Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zatruty kielich - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
4599 pkt
punktów Virtualo

Zatruty kielich - ebook

Osobliwa zbrodnia. Genialna śledcza. Zagadka na epicką skalę. W wytwornej rezydencji na obrzeżach Imperium leży martwy funkcjonariusz imperialny – uśmiercony nagłym wyrośnięciem drzewa z ciała. Nawet tutaj, gdzie szerzą się skażenia, a krew lewiatanów powoduje dziwaczne przemiany, jest to śmierć zarówno przerażająca, jak i niepojęta. Do rozwiązania sprawy zostaje wezwana Ana Dolabra – śledcza, której geniuszowi dorównuje jedynie jej ekscentryczność. U jej boku stoi nowy asystent, Dinios Kol, mnemorytownik zmodyfikowany tak, by posiadał pamięć doskonałą. Wkrótce śledztwo naprowadza ich na spisek, który zagraża bezpieczeństwu całego Imperium. Dla Any to smakowicie zagmatwana łamigłówka, wreszcie coś, co jest godne jej uwagi. A Din? Jemu pozostaje mocno się trzymać, żeby przetrwać tę szaloną przygodę.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-45-3
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ DRUGI

W Dare­ta­nie nie było mia­sta jako takiego, raczej sku­pi­sko zabu­do­wań jale­tów impe­rial­nych, miesz­czące się przy skrzy­żo­wa­niu głów­nych trak­tów. Obej­mo­wało liczne par­cele, maga­zyny i sto­doły, w któ­rych trzy­mano mate­riały oraz żywiec, nie­ustan­nie trans­por­to­wane pod mury mor­skie. Tego popo­łu­dnia pano­wał tu zwy­kły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku koń­skiego ciel­ska. Mean­dro­wa­łem skra­jem mia­sta na połu­dnie, przy­sta­jąc, żeby prze­pu­ścić wozy i fur­manki, aż ujrza­łem zna­jomy widok – konie o brzu­chach uma­za­nych mie­dziano-brą­zo­wym bło­tem, roje brzę­czą­cych much, prze­po­ceni legio­ni­ści, inży­nie­ro­wie i funk­cjo­na­riu­sze innych jale­tów wykrzy­ku­jący nazwi­ska oraz roz­kazy, nie przej­mu­jąc się, czy kto­kol­wiek ich sły­szy i czy ich wrza­ski przy­ku­wają czy­ją­kol­wiek uwagę. Kła­nia­łem się, kiwa­łem głową, znów kła­nia­łem, znów kiwa­łem głową, aż w końcu wydo­sta­łem się z tej kotło­wa­niny i zanu­rzy­łem w gęstwinę dżun­gli.

W lesie było ciemno, a powie­trze falo­wało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a łodygi jego bla­dego świa­tła prze­bi­jały się przez zie­lony bal­da­chim listo­wia. Odna­la­złem wąską ścieżkę pro­wa­dzącą do domu mojej zwierzch­niczki i podą­ży­łem nią, witany odgło­sami cisko­żab i chrząsz­czy. W pew­nej chwili ską­pane w parze listo­wie się roz­stą­piło, a ja ujrza­łem ocie­nioną kwa­terę miesz­kalną z for­mo­blusz­czu.

Zaczą­łem iść pomię­dzy pnia­kami. Gdy około cztery mie­siące temu moja pani przy­była do kan­tonu objąć sta­no­wi­sko tutej­szej śled­czej Jurysu, inży­nie­ro­wie wycięli drzewa, a potem stwo­rzyli dla niej dom z for­mo­blusz­czu, spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nego pną­cza, które apo­te­ka­rze potra­fili zmu­sić do wyra­sta­nia w kon­kret­nym kształ­cie. Poko­ny­wa­łem tę drogę tak czę­sto, że sze­dłem po wła­snych śla­dach. Moja zwierzch­niczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamiesz­kała.

Wspią­łem się na schodki fron­towe i zoba­czy­łem leżącą przed wej­ściem stertę ksią­żek obwią­za­nych sznur­kiem. Domy­śli­łem się, że to prze­syłka z poczty dare­tań­skiej. Pochy­li­łem się i odczy­ta­łem kilka tytu­łów. Jak zwy­kle litery tań­czyły mi przed oczami, utrud­nia­jąc zło­że­nie ich w słowa, a falu­jące świa­tło w lesie nie uła­twiało sprawy, jed­nak udało mi się odczy­tać _Zesta­wie­nie trans­feru dóbr ziem­skich kan­tonu Qabirga w latach 1100–1120_ oraz _Teo­rie zwią­zane ze wzro­stem masy czmy­cho­kraba wschod­niego od roku 800_.

– Co jest? – mruk­ną­łem, a potem zamil­kłem, nasłu­chu­jąc.

Dobiegł mnie rechot cisko­żaby, a potem niski zaśpiew mikow­ronka, ale naraz uświa­do­mi­łem sobie, że sły­szę jesz­cze inny dźwięk, męski pomruk, któ­rego źró­dło znaj­do­wało się w domu.

Przy­ci­sną­łem ucho do drzwi i usły­sza­łem wyraź­niej naj­pierw głos mojej zwierzch­niczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdra­dzał zanie­po­ko­je­nie, wręcz zde­ner­wo­wa­nie.

– Niech to szlag – zaklą­łem. – Wyszła, by zła­pać kolej­nego…

Otwo­rzy­łem i wpa­dłem do środka.

* * *

Tym, co zawsze jako pierw­sze rzu­cało się w oczy we wnę­trzu for­mo­blusz­czo­wego domku, były książki. Cała masa ksią­żek – na pół­kach, w ster­tach, istne góry tomów na wszel­kiego rodzaju enig­ma­tyczne tematy. Moja zwierzch­niczka dosłow­nie żyła na książ­kach, czę­sto uży­wa­jąc ich jako biurka czy noc­nego sto­lika. Musiała nawet wydrą­żyć sobie w nich grotę, żeby posta­wić łóżko.

Rozej­rza­łem się po prze­łę­czach tomów i przedar­łem na tyły domku, do gabi­netu. Już z daleka zauwa­ży­łem stopy kogoś sie­dzą­cego tam na krze­śle, obute w lśniące, czarne ofi­cerki. Skrzy­wi­łem się na ten widok, po czym przy­gła­dzi­łem włosy i wsze­dłem do środka.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało jesz­cze gorzej niż poprzed­niego dnia. Spo­wi­jała je plą­ta­nina pędów roślin donicz­ko­wych, wielu egzo­tycz­nych i rów­nie wielu na wpół uschnię­tych. Do tego wszę­dzie walały się instru­menty stru­nowe w róż­nych sta­diach roz­kładu. Tego dnia na nie­wiel­kim wyście­ła­nym stołku sie­dział jakiś kapi­tan inży­nie­rów: chudy, w śred­nim wieku i śmier­tel­nie prze­ra­żony.

Powód jego lęku był oczy­wi­sty, ponie­waż uczu­cie to ogar­nia więk­szość ludzi, gdy tylko znajdą się w obec­no­ści mojej zwierzch­niczki. Immu­nisa Ana­gosa Dola­bra, śled­cza Jurysu kan­tonu Dare­tana, sie­działa na pod­ło­dze tyłem do kapi­tana, pra­cu­jąc nad jed­nym ze swo­ich pro­jek­tów. Urzą­dze­nie skła­dało się z plą­ta­niny dru­tów i struny. W moich oczach wyda­wało się pozba­wione sensu. Naj­praw­do­po­dob­niej roz­mon­to­wała jedną ze swo­ich harf situr – była zapa­loną, choć nie­dbałą muzyczką – i kon­stru­owała z niej coś w rodzaju kro­sna.

– Mówi­łam ci, Din, i to nie raz – ode­zwała się. – Zawsze pukaj.

Wyprę­ży­łem się na bacz­ność, splo­tłem ręce za ple­cami, ścią­gną­łem ramiona i wypro­sto­wa­łem kolana.

– Wyda­wało mi się, że sły­szę głosy, pani. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

– Och, nie ma się czym mar­twić. – Spoj­rzała przez ramię, uśmie­cha­jąc się sze­roko, a pasmo śnież­no­bia­łych wło­sów opa­dło jej na poli­czek niczym pió­ro­pusz egzo­tycz­nego ptaka. Sta­łem wypro­sto­wany, choć nie była w sta­nie mnie zoba­czyć przez szkar­łatną prze­pa­skę na oczach. – Pro­wa­dzimy z kapi­ta­nem nie­zwy­kle zaj­mu­jącą kon­wer­sa­cję – stwier­dziła.

Funk­cjo­na­riusz łyp­nął na mnie ze zgrozą.

– Ach tak? – skwi­to­wa­łem.

– Tak! – potwier­dziła i znów zajęła się swoją pracą. – Drogi kapi­tan nad­zo­ruje prace nad sie­cią rowów nawad­nia­ją­cych w Dare­ta­nie. Pod­czas robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wie­ków, pozo­sta­ło­ści po kon­struk­cjach zbu­do­wa­nych przez ludzi zamiesz­ku­ją­cych te tereny przed przy­łą­cze­niem ich do Impe­rium. Czy nie tak, kapi­tanie Tischte?

Bie­dak wbił we mnie prze­lęk­nione oczy i poru­szył bez­gło­śnie ustami, które uło­żyły się w słowo: „Pomocy!”.

– Co cie­kawe – cią­gnęła Ana – naj­wy­raź­niej część budyn­ków wznie­siono, ukła­da­jąc cegły w jodełkę, która to tech­nika wymaga znacz­nie mniej zaprawy niż zwy­kle! Czy to nie fascy­nu­jące?

Kapi­tan roz­pacz­li­wie gesty­ku­lo­wał, wska­zu­jąc na wyj­ście.

– Nie­zwy­kle fascy­nu­jące, pani – przy­tak­ną­łem.

– Szcze­gól­nie że – pod­jęła – dawno już uku­łam teo­rię, że więk­szość Kur­mi­nów zamiesz­ku­ją­cych obec­nie trzeci pier­ścień cesar­stwa wyemi­gro­wało wła­śnie stąd, zanim te zie­mie włą­czono do Impe­rium. To zna­le­zi­sko potwier­dza moje przy­pusz­cze­nia, zwa­żyw­szy, jak powszechna w kan­to­nie Kur­min jest tech­nika ukła­da­nia cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz – mach­nęła ręka w kie­runku wschod­nim – jest zro­zu­miała… No bo prze­cież tylko w ten spo­sób można było postą­pić, chcąc prze­trwać.

Kapi­tan prze­stał wyma­chi­wać rękoma, ponie­waż jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawał­kiem płótna. Zanim zdą­ży­łem go powstrzy­mać, uniósł tka­ninę i zaga­pił się ze zgrozą na to, co znaj­do­wało się pod spodem: szklany słoik z zakon­ser­wo­wa­nym wró­blem jipti, któ­rego Ana zła­pała kilka tygo­dni wcze­śniej, a następ­nie go zabiła i prze­pro­wa­dziła jego autop­sję. Kapi­tan wypu­ścił płótno z drżą­cej ręki.

Zaczą­łem gorącz­kowo zmy­ślać histo­ryjkę.

– Wła­ści­wie to – odchrząk­ną­łem – idąc tu, natkną­łem się na paru inży­nie­rów.

– Doprawdy?

– Tak, pani. Mówili, że szu­kają kapi­tana Tischte’a, ponoć jest pil­nie potrzebny.

Ana prze­rwała na moment pracę nad ustroj­stwem i prze­krzy­wiła głowę na bok.

– Hm. Nie­prawda. To kłam­stwo, Din. Jesteś fatal­nym kłamcą, sły­chać to w twoim gło­sie. Ale! Muszę przy­znać, że poza infor­ma­cją o tech­nice jodeł­ko­wej kapi­tan Tischte nie miał zbyt wiele do powie­dze­nia i zaczął mnie już nudzić. – Odwró­ciła ku niemu twarz strojną w prze­pa­skę oraz sze­roki uśmiech. – Może pan iść, kapi­tanie. Dzię­kuję za dotrzy­ma­nie mi towa­rzy­stwa.

Kapi­tan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jaw­nego zbul­wer­so­wa­nia skło­nił się i wydu­sił „Pani”, po czym czmych­nął w stronę wyj­ścia.

Pobie­głem za nim, zasta­na­wia­jąc się, w jaki spo­sób tym razem napra­wić wyrzą­dzone szkody.

– Pro­szę wyba­czyć, panie – zaczą­łem. – Nie ist­nieje uspra­wie­dli­wie­nie dla…

– Uspra­wie­dli­wie­nie! – zaskrze­czał tuż za pro­giem. – Nic nie jest w sta­nie uspra­wie­dli­wić cze­goś takiego! Wysłała mi list, żebym poja­wił się tu z jaki­miś mapami, a gdy to uczy­ni­łem, uwię­ziła mnie i przez trzy godziny prze­słu­chi­wała, wypy­tu­jąc o każdy naj­mniej­szy szcze­gół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!

– Naprawdę mi przy­kro. – Ukło­ni­łem się, pod­nio­słem głowę i na widok jego wście­kłej miny pogłę­bi­łem ukłon, nie­omal doty­ka­jąc nosem czubka zno­szo­nego buta. – Prze­rwał­bym to, gdy­bym był na miej­scu, naprawdę bym…

– A na końcu… na końcu miała czel­ność nazwać mnie nud­nym! – wrzesz­czał. – I pomy­śleć, że ta sza­lona kobieta jest śled­czą Jurysu! To… – Nie dokoń­czył, zamiast tego odwró­cił się i rzu­cił bie­giem ścieżką w stronę mia­sta.

– Szlag by to – wymam­ro­ta­łem, odpro­wa­dziw­szy go wzro­kiem, i wró­ci­łem do domku.

Ana wciąż pochy­lała się nad swoim ustroj­stwem, w zadu­mie prze­bie­ra­jąc pal­cami nad stru­nami.

– Wiesz, pani… – Prze­rwa­łem, by prze­my­śleć to, co chcia­łem powie­dzieć.

– No dalej, Din – zachę­ciła mnie, zdej­mu­jąc prze­pa­skę. – Mia­łam wra­że­nie, że zamie­rzasz mnie zbesz­tać. To dopiero byłoby ucieszne.

– Cóż, sama wiesz, pani, że… że tak nie można.

– Zwy­kle nie można – przy­znała. – Ale zwy­kle jesteś tu ty i mnie powstrzy­mu­jesz, Din.

– To prawda, dokład­nie to robię, ponie­waż nie można zaga­niać tych bie­da­ków w kozi róg, a potem wyci­skać z nich infor­ma­cji jak sok z aptioty!

– Po pro­stu robię, co mogę, żeby odna­leźć w tym zapa­dłym kan­to­nie choć okruch cze­goś cie­ka­wego – rzu­ciła bez­tro­sko i naprę­żyła strunę w swoim ustroj­stwie. – A wymaga to cięż­kiej harówki.

– Pani…

– Na przy­kład, czy wie­dzia­łeś, Din, że wysu­nięta naj­da­lej na połu­dnie stud­nia w Dare­ta­nie jest pra­wie na pewno zaka­żona irydą?

– To fascy­nu­jące, pani.

– Zaiste. Nikt o tym nie wie­dział. A ja wywnio­sko­wa­łam to po roz­mo­wach z sześć­dzie­się­cioma dwiema oso­bami, które prze­pro­wa­dzi­łam w minio­nych mie­sią­cach. Dwa­na­ścioro spo­śród nie­świa­do­mie piją­cych regu­lar­nie tam­tej­szą wodę skar­żyło się na lek­kie bóle, bez­sen­ność oraz nie­zwy­kły zapach moczu, co wska­zuje na objawy powszech­nie łączone z tą cho­robą. Poin­for­mo­wa­łam o tym kapi­tana i zale­ci­łam oczysz­cze­nie studni. – Znów szarp­nęła druty. – Wła­śnie to zyskuję z tych wszyst­kich roz­mów, Din. Potrze­buję po pro­stu odpo­wied­niej ilo­ści infor­ma­cji, by odgad­nąć naturę wzorca.

– I to chęć roz­gry­zie­nia wzorca skło­niła cię do zapy­ta­nia kapi­tana Legionu o zapach jego sików, pani?

– Och nie, nie. Kie­ro­wała mną czy­sta cie­ka­wość.

Pozwo­li­łem sobie na nią zer­k­nąć. Była wysoką, szczu­płą kobietą dobie­ga­jącą czter­dziestki lub pięć­dzie­siątki – trudno to cza­sem okre­ślić w wypadku zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi – a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zde­cy­do­wa­nie jaśniej­sza. Głów­nie dla­tego, że Ana­gosa Dola­bra ni­gdy nie wycho­dziła na zewnątrz, a w mniej­szej czę­ści z powodu jej rasy. Sazyj­czycy, miesz­ka­jący w wewnętrz­nych pier­ście­niach Impe­rium, mieli bled­szą cerę, bar­dziej kan­cia­ste rysy i węż­sze twa­rze niż Talo­wie tacy jak ja. Z tymi śnież­no­bia­łymi wło­sami, sze­ro­kim uśmie­chem i żół­tymi oczami czę­sto przy­po­mi­nała kota, a raczej obłą­kaną kotkę, która uga­nia się po domu za tą jedyną wła­ściwą plamką słońca, choć przy oka­zji nie prze­pu­ści żad­nej przy­pad­ko­wej myszy.

Ana Dola­bra miała na sobie długą, czarną suk­nię oraz pobru­dzony ciem­no­nie­bie­ski płaszcz Jaletu Jury­stycz­nego z nie­re­gu­la­mi­nowo przy­pię­tymi dys­tynk­cjami, tego dnia pogru­po­wa­nymi w dosko­nale syme­tryczne kon­ste­la­cje wedle koloru, ina­czej niż wczo­raj, gdy były one uło­żone według roz­miaru.

– O! Książki! – wykrzyk­nęła.

– Słu­cham?

– Moje książki. Przy­szły już?

– A tak, pani. Są na ganku. Zabrał­bym je, ale zde­kon­cen­tro­wała mnie wizja tor­tu­ro­wa­nego kapi­tana.

– A w odwe­cie ty tor­tu­ru­jesz mnie swoim nie­udacz­nym poczu­ciem humoru. – Prych­nęła. – Jed­nak gdy­byś był tak miły…

Skło­ni­łem się, pod­sze­dłem do drzwi i chwy­ci­łem za klamkę. Spoj­rza­łem jesz­cze przez ramię.

– Nie patrzę! – zawo­łała. Miała twarz zwró­coną w stronę kąta pokoju. – Oczy odwró­cone!

Upew­niw­szy się, że nie wyj­rzy na zewnątrz, otwo­rzy­łem drzwi, chwy­ci­łem książki, wcią­gną­łem je do domu i zatrza­sną­łem przej­ście. W mgnie­niu oka zna­la­zła się przy mnie i natych­miast wsu­nęła palec pod węzeł, żeby roze­rwać sznu­rek.

– Całe wieki to trwało – skar­żyła się. – Uwie­rzysz? Dwa tygo­dnie! Dostar­cze­nie ich zajęło dwa pie­przone tygo­dnie!

– Pew­nie ciężko ci było wytrzy­mać bez porząd­nej pozy­cji o kra­bach, pani.

– Nawet sobie nie wyobra­żasz!

Rzu­ciła się otwie­rać jedną książkę za drugą. Przy­my­kała przy tym oczy i gła­dziła stro­nice. Choć więk­szość jej skóry była szara, opuszki miała różowe dzięki wsz­cze­powi, który, jak sądzi­łem, musiał je uwraż­li­wić, umoż­li­wia­jąc Anie odczy­ty­wa­nie doty­kiem druku, a cza­sem nawet pisma odręcz­nego. Co też czy­niła przez więk­szość dnia, z zawią­za­nymi oczyma prze­su­wa­jąc pal­cami po kart­kach. „Lepiej ogra­ni­czać bodźce”, powie­działa mi kie­dyś. „I nie wycho­dzić. Nad­mierna sty­mu­la­cja pro­wa­dzi do utraty zmy­słów”.

Obser­wu­jąc, jak prze­gląda każdą książkę, nie po raz pierw­szy zasta­na­wia­łem się, jak miał­bym stwier­dzić utratę zmy­słów w jej przy­padku. Zakła­da­łem, że dole­gli­wo­ści Any są zwią­zane z mody­fi­ka­cjami, choć ni­gdy nie dowie­dzia­łem się, w jaki spo­sób wzmoc­niono jej umysł.

– Oooch. – Pie­ściła książkę o kra­bach zmy­sło­wymi ruchami. – Tę wydru­ko­wano w kan­to­nie Ratras, roz­po­znaję to po rodzaju wypu­kło­ści. Ich prasy dru­kar­skie zostały skon­stru­owane tak, by dru­ko­wać święte księgi w ich ojczy­stym języku, więc nie­które litery są pochy­lone lekko w lewo… Dzię­kuję ci, Din, że mi je przy­nio­słeś. Powin­nam mieć dzięki nim zaję­cie przez dzień czy dwa.

– Dzień? – wyrwało mi się.

– Och, sądzisz, że nie star­czy na cały? – Zmar­twiła się.

– Trudno rzec, pani.

– Może trzeba było kupić wię­cej, co, Din?

– Naprawdę trudno rzec.

Chwila peł­nego napię­cia mil­cze­nia.

– Czy to moż­liwe, Din, że potra­fił­byś zło­żyć zda­nie z wię­cej niż dzie­się­ciu słów?

Zary­zy­ko­wa­łem zer­k­nię­cie w jej jasno­żółte oczy i stłu­mi­łem uśmie­szek.

– Nie­wy­klu­czone, pani.

– Ach, jakże podzi­wiam twoją umie­jęt­ność zawar­cia takiej dozy non­sza­lanc­kiej bęcwa­ło­wa­to­ści w zale­d­wie paru syla­bach. Cóż za talent! – Pod­nio­sła się z wes­tchnie­niem i chwiej­nie powę­dro­wała z powro­tem do gabi­netu, gdzie osu­nęła się na fotel.

Podą­ży­łem za nią, ale zatrzy­ma­łem się w progu i sta­ną­łem na bacz­ność. Poto­czyła wzro­kiem po wala­ją­cych się wokół nie­do­koń­czo­nych pro­jek­tach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przy­gnę­bie­nia.

– Jak się tak zasta­no­wię, Din, to cał­kiem moż­liwe, że powoli zaczy­nam tra­cić tu moje cho­lerne zdrowe zmy­sły.

– Przy­kro mi to sły­szeć, pani.

Wzięła małą harfę situr i zaczęła machi­nal­nie trą­cać jej struny.

– Głów­nie dla­tego – pod­jęła – że w tym nud­nym kan­to­niku zupeł­nie nic się nie dzieje. A książki tu przy­peł­zają, a nie przy­cho­dzą.

Zna­łem te jej nastroje. Naj­pierw pod­nie­ce­nie nowym pomy­słem, nowym zagad­nie­niem, nową zabawką, a potem, po roz­pra­co­wa­niu tegoż, miaż­dżąca melan­cho­lia. Jedy­nym, co poma­gało, było pod­su­nię­cie jej cze­goś nowego.

– A co do nudy, pani, dzi­siaj rano…

– Nie­chęt­nie to przy­znaję – prze­rwała mi – ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się zno­śniej­sze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ścią­gasz mnie sku­tecz­nie na zie­mię.

– Spró­buję potrak­to­wać to jako kom­ple­ment. Ale dla­tego wła­śnie chcia­łem powie…

– A twoje sta­no­wi­sko wobec mojej prośby jest na­dal nie­zmienne?

Spoj­rza­łem na nią surowo.

– A kon­kret­niej, pani?

– Cho­ler­nie dobrze wiesz, o co mi cho­dzi. – Pochy­liła się naprzód i wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu. – Czy w końcu kupisz mi te prze­klęte nastroj­niki? Prze­sta­ła­bym drę­czyć ludzi, gdy­bym je miała!

– Funk­cjo­na­riu­szom jale­tów impe­rial­nych surowo zabra­nia się kupo­wa­nia i sto­so­wa­nia wsz­cze­pów mody­fi­ku­ją­cych nastrój – wyre­cy­to­wa­łem bez­na­mięt­nie. – A ja nie łamię prawa, pani, pra­gnę bowiem zacho­wać sta­no­wi­sko.

– Tylko parę psy­cho­de­li­ków – prze­ko­ny­wała. – Choć jeden dzień bez tej strasz­nej nudy.

– A czy impe­rialny kodeks postę­po­wa­nia doty­czy rów­nież wsz­cze­pów psy­cho­de­licz­nych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpo­wiedź, pani.

Popa­trzyła na mnie, mru­żąc oczy, i szarp­nęła strunę, wydo­by­wa­jąc z situry prze­ni­kliwy dźwięk.

Oho_,_ pomy­śla­łem, no to zaraz się zacznie.

– Gdy wyko­ny­wa­łam obo­wiązki w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa…

No i się zaczęło.

– …moi asy­stenci zdo­by­wali dla mnie wszel­kiego rodzaju mate­riały oraz sub­stan­cje! – dokoń­czyła. – Bez szem­ra­nia!

– Jeśli masz ochotę wybrać się do któ­re­goś z han­dla­rzy wsz­cze­pami, możesz to uczy­nić, pani. Nie powtrzy­mam cię.

Łyp­nęła na mnie twardo.

– Dobrze wiesz, że to nie­moż­liwe.

– Rozu­miem. Zbyt wiele bodź­ców.

– Wła­śnie – syk­nęła przez zęby. – Na tytań­ską zarazę! Czemu ze wszyst­kich sub­li­mów dostał mi się ten z kijem w dupie?!

– Hm, w zasa­dzie sama mnie pani wybrała z całej listy chęt­nych.

– A więc cię odwy­biorę i wezmę kogoś nowego!

– To mało praw­do­po­dobne, pani. Bio­rąc pod uwagę, że prze­słu­cha­łaś sześć­dzie­się­ciu dwóch funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie, a więk­szość kan­tonu uważa cię za sza­loną, zna­le­zie­nie nowego sub­lima mogłoby być trudne.

Odrzu­ciła siturę na bok. Instru­ment gruch­nął o pod­łogę z głu­chym brzdę­kiem.

– Ja pier­ni­czę! Ja pier­ni­czę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś cywi­li­zo­wa­nym miej­scu!

Czę­sto się o to kłó­ci­li­śmy. Ana utrzy­my­wała, że dotych­czas peł­niła obo­wiązki śled­czej w naj­bo­gat­szych pier­ście­niach w samym sercu Impe­rium Kha­num, a każda z jej pla­có­wek była bar­dziej sza­lona i zde­pra­wo­wana od poprzed­niej. Zdu­mie­wała się wielce za każ­dym razem, gdy tylko się oka­zy­wało, że jakiś nie­le­galny towar czy bar­ba­rzyń­ska aktyw­ność nie były w Dare­ta­nie na wycią­gnię­cie ręki. Uwa­żała, że skoro nie da się ich zdo­być w ciągu godziny, to jest to naj­za­pa­dlej­sza dziura na świe­cie.

Co oczy­wi­ście nasu­wało pyta­nie, z jakiego powodu immu­nisa Ana Dola­bra została przy­dzie­lona aku­rat tutaj, do pla­cówki na Obrze­żach Impe­rium.

Jedyna roz­sądna odpo­wiedź, do jakiej dosze­dłem, brzmiała, że to wygna­nie. Sta­no­wi­sko śled­czej Jurysu kan­tonu Dare­tana jesz­cze pięć mie­sięcy temu w ogóle nie ist­niało. Musieli je wymy­ślić w ramach kary dla niej, zapewne dla­tego, że łatwiej ją było prze­nieść niż zwol­nić.

Wyda­wało się to logiczne, bo choć pra­co­wa­łem dla Any dopiero od czte­rech mie­sięcy, wystar­czyła mi minuta w jej towa­rzy­stwie, aby zorien­to­wać się, że moja zwierzch­niczka posiada wybitny talent do sia­nia zgor­sze­nia. Z łatwo­ścią potra­fi­łem sobie wyobra­zić jakie­goś wysoko posta­wio­nego impe­rial­nego ary­sto­kratę, który zmę­czony jej wysko­kami wyko­pał ją do odle­głego kan­tonu, gdzie przy­dzie­lono jej wakat dla jed­nego asy­stenta, do wyboru spo­śród miej­sco­wych sub­li­mów.

To ja zosta­łem wybrany na jej sub­lima. Posada asy­stenta śled­czej była jedyną, jaką udało mi się zdo­być. Zamie­rza­łem peł­nić służbę pod zwierzch­nic­twem Any i pobie­rać upo­sa­że­nie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zro­bie­nia cze­goś tak nie­zgod­nego z pra­wem, że zostanę z miej­sca zwol­niony.

– Napi­jesz się her­baty, pani? – zapro­po­no­wa­łem.

– Nie, Din – wymam­ro­tała spod ramie­nia, któ­rym zakryła oczy. – Aro­ma­tyczna czy nie, nie chcę żad­nej two­jej cho­ler­nej her­batki.

– Może wobec tego chcia­ła­byś poroz­ma­wiać o spra­wie, nad którą pra­cu­jemy?

Opu­ściła ramię i przez moment wpa­try­wała się we mnie skon­ster­no­wana. A potem roz­pro­mie­niła się zachwy­cona.

– Ach! Ten pie­przony trup! Wła­śnie!

– Wła­śnie. – Wes­tchną­łem.

– Gdy dosta­łam wia­do­mość od immu­nisa Irtosa, myśla­łam, że ten kre­tyn nały­kał się jakie­goś tref­nego wsz­czepu czy coś. To by paso­wało do tego zadu­pia. Ale po two­jej minie, Din, poznaję, że jed­nak nie.

– Nie, pani, jed­nak nie.

– A więc co w tym takiego cie­ka­wego?

– Z denata wyro­sła kępa drzew, roz­dzie­ra­jąc go od środka. – Aż się wzdry­gną­łem. – W życiu… W życiu nie widzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego, pani.

Ana zamarła i po raz pierw­szy tego dnia pło­mień sza­leń­stwa w jej oczach zgasł.

– Na nie­biosa, Din – mruk­nęła. – Sły­sza­łeś to?

– Co takiego, pani?

– Tę emo­cję.

– Nie rozu­miem?

– To była naj­sil­niej­sza emo­cja, jaką dotych­czas sły­sza­łam w twoim gło­sie! To dopiero musi być kapi­talna śmierć, skoro prze­ła­mała twoją drę­twą postawę i wywo­łała w tobie tak dziką pasję!

Zawią­zała oczy i uśmiech­nęła się nie­po­ko­jąco dra­pież­nie, uka­zu­jąc zbyt wiele zbyt bia­łych zębów.

– Opo­wiedz mi wszystko, co wry­łeś w tę swoją małą, śliczną cza­szeczkę! No, Dinio­sie Kolu, dawaj!

Wycią­gną­łem z torby bute­leczkę z ługiem, odkor­ko­wa­łem ją i zacią­gną­łem się zapa­chem. Potem poczu­łem łasko­ta­nie za oczami i zaczą­łem mówić.ROZDZIAŁ TRZECI

Jeśli cho­dzi o ciało ludz­kie, impe­rialni apo­te­ka­rze pre­fe­ro­wali dwie metody mody­fi­ka­cji. Pierw­szą z nich były wsz­czepy, które wywo­ły­wały poje­dyn­cze zmiany, zapew­nia­jąc obiek­towi krót­ko­trwałe wzmo­że­nie, na przy­kład zwięk­sze­nie wytrzy­ma­ło­ści, popra­wie­nie odpor­no­ści, wyostrze­nie wzroku lub utwar­dze­nie kości. Drugą były nasy­ce­nia, bar­dziej inwa­zyjny spo­sób, który jed­nak, co waż­niej­sze, wywo­ły­wał trwałe zmiany, nie­od­wra­calne i dzie­dziczne, o ile dane nasy­ce­nie nie pozba­wiało zdol­no­ści pro­kre­acyj­nych, a więk­szość z nich miała taki sku­tek.

Ozna­czało to oczy­wi­ście, że Impe­rium posia­dało lep­szych żoł­nie­rzy niż siły wroga. Ale jądro Impe­rium sta­no­wili sub­li­mo­wie, kasta ulep­szo­nych ludzi o wzmoc­nio­nych umy­słach, któ­rzy dzięki swoim umie­jęt­no­ściom pla­no­wali, zarzą­dzali i koor­dy­no­wali dzia­ła­nia licz­nych jale­tów cesar­stwa.

Ist­niały różne rodzaje sub­li­mów: aksjo­mo­wie, któ­rych umy­sły zmo­dy­fi­ko­wano do wyko­ny­wa­nia obli­czeń z nie­osią­galną dla zwy­kłych ludzi bie­gło­ścią; lin­gwo­wie, nasy­ceni tak, by mogli przy­swoić nie­zli­czone języki w mowie i piśmie; topo­so­wie, bez­błędni w poj­mo­wa­niu prze­strzeni, co czy­niło ich feno­me­nal­nymi rysow­ni­kami i kar­to­gra­fami; oraz parę innych, bar­dziej nie­ty­po­wych i rza­dziej spo­ty­ka­nych typów.

Nasy­ce­nia to nic przy­jem­nego. Wiele z nich skra­cało życie o całe lata, jeśli nie dzie­się­cio­le­cia. Mimo to sub­li­mo­wie byli nie­za­stą­pieni. Prze­trwa­nie tego, co każ­dej pory desz­czo­wej nad­cho­dziło z mórz na wscho­dzie, wyma­gało nie­wia­ry­god­nej zmyśl­no­ści i sta­ran­nego pla­no­wa­nia.

Naj­po­trzeb­niejsi sub­li­mo­wie, mne­mo­ry­tow­nicy tacy jak ja, byli nasy­ceni, by pamię­tać wszystko, co zoba­czą, i słu­żyli za żywe zbiory infor­ma­cji. To wła­śnie ulep­sze­nie wyko­rzy­sty­wa­łem, prze­ka­zu­jąc Anie infor­ma­cje zdo­byte na miej­scu zda­rze­nia. Rela­cjo­no­wa­łem każdy frag­ment rze­czy­wi­sto­ści, który widzia­łem, powta­rza­łem każde słowo dokład­nie takim tonem, jakim zostało wypo­wie­dziane. Przez nie­mal cztery godziny prze­ka­zy­wa­łem zwierzch­niczce, co zare­je­stro­wa­łem pod­czas mojego pobytu w rezy­den­cji Hazów.

Skoń­czy­łem po zacho­dzie słońca. Umiesz­czona w rogu latar­nia mai zaczęła się jarzyć, gdy prze­bu­dzone robaczki w jej wnę­trzu roz­po­częły żero­wa­nie na roz­sy­pa­nych na dnie gra­nul­kach, co powo­do­wało reak­cję świetlną. W ciszy roz­le­gło się odle­głe zawo­dze­nie jakie­goś samot­nego ptaka.

Ana zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, jakby prze­bu­dziła się z głę­bo­kiego snu.

– Dobrze – powie­działa. – Bar­dzo dobrze. Mam jed­nak kilka pytań, Din…

Zaczęła mnie wypy­ty­wać o dziwne rze­czy. Ile kro­ków wyko­na­łem, prze­cho­dząc od końca do końca budynku? Czy Gen­na­dios była prawo czy lewo­ręczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne bli­zny na dło­niach? Czy zauwa­ży­łem gdzieś pod ogro­dze­niem posia­dło­ści świeżo wzru­szoną zie­mię? A może wil­gotny ślad na ściółce pode­rwa­nej czy­jąś pode­szwą?

Przy każ­dym pyta­niu czu­łem woń ługu, ten spe­cy­ficzny trze­pot za oczami, a odpo­wie­dzi spły­wały z mojego języka z gra­cją przy­pra­wia­ją­cych o mdło­ści wymio­tów: osiem­dzie­siąt dzie­więć kro­ków; Gen­na­dios trzy­mała na kola­nach dło­nie zaple­cione w taki spo­sób, że prawa znaj­do­wała się na lewej, co wska­zuje na pra­wo­ręcz­ność; Uxos miał dwie cien­kie, jasne bli­zny na knyk­ciu pra­wego kciuka, a choć pozo­stałe knyk­cie były pora­nione, tamte ślady powstały w wyniku pęk­nię­cia zro­go­wa­ceń; i nie, nie widzia­łem wzru­szo­nej ściółki poza skraw­kiem podzio­ba­nym przez drozda.

Po tym Ana mil­czała przez chwilę.

– Dzię­kuję ci, Din – rze­kła wresz­cie, mnąc w zadu­mie fałdy sukni. – Ten ród Hazów… Nic o nim nie wiesz.

– Wiem, że są bogaci, pani. Posia­dają wiele wło­ści w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Ale nic poza tym.

– Uhm. Są zie­mia­nami. To zna­czy, posia­dają to, co w Impe­rium naj­cen­niej­sze. – Ręka Any wystrze­liła naprzód, a jej palce zgar­nęły z mojego buta grudkę ziemi. Immu­nisa roz­tarła ją opusz­kami na pył. – Zie­mię. Uprawa roślin, hodowla zwie­rząt oraz pro­duk­cja reagen­tów nie­zbęd­nych do mody­fi­ka­cji impe­rial­nych wyma­gają wiele prze­strzeni. To nie­wy­obra­żalna wręcz praca rolna, która odbywa się za dru­gim i trze­cim murem. Ozna­cza to, że uszy cesar­stwa są bar­dziej wyczu­lone na głosy zie­miań­stwa, co spra­wia, że ci nie­ko­niecz­nie czują się zobo­wią­zani do prze­strze­ga­nia wszyst­kich naszych praw. To znów może być pro­ble­ma­tyczne, gdy są uwi­kłani w takie podej­rzane gówno jak to.

– Czyż­bym nie speł­nił two­ich ocze­ki­wań w tej spra­wie, pani? – Zanie­po­ko­iłem się nie na żarty.

– Och nie, nie, spi­sa­łeś się dosko­nale, Din. Wiesz, gdy­bym ja była na twoim miej­scu, to wzię­ła­bym kie­lich do wina tej pier­do­lo­nej och­mi­strzyni i dosy­pała do niego napar­stek sprosz­ko­wa­nego szkła. Ale jak na pierw­sze śledz­two w spra­wie mor­der­stwa pora­dzi­łeś sobie feno­me­nal­nie. Nie każdy prze­pro­wa­dziłby tak dobrze prze­szu­ka­nie posia­dło­ści takich Hazów i prze­słu­cha­nie każ­dego świadka z osobna.

– Dzię­kuję, pani – powie­dzia­łem ura­do­wany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij