczego ludzie nie rozpoznają takich procesów? Bo pojedynczy człowiek zmanipulowany przez „drugą stronę” w postrzeganiu „złej aury” innego nie wyrządza wielkiej szkody — przyjaciele wspierają, inni nie są pod wpływem. Ale gdy ta aura zostaje rozlana na wielu, bez naszej winy, a ich percepcja magicznie wzmocniona, jesteśmy zgubieni. Strzeż się tłumu — potrafi czynić najgłupsze rzeczy bez żadnej korzyści, a każdy z osobna czuje się usprawiedliwiony. Indywidualnie nie stanowią zagrożenia, ale razem, w masie, mogą zniszczyć człowieka w mgnieniu oka.
Jakie są środki zaradcze?
Odporny etos, stałość i czujność chronią przed wieloma nieszczęściami — lecz nie wystarczą. Możemy przez lata być rycerzami w lśniącej zbroi, ale jeśli ludzie zostaną percepcyjnie zmanipulowani przeciw nam, i tak popadniemy w niełaskę. Pomaga dobra mowa, dobre myśli, dobre czyny — ludzie z natury reagują pozytywnie na życzliwość, uprzejmość, szacunek i uważne słuchanie. Lecz to wciąż za mało.
Trzeba usunąć pierwotną przyczynę. Najpierw należy naprawić własną aurę środkami magicznymi: wypędzić złowrogie cienie, odprawić rytuały apotropeiczne, prosić Bogów o pomoc w zdjęciu klątwy.
Czym jest klątwa? To wszystko, co odbiera nam szczęście, uczciwość, prawo do życia i sprawiedliwego cieszenia się owocami naszej pracy — zainstalowane magicznie przez „drugą stronę”. Większość klątw działa w trybie powolnego zniszczenia: najpierw niezauważalnie, później kaskadowo — gdy jedno się psuje, za chwilę psuje się wszystko inne, jeśli nie zareagujemy w porę. To zwiastun destrukcji.
Innym środkiem jest zwrócenie się do „drugiej strony”, ale tej sprzymierzonej z nami, by rzuciła kontrklątwy i przywróciła ludziom normalne postrzeganie — lepiej, by widzieli rzeczy takimi, jakie są, niż by zostali zmanipulowani, by nas kochali czy uwielbiali.
W końcu możemy po prostu być głupcami, pyszałkami lub nieszczęśliwymi nieudacznikami — tacy ludzie giną szybko, jeśli los im nie sprzyja, albo stają się niezwykle obłudni, jeśli zostaną niesłusznie wyniesieni przez nienaturalne siły.
Poznaj samego siebie, używaj powściągliwości i umiaru — a nie sprowokujesz zbyt wielu sił, które mogłyby cię skutecznie zniszczyć.Słowa nie są już od dawna amunicją. Są sportem ludzi cywilizowanych
Obawiam się, że żyjemy w czasach, w których słowo pisane nie jest już od dawna amunicją. Pisma nie prowadzą więcej do rewolucji, do reform, do inspiracji, poza może małymi przebłyskami indywidualnych percepcji czy wzlotów i upadków, natchnień, westchnień i tak dalej.
Kiedy wtórny analfabetyzm panuje, chciałem wpierw doprecyzować, czym jest wtórny analfabetyzm,
Wtórny analfabetyzm to zjawisko społeczne, w którym osoba formalnie umiejąca czytać i pisać nie potrafi w pełni korzystać z umiejętności literackich w praktyce codziennej. Obejmuje to trudności w rozumieniu tekstów złożonych, interpretowaniu informacji, analizowaniu przekazów medialnych czy korzystaniu z nowoczesnych narzędzi cyfrowych. Wtórny analfabetyzm nie wynika z braku edukacji podstawowej, lecz z niewystarczającego rozwinięcia kompetencji czytania ze zrozumieniem, krytycznej analizy treści i samodzielnego wyciągania wniosków. Jest zjawiskiem szczególnie groźnym w kontekście współczesnego społeczeństwa informacyjnego, gdzie nadmiar danych wymaga selekcji, interpretacji i oceny wiarygodności źródeł.
Brak krytycznego myślenia to powiązany problem, polegający na niemożności samodzielnej oceny informacji, kwestionowania założeń czy rozpoznawania manipulacji i błędów logicznych. Osoba pozbawiona tej umiejętności łatwo przyjmuje informacje w formie powierzchownej, bez weryfikacji faktów czy kontekstu, co może prowadzić do ulegania propagandzie, pseudonauce lub stereotypom. Brak krytycznego myślenia często wynika zarówno z wtórnego analfabetyzmu, jak i ograniczonego kształcenia w zakresie logicznego rozumowania, argumentacji oraz refleksji nad źródłami wiedzy. W praktyce społecznej skutkuje obniżeniem jakości decyzji, podatnością na manipulacje i trudnościami w funkcjonowaniu w złożonym świecie informacji.
Zakładając, że człowiek, który się edukuje godzinami dziennie, rozwija swój aparat konceptualny, myślenie, rozwija funkcjonalność językową. Funkcji językowych jest mnóstwo — mogą być to funkcje performatywne, fatyczne, użytkowe i tak dalej.
Natomiast jest pewna zasada wittgensteinowska, że poza własnym zrozumieniem, poza własną wiedzą i doświadczeniem, człowiek nie jest w stanie wyjrzeć — interpretuje wszystko z powrotem do tego, co wie, co rozumie, na co pozwala mu jego percepcja. Dlatego największą klęską współczesności jest to, że osoby, które nawet chciałyby przekazać coś w zrozumiały sposób od podstaw, ale chciałyby przekazać wielką narrację i wielką historię, spotykają się z murem. Bowiem osoby rządzone wtórnym analfabetyzmem nie są w stanie przeskoczyć przepaści między aparatem konceptualnym, pojęciowym, filozoficznym, umysłowym, intelektualnym, emotywnym, retorycznym — bo nie są tego nauczone.
Wszystko dąży do pewnej prostoty, kodyfikacji funkcjonalności rozmaitych aspektów życia. Jednym słowem, z ludzi robi się kompletnych debili, niezależnie od tego, czy próbują się angażować politycznie, czy pisać książki.
Jest taka stara anegdota z chińskiego poety z okresu Tang, Du Fu, który żył w VIII wieku naszej ery. Jeżeli zaczynasz stroić swoją pieśń zbyt wysoko, czy to emocjonalnie, czy intelektualnie, reszta nie dołączy. Tam, kiedy ludzie stroją swoją kakofonię umysłową tak nisko, że nie są w stanie dostroić się do żadnej pieśni, są w stanie tylko i wyłącznie skorelować to z atencją i koncentracją o wartości Złotej Rybki. Jak można się skoncentrować na wielkich dziełach, na wielkich przemowach retorycznych?
Porównajmy sobie prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zasób słownictwa Trumpa nie wspina się ponad 15–17 tysięcy słów. Kretyni, którzy przemawiają do ludzi, zaniżają im loty. Intelektualiści są na przegranej pozycji, wycofani z tego świata, bo nie mogą walczyć — jak można walczyć tłumacząc światło dzienne, codzienne życie, heroizując to, czym wszystko jest i jaką ma wartość?
W tej sytuacji jedyne, co można zrobić, to zaczynać inspirować młode pokolenia. Inspiracja, która trafia na wymarłe pola ludzkich serc, umysłów, dusz, które są tak jałowe, że nawet gdyby wszyscy bogowie razem wzięci pojawili się, ludzie powróciliby do paradygmatu lęku albo religijnych plwocin.
Przedstawiłem to tylko i wyłącznie dlatego, że wielokrotnie stykałem się z tym, że mówiąc albo przekazując wielką historię, wielką narrację, byłem interpretowany z powrotem przez to, co człowiek wiedział, albo idiota większy ode mnie brał mnie za totalnego głupca. Nie zrozumiał ani krztyny tego, o czym mówię, bo jak mógł, skoro było to dla niego niemożliwe do objęcia konceptualnie, abstrakcyjnie. Myśl abstrakcyjna, humor abstrakcyjny — kto dzisiaj bawi się w tworzenie humoru, które zawiera wiele warstw ironii, sarkazmu, autoironii?
Do ludzi o mentalności disco polo trzeba mówić prostym językiem, ale nawet jak mówi się prostym językiem, to przekazać można tylko i wyłącznie tyle ile można. I tak oto, w dobie biotechnologicznych wysypisk, nikogo to nie interesuje.
Oligarchia zastępuje arystokrację, uważaną za rząd tłumu, ochlokrację, którą nigdy nią nie była — ani w starożytnej Grecji, ani przez wszystkie możliwe ewolucyjne rozwinięcia. Demokracja, drodzy państwo, to rząd arystokracji elit, które inspirują i edukują. Demos nie rządzi większością ani festiwalem demokracji człowieka. Zakładając, że ma się do czynienia z ludźmi merytokratycznymi i arystokracją, wybiera się wśród elit, a nie wśród motłochu. Cytując Solona, ateńskiego wielkiego prawodawcę: „Nie obwiniaj bogów, że rządzą wami idioci i kretyni; sami sobie ich wybraliście.” Popyt i podaż wzajemnie napędzają się w cyklach głupoty, zapętleniu. Oczywiście nie jest to wszystko linearne.
W każdej klęsce pojawiają się nadzieje, pojawia się zmiana, pojawiają się ludzie, którzy chcą to zmienić. W przeciwnym razie cywilizacja dawno by się rozpadła, tak jak wiele innych, studiując przekrój cywilizacji, które upadły.Via Regia — tworzenie bogów w praktyce: Nie mam kompleksu boga — to Ty masz prostackiego boga
Kiedyś pewna dziewczyna prześmiewczo „z drugiej strony” zapytała mnie jak zostać Bogiem, inni świętokradzcy w dobie demos „równości” chcieli powtórzyć moje kroki, albo wprost ukraść moje dokonania. Służę odpowiedzią:
„Półbóg” to pojęcie, które rodzi wiele nieporozumień. Choć nasze życie nigdy nie jest nudne, wciąż jesteśmy przywiązani do śmiertelnego życia w świecie fizycznym. Nie potrafimy wskrzeszać zmarłych, latać ani rzucać kulami ognia. Starzejemy się, dostajemy pryszczy i umieramy — tak samo jak wy. W gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak wy, tylko bardziej.
Półbogowie często mogą uchodzić za wyjątkowo utalentowanych ludzi. Niektórzy przeżywają całe życie, nie zdając sobie sprawy, że są kimś innym niż zwykłym człowiekiem. Różnica pojawia się dopiero wtedy, gdy nasze śmiertelne ciała wchodzą w okres dojrzewania. (Ja akurat jestem wyjątkiem, ale tak wygląda ogólny przypadek).
Przedtem wiedzieliśmy, że różnimy się od reszty was, ale nie mieliśmy pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. A potem zaczynają się sny, wizje, idee — zaczyna się ferment.
Wyobraź to sobie, zanim zaczniesz marzyć, by być jednym z nas. Twoje ciało się zmienia, wyrastają ci włosy w dziwnych miejscach, czujesz się jak nielubiany dziwak. A teraz w twojej głowie pojawiają się głosy, które mówią ci, że żyłeś już setki żyć i że jesteś boską, pozaziemską inteligencją, z dziesiątkami tysięcy lat karmy ciążącymi na twojej świadomości.
To obce, przerażające i izolujące doświadczenie. Wielu z nas pęka pod tym ciężarem. Ci nieszczęśni ludzie albo popadają w obłęd, albo wypierają tę myśl całkowicie, nigdy już nie odzyskując świadomości swej prawdziwej natury w tym wcieleniu.
Jeden z półbogów, Tyr, którego obecnej śmiertelnej inkarnacji jeszcze nie spotkałem, niemal nigdy nie uświadomił sobie swojej prawdziwej istoty od poprzedniej Ciemnej Ery. Najbliżej tego dochodzi, gdy w ludzkiej formie wstępuje do policji albo zostaje samozwańczym stróżem prawa. Ich ziemskie kariery zawsze są godne uwagi — czy to poprzez sukces, czy przez przecieranie nowych szlaków w totalnej porażce.”
— Curcio, James. 2007. Fallen Nation: Babylon Burning. 2nd ed. : Mythos Media.
Więc chcesz zostać pośmiertnie bogiem lub boginią. Pierwsza rzecz: musisz mieć pewną wrodzoną skłonność daimoniczną — coś, co jest w tobie od urodzenia, wrodzony impuls. Druga: musisz przejść przez eleuzyjskie wtajemniczenie, najlepiej za młodu. Oznacza to, że twój duch, twój daimon, zostaje zanurzony w Tartarze, w otchłani. Tam zostaje przekształcony w międzyplanetarnych, kosmicznych międzygwiezdnych strefach, pijąc ambrozję chaosu, po czym zostaje ci wyznaczona określona sfera dominiów, w moim przypadku jest to strefa Saturna, a ja jestem przeznaczony jako inteligencja (jedna z licznych) do tej sfery od 21 roku życia podczas inicjacji w Aberystwyth, Walii, w małym domku Heul Alwn 23, Waun Fawr. Być może był to eksperyment brytyjskich magów, być może zostali wbrew swoim mniemaniu wykorzystani przez „niewidzialne ręce” do tego „eksperymentu”. W każdym razie obiektywne sił platoniczne zareagowały, wbrew ich marzeniu, że nie przetrwam nawet miesiąc. Zatem wszystko jest uporządkowane przez bogów i boginie, o których śmiertelni magowie nie mają pojęcia.
Nie stajesz się wówczas „bohaterem Marvela” w ludzkiej postaci, lecz raczej istotą cierpiącą, udręczoną — stworzeniem, które znajduje się w anormalnym świecie obiektywnych sił demonicznych, duchowych inteligencji, które cię otaczają, ze względu na cywilizacyjne warunkowanie, które nie uznaje w obecnych czasach takich anomalii, włącznie z checks and balances na władzy, która skolonizowała tego typu przedsięwzięcia, uniemożliwiając je dla większości, mówię o metafizycznych architekturach Judeo-Chrześcijańskich na Ziemi, które same nie są zdolne do przebóstwienia jednostki, ale niszczą taką możliwość innym.
Jeśli przetrwasz — a ostatni zdołał przetrwać siedem lat (ja przetrwałem siedemnaście do tej pory) — nadal nie jesteś bogiem. Jesteś śmiertelnikiem, który zanurzył się kosmicznym chaosie, piekle, Tartarze i posiada pewną zdolność oddziaływania logosem — o ile głos twórczy nie zostanie on skradziony, zmarnowany lub zneutralizowany w celach rozgrywania polityczno-religijnych machlojek na Ziemi.
Jako mag możesz zostać pozbawiony duszy, mocy i sił, możesz zostać całkowicie unieszkodliwiony — a mimo to bogowie cię zapamiętają, Twój demon jest nieśmiertelny. Dlatego starasz się żyć przyzwoicie, cnotliwie, z ludzkimi, „śmiertelnymi” zmysłami i umiejętnościami. Następnie, zgodnie z królewską tradycją Via Regia, Bogowie Sumeru budują wokół Ciebie drzewo Meś, czyli interpretują Twoje poruszenia totalności życia przez okres prób w ciało młodego boga — pośmiertny wehikuł indywiduacyjny, który jest zamieszkany przez Twojego daimona, pneumę, czy hegemona. W moim przypadku okres ten trwał między 2013—2023, za plecami przeciwników alchemia ekstraktu wszystkiego, czym byłem została unieśmiertelniona, oczyszczona, rektyfikowana i interpretowana w mój pośmiertny wehikuł. Jest to rodzaj pośmiertnej maski ukazywanej światu, nacechowanej wszystkim tym, co jest kompatybilne z Boskimi światami.
Lecz największa próba przychodzi dopiero po śmierci, Trismegistosie. Dlaczego?
Ponieważ wyobraź sobie kobietę, która rodzi dziecko w straszliwym bólu. Tak samo jest z narodzinami do świata bogów i gwiazd — sam siebie rodzisz, oddzielając się od biologicznego życia śmiertelnych, aby narodzić się w świecie mocy i sił. Bogowie pełnią tu rolę facylitatorów, gdy ze śmiertelnej kolebki Bogów wykluwasz się w istocie w świat Bogów.
Spodziewam się, że po śmierci — jak mnie poinformowano — przejdę przez ogromne udręki, przez wszystkie bóle przeszłości (a było ich wiele), aby je przepalić i oczyścić. To była studnia cierpienia, którą muszę przekroczyć i zbudować nad nią most, aby zebrać wszystkie swoje boskie jakości wokół Ankh, drzewa Meś, które zostało we mnie ukształtowane przez bogów babilońskich i egipskich — w dobrej nadziei, że przetrwam.
Życzę ci tej samej podróży — i jednocześnie życzę, byś nie musiał cierpieć aż tak bardzo. Bo ci, którzy dążą do tej jakości, muszą wiedzieć, że stawanie się mocą, siłą, bogiem wśród bogów, oznacza ciężkie zobowiązania i obowiązki pośmiertne. Należysz wówczas do większego porządku mocy i sił, z obarczeniem znacznie większym niż śmiertelni, o umysłach głębokich jak oceany, o efektywnej idei co scala się z podmiotem ich działania w świecie fenomenalnych serc, umysłów i dusz. Jest to proces de-antropocentryzacji, odczłowieczenia z ludzkiego zwierzęcia, hefajstyczne wykuwanie nowego małego bóstwa.
Wtedy nie jesteś już śmiertelnikiem. Nie myślisz jak zwierzę ludzkie. Jesteś bezstronny, obiektywny, silny, stajesz się egzekutorem idei wyższych Bóstw, ich katalizatorem i sędzią. Należysz do kosmicznego porządku — kosmoi, do harmonii wszechświata.
Wszystkie ludzkie instynkty, biologiczne pragnienia i popędy zostają wyeliminowane. Stajesz się doskonałym oczyszczeniem swojego daimonu, oddzielonym od wszelkich nieczystości przez wielki ogień, męki, próby i doświadczenia, które cię przygotowują.
A więc jeśli ktokolwiek z was nadal pragnie zostać bogiem lub boginią, niech będzie gotów, że aby osiągnąć ten status — nawet jako mały, „wysokiego stopnia” bóg pochodzenia ludzkiego — trzeba przejść przez piekło za życia, a potem jeszcze raz przez piekło po śmierci. Tylko w ten sposób można dojść do etapu, który sam w sobie pozostaje niepewny — chyba że bogowie zechcą cię przyjąć do swej Rady.
Niech więc bogowie mi dopomogą, i niech uda mi się przejść pomyślnie po śmierci. To życie było piekłem, lecz jestem gotów na następny etap przemiany — by zrzucić swoją wężową skórę i stać się podobnym smoczym bogom ponad nami.Praxis i Doxa: Drzewo Życia, ucieleśnienie królewskich jakości i przemiana żebraków w bogów
Dziś chciałbym poruszyć temat Drzewa Życia ucieleśnionego w królu lub królowej. Czytamy u Douglasa Estesa w pracy The Tree of Life Themes in Biblical Narratives (wyd. Brill), że na pieczęci z Uruk z okresu od trzeciego do drugiego tysiąclecia p.n.e. bogini Inanna zwraca się do swego króla, porównując go z drzewem meś — Drzewem Życia:
„Mój królu, drzewo meś, które wiernie wydaje owoc, jaśniejące pełnią uroku, synu swej matki i ojca — sprawię, że zabłyśniesz jak Meś. Niech Anu (Saturn) da ci życie.”
Czym więc jest Drzewo Życia w tradycji Sumeru, Akadu, Asyrii, Babilonu i Egiptu?
Gdy bogini Sab-Seshat i Thoth wpisywali w faraona boskie jakości i imiona, tworzyli coś, co można nazwać kołyską bogów — drogą, przez którą śmiertelnik, poprzez trud i życie w objęciach bogów, spotykając boskość w połowie drogi, stawał się nieśmiertelny po śmierci. Trzykroć wielki jak Hermes Trismegistos, przechodził trzy etapy: Zstąpienie, Cnotliwe życie i Wstąpienie pośmiertne.
Tak więc mamy opowieść o zstąpieniu bogini Isztar do podziemi, gdy porzuca wszystkie swoje klejnoty i szaty, przechodząc przez czternaście bram piekieł. Czym jest ten akt?
To ten sam schemat, co zstąpienie w misteriach eleuzyńskich czy zstąpienie Ozyrysa do Amenty. Wszystkie te mity wyrażają wspólny cykl, który pozostawia wzorzec dla śmiertelnika — ślad, który można podążać.
Ambrozja bogów to gęsta materia chaosu, którą należy odzyskać, aby wykłuć z niej daimona. To właśnie w międzyplanetarnych przestrzeniach, w kosmicznych otchłaniach, dokonuje się przemiana świadomości. Tam trzeba podróżować duszą, by dokonać właściwej transformacji daimonicznego „ja” — ducha, który dzieli losy i nadaje przeznaczenie.
Co więc dzieje się dalej, jeśli ktoś rzeczywiście zstąpił do podziemi i powrócił z trofeum na ziemię?
Właśnie tu zaczyna się prawdziwa ścieżka. Przez próby i udręki — zarówno natury, jak i sfer demonicznych i boskich — śmiertelnik jest testowany i rozszerzany. Jego natura zostaje poddana napięciu, by wydobyć z niej największe ruchy życia, jego całkowitą sumę, powiązaną zarazem ze światem natury i światem planetarnych sfer w porządku chaldejskim: od natury słonecznej po Saturna.
Podczas gdy człowiek przechodzi przez te planety i zdobywa ich jakości, poszerzając je i ucząc się ich, w procesie dzieje się coś więcej. Za każdą pomyślnie rozwiniętą jakość, zgodną z danym wymiarem planetarnym, otrzymuje się pieczęć — na płucu prawym i lewym, w splotu słonecznym, gardle, oczach, Adźnie (czole) i koronie (Kephalosie).
Drzewo Życia, drzewo meś, jest więc proporcjonalnie skalowane do śmiertelnego, okultystycznego aparatu bio-seksualno-psycho-pneumatycznego.
Innymi słowy, jest dostosowane do śmiertelnika. Nie oznacza to, że człowiek jest centrum wszystkiego czy absolutem — raczej, że jest boskim zwierzęciem, które może zostać naprawione według bardzo złożonych parametrów.
Załóżmy więc, że pewien mężczyzna lub kobieta pomyślnie, przez wiele lat, przeszli liczne próby i że w różnych miejscach i czasach owe centra duchowe zostały zachowane. Wówczas tworzy się matryca ich pełnej natury, zgodna z naturami planetarnymi. To ciągłe nauczanie — nie można być doskonałym zawsze, lecz gdy osiągnie się doskonałość choć na chwilę, a zostanie ona utrwalona, to właśnie stanowi wynik. Zatem w różnych momentach życia te bosko godne jakości są zachowywane i — że tak powiem — przesyłane (interpretowane) do ciała boga, które przygotowują bogowie Annuna.
To ciało boskie otrzymuje pieczęcie tych jakości, jakby je indywidualizując w tym nieustannym trudzie. To, co zostaje uznane za godne noszenia szat nowego boga lub nowej bogini, zostaje zachowane w nieśmiertelności. Człowiek nie staje się bogiem w ciele — może rozwinąć pewne zdolności, pewne jakości, lecz wciąż podlega rozpadowi i przemijaniu. Jednak po śmierci, zwyciężając ją, jego powłoka — ciało Dionizyjskie, grobowiec — zostaje odrzucona, a duch pozyskany w otchłani zamieszkuje nowe boskie ciało, ukształtowane z tych boskich jakości i dostrojone do boskiego zgromadzenia, do większego porządku. W ten sposób duch współpracuje z bogami, którzy wynieśli śmiertelnika.
Można więc powiedzieć, że cały ten proces to ciągła interpretacja i translacja śmiertelnika w boga lub boginię. Śmiertelny umysł i ciało zostają odrzucone, a zachowane zostają jedynie najsubtelniejsze punkty Via Regia — królewskiej drogi filozofów, królów i królowych. Można to pojmować jako boski katalizator najczystszych jakości, które pozwalają kosmicznemu wyrazowi przepływać przez jednostkę.
To było streszczenie praktycznych aspektów — z pominięciem mitologii, metod i narracji, które im towarzyszą. Czy wiem, jak to działa? Nie. Jestem praktykiem — przeżywam to, a więc przekazuję to, co wyintuicjowałem i co, jak sądzę, warto przekazać.
Z ironią sokratejską powiem: to, czego nie da się powiedzieć ani przekazać, musi mimo to zostać powiedziane.
Na zawsze pozostaję wdzięczny smoczym bogom Sumeru, Babilonu i Egiptu — wielkim Igigi-Annuna, za umożliwienie tej drogi mnie i nielicznym innym, którzy zdecydowali się nią kroczyć.
Chwała złotym skrzydłom. Dziękuję.
Non Omnis MoriarCienie Polityki
Arystokracja, nie motłochokracja. Merytokracja, nie oportunizm. Aretokracja, nie zarządzanie przeciętnością. Czym jest papierek lakmusowy tego wszystkiego we współczesnym świecie? Zawsze istniał wektor skierowany ku rzeczom dawnym — w Republice Rzymskiej, w paideicznej demokracji ateńskiej. I ten papierek lakmusowy nigdy nie zawodzi: cnota.
Cnota — wszyscy krzyczą „cnota”! A jednak często jest to tylko cień i spektakl. Prawdziwa cnota to to, co można wcielić w zasługę, to, co emanuje z człowieka w wizji — w wielkiej wizji. Wielka historia — to się liczy.
Rozejrzyjcie się wokół: polityka, kompleks wojskowo-przemysłowy, „dyplomacja”, gry o władzę — jak toczą się one gdzie indziej, o zasoby, o finanse, o bogactwa. Cytując Solona z Aten, wielkiego reformatora: nie obwiniaj bogów za wybór tych idiotów do władzy — waszych Trumpów, Putinów, Orbánów, Le Penów i reszty. To fasady, prowadzące do długotrwałego upadku.
Polityka stała się biznesem, zamiast przywództwem. Polityka jako zawód — w sensie weberowskim — zanikła.
To zabawne: spoglądam na Pałac Prezydencki w Warszawie. Niegodny. Herb miasta strzeżony jest przez dwie Angeli Bonum — kobiece, pogańskie, szlachetne damy — Muzy. Muzy z różnych epok, flankowane przez dwa kaduceusze, herkulowe węzły — a więc mistrzynie i mistrzów, którzy doszli do doskonałości w cnocie i zasłudze, wyznaczonych do sfer planetarnych, do gwiazd, do nieustannego działania bóstw.
A pośrodku znajduje się Thyrsa, albo najdawniejsze słowo dla Thyrsy — Narxos.
Wielu uchodzi za filozofów, lecz niewielu jest ukoronowanych przez Muzy. Muzy zostały zamienione w muzeum — nowoczesne muzeum, w którym można oglądać obrazy, artefakty dawnych czasów. Tymczasem prawdziwym, godnym celem jest uczynić z samego siebie muzeum — świątynię Muz.
Osiąga się to przez przygotowanie od podstaw: ćwiczenie w zasłudze, ćwiczenie w cnocie, ćwiczenie w edukacji i wiedzy — wcielanie tych wszystkich rzeczy. Tylko w ten sposób można stworzyć muzeum, świątynię dla Muz w samym sobie.
To godny trud — nawet jeśli zostaniesz pokonany na Ziemi, w sferze materialnej, jesteś zwycięzcą jako duch przeznaczony do tego nieustannego dążenia.
Wielu jest znanych bogom, niewielu rozpoznanych i uznanych. To ciągłe paplanie, plotki ziemi — płytkie dusze, niezdolne do wielkich czynów.
Wielkie dusze są rzadkie — te ożywione intelektem. To smutna refleksja, ale cóż, życie toczy się dalej.
A po moim odejściu — nawet jeśli moją rolą będzie rola burzyciela, buntownika, jakim byłem dysydentem — niech tak będzie. By przeciwstawić się idiotyzmom waszych prawicowych populistycznych demagogów, waszych lewicowych kultur unieważniania, waszego zarządzania przeciętnością, waszych biurokratycznych ideałów obrzydliwych każdemu, kto zna wartość dobra, gdy instytucjonalizm przeradza się w schlebianie bogaczom.
Myśl krytyczna ma wartość — tak jak inteligencja i intelekt. Najprawdopodobniej nie zostało mi już wiele czasu na Ziemi. Ten porywający marsz przez glob był odrażającym bólem, muszę przyznać, biorąc pod uwagę, co mi uczyniono. Ale będę kontynuować z zaświatów — poza dionizyjskim grobem cielesnym.Złote Tabliczki Orfickie: Dziecię rozgwieżdżonych niebios, Ziemi, rasy niebiańskiej
„Od Mnemosyne wymaga się, aby sprawiła, że inicjowani będą pamiętać rytuał, prawdopodobnie rytuał inicjacyjny. W hymnie orfickim skierowanym właśnie do Mnemosyne (OH 77.9–10) funkcja, którą przypuszczalnie ta bogini pełni w liściach, jest wyraźnie określona: pobudzać inicjowanych pamięcią o pobożnym rytuale i odpędzać od nich zapomnienie.”
Biorąc pod uwagę, że w języku greckim pojęcie prawdy (ἀλήθεια) oznacza etymologicznie „brak zapomnienia” (λήθη), pamiętać okazuje się równoznaczne z „wiedzieć”. Pamiętać w innym świecie oznacza również przekroczenie podziałów czasu krótkiego życia śmiertelnego. W Ent. 2 (B11.2) pojawia się wzmianka o „bohaterze, który pamięta” (μ]εμνημέ<ν>ος ἥρως). Wyrażenie to musi odnosić się do niezbędnego warunku, aby stać się jednym z tych „bohaterów” o szczególnym przeznaczeniu w innym świecie: pamiętać inicjację, nie zapomnieć wszystkiego, czego się nauczył, wiedzieć, co musi zrobić i co powiedzieć w innym świecie.
Termin „bohater” pojawia się ponownie w wielkim liściu z Thur. 492.9 (C1.9), a następnie w wyrażeniu „światło dla intelektu”, które wydaje się wyraźnym odniesieniem do oświecenia umysłu wierzącego, prawdopodobnie w drodze do inicjacji. Wyrażenie „ten, kto pamięta” można utożsamić z sentencją z Thur. 487.2 (A4.2) „być w pełni świadomym wszystkiego”. Tylko poprzez przypomnienie sobie wszystkiego, czego nauczył się w inicjacji, dusza zmarłego osiągnie szczęśliwe życie pozagrobowe ze statusem ἥρως.”
Alberto Bernabé and Ana I. Jiménez San Cristóbal, Are the “Orphic” gold leaves Orphic? in ‘Orphic’ gold tablets and greek religion: further along the path. 2014. : Cambridge Univ Press, pp.75—76.Kto idzie w górę, kto w dół
Poza wszystkimi moimi ulubionymi metodami niszczenia dysydentów takich jak ja, zauważyłem jedną szczególną, o której być może komunikowałem jako ostrzeżenie dla tych, którzy znajdują się w stanie metafizycznej walki — wojny duchowej, operacji w cieniu, operacji psychologicznych, wojny o umysły, serca i dusze.
Przez lata wielokrotnie pojawia się u ciebie dziwne zaszczepione z zewnątrz pragnienie, by kogoś zamordować. Nagle w krytycznych momentach synchroniczności wzrasta gniew, przemoc, agresja — inklinacja „zabij go”, prawda? Albo gwałt — pojawia się nienaturalne uczucie podniecenia, chtonicznego gorąca, a wzrok kieruje się ku jakiejś samotnej, bezbronnej kobiecie. Nie będę tu analizował źródeł, wystarczy wiedzieć że psyopsy, ezoteryczna wojna, radionika komputacyjna i nasi przyjaciele ze światów demonicznych mają takie możliwości. Samokontrola i świadomość ostra jak brzytwa sztyletu! Co się dzieje, jeśli popełnisz ten czyn? Trafiasz do więzienia. Trafiasz do więzienia, a wszystko, do czego dążyłeś — twoja nauka, twoje oddanie bogom, komukolwiek, kto jeszcze pozostał na ziemi godny walczenia o niego, o nią — zostaje zniszczone.
Społeczeństwo nie zrozumie. Dla niego jesteś przestępcą — wyrzutkiem. Podobnie z szaleństwem, które mogą ci wywołać. Sprawią, że oszalejesz. Trafisz do psychiatryka. Komu uwierzą — tobie czy psychiatrze? Z perspektywy społecznej zostajesz zmieciony w nicość. Nie uzasadnia to wszystkich kryminalnych przypadków, są wyjątki od zasady, które toną w kryminalnych przypadkach, nierozróżnialne dla niewprawnych oczu. Mam szczęście, że nie siedzę w więzieniu. Dziękuję Bogom, że nie uczyniono ze mnie rezydenta szpitala psychiatrycznego do końca życia w Europie Wschodniej. Bo właśnie w ten sposób dziś eliminuje się dysydentów. Po cichu — to cicha wojna, daleko od nieświadomych mas, od tłumu.
Ludzie żyją swoim życiem. Nigdy nie rościli sobie prawa do żadnej mocy. Nigdy nie próbowali przeniknąć rzeczywistości metafizycznej ani posiąść żadnej siły. Jeśli ty to robisz — jesteś skończony. Istnieje wiele mechanizmów, które cię spacyfikują, zneutralizują i usuną
Kto idzie w górę, a kto w dół? Spójrz, dokąd zmierzają ludzkie sny i marzenia. Czego pragną? Jeśli wiesz, kto potrafi kontrolować sny i dostarczać iluzji spełnienia ich marzeń i potrzeb — tam właśnie leży władza.
Więc jeśli widzisz celebrytów wychwalających Jezusa, Żyda, i całą strukturę psycho-społeczną, wychwalających istniejący porządek poprzez głośne „tak!” dla tej obrzydliwości, fałszerstwa i degrengolady, lub dając złudzenie kontr-narracji w religii popularnej rozrywki, aby „kontrolować bunt” poprzez jego dostarczenie w spacyfikowanej formie — zadaj sobie pytanie: gdzie jest władza, tam gdzie kieruje się propaganda? Jaka jest najlepsza metoda, by zapewnić sobie awans w społeczeństwie, usprawiedliwiając jego kłamstwa, złudzenia i ignorancję?
Otóż, jeśli masz dość szczęścia i potencjału, by uczestniczyć w tej machinie propagandowej, zapewnią ci pieniądze. Zapewnią ci miejsce na scenie, abyś mógł rozcieńczać świadomość mas, które patrzą na tych ludzi jak na złote cielce nowoczesności, którymi nigdy nie będą, ale które rozbudzają ich marzenia i sny, prowadząc ich jak psy na smyczy.
Jeśli więc jesteś współczesnym oportunistą, który potrafi to opakować w pozory dobroci, jak długo jesteś kukłą potężniejszych od siebie — to najlepsza recepta, by iść w górę. Jeśli masz odpowiednie sieci i kontakty, zapewnią ci pieniądze, sławę, dostatek i rozkosze.
Będziesz użyty jako hipokrytyczny katalizator ich kłamstw, oszustw, złudzeń i ignorancji. To jest fundament władzy tych prosiąt w establishmentcie — w wielkim biznesie rozrywkowym, w kompleksie militarno-przemysłowym i inżynierii społecznej na żywnej tkance umysłów, dusz i serc.
Spójrz więc na to, co oferuje ci rozrywka. Spójrz na narracje w filmach, serialach, sitcomach. Co one prezentują w metaretoryce? Czy są autonomiczne, czy jest to autentyczna sztuka, czy otępiają cię wobec pewnych spraw? Czy zarządzają twoim okrucieństwem, twoją obojętnością? Czy kierują twoją agresją? Czy kontrolują twoją reakcję? Czy Cię warunkują do pewnych behawioralno-emotywno-poznawczych spraw?
Tak właśnie pacyfikują masy — poprzez rozrywkę, filmy, muzykę. Bo psychologicznie udowodniono, że jeśli człowiek odtwarza te scenariusze w symulowanej rzeczywistości simulakr rozrywki, zwykły, niekrytyczny odbiorca szybko zostaje uśpiony. Neutralizuje, adaptuje i normalizuje te skrypty, wchłaniając je.
W efekcie staje się nieskuteczny w każdej formie buntu politycznego, krytyki, czy oporu. Jego rozmowy ograniczają się do banalnych pogawędek o ludziach, pracy, rodzinie. Nie stanowi zagrożenia dla władzy — bo z założenia nie ma do tego prawa.
Ale jeśli ty nim jesteś, jeśli tworzysz alternatywny dyskurs — stanowisz zagrożenie. Bo nie jesteś częścią krótkiego obiegu. Jeśli obnażasz kłamstwa, złudzenia i ignorancję — jesteś naturalnym wrogiem. Muszą cię spacyfikować. Nie awansujesz. Nie śnij o tym.
Więc działasz zza linii wroga, posuwasz się naprzód, pozostając wierny swoim tradycjom, swoim Bogom. Jeśli nie możesz zniszczyć całej tej twierdzy świń, to przynajmniej podkop ją, sabotuj, podważaj, gdzie tylko możesz.
To jest istota dysydencji. Nie polega na frontalnej wojnie, ale na totalnej wojnie podziemnej — wojnie subwersji. Niezależnie od tego, czy odbywa się poprzez narrację, pisanie, akty metafizyczne, operacje psychologiczne, współpracę z niebem, gwiazdami czy piekłami — działaj, gdzie możesz. I nie waż się wycofać. Nie jest to nihilizm, bo oferujesz co innego, masz całą superstrukturę idei gotową na to, aby przywrócić metafizyczny, polityczny i społeczny porządek. Poważnym błędem większości decydentów jest to, że oprócz oporu wobec niesprawiedliwości, nie mają czym zastąpić tych fałszywych porządków.
A kiedy dranie powiedzą Ci: „Wtrącasz się w nasze sprawy”, szybko zostaniesz zniszczony, zamordowany, doprowadzony do obłędu lub zmuszony do popełnienia przestępstwa, by cię wyeliminowano. Tak wielu zostało już sprzątniętych z ziemskiej sceny w zapomnienie!
Jednak dopóki działasz, istnieje szansa, że pewne scenariusze zwyciężą. To jest obecna narracja planety — walka o to, czyja narracja zwycięży w noosferze.
A jeśli zestroisz się z prawością prawdziwego decydenta, który niesie swoją wewnętrzną prawdę, prędzej czy później bogowie odpowiedzą, chroniąc cię przed ziemskimi prosiakami. Żadne operacje psychologiczne, żadne ataki nie będą w stanie ci zaszkodzić, bo powracasz do swojego Daimona — sokratycznego geniusza i swojej wewnętrznej prawdy, to metafizyczne niezniszczalne sprawy, tak jak deifikowane jakości naszych wielkich muz, wołających nas cichym potężnym językiem: „Dalej, dalej, podążaj za nami!”.
Chcą cię zabić — wynajmują snajpera. Snajper strzela sobie w głowę i znika. Chcą cię pobić, zastraszyć — zostają zniszczeni. Chcą wysłać religijnych fanatyków — ci zostają unicestwieni.
Jeśli udowodnisz swoją wartość w dysydencji, bogowie cię wspierają. Jesteś anarchistą wobec ustanowionego porządku, ale jeśli porządek, który nosisz w sobie, jest właściwy — bogowie wesprą anarchistę, który jest imperatorem w swoim wewnętrznym cesarstwie.
Anarcha — król anarchistów. Dlaczego? Bo masz rację, gdy świat stoi na głowie. I idziesz z bogami, bo świat na ziemi jest odwrócony, a oni wspierają ciebie — nie tych we władztwach, którym psujesz szyki.Białe Flagi
Spójrzcie na tych fetyszystów codziennej rzeczywistości! Wyobrażacie sobie, że zmusicie ich, nauczycie, zainspirujecie, by spojrzeli gdziekolwiek dalej? Prędzej sami staniecie się pośmiewiskiem, osobliwością dla głupców! Dźwigając piekła na naszych plecach, które pozwalają nam żyć jak zabawki po to tylko, by dostrzegać wirtuozerię naszych upadków i porażek na przestrzeni lat — to zawsze wielka gra, gdy nie jest świadoma swojego przeznaczenia, przepisanego jak lekarstwo przez Mojry — ale walczy i mówi, czyni cuda i rytuały — dla kogo, dla czego?
Być może dla własnego usprawiedliwienia w oczach bogów, którzy z rozbawieniem patrzą na walki z głupotą, dawno przegraną z ludzkością! Nie można wymusić działania, inspiracji, genialnej motywacji — jak płomienia! Prędzej pogrzebią cię w religijnych i politycznych kłamstwach, odcinając nici twojego umysłu od większych spraw! Nie, nie z wyuzdanej złośliwości czy perfidii, w imię ich urojonego dobra, które mylą z prawdą, gdy pląsają jak niewolnicze świnie do swoich mistrzów!
Zrobiłem swoje — skrycie, niewidzialnie — zanim świnie wdarły się i stratowały wszystko, co święte, kwicząc z plugastwem nad moimi dziełami, nad moimi słowami, nad moimi prawdami i uwiedzeniami — przez zachwyt i zepsucie, przez wściekłą nienawiść i dobroczynną, acz zdradliwą cierpliwość! W końcu nazwą cię kłamcą i utopią całe twoje ciężko zdobyte doświadczenie w psychiatrii, psychologizmach, albo w swoich własnych błędnych narracjach o niezdolności do sięgnięcia po cokolwiek wartościowego!
Mali kłótnicy, uczeni prostacy — od ateistycznego redukcjonisty, przez polityczną świnię, po zaślepionego wiernego fałszywych religii, niewypieczonego ezoteryka, zarozumiałego okultystę — wszyscy z początku biorą się za coś wielkiego w swojej ignorancji i rzekomej prawości! Dlaczego?! Tam, niechaj przez chwilę zabłysną — a oni się zachwycają czym?! Samymi sobą, karmiąc się bredniami z własnych chlewów! Nigdy nie zwracali uwagi na to, co miałem im do przekazania — potrzebowali jedynie usprawiedliwić swoje bełkoczące urojenia, półprawdy, czy wierzenia! Pozostanę ze swoją wewnętrzną prawdą i >realizacjami<, przeczącymi tym bełkoczącym szkodnikom!
Uzgodniono więc — odwrót od tego ludzkiego gatunku, którego już nie uważam za swoje braterstwo; zabezpieczenie barykad, by świnie nie mogły się czołgać i szturmować na nasze stare pozycje, zadając mi >pytania< tylko po to, by dowieść swojej racji; umocnienie cytadel i fortyfikacji za sobą — które i tak zdobędą, lecz spowolnią to ich marsz świń, gdy ja już będę zmierzał bezcielesny ku gwiazdom. W ostatnim widowisku spróbują ożywić twojego trupa, wpychając weń swoje narracje bzdurzenia, własną ignorancję i głupotę. Wystawiliby moje martwe ścierwo na podium w przestrzeni publicznej, by mówiło to, co >oni< chcą powiedzieć — to, co ich niewolnicy zawsze >chcieli< usłyszeć! Jestem już zbyt stary i wyczerpany, by podążać potężniejszą ścieżką pogardy wobec nich, nie mówiąc już o edukowaniu tych nielicznych, którzy są gotowi się uczyć.
A więc kolejny płomień zgasł, kolejny się wycofuje — czasy nie staną się lepsze, będzie tylko trudniej w nadchodzących dekadach. Już teraz zawodzę i jęczę nad przyszłymi upadłymi, którzy będą próbowali poruszyć góry! Przynajmniej spróbują, przynajmniej zdobędą coś godnego własnych imion!
A gdy świnie na falach radia Ziemia, ożywione przez rzeczy, których nie rozumieją, będą wciąż zagadywać tych kilku odpornych na śmierć — cóż, ja nauczyłem się wszystkiego z doskonałej ciszy pełnej wspaniałej treści, z doskonałej nocy pełnej nauki. Świnie są zawsze gadatliwe — gdyby na chwilę przestały, szybko stanęłyby twarzą w twarz ze śmiercią wszystkiego, w co wierzą o sobie — tarzając się we własnym gównie!
Kiedyś usłyszałem: „Wie za dużo” — od świń które wiedziały jeszcze mniej, tchórzliwie plącząc się w swojej niemocy, bo nie odważyły się sięgnąć po nic, co przeczyło ich tchórzliwości, zachowujemy dla nich pogardę i plwociny, bo współuczestniczyły w zniszczeniu całych generacji. Tchórzliwość tych co „mogliby” ale mają tonę racjonalizacji aby jednak „nie’, jest wykroczeniem przez zaniechanie, nic mnie nie nie przekona, że jest inaczej.