-
nowość
Zastąpieni - ebook
Zastąpieni - ebook
Zaginiony robotnik. Trzy firmy płacą mu jednocześnie. Żadna nie wie, że go nie ma. Aspirant Tomasz Stępień odkrywa siatkę, która kradnie tożsamości — umarłym, umierającym, nawet jemu samemu. Każdy na tym zarabia. Każdy patrzy w drugą stronę. A kto zadaje pytania, przestaje istnieć w systemie. W Pruszczu Gdańskim prawda nie wyzwala. Prawda sprawia, że zostajesz zastąpiony.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384330432 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Telefon zadzwonił o szóstej czterdzieści trzy. Tomasz Stępień wiedział, która jest godzina, bo patrzył na zegar nad drzwiami kuchni, kiedy nalewał wodę do czajnika. Czajnik był stary, biały, z pęknięciem na uchwycie zaklejonym taśmą izolacyjną. Woda leciała cienko, bo kran w tym mieszkaniu miał ciśnienie jak w szpitalnej kroplówce.
Stępień odebrał po trzecim sygnale.
— Stępień — powiedział.
— Tomek, masz dyżur? — Głos Nowickiego, oficera dyżurnego, brzmiał jak zawsze. Jakby czytał listę zakupów.
— Nie mam dyżuru. Ale jestem.
— Jest zgłoszenie o zaginięciu. Mogę dać to Wiśniewskiemu, ale Wiśniewski jest na L4, więc tak naprawdę nie mogę.
Stępień odstawił czajnik na blat. Kawa będzie musiała poczekać.
— Dawaj.
— Barczak Andrzej, rocznik sześćdziesiąty drugi, zameldowany Pruszcz Gdański, ulica Raciborskiego siedem. Żona zgłosiła wczoraj wieczorem, ale formularze złożyła dziś rano. Mówi, że nie wrócił z pracy w poniedziałek. Dziś jest czwartek.
— Trzy dni.
— Trzy dni.
— Czemu czekała trzy dni?
— Bo to jest pytanie, które możesz jej zadać, jak tam pojedziesz.
Stępień rozłączył się bez pożegnania. Z Nowickim nie trzeba było się żegnać — obaj służyli razem od siedmiu lat i obaj dawno przestali udawać, że rozmowy telefoniczne wymagają uprzejmości.
Mieszkanie Stępnia mieściło się na trzecim piętrze bloku przy Obrońców Westerplatte, jednego z tych bloków, które w Pruszczu Gdańskim wyglądają jak wszędzie indziej — szara elewacja, balkony z praniem, domofon, który działa co drugi dzień. Trzydzieści sześć metrów kwadratowych. Kuchnia, łazienka, pokój z rozkładaną kanapą. Na kanapie koc, poduszka i pilot do telewizora, który Stępień włączał wieczorami na Canal+ Sport, bo cisza w pustym mieszkaniu była gorsza niż komentarz do meczu, którego nie oglądał.
Ubrał się szybko. Spodnie od wczoraj — te same, bo miał trzy pary i jedne były w praniu, a drugie miały wyrwaną szlufkę. Koszula. Kurtka zimowa, ta grubsza, bo listopad w Pruszczu to nie był żart. Temperatura spadła w nocy poniżej zera i na szybach aut na parkingu leżała warstwa szronu tak gruba, że wyglądała jak glazura.
Zjechał windą na parter. Winda jechała wolno, z piskiem w szybie. Na parkingu stał jego Opel Astra z 2014 roku, grafitowy, z zarysowanym zderzakiem po incydencie na parkingu pod Biedronką, o który Stępień nie chciał rozmawiać.
Silnik odpalił za trzecim razem. Powinien oddać auto do mechanika. Po rozwodzie pieniądze starczały do dwudziestego piątego, a potem Stępień udawał, że dwudziesty szósty to jeszcze nie koniec miesiąca.
Jechał ulicą Grunwaldzką w kierunku centrum. O tej porze ruch był niewielki — kilka aut jadących na gdańskie zakłady, ciężarówka przed nim z napisem „Transport Chłodniczy Nord" i rowerzysta bez świateł.
Pruszcz Gdański w listopadzie wyglądał jak Pruszcz Gdański w każdym innym miesiącu, tylko mokrzej. Niskie budynki, place z kostki brukowej, rondo koło dworca, które zawsze było za ciasne, sklepy z neonami — Żabka, Rossmann, apteka, zakład pogrzebowy obok kwiaciarni, co w Pruszczu nikogo nie dziwiło. Za miastem, na południe, zaczynały się tereny przemysłowe — hale magazynowe, zakłady produkcyjne, firmy transportowe i logistyczne, które wyrosły tu jak grzyby po deszczu, bo Pruszcz miał jedną przewagę nad Gdańskiem: niższe czynsze i mniej pytań.
Raciborskiego siedem to był dom jednorodzinny — parterowy, z dobudówką z tyłu, ogródkiem, w którym nic nie rosło o tej porze roku oprócz zmarzniętej trawy, i furtką, która nie domykała się do końca. Stępień zaparkował na ulicy, bo podjazd był zajęty przez białego Fiata Punto z pomorską rejestracją.
Zadzwonił do drzwi. Otworzyła kobieta w okolicach sześćdziesiątki, drobna, z włosami spiętymi w kucyk i twarzą, na której zmęczenie wyglądało jak stały lokator, nie gość. Miała na sobie szlafrok i kapcie, ale nie wyglądała, jakby właśnie wstała — raczej jakby nigdy nie poszła spać.
— Pani Barczak?
— Tak.
— Aspirant Stępień, Komenda Powiatowa Policji w Pruszczu Gdańskim. Dzwonił oficer dyżurny?
Kobieta skinęła głową i cofnęła się, żeby go wpuścić. W korytarzu pachniało jedzeniem z poprzedniego dnia — kapusta, cebula, może bigos. Na wieszaku wisiały dwie kurtki — jedna damska, jedna męska. Buty pod ścianą: kapcie damskie, trampki męskie rozmiaru czterdzieści cztery, jeszcze jedno parę butów roboczych, tych ciężkich, z podeszwą olejoodporną, jakie noszą ludzie pracujący w zakładach przetwórczych.
— Proszę — powiedziała pani Barczak, wskazując kuchnię.
Kuchnia była mała, czysta, z obrusem w kratkę na stole i kalendarzem na ścianie — tym z Biedronki, z przepisami na każdy miesiąc. Listopad: zupa grzybowa. Stępień usiadł na krześle, które skrzypnęło pod nim w sposób sugerujący, że ma prawo do emerytury.
Pani Barczak postawiła przed nim kubek herbaty bez pytania. Stępień nie pił herbaty — pił kawę, czarną, bez cukru — ale wiedział, że odmowa herbaty w domu osoby zgłaszającej zaginięcie to błąd taktyczny. Ludzie mówią więcej, kiedy myślą, że siedzisz u nich jak gość, nie jak urzędnik.
— Pani mąż nie wrócił z pracy w poniedziałek — zaczął.
— Nie wrócił.
— Z jakiej pracy?
— Z zakładów mięsnych. Przy Wodnej.
— Nocna zmiana?
— Nocna. Wychodził koło dziewiątej wieczorem, wracał rano. Czasem szedł na piwo po pracy, to wracał po południu. Ale zawsze wracał.
— A w poniedziałek nie wrócił.
Pani Barczak pokiwała głową. Ręce trzymała na stole, splecione, nieruchomo. Zamknięta postawa, napięcie w ramionach.
— Dzwoniła pani do niego?
— Telefon wyłączony. Od poniedziałku.
— Do pracy dzwoniła pani?
Tu pani Barczak zawahała się. Sekunda, może dwie.
— Nie dzwoniłam.
— Czemu?
— Bo... — Kobieta wzięła oddech. — Bo on ostatnio mówił, że ma dużo pracy. Że bierze nadgodziny. Wychodził wcześniej, wracał później. Czasem w ogóle nie wracał na noc, mówił, że śpi u kolegi z pracy. Ja... nie chciałam sprawdzać.
— Nie chciała pani sprawdzać czego?
Pani Barczak patrzyła na swoje ręce.
— Czy mówi prawdę.
Stępień zapisał to w notesie. Ludzie mówią więcej, kiedy widzą, że policjant pisze.
— Pani Barczak, muszę zapytać — czy mąż miał problemy z alkoholem?
— Kiedyś pił. Dużo. Ale od kilku lat mniej. Piwo po pracy, czasem wódka w weekend, ale nie tak jak kiedyś.
— Problemy finansowe?
— A kto nie ma?
Stępień prawie się uśmiechnął. Prawie.
— Kłótnie między państwem?
— Nie kłóciliśmy się. To było gorsze — po prostu coraz mniej rozmawialiśmy.
Coraz mniej rozmawiali. Stępień znał ten schemat.
— Kiedy ostatnio widziała go pani?
— W poniedziałek, koło ósmej wieczorem. Jadł kolację — zupę pomidorową. Potem się przebrał i wyszedł. Powiedział „pa" i zamknął drzwi.
— „Pa"?
— Zawsze tak mówił. Nie „do widzenia", nie „cześć". „Pa". Jak dziecko.
Stępień zamknął notes.
— Pani Barczak, w większości przypadków zaginionych osób dorosłych, zwłaszcza mężczyzn w tym wieku, sprawa rozwiązuje się w ciągu tygodnia. Mąż mógł wyjechać, mógł być u znajomych, mógł... — Stępień wiedział, że powinien powiedzieć „mógł potrzebować czasu dla siebie", ale to zdanie było tak puste, że nawet on nie potrafił go wymówić z prostą twarzą. — Sprawdzimy. Pojadę do zakładów, porozmawiamy z kolegami z pracy, sprawdzimy telefon, konto bankowe. Standardowa procedura.
Pani Barczak skinęła głową. Nie wyglądała na przekonaną. Nie wyglądała też na zdziwioną.
— Panie aspirancie — powiedziała, kiedy Stępień wstawał od stołu. — Ja wiem, że pan myśli, że on po prostu odszedł. Że ma kogoś. Że to taki typowy facet po sześćdziesiątce, co nie wytrzymał i wyjechał z jakąś młodszą.
Stępień nie odpowiedział, bo dokładnie to myślał.
— Ale Andrzej nigdzie by nie wyjechał. Andrzej nigdy w życiu nie wyjechał z Pruszcza na dłużej niż tydzień. Nawet na wakacje jeździliśmy nad morze do Sobieszewa, bo dalej to mu się nie chciało. On nie jest typem, co ucieka. On jest typem, co siedzi na miejscu, nawet jak powinien uciec.
Stępień zapamiętał te słowa.
------------------------------------------------------------------------
Komenda Powiatowa Policji w Pruszczu Gdańskim mieściła się przy ulicy Wita Stwosza. Budynek z lat osiemdziesiątych, ocieplony w dwa tysiące ósmym styropianem, który już odpadał płatami, z parkingiem na sześć aut służbowych, z których cztery były sprawne, i dyżurką, w której Nowicki siedział za szybą kuloodporną, która nie była kuloodporna — była ze zwykłego szkła, ale nikt nie miał budżetu na wymianę, więc naklejono na nią naklejkę „szkło bezpieczne" i uznano temat za zamknięty.
Stępień wszedł bocznym wejściem, bo główne drzwi zacinały się od września i nikt nie złożył zgłoszenia do konserwatora, bo formularz zgłoszeniowy wymagał podpisu naczelnika, a naczelnik był na urlopie zdrowotnym, który trwał już trzeci miesiąc i prawdopodobnie miał związek z tym, że prokuratura okręgowa prowadziła wobec niego postępowanie sprawdzające, o którym wszyscy wiedzieli i nikt nie mówił.
Na korytarzu stał automat z kawą, który wydawał napój o smaku i konsystencji rozpuszczonej w wodzie sadzy. Stępień wrzucił dwa złote i nacisnął guzik „espresso". Automat zawarczał, zastukał i po dwudziestu sekundach wypluł plastikowy kubeczek z czymś, co było espresso tylko w sensie prawnym.
W pokoju numer dwanaście siedział już Marek Kubiak — starszy sierżant, pięćdziesiąt dwa lata, wąsy, których nie golił od lat dziewięćdziesiątych, i kolekcja długopisów reklamowych w kubku po jogurcie na biurku. Kubiak był tym typem policjanta, który wszystko widział, niczemu się nie dziwił i każdą sprawę traktował z takim samym umiarkowanym zainteresowaniem, z jakim normalny człowiek traktuje prognozę pogody — przyjmował do wiadomości, ale nie pozwalał, żeby wpłynęła na jego plany.
— Masz coś? — zapytał Kubiak, nie odrywając wzroku od monitora.
— Zaginiony. Barczak Andrzej, rocznik sześćdziesiąty drugi. Żona zgłosiła.
— I?
— I nic. Standardowa historia — nie wrócił z pracy, telefon wyłączony, żona czekała trzy dni.
— Trzy dni? — Kubiak pokiwał głową z miną człowieka, który dokładnie wie, dlaczego żona czekała trzy dni. — Sprawdzisz zakłady mięsne?
— Pojadę dziś. Masz coś na niego w systemie?
Kubiak wystukał nazwisko na klawiaturze, powoli, dwoma palcami, bo Kubiak należał do pokolenia policjantów, którzy nauczyli się komputerów z przymusu, nie z przekonania.
— Barczak Andrzej, PESEL sześć dwa zero trzy... jest. Zameldowany Pruszcz, Raciborskiego siedem. Brak notowań karnych. Jedno wykroczenie — zakłócanie porządku w 2018, mandat, zapłacony. Zatrudniony — i tu Kubiak zmarszczył brwi — w „Zakładach Przetwórstwa Mięsnego NORD-POL", ulica Wodna czternaście, Pruszcz Gdański. Umowa o pracę, pełny etat.
— I?
— I w „Usługach Porządkowych CleanMax", ulica Hallera trzy, Gdańsk Oliwa. Umowa o pracę, pełny etat. I w „Trans-Bud Logistyka", ulica Siennicka dwadzieścia jeden, Tczew. Umowa zlecenie, ale na pełen wymiar. Trzy firmy. Trzy pełne etaty. Albo ten człowiek nie sypia, albo coś tu nie gra.
Stępień postawił kubek z kawą na biurku i pochylił się nad monitorem.
— Od kiedy?
— NORD-POL — od 2019. CleanMax — od stycznia tego roku. Trans-Bud — od marca.
— Żona mówi, że wychodził tylko do zakładów mięsnych.
Kubiak odchylił się na krześle i splótł ręce na brzuchu, który miał rozmiary i kształt sugerujące wieloletnią relację z obiadami dwudaniowymi.
— To albo żona nie wie, albo Barczak kłamie, albo ktoś kłamie za niego.
Stępień nie odpowiedział od razu. Stał nad biurkiem Kubiaka i patrzył na ekran, na trzy linie tekstu, trzy nazwy firm, trzy adresy. To nie było jeszcze nic — zwykła rozbieżność w danych, jakich setki leżały w systemach ZUS i urzędów pracy. Ludzie pracowali na czarno, na lewo, na pół gwizdka. Firmy zatrudniały na papierze ludzi, którzy nigdy nie przekraczali progu zakładu. Księgowe robiły sztuczki z umowami, żeby wyjść na podatki. To był krajobraz, nie anomalia.
Ale trzy pełne etaty? Dla sześćdziesięciolatka, który według żony wychodził tylko na jedną zmianę?
— Sprawdź te dwie pozostałe firmy — powiedział Stępień. — CleanMax i Trans-Bud. Kto jest właścicielem, od kiedy działają, ile mają pracowników.
Kubiak kiwnął głową i wrócił do monitora. Stępień wziął kawę i poszedł do swojego biurka — dwa pokoje dalej, mniejszy, z jednym oknem wychodzącym na parking i kaloryferem, który grzał tylko jedną sekcją, bo druga była zapowietrzona od 2020 roku.
Usiadł, włączył komputer i czekał, aż system się załaduje. Komputer miał siedem lat, działał na Windowsie, którego licencja wygasła rok temu, i potrzebował czterech minut, żeby otworzyć przeglądarkę. Stępień znał te cztery minuty na pamięć — wystarczały na wypicie połowy kawy i przeczytanie nagłówków w Fakcie online, co było jego codziennym rytuałem, choć nigdy by się do tego nie przyznał.
Otworzył bazę CEPiK, potem KRK, potem PESEL. Andrzej Barczak wyglądał w systemie jak człowiek, który nie powinien budzić zainteresowania nikogo — ani policji, ani prokuratury, ani skarbówki. Mieszkał pod tym samym adresem od trzydziestu lat. Żonaty od trzydziestu pięciu. Jedna córka, Katarzyna, rocznik osiemdziesiąty ósmy, zamieszkała w Gdańsku. Brak kredytów przeterminowanych. Brak zajęć komorniczych. Brak spraw sądowych. Mężczyzna jak tysiące innych mężczyzn w tym województwie — pracujący, płacący podatki, niewidzialny.
I właśnie ta niewidzialność zaczynała Stępnia niepokoić, choć jeszcze nie wiedział dlaczego.
------------------------------------------------------------------------
Zakłady Przetwórstwa Mięsnego NORD-POL przy ulicy Wodnej czternaście to był kompleks trzech hal produkcyjnych z lat dziewięćdziesiątych, ocieplonych blachą trapezową, z parkingiem dla pracowników i szlabanem, który podnosił ochroniarz w budce wielkości toalety przenośnej. Stępień pokazał legitymację, ochroniarz kiwnął głową i podniósł szlaban bez pytań — w Pruszczu legitymacja policyjna otwierała drzwi szybciej niż klucze.
W biurze administracyjnym siedziała kobieta koło czterdziestki, w okularach i swetrze, z kubkiem herbaty Lipton i stosem faktur na biurku. Identyfikator na smyczy mówił „Anna Krawczyk — kadry".
— Dzień dobry. Aspirant Stępień, komenda w Pruszczu. Mam kilka pytań dotyczących pracownika — Andrzej Barczak.
Anna Krawczyk odstawiła kubek.
— Andrzej? A co się stało?
— Żona zgłosiła zaginięcie. Nie wrócił z pracy w poniedziałek.
— Ale... Andrzej nie pracował w poniedziałek.
Coś nie pasowało.
— Jak to nie pracował?
— Andrzej jest na drugiej zmianie. Poniedziałek miał wolny. Najbliższa zmiana miał we wtorek.
— Żona mówi, że wychodził na nocną zmianę w poniedziałek.
Anna Krawczyk zmarszczyła brwi.
— Możliwe, że się pomyliła? Grafik mam w systemie, mogę sprawdzić.
Sprawdziła. Barczak w poniedziałek miał wolne. We wtorek nie przyszedł na zmianę — nie zadzwonił, nie uprzedził. Mistrz zmiany zadzwonił do niego dwa razy, telefon wyłączony. Zanotowali nieobecność nieusprawiedliwioną i poszli dalej, bo w zakładach mięsnych ludzie nie przychodzili do pracy częściej, niż policjanci chcieliby się do tego przyznać.
— Barczak pracuje tu od kiedy?
— Od 2019. Porządny pracownik, nigdy nie było problemów. Cichy, robił swoje, nie narzekał.
— Czy ma pan jego teczkę personalną?
Anna Krawczyk wstała i podeszła do metalowej szafki w rogu. Wyciągnęła segregator, przekartkowała.
— Umowa o pracę, badania lekarskie, BHP, zaświadczenie o niekaralności... jest.
Stępień przejrzał dokumenty. Standardowa teczka, standardowy pracownik. Ale jedno go zainteresowało — numer konta bankowego, na które wpływało wynagrodzenie. Zanotował go.
— Pani Krawczyk, czy Barczak pracował gdzieś jeszcze, oprócz państwa firmy?
— Nie wiem. U nas jest pełen etat, więc nie powinien. Ale ludzie robią różne rzeczy po godzinach, wie pan.
Stępień wiedział.
Wyszedł z zakładów mięsnych i wsiadł do auta. Zapalił silnik, ale nie ruszył od razu. Siedział za kierownicą i patrzył na halę produkcyjną przez szybę. Z komina nad halą szedł dym — gęsty, biały, pachniał tłuszczem i solą. Dwa wózki widłowe jeździły po placu załadunkowym, kierowcy w kamizelkach odblaskowych.
Wyjął telefon i zadzwonił do Kubiaka.
— Marek, co masz na te firmy?
— CleanMax, Gdańsk Oliwa, Hallera trzy — zarejestrowana w KRS od 2021. Właściciel: Piotr Gajda, rocznik siedemdziesiąty piąty. Profil działalności: usługi porządkowe i utrzymanie czystości. Trzech pracowników w ZUS, w tym Barczak.
— Trzech?
— Trzech. Na pełny etat.
— A Trans-Bud?
— Trans-Bud Logistyka, Tczew, Siennicka dwadzieścia jeden. Zarejestrowana od 2020. Właściciel: Dariusz Mikołajczyk, rocznik siedemdziesiąty. Logistyka, transport, pośrednictwo. Siedmiu pracowników w ZUS. W tym Barczak, umowa zlecenie.
— Siedmiu?
— Siedmiu. I tu jest ciekawa rzecz — jeden z tych siedmiu to Henryk Walczak, rocznik czterdziesty ósmy. Sprawdziłem — Walczak Henryk zmarł w maju 2021. Akt zgonu wystawiony w USC Gdańsk. A w Trans-Bud figuruje jako pracownik od września 2021.
Stępień przez chwilę nic nie mówił. Wiatr uderzył w boczną szybę samochodu i auto lekko się zakołysało.
— Marek — powiedział wreszcie. — Wydrukuj mi listę pracowników obu firm. Wszystkich. I sprawdź każde nazwisko w bazie.
— Każde?
— Każde.
Kubiak westchnął w sposób, który oznaczał „rozumiem, nie podoba mi się to, ale zrobię, bo wiem, że i tak nie odpuścisz".
Stępień rozłączył się i wyjechał z parkingu. Jechał ulicą Wodną w kierunku centrum, mijając rzędy domów jednorodzinnych, małe sklepy, przystanek autobusowy, na którym stała starsza kobieta z torbą z Lidla. Zwykły dzień w zwykłym mieście.
Ale Stępień miał powód. Albo przynajmniej zaczynał go mieć.
Na światłach przy rondzie włączył radio. Leciał serwis informacyjny — coś o cenach energii, coś o wyborach samorządowych, coś o meczu Lechii. Stępień przełączył na Trójkę. Leonard Cohen. „Everybody Knows". Piosenka, która za każdym razem brzmiała jak hymn polskiej administracji publicznej.
Everybody knows that the dice are loaded. Everybody knows that the good guys lost.
Stępień skręcił w Wita Stwosza i zaparkował pod komendą.
Nie wiedział jeszcze, co znalazł. Nie wiedział, czy to oszustwo, pomyłka, czy coś gorszego. Wiedział tylko, że Andrzej Barczak zniknął, a na jego miejscu w systemie — w kilku systemach — były wpisy, które nie miały prawa tam być.
I że martwy Henryk Walczak nadal chodził do pracy.
To było wystarczająco dużo, żeby nie iść dzisiaj na obiad.ROZDZIAŁ 2
Lista pracowników CleanMax liczyła trzy nazwiska. Lista pracowników Trans-Bud Logistyka — siedem. Razem dziesięć osób, nie licząc Barczaka, który figurował w obu firmach. Kubiak wydrukował je na drukarce w pokoju dwanaście, która drukowała tylko na czarno, bo kolorowy toner skończył się w lipcu i nikt nie zamówił nowego.
Stępień rozłożył kartki na biurku i zaczął od góry.
CleanMax:
1. Barczak Andrzej — lat 62, zaginiony.
2. Nowakowska Maria — lat 71, zameldowana Gdańsk Wrzeszcz.
3. Kasprzak Roman — lat 58, zameldowany Pruszcz Gdański.
Trans-Bud Logistyka:
1. Barczak Andrzej — ten sam.
2. Walczak Henryk — lat 76 (gdyby żył), zmarł maj 2021.
3. Sobczak Janina — lat 67, zameldowana Mosty, powiat gdański.
4. Rutkowski Leszek — lat 54, zameldowany Tczew.
5. Pawlak Grażyna — lat 63, zameldowana Gdańsk Oliwa.
6. Tomczyk Wiesław — lat 49, zameldowany Kolbudy.
7. Stępień Tomasz — lat 42, zameldowany Pruszcz Gdański.
Stępień przeczytał ostatnie nazwisko dwa razy. Potem trzeci raz. Potem odłożył kartkę, wstał od biurka i podszedł do okna.
Parking pod komendą wyglądał jak zawsze — cztery auta służbowe, dwa prywatne, kontener na śmieci, który od tygodnia nikt nie opróżnił, i kot, który przychodził tu codziennie po resztki z obiadów dyżurnych. Stępień stał przy oknie i nie patrzył na nic konkretnego. Myślał.
Stępień Tomasz, rocznik osiemdziesiąty drugi, zameldowany Pruszcz Gdański, ulica Obrońców Westerplatte. To był on. Jego PESEL. Jego adres. Na liście pracowników firmy, o której nigdy nie słyszał, w mieście, w którym nigdy nie miał żadnych interesów oprócz jednego mandatu za złe parkowanie w 2017 roku.
Wrócił do biurka i otworzył system ZUS. Wpisał swój PESEL. Konto ubezpieczonego. Składki. I tam, między składkami odprowadzanymi przez Komendę Powiatową Policji, było to — „Trans-Bud Logistyka sp. z o.o., umowa o dzieło, od marca 2024". Kwota: 2400 złotych miesięcznie.
Ktoś podpisał umowę jego nazwiskiem. Ktoś odprowadzał za niego składki. Ktoś inkasował pieniądze za pracę, której nie wykonywał, bo nie wiedział, że ją „wykonuje".
Suchość w gardle. Świat przesunął się o centymetr w bok.
Zadzwonił do Kubiaka.
— Marek, chodź do mnie.
Kubiak przyszedł po dwóch minutach, z kubkiem kawy.
— Patrz — powiedział Stępień, wskazując ekran.
Kubiak patrzył. Wąsy mu drgnęły.
— To ty.
— To ja.
— Na liście pracowników firmy w Tczewie.
— Umowa o dzieło. Od marca.
Kubiak usiadł na krześle dla interesantów.
— Tomek, to jest...
— Wiem, co to jest.
— Kto ma dostęp do twojego PESEL-u?
— Każdy. PESEL nie jest tajny. Wystarczy akt urodzenia, stary formularz, stara umowa. Albo ktoś w urzędzie.
— Ale żeby podpisać umowę o dzieło, trzeba mieć podpis.
— Albo kopię podpisu. Albo formularz elektroniczny, gdzie wystarczy wpisać dane. Połowa firm w tym regionie nadal wysyła umowy faksem. Faksem.
— Sprawdziłeś resztę nazwisk? — zapytał Stępień.
— Jeszcze nie wszystkie. Ale Nowakowska Maria — ta z CleanMax — ma siedemdziesiąt jeden lat i od dwóch lat leży w hospicjum na Zaspie. Choroba Alzheimera, stan ciężki. Rozmawiałem z córką telefonicznie. Matka nie wychodzi z łóżka. Na pewno nie sprząta biur w Gdańsku Oliwie.
— A Sobczak Janina?
— Sobczak Janina, lat sześćdziesiąt siedem, Mosty. Zmarła w grudniu 2021. Rak trzustki. A w Trans-Bud figuruje od lutego 2022 jako pracownica biurowa.
Stępień wziął kartkę z listą i zakreślił nazwiska długopisem. Trzy z dziesięciu osób — martwe lub niezdolne do pracy. Jedna — on sam, policjant, który o niczym nie wiedział. Barczak — zaginiony. To była połowa listy. Połowa pracowników dwóch firm była albo nieprzytomna, albo nieżywa, albo nieświadoma.
— Marek, kto jest właścicielem tych firm? Gajda i Mikołajczyk. Sprawdź mi ich — adresy, telefony, powiązania. I sprawdź, czy te firmy mają jakieś kontrakty. Publiczne zamówienia, dotacje, cokolwiek.
— Tomek.
— Co.
— To jest sprawa dla CBŚ. Albo dla prokuratury okręgowej. Nie dla nas.
Stępień wiedział, że Kubiak ma rację. Komenda Powiatowa w Pruszczu Gdańskim — trzydziestu siedmiu funkcjonariuszy, z czego jedenastu na zwolnieniach, trzech na delegacji, dwóch na szkoleniu — nie była miejscem, w którym prowadziło się sprawy dotyczące zorganizowanego oszustwa na tożsamościach. Mieli wystarczająco dużo roboty z kradzieżami rowerów, bójkami pod Żabką i mandatami za przekroczenie prędkości na obwodnicy.
— Wiem — powiedział Stępień. — Ale na razie mam zgłoszenie o zaginięciu. Nie mam sprawy o oszustwo. Mam zaginięcie i kilka dziwnych wpisów w systemie. Jeśli przekażę to teraz do CBŚ, to trafi na stos spraw, gdzie będzie leżeć do marca, a potem ktoś zamknie to notką „brak znamion przestępstwa" i wrócą do handlu narkotykami na Przymorzu.
— Albo zrobią to porządnie.
— Albo zrobią to porządnie. Ale nie w tym tygodniu. I nie w tym miesiącu. A Barczak zaginął teraz.
Kubiak dopił kawę i wstał.
— Co chcesz zrobić?
— Chcę jechać do Tczewa. Do siedziby Trans-Bud. Zobaczyć, co tam jest pod tym adresem.
— Teraz?
— Teraz.
------------------------------------------------------------------------
Droga z Pruszcza do Tczewa to trzydzieści pięć kilometrów trasą S7, potem zjazd na drogę wojewódzką, potem przez Tczew ulicami, które w listopadzie wyglądały jak scenografia do filmu o miastach, w których nic się nie dzieje.
Stępień jechał sam. Kubiak został na komendzie — „ktoś musi pilnować chałupy".
Siennicka dwadzieścia jeden w Tczewie to był budynek z trzech kondygnacji — parter handlowy, piętro biurowe, drugie piętro wyglądało na niezamieszkane, z oknami zasłoniętymi od wewnątrz gazetami. Na parterze był sklep z używaną odzieżą i punkt przyjmowania zakładów bukmacherskich. Na piętrze, według tabliczki przy domofonie, mieściły się: „Biuro Rachunkowe Stankiewicz", „Trans-Bud Logistyka sp. z o.o." i „Gabinet Podologiczny Stopa-Med".
Stępień nacisnął domofon przy „Trans-Bud". Cisza. Nacisnął jeszcze raz. Cisza.
Nacisnął „Biuro Rachunkowe Stankiewicz". Kobieta odebrała po trzecim sygnale.
— Słucham?
— Policja. Aspirant Stępień, Komenda Powiatowa w Pruszczu Gdańskim. Chciałbym wejść na piętro.
Brzęczyk otworzył drzwi. Stępień wszedł na klatkę schodową — wąską, z linoleum na podłodze i zapachem wilgoci i środka do czyszczenia. Na piętrze były trzy drzwi. Biuro rachunkowe — drzwi otwarte, światło w środku. Gabinet podologiczny — zamknięte, ciemno. Trans-Bud Logistyka — drzwi zamknięte, ale na drzwiach nie było nawet tabliczki. Tylko numer: 3B.
Stępień zapukał. Cisza.
Zajrzał do biura rachunkowego. Kobieta koło pięćdziesiątki, blond włosy, okulary na łańcuszku, biurko zasypane papierami. Na ścianie kalendarz z Matką Boską Częstochowską i dyplom ukończenia kursu księgowości.
— Pani Stankiewicz?
— Tak?
— Trans-Bud Logistyka — wie pani, kto tam urzęduje?
Kobieta poprawiła okulary.
— A tak naprawdę to nikt tam nie urzęduje. Biuro jest wynajęte od... chyba od 2020, ale ja widziałam kogoś tam może ze trzy razy w ciągu roku. Czasem przyjeżdża samochód, ktoś wchodzi na godzinę, potem wyjeżdża. Nie wiem, co tam robią, ale nie hałasują, więc mnie to nie obchodzi.
— Samochód jaki?
— Ciemny. BMW albo coś takiego. Nie znam się na autach.
— Kto płaci czynsz za to biuro?
— Nie wiem. To trzeba pytać właściciela budynku. Jaworski — Jaworski Ryszard, ma biuro nieruchomości przy Gdańskiej. „Jaworski i Wspólnicy", ale wspólników nie ma, to tylko nazwa.
Stępień zanotował. Potem podszedł do drzwi 3B i obejrzał zamek. Zwykły zamek bębenkowy, nic specjalnego. Nie zamierzał wchodzić bez nakazu — nie dlatego, że był szczególnie przywiązany do procedur, ale dlatego, że wiedział, iż cokolwiek znalazłby w środku bez nakazu, byłoby bezużyteczne w sądzie. A jeśli to, co podejrzewał, było prawdą, to ta sprawa mogła kiedyś trafić do sądu.
Wyszedł z budynku i stanął na chodniku. Tczew o tej porze dnia był cichy — ludzie w pracy, dzieci w szkołach, emeryci w domach lub w przychodni. Na ulicy stał zaparkowany bus dostawczy i starsza kobieta szła z psem, małym kundelkiem, który zatrzymywał się przy każdym słupku jak turysta przy zabytkach.
Stępień zadzwonił do Kubiaka.
— Trans-Bud nie istnieje. To znaczy — adres istnieje, drzwi istnieją, ale za drzwiami nikogo nie ma. Biuro wynajęte, rzadko używane. Firma-duch.
— A CleanMax?
— Jeszcze nie sprawdzałem. Ale pojadę jutro do Oliwy.
— Tomek, mam coś na Gajdę. Piotr Gajda, właściciel CleanMax — notowany w KRK. Wyrok z 2016, oszustwo na szkodę ZUS. Rok w zawieszeniu na dwa. I drugie postępowanie — 2019, umorzone, wyłudzenie dotacji unijnej. Umorzone z powodu braku dowodów.
Stępień milczał przez chwilę.
— A Mikołajczyk? Właściciel Trans-Bud?
— Czysto. Żadnych notowań. Ale jest coś innego — Mikołajczyk Dariusz jest w KRS jako członek zarządu jeszcze jednej firmy. „NDG Consulting sp. z o.o.", zarejestrowana w Warszawie. I tu jest ciekawe — w zarządzie NDG Consulting jest też Gajda.
— Gajda i Mikołajczyk znają się.
— Znają się i prowadzą wspólnie firmę w Warszawie. I osobno firmy tu, na Pomorzu. Z pracownikami, którzy nie żyją.
Stępień wsiadł do samochodu. Silnik odpalił za pierwszym razem, co uznał za dobry znak, choć nie wierzył w znaki.
— Marek, ile jeszcze nazwisk do sprawdzenia?
— Cztery. Kasprzak, Rutkowski, Pawlak, Tomczyk.
— Sprawdź wszystkie. I sprawdź mi NDG Consulting — czym się zajmują, jakie mają kontrakty, kto jest w zarządzie oprócz tych dwóch.
— Tomek.
— Tak?
— Ostrożnie.
To było jedno słowo, ale Kubiak nigdy nie mówił go bez powodu. Stępień kiwnął głową, choć Kubiak nie mógł tego widzieć, i rozłączył się.
------------------------------------------------------------------------
Wracał do Pruszcza drogą przez Kolbudy, bo S7 była zablokowana po wypadku ciężarówki. Jechał powoli. Myślał.
Co wiedział:
Barczak zaginął. Był zatrudniony w trzech firmach, z których w jednej naprawdę pracował. Dwie pozostałe firmy — CleanMax i Trans-Bud — zatrudniały ludzi martwych, chorych lub nieświadomych. Właściciele obu firm — Gajda i Mikołajczyk — prowadzili razem trzecią firmę w Warszawie. Gajda miał przeszłość z oszustwami na ZUS.
Czego nie wiedział:
Skąd pieniądze. Kto je dostawał. Dlaczego Barczak zaginął — czy coś odkrył? Czy był częścią schematu? Czy ktoś go usunął, bo zaczął być niewygodny?
I jeszcze jedno — dlaczego on sam, Stępień, był na tej liście. Czy to był przypadek? Czy ktoś użył jego danych, bo były łatwo dostępne — policjant, publiczne dane, łatwy PESEL? Czy może ktoś chciał mu coś powiedzieć? Albo — i ta myśl była najgorsza — czy ktoś chciał go powiązać z tym schematem, żeby go zneutralizować, gdyby zaczął węszyć?
Dwadzieścia lat w policji nauczyło go, że paranoja różni się od doświadczenia zawodowego tylko jednym — dowodami.
Dojechał do Pruszcza o piętnastej. Na komendzie zastał Kubiaka przy biurku.
— Co masz? — zapytał Kubiaka.
— Kasprzak Roman, pięćdziesiąt osiem lat, Pruszcz — żyje. Sprawdziłem adres, rozmawiałem z sąsiadem. Kasprzak jest na rencie od 2020, problem z kręgosłupem. Nigdzie nie pracuje. W CleanMax figuruje od 2023.
— Wie o tym?
— Nie dzwoniłem do niego. Czekałem na ciebie.
— Dobrze. Jutro do niego pojadę. Dalej?
— Rutkowski Leszek, Tczew — żyje, pracuje w stoczni Remontowa w Gdańsku, pełny etat. W Trans-Bud figuruje jako pracownik biurowy. Pawlak Grażyna, Gdańsk Oliwa — żyje, emerytka, w Trans-Bud od 2022. Tomczyk Wiesław, Kolbudy — tu jest problem.
— Jaki?
— Tomczyk Wiesław nie istnieje.
— Jak to nie istnieje?
Kubiak odwrócił monitor, żeby Stępień mógł widzieć.
— PESEL jest ważny. Adres jest ważny — Kolbudy, ulica Leśna osiemnaście. Ale pod tym adresem nie ma żadnego Tomczyka. Jest rodzina Wiśniewskich — małżeństwo z dwójką dzieci. Mieszkają tam od 2015. Żaden Tomczyk nigdy tam nie mieszkał, według sąsiadów, których pytałem telefonicznie.
— Fałszywa tożsamość?
— Albo ktoś, kto się wyprowadził i nie zmienił meldunku. Ale to dziwne — PESEL jest aktywny, nie ma aktu zgonu, nie ma żadnych notowań. Człowiek istnieje w systemie, ale nie istnieje w rzeczywistości.
Stępień usiadł na swoim krześle i przez chwilę nic nie mówił. Kubiak też milczał — obaj mieli tę umiejętność milczenia w towarzystwie bez niezręczności, co było jedną z rzeczy, które sprawiały, że dobrze im się pracowało razem od lat.
— Marek — powiedział w końcu Stępień — mamy firmę z martwymi pracownikami i drugą firmę z pracownikami, którzy nie wiedzą, że pracują. Mamy właścicieli, którzy prowadzą razem trzecią firmę w Warszawie. Mamy zaginięcie. I mamy co najmniej jedną fikcyjną tożsamość. To nie jest zwykłe lewe zatrudnienie.
— Nie — zgodził się Kubiak.
— To jest system. I jest ktoś, kto go zbudował. Gajda i Mikołajczyk mogą być frontmenami. Ale ktoś musi to koordynować — dokumenty, urzędy, numery kont, firmy. To wymaga kontaktów w urzędzie skarbowym, w ZUS, w KRS. Może w urzędzie pracy.
— Dotacje — powiedział Stępień.
— Co?
— Gajda miał sprawę o wyłudzenie dotacji unijnej. Umorzoną. Jeśli te firmy zatrudniają ludzi na papierze — martwych, chorych, fikcyjnych — to mogą wyciągać pieniądze z dotacji na zatrudnienie. Ulgi podatkowe. Dofinansowania z urzędu pracy. Kontrakty podwykonawcze, gdzie płacą za „pracowników", którzy nie istnieją. Ryczałty od przychodów ewidencjonowanych, gdzie koszty pracy są zawyżone, bo lista płac jest zawyżona, bo połowa ludzi na liście nie żyje.
Kubiak gwizdnął cicho przez zęby.
— Ile?
— Nie wiem. Ale jeśli to działa od 2020, i jeśli to jest więcej niż dwie firmy...
— Ile firm może być?
Stępień nie odpowiedział. Nie wiedział. I to właśnie go niepokoiło — bo jeśli Gajda i Mikołajczyk prowadzili razem NDG Consulting w Warszawie, to ile jeszcze firm prowadzili osobno, razem, przez pośredników? Ile jeszcze list pracowniczych było pełnych martwych ludzi, chorych ludzi, ludzi, którzy nie wiedzieli, że figurują na czyimś pasku płacowym?
I co się stało z Andrzejem Barczakiem, jedynym żywym, świadomym pracownikiem na liście, który nagle zniknął?
Stępień sięgnął po telefon.
— Do kogo dzwonisz? — zapytał Kubiak.
— Do żony Barczaka.
Pani Barczak odebrała po pierwszym sygnale.
— Pani Barczak, aspirant Stępień. Mam dodatkowe pytanie. Czy mąż w ostatnich tygodniach mówił coś o problemach w pracy? O czymś, co go niepokoiło? O papierach, dokumentach, umowach?
Cisza w słuchawce. Ale nie pustka — Stępień słyszał oddech kobiety, równy, kontrolowany.
— Mówił — powiedziała w końcu pani Barczak. — Dwa tygodnie temu. Wrócił z pracy i powiedział, że ktoś kazał mu podpisać jakiś papier. Nie pamiętam jaki. Ale powiedział, że mu się to nie podoba i że musi z kimś pogadać.
— Z kim?
— Nie powiedział.
— A czy powiedział, kto kazał mu podpisać ten papier?
— Szef zmiany. Tak mi się wydaje. Ale mogę się mylić — Andrzej niewiele mówił o pracy. Wracał, jadł, szedł do telewizora. Nie był typem, co opowiada.
Stępień podziękował i rozłączył się.
Szef zmiany. Ktoś w zakładach mięsnych, kto kazał Barczakowi podpisać „jakiś papier". Dwa tygodnie przed zaginięciem.
— Jutro — powiedział Stępień do Kubiaka — jadę do Oliwy, do CleanMax. Potem do Kasprzaka. I potem z powrotem do zakładów mięsnych, pogadać z szefem zmiany.
— A co ze sprawą jako sprawą? Oficjalnie masz zaginięcie. Nie masz postępowania przygotowawczego, nie masz prokuratorskiej zgody na cokolwiek więcej niż szukanie faceta, który nie wrócił do domu.
— Oficjalnie szukam Barczaka. Sprawdzam miejsce pracy, kontakty, ostatnie dni. Standardowe czynności w sprawie zaginięcia.
— A nieoficjalnie?
— Nieoficjalnie patrzę, dokąd prowadzą papiery.
Kubiak wstał, zabrał kubek ze stołu i ruszył do drzwi.
— Tomek — powiedział, stojąc w progu — jeśli to jest to, co myślę, że to jest, to są w to zamieszani ludzie, którzy mają więcej pieniędzy niż nasza cała komenda. I którzy nie będą zadowoleni, że aspirant z Pruszcza grzebie im w papierach.
— Wiem.
— Ostrożnie — powtórzył Kubiak i wyszedł.
Stępień został sam w pokoju. Za oknem robiło się ciemno — w listopadzie w Pruszczu ciemność przychodziła o szesnastej. Kaloryfer grzał jedną sekcją. Na biurku leżała lista nazwisk — ludzi żywych i martwych, prawdziwych i wymyślonych, ludzi, którzy istnieli w systemie i ludzi, którzy istnieli tylko w systemie.
I jedno z tych nazwisk było jego.
Stępień wyłączył komputer, zgasił światło i wyszedł z komendy bocznym wejściem. Na parkingu było pusto — tylko jego Opel i kot, który siedział na masce Opla.
Wsiadł do auta, odpalił silnik i pojechał do domu. Po drodze zatrzymał się w Żabce po chleb, ser i wodę mineralną.
W domu zjadł kanapkę, wypił szklankę wody i usiadł na kanapie. Telewizor włączony na Canal+ — mecz Ligi Europy, którego nie oglądał. Telefon na stoliku. Cisza.
Pomyślał o córce. Kasia — dwadzieścia dwa lata, Gdańsk, psychologia, trzeci rok. Ostatni raz rozmawiał z nią trzy tygodnie temu — dziesięć minut, o niczym, z przerwami dłuższymi niż zdania. Od tamtej pory żadne z nich nie zadzwoniło.
Przed zaśnięciem myślał o Barczaku. Sześćdziesiąt dwa lata, żonaty, porządny pracownik, cichy, nie narzekał. Wychodził do pracy, wracał, jadł kolację. Aż pewnego dnia nie wrócił. I okazało się, że w systemie był trzema osobami jednocześnie — albo raczej, że ktoś zrobił z niego trzy osoby, i że jedna z tych osób zniknęła, a dwie pozostałe nadal chodziły do pracy, płaciły składki i istniały w bazach danych, które nikt nie sprawdzał.
Bo w tym kraju nikt nie sprawdzał.
Stępień zasnął o dwudziestej drugiej. Śnił o listach — długich, papierowych, z nazwiskami wydrukowanymi czcionką Times New Roman, jak w każdym urzędzie w tym kraju. Nazwiska szły jedno po drugim, setki, tysiące. Niektóre znał. Większości nie. I na samym końcu, na ostatniej stronie, było jego własne nazwisko, wydrukowane tym samym fontem, w tym samym rozmiarze, niczym się nie wyróżniające.
W tym śnie to było najgorsze — że nie wyróżniało się niczym.ROZDZIAŁ 4
Komendant powiatowy inspektor Krzysztof Wardęga wrócił z urlopu zdrowotnego w piątek. Nikt nie wiedział, że wraca — ani Nowicki na dyżurce, ani Kubiak, ani sekretarka Wardęgi, pani Kowalska, która zobaczyła swojego szefa na korytarzu i upuściła kubek z herbatą na dywan, co było jedyną emocjonalną reakcją, jaką ktokolwiek na tej komendzie okazał od lat.
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------