Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zawsze będę cię kochać - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2026
4392 pkt
punktów Virtualo

Zawsze będę cię kochać - ebook

Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że moim nowym sąsiadem jest Callan Keen, jeden z najsłynniejszych i najprzystojniejszych piłkarzy w Szkocji. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że ten ponurak wciąż żywi do mnie urazę za coś, co wydarzyło się lata temu. Zwłaszcza że właściwie nie wydarzyło… Och, to takie skomplikowane!

Kiedy pojawiła się szansa na duży kontrakt, musiałam poprosić Callana o pomoc. Ja potrzebowałam sfingowanej randki, a on spotkania z moim ojcem, rekinem w branży nieruchomości. Umowa teoretycznie była dość prosta. Szkopuł w tym, że od pierwszego spotkania iskrzyło między nami jak diabli. Próżno było temu zaprzeczać, a tym bardziej z tym walczyć, i tak – chcąc nie chcąc – wpadliśmy w wir sześciotygodniowego, niezobowiązującego romansu.

Przysięgałam, że już nigdy nie zakocham się w Callanie, ale im więcej czasu spędzaliśmy razem, tym bardziej przypominał mi chłopaka, dla którego kiedyś straciłam głowę. A może nigdy nie przestałam go kochać? Sama już nie wiem. Jak mu pokazać, że jesteśmy warci ryzyka, zwłaszcza że przeszłość powraca i nadal nas dręczy? Czy my mamy w ogóle szansę na wspólną przyszłość? My, Callan i ja???

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-946-6
Rozmiar pliku: 3,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

1

BETH

Edyn­burg, Szko­cja

Byłam głodna, spo­cona i mocno spóź­niona. Tym­cza­sem drogę do miesz­ka­nia blo­ko­wało mi trzech wyjąt­kowo przy­stoj­nych face­tów z naj­brzyd­szą kanapą świata.

– Jesz­cze raz powiesz „obróć­cie”, a wykoń­czę cię od ręki – rzu­cił koleś odwró­cony do mnie ple­cami. Miał sze­ro­kie ramiona, wąską talię i fry­zurę na samu­raja.

– Sta­ram się roz­ła­do­wać napię­cie odro­biną humoru – odgryzł się wci­śnięty mię­dzy ścianę a opar­cie kanapy gość z wyraź­nym ame­ry­kań­skim akcen­tem.

Zaprząt­nięta wła­snymi spra­wami prze­oczy­łam lśnią­cego czar­nego Land Rovera, obok któ­rego zosta­wi­łam samo­chód na pry­wat­nym par­kingu przy Love­rose Lane. Nie zwró­ci­łam też uwagi na sto­jącą przed wej­ściem do budynku fur­go­netkę firmy prze­pro­wadz­ko­wej, bo czy­ta­łam aku­rat wia­do­mość od Cary, która dla jed­nego z naszych auto­rów kazała mi na powrót zatrud­nić zwol­nioną nie­dawno influ­en­cerkę.

Odpi­sa­łam jej, prze­cią­gnę­łam przez czyt­nik przy wiel­kich szkla­nych drzwiach kartę wej­ściową i zacze­ka­łam, aż się roz­suną. Rodzice chęt­nie pomo­gli mi opła­cić depo­zyt wła­śnie dla­tego, że było tu tak bez­piecz­nie. Wej­ście tylko na kartę i kamery w hallu, a wszystko to rap­tem dzie­sięć minut spa­cer­kiem od ich domu przy Dublin Street, w któ­rym się wycho­wa­łam.

W budyn­kach eks­klu­zyw­nego osie­dla na rogu Love­rose Lane i Dun­das Street prze­wi­dziano oczy­wi­ście windy, ja jed­nak wra­ca­łam z siłowni i chcia­łam pod­trzy­mać przy­jemne pul­so­wa­nie krwi, posta­no­wi­łam więc wejść scho­dami. Żeby dotrzeć do swo­jego dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia (bo tylko na takie było mnie stać w samym sercu Edyn­burga), musia­łam poko­nać cztery kon­dy­gna­cje. Po dro­dze dobie­gały mnie pod­nie­sione męskie głosy, odbi­ja­jące się echem w klatce scho­do­wej. Faceci ewi­dent­nie się kłó­cili. Wyszedł­szy zza rogu, odkry­łam dla­czego.

Trzech gości utknęło mię­dzy dru­gim a trze­cim pię­trem z wielką, trzy­oso­bową gra­na­tową kanapą w żółte kwiaty.

Zer­k­nę­łam na komórkę. W banku żyw­no­ści w Leith, w któ­rym w piąt­kowe popo­łu­dnia pra­co­wa­łam jako wolon­ta­riuszka, mia­łam być za godzinę. Zostało mi nie­wiele czasu na lunch i prysz­nic. Bank zbie­rał żyw­ność od pry­wat­nych dar­czyń­ców i prze­ka­zy­wał ją potrze­bu­ją­cym. Jego sze­fowa bar­dzo pil­no­wała, żeby wolon­ta­riu­sze prze­strze­gali godzin dyżu­rów.

– Pod­nie­śmy kanapę nad głowę. Może wtedy uda nam się skrę­cić?

Wku­rzona spoj­rza­łam na faceta sto­ją­cego przo­dem do mnie przy końcu feral­nego mebla. Świa­tło wpa­da­jące przez dłu­gie pro­sto­kątne okno za jego ple­cami oto­czyło miękką poświatą jego ciem­no­włosą głowę, więc chwilę trwało, nim dostrze­głam rysy twa­rzy.

Roz­po­zna­łam go. Serce fik­nęło mi koziołka.

Cal­lan Keen.

Kapi­tan i czo­łowy pomoc­nik Cale­do­nia Uni­ted, jed­nej z edyn­bur­skich dru­żyn Szkoc­kiej Ligi Zawo­do­wej Piłki Noż­nej. W meczach, w któ­rych grał, nawet zawod­nicy naj­lep­szych dru­żyn, takich jak Dal­mar­nock Thi­stle czy King­ston Uni­ted, musieli się nie­źle nabie­gać. Zasta­na­wia­cie się pew­nie, skąd ktoś, kto nie­spe­cjal­nie lubi fut­bol, tyle wie o Cal­la­nie Keenie.

Nie, nie cho­dzi o to, że jest dia­blo przy­stojny i wziął udział chyba we wszyst­kich dobrych rekla­mach w Szko­cji. Ani że grał w dru­ży­nie naro­do­wej w zeszło­rocz­nym tur­nieju.

Nie, nic z tych rze­czy.

Zna­łam go od lat. Był synem faceta, który wbił mojemu ojcu nóż w plecy.

I co wła­śnie robił? Wno­sił obrzy­dliwą kanapę po scho­dach budynku, w któ­rym miesz­ka­łam.

Zro­biło mi się zimno ze stra­chu.

Apar­ta­ment nade mną został wysta­wiony na sprze­daż. Stał pusty od dwóch tygo­dni. A to ozna­czało jedno: kupił go Cal­lan albo któ­ryś z jego kum­pli od wno­sze­nia kanapy. Ci dwaj też pew­nie grali w fut­bol. Bez waha­nia posta­wi­ła­bym na to swo­jego uko­cha­nego elek­trycz­nego Mini Coopera.

Do naszego budynku wpro­wa­dzi się pił­karz. Super. Tylko tego bra­ko­wało.

Wku­rzona na maksa wizją hucz­nych imprez i wygłu­pów, które z pew­no­ścią zakłócą spo­kój mego wyma­rzo­nego gniazdka, skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach.

– Powie­cie mi, po jakie licho tar­ga­cie kanapę scho­dami, skoro w budynku jest duża winda? – wark­nę­łam.

– O w mordę! – sap­nął Samu­raj. Zasko­czony za szybko obró­cił głowę, stra­cił rów­no­wagę i opadł ciężko na sofę.

Pozo­stali krzyk­nęli, pró­bu­jąc utrzy­mać roz­chwiany mebel. Pan Samu­raj popra­wił chwyt, po czym ponow­nie obró­cił głowę i przez ramię zmie­rzył mnie tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Trzeba przy­znać, że był nie­mal rów­nie atrak­cyjny jak Cal­lan. Miał cie­płe brą­zowe oczy i oliw­kową cerę. Kiedy skoń­czył mnie tak­so­wać, wykrzy­wił usta w przy­mil­nym uśmie­chu.

– Hejka – rzu­cił.

– No i co teraz? – burk­nę­łam, wzru­sza­jąc ramio­nami. Nie spoj­rzaw­szy nawet na Samu­raja, utkwi­łam oskar­ży­ciel­ski wzrok w Cal­la­nie. Zauwa­ży­łam, w któ­rym momen­cie mnie roz­po­znał, bo jego zie­lone oczy zwę­ziły się nie­bez­piecz­nie.

– To ty? – wypluł z sie­bie, jakby natknął się na wyjąt­kowo obrzy­dliwe neme­zis.

Usta mi zadrżały, ale powstrzy­ma­łam uśmiech, w porę przy­po­mi­na­jąc sobie, jak bar­dzo ci trzej mnie iry­tują.

– To co? – Poło­ży­łam ręce na bio­drach i wska­za­łam głową kanapę. – Może jed­nak winda?

– Chwila… – Samu­raj zer­k­nął na Cal­lana. – Kto to jest? Zna­cie się?

– Zacze­kajmy z pre­zen­ta­cją, aż zatar­gamy to cho­ler­stwo do miesz­ka­nia Keena – jęk­nął koleś przy­ci­śnięty kanapą do ściany.

Miesz­ka­nie Keena. Oczy­wi­ście. Moim nowym sąsia­dem będzie Cal­lan.

– Cóż, panno Mądra­liń­ska… – Cal­lan wykrzy­wił się w sar­ka­stycz­nym uśmie­chu. – Kanapa nie zmie­ściła się do windy. Musie­li­śmy wybrać schody.

– Grasz w piłkę od lat. Nie stać cię na tra­ga­rzy?

– W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych nie zakła­dam, że kasa zała­twi wszystko.

Prze­wró­ci­łam oczami, wie­dząc, że pije do mnie i moich rodzi­ców.

– Wyobraź sobie, kapi­ta­nie – syk­nę­łam – że tara­su­jesz wej­ście do mojego miesz­ka­nia, a mnie się dzi­siaj spie­szy.

– Serio nazwała cię kapi­ta­nem?! – prych­nął Samu­raj.

– Prze­cież jest kapi­ta­nem waszej dru­żyny. – Spoj­rza­łam na niego zimno. – A jako kapi­tan z pew­no­ścią znaj­dzie spo­sób, żeby usu­nąć mi z drogi to kwie­ci­ste obrzy­dli­stwo. Jak mówi­łam, spie­szę się.

– Bar­dzo mi przy­kro, nic z tego. – Cal­lan by­naj­mniej nie wyglą­dał na skru­szo­nego. – Nie krę­puj się. Zadzwoń do kosme­tyczki. Nałoży ci maseczkę w innym ter­mi­nie. Albo wiesz co… sko­rzy­staj z windy.

Ski­nął na kum­pli, uno­sząc swój koniec kanapy.

– W górę ją, pano­wie.

Z rękami zało­żo­nymi na piersi patrzy­łam drwiąco, jak szar­pią się z gra­na­towo-żół­tym mon­strum. Po kilku minu­tach wypeł­nio­nych posa­py­wa­niem i peł­nymi iry­ta­cji wark­nię­ciami pod­nie­śli wresz­cie kanapę na wypro­sto­wa­nych ramio­nach. Muszę przy­znać, że widok napię­tych mię­śni pod gładką skórą popra­wił mi nieco humor. I żeby popa­trzeć dłu­żej, posta­no­wi­łam odpu­ścić windę. Prze­ży­łam nawet chwilę nie­po­koju, kiedy środ­kowy koleś za opar­ciem omal nie wyle­ciał razem z kanapą przez okno, na które z impe­tem wpadł, zakrę­ca­jąc.

– To jak, powiesz mi wresz­cie, coś za jedna? – sap­nął Samu­raj, kiedy zna­leź­li­śmy się w końcu w kory­ta­rzu.

Szłam tuż za nimi i pew­nie powin­nam była się skie­ro­wać do windy, ale żal mi było wido­ków. Poza tym po cichu liczy­łam, że to wszystko jest tylko ponu­rym żar­tem. Cal­lan ściem­nia i wcale nie wpro­wa­dza się do budynku, w któ­rym miesz­kam.

Nie widzia­łam go od lat – nie licząc oczy­wi­ście wywia­dów w tele­wi­zji albo reklam, w któ­rych wystę­po­wał, więc mimo­wol­nie śle­dzi­łam wzro­kiem, jak tasz­czy na górę gigan­tyczną zwy­cięż­czy­nię kon­kursu na naj­brzyd­szą kanapę świata. Powró­ciły wspo­mnie­nia, gasząc na chwilę iry­ta­cję. Nie­mal widzia­łam, jak pochyla ku mnie w kla­sie ciemną czu­prynę, rzu­ca­jąc pod nosem zabawne uwagi, po któ­rych nie umia­łam opa­no­wać śmie­chu. W cza­sach szkoły wystar­czyło, że zechciał na mnie spoj­rzeć, a już pro­mie­nia­łam.

– No i? – naci­skał Samu­raj.

Drgnę­łam, otrzą­sa­jąc się ze wspo­mnień.

– Jestem Beth. Cie­kawa ta wasza kanapa.

– Nie zaczy­naj – sark­nął Cal­lan.

– Też mu dałem popa­lić – wyszcze­rzył się Środ­kowy. – Tylko dureń kupiłby takie paskudz­two.

– Szlag by to – zaklął Cal­lan. Jego głowa znik­nęła nagle znad boku kanapy, a gra­na­towy potwór prze­chy­lił się nie­bez­piecz­nie w stronę Samu­raja.

Pod­bie­głam i opar­łam się ramie­niem o bok mebla, pod­trzy­mu­jąc go.

– Prze­pra­szam – wystę­kał Cal­lan. – Potkną­łem się.

– Dzięki. – Samu­raj popa­trzył na mnie z apro­batą.

– Dro­biazg – odpar­łam, choć czu­łam, jak drżą mi napięte pod cię­ża­rem mię­śnie. Znio­słam dziel­nie ból, cze­ka­jąc, aż Cal­lan poprawi chwyt i unie­sie kanapę.

Pod­niósł głowę. Kiedy zauwa­żył, co robię, zmarsz­czył groź­nie brwi.

– Co ty wypra­wiasz?

– Pomaga – wyrę­czył mnie Samu­raj, krzy­wiąc się z nie­do­wie­rza­niem. – Prze­szka­dza ci sek­sowna sąsiadka?

– Dzięki. – Roz­pro­mie­ni­łam się na kom­ple­ment. – Też jesteś niczego sobie.

– Wiem. – Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. – Ale doce­niam.

– Nic z tego. – Cal­lan przy­trzy­mał opar­cie jedną ręką, wymie­rza­jąc w nas oskar­ży­ciel­sko palec dru­giej. – Zapo­mnij. Nie jeste­ście przy­ja­ciółmi.

– No nie wiem… – Wzru­szy­łam ramio­nami. – Czuję, że mamy wiele wspól­nego.

– Zde­cy­do­wa­nie – potwier­dził Samu­raj. – A przy oka­zji, jestem Baird. Bram­karz Caley.

Nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę jego wzrost i gaba­ryty, pomy­śla­łam, robiąc przy tym mądrą minę, jak­bym o piłce noż­nej wie­działa wszystko.

– A ja John. Nie żeby ktoś pytał. – Środ­kowy posłał mi krzywy uśmie­szek.

Z bli­ska odkry­łam, że jeste­śmy do sie­bie zaska­ku­jąco podobni w kolo­ry­cie. Mie­li­śmy takie same ciem­no­blond włosy, jasne, nie­bie­skie oczy i oliw­kową skórę. Mogli­by­śmy ucho­dzić za rodzeń­stwo. Chyba dostrzegł moje zasko­cze­nie, bo uśmiech­nął się sze­roko, jakby wie­dział, o czym pomy­śla­łam, i podzie­lał moją opi­nię.

– Gram w środku pola.

Nie mia­łam poję­cia, co to ozna­cza, ale na wszelki wypa­dek poki­wa­łam głową.

– I jesteś Ame­ry­ka­ni­nem albo Kana­dyj­czy­kiem?

– Brawo. Więk­szość ludzi ma mnie za Jan­kesa, a ja pocho­dzę z Toronto. – W nazwie mia­sta omi­nął dru­gie t.

– A ty jesteś Beth i… – Baird zawie­sił głos, cze­ka­jąc, aż coś dorzucę.

– I ręce mnie bolą jak dia­bli – wark­nął Cal­lan. – Beth chyba wspo­mniała, że się spie­szy do kosme­tyczki.

– Nic takiego nie mówi­łam.

– Mówi­łaś.

– Powie­dzia­łam, że się spie­szę. Kosme­tyczkę i maseczkę sam doda­łeś.

– Maseczka, paznok­cie, co za róż­nica? Grunt, żeby­śmy wresz­cie dotar­gali na górę tę cho­lerną kanapę.

– Wow… Nie mówi się tak do przy­ja­ciół.

– Ty i ja się nie przy­jaź­nimy – wark­nął.

Niby nie powinno mnie to obcho­dzić, a jed­nak zakłuło bole­śnie. Zdo­by­łam się na wymu­szony uśmiech.

– Mia­łam na myśli Bairda i Johna.

– Na górę! – Cal­lan pocią­gnął kanapę z taką siłą, że musie­li­śmy ruszyć za nim.

Nie­długo póź­niej dotar­li­śmy na moje pię­tro. Im zostało jesz­cze jedno.

– Daj mi chwilę, ręce mi zdrę­twiały. – John z roz­ma­chem posta­wił kanapę.

Sko­rzy­sta­li­śmy z oka­zji, odsu­wa­jąc się od niej o krok.

Cal­lan i ja sta­nę­li­śmy oko w oko po raz pierw­szy od ośmiu lat. Miał na sobie T-shirt, niby luźny, ale cia­sno opi­na­jący jego potężne ramiona i bicepsy, do tego dżinsy i prze­tarte czarne teni­sówki. Wie­dzia­łam, że to buty od Diora, bo mój brat Luke miał świra na punk­cie ciu­chów tego pro­jek­tanta. Wszystko to jed­nak i tak się nie liczyło. Cal­lan Keen nawet owi­nięty w worek na śmieci wyglą­dałby jak milion dola­rów. Prze­sta­łam się dzi­wić, że zgar­niał tyle reklam. Ponad metr osiem­dzie­siąt, atle­tyczna budowa ciała, każdy gar­ni­tur leżał na nim jak ulał. I do tego twarz…

Ta jego cho­lerna gęba.

Wła­śnie dla­tego w cza­sach szkol­nych tak roz­pacz­li­wie się w nim buja­łam. Był moją pierw­szą miło­ścią.

Wyglą­dał nie­mal jak kie­dyś… Nie­mal. Bo dziś miał kil­ku­dniowy zarost, który spra­wiał, że wyda­wał się jesz­cze bar­dziej męski. Zie­lone oczy, kie­dyś pełne humoru i rado­ści, teraz się zwę­ziły, gdy przy­glą­dał mi się czuj­nie. Skrzy­żo­wał ręce na piersi. Sap­nę­łam cicho, uda­jąc, że nie patrzę na napi­na­jące się przy tym mię­śnie jego ramion. Nie musiał wie­dzieć, że na­dal mi się podoba.

– Serio tutaj miesz­kasz?

– Serio zapła­ci­łeś za to coś? – Mach­nę­łam lek­ce­wa­żąco w stronę kanapy.

Baird par­sk­nął śmie­chem, ale gdy Cal­lan popa­trzył na niego oskar­ży­ciel­sko, udał, że kaszle.

– Wszę­dzie pełno kurzu – wyja­śnił, pokle­pu­jąc dra­ma­tycz­nie sze­roką pierś.

Usta same zło­żyły mi się do uśmie­chu. Cóż, chyba polu­bi­łam tego gościa. Cal­lan prze­wró­cił oczami i wró­cił spoj­rze­niem do mnie.

– Ta kanapa jest wyjąt­kowo wygodna. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych nie kupuję rze­czy tylko dla­tego, że są dro­gie albo budzą czyjś zachwyt.

– I mówi to facet w butach od Diora – prych­nę­łam.

– Już ją lubię – stwier­dził John, mru­ga­jąc do Bairda, a ten poki­wał głową z apro­batą.

Uśmiech­nę­łam się zachwy­cona nie­ocze­ki­wa­nym wspar­ciem.

– Stop! – Cal­lan zama­chał nam przed nosem rękami. – Nie jeste­ście przy­ja­ciółmi. A ty… – zwró­cił się do mnie. – Ty już idź, bo się spóź­nisz do kosme­tyczki.

W sumie miał rację, tyle że cze­kali na mnie w banku żyw­no­ści.

– Na takiej kana­pie raczej nie licz na nume­rek – rzu­ci­łam zja­dli­wie.

– To samo mu powie­dzia­łem. – Baird uniósł rękę, żeby­śmy przy­bili piątkę.

Skwa­pli­wie sko­rzy­sta­łam z oka­zji, wie­dząc, jak bar­dzo moja zaży­łość z kum­plami działa mu na nerwy.

Cal­lan popa­trzył na mnie z wyż­szo­ścią.

– Nawet gdy­bym wyta­rzał się w kociej kuwe­cie, i tak zna­la­zł­bym chętną na nume­rek – oznaj­mił, uno­sząc brew, jakby cze­kał na odpo­wiedź.

– Fuj. – Uni­wer­salne.

– Ma tro­chę racji – ode­zwał się John. – Choć jego gust mnie ostat­nio nie­po­koi.

– Nie­które laski lecą na pił­ka­rzy, a reszta nie ma zna­cze­nia – dorzu­cił swoje trzy gro­sze Baird.

– O gustach się nie dys­ku­tuje – ucię­łam. – Ale żeby kocia kuweta? Serio cię to kręci?

Cal­lan tylko wzru­szył ramio­nami.

– Mam nadzieję, że się mylisz, bo wola­ła­bym na­dal wie­rzyć w ludz­kość. – Spoj­rza­łam na niego z poli­to­wa­niem. – A teraz poważ­nie. Na twoim miej­scu pomy­śla­ła­bym o zmia­nie tapi­cerki. Nawet moja przy­szy­wana bab­cia ma ład­niej­szą.

– Bred­nie.

– Jak to przy­szy­wana bab­cia? – Baird uniósł pyta­jąco brwi.

– Bab­cia Elo­die. Nie jeste­śmy spo­krew­nione, ale trak­tuje mnie jak wnuczkę, więc odpła­cam jej tym samym.

– Nie masz praw­dzi­wej babci?

Pokrę­ci­łam głową. Rodzice mamy zmarli, kiedy była jesz­cze nasto­latką, tak jak jej młod­sza sio­stra, po któ­rej dosta­łam imię. Dzia­dek ze strony ojca odszedł, zanim się uro­dzi­łam, bab­cia nie inte­re­so­wała się naszym życiem. Podobno – co wiem od ojca – zmarła kilka lat temu. Dla­tego przy­rod­nia sio­stra ojca, cio­cia Ellie, jej matka Elo­die i ojczym Clark byli moją naj­bliż­szą rodziną. Przy­naj­mniej się sta­rali. Choć oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że nie pły­nie we mnie krew żad­nego z nich.

– Przy­kre. – Baird wes­tchnął teatral­nie, ale w jego oczach dostrze­głam szczere współ­czu­cie.

– Też tak myślę.

– Moja bab­cia byłaby tobą zachwy­cona. Chęt­nie cię z nią poznam. A poza tym… – zwró­cił się do Cal­lana – …jej kanapa też jest ład­niej­sza od two­jej.

– Widzisz? – zapy­ta­łam, robiąc przy tym minę pod tytu­łem: a nie mówi­łam?

Cal­lan patrzył na nas przez chwilę z tępym wyra­zem twa­rzy.

– O nie! – sap­nął w końcu. – Ty nie poznasz jego babci, a ja nie oddam kanapy do tapi­cera. Nie zary­zy­kuję, że będzie potem mniej wygodna. Dość gada­nia, łap­cie się za to cho­ler­stwo. A ty… – Wyce­lo­wał we mnie palu­chem. – Ty spa­daj.

– Wie­rzysz w tę gadkę o kuwe­cie? – spy­ta­łam, pogar­dli­wie wydy­ma­jąc usta. – Bo coś mi się zdaje, że fajna babka nie tknę­łaby cię nawet, gdy­byś się kąpał w Nutelli.

– Nutella i Cal­lan. – John zachi­cho­tał. – Dobre.

– Ja bym ją zli­zy­wał nawet z wła­snych jajek – zade­kla­ro­wał Baird.

Zapa­dła cisza. Potrze­bo­wa­li­śmy chwili, żeby to sobie wyobra­zić. A potem jak na komendę wszy­scy wybuch­nę­li­śmy śmie­chem. Wycie­ra­jąc z oczu łzy, z tru­dem zła­pa­łam oddech. Cal­lan znów wska­zał na mnie palu­chem.

– Koniec z tym! – wark­nął. – Żad­nych żar­tów z moimi kum­plami.

– Dzie­ciak z cie­bie. – Star­łam spod oka roz­ma­zany tusz. – W dodatku dzie­ciak z obrzy­dliwą kanapą.

– A to mi doło­ży­łaś. – W teatral­nym geście chwy­cił się za serce i zato­czył w tył. – Nie wiem, jak się teraz pozbie­ram.

– Powiedz­cie nam wresz­cie – wtrą­cił się John – skąd się zna­cie.

– I dla­czego tak się nie zno­si­cie. – Baird mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo do kum­pla. – Laska jest eks­tra. Sym­pa­tyczna i do zawie­sze­nia oka.

– Pozory mylą. Szybko to zro­zu­miesz. Gdy­by­ście nie grali w piłkę, pew­nie nawet by na was nie spoj­rzała.

Zabo­lało. Opa­dły mnie wyrzuty sumie­nia. Wie­dzia­łam, dla­czego Cal­lan tak myśli, nawet jeśli nijak się to miało do prawdy.

Baird nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

– Co fakt, to fakt. – Spoj­rza­łam wyzy­wa­jąco na Cal­lana, żeby ukryć rumie­niec wstydu. – Na cie­bie też patrzę tylko dla­tego, że się tarzasz po boisku.

– Oczy­wi­ście. – Poki­wał głową.

– Wała z cie­bie robi – zauwa­żył Baird. – Naucz się wresz­cie roz­po­zna­wać zja­dliwy ton.

– Rusz się i pomóż mi z kanapą.

– Nie ma sprawy, ale jeśli coś sobie nacią­gnę, to ty będziesz się tłu­ma­czył tre­ne­rowi.

Nie wie­dzieć czemu, stra­ci­łam nagle ochotę do żar­tów. Odwró­ci­łam się i poma­sze­ro­wa­łam do drzwi swo­jego miesz­ka­nia.

– Hej, Beth! – zawo­łał za mną Baird.

Obej­rza­łam się przez ramię.

– Tak?

– Dzięki, o boska. – Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo. Roz­broił mnie tym tro­chę. Nie­chęć do Cal­lana przy­ga­sła.

– Nie ma sprawy. Dla cie­bie wszystko. O ile w pobliżu nie będzie ama­tora kuwet.

John i Baird wybuch­nęli śmie­chem, a Cal­lan bur­czał coś pod nosem nawet, gdy wcho­dzili już na schody.

Nie zaszczy­ci­łam go ani jed­nym spoj­rze­niem, zajęta myślami o tym, co mnie czeka. Wygląda na to, że będziemy na sie­bie czę­sto wpa­dać. Minęło osiem lat. Byli­śmy wtedy dzie­cia­kami. Przez chwilę jed­nak mia­łam wra­że­nie, że widzie­li­śmy się wczo­raj. W jego przy­padku czas nie zale­czył ran. Otwarta wro­gość, jaką mi oka­zy­wał, nie­zbi­cie tego dowo­dziła.ROZDZIAŁ 2

2

CAL­LAN

Naci­sną­łem przy­cisk pilota, żeby pod­nieść żalu­zje. Wystar­czył jeden klik i wszyst­kie ruszyły w górę. Poma­sze­ro­wa­łem do gar­de­roby.

– Myśla­łam, że pił­ka­rze lubią sobie pospać.

Zer­k­ną­łem w prawo na babkę, która wła­śnie wychy­nęła z łazienki – wyglą­dała o niebo lepiej niż w chwili, gdy w niej zni­kała. Zosta­wiła mi na poduszce ślady tuszu, któ­rych pew­nie trudno się będzie pozbyć, bo jak zauwa­ży­łem, maskara scho­dzi z tka­nin znacz­nie opor­niej niż z rzęs wła­ści­cielki.

Mruk­ną­łem coś w odpo­wie­dzi, wska­ku­jąc w dżinsy i nacią­ga­jąc koszulkę. Torba tre­nin­gowa stała spa­ko­wana przy drzwiach. Spie­szy­łem się, bo kiedy pół­to­rej godziny temu zadzwo­nił budzik, moja przy­goda na jedną noc tylko coś wymam­ro­tała i odmó­wiła wyj­ścia z łóżka.

Ładna bru­netka zmie­rzyła mnie wzro­kiem, gdy usia­dłem na tapi­ce­ro­wa­nej ławeczce na środku gar­de­roby, żeby wło­żyć spor­towe buty. Mia­łem ich mnó­stwo. Ni­gdy nawet nie marzy­łem, że facet taki jak ja, który modlił się po nocach, żeby jego jedyne teni­sówki dotrwały do końca roku, teraz będzie miał półki pełne spor­to­wych butów.

– Uuu. – Zagwiz­dała z podzi­wem. – Ciu­chów na tony. Ale po co ci tyle spor­to­wych butów?

Omio­tłem spoj­rze­niem wielki sto­jak na obu­wie. Zde­cy­do­wa­łem się na kupno miesz­ka­nia głów­nie ze względu na dużą gar­de­robę. Ktoś, kto jak ja zaczy­nał od zera i sam się dora­biał wszyst­kiego, odczuwa zadzi­wia­jącą potrzebę dba­nia o wła­sne przed­mioty.

– Nie prze­sa­dzaj. Mam rap­tem kilka par. – Wsta­łem i się­gną­łem do szu­flady po oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Ruszy­łem do drzwi.

Babka się prze­su­nęła, żeby mnie prze­pu­ścić.

– Roz­mowny to ty nie jesteś.

– Spie­szę się na tre­ning.

– Jasne. – Pochy­liła się, by pod­nieść z pod­łogi zrzu­cone wczo­raj w pośpie­chu szpilki. – Widzia­łeś gdzieś moją torebkę?

– Przy wej­ściu. – Ski­ną­łem głową, żeby poszła za mną.

Minę­li­śmy drzwi do dużej łazienki i dwóch poko­jów gościn­nych. Zna­leź­li­śmy się w dużym salo­nie.

Świa­tło wpa­da­jące przez ogromne, się­ga­jące od pod­łogi po sufit okna było zde­cy­do­wa­nie jed­nym z naj­więk­szych atu­tów pen­tho­use’u. Bal­kon wzdłuż dwóch naroż­nych ścian miesz­ka­nia wycho­dził na nie­wielki park za Love­rose Lane oraz na roz­cią­ga­jące się za nim budynki New Town. W oko­licy było mnó­stwo zabyt­ko­wych kamie­nic, mnie jed­nak marzył się nowo­cze­sny apar­ta­ment. Szyb­ciej i taniej dostał­bym pew­nie coś w oko­li­cach boiska w Car­rick Knowe, ale podob­nie jak John i Baird wola­łem się trzy­mać cen­trum mia­sta. To jed­nak ozna­czało, że musia­łem wyjeż­dżać godzinę wcze­śniej, żeby zdą­żyć na tre­ning, bo choć w zało­że­niu droga zaj­mo­wała dwa­dzie­ścia minut, korki o tej porze dnia robiły swoje.

– Wczo­raj nie zdą­ży­łam się przyj­rzeć, ale miesz­kasz eks­tra – rzu­ciła bru­netka, gdy holo­wa­łem ją dys­kret­nie do drzwi. – Tylko ta kanapa… Po dziad­kach?

– Nie. – Skrzy­wi­łem się. – Kupi­łem ją, bo jest wygodna.

Babka pochy­liła się po torebkę, po czym jesz­cze raz zer­k­nęła z powąt­pie­wa­niem w głąb salonu. Przy­po­mnia­łem sobie, co Beth mówiła o kwie­ci­stej kana­pie. Posta­no­wi­łem spraw­dzić, czy miała rację.

– Czy gdy­byś zauwa­żyła ją wcze­śniej, zanim się bzyk­nę­li­śmy, to i tak byśmy się bzyk­nęli?

– Jasne. – Par­sk­nęła śmie­chem. – Tyle że nie na kana­pie babuni.

Zer­k­ną­łem przez ramię na zwa­li­sty mebel w kwiatki. Nie mia­łem poję­cia, o co tyle szumu – wcale nie wyda­wał mi się brzydki. Usia­dłem na nim w skle­pie po tym, jak wypró­bo­wa­łem setki innych kanap. Zapa­dłem się wygod­nie w poduszki i tylko to się dla mnie liczyło. Cho­ciaż fakt, gra­na­towo-żółte obi­cie gry­zło się tro­chę ze skó­rza­nymi roz­kła­da­nymi fote­lami i z fiku­śnymi nowo­cze­snymi meblami, które pomo­gła mi wybrać sio­stra Bairda. Ale co z tego? Kanapa była najwygod­niejsza na świe­cie. Kropka. Koniec dys­ku­sji.

– Chyba mam wszystko. – Głos bru­netki wyrwał mnie z zamy­śle­nia. Stała przy drzwiach, grze­biąc w torebce.

– Eks­tra – rzu­ci­łem, łapiąc po dro­dze do wyj­ścia torbę na tre­ning.

– Zoba­czymy się jesz­cze?

– Słu­chaj… Geo­r­gia? Zga­dza się?

– Pew­nie powin­nam się cie­szyć, że zapa­mię­ta­łeś. – Skrzy­wiła się w iro­nicz­nym uśmie­chu.

– Byłem wczo­raj trzeźwy, więc co cię tak dziwi?

– Coś mi się zdaje, że zga­dy­wa­łeś.

– Nie mam głowy do imion. – Kła­ma­łem, rzecz jasna. Kiedy ock­ną­łem się rano i zoba­czy­łem ją w łóżku, prze­ży­łem moment paniki. Za nic nie mogłem sobie przy­po­mnieć, kto zacz. Dla­czego? Gdy wie­czo­rem wró­ci­łem do miesz­ka­nia, byłem zalany w perełkę. Sezon wkrótce się zaczy­nał, a kiedy gra­li­śmy, nawet nie wącha­łem alko­holu. Tak samo zresztą jak kum­ple z dru­żyny. Geo­r­gia wyglą­dała jak wszyst­kie laski, które wyry­wa­łem na jed­no­ra­zowe dymanko. Co prawda ją jako pierw­szą przy­pro­wa­dzi­łem do nowego miesz­ka­nia dwa tygo­dnie po prze­pro­wadzce, co jed­nak wcale nie zna­czyło, że przez ten czas żyłem w celi­ba­cie.

Szcze­rze? Przez całą karierę pił­kar­ską zali­cza­łem tylko poje­dyn­cze numerki. Po ośmiu latach byłem tym już tro­chę znu­żony.

Seks zro­bił się nudny. Może dla­tego, że omi­ja­łem grę wstępną i etap żar­to­bli­wego prze­ko­ma­rza­nia się na dro­dze do randki z łóż­kiem? O nic nie musia­łem się sta­rać. Przy wymia­nie zło­śli­wo­ści z Beth Car­mi­chael powie­dzia­łem prawdę. Wokół nie bra­ko­wało lasek, które chciały zali­czyć pił­ka­rza. Pod­cho­dziły i sta­wiały sprawę jasno: nie liczyły na romans, a jedy­nie na bliż­szą zna­jo­mość z moim kum­plem spod roz­porka. Apka rand­kowa, z któ­rej korzy­sta­łem, przy­po­mi­nała długą listę ocze­ku­ją­cych na wizytę do leka­rza. Okej, może i mówiąc w ten spo­sób, wycho­dzi­łem na dupka, ale po co owi­jać w bawełnę? Seks nie powi­nien być nudny. Dobrze by było, gdyby wzbu­dzał jakie­kol­wiek emo­cje. Cho­ciaż… Pew­nie nie powi­nienem narze­kać, bo więk­szość face­tów zazdro­ściła mi takiego życia.

Zapewne to ze mną coś było grubo nie tak.

– To na razie – rzu­ciła Geo­r­gia, idąc do windy.

Skrę­ci­łem na schody.

– Serio?

– Jedź windą. Nie obrażę się. – Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Nieee… Zejdę z tobą. – Podrep­tała ku mnie na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach, w któ­rych jej nogi wyglą­dały nie­ziem­sko.

– Świet­nie się bawi­łem. – Kolejne kłam­stwo, ale niech się babka lepiej czuje. Prze­cież i tak ją spła­wia­łem.

– Ja też. Może to powtó­rzymy? – Jej obcasy stu­kały gło­śno o beto­nowe stop­nie.

– Eee…

Fuk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem. Skrzy­wi­łem się. Nie­po­trzeb­nie sta­ra­łem się być miły. Sko­rzy­sta­li­śmy z apki i oboje wie­dzie­li­śmy, do czego to pro­wa­dzi.

– Na­dal nie wie­rzę, że zry­wasz się o świ­cie. – Geo­r­gia pospiesz­nie zmie­niła temat.

– Jest siódma. Nie idziesz do pracy?

– Zaczy­namy o dzie­wią­tej. Pra­cuję w biu­rze rachun­ko­wym. Koń­czę o sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści.

Nie do końca wie­dzia­łem, po co mi to mówi, więc na wszelki wypa­dek tylko mruk­ną­łem w odpo­wie­dzi. Nie­zręczną ciszę prze­rwało poja­wie­nie się Beth Car­mi­chael, która aku­rat wyszła z miesz­ka­nia. Puls mi przy­spie­szył. Z iry­ta­cji, rzecz jasna.

Baird gadał o Beth nie­mal bez prze­rwy od dnia, gdy wpa­dli­śmy na sie­bie w cza­sie prze­pro­wadzki. Nie mia­łem poję­cia, czy się zadu­rzył jak mało­lat, czy tylko pró­bo­wał mnie wyson­do­wać.

Na­dal nie ogar­nia­łem, że miesz­kamy z Beth w tym samym budynku. Kie­dyś się przy­jaź­ni­li­śmy. Wycięła mi paskudny numer, po któ­rym długo zbie­ra­łem się do kupy. Pozo­stała bli­zna. Nie­stety. Nie zno­si­łem faktu, że aż tak wpły­nęła na moje życie.

Jej sko­śne oczy roz­sze­rzyły się z zasko­cze­nia, gdy zauwa­żyła nas na scho­dach.

– Aaaa… – Chwila waha­nia. – Dzień dobry.

Geo­r­gia poma­chała pal­cami w geście powi­ta­nia. Rzu­ci­łem jej ponure spoj­rze­nie, po cichu żału­jąc, że jed­nak nie wsia­dła do windy. Chwilę póź­niej poziom mojej iry­ta­cji pod­sko­czył gwał­tow­nie, bo Beth ruszyła w naszą stronę w swo­jej kre­tyń­sko kusej kiecce. Czu­łem, że pali mnie skóra. Nie dziw się tak, chło­pie, upo­mnia­łem się w duchu. Jest śro­dek lipca, lato gorące jak dia­bli i wszyst­kie laski noszą mini. Omio­tłem Beth spoj­rze­niem, czu­jąc, że im jest bli­żej, tym szyb­ciej wszyst­kie myśli ula­tują mi z głowy.

Miała na sobie kró­ciutką sukienkę trzy­ma­jącą się tylko na cien­kich paskach. Całą w kwiaty – więc pew­nie zni­kłaby na mojej kana­pie, oczy­wi­ście, gdyby się teraz na niej zna­la­zła. Przy­su­ną­łem się do Geo­r­gii, żeby prze­pu­ścić ją na scho­dach, a potem sta­ra­łem się, ile sił, żeby się nie gapić na jej dłu­gie nogi, gdy zbie­gała lekko w dół.

Beth zawsze była wysoka i gibka. Nawet jako pięt­na­sto­latka przy­cią­gała spoj­rze­nia burzą jasnych wło­sów i kocimi oczami w kolo­rze jasnego błę­kitu. Teraz zaokrą­gliła się przy­jem­nie dla oka w oko­li­cach biu­stu i bio­der.

– Eks­tra kiecka! – zawo­łała za nią Geo­r­gia.

Beth obej­rzała się przez ramię i posłała jej pro­mienny uśmiech. Poczu­łem, że ści­ska mnie w żołądku jak przed waż­nym meczem.

– Dzięki – rzu­ciła, omia­ta­jąc Geo­r­gię uważ­nym spoj­rze­niem. – Twoja też mi się podoba. A ta torebka… mega.

– Super, co? Zna­la­złam ją za psie pie­nią­dze w apce, przez którą ludzie sprze­dają uży­wane ciu­chy i dodatki od pro­jek­tan­tów. Babka wyszła z nią może parę razy.

– Poważ­nie? – Beth zatrzy­mała się na pół­pię­trze, cze­ka­jąc, aż Geo­r­gia do niej dołą­czy. – Jak się nazywa ta apka?

Geo­r­gia wymie­niła nazwę, po czym chwy­ciła Beth za nad­gar­stek.

– O rany! Od Tif­fany’ego?

Wycią­gną­łem szyję, żeby zoba­czyć, o co jej cho­dzi. No tak. Bran­so­letka. Deli­katna. Srebrna, zło­żona z kilku okrą­głych kora­li­ków i zawieszki w kształ­cie małego różo­wego ser­duszka.

– Tak. Pre­zent od rodzi­ców na dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny.

– Śliczna. Marzy mi się coś od Tif­fany’ego, ale takie dro­bia­zgi powinno się dosta­wać z oka­zji.

– Spraw sobie pre­zent sama. Nic prost­szego. – Beth szturch­nęła Geo­r­gię poro­zu­mie­waw­czo, jakby znały się do lat. – Każdy od czasu do czasu zasłu­guje na coś ład­nego.

– Tak myślisz?

– Jasne. Popatrz na to. – Beth zało­żyła za ucho pasmo wło­sów i wska­zała na kol­czyk zło­żony z więk­szej dia­men­to­wej kulki i dwóch mniej­szych srebr­nych. Zer­k­ną­łem i tro­chę za gło­śno prze­łkną­łem ślinę, bo odsło­niła przy tym długą, smu­kłą szyję. – Kupi­łam je, kiedy moja firma zaczęła wresz­cie przy­no­sić zyski.

– Masz wła­sną firmę? – pisnęła Geo­r­gia z zachwy­tem. – Czym się zaj­mu­jesz?

– Pro­wa­dzę firmę zarzą­dza­jącą mediami spo­łecz­no­ścio­wymi. Social Queens. Sama jestem sobie sze­fową.

– Super. Jesteś jesz­cze młoda. Podzi­wiam. Też chcia­łam mieć coś wła­snego.

Beth zaczęła paplać o uro­kach samo­za­trud­nie­nia i chwilę póź­niej z Geo­r­gią u boku znik­nęła za drzwiami do budynku. Obie kom­plet­nie zapo­mniały o moim ist­nie­niu.ROZDZIAŁ 3

3

CAL­LAN

Nie mam poję­cia, jak Beth i Geo­r­gia to zro­biły, ale zanim do nich dosze­dłem, stały już przy Mini Coope­rze Beth. Wie­dzia­łem, że to jej auto, bo w ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni kil­ka­krot­nie na sie­bie wpa­dli­śmy. Kiedy do mnie dotarło, że wycho­dzimy mniej wię­cej o tej samej porze, zaczą­łem się wymy­kać na tre­ning nieco wcze­śniej.

Dziś przez Geo­r­gię nie zdą­ży­łem unik­nąć spo­tka­nia.

Poiry­to­wany poma­sze­ro­wa­łem dziar­sko do swo­jego Land Rovera, nie spusz­cza­jąc wzroku z dziew­czyn, które gawę­dziły swo­bod­nie, gesty­ku­lu­jąc i co chwila wybu­cha­jąc śmie­chem. Co tu się, do cho­lery, odwa­lało?

Ku mojemu prze­ra­że­niu wycią­gnęły komórki i wymie­niły się nume­rami!

Wycią­ga­jąc Geo­r­gię z łóżka, obie­ca­łem, że po dro­dze na tre­ning pod­rzucę ją do jej miesz­ka­nia. Cze­ka­łem więc nie­cier­pli­wie, zna­cząco spo­glą­da­jąc na zega­rek. Geo­r­gia roze­śmiała się na coś, co powie­działa Beth, po czym się wychy­liła, żeby ją uści­snąć. Co jest? Naj­pierw Baird, a teraz moja jed­no­ra­zowa przy­goda. Co takiego miała w sobie Beth, że ludzie lgnęli do niej jak muchy do miodu?

Geo­r­gia ruszyła w moją stronę, a Beth wyje­chała z par­kingu lśnią­cym nowo­ścią autkiem, za które z pew­no­ścią zapła­cili mama i tata Car­mi­cha­elo­wie. Choć może tym razem źle ją oce­ni­łem i sama sobie spra­wiła bryczkę z docho­dów firmy, którą tak się chwa­liła? Szcze­rze mówiąc, nie­wiele teraz o niej wie­dzia­łem. Przed laty bar­dzo jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie życzy sobie mieć ze mną nic wspól­nego.

Trudno. Grunt, że utar­łem jej nosa. Bo kto miesz­kał w pen­tho­usie? Kto wystę­po­wał w rekla­mach i repre­zen­to­wał kraj w pucha­rach świata?

Tak. Ja. I Beth Car­mi­chael nie ma prawa patrzeć na mnie z góry.

Wku­rzony na maksa wspią­łem się na sie­dze­nie Land Rovera w tym samym cza­sie, co Geo­r­gia.

– Super ta twoja sąsiadka – zaszcze­bio­tała. – Umó­wi­ły­śmy się na kawę w przy­szłym tygo­dniu. Mam pomysł na wła­sny biz­nes. Beth obie­cała, że wyja­śni mi to i owo. Pomoże mi zacząć. Wyobra­żasz sobie?

Burk­ną­łem coś pod nosem.

– Ponoć nazywa się Car­mi­chael – cią­gnęła nie­zra­żona. – Myślisz, że ma coś wspól­nego z tymi Car­mi­chaelami?

Nie odpo­wie­dzia­łem, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że wła­śnie wyjeż­dża­li­śmy z par­kingu.

– Dokąd cię pod­rzu­cić?

– Na Comely Bank. Może i Beth należy do tej dzia­nej rodziny? – pod­jęła. – Wygląda na kogoś, kto sypiał w zło­tej koły­sce. Szkoda, że głu­pio mi było o to zapy­tać. Nad­ro­bię to przy następ­nym spo­tka­niu. Byłoby super. O Joce­lyn Car­mi­chael sły­szeli chyba wszy­scy, odkąd na pod­sta­wie jej ksią­żek powstało parę fil­mów. Gruba ryba. A Bra­den Car­mi­chael jest kró­lem rynku nie­ru­cho­mo­ści w Edyn­burgu.

Tak. Joce­lyn i Bra­den Car­mi­cha­elo­wie byli rodzi­cami Beth i zna­nymi posta­ciami w mie­ście. I ow­szem, uwa­żano ich za „grube ryby”, a Beth dobrze o tym wie­działa. Dla­tego nie miała ochoty się przy­jaź­nić z byle kim, kto tra­fił do jej szkoły nieco przy­pad­kiem. Mia­łem wtedy szes­na­ście lat. Dosta­łem sty­pen­dium spor­towe. Prze­nie­siono mnie do lep­szej pla­cówki. Spę­dzi­łem tam tylko rok, bo szybko ścią­gnięto mnie do dru­żyny junior­skiej Cale­do­nia Uni­ted. Potem awan­so­wa­łem do zespołu i tak Caley stała się moją rodziną.

Byłem rok star­szy od Beth, ale cho­dzi­li­śmy razem na dwoje zajęć, bo tak to dzia­łało w ostat­niej kla­sie. Szybko się zaprzy­jaź­ni­li­śmy. Z cza­sem przy­jaźń prze­ro­dziła się w coś głęb­szego. Choć tylko dla mnie, Beth bowiem bły­ska­wicz­nie prze­cięła wszyst­kie łączące nas więzi.

Zwie­rza­łem jej się z naj­skryt­szych tajem­nic, a ona nagle, tuż po swo­ich szes­na­stych uro­dzi­nach, kilka mie­sięcy przed moim wyjaz­dem do Caley, z dnia na dzień prze­stała się do mnie odzy­wać. Uni­kała mnie na kory­ta­rzach, w kla­sie sia­dała jak naj­da­lej ode mnie i zaczęła rand­ko­wać z synem milio­nera, nawia­sem mówiąc, total­nym palan­tem. A kiedy wresz­cie zebra­łem się na odwagę, żeby zapy­tać wprost, co jest grane, odparła, że „za bar­dzo się od sie­bie róż­nimy”.

Zro­zu­mia­łem to dokład­nie tak, jak chciała.

Nie byłem dość dobry, żeby bzy­kać Car­mi­cha­elównę.

Moc­niej zaci­sną­łem ręce na skó­rza­nej kie­row­nicy Land Rovera. Tak… Przy­naj­mniej jej poka­za­łem. Udo­wod­ni­łem wszyst­kim, na co mnie stać.

– Wszystko okej? – zapy­tała cicho Geo­r­gia.

– Tak. Gdzie się zatrzy­mać?

Podała mi numer budynku. Sta­ną­łem przy kra­węż­niku.

– To co?… Do zoba­cze­nia?

Poki­wa­łem głową, rzu­ca­jąc jej zdaw­kowy uśmiech.

– Dzięki za tę noc.

– Nie ma sprawy – odpo­wie­działa, uśmie­cha­jąc się z przy­mu­sem. Zesko­czyła na chod­nik. – Palant – usły­sza­łem jesz­cze, jak mruk­nęła, nim z hukiem zatrza­snęła drzwi.

Szcze­rze? Nie mia­łem poję­cia, czym zasłu­ży­łem na te fochy.

Do klubu dotar­łem na czas. Bez pośpie­chu zapar­ko­wa­łem nie­da­leko boiska i sta­dionu w połu­dnio­wej czę­ści Car­rick Knowe. Za każdą minutę spóź­nie­nia tre­ner nali­czał grzywnę – dzie­sięć fun­tów.

Ode­tchną­łem. Napię­cie, które towa­rzy­szyło mi od rana, wresz­cie zaczęło odpusz­czać. Przy­jeż­dża­jąc tu, mia­łem wra­że­nie, że wra­cam do domu. Ochro­niarz Danny wpu­ścił mnie bez słowa. Zapy­ta­łem, co u jego żony, która nie­dawno uro­dziła córeczkę. Odpo­wie­dział krótko, bo wie­dział o sys­te­mie kar i nie chciał nara­żać mnie na koszty. Poma­cha­łem Janice z recep­cji i kilku krę­cą­cym się w pobliżu pra­cow­ni­kom klubu. Ruszy­łem kory­ta­rzem do szatni.

– Hej! – powi­tał mnie Baird, kiedy wsze­dłem. – Ciężka noc?

Nie­ważne, jak czę­sto tu sprzą­tano i jak bar­dzo nasz mena­dżer dbał o to pomiesz­cze­nie, w powie­trzu i tak uno­sił się spe­cy­ficzny zapach anty­per­spi­ran­tów zmie­sza­nych ze smrod­kiem prze­po­co­nych skar­pet.

Chło­paki wybuch­nęli śmie­chem. Posy­pały się nie­wy­bredne żarty.

– Bła­gam, powiedz cho­ciaż, że zali­czy­łeś Beth. – Baird wychy­lił się zza drzwi szafki i mru­gnął do mnie zna­cząco.

– Wal się. Nie tknął­bym jej nawet kijem.

Baird zro­bił ura­żoną minę, jakby poczuł się dotknięty w imie­niu Beth.

– A to, stary, zna­czy, że coś z tobą nie tak.

– Nawet nie myśl o tym, żeby się z nią kum­plo­wać. – Dźgną­łem go palu­chem w pierś.

– Zgoda, ale pod jed­nym warun­kiem. Powiesz mi, za co jej tak nie zno­sisz.

– Też chęt­nie posłu­cham. – John wychy­nął zza szafki po mojej dru­giej stro­nie.

– O czym?! – krzyk­nął z dru­giego końca szatni Kaito Tanaka, jeden ze środ­ko­wych obroń­ców. Japo­niec miał zde­cy­do­wa­nie za dobry słuch. Był jed­nym z trzech Azja­tów gra­ją­cych w klu­bie. Bry­tyj­skie dru­żyny coraz chęt­niej rekru­to­wały jego roda­ków, odkąd Japo­nia zna­la­zła się w pierw­szej dwu­dzie­stce ran­kingu Mię­dzy­na­ro­do­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Piłki Noż­nej. Caley nie nale­żała do wyjąt­ków.

– O niczym.

– Za bar­dzo im zależy jak na nic. – Kaito odwró­cił się do swo­jego kum­pla z Japo­nii, Botana, i zaczął paplać w ojczy­stym języku, co jakiś czas na mnie wska­zu­jąc.

Botan wyglą­dał na zasko­czo­nego.

– Pro­blem z dziew­czyną? – zapy­tał w końcu. – Ty? – A póź­niej dorzu­cił coś po japoń­sku.

– Mówi – pospie­szył z pomocą Kaito – że jeśli ty masz pro­blem, to wszy­scy tu mamy prze­rą­bane.

– Nie przej­muj się. Ty jesteś na to za ładny. – Wyszcze­rzy­łem się w uśmie­chu, mru­ga­jąc do Botana. Liczy­łem, że zama­skuję tym rosnącą iry­ta­cję.

Botan radził sobie z angiel­skim znacz­nie gorzej niż Kaito, ale kom­ple­ment zro­zu­miał w lot i odpo­wie­dział aro­ganc­kim uśmiesz­kiem.

– Nic z tego. – Baird nacią­gnął kami­zelkę z czuj­ni­kami zapi­su­ją­cymi para­me­try pod­czas tre­ningu. – Nie dam ci uciec od tematu. Gadamy o Beth. Mów, co jest grane.

– Co ci tak zależy? – Mach­ną­łem głową w jego stronę. – Chcesz ją zerżnąć, to śmiało. – Led­wie to powie­dzia­łem, już mia­łem ochotę wepchnąć sobie słowa z powro­tem do gar­dła.

– Może tak zro­bię? – Baird zmie­rzył mnie spoj­rze­niem zmru­żo­nych oczu.

Palant.

– Wszy­scy już są? – Do szatni wpadł tre­ner z nie­od­łącz­nym mena­dże­rem Sve­nem u boku.

Brian O’Kelly pro­wa­dził dru­żynę od dwóch lat. Dzięki niemu pierw­szy raz od dłu­giego czasu tra­fi­li­śmy na dru­gie miej­sce w tabeli Szkoc­kiej Ligi. Pew­nie wła­śnie dla­tego wyła­mał się z tra­dy­cji dwu­let­nich kaden­cji tre­ne­rów i pozo­stał w klu­bie, mimo że wcze­śniej Caley, jak więk­szość dru­żyn, zmie­niała selek­cjo­ne­rów z podziwu godną regu­lar­no­ścią.

– Upie­kło ci się… – mruk­nął Baird. – Ale jesz­cze cię przy­ci­snę.

– Jesteś gor­szy niż wścib­ska ciotka – odszep­ną­łem. – I lepiej uwa­żaj, bo przez naj­bliż­sze sześć godzin każdą piłką będę celo­wał w twoje jaja.

– Pano­wie! – zawo­łał Brian.

Spoj­rze­li­śmy na niego jak na komendę.

– Macie ochotę nam coś opo­wie­dzieć?

– Obie­cy­wa­łem Bair­dowi, że przy­łożę się do tre­ningu.

– Gdzieś mamy babki, które posuwa! – krzyk­nął z końca szatni nasz lewy skrzy­dłowy Szwaj­car Eric Bau­mann.

– Nie bądź zazdro­sny, Bau­mann. – Wyszcze­rzy­łem się do niego w uśmie­chu. – Dla cie­bie też znajdę tro­chę czasu.

– Nie wejdę w drogę bestii. – Wska­zał pod­bród­kiem Bairda. – Wiel­kie dzięki.

– Zamknij się, mendo – rzu­cił od nie­chce­nia Baird. – I prze­stań nazy­wać mnie bestią. Za fajny jestem.

Nie do końca prze­ko­nani, po co była ta wymiana zdań, wybuch­nę­li­śmy śmie­chem.

– Dość tego – uciął Brian. – Zaczy­namy od siłowni. I nie obi­jać się. Za dwa tygo­dnie gramy pierw­szy mecz z Din­gwall Dro­vers. Zwy­cię­stwo mi nie wystar­czy. Macie ich zetrzeć na proch. Czy to jasne?

– Tak jest, tre­ne­rze! – odkrzyk­nę­li­śmy chó­rem.

– McMil­lan? – Brian popa­trzył na Bairda. – Po co ci ta kami­zelka? Zaczy­namy od przed­tre­ningu. Ścią­gaj cho­ler­stwo.

– Koleś nie rusza się bez sta­nika – prych­nął Etienne, nasz fran­cu­ski obrońca.

– Pyta cię obcho­dzi. – Baird ścią­gnął koszulkę przez głowę. Pocho­dził z Fal­kirk. Wyglą­dał jak model i przez lata spę­dzone w dru­ży­nie nauczył się pano­wać nad akcen­tem i gwarą, bywało jed­nak, że się zapo­mi­nał. – Prze­szka­dza ci mój sta­nik?

Kum­ple zachi­cho­tali, a Etienne zro­bił głu­pią minę. Jako jeden z nie­wielu w ogóle nie łapał dow­ci­pów Bairda i nie rozu­miał jego powie­dzo­nek.

Klep­ną­łem ręcz­ni­kiem w tyłek Bairda, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że ręce miał zajęte kami­zelką. Jak wszy­scy się­gną­łem po wodę i wyma­sze­ro­wa­łem za Bria­nem z szatni.

W kory­ta­rzu Baird nachy­lił mi się do ucha. Zaci­sną­łem zęby, pewny, że za chwilę dopro­wa­dzi mnie do furii kolejną wzmianką o Beth, miał jed­nak inne plany.

– Chris ode­zwał się w spra­wie zamku – szep­nął.

– I co? – Rozej­rza­łem się, czy nikt nie pod­słu­chuje. Chris był naszym radcą praw­nym.

– Należy do Bra­dena Car­mi­cha­ela.

Niech to szlag jasny trafi.

Obaj mie­li­śmy z Bair­dem sporo oleju w gło­wie i myśle­li­śmy o przy­szło­ści. Szu­ka­li­śmy cze­goś, co da nam utrzy­ma­nie, kiedy skoń­czy się nasza kariera na boisku. W przy­padku pił­ka­rzy ozna­czało to zwy­kle trzy­dzie­sty któ­ryś rok życia. Na spo­rcie zara­bia­li­śmy kro­cie, do tego docho­dziły spore zyski z reklam i pro­mo­cji, ale i tak daleko nam było do Davida Bec­khama. Dla­tego powoli, lecz kon­se­kwent­nie inwe­sto­wa­li­śmy w nie­ru­cho­mo­ści w środ­ko­wej Szko­cji. Beth dzia­łała mi na nerwy jak sam dia­beł, ale jej ojca szcze­rze podzi­wia­łem. Bra­den był poten­ta­tem na rynku nie­ru­cho­mo­ści. Geo­r­gia się nie myliła, mówiąc, że trak­to­wano go w naszym mie­ście niczym księ­cia. Dla mnie i Bairda był wzo­rem. Obaj marzy­li­śmy, żeby mu kie­dyś dorów­nać. Kiedy wysta­wiono na sprze­daż sto­jący na wybrzeżu mię­dzy Edyn­bur­giem a North Ber­wick zamek Blan­tyre, natych­miast zło­ży­li­śmy ofertę.

Uzna­li­śmy, że jest hojna, zwa­żyw­szy, że zamek trzeba jesz­cze wyre­mon­to­wać, nim będzie się nada­wał na hotel i spa, o jakich marzy­li­śmy. Tydzień temu z nie­do­wie­rza­niem przy­ję­li­śmy więc wia­do­mość, że sprze­da­jący ją odrzu­cił.

Tak. Teraz wszystko ukła­dało się w całość. To Bra­den nie miał ochoty wcho­dzić z nami w inte­resy.

Dla­czego?

– Niech Chris umówi nam spo­tka­nie z Car­mi­cha­elem.

– A co, jeśli odmówi? – Baird wzru­szył ramio­nami.

Przed oczami mignęła mi śliczna buzia Beth.

– Coś wymy­ślimy – obie­ca­łem.ROZDZIAŁ 6

6

CAL­LAN

Wygra­li­śmy z Din­gwall Dro­vers dwa do jed­nego. Pew­nie nie o takiej „jatce” marzył tre­ner, ale nowi zawod­nicy, któ­rzy dołą­czyli do dru­żyny w tym sezo­nie, szybko się odna­leźli na boisku i w zespole. God­nie zastą­pili tych, któ­rych wypo­ży­czono do innych klu­bów. Byłem dumny, bo zdo­by­łem z poda­nia jed­nego gola. Drugi raz w okienko tra­fił John. Ci z Din­gwall pró­bo­wali odro­bić straty, ale Baird spi­sy­wał się fan­ta­stycz­nie i nie dał im roz­wi­nąć skrzy­deł.

Tre­ner nie był jed­nak zachwy­cony. Ponoć zbyt czę­sto uda­wało im się prze­ła­mać naszą obronę.

Mecz nie poto­czył się po naszej myśli, a Bra­den Car­mi­chael na­dal odma­wiał spo­tka­nia ze mną i z Bair­dem. Poprzed­niego wie­czoru potrze­bo­wa­łem więc chwili wytchnie­nia i cze­goś, co roz­ła­do­wa­łoby stres.

Następ­nego dnia mie­li­śmy tre­ning, wypi­łem więc z chło­pa­kami po jed­nym i grzecz­nie wró­ci­łem do domu. Tyle że nie sam. Z Jules. Baird ostrzegł mnie przed wyj­ściem, że laska sypiała z naszym rezer­wo­wym bram­ka­rzem, Micha­elem Hol­me­sem, i buch­nęła mu komórkę, żeby donieść jego dziew­czy­nie o zdra­dzie. Puści­łem to mimo uszu. Karma, wia­domo. Może i nie wybra­liby mnie na faceta roku, ale nie puścił­bym kan­tem dziew­czyny, gdy­bym ją miał. Zbyt dobrze wie­dzia­łem, jak boli, gdy zawo­dzi ktoś, komu się bez­gra­nicz­nie ufało.

Seks z Jules był spoko. Po tym jak Hailey opo­wie­działa cho­ler­nej Beth Car­mi­chael, że śred­nio sobie radzę, tym razem bar­dziej się przy­ło­ży­łem. Laseczce zale­żało, żeby zali­czyć pił­ka­rza – fakt, ale to nie zna­czy, że mogłem leżeć i cze­kać na trzę­sie­nie ziemi.

Nie­stety, Baird miał rację. Kiedy wspo­mnia­łem Jules, że pora spa­dać, bo spie­szę się na tre­ning, omal nie ogłu­chłem od jej wrza­sków.

– Niech szlag trafi was, pił­ka­rzy, i wasze wcze­sne pobudki! – roz­darła się na dzień dobry.

Skrzy­wi­łem się tylko i ugry­złem w język. Lepiej nie zadzie­rać z kimś, kto robi z igły widły.

Cze­ka­jąc, aż zrobi się na bóstwo, i słu­cha­jąc, jak wali obca­sami w moje wypiesz­czone drew­niane pod­łogi, żało­wa­łem po cichu, że poświę­ci­łem jej aż tyle uwagi, pod­czas gdy miła dziew­czyna, taka jak Hailey, wyszła ode mnie lekko zawie­dziona, bo poka­za­łem się w łóżku z nie­naj­lep­szej strony. Zde­cy­do­wa­nie nie byłem z tego dumny.

Posta­no­wi­łem, że zro­bię sobie krótką prze­rwę od jed­no­noc­nych przy­gód. Lepiej już poje­chać na ręcz­nym, niż wysłu­chi­wać wrza­sków i prze­kleństw napa­lo­nej dziuni, która ma mi za złe, że o siód­mej rano wyrzu­cam ją za drzwi.

Wście­kły otwo­rzy­łem usta, żeby pona­glić Jules, ale nim zdą­ży­łem się ode­zwać, gwał­tow­nie otwo­rzyła drzwi łazienki. Trzeba przy­znać, że wyglą­dała nie­źle. Naprawdę nie­źle. Patrząc na nią, nikt by nie zgadł, że taka z niej jędza.

– Gotowe! – wark­nęła. – Zado­wo­lony?

Pokrę­ci­łem głową z nie­do­wie­rza­niem i powlo­kłem się do drzwi. Kątem oka zauwa­ży­łem leżące na sto­liku koperty. Poczu­łem wyrzuty sumie­nia. Nale­ża­łoby je pozbie­rać i odnieść. Zawa­ha­łem się… i chwilę póź­niej wysze­dłem z miesz­ka­nia.

W środę zgar­ną­łem pocztę ze skrzynki. Idąc na górę po scho­dach, prze­glą­da­łem listy. Zda­łem sobie sprawę, że listo­nosz przez pomyłkę wrzu­cił do mojej skrytki także te adre­so­wane do Beth. Jakiś cho­chlik mnie opę­tał i zamiast wsu­nąć je pod jej drzwi, zabra­łem je do domu. Nie mam poję­cia, po co mi to było, bo teraz od kilku dni, wycho­dząc, przy­po­mi­na­łem sobie, że nale­ża­łoby je wziąć i wpaść po dro­dze pię­tro niżej.

A jed­nak wciąż tego uni­ka­łem. Rów­nież dzi­siaj.

– Dokąd cię pod­rzu­cić? – zapy­ta­łem Jules.

– Do pracy – mruk­nęła. – Do sola­rium przy Geo­rge Street.

– Nie ma sprawy.

Kiedy ruszy­li­śmy scho­dami w dół, z pię­tra Beth dobie­gło skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi. Tętno mi przy­spie­szyło. Wie­dzia­łem, że za chwilę się na nią natkniemy. Miała na sobie obci­sły strój do ćwi­czeń. Pró­bo­wa­łem nie gapić się zbyt otwar­cie, żeby nie zle­cieć ze stop­nia. Prze­bie­głem w myślach oko­liczne siłow­nie, zasta­na­wia­jąc się, do któ­rej cho­dzi.

– Dzień dobry – zagad­nęła rado­śnie. Co prawda, ni­gdy nie nale­żała do ludzi mru­kli­wych, ale ten poziom rado­ści wyda­wał mi się prze­sadny. Pew­nie chciała mnie wku­rzyć.

Nie zaszczy­ci­łem jej odpo­wie­dzią, ski­ną­łem tylko głową. Moja… Jules pogar­dli­wie wydęła usta i poma­sze­ro­wała dalej.

Nie­zra­żona Beth ruszyła za nami. Nie­mal czu­łem na karku jej spoj­rze­nie.

– Zapo­wiada się kolejny ładny dzień – zagad­nęła przy­jaź­nie.

Nie odpusz­czała, żmija, więc tylko chrząk­ną­łem.

– Gra­tu­luję wygra­nej.

I tu mnie zasko­czyła. Omal nie spa­dłem ze scho­dów.

– Dobrze, że Baird jest świet­nym bra­ka­rzem.

No i pro­szę. Wró­ciła dawna Beth.

– Prze­każ mu ode mnie gra­tu­la­cje. Dobrze, że się wam tra­fił.

Jules zmie­rzyła ją nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– A ty coś za jedna, do cho­lery?

Uro­cze. Ale Beth nie stra­ciła rezonu.

– Jego sąsiadka. I przy­ja­ciółka Bairda.

– Nie przy­jaź­ni­cie się – rzu­ci­łem, nawet się nie odwra­ca­jąc.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij