Zapomnę o Paradise - ebook
Kiedy nikt nie słucha, można milczeć, śpiewać lub krzyczeć…
Jak zapomnieć? Jak przestać obracać w myślach słodkie wspólne chwile, cierpkie słowa, gorycz zdrady? W jej uchu jedna, w jego uchu druga słuchawka sączą wprost do serca dźwięki „Paradise” Coldplay. W ich nozdrza wdziera się zapach kwiatów jabłoni, a usta poznają wzajemnie swój smak. Fioletowowłosa Milka i migdałowooki Almond przyciągają się i odpychają. Obydwoje tęsknią za rodzinnym ciepłem i próbują odnaleźć się w oczekiwaniach rodziców, w sieci relacji z przyjaciółmi oraz wśród własnych uczuć wobec siebie samych i siebie wzajemnie.
Zaskakująco realistyczny, a zarazem porywający głębią psychologiczną debiut Zuzanny Kubiak ukazuje, z czym mierzą się młodzi u progu dorosłości. To opowieść pełna cierpienia, ale i nadziei. Obudzi niekłamane emocje wśród młodszych i wspomnienia pierwszej miłości wśród starszych czytelników.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68817-03-4 |
| Rozmiar pliku: | 680 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wyznanie
Zacisnęłam usta, zerkając niepewnie w stronę lekarza. Nie mogłam powstrzymać podrygiwania nogi – pewnie wyglądałam jak trzęsąca się chihuahua, którą ktoś oblał czarną farbą. Mógłby się pospieszyć.
Przedpotopowa drukarka wielkości beczki wypluła wreszcie świstek, na który czekaliśmy. Niby śmiesznie mały w porównaniu z monstrum, które go wyprodukowało, ale dla mnie był przepustką do wolności i nic więcej się nie liczyło.
– Oto zalecenia.
Doktor Dobraniecki zawsze zwracał się do pacjentów dobrotliwie, nie jak lekarz od świrów, tylko jak ulubiony wujaszek. Spojrzałam z nadzieją w stronę kartki, próbując się czegoś dopatrzeć, ale matka szybko schowała ją do torebki.
– Świetnie. – Podniosła się tak niespodziewanie, że krzesło zapiszczało na wysłużonym linoleum. – Teraz pana przeprosimy, ale musimy już iść.
On mógł tego nie dostrzec, ale dobrze znałam układ zmarszczek wokół ust matki. Była bardzo zdenerwowana. Mogło chodzić o mnie, o niego, albo o to, że powinna siedzieć na moim miejscu.
– Gdyby jednak mogła pani chwilkę poczekać...
– Nie mogę. Pan mówi, że jest w porządku i panu ufam. W końcu to pan jest lekarzem.
– Emilia... – urwał, bo matka pociągnęła mnie za ramię, skutecznie stawiając do pionu.
– Do widzenia.
Kiedy wyszłyśmy, natychmiast się wyrwałam. Każdy dotyk matki kojarzył mi się z przypiekaniem prętem. Za dużo razy mnie rąbnęła, żebym się nie nauczyła, że lepiej było trzymać się z daleka.
– Dlaczego nie dałaś mu powiedzieć?!
– Autokar Karolci powinien być za pół godziny. Nie jesteś sama i radzę ci o tym pamiętać.
– Na pewno nie dajesz mi o tym zapomnieć – mruknęłam pod nosem o wiele za głośno. Mama zatrzymała się na środku klatki schodowej i prześwidrowała mnie wzrokiem na wylot.
– Bo nie powinnaś. Dość z tobą problemów, więc nie chcę słyszeć żadnego pyskowania. Zapewniam, że pożałujesz każdego słowa.
Nie żartowała. Nauczyłam się tego tak dawno temu, że nie znałam żadnej alternatywy. Spuściłam głowę, dając za wygraną.
Matka ruszyła korytarzem, myślami będąc jak zwykle bardziej przy mojej siostrze. Gdybym za nią nie poszła, zostawiłaby mnie w przychodni na pastwę losu. Zawsze zostawiała.
Przychodnię i dom dzieliło tylko kilka przecznic, więc matka pojechała po Karolcię, która wracała z kolejnego obozu dla wybitnych dzieci, a ja ruszyłam w stronę domu. Po drodze zdecydowałam się na telefon do Filipa.
Miałam dwójkę rodzeństwa, ale tylko z bratem czułam się naprawdę związana. Przejmował się wszystkim, co mnie dotyczyło, skutecznie zastępował mi ojca materialistę i matkę wariatkę. Odkąd jednak dostał się na Uniwersytet Jagielloński i przeniósł do Krakowa, byłam zupełnie sama.
Filip odebrał dopiero za drugim razem, ale tembr jego głosu przegnał całą złość, jaka się we mnie narodziła.
– Mów szybko, bo mamy duży ruch. Co powiedział lekarz?
Oczy same mi się zaszkliły, ale przemrugałam wzruszenie. Obiecałam mu, że nie będę za nim płakać.
– To koniec.
– To znaczy?
Opisałam mu przebieg wizyty u psychiatry, najlepiej jak umiałam.
– No, widzisz? Mówiłem, że ci się uda. – Niemal słyszałam jego uśmiech. – Nie ma takiej rzeczy, której byś nie przeskoczyła.
– Jest mnóstwo takich rzeczy. Matka mnie zostawiła pod przychodnią i zabrała ze sobą zalecenia. Nawet nie wiem, co tam jest.
Filip westchnął ciężko w słuchawkę.
– Nie wyrzuci tej kartki. Nie jest aż tak...
Oboje zamilkliśmy. Wiedzieliśmy, jaka potrafiła być okrutna i niesprawiedliwa. Filip pamiętał ją jeszcze przed chorobą i był przez to wobec niej wyrozumialszy, ale ja znałam ją tylko taką – zgorzkniałą, narzekającą na mnie i na wszystko wokół.
Nic dziwnego, że nie wytrzymałam i sama zwariowałam. Jako czternastolatka połknęłam jej psychotropy, zdecydowana olać to wszystko na zawsze. Filip mnie znalazł i teraz to ja musiałam chodzić do psychiatry. Minęły trzy lata, ale wcale nie byłam taka pewna, że bez leków dam sobie radę z następnym jej wybuchem.
Farmaceutyki wyprostowały mi tylko humor, a poza tym w moim życiu zmieniło się niewiele.
– Tak czy siak, jestem z ciebie dumny. Obiecałaś mi, że sobie poradzisz.
– No... obiecałam.
– Muszę kończyć, ale jakby się coś jeszcze działo, pisz, tak?
– Tak.
To był koniec rozmowy.
W dni takie jak ten człowiek czuł, że żyje. Skwar strzelał z nieba salwami, a rażące promienie słońca wcale nie sprzyjały paradowaniu po mieście takim świrom jak ja. Sekundy dzieliły mnie od poparzeń pierwszego stopnia i okropnych potówek. Nikt nie wiedział, że dopiero w starej, skórzanej kurtce ojca, zakryta od góry do dołu, czułam się bezpieczna.
Szłam powoli, słuchając stukotu glanów, ignorując absolutnie każde spojrzenie przechodniów, którzy próbowali mi zasugerować, że pomyliłam pory roku. Wzięłam głęboki oddech, czując swąd spalin i ciepło ostatnich sierpniowych dni.
Skręciłam w ulicę, przy której mieszkałam. Prowadziła donikąd, a po obu jej stronach w równych rzędach stały domki z jasnego piaskowca, który mienił się w tym słońcu jakby był ze złota. W sumie było ich dwanaście, każdy dwupiętrowy, z ogródkiem z przodu i z tyłu. Skręciłam na zacienioną stronę, a lawirując między samochodami, zupełnie przypadkiem wpadłam na sąsiada.
– Artur?
Cofnęłam się nieco. Zajmował całą przestrzeń między furgonetką a ogrodzeniem z kamienną podstawą i wykończeniem z prętów. Zawsze zwracał uwagę – miał azjatyckie rysy, na głowie afrykańskie warkoczyki. Przy naszej ulicy nie mieszkał nikt biedny, ale oni mieli za dużo kasy. Artur nigdy jednak nie zadzierał nosa i łatwo było o tym zapomnieć. Uśmiechnął się, machając mi przed twarzą papierosem.
– Milka, kopę lat. Dokąd pędzisz?
Skinęłam głową na swoją posesję, trzy ogródki dalej.
– A ty? – Zerknęłam sugestywnie na jego dom, obok którego staliśmy. – Nie możesz palić u siebie?
– Rodzina rano wróciła.
Czas stanął w miejscu, ptaki przestały śpiewać i nawet pies na drugim końcu ulicy zaniechał szczekania. Wszystko co dobre, szybko się kończy, ale żeby aż tak szybko?
– Almond...
Jak wczoraj pamiętałam ostatni dzień szkoły i chowający się w samochodzie łeb Almonda. Zabrali go do Australii na bite dwa miesiące, ale i tak znalazł przed odjazdem czas, żeby mi dopiec.
Artur zauważył moją reakcję.
– Na całe szczęście jego urocze usposobienie to na ten moment nie nasz problem. Bartek przylazł niemal od razu. Bawią się.
– W sensie, że...
– Nawalają w coś na konsoli.
Uśmiechnęłam się cierpko na myśl o starych czasach.
Kiedyś i ja spędzałam czas z Bartkiem i Almondem, ale to było, zanim odkryłam, że czuję do Almonda coś więcej niż przyjaźń, i wszystko zepsułam. Czasem mnie to ruszało, a czasem udawało się mi wmówić sobie, że już prawie mnie to nie obchodzi. Miałam nadzieję, że uporam się z tym do końca wakacji, ale się przeliczyłam. Sierpień minął, Almond wrócił, a razem z nim koszmar, który na siebie ściągnęłam.
Oparłam się o ogrodzenie. Poruszyłam kurtką, uwalniając nagromadzoną pod spodem parę. Obcisła sukienka oblepiła mnie całkowicie i przyłapałam Artura na długim spojrzeniu.
– Dobry z ciebie kumpel – rzuciłam, żeby nieco rozgonić kiełkujący we mnie strach.
– Staram się. Obiecałem Filipowi, że się tobą zajmę, kiedy go nie ma.
– W takim razie powinieneś przestać gapić się na moje cycki. A może chcesz dać Almondowi kolejny powód do plucia w moją stronę? Znajdź sobie dziewczynę.
– Mam dziewczynę – prychnął, gasząc peta o chodnik.
– No tak.
W Mroczkach znali się wszyscy. Filip i Artur chodzili razem do liceum, ale nasza przyjaźń rozkwitła, gdy Almond odrzucił moje uczucia. Artur też wtedy cierpiał na złamane serce. Teraz i to należało do przeszłości – Klara wreszcie dostrzegła, jakim jest fajnym facetem.
– Myślisz, że on też będzie na imprezie u Bartka? – wyszeptałam, chociaż dobrze wiedziałam, że Almond nie usłyszy.
Artur przechylił głowę, oglądając czarne paznokcie z uwagą. Na każdym odprysł lakier, ale nie popsuło mu to humoru.
– Myślę, że masz pecha, ale możesz mnie zawołać, jeśli przegnie pałę.
*
Mroczki były kolejną sypialnią Warszawy i niewiele było tam do roboty, zwłaszcza w wakacje. Co prawda znaczna część mieszkańców dorównywała rocznym dochodem budżetowi miasta, co z kolei przekładało się na liczne wycieczki i obozy w ciągu całego roku, lecz bez tego trudno było znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Impreza na koniec lata w domu Bartka była więc wyczekiwaną tradycją. Fakt, że był to równocześnie dom burmistrza, tylko podkręcał prestiż całego wydarzenia. Samemu Bartkowi daleko było jednak do snoba. Każdy był mile widziany, bo im więcej ludzi, tym lepiej.
Almond wrócił, więc nie chciałam iść sama. Punkt szósta zapukałam do mieszkania przyjaciółki.
Becia otworzyła drzwi i przywitała mnie swoim ciepłym uśmiechem i czarną grzywką nakręconą na wałek. Wciąż była w domowych ciuchach: luźnych i ukrywających wszystko, czego mogłaby się wstydzić.
– Wchodź, Pati już jest.
– I ja też! – zawołała z salonu Daria, młodsza siostra Beci.
Mieszkanie było ogromne i wypucowane na wysoki połysk. Zdjęłam buty na wycieraczce i odstawiłam zabłocone, wysokie glany w wyznaczonym miejscu, starając się niczego nie pobrudzić. Na ten widok Becia uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Dzięki – wymamrotała, ciągnąc mnie do swojego pokoju. – Pati planuje się spóźnić w wielkim stylu, więc zamówiłyśmy pizzę i oglądamy serial.
Daria zerwała się z kanapy, gdy tylko ją minęłyśmy.
– Mogę z wami?! – Uczepiła się ramienia starszej siostry, jęcząc potwornie. – Błagam! Nie będę przeszkadzać i nawet nie tknę alkoholu!
Becia zatrzymała się tuż przed wejściem do swojego pokoju i przyjrzała jej z politowaniem. Daria też miała trochę nadwagi, przez co wyglądała dojrzalej, ale tak naprawdę wciąż była strasznie dziecinna – zbyt dziecinna na imprezowanie ze studentami, bo dopiero zaczynała liceum.
– Nie możesz. – Westchnęła. – Ojciec mnie zabije, jeśli się dowie, że tam byłam, a co dopiero, gdy odkryje, że zabrałam tam też ciebie. To nie impreza dla dzieci.
– Nie jestem dzieckiem – zaprotestowała oburzona. – Dwa lata różnicy, a zachowujesz się jak stara baba. Nie jesteś naszą matką, nie możesz mi rozkazywać.
– Odpowiadam za ciebie. Urwie nam głowy, a mi podwójnie, bo ty tak chcesz. Weź ty się zastanów trochę!
Zostawiłam je, wiedząc, że Becia się nie ugnie. Różnie bywało i tego tylko brakowało, żebyśmy się musiały oglądać za małolatą. Daria zdąży jeszcze się zabawić z ludźmi w swoim wieku.
Pati zastałam rozwaloną na królewskim łóżku Beci. Jedną dłonią czesała swoje jasne, proste włosy, a drugą trzymała telefon, latając po TikToku z zamyśloną miną. Była już umalowana, a i bez tego przyćmiewała urodą nawet słońce. Na mój widok podniosła się na łokciach i zrobiła zdegustowaną minę.
– Milka...
– Co?
– Wyglądasz jak zakonnica... jak jebany pingwin.
– Zakonnice nie noszą skórzanych kurtek – wytknęłam na swoją obronę, mimo wszystko przeglądając się w lustrze.
Przedziałek moich krótkich lawendowych włosów był tak równy, że można by od niego rysować prostokąty. Długie kreski wciąż były ostre jak brzytwy, rzęsy i ciemna pomadka jak trzeba. Zmieniłam sukienkę na inną, też długą i obcisłą, ale z rozcięciami po bokach dla wygody, no a kurtka krzyczała sama za siebie. Jak dla mnie, wszystko było w porządku.
– Ktoś by pomyślał, że byś umarła, gdybyś pokazała trochę ciała.
– Ze wstydu tak, i dobrze wiesz czemu – prychnęłam i odłożyłam torebkę na krzesło. – Jak bardzo zamierzamy się spóźnić?
Pati usiadła na łóżku i zaczęła trzepać pościel dłońmi zakończonymi brokatowymi szponami. Metaliczny, srebrny komplet, który miała na sobie, niewiele zasłaniał, ale jak się wyglądało jak modelka, można było wszystko. Wygrzebała elektryka i zaciągnęła się, częstując też mnie.
– A ile zajmie ci opowiadanie, co powiedział lekarz? – Spojrzała na mnie wyczekująco.
Westchnęłam. Becia dołączyła do nas, zamknąwszy za sobą drzwi na zamek. Daria zaczęła w nie kopać, ale żadna z nas się tym nie przejęła. Zawsze w końcu odpuszczała.
– Nie muszę już brać leków.
– Ej, to super!
Uśmiechnęłam się tylko, starając się, by kłótnia z mamą nie wpłynęła na mój humor. Leki były dla mnie zbawieniem już od wielu lat i nie byłam do końca pewna, czy sobie bez nich poradzę. Bałam się, że skończy się jak ostatnio. Odruchowo objęłam się dłońmi, dotykając przez kurtkę miejsc, w których miałam stare blizny. Obiecałaś Filipowi.
– Ale tak po prostu... Już jest wszystko ok? – zapytała Becia, otwierając okno, by słodka chmura mogła wylecieć.
– No, niby tak, dlatego mi je odjął. Przez większość dni jest ok. Dostałam zalecenia, ale matka od razu je zabrała i nawet nie wiem za bardzo, co tam jest.
– Jak to je od razu zabrała? – prychnęła Pati. – Gorzej jej?
– Nie bardziej niż zwykle. Może jutro złapię tę kartkę i zobaczę. Pewnie jest coś, że to nie ostatnia wizyta i takie tam bzdety. – Machnęłam dłonią, nie chcąc się zdradzać z tym, że tak naprawdę wcale nie było mi do śmiechu. – Spotkałam Ramsa.
Pati zgromiła mnie wzrokiem.
– Nie Almonda, Artura! Chociaż słyszałam Almonda, jak się na siebie darli z Bartkiem u nich na chacie.
– Boże, nie mogliby go wysłać do jakiejś szkoły dla wybitnie uzdolnionych palantów?! – lamentowała Pati. Żywiła do Almonda czystą nienawiść za to, jak mnie traktował i nigdy nie bała się tego okazać. Strasznie zazdrościłam jej tych uczuć, i nie tylko.
Wielu brało ją za próżną, pozbawioną głębi osobę, ale ja widziałam w niej tylko ciepło, któremu nie umiałam się oprzeć. Rodzice wlali w nią tyle miłości, że słychać było ją w każdym jej słowie i widać było ją w każdym jej geście. Ja tego nie dostałam, więc kiedy chciała się ze mną nią podzielić, nie potrafiłam odmówić. Grzałam się w cieple jej uczuć, robiąc co w mojej mocy, by lśniło jak najjaśniej.
Co do Almonda, mogła być szczera, podczas gdy ja musiałam go tolerować, a on mnie, dla dobra całej reszty. Tak jakby byliśmy razem w klasie i tak jakby zgodziłam się śpiewać w jego zespole. Ten rozejm to taka nasza kołderka dla żalu, który wzniecał się na nowo raz po raz.
– I co? – wtrąciła nieporuszona Becia, pozwalając Pati zgrzytać zębami. Daria wreszcie przestała walić w drzwi, ale w ramach buntu odpaliła muzykę tak głośno, że drżała podłoga.
– Chciałam tylko powiedzieć, że kupi nam chlanie!
– Chociaż tyle dobrego!
Odprowadziłyśmy z Pati Becię wzrokiem, gdy poszła robić porządek z młodszą siostrą.
*
Wreszcie nadeszła noc. Zrobiło się ciemno, psy zaczęły bardziej ujadać, a na pustych za dnia ulicach pojawił się jakiś ruch. Całe Mroczki wróciły z Warszawy i szykowały się do ostatniego weekendu tego lata.
Szłyśmy ulicą, chichocząc między sobą, podekscytowane tym, co miało nadejść. Wrócimy do szkoły jako trzecioklasistki, z gorących szesnastek wreszcie staniemy się dojrzałymi siedemnastkami (a przynajmniej one, bo ja już czekałam na osiemnastkę) i ogólnie młodsze roczniki (tak jak Daria) będą nam mogły buty wycierać.
Szłam najbliżej ulicy i pomimo podniecenia perspektywą całonocnej imprezy, co chwilę oglądałam się za siebie. Liczyłam, że dostrzegę Almonda pierwsza i w porę zejdę mu z drogi. To, o czym mówiły dziewczyny, brzmiało cudownie, ale nie mogłam przestać myśleć, że w poniedziałek znowu trafimy razem do klasy i będę musiała znosić jego humory.
Pod domem Bartka było spore zamieszanie. Ludzie tłoczyli się w kolejce do bramy, a ci najbliżej domofonu molestowali dzwonek bezowocnie – z posiadłości walił taki bas, że szybciej byłoby przeskoczyć przez ogrodzenie. Przepchałyśmy się na początek kolejki, witając się przy okazji z kilkoma osobami.
– Jak miło nie czuć się choć raz jak plebs – skomentowała głośno Pati.
Wstukałam kod do bramy, jakbym wchodziła do siebie. Znaliśmy się wszyscy od podstawówki i chociaż różnie się między nami układało, ostatecznie wciąż się trzymaliśmy razem. My trzy i chłopaki – Bartek, Pieczarka, Janda i Almond. Ruszyłam żwawo, by nie blokować spragnionego dobrej zabawy tłumu, ale na myśl o tym ostatnim ręka ześlizgnęła się mi z prętów furtki.
Posesja nie była wybitnie duża, zaczynała się ścieżką z kamieni i zadbanym ogródkiem. Dom położony był na skraju miasta, dobre dziesięć minut od przystanku i kilka kolejnych od najbliższych sąsiadów. Zostawiłyśmy wściekły tłum za sobą, przemykając między rabatami na tył. Zeszłyśmy po ukrytych za jaśminem schodkach i wpadłyśmy do piwnicy, w sam środek pogorzeliska.
Pierwszy w oczy jak zwykle rzucał się Pieczarka. Leżał wyciągnięty na trzyosobowej, starej kanapie i sam jeden zajmował ją praktycznie całą. Był potężnym chłopakiem, szerokim i wysokim, a obładowany chipsami i colą wydawał się jeszcze większy. Żarcie było zapewne źródłem fetoru, który sprawił, że cofnęłyśmy się kilka kroków.
– Jezus Maria! – Pati nawet nie kryła obrzydzenia i teatralnie przytrzymała drzwi na oścież. – Czemu wy tego nie czujecie?!
Pieczarka skończył napychać sobie usta chipsami i spojrzał na nas rozkojarzony.
– Czego?
– No, równie dobrze można iść na nockę do McDonalda! – Pomachałam dłonią przed twarzą.
– W sumie zjadłbym maczka. – Pieczarka znów opuścił głowę, tłustymi palcami szperając w aplikacji. Odkąd w pobliskim kompleksie handlowym otworzyli McDonalda, to była jego ulubiona apka.
– No nareszcie! Cześć dziewczyny.
Janda, siedzący na starym materacu pod przeciwległą ścianą, pomachał nam na powitanie, ale nie oderwał wzroku od laptopa na kolanach. Dostrzegłam tytuły piosenek odbijające mu się w szkłach okularów i chętnie ruszyłam w jego stronę, by zapewnić sobie dobrą muzykę do zabawy. Zapach jego świeżych ciuchów też był przyjemniejszy niż smród dookoła.
Dziewczyny postanowiły zorganizować alkohol i zostawiły mnie tam, żebym im grzała miejsce. Przez chwilę wymienialiśmy się z Jandą uwagami na temat postępów w nauce (obydwoje robiliśmy pierwszy stopień w szkole muzycznej), gdy na schodach rozległo się naprawdę głośne tupanie.
Bartek, stwierdziłam, nim jego słoneczna osoba zaszczyciła nas swoim jestestwem. Wpadł do środka tak, jakby go ktoś popchnął, z trudem łapiąc równowagę na zakręcie i waląc głową w niską futrynę.
– Au! – zawył, dotykając natychmiast czoła i sprawdzając, czy nie leci mu krew. Jego blond loczki podrygiwały w miejscu jak sprężynki, a szczere, niebieskie oczy wypełniły się bólem i pretensją. – Jak mogłeś?
– Sam się wyrżnąłeś – odpowiedział mu nieporuszony głos Almonda. – Nawet cię nie dotknąłem.
Dostałam gęsiej skórki i niemal wtopiłam się w ścianę, nim tamten zdążył zejść do końca po schodach.
Nie walnął głową we framugę i zrobił to z gracją, której brakowało większości chłopaków w naszym wieku. Wiele dziewczyn w Mroczkach do niego wzdychało. Ja też, kiedyś.
Wyprostował się i przyjrzał najlepszemu przyjacielowi z upartą obojętnością. Mimo woli zaparło mi dech na widok jego symetrycznej twarzy o prostym nosie i świetnie wykrojonych ustach. Zawdzięczał swoją ksywkę oczom, które on i Artur odziedziczyli po matce Japonce – ciemnym jak bezgwiezdna noc.
Jak na zawołanie spojrzał nimi w moją stronę. Przeklęłam siebie w duchu, że nie poszłam z dziewczynami szukać chlania. Nie tylko te oczy potrafiły sprawić, że czułam się malutka i nic nie warta, ale z pewnością tylko one robiły to tak skutecznie, kiedy nie zaszczycał mnie nawet słowem.
Tam gdzie Almond, tam i Bartek, więc ten drugi także się odwrócił. W przeciwieństwie do swojego przystojnego, ale i strasznego kumpla, uśmiechnął się od razu i zapominając o własnym urazie, zaraz znalazł się przy moich butach.
– My się chyba skądś znamy. – Oczy mu się aż zaświeciły, kiedy kucał nade mną i wyraźnie napawał się moim widokiem.
Janda podniósł wzrok znad ekranu i parsknął, ale mi nie było do śmiechu. Almond wciąż wiercił mi dziurę w głowie, co znaczyło, że cokolwiek teraz nie powiem, zostanie użyte przeciw mnie w najbliższej przyszłości.
– Tak, jakimś cudem trafiamy zawsze do jednej klasy.
– Prawda? Ach ten los!
Dla mnie to było fatalne, bo choć Bartek był miły, nie rozumiał, że nie chciałam się z nim umówić. Zresztą nie on jeden – Almond zaraz rozwali mi łeb, jeśli ktoś go nie przytrzyma.
Dobrze wiedziałam, co sobie myślał. Według niego powinnam się rzucić Bartkowi na szyję i całować go po rękach za to, że zwrócił na mnie uwagę. Na nic były próby postawienia się i tłumaczenia, że Bartek wcale mi się nie podoba (a nawet działa na nerwy). Sprawę pogorszył argument, że jestem zakochana w kimś innym, a gdy (w przypływie głupoty, na pewno!) przyznałam się, że to o niego chodzi, mało mnie nie zabił.
Wszystko wydarzyło się trzy lata temu, a jego gniew jeszcze się nie skończył. Wiedziałam, że się nie ugnę, co najwyżej pęknę. Nikt by tego nie zniósł.
Co w tym było takiego złego?
*
Nienawidził jej.
Każde spojrzenie Milki przepełnione było czymś, czego nie potrafił rozpoznać. Uraza? Obrzydzenie? Nie wiedział, ale ilekroć na niego patrzyła, robiło mu się ciężko, a myśli rozjeżdżały się na wszystkie strony. Almond nienawidził bezproduktywności, podczas gdy ona taplała się w niej od lat i miała pretensje, że nie robił tego samego.
Wciąż siedzieli w piwnicy Bartka. Dziewczyny sprowadziły Artura i jego kumpli, a oni przynieśli alkohol. Powietrze szybko zgęstniało od procentów i tłuszczu z żarcia Pieczarki, od głośnych śmiechów i przyśpiewów, a pod kostropatym sufitem unosiła się mgiełka pary wodnej, którą stale powiększali, ładując w płuca tyle nikotyny, ile tylko mogli.
Bartek chciał się oczywiście popisać przed Milką, ale ona – no bo jak inaczej – miała to gdzieś. Siedziała z kompem Jandy na kolanach bardziej zainteresowana muzyką niż czymkolwiek innym.
Muzyka, pomyślał ciężko, patrząc jak z sufitu sypie się na nich kurz. Tuż nad nimi był salon, a w nim przynajmniej czterdzieści osób i wszystkie tańczyły. Zabłocony bucior Milki drgał rytmicznie, tak jakby sama ledwo mogła się powstrzymać.
Muzyka ich połączyła. Gdy rodzice Milki otworzyli w Mroczkach szkołę muzyczną, zapisały się do niej prawie wszystkie dzieciaki. Zespół założył się sam, dla żartu i szpanu. Nie pamiętał, kto wyszedł z pomysłem, ale to tam poznali Jandę.
Pamiętał natomiast, gdy pierwszy raz usłyszał, jak Milka śpiewa. Tamtego popołudnia jej piwne oczy po prostu płonęły pewnością siebie i czymś, co nie pozwoliło mu odwrócić wzroku, kiedy śpiewała piosenkę o dżdżu. To wtedy zwerbowali ją do zespołu.
Teraz jej oczy nie płonęły. Przyłapana na gapieniu się, znowu wcisnęła nos w komputer, ale i tak spostrzegł to coś, czego nie potrafił nazwać, a co sprawiało, że było mu gorzej.
Kiedyś tak nie było. Kiedyś wszyscy mogli się po prostu przyjaźnić. Zanim Bartek się w niej zabujał, a ona stwierdziła, że wolałaby umrzeć niż dać mu szansę. Potem Almond powiedział to, co musiał, bo dobrze wiedział, jak to się skończy, jeśli dopuści do siebie to, co chciała mu dać. Wtedy zaczęła pisać te swoje smętne piosenki i dobrze wiedział, że były o nim.
Zacisnął usta, obracając w palcach papierosa, którego sobie skręcił. Powiedziała mu, że nigdy nie będzie z Bartkiem, bo zakochała się w nim. Wyśmiał ją najperfidniej jak potrafił. Dlaczego?
Bartek znowu do niej podszedł, wcisnął się między nią a komputer i zaczął ją przekonywać, że powinna zrobić z nim rundkę po domu. Widział, jak Milka się krzywi, odwraca twarz i szuka ucieczki.
Bartek za nią szalał. Po każdej próbie był w stanie mówić tylko o niej przez przynajmniej godzinę, a w szkole zmuszał Almonda do zajmowania miejsca jak najbliżej niej. Na samą myśl o tym, ile godzin zmarnował na bezproduktywne słuchanie tych peanów na jej temat, robiło mu się niedobrze.
W tym roku też tak będzie, czuł to w kościach. Bartek zaciągnie go do ławki za nią, przed nią lub obok. Ona będzie go ignorować, ale zasypie ich tekstami o nieodwzajemnionej miłości, tak jakby nie potrafiła myśleć o niczym innym, a on znów wybuchnie, bo rola czarnego charakteru nie była łatwa, nawet jeśli wybrał ją sam dla dobra wszystkich.
Mogła sobie pisać super teksty, sklejać świetne playlisty i śpiewać pięknie jak skowronek, lecz nie zmieniało to faktu, że była ślepa, jeśli nie widziała, czemu trzymał ją z dala od siebie.
*
Obudziło mnie delikatne szturchanie dłonią, której kształt rozpoznałam, jeszcze nim uświadomiłam sobie, że już nie śpię.
– Wstawaj! – Karolcia pisnęła mi wprost do ucha, tak głośno, że usłyszałam ten okropny, wysoki dźwięk dokładnie w środku głowy. Skrzywiłam się jak do płaczu.
– Odejdź, Chryste!
Machnęłam ręką, strzepując dłoń siostry z ramienia jak wielkiego pająka.
– Mama mówi, że jak się zaraz nie podniesiesz, to będziesz miała kłopoty. – Przez chwilę zaciskałam jeszcze oczy, próbując przekonać samą siebie, że jeśli tylko się postaram, uda się mi ją zignorować i znowu zasnąć. – Więc? Mam jej powiedzieć, że ją olewasz i wolisz dostać karę, czy...
– Masz wyjść – warknęłam, próbując zabić Karolcię spojrzeniem.
Wkurzało mnie w niej wszystko: wielkie piwne oczy nieznające ludzkiej krzywdy i cierpienia, blond loczki, które pozwalała sobie kręcić, żeby przypodobać się matce, i odprasowany mundurek publicznej podstawówki dla wybitnych, muzycznie uzdolnionych dzieciaków, do której mi nie udało się dostać, bo akurat zaczęłam świrować. Ona realizowała plan A, a ja musiałam zadowolić się planem B – prywatną szkołą matki.
Gówniara wzruszyła ramionami.
– Jak wolisz! Mama powiedziała, że i tak masz szlaban za tę imprezę – odparła z uśmiechem i skacząc, jakby zamiast stóp miała piłki, wycofała się z pokoju. Zatrzymała się jednak na progu. – Kiedyś pożałujesz, że jesteś taka wredna, wiesz?
Przykryłam się kołdrą z głośnym jękiem, który zawierał w sobie skargę na wszelkie niesprawiedliwości świata. Nadęta matka, natrętna Karolcia... Almond.
Zacisnęłam dłonie w pięści, przez szparę w pościeli przyglądając się czarnej sukience, którą przygotowałam sobie na początek roku. Wpadające do pokoju słońce jeszcze nie zdążyło jej dosięgnąć.
Podniosłam się, prosząc opatrzność lub cokolwiek innego, co się tak nade mną znęcało, żeby odpuściło chociaż pierwszego dnia szkoły.
W nowym semestrze nie chciałam przegapić żadnej szansy na udany dzień. Szkoła była dobra: byli znajomi i – co było dla mnie zdecydowanie największą zaletą – można było legalnie przebywać z dala od własnego domu. Tam byłam kimś i miałam święty spokój, zwłaszcza jeśli Almond akurat był nieobecny. Nikt mi nie przypominał co pięć minut o „planie B”, nikt też nie wiedział o kilku miesiącach w świrolandzie.
*
Nie mieszkałam daleko, ale spacer i tak zajął mi więcej, niż chciałam. Rano wszyscy wsiadali w auta i kierowali się do Warszawy. Gdyby nie sznur pędzących samochodów, pognałabym przed siebie na czerwonym. Utknęłam na przejściu dla pieszych. Zerkałam na zegarek w telefonie, wybijając rytm ciężkim butem.
– Milka!
Krzyczał Bartek, ale w moją stronę kierowali się jeszcze Pieczarka i Almond. Uśmiechali się i machali, żebym na nich poczekała, oczywiście z wyjątkiem Almonda, który – widziałam to, nawet stojąc dwa budynki dalej – przewrócił na mój widok oczami.
Odwróciłam się w stronę ulicy. Jakie miałam szanse na śmierć pod kołami warczących maszyn? Może gdybym ruszyła wystarczająco szybko, nic by mnie nie trafiło, albo na odwrót? Wszystko wydawało się lepsze od bycia blisko niego. Tymczasem Bartek już położył swoje wielkie dłonie na moich barkach, klepiąc w znoszoną skórę.
– Nie udawaj, że nie słyszysz.
Pozostali dołączyli bez ekscesów, każde zajęte sobą. Pokerowa mina Almonda była tak nieprzewidywalna, że nie usłyszałam nawet słowa z tego, co mówił Bartek.
– Ty też? – Pochylił się w moją stronę.
– Co?
– Matko, obudź się. – Zaśmiał się niezrażony. – Pytam, czy tobie też będzie brakować Jandy?
Zamrugałam, przypominając sobie, że Janda przeniósł się do szkoły w Warszawie, bo jego rodziców nie stać było na czesne za dwie prywatne szkoły. Tak jak Becia, odpuścił sobie znoszenie uroków edukacji w takiej dziurze jak Mroczki. Mieliśmy prywatny ogólniak (do którego zmierzaliśmy), państwową podstawówkę i to tyle.
– No... – mruknęłam niepewnie. – Nie byliśmy w jednej klasie, więc chyba bez różnicy.
– Mówiłem to samo! – Znowu się zaśmiał. – Żaden dystans nie zniszczy naszej przyjaźni.
Bartka trudno było nie lubić. Nigdy się od nikogo nie odwracał (czego najlepszym przykładem był Almond, który dał mu więcej niż jeden powód), nie odmawiał pomocy i robił wszystko, co mógł, żeby wszyscy byli szczęśliwi.
Wszyscy poza mną.
Czułabym się bardzo szczęśliwa, gdyby odpuścił i zrozumiał, że będziemy tylko znajomymi. Nie łapał subtelnych sugestii, a kiedy się tak szczerzył na mój widok, poczucie winy wsiąkało mi w pory niczym spaliny unoszące się w powietrzu.
– Dałby sobie spokój. – Usłyszałam szept Pieczarki.
– No, w końcu zielone!
Wskazałam palcem na sygnalizator i wyprułam przed siebie, z dala od ciepłych dłoni Bartka i jeszcze dalej od Almonda.
– Aż tak się stęskniłaś za szkołą? – Bartek nie odstępował mnie na krok. Pokiwałam energicznie głową, próbując się nie wywrócić i nie jęczeć z rozpaczy. Odwaliłby się. – Chyba nie próbujesz nam uciec?
Almond westchnął przeciągle, co usłyszałam nawet pomimo świszczącego w uszach wiatru. Byłam tak wyczulona na najmniejsze reakcje z jego strony, że prawdopodobnie usłyszałabym nawet złowrogie mrugnięcie. Byle pierdoła mogła zwiastować kolejny atak.
– Almond rozchmurz się! – Bartek również usłyszał to dezaprobujące westchnienie. – Znowu jesteśmy wszyscy razem, jak za dawnych dobrych lat.
– Masz na myśli to, co działo się przed wakacjami? – poprawił go szybko Almond.
– No wakacje to zleciały jak z bicza strzelił – ciągnął Bartek, wchodząc w absolutnie każdą kałużę. – Ale jak ciebie znam...
– Mi się tam dłużyły – wtrąciłam.
– To jak Almondowi! – Pokiwał głową. – Starzy wywieźli go do Australii na dwa miesiące, a zobacz, jaki blady wrócił. Człowiek by pomyślał, że można umrzeć bez matmy – powiedział mi na ucho konspiracyjnym szeptem i nie powstrzymałam prychnięcia.
Obejrzałam się na Almonda z czystej grzeczności. Nigdy nie należał do bladych, ale rzeczywiście, podwinięte rękawy jego galowej koszuli pokazywały przyjemne dla oka, nieco opalone ramiona. Trzymał je permanentnie w kieszeniach w luzackiej pozie, skupiony na czymś ponad naszymi głowami, bo niewiele go obchodziliśmy.
Międliłam rękawy kurtki, nie mogąc znieść jego obecności. Czułam jak cały ten spacer powoli spycha mnie w przepaść, w której zawsze przez niego lądowałam. Nie mogłam sobie na to pozwolić, zwłaszcza teraz, gdy nie będę mogła poratować się ani Filipem, ani lekami. Gdyby tylko trochę odpuścił.
*
Szkoła, chociaż prywatna, powalała brzydotą. Brzoskwiniowe ściany już dawno zrobiły się okropnie brudne i teraz wyglądały, jakby ktoś tę brzoskwinię zgniótł, rozsmarował po chodniku i zostawił, by gniła w swoim własnym tempie. Ogrodzenie ze stalowych prętów trzymało się za to mężnie, nie pozwalając nikomu na złudzenia, że w rzeczywistości było to więzienie, niezależnie od liczby kwietników prowadzących do wejścia. Patrząc na fasadę, zaczynało się wątpić w prestiż, którym szczyciła się dyrekcja.
– Nie tęskniłem – westchnął Bartek, kiedy prawie skończył się witać z kumplami z innych klas.
– Już to wiemy – wymruczał Almond.
– Myślicie, że automaty działają? – Pieczarka podrapał się po głowie z troską.
– A czemu nie? – odparłam, wypatrując Pati. Mieszkała po przeciwnej stronie miasta, więc zwykle spotykałyśmy się przed wejściem. – Widzi ktoś Pati?
– Pisała na grupie, że zajęła nam miejsca – wyjaśnił Pieczarka.
Zmrużyłam oczy.
– To czemu tu sterczymy?
– Bartek się guzdrze, chyba widać – syknął Almond, pierwszy raz od dwóch miesięcy zwracając się do mnie bezpośrednio i choć to nie mnie obraził, zrobiło się nieprzyjemnie. Chcąc to od siebie odgonić, ruszyłam pierwsza, torując drogę przez głośny tłum.
W środku było jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Wysokie ściany potęgowały każdy odgłos, a zapach kurzu i cytrynowego płynu do podłóg mieszał się z odorem potu i drogich perfum. Mimo to przyjemnie było wreszcie przejść się skąpanym w słońcu łącznikiem, usłyszeć znajome piszczenie podeszw o linoleum i poczuć się jak w domu.
Pati wypatrzyłam od razu. Zajęła cały ostatni rząd krzeseł, kładąc się na nich w swojej obcisłej, czarnej sukience. Emanowała pewnością siebie na całą salę. Przepchnęłam się do niej, uśmiechając się z ulgą.
– Myślałam, że się nie doczekam – burknęła żartobliwie, kiedy wszyscy już się usadowili. Wylądowałam między nią a Bartkiem, więc przytuliłam się do przyjaciółki. – Ciekawe, czy długo będzie przynudzać...
– Patrycja Tatarenko, klasa trzecia B! – zagrzmiał nam nad głowami głęboki, męski głos. – To nie są żarty, to poważna uroczystość!
Obejrzeliśmy się paczką na stojącego nad nami zastępcę dyrektora, nazywanego przez wszystkich Żabą. Uczył polskiego i znany był z oklaskiwania każdej decyzji dyrektorki. Podobno ktoś kiedyś słyszał jego śmiech i brzmiał jak rechot żaby. Nikt tego nie potwierdził, bo typ był niemiłosiernie poważny, ale samo się przyjęło. Poza tym był naszym wychowawcą.
– Dobra – westchnęła Pati, ledwie powstrzymując się od machnięcia na niego ręką.
– Nie „dobra”, tylko trochę szacunku. I kultury, jak wy siedzicie? Stado małpiszonów! – Kręcił głową, pokazując grubym paluchem na szeroko rozstawione kolana chłopaków. – Emilia Wygoda, co to za buty? Obowiązuje obuwie z białą podeszwą, ile można powtarzać? Myślisz, że panie sprzątaczki nie mają co robić, tylko wycierać wszystkie rysy, które zrobisz tymi swoimi buciorami?
Sądząc po tym słabo ukrytym zapachu kurzu, raczej miały za dużo wolnego czasu.
– Oczywiście – mruknęłam, pragnąc by już skończył. – Jutro będą na bank, proszę pana.
– No ja myślę! A pan, panie Rams, mógłby z łaski swojej przestać mi tu mlaskać tą gumą! Tu jest szkoła, a nie... – urwał, gdyż potrąciła go jakaś wyjątkowo nierozgarnięta grupa pierwszaków. Odwrócił się i zaczął ujadać na nich.
Gdy tylko zniknął nam z oczu, zanieśliśmy się śmiechem, a Almond strzelił z gumy balona, przewracając oczami.
Szkoła zaczęła się na dobre.
*
Moja mama przez kilka lat była piosenkarką. Zakończyła karierę po ślubie, a po urodzeniu Filipa i mnie popadła w depresję. Ojciec kupił jej budynek w Mroczkach na poprawę humoru i założyli w nim szkołę muzyczną. Oczywiście, jak wszystkie ich dzieci, zostałam zmuszona, by także rozwijać się w tym kierunku i większość popołudni spędzałam tam.
Karaoke, które urządziliśmy klasą jako pierwszą imprezę po wakacjach, wypadło po zajęciach z oboju. Byłam wykończona i zapijałam się colą, której było aż w nadmiarze i próbowałam zamknąć uszy na wrzaski i fałsze dobiegające z minisceny.
Spojrzałam na Pati, która bardziej niż tym, co działo się wokół, zajęta była własnymi paznokciami. Zazdrościłam jej tej umiejętności odcięcia się od świata.
– CAUSE IT FEELS SO RIIIGHTT!
Zakryłam sobie uszy, siorbiąc colę jeszcze głośniej. To była jakaś katastrofa i chociaż rozumiałam, czemu Pati wzięła sobie za punkt honoru, żeby to zorganizować, przeklinałam ją za to po cichu: ją i każdą złotówkę, którą dołożyłam do tej męczarni.
– Na zewnątrz – zdrętwiałam, słysząc nad sobą szorstki ton głosu Almonda. Obejrzałam się na niego przez ramię zaskoczona po to tylko, by odkryć, że jak zwykle gromił mnie wzrokiem.
Pati przestała zachwycać się swoimi paznokciami i przysunęła się bliżej nas. Zmieniła się piosenka, a my wciąż trwaliśmy w dziwnym stuporze.
– Emilka – syknęła Pati, dotykając mojego ramienia. – Jedno twoje słowo.
Pokręciłam głową.
– Wolę tu – dałam radę wykrztusić z głębi mojego odrętwienia. Almonda to zaskoczyło, ale na jego twarz szybko powróciła maska obojętności, do której byłam przyzwyczajona. Mój mały bunt nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Skinął głową w stronę drzwi i ruszył w tamtym kierunku bez oglądania się na mnie.
– Nie idź – ostrzegała Pati, gdy zsunęłam się z obracanego stołka. – Milka, kurna, zasługujesz na coś więcej! Co ty, pies?
Miała rację, ale niewiele z tego wynikało. Musieliśmy współpracować. Z nerwów zadrżały mi palce, więc zacisnęłam dłonie w pięści. Almond już zniknął na korytarzu, dobrze wiedząc, że pójdę, gdzie mi każe.
– No, pewnie chodzi o jakąś melodię. Znowu wytknie mi błąd – wyjaśniłam, chcąc ją uspokoić, bo Pati była gotowa się bić. – Nie warto wszczynać awantury o byle gówno.
– Twoja godność to nie jest byle gówno, ale jak wolisz – warknęła.
Kiedy odsunęłam drzwi prowadzące na korytarz, w twarz uderzyła mnie fala świeżego powietrza. Trafił się wyjątkowo ciepły wieczór, toteż wszystkie okna były pootwierane. Wpadało przez nie światło ulicznych latarni i blask księżyca. Z każdego z pomieszczeń dochodziły podobne, przytłumione wrzaski, które zbijały się na niezrozumiały, a przez to łatwiejszy do zignorowania hałas.
Almond opierał się łokciami o parapet i wychylał się na zewnątrz.
– Więc?
Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że jest mu z tym napięciem tak samo źle jak mi, ale wiedziałam, że miał to w nosie. Odbijający się od jego wysokich kości policzkowych księżyc tworzył na jego twarzy cienie, które mi się podobały. Bycie z nim sam na sam to zawsze był błąd.
Podeszłam do okna, które było najbliżej niego i również się przez nie wychyliłam.
– Nie wiem, o czym myślałaś, jak rozpisywałaś moje akordy, ale na pewno nie miało to nic wspólnego z logiką – palnął na wstępie, jak zwykle tnąc bez litości. Pokiwałam głową. Dobrze, że nie chodziło o Bartka.
– Więc mnie popraw. Wszystko?
– Nie.
– Coś nie tak z tekstem? – strzeliłam, przyglądając się ludziom po drugiej stronie ulicy. Byli pijani, chodzili slalomem i chyba dobrze się bawili.
– Jeżeli pisząc go, myślałaś o Bartku, to nie – odparł ponuro. Zacisnęłam palce na ramie okna, czując jak wszystko znów we mnie tężeje. Czyli jednak...
– A co za różnica? – spróbowałam, chociaż wiedziałam, że nie uda się w nim zasiać ziarna wątpliwości.
Oczywiście mógł wywnioskować, że to o nim, ale beznadziejnie zakochane dziewczyny zawsze dobrze się sprzedawały. Mała Syrenka? Światowa kariera. Ja też tak chciałam, a że znałam to uczucie, wychodziło mi to dobrze. Nie przyznałabym mu jednak racji, choćby i po to, by nie dać mu satysfakcji. Już nigdy więcej mnie nie skrzywdzi.
Almond westchnął, zwieszając głowę.
– Myślałem, że wyraziłem się jasno i że mi coś obiecałaś.
Wróciłam myślami do naszego spotkania na początku wakacji. Wyrecytował mi wtedy wszystkie powody, dla których powinnam dać Bartkowi szansę i się z nim umówić. Zgodziłam się, żeby mieć go z głowy i potem starałam się wyrzucić to z pamięci.
Westchnęłam, zerkając na niego kątem oka. Nasze oczy spotkały się w kolejnym chłodnym starciu.
– Nie wiedziałam, że to obietnica z terminem ważności.
– Co ci szkodzi? – syknął.
– Nie kocham go – powiedziałam tak, jak mówi się, że dwa plus dwa to cztery.
– Tak jakbyś musiała, żeby pójść z nim na jedną randkę.
– A co ja, Caritas?
– To nie jest nic wielkiego.
– Po co mu robisz nadzieję?
– Po co się tak stawiasz?
– Może sam byś spróbował zająć się tymi wszystkimi śliniącymi się do ciebie frajerkami i zostawił mnie w spokoju?
– Mówisz o sobie?
Jak pocisk, te słowa trafiły prosto w moją dumę. Zmrużyłam oczy, zadzierając głowę wysoko w górę. Odsunął się i ja też zrobiłam krok w tył, dzielnie znosząc jego płonące kontrolowanym gniewem spojrzenie.
– Och? – powiedział z udawaną egzaltacją. – Czyżbym trafił w punkt?
Może i trafił, ale już dawno byłam myślami w wydarzeniach, które mogłyby mnie czekać tego wieczoru, gdyby wydarzyło się to jeszcze rok temu. Napięcie stawało się nie do zniesienia, a blizny po cięciu się zaczęły mnie niemal piec.
– Zobaczyłbyś chociaż, jak to jest! – Uniósł brwi, zaskoczony wybuchem. – Nie będę z tobą rozmawiała! I nie chcę cię widzieć w moim domu, ani w moim zespole!
– To nie jest twój zespół – zripostował. Bezczelny.
– Zgoda! – Wywaliłam ręce w powietrze. – Życzę powodzenia w szukaniu wokalistki, aspołeczna sieroto!
Cofnęłam się, kiedy dotarło do mnie, co powiedziałam. Zasłoniłam usta dłonią, kolana mi zadygotały jak galareta. Przez jego twarz przemknął szok, zanim znów przykryła go złość.
Drzwi rozsunęły się, oświetlając nas ciepłym światłem, buchając w twarze fetorem potu i żarcia.
– Znowu zaczynasz?!
Bartek wypadł z dusznego pomieszczenia i rzucił się na Almonda z pretensjami. Wycofałam się do środka, unikając ciekawskich spojrzeń kolegów z klasy, którzy musieli nas usłyszeć.
Pati dopadła mnie, kiedy zabierałam torbę z krzesła. Chciała wiedzieć, co się stało, ale wyrwałam się, wypadając z powrotem na korytarz.