Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zaufaj mi. Tom 4 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Zaufaj mi. Tom 4 - ebook

Od dwóch lat Catherine Marks pełni funkcję damy do towarzystwa sióstr Hathaway. To posada niemal idealna, gdyby nie jeden wyjątkowo irytujący szczegół: Leo Hathaway, starszy brat jej podopiecznych.

Cat i Leo nie potrafią przebywać w jednym pomieszczeniu bez kłótni. Żadne z nich nie podejrzewa, że za złośliwościami i nieustannymi sprzeczkami kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Aż pewnego dnia kolejna utarczka kończy się namiętnym pocałunkiem i propozycją, której Catherine nigdy się nie spodziewała.

Leo musi w ciągu roku się ożenić i doczekać dziedzica, inaczej Hathawayowie stracą rodzinną posiadłość. Catherine jest dla niego zagadką, którą coraz bardziej go intryguje. Ta pełna rezerwy piekielnie kusząca kobieta stanowczo zbyt łatwo budzi w nim uczucia, których przyrzekł już nigdy do siebie nie dopuścić.

Cat ma jednak własne tajemnice. Pod chłodnym opanowaniem skrywa przeszłość, która może ją zniszczyć.

Dwoje nieufnych ludzi. Zbyt wiele sekretów. I pożądanie, którego zaskoczyło ich oboje.

„Zaufaj mi” to czwarty tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181537079
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Hamp­shire, An­glia
Sier­pień 1852 roku

Każdy, kto choć raz miał w ręku ja­kąś po­wieść, wie, że gu­wer­nantka to za­zwy­czaj po­tulna osoba, która daje sobą kie­ro­wać. Ci­cha, po­słuszna, słu­żal­cza wręcz, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że pełna sza­cunku dla pana domu. Leo, lord Ram­say, wie­lo­krot­nie z iry­ta­cją za­sta­na­wiał się, dla­czego jego ro­dzina nie za­trud­niła wła­śnie ko­goś ta­kiego. Za­miast tego Ha­tha­way­owie po­wie­rzyli dziew­częta Ca­the­rine Marks, która, zda­niem Leo, sta­no­wiła praw­dziwą za­kałę tej za­cnej pro­fe­sji.

Oczy­wi­ście Leo nie wa­hał się przy­znać, że Marks po­siada pewne umie­jęt­no­ści. Wy­ko­nała na­prawdę wspa­niałą pracę, ucząc jego dwie naj­młod­sze sio­stry, Poppy i Be­atrix, niu­an­sów ety­kiety. A ich wy­kształ­ce­nie w tym wzglę­dzie po­zo­sta­wiało na­prawdę wiele do ży­cze­nia, jako że żadne z Ha­tha­wayów nie spo­dzie­wało się, że pew­nego dnia do­łą­czy do elity bry­tyj­skiego spo­łe­czeń­stwa. Wy­cho­wy­wali się we­dług po­glą­dów wła­ści­wych kla­sie śred­niej, na wsi na za­chód od Lon­dynu. Ich oj­ciec, Edward Ha­tha­way, był uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w hi­sto­rii śre­dnio­wie­cza – mógł się po­chwa­lić szla­chet­nym uro­dze­niem, ale nie był ary­sto­kratą.

Jed­nak w wy­niku se­rii nie­for­tun­nych zda­rzeń Leo odzie­dzi­czył ty­tuł lorda Ram­saya i choć wcze­śniej uczył się na ar­chi­tekta, te­raz był wi­ceh­ra­bią z ma­jąt­kiem i dzier­żaw­cami. Ha­tha­way­owie prze­pro­wa­dzili się do po­sia­dło­ści Ram­say w Hamp­shire i tam zma­gali się z ko­niecz­no­ścią przy­sto­so­wa­nia się do zu­peł­nie no­wego trybu ży­cia.

Jed­nym z naj­więk­szych wy­zwań była dla sióstr Ha­tha­way na­uka ab­sur­dal­nie licz­nych za­sad i umie­jęt­no­ści, które miały ce­cho­wać do­brze uro­dzone młode damy. Gdyby nie in­struk­taż Ca­the­rine Marks, Ha­tha­way­owie wkro­czy­liby na lon­dyń­skie sa­lony z gra­cją sło­nia w skła­dzie por­ce­lany. Marks spra­wiła do­słow­nie cud, zwłasz­cza w przy­padku Be­atrix, która bez wąt­pie­nia była naj­bar­dziej eks­cen­tryczną panną Ha­tha­way, wy­róż­nia­jącą się na­wet na tle swej nie­zwy­kle eks­cen­trycz­nej ro­dziny. Bea czuła się naj­szczę­śliw­sza, gdy mo­gła bie­gać po po­lach i la­sach jak dzi­kie stwo­rze­nie, i do­piero Marks zdo­łała ją prze­ko­nać, że na sali ba­lo­wej obo­wią­zuje zu­peł­nie inny ko­deks za­cho­wań. Na­pi­sała dla dziew­cząt na­wet se­rię wier­szy­ków o ety­kie­cie, wśród któ­rych znaj­do­wały się istne klej­noty.

Młode panny wstrze­mięź­li­wo­ścią się ce­chują.

Roz­ma­wia­jąc z ob­cym, nie na­rze­kają, nie kłócą się i nie flir­tują,

Bo wie­dzą, że ta­kie za­cho­wa­nie

Nie przy­stoi praw­dzi­wej da­mie.

Rzecz ja­sna, Leo przy każ­dej oka­zji wy­kpi­wał ta­lent po­etycki Marks, choć w głębi du­cha przy­zna­wał, że jej me­tody na­prawdę się spraw­dzają. Jego sio­stry osta­tecz­nie z po­wo­dze­niem prze­brnęły przez se­zon, który dla Poppy za­koń­czył się ślu­bem z ho­te­la­rzem, Har­rym Ru­tled­gem.

Zo­stała więc już tylko Be­atrix. Marks pod­jęła się roli przy­zwo­itki i damy do to­wa­rzy­stwa tej peł­nej ener­gii dzie­więt­na­sto­latki. Dla po­zo­sta­łych Ha­tha­wayów Ca­the­rine była prak­tycz­nie człon­kiem ro­dziny.

Leo na­to­miast nie mógł znieść tej ko­biety. Gło­śno wy­ra­żała swoje opi­nie i w do­datku ośmie­lała się wy­da­wać mu roz­kazy. Gdy pró­bo­wał być miły, war­czała na niego albo drwiła nie­mi­ło­sier­nie. Gdy wy­da­wał w pełni ra­cjo­na­lny sąd, nie po­zwa­lała mu do­koń­czyć zda­nia, po­da­jąc całą li­stą po­wo­dów, dla któ­rych nie miał ra­cji.

Na każ­dym kroku da­wała mu do zro­zu­mie­nia, że go nie lubi, Leo mu­siał więc od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Przez cały po­przedni rok prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że tak na­prawdę wcale nie dba o to, że ona nim gar­dzi. W Lon­dy­nie było mnó­stwo ko­biet znacz­nie pięk­niej­szych, bar­dziej in­te­re­su­ją­cych i po­cią­ga­ją­cych niż Ca­the­rine Marks.

Jed­nak tylko ona go fa­scy­no­wała.

Może to przez se­krety, któ­rych tak za­go­rzale strze­gła. Marks ni­gdy nie po­ru­szała w roz­mo­wie te­matu swo­jego dzie­ciń­stwa czy ro­dziny ani też po­wo­dów, dla któ­rych przy­jęła po­sadę u Ha­tha­wayów. Przez krótki okres uczyła w szkole dla dziew­cząt, ale nie opo­wia­dała o swej pracy i przy­czy­nach, dla któ­rych z niej zre­zy­gno­wała. Krą­żyły na jej te­mat różne plotki: a to nie mo­gła po­ro­zu­mieć się z dy­rek­torką, a to po­są­dzano ją o mo­ralny upa­dek, który miał ją zmu­sić do pój­ścia na służbę.

Marks była tak su­rowa i nie­za­leżna, że czę­sto nie można było w niej roz­po­znać mło­dej ko­biety, którą prze­cież była. Gdy Leo zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, uznał, że jest ist­nym uoso­bie­niem za­su­szo­nej sta­rej panny w oku­la­rach, z wiecz­nie na­chmu­rzoną miną i za­ci­śnię­tymi w wą­ską kre­skę ustami. Za­wsze była sztywna jak po­grze­bacz, a ma­to­wo­brą­zowe włosy upi­nała w zbyt cia­sny ko­czek. Ku nie­za­do­wo­le­niu ro­dziny Leo za­czął na­zy­wać ją przez to Po­nu­rym Żni­wia­rzem.

W ostat­nim cza­sie jed­nak Marks prze­szła za­dzi­wia­jącą prze­mianę. Przy­brała nieco na wa­dze, przez co stra­ciła cho­ro­bliwą chu­dość, a jej po­liczki na­brały ko­lo­rów. Pół­tora ty­go­dnia wcze­śniej, gdy Leo przy­je­chał na wieś z Lon­dynu, zdu­miał się na wi­dok jej ja­sno­zło­tych lo­ków. Oka­zało się, że Ca­the­rine od lat far­bo­wała włosy, ale na sku­tek błędu ap­te­ka­rza mu­siała po­rzu­cić swe prze­bra­nie. Ciem­no­brą­zowy ko­lor przy­tła­czał jej de­li­katne rysy i bladą cerę. Gdy wró­ciła do na­tu­ral­nego blondu, efekt oka­zał się osza­ła­mia­jący.

I te­raz Leo mu­siał bo­ry­kać się ze świa­do­mo­ścią, że Ca­the­rine Marks, jego od­wieczny wróg, to praw­dziwa pięk­ność. Nie cho­dziło na­wet o te włosy... ra­czej o to, jak źle Marks się z nimi czuła. Na­gle oka­zała się kru­cha. I w re­zul­ta­cie Leo za­pra­gnął ze­rwać z niej ko­lejne war­stwy, do­słow­nie i w prze­no­śni. Za­pra­gnął ją po­znać.

Pró­bo­wał za­cho­wać dy­stans, za­sta­na­wia­jąc się nad kon­se­kwen­cjami swo­jego od­kry­cia. Skon­fun­do­wała go re­ak­cja ro­dziny, która zmianę w da­mie do to­wa­rzy­stwa skwi­to­wała wzru­sze­niem ra­mion. Dla­czego żadne z nich nie było choć po czę­ści tak cie­kawe Marks jak on? Dla­czego Marks tak długo ukry­wała swą urodę? Co, do dia­bła, tak na­prawdę ukry­wała?

Pew­nego sło­necz­nego po­po­łu­dnia, upew­niw­szy się, że wszy­scy są czymś za­jęci, Leo po­sta­no­wił od­szu­kać Marks, prze­ko­nany, że je­śli zmusi ją do kon­fron­ta­cji na osob­no­ści, wy­do­bę­dzie z niej ja­kąś od­po­wiedź. Zna­lazł ją w ogro­dzie za ży­wo­pło­tem, wśród po­wo­dzi żon­kili. Sie­działa na ła­we­czce przy wy­sy­pa­nej żwi­rem ścieżce.

Nie była sama.

Leo za­trzy­mał się w od­le­gło­ści dwu­dzie­stu jar­dów od niej i skrył się w cie­niu gę­stego cisu.

Obok Marks sie­dział mąż Poppy, Harry Ru­tledge. Naj­wy­raź­niej byli po­grą­żeni w pry­wat­nej roz­mo­wie.

Sy­tu­acja nie była może skan­da­liczna, ale na pewno nie­sto­sowna.

Na Boga, o czym oni mogą tak dys­ku­to­wać? Na­wet z od­dali można było do­strzec, że mó­wią o czymś waż­nym. Ciemna głowa Harry’ego Ru­tledge’a po­chy­lała się w jej kie­runku. Jak głowa bli­skiego przy­ja­ciela. Ko­chanka.

Leo otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia, gdy Marks się­gnęła szczu­płą dło­nią do oku­la­rów, jakby chciała otrzeć z oczu łzę.

Marks pła­kała w to­wa­rzy­stwie Harry’ego Ru­tledge’a!

Leo wstrzy­mał od­dech. Za­marł, pró­bu­jąc upo­rać się z emo­cjami... zdu­mie­nie, tro­ska, po­dejrz­li­wość, gniew.

Oni coś ukry­wają. Knują.

Czy Marks była kie­dyś ko­chanką Ru­tledge’a? Szan­ta­żo­wał ją, czy może to ona coś na nim wy­mu­szała? Nie... czu­łość w ich re­la­cjach wręcz rzu­cała się w oczy.

Leo po­tarł szczękę, za­sta­na­wia­jąc się nad na­stęp­nym kro­kiem. Szczę­ście Poppy było dla niego naj­waż­niej­sze. Za­nim spie­rze no­wego męża sio­stry na kwa­śne jabłko, musi się do­wie­dzieć, o co do­kład­nie w tym wszyst­kim cho­dzi. I po­tem, ma­jąc uza­sad­nie­nie, zrobi z Ru­tledge’a krwawą mia­zgę.

Ode­tchnął kilka razy głę­boko i wró­cił do ob­ser­wa­cji. Ru­tledge wstał i ru­szył w kie­runku domu. Marks zo­stała na ławce.

Leo bez­wied­nie pod­szedł bli­żej. Nie był pe­wien, jak ją po­trak­tuje i co po­wie. Wszystko za­le­żało od tego, jaki im­puls przej­mie nad nim kon­trolę. Ist­niało pewne praw­do­po­do­bień­stwo, że po pro­stu ją udusi. Albo zdej­mie jej z nosa te oku­lary i ją znie­woli. Po­czuł przy­pływ go­rą­cego, nie­przy­jem­nego uczu­cia, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie za­znał. Czy to za­zdrość? Chry­ste, tak. Sza­lał z za­zdro­ści o chudą se­kut­nicę, która ob­ra­żała go i upo­ka­rzała na każ­dym kroku.

Chyba już cał­kiem stra­cił ro­zum. Miał ob­se­sję na punk­cie sta­rej panny.

Może to ta jej re­ze­rwa bu­dziła w nim tak gwał­towne uczu­cia... Od dawna za­sta­na­wiał się prze­cież, co by się stało, gdyby ją prze­mógł. Ca­the­rine Marks, jego de­mo­niczny mały ad­wer­sarz... naga i ję­cząca pod nim. Ni­czego bar­dziej nie pra­gnął. To na­wet miało sens: ko­bieta ła­twa i chętna nie była żad­nym wy­zwa­niem. Gdyby wziął do łóżka Marks, gdyby drę­czył ją, aż za­czę­łaby bła­gać i krzy­czeć... tak, to by­łaby praw­dziwa roz­kosz.

Leo pod­szedł do niej swo­bod­nie. Ką­tem oka za­uwa­żył, że ze­sztyw­niała na jego wi­dok. Przy­brała su­rową nie­szczę­śliwą minę i za­ci­snęła wargi. Wy­obra­ził so­bie, że uj­muje jej twarz w dło­nie i ca­łuje ją długo i na­mięt­nie, a ona osuwa się na ławkę bez­wład­nie, tra­cąc od­dech.

Za­miast tego za­ci­snął dło­nie w pię­ści w kie­sze­niach sur­duta i spoj­rzał na nią bez wy­razu.

– Mo­żesz mi wy­ja­śnić, o co tu cho­dzi?

Pro­mie­nie słońca za­lśniły na szkłach oku­la­rów, przy­sła­nia­jąc jej oczy.

– Szpie­guje mnie pan, mi­lor­dzie?

– Ależ skąd. Nie in­te­re­suje mnie, co stare panny ro­bią w wol­nym cza­sie. Nie mogę jed­nak przejść obo­jęt­nie obok szwa­gra, który ca­łuje gu­wer­nantkę w ogro­dzie.

Na­le­żało po­dzi­wiać Marks za jej sta­lowe nerwy. Nic po so­bie nie po­ka­zała, za­ci­snęła tylko ręce na ko­la­nach.

– Je­den po­ca­łu­nek. W czoło.

– Nie­istotne, ile było tych po­ca­łun­ków i gdzie zo­stały zło­żone. Wy­ja­śnisz mi za­raz, dla­czego on to zro­bił. I dla­czego na to po­zwo­li­łaś. I oby twoja wer­sja była wia­ry­godna, bo je­stem o krok od za­cią­gnię­cia cię na trakt do Lon­dynu i wsa­dze­nia do pierw­szego dy­li­żansu.

– Idź pan do dia­bła – od­parła ci­cho i ze­rwała się z ławki. Zdo­łała prze­biec dwa kroki, za­nim chwy­cił ją od tyłu. – Nie do­ty­kaj mnie!

Z ła­two­ścią od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie i za­ci­snął dło­nie na jej szczu­płych ra­mio­nach. Wy­czu­wał cie­pło jej skóry przez cienki mu­ślin rę­ka­wów. Jego noz­drza wy­peł­nił nie­winny za­pach la­wen­do­wej wody. Za­pach, który przy­po­mi­nał mu świeżą po­ściel i wy­kroch­ma­lone prze­ście­ra­dła. I to, jak bar­dzo chciał zna­leźć się w niej.

– Masz zbyt wiele se­kre­tów, Marks. Od roku już zno­szę twój ostry ję­zyk i ta­jem­ni­czą prze­szłość. A te­raz chcę od­po­wie­dzi. O czym roz­ma­wia­łaś z Har­rym Ru­tled­gem?

Zmarsz­czyła brwi o kilka to­nów ciem­niej­sze niż włosy.

– Może sam go pan za­pyta?

– Py­tam cie­bie. – Gdy nie za­re­ago­wała, Leo po­sta­no­wił ją spro­wo­ko­wać. – Gdy­byś była kimś in­nym, stwier­dził­bym, że pró­bu­jesz go ocza­ro­wać. Ale prze­cież oboje wiemy, że nie ma w to­bie ani krzty uroku, prawda?

– Na­wet gdy­bym go miała, nie mar­no­wa­ła­bym go na pana!

– Daj spo­kój, Marks, spró­bujmy zdo­być się na chwilę cy­wi­li­zo­wa­nej roz­mowy. Choć raz.

– Nie, do­póki mnie pan nie pu­ści.

– Wtedy na pewno uciek­niesz. A jest zbyt go­rąco na po­ścig.

Ca­the­rine na­je­żyła się i spró­bo­wała go ode­pchnąć, kła­dąc mu dło­nie na piersi. Cała była opa­ko­wana w zwoje mu­ślinu, ko­ro­nek i gor­se­tów. Myśl o tym, co skrywa się pod spodem… bia­ło­ró­żowa skóra, de­li­katne krą­gło­ści, in­tym­ność... na­tych­miast go pod­nie­ciła.

Ca­the­rine wstrzą­snął dreszcz, jakby od­czy­tała jego my­śli. Leo spoj­rzał na nią z na­pię­ciem.

– Bo­isz się mnie, Marks? – za­py­tał ła­god­nie. – Prze­cież sztor­cu­jesz mnie przy każ­dej oka­zji.

– Oczy­wi­ście, że się nie boję, ty aro­gancki bu­fo­nie. Ocze­ki­wa­łam jed­nak in­nego za­cho­wa­nia po czło­wieku o ta­kiej po­zy­cji.

– Masz na my­śli ary­sto­kratę? – Wy­giął brwi z kpiną. – Prze­cież tak się za­cho­wują ary­sto­kraci. Dziwne, że do­tąd tego nie za­uwa­ży­łaś.

– Och, za­uwa­ży­łam. Męż­czy­zna, który miał szczę­ście odzie­dzi­czyć ty­tuł, po­wi­nien jed­nak mieć na tyle przy­zwo­ito­ści, by sta­rać się spro­stać jego wy­ma­ga­niom. God­ność para to obo­wią­zek, od­po­wie­dzial­ność, a pan zdaje się go po­strze­gać jak po­zwo­le­nie na naj­bar­dziej sa­mo­lubne, obrzy­dliwe za­cho­wa­nie, ja­kie można so­bie wy­obra­zić. Co wię­cej...

– Marks – prze­rwał jej Leo ak­sa­mit­nym to­nem – na­prawdę do­sko­nale so­bie ra­dzisz, pró­bu­jąc od­wró­cić moją uwagę, ale to nie za­działa. Nie uciek­niesz, do­póki nie wy­znasz mi wszyst­kiego.

Prze­łknęła z tru­dem i od­wró­ciła wzrok.

– Roz­ma­wia­łam na osob­no­ści z pa­nem Ru­tled­gem... scena, któ­rej był pan świad­kiem...

– Tak?

– To dla­tego, że... Harry Ru­tledge jest moim bra­tem. Przy­rod­nim bra­tem.

Leo spoj­rzał na jej po­chy­loną głową, pró­bu­jąc przy­swoić no­winę. Po­czuł się oszu­kany, zdra­dzony. Roz­go­rzał w nim gniew. Do ja­snej cho­lery! Marks i Harry Ru­tledge są ro­dzeń­stwem?

– Nie ma po­wodu, dla któ­rego mu­sia­łaś to ukry­wać.

– Sy­tu­acja jest skom­pli­ko­wana.

– Dla­czego żadne z was nic nie po­wie­działo?

– Nie musi pan wie­dzieć.

– Po­win­naś była mi po­wie­dzieć, za­nim po­ślu­bił Poppy. Mia­łaś obo­wią­zek mi po­wie­dzieć.

– Dla­czego?

– Z lo­jal­no­ści, do dia­bła. Co jesz­cze wiesz, co może mieć wpływ na moją ro­dzinę? Co jesz­cze ukry­wasz?

– Nie pań­ska sprawa. – Ca­the­rine za­częła się wy­ry­wać. – Pro­szę mnie pu­ścić!

– Naj­pierw do­wiem się, co knu­jesz. Czy na­prawdę na­zy­wasz się Ca­the­rine Marks? Kim ty, do dia­bła, je­steś? – Za­klął, gdy za­częła się z nim si­ło­wać. – Prze­stań, ty mała dia­blico. Chcę tylko... Au! – za­wo­łał, gdy wy­krę­ciła się i wbiła mu ostry ło­kieć w bok.

Ten ma­newr za­pew­nił Marks wol­ność, ale w fer­wo­rze walki stra­ciła oku­lary, które upa­dły na zie­mię.

– Moje oku­lary! – Wzdy­cha­jąc z iry­ta­cją, upa­dła na ko­lana i za­częła ich szu­kać.

Leo do­pa­dło po­czu­cie winy. Wy­glą­dało na to, że Marks jest do­słow­nie ślepa bez oku­la­rów. Gdy zo­ba­czył, jak czołga się po ziemi, po­czuł się jak bru­tal. Co z niego za osioł. Ukląkł obok niej.

– Nie wi­dzia­łaś, gdzie do­kład­nie upa­dły? – za­py­tał.

– Gdy­bym miała taki do­bry wzrok, oku­lary nie by­łyby mi po­trzebne, prawda?

– Po­mogę ci szu­kać.

– Jak miło – skwi­to­wała zgryź­li­wie.

Przez ko­lejne mi­nuty w mil­cze­niu prze­trzą­sali ogród na ko­la­nach, roz­gar­nia­jąc żon­kile.

– A więc fak­tycz­nie po­trze­bu­jesz oku­la­rów – stwier­dził w końcu Leo.

– Oczy­wi­ście, że tak. Po co mia­ła­bym je no­sić, gdyby było ina­czej?

– My­śla­łem, że to część two­jego prze­bra­nia.

– Prze­bra­nia?

– Tak, Marks, prze­bra­nia. To rze­czow­nik okre­śla­jący środki, któ­rymi się po­słu­gu­jemy, by ukryć toż­sa­mość. Za­zwy­czaj uży­wają go szpie­dzy i klauni. A także naj­wy­raź­niej gu­wer­nantki. Do­bry Boże, czy w tej ro­dzi­nie na­prawdę nic nie może być nor­malne?

Marks spoj­rzała na niego z ukosa i mru­gnęła. Wy­glą­dała przez uła­mek se­kundy jak zde­ner­wo­wane dziecko, któ­remu za­brano ulu­biony ko­cyk. Serce Leo ści­snęło się bo­le­śnie.

– Znajdę te twoje oku­lary – rzu­cił szorstko. – Masz moje słowo. Je­śli chcesz, mo­żesz wró­cić do domu.

– Nie, dzię­kuję. Gdy­bym te­raz za­częła szu­kać domu, wy­lą­do­wa­ła­bym pew­nie w sto­dole.

Leo do­strzegł w tra­wie błysk me­talu i za­ci­snął palce na opraw­kach.

– Pro­szę bar­dzo. – Przy­su­nął się do Marks i od­wró­cił ją do sie­bie. Wy­tarł so­czewki rę­ka­wem. – Nie ru­szaj się.

– Pro­szę mi je od­dać.

– Ja to zro­bię, upar­ciu­chu. Kłót­nia jest dla cie­bie rów­nie na­tu­ralna jak od­dy­cha­nie, prawda?

– Nie, wcale nie – od­parła i za­ru­mie­niła się, gdy Leo ro­ze­śmiał się miękko.

– Draż­nie­nie cię traci cały urok, gdy się tak ła­two pod­da­jesz, Marks. – Ostroż­nie umie­ścił oku­lary na jej no­sie i prze­su­nął pal­cem wzdłuż za­usz­ni­ków. De­li­kat­nie do­tknął ko­niuszka jej ucha. – Są źle do­pa­so­wane. – Pro­mie­nie słońca pod­kre­ślały jej nie­zwy­kłą urodę, wy­do­by­wa­jąc z jej sza­rych oczu nie­bie­sko­zie­lone bły­ski. Jak opale. – Masz ta­kie małe uszy – kon­ty­nu­ował, ota­cza­jąc dłońmi jej de­li­katną twarz. – Nic dziw­nego, że oku­lary tak czę­sto spa­dają. Nie mają się na czym trzy­mać.

Ca­the­rine wpa­try­wała się w niego ze zdu­mie­niem.

Jest taka kru­cha, po­my­ślał. Miała tak silną wolę i zło­śliwą na­turę, że czę­sto za­po­mi­nał o tym, jaka jest drobna i wą­tła. Dzi­wił się, że jesz­cze nie ode­pchnęła jego dłoni – nie zno­siła cu­dzego do­tyku, zwłasz­cza jego. Ona jed­nak na­wet się nie po­ru­szyła. Kciu­kiem do­tknął na­sady jej szyi i wy­czuł nie­znaczne fa­lo­wa­nie, gdy prze­łknęła ślinę. Chwila była zu­peł­nie nie­rze­czy­wi­sta, jak senne ma­rze­nie. Nie chciał, by się skoń­czyła.

– Czy Ca­the­rine to twoje praw­dziwe imię? Czy mo­żesz mi zdra­dzić choć tyle?

Za­wa­hała się, bo­jąc się od­sło­nić przed nim choć odro­binę. Roz­broił ją jed­nak zu­peł­nie, prze­su­wa­jąc pal­cami po jej szyi. Po­czuła ru­mie­niec na twa­rzy.

– Tak – wy­krztu­siła. – Mam na imię Ca­the­rine.

Klę­czeli na­prze­ciwko sie­bie, oto­czeni kłę­bo­wi­skiem jej mu­śli­no­wych spód­nic. Ciało Leo re­ago­wało gwał­tow­nie na jej bli­skość, czuł pul­so­wa­nie cie­pła pod skórą i w kło­po­tli­wych miej­scach. Mię­śnie za­ci­snęły się. Musi po­ło­żyć temu kres, za­nim zrobi coś, czego bę­dzie ża­ło­wać.

– Po­mogę ci – rzekł szorstko. – Chodźmy do domu. Ostrze­gam cię jed­nak, że to jesz­cze nie ko­niec. Po­zo­stało wiele...

Urwał, gdy Ca­the­rine otarła się o niego, pró­bu­jąc wstać. Za­marli pierś przy piersi, a ich od­de­chy za­częły się mie­szać.

Uczu­cie nie­re­al­no­ści jesz­cze się wzmo­gło. Klę­czeli obok sie­bie w ogro­dzie, po­wie­trze było prze­sy­cone za­pa­chem zgnie­cio­nej trawy i żon­kili... a on miał w ra­mio­nach Ca­the­rine Marks. Jej włosy lśniły w słońcu, jej skóra była miękka jak płatki róż. Miała pełne wargi, gład­kie i de­li­katne jak doj­rzała per­sy­mona. Za­pa­trzony w nie po­czuł, jak jeżą mu się wło­ski na karku.

Nie­któ­rym po­ku­som nie na­leży się opie­rać, stwier­dził le­ni­wie. Nie­które po­kusy są tak nie­ustę­pliwe, że cią­gle po­wra­cają. I dla­tego na­leży się im pod­dać – po to, by się ich po­zbyć.

– Do dia­bła, zro­bię to. Na­wet gdy­bym miał zo­stać po­tem uni­ce­stwiony.

– Co pan zrobi? – za­py­tała Marks, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

– To.

Opadł war­gami na jej usta.

Do­słow­nie po­czuł, jak każdy mię­sień w jego ciele wes­tchnął z ulgą. Na­resz­cie. Uczu­cie było tak roz­koszne, że nie mógł się przez chwilę ru­szać, czuł tylko jej wargi. Za­to­nął w niej. Prze­stał my­śleć i pod­dał się pra­gnie­niu... Sku­bał jej usta, do­ty­kał ję­zyka, ba­wił się nim. Ko­lejny po­ca­łu­nek za­czął się, za­nim po­przedni się skoń­czył. Po­łą­czył ich łań­cuch zmy­sło­wych do­tknięć, mu­śnięć i czu­ło­ści. Wszyst­kie jego nerwy mu­so­wały bło­go­ścią.

Boże do­po­móż, za­pra­gnął wię­cej. Chciał wsu­nąć dło­nie pod jej suk­nię i do­tknąć każ­dego cala jej ciała. Chciał zna­czyć ustami in­tymny szlak na jej skó­rze, ca­ło­wać i sma­ko­wać każdy jej skra­wek. Ca­the­rine od­po­wie­działa mu bez­rad­nie, ota­cza­jąc ra­mio­nami jego szyję. Przy­su­nęła się do niego, owład­nięta emo­cjami. Ich ciała pod­jęły nie­znany, nie­spo­kojny rytm. Gdyby nie war­stwy ubrań, bez wąt­pie­nia za­czę­liby się ko­chać.

Leo ca­ło­wał ją, wie­dząc, że po­wi­nien prze­stać, ale bał się tego, co miało się wy­da­rzyć. Wie­dział, że nie będą mo­gli wró­cić do swar­li­wej re­la­cji, która ich do­tąd łą­czyła. To, co się stało, nadało ich lo­sowi zu­peł­nie nowy kie­ru­nek, a Leo był prze­ko­nany, że żad­nemu z nich się to nie spodoba.

Nie mo­gąc się od niej w pełni ode­rwać, od­su­wał się stop­niowo – prze­su­nął wargi z jej ust na pod­bró­dek i wraż­liwe za­głę­bie­nie za uchem. Jej gwał­towny puls wi­bro­wał pod jego ję­zy­kiem.

– Marks – szep­nął szorstko – ba­łem się tego. Wie­dzia­łem, że… – Urwał, pod­niósł głowę i spoj­rzał na nią.

Zer­k­nęła na niego zza za­pa­ro­wa­nych szkieł.

– Moje oku­lary... znów je zgu­bi­łam.

– Nie, tylko za­pa­ro­wały.

Gdy mgiełka znik­nęła, Marks ode­pchnęła go mocno. Ze­rwała się na nogi, go­rącz­kowo wzbra­nia­jąc się przed jego po­mocą.

Spoj­rzeli na sie­bie. Trudno by­łoby stwier­dzić, które z nich jest bar­dziej prze­ra­żone.

– To nie po­winno się było wy­da­rzyć – burk­nęła Ca­the­rine. – Je­śli pan ko­muś o tym wspo­mni, będę za­prze­czać do ostat­niego tchu. – Strzep­nęła spód­nice, pró­bu­jąc usu­nąć z nich resztki li­ści i trawy i po­słała Leo ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. – Wra­cam do domu. I pro­szę za mną nie iść!Roz­dział 2

Ich ścieżki skrzy­żo­wały się po­now­nie do­piero przy ko­la­cji, do któ­rej za­sia­dła cała ro­dzina: sio­stry Leo, Ame­lia, Win i Poppy oraz ich mę­żo­wie: Cam Ro­han, Kev Mer­ri­pen i Harry Ru­tledge. Ca­the­rine Marks sie­działa na końcu stołu z Be­atrix.

Żadna z sióstr Leo nie zde­cy­do­wała się na kon­wen­cjo­na­lne mał­żeń­stwo. Ro­han i Mer­ri­pen byli z po­cho­dze­nia Cy­ga­nami, dzięki czemu do­sko­nale pa­so­wali do sza­lo­nych Ha­tha­wayów. Mąż Poppy, Harry Ru­tledge, był eks­cen­trycz­nym ho­te­la­rzem, po­tęż­nym czło­wie­kiem, któ­rego po­do­bno bar­dziej lu­bili jego wro­go­wie niż przy­ja­ciele.

Czy fak­tycz­nie Ca­the­rine Marks była jego sio­strą?

Leo przy­glą­dał się im w cza­sie po­siłku, do­szu­ku­jąc się po­do­bieństw. Jak mógł do­tąd tego nie do­strze­gać? Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, zde­cy­do­wana li­nia brwi, lekko sko­śne ką­ciki oczu.

– Mu­szę z tobą po­mó­wić – zwró­cił się do Ame­lii, gdy tylko ko­la­cja do­bie­gła końca. – Na osob­no­ści.

Sio­stra spoj­rzała na niego z cie­ka­wo­ścią.

– Oczy­wi­ście. Może pój­dziemy na spa­cer? Jest jesz­cze ja­sno.

Leo ski­nął głową.

Jako naj­starsi z ro­dzeń­stwa czę­sto się sprze­czali. To jed­nak Ame­lia była jego ulu­bie­nicą, a także naj­bliż­szym po­wier­ni­kiem. Miała dużo zdro­wego roz­sądku i ni­gdy nie wa­hała się wy­po­wia­dać na głos swo­jego zda­nia.

Nikt nie przy­pusz­czał, że ta­kiej prag­ma­tyczce da się po pro­stu za­wró­cić w gło­wie. Cam Ro­han zdo­łał jed­nak uwieść ją i po­ślu­bić, za­nim w ogóle zo­rien­to­wała się, co się wy­da­rzyło. I oka­zało się, że wła­śnie jego zrów­no­wa­żo­nego prze­wod­nic­twa wszy­scy po­trze­bo­wali. Z czar­nymi, zbyt dłu­gimi wło­sami i dia­men­to­wym kol­czy­kiem w uchu nie wy­glą­dał jak tra­dy­cyjna głowa ro­dziny, ale to wła­śnie jego nie­kon­wen­cjo­nal­ność po­zwa­lała mu kie­ro­wać Ha­tha­way­ami po mi­strzow­sku. Do­cze­kali się z Ame­lią syna, Rye’a, który po ojcu odzie­dzi­czył ciemne włosy, a po matce nie­bie­skie oczy.

Prze­cha­dza­jąc się wzdłuż pry­wat­nej drogi, Leo roz­glą­dał się uważ­nie wo­kół. La­tem słońce nad Hamp­shire za­cho­dziło do­piero po dzie­wią­tej, wciąż jesz­cze więc oświe­tlało mo­za­ikę la­sów, wrzo­so­wisk i zie­lo­nych łąk. Rzeki i stru­mie­nie prze­ci­nały kra­jo­braz, kar­miąc bujne ży­cie ba­gien i pod­mo­kłych do­lin. Po­sia­dłość Ram­say nie była może naj­więk­sza w hrab­stwie, ale na­le­żała do naj­pięk­niej­szych ze swym pra­sta­rym la­sem i trzema ty­sią­cami akrów upraw­nej ziemi.

W ostat­nim roku Leo za­po­znał się z dzier­żaw­cami, wpro­wa­dził wiele ulep­szeń w sys­te­mie iry­ga­cji, re­pe­ro­wał płoty, bramy i za­bu­do­wa­nia... i do­wie­dział się znacz­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek za­mie­rzał na te­mat rol­nic­twa. Wszystko to przez nie­ustę­pli­wego Keva Mer­ri­pena.

Mer­ri­pen, który od dzie­ciń­stwa miesz­kał z Ha­tha­way­ami, zdo­łał na­uczyć się chyba wszyst­kiego na te­mat za­rzą­dza­nia po­sia­dło­ścią ziem­ską. I te­raz za­mie­rzał prze­ka­zać całą tę wie­dzę Leo.

– To nie bę­dzie twoja zie­mia – po­wie­dział mu pew­nego razu – do­póki nie od­dasz jej swo­jej krwi i potu.

– Tylko tyle? – za­py­tał Leo z sar­ka­zmem. – Tylko krew i pot? Je­stem pe­wien, że mogę jej od­dać jesz­cze inne płyny ustro­jowe, je­śli to ta­kie istotne.

W skry­to­ści du­cha wie­dział jed­nak, że Mer­ri­pen ma ra­cję. Po­czu­cie po­sia­da­nia, więź z ma­jąt­kiem mógł na­wią­zać tylko w ten spo­sób.

Wci­snął ręce do kie­szeni i wes­tchnął ciężko. Czuł się nie­spo­kojny i po­iry­to­wany.

– Za­pewne po­sprze­cza­łeś się z panną Marks – stwier­dziła Ame­lia. – Za­zwy­czaj przez cały czas pró­bu­je­cie wbić so­bie na­wza­jem szpilkę. A dzi­siaj mil­cze­li­ście. Chyba ani razu nie pod­nio­sła wzroku znad ta­le­rza.

– Nie po­sprze­cza­li­śmy się.

– Więc o co cho­dzi?

– Wy­znała mi... pod przy­mu­sem... że Ru­tledge jest jej bra­tem.

Ame­lia spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie.

– Pod ja­kim przy­mu­sem?

– Nie­ważne. Sły­sza­łaś, co po­wie­dzia­łem? Harry Ru­tledge jest…

– Panna Marks i bez cie­bie ma wy­star­cza­jąco dużo zmar­twień, Leo. Mam na­dzieję, że nie by­łeś wo­bec niej okrutny, bo je­śli tak...

– Ja miał­bym być okrutny wo­bec Marks? To o mnie po­win­naś się mar­twić. Wy­star­czy chwila roz­mowy z nią, bym ucie­kał w po­pło­chu. – Jego iry­ta­cja jesz­cze się wzmo­gła, gdy za­uwa­żył, że sio­stra pró­buje ukryć uśmiech. – Ro­zu­miem, że wie­dzia­łaś o po­kre­wień­stwie łą­czą­cym Marks i Ru­tledge’a?

– Od kilku dni – przy­znała Ame­lia.

– Dla­czego nic mi nie po­wie­dzia­łaś?

– Po­pro­siła mnie o dys­kre­cję.

– A dla­czego niby Marks za­słu­guje na dys­kre­cję, któ­rej nikt inny tu nie prze­strzega? – Leo za­trzy­mał się i zmu­sił sio­strę do tego sa­mego, sta­jąc przed nią. – Dla­czego to ta­jem­nica?

– Nie je­stem pewna – przy­znała Ame­lia z nie­po­ko­jem. – Panna Marks zdra­dziła tylko, że w grę wcho­dzi jej bez­pie­czeń­stwo.

– A co jej grozi?

Ame­lia bez­rad­nie po­krę­ciła głową.

– Może Harry wie wię­cej. Choć wąt­pię, by ci to wy­znał.

– Mój Boże, ktoś mi to wszystko wy­ja­śni, albo wy­rzucę Marks na bruk bez mru­gnię­cia okiem.

– Leo... nie zro­bił­byś tego...

– I to z przy­jem­no­ścią.

– Po­myśl o Be­atrix, jaka bę­dzie smutna, gdy…

– My­ślę o Be­atrix. Nie po­zwolę, by moją sio­strą opie­ko­wała się ko­bieta z nie­bez­pieczną ta­jem­nicą. Je­śli Harry Ru­tledge, który ma po­wią­za­nia z naj­bar­dziej nik­czem­nymi osob­ni­kami, nie może jej uznać... Może to kry­mi­na­listka? Nie przy­szło ci to do głowy?

– Nie – od­parła sta­now­czo Ame­lia i ru­szyła da­lej. – Leo, dra­ma­ty­zu­jesz. Ona nie jest kry­mi­na­listką.

– Nie bądź na­iwna. Nikt nie jest taki, na ja­kiego wy­gląda.

– I co za­mie­rzasz? – za­py­tała Ame­lia ostroż­nie po chwili mil­cze­nia.

– Rano wy­jeż­dżam do Lon­dynu.

Spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

– Ale Mer­ri­pen chce, byś wziął udział w sa­dze­niu rzepy i na­wo­że­niu, i...

– Wiem, czego chce Mer­ri­pen. I choć na­prawdę ża­łuję, że prze­ga­pię jego fa­scy­nu­jące wy­kłady na te­mat obor­nika, i tak po­jadę. Spę­dzę tro­chę czasu z Ru­tled­gem i wy­cią­gnę od niego kilka od­po­wie­dzi.

Ame­lia zmarsz­czyła brwi.

– A czemu tu­taj z nim nie po­roz­ma­wiasz?

– Bo wła­śnie trwa jego mie­siąc mio­dowy i za­pewne nie ze­chce spę­dzić ostat­niej nocy w Hamp­shire na po­ga­dusz­kach ze mną. Poza tym po­sta­no­wi­łem przy­jąć drobne zle­ce­nie na za­pro­jek­to­wa­nie oran­że­rii do domu w May­fair.

– A ja my­ślę, że chcesz zna­leźć się jak naj­da­lej od Ca­the­rine. My­ślę, że coś się mię­dzy wami wy­da­rzyło.

– Słońce za­szło – od­parł Leo uprzej­mym to­nem. – Po­win­ni­śmy wra­cać.

– Nie mo­żesz ucie­kać od pro­ble­mów.

Wy­krzy­wił wargi z iry­ta­cją.

– Dla­czego lu­dzie za­wsze to mó­wią? Oczy­wi­ście, że mogę uciec od pro­ble­mów. Ro­bię to przez cały czas i ta me­toda jesz­cze ni­gdy mnie nie za­wio­dła.

– Masz ob­se­sję na punk­cie Ca­the­rine. Wszy­scy to wie­dzą.

– I kto tu dra­ma­ty­zuje?

– Bez­u­stan­nie ją ob­ser­wu­jesz. Gdy tylko ktoś wy­mówi jej imię, cały za­mie­niasz się w słuch. A gdy się z nią sprze­czasz, je­steś tak oży­wiony, jak by­łeś kie­dyś, przed... – Urwała, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów.

– Przed? – pro­wo­ko­wał ją Leo.

– Przed epi­de­mią szkar­la­tyny.

Na ten te­mat ni­gdy nie roz­ma­wiali. Na rok przed tym jak Leo odzie­dzi­czył ty­tuł, przez wio­skę, w któ­rej miesz­kali Ha­tha­way­owie, prze­to­czyła się fa­talna w skut­kach epi­de­mia szkar­la­tyny. Jej pierw­szą ofiarą pa­dła Laura Dil­lard, na­rze­czona Leo. Jej ro­dzina po­zwo­liła mu czu­wać przy niej. Przez trzy dni umie­rała w jego ra­mio­nach.

Leo wró­cił do domu i roz­cho­ro­wał się, tak jak Win. Cu­dem oboje prze­żyli, ale Win nie do­szła w pełni do zdro­wia. A Leo stał się zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem, prze­ży­cia te zo­sta­wiły na jego psy­chice nie­za­tarty ślad. Osu­nął się w kosz­mar, z któ­rego nie mógł się obu­dzić. Nie dbał o ży­cie. Ra­nił swą ro­dzinę i przy­spa­rzał jej nie­zli­czo­nych trosk. Gdy zna­lazł się na kra­wę­dzi, pod­jęto de­cy­zję. Win wy­słano do Fran­cji na le­cze­nie, a Leo zo­stał zmu­szony, by jej to­wa­rzy­szyć.

Słabe płuca Win re­ge­ne­ro­wały się w kli­nice spe­cja­li­stycz­nej, a Leo ca­łymi go­dzi­nami spa­ce­ro­wał po bez­dro­żach Pro­wan­sji. Świa­tło słońca, kry­sta­licz­nie czy­ste po­wie­trze, len­teur, czyli le­niwe tempo ży­cia, w końcu oczy­ściły jego umysł i przy­nio­sły uko­je­nie du­szy. Prze­stał pić, za­do­wa­lał się tylko jed­nym kie­lisz­kiem wina do ko­la­cji. Szki­co­wał, ma­lo­wał i w końcu prze­bo­lał swą stratę.

Gdy wró­cili do An­glii, Win, nie tra­cąc czasu, speł­niła naj­więk­sze ma­rze­nie swego ży­cia – wy­szła za Mer­ri­pena.

Leo na­to­miast sta­rał się wy­na­gro­dzić swo­jej ro­dzi­nie wszelki za­wód, jaki jej spra­wił. I po­sta­no­wił za wszelką cenę uni­kać mi­ło­ści. Wie­dział już, jak fa­talne w skut­kach może być głę­bo­kie uczu­cie i nie chciał ni­komu od­da­wać ta­kiej wła­dzy nad sobą.

– Sio­strzyczko – oznaj­mił ze smut­kiem – je­śli w two­jej gło­wie roi się sza­lona myśl o moim za­in­te­re­so­wa­niu Marks, mo­żesz o niej za­po­mnieć. Chcę tylko do­wie­dzieć się, co ona ukrywa. Nic wię­cej.Roz­dział 3

– Do dwu­dzie­stych uro­dzin na­wet nie wie­dzia­łem o ist­nie­niu Cat – oznaj­mił Harry Ru­tledge, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie dłu­gie nogi. Ra­zem z Leo sie­dzieli w po­koju klu­bo­wym ho­telu Ru­tledge. Za­ciszne i luk­su­sowe po­miesz­cze­nie z ośmio­kąt­nymi lo­żami było po­pu­lar­nym miej­scem spo­tkań dla za­gra­nicz­nej ary­sto­kra­cji, po­dróż­nych, lon­dyń­skiej so­cjety i po­li­ty­ków.

Leo spoj­rzał na szwa­gra z nie­skry­wa­nym scep­ty­cy­zmem. Gdyby to on miał wy­brać męża dla sio­stry, nie umie­ściłby ra­czej Ru­tledge’a na szczy­cie li­sty. Nie ufał mu. Mu­siał jed­nak przy­znać, że Harry miał też swoje do­bre strony, a jedną z nich było jego oczy­wi­ste od­da­nie Poppy.

Harry upił łyk ogrza­nej brandy, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc w gło­wie słowa. Był przy­stoj­nym męż­czy­zną, peł­nym uroku, ale też bez­względ­nym ma­ni­pu­la­to­rem. W tym kon­tek­ście jego nie­wąt­pliwe osią­gnię­cia, mię­dzy in­nymi po­sta­wie­nie naj­więk­szego i naj­bar­dziej wy­kwint­nego ho­telu w Lon­dy­nie, nie mo­gły ni­kogo dzi­wić.

– Nie lu­bię roz­ma­wiać o Cat z kilku po­wo­dów. Mię­dzy in­nymi dla­tego, że ni­gdy nie by­łem dla niej zbyt miły i nie ochro­ni­łem jej, gdy tego po­trze­bo­wała. Ża­łuję tego.

– Wszy­scy mamy coś na su­mie­niu – od­parł Leo, gdy ak­sa­mitny ogień brandy spły­nął mu do gar­dła. – Dla­tego też trzy­mam się mo­ich złych na­wy­ków. Za­czy­nasz ża­ło­wać wtedy, gdy prze­sta­jesz coś ro­bić.

Harry uśmiech­nął się, ale szybko spo­waż­niał i za­pa­trzył się w pło­mień ma­łej lampki na sto­liku.

– Za­nim ci co­kol­wiek po­wiem, mu­szę za­py­tać, dla­czego in­te­re­su­jesz się moją sio­strą.

– Py­tam jako jej pra­co­dawca. Nie­po­koi mnie wpływ, który panna Marks może mieć na Be­atrix.

– Do­tąd nie pod­da­wa­łeś jej wpływu w wąt­pli­wość. I z tego, co wiem, Cat do­sko­nale so­bie ra­dzi z Be­atrix.

– To prawda. Za­nie­po­ko­iła mnie jed­nak no­wina o wa­szych ta­jem­ni­czych po­wią­za­niach. O ile wiem, knu­li­ście coś ra­zem.

Harry spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

– Nic nie knu­li­śmy.

– Więc skąd te wszyst­kie se­krety?

– Nie wy­ja­śnię ci tego, je­śli nie zdra­dzę ci kilku szcze­gó­łów z mo­jej wła­snej prze­szło­ści... A na­prawdę nie lu­bię tego ro­bić.

– Tak mi przy­kro – skwi­to­wał Leo bez cie­nia szcze­ro­ści. – Słu­cham.

Harry za­wa­hał się, jakby wciąż nie pod­jął de­cy­zji, czy co­kol­wiek po­wie­dzieć.

– Cat i ja mie­li­śmy jedną matkę. Na­zy­wała się Ni­co­lette Wi­gens. Była An­gielką. Prze­pro­wa­dziła się z ro­dziną do Buf­falo, gdy była jesz­cze dziec­kiem. Ni­co­lette była je­dy­na­czką, uro­dziła się, gdy Wi­gen­so­wie byli już po­su­nięci w la­tach, dla­tego też jej ro­dzice pra­gnęli, by wy­szła za męż­czy­znę, który się nią za­opie­kuje. Mój oj­ciec, Ar­thur, był od niej dwa razy star­szy i do­syć za­możny. Po­dej­rze­wam, że Wi­gen­so­wie wy­mu­sili na niej ten ma­riaż, na pewno nie było w nim mi­ło­ści. Ni­co­lette po­ślu­biła Ar­thura, a ja przy­sze­dłem na świat wkrótce po­tem. W za­sa­dzie nieco za szybko. To wzbu­dziło falę spe­ku­la­cji na te­mat oj­co­stwa Ar­thura.

– A był twoim oj­cem? – za­py­tał Leo.

Harry uśmiech­nął się cy­nicz­nie.

– A któż może to wie­dzieć na pewno? – Wzru­szył ra­mio­nami. – W każ­dym ra­zie moja matka w końcu ucie­kła do An­glii z jed­nym z ko­chan­ków. Miała po­tem wielu męż­czyzn, jak mnie­mam. Nie na­wy­kła na­rzu­cać so­bie ogra­ni­czeń. Była roz­pusz­czoną, nie­zna­jącą umiaru suką, ale była nie­zwy­kle piękna. To po niej Cat odzie­dzi­czyła urodę. – Za­my­ślił się na chwilę. – Tyle że Cat jest de­li­kat­niej­sza. Bar­dziej sub­telna. I w prze­ci­wień­stwie do matki ma miłą, ko­cha­jącą na­turę.

– Cóż – wtrą­cił kwa­śno Leo – dla mnie ni­gdy nie była miła.

– Bo ją prze­ra­żasz.

Leo spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– A czym niby prze­ra­żam tę małą ję­dzę? I nie wma­wiaj mi, że de­ner­wują ją męż­czyźni w ogóle, bo dla Cama i Mer­ri­pena jest bar­dzo życz­liwa.

– Przy nich czuje się bez­piecz­nie.

– A przy mnie nie? – za­py­tał z urazą Leo.

– Po­dej­rze­wam, iż ma świa­do­mość, że ty je­steś męż­czy­zną.

Ta re­we­la­cja spra­wiła, że Leo aż pod­sko­czył. Z uda­wa­nym znu­że­niem za­czął przy­glą­dać się za­war­to­ści swego kie­liszka.

– Po­wie­działa ci tak?

– Nie, sam to za­uwa­ży­łem, w Hamp­shire. – Harry się wy­krzy­wił. – W re­la­cjach z Cat trzeba być uważ­nym ob­ser­wa­to­rem. Ona nie mówi o so­bie. – Do­pił resztkę trunku, od­sta­wił kie­li­szek i oparł się wy­god­nie. – Matka nie skon­tak­to­wała się ze mną ani razu po wy­jeź­dzie z Buf­falo – kon­ty­nu­ował, spla­ta­jąc palce. – Gdy jed­nak skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia lat, otrzy­ma­łem list wzy­wa­jący mnie do przy­jazdu do An­glii. Ni­co­lette za­pa­dła na wy­nisz­cza­jącą cho­robę, za­pewne ja­kiś ro­dzaj raka. Po­my­śla­łem, że chce mnie zo­ba­czyć przed śmier­cią. Na­tych­miast wy­ru­szy­łem, ale zmarła tuż przed moim przy­by­ciem.

– I wtedy po­zna­łeś Marks.

– Nie, nie było jej tam. Cat pra­gnęła po­zo­stać przy matce, ale ode­słano ją do ciotki i babki ze strony ojca. A sam oj­ciec, nie ma­jąc za­miaru czu­wać przy łożu cho­rej, udał się do Lon­dynu.

– Szla­chetny je­go­mość.

– Miej­scowa ko­bieta za­jęła się Ni­co­lette w ostat­nich ty­go­dniach jej ży­cia. To ona po­in­for­mo­wała mnie o Cat. Po­my­śla­łem, że po­wi­nie­nem od­wie­dzić to dziecko, ale po na­my­śle do­sze­dłem do wnio­sku, że le­piej bę­dzie tego nie ro­bić. W moim ży­ciu nie było miej­sca dla nie­ślub­nej przy­rod­niej sio­stry. Była ode mnie o po­łowę młod­sza, po­trze­bo­wała ko­bie­cej ręki. Za­ło­ży­łem, że le­piej jej bę­dzie u ciotki.

– Mia­łeś ra­cję?

Harry spoj­rzał na Leo nie­od­gad­nio­nym wzro­kiem.

– Nie.

W tej jed­nej sy­la­bie za­wie­rała się cała hi­sto­ria. Leo za­pra­gnął ją usły­szeć.

– Co się stało?

– Po­sta­no­wi­łem zo­stać w Lon­dy­nie i spró­bo­wać szczę­ścia w ho­te­lar­stwie. Na­pi­sa­łem do Cat list, w któ­rym obie­ca­łem jej wszelką po­moc. Kilka lat póź­niej od­pi­sała mi. Od­na­la­złem ją w... bar­dzo trud­nych oko­licz­no­ściach. Ża­łuję, że nie do­tar­łem tam wcze­śniej.

Czu­jąc ukłu­cie nie­wy­tłu­ma­czal­nej tro­ski, Leo nie zdo­łał dłu­żej za­cho­wać po­zo­rów obo­jęt­no­ści.

– Co masz na my­śli, mó­wiąc o trud­nych oko­licz­no­ściach?

Harry po­krę­cił głową.

– Nie mogę ci zdra­dzić nic wię­cej. Reszta na­leży do Cat.

– Do dia­bła, Ru­tledge, nie mo­żesz tak tego zo­sta­wić. Chcę wie­dzieć, jak Ha­tha­way­owie zo­stali w to wplą­tani i dla­czego osta­tecz­nie mia­łem nie­szczę­ście stać się chle­bo­dawcą naj­bar­dziej zrzę­dli­wej i wścib­skiej gu­wer­nantki w An­glii.

– Cat nie musi pra­co­wać. Da­łem jej tyle pie­nię­dzy, by mo­gła uło­żyć so­bie ży­cie we­dle swo­ich ży­czeń. Wy­je­chała do szkoły z in­ter­na­tem, gdzie uczyła się przez cztery lata, a ko­lejne dwa wy­kła­dała. W końcu przy­je­chała do Lon­dynu, by po­in­for­mo­wać mnie, że przy­jęła po­sadę gu­wer­nantki u Ha­tha­wayów. Ty by­łeś wtedy we Fran­cji z Win, jak mnie­mam. Cat po­szła na roz­mowę, Cam i Ame­lia ją po­lu­bili, Be­atrix i Poppy wy­raź­nie jej po­trze­bo­wały i chyba nikt nie wy­py­ty­wał o jej brak do­świad­cze­nia.

– Oczy­wi­ście, że nie – stwier­dził kwa­śno Leo. – Moja ro­dzina z pew­no­ścią nie kło­po­tała się czymś tak po­zba­wio­nym zna­cze­nia jak do­świad­cze­nie za­wo­dowe. Roz­mowę o pracę roz­po­częli za­pewne od py­ta­nia o jej ulu­biony ko­lor.

Harry z ca­łych sił sta­rał się nie ro­ze­śmiać.

– Pew­nie masz ra­cję.

– Dla­czego po­szła na służbę, je­śli nie po­trze­bo­wała pie­nię­dzy?

Harry wzru­szył ra­mio­nami.

– Chciała prze­ko­nać się, czym jest ro­dzina, na­wet je­śli miała być kimś z ze­wnątrz. Cat jest prze­ko­nana, że ni­gdy nie za­łoży wła­snej.

Leo zmarsz­czył brwi, jakby nie wi­dział w tym stwier­dze­niu żad­nego sensu.

– Prze­cież nic jej nie po­wstrzy­muje.

– Tak są­dzisz? – W zie­lo­nych oczach Harry’ego mi­gnęła drwina. – Wy, Ha­tha­way­owie, nie po­tra­fi­cie zro­zu­mieć, czym jest do­ra­sta­nie w izo­la­cji, wśród lu­dzi, któ­rych w ogóle nie ob­cho­dzi los dziecka. Za­kła­da­cie, że to wina czło­wieka, że nie da się go ko­chać. A to uczu­cie ota­cza cię bez prze­rwy, aż staje się wię­zie­niem i w końcu sam ba­ry­ka­du­jesz drzwi przed wszyst­kimi, któ­rzy chcą się do cie­bie zbli­żyć.

Leo słu­chał z uwagą, wy­czu­wa­jąc, że Harry mówi nie tylko o Ca­the­rine, ale i o so­bie. Po ci­chu przy­znał mu ra­cję: na­wet po­grą­żony w naj­głęb­szej roz­pa­czy wie­dział prze­cież, że jego ro­dzina go ko­cha.

Po raz pierw­szy na­prawdę do­tarło do niego, co Poppy zro­biła dla Harry’ego – wy­rwała go z nie­wi­dzial­nego wię­zie­nia z jego opi­sów.

– Dzię­kuję – od­parł w końcu ci­cho. – Wiem, że nie­ła­two ci było o tym mó­wić.

– Nie ma za co. Mu­szę tylko wy­ja­śnić ci jedną rzecz, Ram­say – mruk­nął Harry z po­wagą. – Je­śli skrzyw­dzisz Cat, będę mu­siał cię za­bić.

Poppy sie­działa w łóżku w ko­szuli noc­nej i czy­tała książkę. Usły­szała, że ktoś wcho­dzi do apar­ta­mentu, pod­nio­sła głowę i uśmiech­nęła się do męża, który po­ja­wił się na progu sy­pialni. Jej puls przy­spie­szył roz­kosz­nie na jego wi­dok. Harry był enig­ma­tycz­nym męż­czy­zną, nie­bez­piecz­nym na­wet zda­niem tych, któ­rzy chwa­lili się, że do­brze go znają. Przy Poppy ujaw­niał jed­nak swą zre­lak­so­waną wraż­liwą stronę.

– Roz­ma­wia­łeś z Leo?

– Tak, naj­droż­sza. – Zdjął sur­dut, rzu­cił go na opar­cie krze­sła i pod­szedł do łóżka. – Chciał po­roz­ma­wiać o Cat, tak jak po­dej­rze­wa­łem. Po­wie­dzia­łem mu tyle, ile mo­głem.

– I co o tym są­dzisz? – Poppy wie­działa, że Harry bez­błęd­nie po­trafi od­czy­tać my­śli i mo­ty­wa­cje in­nych.

Męż­czy­zna roz­luź­nił kra­wat.

– Ram­say nie­po­koi się o Cat znacz­nie bar­dziej, niż jest skłonny to przy­znać, to ja­sne. A mnie się to nie po­doba. Ale nie będę się wtrą­cał, do­póki Cat nie po­prosi mnie o po­moc. – Do­tknął od­sło­nię­tej szyi żony, prze­su­nął grzbie­tami pal­ców po skó­rze z czu­ło­ścią, od któ­rej od­dech Poppy przy­spie­szył. Czubki jego pal­ców spo­częły na gwał­tow­nie pul­su­ją­cym miej­scu i po­gła­dziły je czule. Na po­liczki Poppy wy­stą­pił ru­mie­niec. – Odłóż książkę – po­pro­sił ni­skim gło­sem.

Poppy za­ci­snęła palce na koł­drze.

– Ale wła­śnie do­tar­łam do bar­dzo in­te­re­su­ją­cego frag­mentu – od­parła, draż­niąc się z mę­żem.

– Na pewno nie jest na­wet w po­ło­wie tak in­te­re­su­jący, jak to, co za­raz przy­da­rzy się to­bie. – Harry jed­nym zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nął po­ściel i po­chy­lił się nad nią... Książka upa­dła na pod­łogę, cał­kiem za­po­mniana.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij