-
nowość
-
promocja
Zatruty kielich - ebook
Zatruty kielich - ebook
Osobliwa zbrodnia. Genialna śledcza. Zagadka na epicką skalę. W wytwornej rezydencji na obrzeżach Imperium leży martwy funkcjonariusz imperialny – uśmiercony nagłym wyrośnięciem drzewa z ciała. Nawet tutaj, gdzie szerzą się skażenia, a krew lewiatanów powoduje dziwaczne przemiany, jest to śmierć zarówno przerażająca, jak i niepojęta. Do rozwiązania sprawy zostaje wezwana Ana Dolabra – śledcza, której geniuszowi dorównuje jedynie jej ekscentryczność. U jej boku stoi nowy asystent, Dinios Kol, mnemorytownik zmodyfikowany tak, by posiadał pamięć doskonałą. Wkrótce śledztwo naprowadza ich na spisek, który zagraża bezpieczeństwu całego Imperium. Dla Any to smakowicie zagmatwana łamigłówka, wreszcie coś, co jest godne jej uwagi. A Din? Jemu pozostaje mocno się trzymać, żeby przetrwać tę szaloną przygodę.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-45-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W Daretanie nie było miasta jako takiego, raczej skupisko zabudowań jaletów imperialnych, mieszczące się przy skrzyżowaniu głównych traktów. Obejmowało liczne parcele, magazyny i stodoły, w których trzymano materiały oraz żywiec, nieustannie transportowane pod mury morskie. Tego popołudnia panował tu zwykły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku końskiego cielska. Meandrowałem skrajem miasta na południe, przystając, żeby przepuścić wozy i furmanki, aż ujrzałem znajomy widok – konie o brzuchach umazanych miedziano-brązowym błotem, roje brzęczących much, przepoceni legioniści, inżynierowie i funkcjonariusze innych jaletów wykrzykujący nazwiska oraz rozkazy, nie przejmując się, czy ktokolwiek ich słyszy i czy ich wrzaski przykuwają czyjąkolwiek uwagę. Kłaniałem się, kiwałem głową, znów kłaniałem, znów kiwałem głową, aż w końcu wydostałem się z tej kotłowaniny i zanurzyłem w gęstwinę dżungli.
W lesie było ciemno, a powietrze falowało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a łodygi jego bladego światła przebijały się przez zielony baldachim listowia. Odnalazłem wąską ścieżkę prowadzącą do domu mojej zwierzchniczki i podążyłem nią, witany odgłosami ciskożab i chrząszczy. W pewnej chwili skąpane w parze listowie się rozstąpiło, a ja ujrzałem ocienioną kwaterę mieszkalną z formobluszczu.
Zacząłem iść pomiędzy pniakami. Gdy około cztery miesiące temu moja pani przybyła do kantonu objąć stanowisko tutejszej śledczej Jurysu, inżynierowie wycięli drzewa, a potem stworzyli dla niej dom z formobluszczu, specjalnie zmodyfikowanego pnącza, które apotekarze potrafili zmusić do wyrastania w konkretnym kształcie. Pokonywałem tę drogę tak często, że szedłem po własnych śladach. Moja zwierzchniczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamieszkała.
Wspiąłem się na schodki frontowe i zobaczyłem leżącą przed wejściem stertę książek obwiązanych sznurkiem. Domyśliłem się, że to przesyłka z poczty daretańskiej. Pochyliłem się i odczytałem kilka tytułów. Jak zwykle litery tańczyły mi przed oczami, utrudniając złożenie ich w słowa, a falujące światło w lesie nie ułatwiało sprawy, jednak udało mi się odczytać _Zestawienie transferu dóbr ziemskich kantonu Qabirga w latach 1100–1120_ oraz _Teorie związane ze wzrostem masy czmychokraba wschodniego od roku 800_.
– Co jest? – mruknąłem, a potem zamilkłem, nasłuchując.
Dobiegł mnie rechot ciskożaby, a potem niski zaśpiew mikowronka, ale naraz uświadomiłem sobie, że słyszę jeszcze inny dźwięk, męski pomruk, którego źródło znajdowało się w domu.
Przycisnąłem ucho do drzwi i usłyszałem wyraźniej najpierw głos mojej zwierzchniczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdradzał zaniepokojenie, wręcz zdenerwowanie.
– Niech to szlag – zakląłem. – Wyszła, by złapać kolejnego…
Otworzyłem i wpadłem do środka.
* * *
Tym, co zawsze jako pierwsze rzucało się w oczy we wnętrzu formobluszczowego domku, były książki. Cała masa książek – na półkach, w stertach, istne góry tomów na wszelkiego rodzaju enigmatyczne tematy. Moja zwierzchniczka dosłownie żyła na książkach, często używając ich jako biurka czy nocnego stolika. Musiała nawet wydrążyć sobie w nich grotę, żeby postawić łóżko.
Rozejrzałem się po przełęczach tomów i przedarłem na tyły domku, do gabinetu. Już z daleka zauważyłem stopy kogoś siedzącego tam na krześle, obute w lśniące, czarne oficerki. Skrzywiłem się na ten widok, po czym przygładziłem włosy i wszedłem do środka.
Pomieszczenie wyglądało jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Spowijała je plątanina pędów roślin doniczkowych, wielu egzotycznych i równie wielu na wpół uschniętych. Do tego wszędzie walały się instrumenty strunowe w różnych stadiach rozkładu. Tego dnia na niewielkim wyściełanym stołku siedział jakiś kapitan inżynierów: chudy, w średnim wieku i śmiertelnie przerażony.
Powód jego lęku był oczywisty, ponieważ uczucie to ogarnia większość ludzi, gdy tylko znajdą się w obecności mojej zwierzchniczki. Immunisa Anagosa Dolabra, śledcza Jurysu kantonu Daretana, siedziała na podłodze tyłem do kapitana, pracując nad jednym ze swoich projektów. Urządzenie składało się z plątaniny drutów i struny. W moich oczach wydawało się pozbawione sensu. Najprawdopodobniej rozmontowała jedną ze swoich harf situr – była zapaloną, choć niedbałą muzyczką – i konstruowała z niej coś w rodzaju krosna.
– Mówiłam ci, Din, i to nie raz – odezwała się. – Zawsze pukaj.
Wyprężyłem się na baczność, splotłem ręce za plecami, ściągnąłem ramiona i wyprostowałem kolana.
– Wydawało mi się, że słyszę głosy, pani. Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
– Och, nie ma się czym martwić. – Spojrzała przez ramię, uśmiechając się szeroko, a pasmo śnieżnobiałych włosów opadło jej na policzek niczym pióropusz egzotycznego ptaka. Stałem wyprostowany, choć nie była w stanie mnie zobaczyć przez szkarłatną przepaskę na oczach. – Prowadzimy z kapitanem niezwykle zajmującą konwersację – stwierdziła.
Funkcjonariusz łypnął na mnie ze zgrozą.
– Ach tak? – skwitowałem.
– Tak! – potwierdziła i znów zajęła się swoją pracą. – Drogi kapitan nadzoruje prace nad siecią rowów nawadniających w Daretanie. Podczas robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wieków, pozostałości po konstrukcjach zbudowanych przez ludzi zamieszkujących te tereny przed przyłączeniem ich do Imperium. Czy nie tak, kapitanie Tischte?
Biedak wbił we mnie przelęknione oczy i poruszył bezgłośnie ustami, które ułożyły się w słowo: „Pomocy!”.
– Co ciekawe – ciągnęła Ana – najwyraźniej część budynków wzniesiono, układając cegły w jodełkę, która to technika wymaga znacznie mniej zaprawy niż zwykle! Czy to nie fascynujące?
Kapitan rozpaczliwie gestykulował, wskazując na wyjście.
– Niezwykle fascynujące, pani – przytaknąłem.
– Szczególnie że – podjęła – dawno już ukułam teorię, że większość Kurminów zamieszkujących obecnie trzeci pierścień cesarstwa wyemigrowało właśnie stąd, zanim te ziemie włączono do Imperium. To znalezisko potwierdza moje przypuszczenia, zważywszy, jak powszechna w kantonie Kurmin jest technika układania cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz – machnęła ręka w kierunku wschodnim – jest zrozumiała… No bo przecież tylko w ten sposób można było postąpić, chcąc przetrwać.
Kapitan przestał wymachiwać rękoma, ponieważ jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawałkiem płótna. Zanim zdążyłem go powstrzymać, uniósł tkaninę i zagapił się ze zgrozą na to, co znajdowało się pod spodem: szklany słoik z zakonserwowanym wróblem jipti, którego Ana złapała kilka tygodni wcześniej, a następnie go zabiła i przeprowadziła jego autopsję. Kapitan wypuścił płótno z drżącej ręki.
Zacząłem gorączkowo zmyślać historyjkę.
– Właściwie to – odchrząknąłem – idąc tu, natknąłem się na paru inżynierów.
– Doprawdy?
– Tak, pani. Mówili, że szukają kapitana Tischte’a, ponoć jest pilnie potrzebny.
Ana przerwała na moment pracę nad ustrojstwem i przekrzywiła głowę na bok.
– Hm. Nieprawda. To kłamstwo, Din. Jesteś fatalnym kłamcą, słychać to w twoim głosie. Ale! Muszę przyznać, że poza informacją o technice jodełkowej kapitan Tischte nie miał zbyt wiele do powiedzenia i zaczął mnie już nudzić. – Odwróciła ku niemu twarz strojną w przepaskę oraz szeroki uśmiech. – Może pan iść, kapitanie. Dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa.
Kapitan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jawnego zbulwersowania skłonił się i wydusił „Pani”, po czym czmychnął w stronę wyjścia.
Pobiegłem za nim, zastanawiając się, w jaki sposób tym razem naprawić wyrządzone szkody.
– Proszę wybaczyć, panie – zacząłem. – Nie istnieje usprawiedliwienie dla…
– Usprawiedliwienie! – zaskrzeczał tuż za progiem. – Nic nie jest w stanie usprawiedliwić czegoś takiego! Wysłała mi list, żebym pojawił się tu z jakimiś mapami, a gdy to uczyniłem, uwięziła mnie i przez trzy godziny przesłuchiwała, wypytując o każdy najmniejszy szczegół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!
– Naprawdę mi przykro. – Ukłoniłem się, podniosłem głowę i na widok jego wściekłej miny pogłębiłem ukłon, nieomal dotykając nosem czubka znoszonego buta. – Przerwałbym to, gdybym był na miejscu, naprawdę bym…
– A na końcu… na końcu miała czelność nazwać mnie nudnym! – wrzeszczał. – I pomyśleć, że ta szalona kobieta jest śledczą Jurysu! To… – Nie dokończył, zamiast tego odwrócił się i rzucił biegiem ścieżką w stronę miasta.
– Szlag by to – wymamrotałem, odprowadziwszy go wzrokiem, i wróciłem do domku.
Ana wciąż pochylała się nad swoim ustrojstwem, w zadumie przebierając palcami nad strunami.
– Wiesz, pani… – Przerwałem, by przemyśleć to, co chciałem powiedzieć.
– No dalej, Din – zachęciła mnie, zdejmując przepaskę. – Miałam wrażenie, że zamierzasz mnie zbesztać. To dopiero byłoby ucieszne.
– Cóż, sama wiesz, pani, że… że tak nie można.
– Zwykle nie można – przyznała. – Ale zwykle jesteś tu ty i mnie powstrzymujesz, Din.
– To prawda, dokładnie to robię, ponieważ nie można zaganiać tych biedaków w kozi róg, a potem wyciskać z nich informacji jak sok z aptioty!
– Po prostu robię, co mogę, żeby odnaleźć w tym zapadłym kantonie choć okruch czegoś ciekawego – rzuciła beztrosko i naprężyła strunę w swoim ustrojstwie. – A wymaga to ciężkiej harówki.
– Pani…
– Na przykład, czy wiedziałeś, Din, że wysunięta najdalej na południe studnia w Daretanie jest prawie na pewno zakażona irydą?
– To fascynujące, pani.
– Zaiste. Nikt o tym nie wiedział. A ja wywnioskowałam to po rozmowach z sześćdziesięcioma dwiema osobami, które przeprowadziłam w minionych miesiącach. Dwanaścioro spośród nieświadomie pijących regularnie tamtejszą wodę skarżyło się na lekkie bóle, bezsenność oraz niezwykły zapach moczu, co wskazuje na objawy powszechnie łączone z tą chorobą. Poinformowałam o tym kapitana i zaleciłam oczyszczenie studni. – Znów szarpnęła druty. – Właśnie to zyskuję z tych wszystkich rozmów, Din. Potrzebuję po prostu odpowiedniej ilości informacji, by odgadnąć naturę wzorca.
– I to chęć rozgryzienia wzorca skłoniła cię do zapytania kapitana Legionu o zapach jego sików, pani?
– Och nie, nie. Kierowała mną czysta ciekawość.
Pozwoliłem sobie na nią zerknąć. Była wysoką, szczupłą kobietą dobiegającą czterdziestki lub pięćdziesiątki – trudno to czasem określić w wypadku zmodyfikowanych ludzi – a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zdecydowanie jaśniejsza. Głównie dlatego, że Anagosa Dolabra nigdy nie wychodziła na zewnątrz, a w mniejszej części z powodu jej rasy. Sazyjczycy, mieszkający w wewnętrznych pierścieniach Imperium, mieli bledszą cerę, bardziej kanciaste rysy i węższe twarze niż Talowie tacy jak ja. Z tymi śnieżnobiałymi włosami, szerokim uśmiechem i żółtymi oczami często przypominała kota, a raczej obłąkaną kotkę, która ugania się po domu za tą jedyną właściwą plamką słońca, choć przy okazji nie przepuści żadnej przypadkowej myszy.
Ana Dolabra miała na sobie długą, czarną suknię oraz pobrudzony ciemnoniebieski płaszcz Jaletu Jurystycznego z nieregulaminowo przypiętymi dystynkcjami, tego dnia pogrupowanymi w doskonale symetryczne konstelacje wedle koloru, inaczej niż wczoraj, gdy były one ułożone według rozmiaru.
– O! Książki! – wykrzyknęła.
– Słucham?
– Moje książki. Przyszły już?
– A tak, pani. Są na ganku. Zabrałbym je, ale zdekoncentrowała mnie wizja torturowanego kapitana.
– A w odwecie ty torturujesz mnie swoim nieudacznym poczuciem humoru. – Prychnęła. – Jednak gdybyś był tak miły…
Skłoniłem się, podszedłem do drzwi i chwyciłem za klamkę. Spojrzałem jeszcze przez ramię.
– Nie patrzę! – zawołała. Miała twarz zwróconą w stronę kąta pokoju. – Oczy odwrócone!
Upewniwszy się, że nie wyjrzy na zewnątrz, otworzyłem drzwi, chwyciłem książki, wciągnąłem je do domu i zatrzasnąłem przejście. W mgnieniu oka znalazła się przy mnie i natychmiast wsunęła palec pod węzeł, żeby rozerwać sznurek.
– Całe wieki to trwało – skarżyła się. – Uwierzysz? Dwa tygodnie! Dostarczenie ich zajęło dwa pieprzone tygodnie!
– Pewnie ciężko ci było wytrzymać bez porządnej pozycji o krabach, pani.
– Nawet sobie nie wyobrażasz!
Rzuciła się otwierać jedną książkę za drugą. Przymykała przy tym oczy i gładziła stronice. Choć większość jej skóry była szara, opuszki miała różowe dzięki wszczepowi, który, jak sądziłem, musiał je uwrażliwić, umożliwiając Anie odczytywanie dotykiem druku, a czasem nawet pisma odręcznego. Co też czyniła przez większość dnia, z zawiązanymi oczyma przesuwając palcami po kartkach. „Lepiej ograniczać bodźce”, powiedziała mi kiedyś. „I nie wychodzić. Nadmierna stymulacja prowadzi do utraty zmysłów”.
Obserwując, jak przegląda każdą książkę, nie po raz pierwszy zastanawiałem się, jak miałbym stwierdzić utratę zmysłów w jej przypadku. Zakładałem, że dolegliwości Any są związane z modyfikacjami, choć nigdy nie dowiedziałem się, w jaki sposób wzmocniono jej umysł.
– Oooch. – Pieściła książkę o krabach zmysłowymi ruchami. – Tę wydrukowano w kantonie Ratras, rozpoznaję to po rodzaju wypukłości. Ich prasy drukarskie zostały skonstruowane tak, by drukować święte księgi w ich ojczystym języku, więc niektóre litery są pochylone lekko w lewo… Dziękuję ci, Din, że mi je przyniosłeś. Powinnam mieć dzięki nim zajęcie przez dzień czy dwa.
– Dzień? – wyrwało mi się.
– Och, sądzisz, że nie starczy na cały? – Zmartwiła się.
– Trudno rzec, pani.
– Może trzeba było kupić więcej, co, Din?
– Naprawdę trudno rzec.
Chwila pełnego napięcia milczenia.
– Czy to możliwe, Din, że potrafiłbyś złożyć zdanie z więcej niż dziesięciu słów?
Zaryzykowałem zerknięcie w jej jasnożółte oczy i stłumiłem uśmieszek.
– Niewykluczone, pani.
– Ach, jakże podziwiam twoją umiejętność zawarcia takiej dozy nonszalanckiej bęcwałowatości w zaledwie paru sylabach. Cóż za talent! – Podniosła się z westchnieniem i chwiejnie powędrowała z powrotem do gabinetu, gdzie osunęła się na fotel.
Podążyłem za nią, ale zatrzymałem się w progu i stanąłem na baczność. Potoczyła wzrokiem po walających się wokół niedokończonych projektach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przygnębienia.
– Jak się tak zastanowię, Din, to całkiem możliwe, że powoli zaczynam tracić tu moje cholerne zdrowe zmysły.
– Przykro mi to słyszeć, pani.
Wzięła małą harfę situr i zaczęła machinalnie trącać jej struny.
– Głównie dlatego – podjęła – że w tym nudnym kantoniku zupełnie nic się nie dzieje. A książki tu przypełzają, a nie przychodzą.
Znałem te jej nastroje. Najpierw podniecenie nowym pomysłem, nowym zagadnieniem, nową zabawką, a potem, po rozpracowaniu tegoż, miażdżąca melancholia. Jedynym, co pomagało, było podsunięcie jej czegoś nowego.
– A co do nudy, pani, dzisiaj rano…
– Niechętnie to przyznaję – przerwała mi – ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się znośniejsze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ściągasz mnie skutecznie na ziemię.
– Spróbuję potraktować to jako komplement. Ale dlatego właśnie chciałem powie…
– A twoje stanowisko wobec mojej prośby jest nadal niezmienne?
Spojrzałem na nią surowo.
– A konkretniej, pani?
– Cholernie dobrze wiesz, o co mi chodzi. – Pochyliła się naprzód i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Czy w końcu kupisz mi te przeklęte nastrojniki? Przestałabym dręczyć ludzi, gdybym je miała!
– Funkcjonariuszom jaletów imperialnych surowo zabrania się kupowania i stosowania wszczepów modyfikujących nastrój – wyrecytowałem beznamiętnie. – A ja nie łamię prawa, pani, pragnę bowiem zachować stanowisko.
– Tylko parę psychodelików – przekonywała. – Choć jeden dzień bez tej strasznej nudy.
– A czy imperialny kodeks postępowania dotyczy również wszczepów psychodelicznych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpowiedź, pani.
Popatrzyła na mnie, mrużąc oczy, i szarpnęła strunę, wydobywając z situry przenikliwy dźwięk.
Oho_,_ pomyślałem, no to zaraz się zacznie.
– Gdy wykonywałam obowiązki w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa…
No i się zaczęło.
– …moi asystenci zdobywali dla mnie wszelkiego rodzaju materiały oraz substancje! – dokończyła. – Bez szemrania!
– Jeśli masz ochotę wybrać się do któregoś z handlarzy wszczepami, możesz to uczynić, pani. Nie powtrzymam cię.
Łypnęła na mnie twardo.
– Dobrze wiesz, że to niemożliwe.
– Rozumiem. Zbyt wiele bodźców.
– Właśnie – syknęła przez zęby. – Na tytańską zarazę! Czemu ze wszystkich sublimów dostał mi się ten z kijem w dupie?!
– Hm, w zasadzie sama mnie pani wybrała z całej listy chętnych.
– A więc cię odwybiorę i wezmę kogoś nowego!
– To mało prawdopodobne, pani. Biorąc pod uwagę, że przesłuchałaś sześćdziesięciu dwóch funkcjonariuszy w Daretanie, a większość kantonu uważa cię za szaloną, znalezienie nowego sublima mogłoby być trudne.
Odrzuciła siturę na bok. Instrument gruchnął o podłogę z głuchym brzdękiem.
– Ja pierniczę! Ja pierniczę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś cywilizowanym miejscu!
Często się o to kłóciliśmy. Ana utrzymywała, że dotychczas pełniła obowiązki śledczej w najbogatszych pierścieniach w samym sercu Imperium Khanum, a każda z jej placówek była bardziej szalona i zdeprawowana od poprzedniej. Zdumiewała się wielce za każdym razem, gdy tylko się okazywało, że jakiś nielegalny towar czy barbarzyńska aktywność nie były w Daretanie na wyciągnięcie ręki. Uważała, że skoro nie da się ich zdobyć w ciągu godziny, to jest to najzapadlejsza dziura na świecie.
Co oczywiście nasuwało pytanie, z jakiego powodu immunisa Ana Dolabra została przydzielona akurat tutaj, do placówki na Obrzeżach Imperium.
Jedyna rozsądna odpowiedź, do jakiej doszedłem, brzmiała, że to wygnanie. Stanowisko śledczej Jurysu kantonu Daretana jeszcze pięć miesięcy temu w ogóle nie istniało. Musieli je wymyślić w ramach kary dla niej, zapewne dlatego, że łatwiej ją było przenieść niż zwolnić.
Wydawało się to logiczne, bo choć pracowałem dla Any dopiero od czterech miesięcy, wystarczyła mi minuta w jej towarzystwie, aby zorientować się, że moja zwierzchniczka posiada wybitny talent do siania zgorszenia. Z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić jakiegoś wysoko postawionego imperialnego arystokratę, który zmęczony jej wyskokami wykopał ją do odległego kantonu, gdzie przydzielono jej wakat dla jednego asystenta, do wyboru spośród miejscowych sublimów.
To ja zostałem wybrany na jej sublima. Posada asystenta śledczej była jedyną, jaką udało mi się zdobyć. Zamierzałem pełnić służbę pod zwierzchnictwem Any i pobierać uposażenie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zrobienia czegoś tak niezgodnego z prawem, że zostanę z miejsca zwolniony.
– Napijesz się herbaty, pani? – zaproponowałem.
– Nie, Din – wymamrotała spod ramienia, którym zakryła oczy. – Aromatyczna czy nie, nie chcę żadnej twojej cholernej herbatki.
– Może wobec tego chciałabyś porozmawiać o sprawie, nad którą pracujemy?
Opuściła ramię i przez moment wpatrywała się we mnie skonsternowana. A potem rozpromieniła się zachwycona.
– Ach! Ten pieprzony trup! Właśnie!
– Właśnie. – Westchnąłem.
– Gdy dostałam wiadomość od immunisa Irtosa, myślałam, że ten kretyn nałykał się jakiegoś trefnego wszczepu czy coś. To by pasowało do tego zadupia. Ale po twojej minie, Din, poznaję, że jednak nie.
– Nie, pani, jednak nie.
– A więc co w tym takiego ciekawego?
– Z denata wyrosła kępa drzew, rozdzierając go od środka. – Aż się wzdrygnąłem. – W życiu… W życiu nie widziałem czegoś tak koszmarnego, pani.
Ana zamarła i po raz pierwszy tego dnia płomień szaleństwa w jej oczach zgasł.
– Na niebiosa, Din – mruknęła. – Słyszałeś to?
– Co takiego, pani?
– Tę emocję.
– Nie rozumiem?
– To była najsilniejsza emocja, jaką dotychczas słyszałam w twoim głosie! To dopiero musi być kapitalna śmierć, skoro przełamała twoją drętwą postawę i wywołała w tobie tak dziką pasję!
Zawiązała oczy i uśmiechnęła się niepokojąco drapieżnie, ukazując zbyt wiele zbyt białych zębów.
– Opowiedz mi wszystko, co wryłeś w tę swoją małą, śliczną czaszeczkę! No, Diniosie Kolu, dawaj!
Wyciągnąłem z torby buteleczkę z ługiem, odkorkowałem ją i zaciągnąłem się zapachem. Potem poczułem łaskotanie za oczami i zacząłem mówić.ROZDZIAŁ TRZECI
Jeśli chodzi o ciało ludzkie, imperialni apotekarze preferowali dwie metody modyfikacji. Pierwszą z nich były wszczepy, które wywoływały pojedyncze zmiany, zapewniając obiektowi krótkotrwałe wzmożenie, na przykład zwiększenie wytrzymałości, poprawienie odporności, wyostrzenie wzroku lub utwardzenie kości. Drugą były nasycenia, bardziej inwazyjny sposób, który jednak, co ważniejsze, wywoływał trwałe zmiany, nieodwracalne i dziedziczne, o ile dane nasycenie nie pozbawiało zdolności prokreacyjnych, a większość z nich miała taki skutek.
Oznaczało to oczywiście, że Imperium posiadało lepszych żołnierzy niż siły wroga. Ale jądro Imperium stanowili sublimowie, kasta ulepszonych ludzi o wzmocnionych umysłach, którzy dzięki swoim umiejętnościom planowali, zarządzali i koordynowali działania licznych jaletów cesarstwa.
Istniały różne rodzaje sublimów: aksjomowie, których umysły zmodyfikowano do wykonywania obliczeń z nieosiągalną dla zwykłych ludzi biegłością; lingwowie, nasyceni tak, by mogli przyswoić niezliczone języki w mowie i piśmie; toposowie, bezbłędni w pojmowaniu przestrzeni, co czyniło ich fenomenalnymi rysownikami i kartografami; oraz parę innych, bardziej nietypowych i rzadziej spotykanych typów.
Nasycenia to nic przyjemnego. Wiele z nich skracało życie o całe lata, jeśli nie dziesięciolecia. Mimo to sublimowie byli niezastąpieni. Przetrwanie tego, co każdej pory deszczowej nadchodziło z mórz na wschodzie, wymagało niewiarygodnej zmyślności i starannego planowania.
Najpotrzebniejsi sublimowie, mnemorytownicy tacy jak ja, byli nasyceni, by pamiętać wszystko, co zobaczą, i służyli za żywe zbiory informacji. To właśnie ulepszenie wykorzystywałem, przekazując Anie informacje zdobyte na miejscu zdarzenia. Relacjonowałem każdy fragment rzeczywistości, który widziałem, powtarzałem każde słowo dokładnie takim tonem, jakim zostało wypowiedziane. Przez niemal cztery godziny przekazywałem zwierzchniczce, co zarejestrowałem podczas mojego pobytu w rezydencji Hazów.
Skończyłem po zachodzie słońca. Umieszczona w rogu latarnia mai zaczęła się jarzyć, gdy przebudzone robaczki w jej wnętrzu rozpoczęły żerowanie na rozsypanych na dnie granulkach, co powodowało reakcję świetlną. W ciszy rozległo się odległe zawodzenie jakiegoś samotnego ptaka.
Ana zaczerpnęła gwałtownie powietrza, jakby przebudziła się z głębokiego snu.
– Dobrze – powiedziała. – Bardzo dobrze. Mam jednak kilka pytań, Din…
Zaczęła mnie wypytywać o dziwne rzeczy. Ile kroków wykonałem, przechodząc od końca do końca budynku? Czy Gennadios była prawo czy leworęczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne blizny na dłoniach? Czy zauważyłem gdzieś pod ogrodzeniem posiadłości świeżo wzruszoną ziemię? A może wilgotny ślad na ściółce poderwanej czyjąś podeszwą?
Przy każdym pytaniu czułem woń ługu, ten specyficzny trzepot za oczami, a odpowiedzi spływały z mojego języka z gracją przyprawiających o mdłości wymiotów: osiemdziesiąt dziewięć kroków; Gennadios trzymała na kolanach dłonie zaplecione w taki sposób, że prawa znajdowała się na lewej, co wskazuje na praworęczność; Uxos miał dwie cienkie, jasne blizny na knykciu prawego kciuka, a choć pozostałe knykcie były poranione, tamte ślady powstały w wyniku pęknięcia zrogowaceń; i nie, nie widziałem wzruszonej ściółki poza skrawkiem podziobanym przez drozda.
Po tym Ana milczała przez chwilę.
– Dziękuję ci, Din – rzekła wreszcie, mnąc w zadumie fałdy sukni. – Ten ród Hazów… Nic o nim nie wiesz.
– Wiem, że są bogaci, pani. Posiadają wiele włości w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa. Ale nic poza tym.
– Uhm. Są ziemianami. To znaczy, posiadają to, co w Imperium najcenniejsze. – Ręka Any wystrzeliła naprzód, a jej palce zgarnęły z mojego buta grudkę ziemi. Immunisa roztarła ją opuszkami na pył. – Ziemię. Uprawa roślin, hodowla zwierząt oraz produkcja reagentów niezbędnych do modyfikacji imperialnych wymagają wiele przestrzeni. To niewyobrażalna wręcz praca rolna, która odbywa się za drugim i trzecim murem. Oznacza to, że uszy cesarstwa są bardziej wyczulone na głosy ziemiaństwa, co sprawia, że ci niekoniecznie czują się zobowiązani do przestrzegania wszystkich naszych praw. To znów może być problematyczne, gdy są uwikłani w takie podejrzane gówno jak to.
– Czyżbym nie spełnił twoich oczekiwań w tej sprawie, pani? – Zaniepokoiłem się nie na żarty.
– Och nie, nie, spisałeś się doskonale, Din. Wiesz, gdybym ja była na twoim miejscu, to wzięłabym kielich do wina tej pierdolonej ochmistrzyni i dosypała do niego naparstek sproszkowanego szkła. Ale jak na pierwsze śledztwo w sprawie morderstwa poradziłeś sobie fenomenalnie. Nie każdy przeprowadziłby tak dobrze przeszukanie posiadłości takich Hazów i przesłuchanie każdego świadka z osobna.
– Dziękuję, pani – powiedziałem uradowany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki