-
nowość
-
promocja
Zawsze, nigdy - ebook
Zawsze, nigdy - ebook
Wielu z nas wydawało się, że po zakończeniu zimnej wojny temat bomby atomowej i nuklearnego wyścigu zbrojeń zszedł na dalszy plan. W USA zaprzestano prób jądrowych, a międzynarodowe traktaty spowodowały, że w amerykańskich laboratoriach nie tworzono już nowych rodzajów tej broni. Jednocześnie przedstawiciele rządu Stanów Zjednoczonych, jak i fizycy jądrowi, pracujący nad spuścizną Projektu Manhattan, zdawali sobie sprawę, że by doktryna odstraszania wciąż mogła działać, arsenał nuklearny nie może być przestarzały.
To podejście znajduje odzwierciedlenie w zasadzie „zawsze, nigdy” – bomby mają zawsze wybuchać wtedy, kiedy powinny wybuchnąć, i nigdy wtedy, kiedy wybuchnąć nie powinny. Gdy naukowiec z któregoś z amerykańskich laboratoriów narodowych używa określeń „bezpieczny, pewny i niezawodny”, nie mówi o pożądanych cechach samochodu, lecz o broni termojądrowej.
Po inwazji Rosji na Ukrainę, gdy widmo nuklearnego konfliktu nagle powróciło, kwestie dotyczące modernizacji arsenału i skutecznego wykrywania nielegalnych prób jądrowych znów zyskały na aktualności.
Sarah Scoles nie straszy nas jednak wizją nadchodzącej wojny atomowej. Rozmawia z amerykańskimi naukowcami, którzy zajmują się konserwacją i modernizacją bomb, by pokazać, że broń jądrowa istnieje i prawdopodobnie nadal będzie istnieć, a ktoś musi nad nią pracować. Bo największym paradoksem amerykańskiego arsenału nuklearnego jest to, że powstał po to, by – po Hiroszimie i Nagasaki – nie musiał być użyty nigdy więcej.
„Wszystko, co kiedykolwiek chcieliście wiedzieć o amerykańskiej broni jądrowej.” „Kirkus Reviews”
„Scoles umiejętnie opisuje napięcia między dwoma obozami naukowców zajmujących się bronią jądrową, kreśląc ich pełne niuansów portrety [...]. Końcowa analiza jest równie wyważona i sugeruje, że modernizowanie amerykańskiej broni jądrowej prawdopodobnie rzeczywiście zniechęca inne kraje do wykorzystywania swojego arsenału nuklearnego, nawet jeśli grozi to „podsycaniem niekończącego się wyścigu zbrojeń”. Czytelnicy opowiadający się w tej debacie po jednej lub po drugiej stronie znajdą sporo materiału do przemyśleń.” „Publishers Weekly”
„To niesłychanie wnikliwy reportaż dotyczący wszystkich praktycznych kwestii związanych z bronią jądrową. Sarah Scoles barwnie pisze o Los Alamos i ludziach, którzy na co dzień pracują w laboratoriach zbrojeniowych.” Kai Bird
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-258-0 |
| Rozmiar pliku: | 930 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Bob Drury Tom Clavin _Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów_ (wyd. 3)
Jon Krakauer _Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija_ (wyd. 2)
Olivia Laing _Miasto zwane samotnością. O Nowym Jorku i artystach osobnych_
Jenn Shapland _Moja autobiografia Carson McCullers_
Charlie LeDuff _Praca i inne grzechy. Prawdziwe życie nowojorczyków_ (wyd. 2)
Patti Smith _Pociąg linii M_ (wyd. 2)
Harry Crews _O mułach i ludziach. Dzieciństwo w Georgii_
Patti Smith _Poniedziałkowe dzieci_ (wyd. 3)
John Bloom Jim Atkinson _Bardzo spokojna okolica. Zbrodnia w Teksasie_
Mary Karr _Klub Łgarzy_
Piotr Jagielski _Grunge. Bękarty z Seattle_
Hampton Sides _Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu_ (wyd. 2)
Benjamin Gilmer _Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach_
Ewa Winnicka _Miasteczko Panna Maria. Ślązacy na Dzikim Zachodzie_
S.C. Gwynne _Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów_ (wyd. 3)
Will Sommer _Uwierz w Plan. Skąd się wziął_ _QA__non i jak namieszał w Ameryce_
Matt Taibbi _Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem_ (wyd. 2)
S.C. Gwynne _Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej_ (wyd. 2)
Kathleen Hale _Slenderman. Internetowy demon, choroba psychiczna i zbrodnia dwunastolatek_
Amanda Montell _Idź za mną. Język sekciarskiego fanatyzmu_
Nick Bilton _Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę_ (wyd. 3)
Elizabeth Catte _Czysta Ameryka. Przemilczana historia eugeniki_
Ben Terris _Waszyngtońska gorączka_
Matthew Hongoltz-Hetling _Inwazja uzdrawiaczy ciał. Na manowcach amerykańskiej medycyny_
Piotr Jagielski _Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie_ (wyd. 2)
Meg Kissinger _Nieobecni. Milczenie wokół chorób psychicznych w rodzinie_
Jon Krakauer _Wszystko za życie_ (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe _Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego_ (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe _Głowa węża. Przemytnicy z Chinatown i amerykański sen_
Magdalena Rittenhouse _Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero_ (wyd. 3)
Rina Raphael _Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu_
Katherine Stewart _Wyznawcy władzy. Religijny fundamentalizm i polityka w __USA_
Robert Kolker _W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii_ (wyd. 3)
Magda Działoszyńska-Kossow _San Francisco. Dziki brzeg wolności_ (wyd. 2)
Jon Billman _Urwany ślad. Zaginieni w amerykańskich parkach narodowych_WSTĘP
Nigdy nie brałam udziału w ćwiczeniach przeciwlotniczych. _Nazajutrz_ nie był moim ulubionym filmem, a o istnieniu ZSRR wiedziałam tylko dlatego, że przez kilka lat po jego upadku moja szkoła podstawowa na Florydzie nie miała funduszy na zakup nowych map. Śniły mi się koszmary o wpadaniu do zapadlisk, ale nie o śmigających po niebie pociskach z głowicami jądrowymi.
W gruncie rzeczy nie myślałam za dużo o broni jądrowej, zanim wiele lat po ustaniu tych koszmarów przeprowadziłam się na zachód Stanów Zjednoczonych. Tutaj, w regionie Gór Skalistych, bomby – a przynajmniej ich dziedzictwo – było nieco trudniej ignorować. Początkowo mieszkałam niedaleko Rocky Flats, zakładów, które produkowały kiedyś rdzenie wykorzystywane w broni jądrowej. Jadąc stamtąd autostradą międzystanową, mija się Cheyenne Mountain – zbudowane pod tysiącami metrów sześciennych granitu nuklearne centrum dowodzenia, które miało przetrwać eksplozje termojądrowe, żeby znajdujący się tam ludzie mogli odpalać rakiety, nawet jeśli reszta z nas zginie. Ta część kraju jest naznaczona bliznami po dawnych kopalniach uranu i zakładach jego przetwarzania. Ziemię dziurawią czynne oraz nieużywane silosy rakietowe i centra alarmowe.
W tym regionie są również zlokalizowane główne jądrowe ośrodki badawcze i produkcyjne, a konkretnie laboratoria narodowe Sandia i Los Alamos. Laboratoria zbrojeniowe. Kiedy się tu przeprowadziłam, wiedziałam o istnieniu tych obiektów, ale niewiele o tym, co się dzieje za ich wyjątkowo szczelnie zamkniętymi bramami. Ponieważ jednak jestem dziennikarką, która pisze o nauce, po prostu zapytałam, czy mogłabym wpaść z wizytą.
Podczas swoich pierwszych odwiedzin w obu laboratoriach rozmawiałam z naukowcami, którzy konstruowali akceleratory cząstek, dokonywali symulacji początku wszechświata, uruchamiali superkomputery następnej generacji i replikowali supernowe, nie licząc innych odlotowych projektów. To wszystko było oczywiście interesujące, ale wiedziałam, że żadne z tych badań nie jest _powodem_, dla którego owe laboratoria istnieją, ani nawet nie mówi całej prawdy o specjalizacji tych konkretnych naukowców. W laboratoriach prowadzonych przez Narodową Agencję Bezpieczeństwa Jądrowego (National Nuclear Security Administration, NNSA) podlegającą Departamentowi Energii (Department of Energy, DOE) – Sandia i Los Alamos, a także Lawrence Livermore w Kalifornii – lubi się dyskutować o łatwych do zrozumienia, nadających się do prasy projektach naukowych, którymi zajmują się ich pracownicy.
Po pierwsze, to nie jest tajne. Po drugie, nie doprowadza ludzi do szału.
Siły naukowe inspirujące tamtejsze badania ujawniają się jednak również w związku z bronią jądrową. Stanowi ona rację bytu laboratoriów, a większość ich budżetów jest przeznaczana na _tego_ rodzaju rzeczy, które nazywa się tam „pracą misyjną”: badania nad bronią jądrową, jej utrzymanie i bezpieczeństwo narodowe.
Wspomniane zadania są jednak objęte ściślejszą tajemnicą, a tendencja ta w pewnym sensie dopasowała się do dotyczącej broni jądrowej świadomości społecznej, która osłabła po zakończeniu zimnej wojny. Tymczasem Stany Zjednoczone realizują obecnie gigantyczny program modernizacji arsenału nuklearnego i ponownie inwestują w infrastrukturę atomową, czego nie robiły na taką skalę od dziesięcioleci. A ponieważ nastąpił globalny wzrost napięć, zwłaszcza w związku z inwazją Rosji na Ukrainę, znaczenie broni jądrowej dla współczesnego świata przypuszczalnie się nie zmieni. W tej sytuacji te wyciszane kwestie zasługują na głośną dyskusję. _Zawsze, nigdy_ to próba nadania im rozgłosu, gdyż są one poruszane w gronie naukowców w laboratoriach jądrowych i wyjaśniają, jakie miejsce zajmuje broń jądrowa – na świecie, w Stanach Zjednoczonych, w badaniach naukowych, w życiu ludzi, którzy nad nią pracują, i tych z nas, którzy się tym nie zajmują.Amerykański arsenał nuklearny jest stary: to fakt. Amerykański arsenał jest _zbyt_ stary i wymaga znacznej modernizacji: w tej kwestii rozsądni ludzie mogą mieć odmienne zdanie i tak się z pewnością dzieje.
Pomimo tej różnicy zdań bomby atomowe faktycznie przechodzą kurację odmładzającą – są poddawane zabiegom kosmetycznym i zyskują nowe części. Dużo nowych części.
Tymczasem nowe superkomputery i zaawansowane symulacje służą próbie zrozumienia tajników działania tej broni. Nowe systemy łączenia czujników usprawniają i przyspieszają wykrywanie eksplozji jądrowych.
Dzięki temu wszystkiemu laboratoria Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Jądrowego stale się nieco zmieniają, a ich rola jest bardziej aktywna i bardziej znana społeczeństwu, niż to było w ostatnich latach. Ponieważ wkraczają, wraz z nami, w nową erę nuklearną, historia przenika do teraźniejszości i wskazuje na niepewną przyszłość.1
Wiedzieliśmy, że świat nie będzie już taki sam.
J. Robert Oppenheimer o teście pierwszej bomby atomowej
Stoki ośrodka narciarskiego Pajarito Mountain wznoszą się sześćset metrów nad położoną w Nowym Meksyku miejscowością Los Alamos, skąd dojazd na górę zajmuje około piętnastu minut. Gdyby spojrzało się w dół z wyciągu, miasto wydałoby się małe, a nawet chaotycznie zabudowane. Główna siedziba Narodowego Laboratorium Los Alamos (Los Alamos National Laboratory, LANL) wyglądałaby na jeszcze mniejszą, jakby ktoś rozsypał na ziemi klocki Lego i oświetlił je reflektorami o dużej mocy.
Wszystko to jednak zależy od punktu widzenia: w rzeczywistości Los Alamos National Laboratory – zwane w skrócie LANL, wymawiane jak _flannel_ bez „f” – jest instytucją z rocznym budżetem przekraczającym 4,6 miliarda dolarów i zajmuje ponad sto kilometrów kwadratowych płaskowyżu. Deklarowana misja laboratorium polega na „rozwiązywaniu wyzwań dotyczących bezpieczeństwa narodowego poprzez jednoczesną doskonałość”.
Pod względem językowym nie jest jasne, co oznacza słowo „jednoczesna”, ale to zapewne i tak jest tajne. LANL pracuje przecież nad jednymi z najściślej strzeżonych tajemnic Stanów Zjednoczonych: tymi otaczającymi broń jądrową.
Miasto Los Alamos zostało założone w pierwszych dniach funkcjonowania Projektu Manhattan, amerykańskiej inicjatywy mającej na celu zbudowanie pierwszej na świecie bomby atomowej. Wtedy istnienie miasta było utajnione. Jako miejsce realizacji przedsięwzięcia o kryptonimie Projekt Y, i wobec tego nazywane niekiedy Stanowiskiem Y, jak również Atomowym Miastem, Magiczną Górą, Shangri-La i prawdopodobnie określane też kilkoma niecenzuralnymi słowami, było ukryte zarówno przed amerykańskim społeczeństwem, jak i przed Kongresem. Tamtejsi fizycy trudzili się po kryjomu, starając się pojąć, jak okiełznać tego rodzaju moc, którą natura zdołała posiąść w znacznie wcześniejszej erze kosmicznej. Owi naukowcy – mieszkający w naprędce zbudowanych domach z nielicznymi udogodnieniami i mający niewiele prywatności we własnym gronie, chociaż żyli w niemal absolutnym odosobnieniu od wszystkich innych ludzi – zdołali w końcu wybuchowo rozszczepić atomy. W ten sposób zmienili życie nie tylko na płaskowyżu Pajarito, lecz także na całej planecie.
Z punktu widokowego na górze wznoszącej się nad miastem łatwo jest wyobrazić sobie elementy ukształtowania pobliskiego terenu. Los Alamos leży na czterech płaskowzgórzach, toteż urwiste zbocza uniemożliwiają mu wykroczenie poza zajmowany obecnie obszar. LANL zdołało co prawda zmienić świat, ale nie posunęło się tak daleko, żeby zmienić tę geofizyczną rzeczywistość.
Kiedy się patrzy przez zachowujące względnie apolityczny spokój osiki, które usilnie starają się przesłonić widok, trzeba sobie przypomnieć, czym jest to miejsce. Pamiętać, że osada, która w czasach swojej świetności była znacznie mniejsza i bardziej odizolowana niż dziś, zmieniła jednak trajektorię Ziemi. Należy pamiętać, że ci niewidzialni ludzie pracujący w projektach o kiepskich kryptonimach i dysponujący marną infrastrukturą komunalną przyczynili się do stworzenia broni, która może stosunkowo łatwo unicestwić każdego na naszej planecie. Naciśnięcie paru przycisków. Kilka poprawnych kodów. Prezydencki kaprys. Chwila paniki. Zwykły błąd. Mylna interpretacja.
– Jeśli się pomyśli, ile jest tej broni jądrowej, to niewiarygodne, że do tej pory nie mieliśmy żadnego wypadku lub nie wdaliśmy się w gorącą wojnę – mówi Aaron Arnold, były uczestnik Projektu Zarządzania Atomem (Project on Managing the Atom).
Jeśli jednak, z jakiegokolwiek powodu, bomba wybuchnie ponownie podczas jakiegoś konfliktu, nie będzie już powrotu do takiego świata, jaki był wcześniej.
– Gdy jeden kraj zacznie je odpalać, to będzie koniec – mówi Arnold.
Nie da się cofnąć zegara i odwołać pierwszego uderzenia, więc inny kraj, lub grupa krajów, prawdopodobnie odpowie atomowym odwetem.
– Najprawdopodobniej to będzie koniec – dodaje i zawiesza na chwilę głos. – Koniec.
Niezależnie od tego, czy „to” się faktycznie wydarzy, nasza planeta zawsze będzie nosić piętno śmiercionośnego urządzenia opracowanego po raz pierwszy na płaskich przestrzeniach między wąwozami Los Alamos. Ci naukowcy oczywiście nie dokonali tego sami. A gdyby nie zrobili tego oni, w pewnym momencie zrobiłby to ktoś inny.
Zrobili to jednak i zrobili to tutaj, a tu właśnie jesteśmy.
W XXI wieku LANL istnieje przede wszystkim po to, żeby zarządzać tym, co ono samo i inne obiekty Projektu Manhattan stworzyły dziesiątki lat temu. Laboratorium kierowane przez Narodową Agencję Bezpieczeństwa Jądrowego Departamentu Energii ma między innymi za zadanie pomagać w utrzymaniu i modernizacji zapasów broni jądrowej Stanów Zjednoczonych, gwarantując, jak lubią mawiać tamtejsi pracownicy, że bomby zawsze wybuchną wtedy, kiedy mają wybuchnąć, a nigdy nie wybuchną (ani nie zrobią niczego innego), kiedy wybuchnąć nie powinny. Idea ta bywa wyrażana w skrócie żartobliwym powiedzeniem „zawsze, nigdy” do tego stopnia, że ludzie mówią tylko: „No, wiecie, zawsze, nigdy”. Zdają sobie też sprawę, że ktoś, kto wymienia określenia „bezpieczny, pewny i niezawodny”, mówi o pożądanych cechach nie samochodu lub romantycznego związku, lecz broni termojądrowej.
Chociaż LANL nie jest już jedynym pracodawcą w mieście, pozostaje największym, toteż Los Alamos nadal sprawia wrażenie miasta zakładowego. Być może ma to coś wspólnego z herbem hrabstwa, w którym powszechnie przyjęty symbol atomu umieszczono wewnątrz litery „o” w słowie Los. Eliptyczne orbity elektronów przyciągają wzrok do punktu, w którym znajduje się jądro, centrum mocy w atomie i tutaj, w Los Alamos.
A może ma to coś wspólnego z repliką starej budki strażniczej – obecnie to publiczna toaleta – którą się mija, przekraczając granice miasta. Ta oryginalna była po prostu małym, białym budynkiem, gdzie ludzie okazywali przepustki, zanim udali się dalej. W czasach Projektu Manhattan identyczny obiekt, na którym wzorowana jest replika, chronił Los Alamos przed ciekawskimi. Podobną funkcję pełniła błotnista, pełna kolein droga prowadząca z Santa Fe na północ, bo mało kto przemierzałby ją przez przypadek lub dla przyjemności.
Dziś oczywiście istnienie Los Alamos nie stanowi tajemnicy. Bezpośrednio do Stanowiska Y wiedzie teraz wielopasmowa asfaltowa droga. Osoby dojeżdżające do pracy mogą krążyć tam i z powrotem bez przeszkód, podobnie jak informacje: laboratorium publikuje komunikaty prasowe dotyczące swoich bardziej niewinnych prac, badań nad wszystkim – od pandemii po planetologię. W mieście są McDonald, a także Starbucks, który w 2022 roku przeniósł się do nowego, większego, wolnostojącego budynku. Można nawet wybierać spośród dwóch browarów rzemieślniczych, a pewna strefa coworkingowa bezczelnie szczyci się nazwą nawiązującą do oryginalnego kryptonimu tutejszej części Projektu Manhattan. Jest tu również narodowy park historyczny, stosownie nazwany Narodowym Parkiem Historycznym Projektu Manhattan (Manhattan Project National Historical Park), poświęcony upamiętnieniu budowy bomby w tym miejscu.
Na wzgórzu Pajarito kierownik pierwotnego Projektu Manhattan, J. Robert Oppenheimer, wykorzystywał niegdyś stosunkowo dobry poślizg i podziwiał widoki, gdy wspinał się na ów szczyt, żeby pojeździć na nartach. Te widoki są dziś zupełnie inne, ale zachodzące słońce nadal dokonuje fuzji wodoru, podpalając góry Sangre de Cristo aż po horyzont, tak samo jak za czasów Oppenheimera w latach czterdziestych ubiegłego wieku.
Gdy słońce chyli się ku zachodowi, puste obszary między płaskowzgórzami ciemnieją i tylko przestrzenie międzystropowe budynków Stanowiska Y rozświetlają wieczorne niebo, ukazując przysłowiowe miasto na wzgórzu lub dopust boży, w zależności od tego, kogo się zapyta.
W każdym razie jest to miejsce, którego wyziewy tak czy inaczej ujawniają jego istnienie.
Rezultatem Projektu Manhattan i najdawniejszych badań w Los Alamos była bomba nazwana przez naukowców Gadżetem. Nikt nie wiedział na pewno, czy – i jak – będzie działała. Nadal niezupełnie rozumiemy, jak funkcjonuje ta bomba ani każda z tysięcy innych, które wyprodukowaliśmy od tego czasu. Wtedy liczyło się tylko to, że działały.
W dniu jej testu, zdarzenia nazwanego Trinity, wielu naukowców z laboratorium wybrało się na miejsce w pobliżu miejscowości Alamogordo w Nowym Meksyku, żeby obserwować, jak ich dzieło ulegnie (przy odrobinie szczęścia) samozniszczeniu. Nie brakuje barwnych opowieści o tym dniu: fizyk Edward Teller puścił w obieg balsam do opalania, przewidując, że dawka promieniowania, którą otrzymają, będzie taka jak po dniu spędzonym na plaży. Enrico Fermi przygotował się do upuszczenia skrawków papieru, żeby oszacować siłę fali uderzeniowej, gdy ulecą one z wiatrem. Podczas transmisji doszło do interferencji częstotliwości, toteż nadawana przez lokalną stację radiową suita z _Dziadka do orzechów_ nałożyła się na odliczanie „trzy… dwa… jeden”.
Kiedy zegar pokazał zero, orkiestra grała nadal, a tymczasem w miejscu przeprowadzania testu Trinity eksplodowała kula ognia, oślepiając badaczy już w pierwszych mikrosekundach. Najbliżsi obserwatorzy znajdowali się w odległości zaledwie dziesięciu kilometrów. Słup dymu wkrótce przekształcił się w skłębioną chmurę w kształcie grzyba. Wydawało się, że lewitując coraz wyżej, wręcz wysysa ona samą ziemię, wypompowując jej zasoby w miarę wznoszenia się ku niebu. Była purpurowa, niebieska, czerwona, fioletowa. Gwałtowna. Lśniąca. Grzmiąca. Niesamowita. Przerażająca.
Ludzie widzieli skutki wybuchu w trzech stanach. Ci, którzy mieszkali w pobliżu, zastanawiali się, czy to jakaś apokalipsa. Wojsko kłamliwie poinformowało ich, że była to tylko przypadkowa eksplozja w magazynie amunicji.
Tamtejsi mieszkańcy nie mylili się jednak w swojej ocenie. Jak powiedział chemik George Kistiakowsky będący świadkiem Trinity: „Jestem pewien, że gdy nadejdzie koniec świata – w ostatniej milisekundzie istnienia Ziemi – ostatni człowiek zobaczy to, co my widzieliśmy!”.
Cząstki subatomowe powodujące wybuch bomby stosują się do praw mechaniki kwantowej, co w powszechnym, choć nieco błędnym rozumieniu oznacza, że są one nieokreślone: znajdują się w wielu miejscach równocześnie i robią wiele rzeczy, a gdy się patrzy na nie bezpośrednio, występują tylko w jednym stanie – jak kot Schrödingera, istota jednocześnie żywa i martwa.
Tamtego dnia naukowcy również przeżywali kilka stanów naraz, mieszankę uczuć, których doznawali, gdy Gadżet wybuchł zgodnie z planem. Dumę. Strach. Żal. Radość. Niecierpliwość.
Przede wszystkim poczuli się potężni. Wykorzystali teoretyczną, abstrakcyjną naukę, przeobrażając ją, niczym alchemicy, w coś niszczycielsko konkretnego. W mniemaniu niektórych badaczy ta ostateczna broń miała doprowadzić do ostatecznego pokoju, ponieważ była zbyt straszna, żeby kiedykolwiek mogła zostać użyta (oczywiście po tym, jak ich kraj użył jej dwukrotnie), zwłaszcza jeśli wiedziałeś, że w odpowiedzi podobna broń może zostać użyta przeciwko tobie. Jest to element podstawowej ideologii odstraszania: mamy tę broń, żeby nikt nie zaatakował nas ani naszych sojuszników w przerażający sposób, bo wie, że moglibyśmy odpowiedzieć przerażającym atakiem. A broń innych krajów powstrzymuje nas przed pokusą przerażającego ataku na nie. Broń jądrowa zapobiega zatem wybuchowi wojen na dużą skalę.
Podobne idee odstraszania rozbrzmiewają niczym chóralny hymn w upiornie podobnym języku w wykonaniu naukowców i inżynierów z LANL oraz pozostałych laboratoriów zbrojeniowych, takich jak Sandia i Lawrence Livermore. Pracownicy tych placówek czasami chwytają się pewnych zwrotów jak słownych talizmanów: „zawsze, nigdy”, „wiarygodny czynnik odstraszający”. Odstraszanie, jak każda inna teoria filozoficzna, jest jednak przekonaniem, którego nie da się sprawdzić, ponieważ nie sposób cofnąć zegara zagłady i zobaczyć, jak wyglądałyby różne konflikty i ich dynamika, gdyby rozszczepienie jądra atomu i synteza nadal były dla nauki niejasne.
Dla przypomnienia, wynalazca dynamitu również uważał, że istnienie tego materiału wybuchowego powstrzyma ogromny konflikt, z podobnych powodów. A jednak tutaj, kilkadziesiąt lat później, naukowcy z Projektu Manhattan pracowali nad czymś znacznie gorszym, powtarzając historię, do czego ludzie najwyraźniej mają predyspozycje.
W ciągu kolejnych dekad, które upłynęły od testu, owi naukowcy wypowiedzieli wiele chętnie cytowanych słów na temat Trinity, ale bezpośrednio po detonacji według Oppenheimera większość milczała. Jak wiadomo, jemu samemu przyszedł na myśl cytat ze świętych pism hinduskich: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”.
Mniej poetycko, a bardziej trafnie wyraził się Kenneth Bainbridge, który stwierdził: „Teraz wszyscy jesteśmy skurwysynami”.
Przez prawie dwie dekady po Trinity miejsce wybuchu było oznaczone drewnianą tabliczką z napisem „Zero”. Jak w określeniu „strefa zero”. Jakby czas i przestrzeń zaczynały się tutaj.
Jeśli dziś ogląda się eksplozje jądrowe na archiwalnych nagraniach, w tym w materiałach filmowych przedstawiających test Trinity, łatwo zrozumieć, że ci naukowcy z połowy XX wieku mogli czuć, że ich praca ma kosmiczne znaczenie, i że mogli być zarówno całkowicie zdruzgotani, widząc taką eksplozję, jak i mieć obsesję na jej punkcie. Że mogli ją kochać i jednocześnie nienawidzić. Ta broń jest surową mocą natury – okiełznaną, ukierunkowaną, uwolnioną. Jest również piękna. Wpatrując się w mijające sekundy, można się poczuć tak, jakby się stało na krawędzi urwiska: spokojny, nieznaczny impuls nakłania cię do skoku. Nie jesteś przybity i tak naprawdę nie zamierzasz skoczyć, podobnie jak nie pragniesz wojny nuklearnej. Po prostu pociąga cię otchłań, właśnie dzięki swojej otchłannej naturze. Taka jest siła przyciągania detonacji jądrowej.
Trzy tygodnie po teście Trinity Stany Zjednoczone zrzuciły replikę Gadżetu na japońskie miasto Nagasaki, kilka dni po spuszczeniu innego typu bomby jądrowej na Hiroszimę. Liczba ofiar jest wciąż nieznana, ale według maksymalnych szacunków w wyniku obu eksplozji zginęło około dwustu dziesięciu tysięcy osób. Niektóre po prostu wyparowały.
Komunikat prasowy Białego Domu dotyczący zrzucenia bomby na Hiroszimę głosił: „Wygraliśmy teraz bitwę o laboratoria, tak jak wygraliśmy inne bitwy”.
Prawie osiemdziesiąt lat później narodowe laboratoria NNSA są nadal zaangażowane w wersję tej samej bitwy w nieustającej wojnie: w walkę o nuklearną dominację. Wczorajsze Stany Zjednoczone chciały mieć pierwszą broń jądrową, a dzisiejsze pragną mieć najlepszy arsenał radioaktywny na Ziemi. Wówczas, zgodnie z tym myśleniem, nasz kraj będzie mógł najskuteczniej zastraszać inne państwa mające własne arsenały – oraz te, które ich nie mają – i zniechęcać je do wszczynania konfliktu. Zastraszanie jednak nie działa, jeśli druga strona nie uwierzy, że faktycznie pociągnąłbyś za spust. Co w praktyce oznacza, że musisz być gotów zrobić właśnie to – „wygrać”, jeśli będziesz musiał, nawet jeżeli jest to sprzeczne ze słynnym wspólnym oświadczeniem Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana: „Wojny nuklearnej nie da się wygrać i nie wolno jej nigdy toczyć”.
Ostatnio wojna nuklearna nieco bardziej zaprząta umysły społeczeństwa, ale amerykański arsenał nigdy nie przestał absorbować umysłów wielu urzędników państwowych, którzy martwią się ekspansją i modernizacją broni Chin oraz Rosji, rosyjskimi agresją oraz nieprzewidywalnością, Iranem i jego sojuszami, awanturnictwem Korei Północnej, terrorystami z brudną bombą, przestarzałością arsenału radioaktywnego własnego kraju. Zgodnie z prognozą Kongresowego Biura Budżetowego (Congressional Budget Office) z 2017 roku koszt modernizacji amerykańskiego kompleksu nuklearnego wyniósłby około 1,7 biliona dolarów w ciągu trzydziestu lat. Powstanie nowo zaprojektowana broń, a także pojawią się przeróbki i ulepszone komponenty starej. Obiekty z czasów zimnej wojny zostaną wypolerowane i przygotowane do podróży przez XXI wiek. Los Alamos i Savannah River Site (SRS), zakład NNSA w Karolinie Południowej, wkrótce wznowią produkcję rdzeni plutonowych – wydrążonych kul radioaktywnego metalu, które stanowią serce broni jądrowej. Nasz kraj nie produkował nowych rdzeni plutonowych na dużą skalę od końca lat osiemdziesiątych.
Niektórzy twierdzą, że te zmiany są konieczne, a nawet że aktywnie promują pokój, ponieważ podtrzymują odstraszanie: broń w takim stanie jak teraz – starzejąca się – nie jest tak wiarygodna ani tak niezawodna, jak mogłaby być, więc jej modernizowanie i ulepszanie mogą zapobiec wojnie, skuteczniej trzymając innych na dystans. Inni natomiast mówią, że program modernizacji oraz produkcja rdzeni są przejawami agresywnej polityki i mogą doprowadzić do niekończącego się wyścigu zbrojeń.
Racja jest przypuszczalnie trochę po obu stronach, jak z kotem Schrödingera.
Rdzenie plutonowe, prawdopodobnie najważniejsza część broni jądrowej, to wydrążone, upiornie srebrne kule wykonane z metalu z grupy aktynowców, pierwiastka o liczbie atomowej 94. Wyglądają jak bliżej nieokreślony artefakt starożytnej obcej cywilizacji – na przykład takiej, która w filmie akcji bezskutecznie próbuje przekazać ludzkości jakieś przesłanie – a ich angielska nazwa przywodzi na myśl twardy środek owocu lub ciemną dziurę.
W bombie rdzeń jest otoczony konwencjonalnym materiałem wybuchowym. Ten łatwopalny materiał eksploduje, zgniatając materiał jądrowy. Gdy atomy zostają wystarczająco ściśnięte, zaczynają się rozpadać, inicjując rozszczepianie. W odpowiednich warunkach reakcja jądrowa sama się podtrzymuje. A kiedy zostanie wystarczająco wzmocniona – tak jak to się dzieje w nowoczesnej broni termojądrowej – wywołuje to dalsze rozszczepianie i silną syntezę jądrową, czyli łączenie się atomów, we wtórnej części bomby. Można by dodać znacznie więcej szczegółów, ale to właśnie stanowi istotę działania tych bomb.
Ostatnim miejscem, w którym Stany Zjednoczone wytwarzały rdzenie plutonowe na dość dużą skalę, był zakład produkcyjny Rocky Flats w Kolorado. Znajduje się ono między Denver a Boulder i jest dziś znane pod nazwą Narodowy Rezerwat Przyrody Rocky Flats (Rocky Flats National Wildlife Refuge). Szczyci się rozległym widokiem zarówno na płaskie jak stół równiny, jak i na postrzępione szczyty Gór Skalistych. Można tam wędrować w koło po kilkunastu kilometrach tamtejszych szlaków na obszarze o powierzchni ponad dwudziestu jeden kilometrów kwadratowych. Można też pojeździć konno lub na rowerze, a podczas włóczęgi prawie na pewno zobaczy się dzikie zwierzęta: jelenie mulaki, pieski preriowe, zające, jeżozwierze, jastrzębie i łosie, a także zamożnych mieszkańców przedmieść w strojach w całości wyprodukowanych przez firmę Patagonia. Potrzebna była jednak gruntowna rewitalizacja, żeby stworzyć tę przyjazną przestrzeń rekreacyjną, ponieważ podczas wytwarzania owych zimnowojennych rdzeni zakład produkcyjny odcisnął poważny ślad na tym terenie.
W czasach zimnej wojny zakład Rocky Flats, obsługiwany przez prywatne przedsiębiorstwo o nazwie Rockwell, produkował od jednego do dwóch tysięcy rdzeni rocznie. Funkcjonował w ten sposób do 6 czerwca 1989 roku. Tego pamiętnego dnia zjawili się tam ubrani po cywilnemu agenci FBI, bo biuro pomaga również w egzekwowaniu niektórych przepisów prawa dotyczących ochrony środowiska, i oznajmili, że chcą porozmawiać z kierownictwem o zagrożeniu ekoterrorystycznym, co było wiarygodnym pretekstem, jeśli wziąć pod uwagę powszechne protesty i przypadki nielegalnych działań licznych aktywistów, wśród których znalazły się takie osoby jak Daniel Ellsberg, sprawca wycieku tajnych dokumentów znanych pod nazwą Pentagon Papers. Tamtego dnia nie istniało jednak żadne realne zagrożenie: agenci po prostu grali na zwłokę, żeby do Rocky Flats mogły dojechać dziesiątki pojazdów z ponad siedemdziesięcioma uzbrojonymi agentami. Gdy tylko dotarły na miejsce, agenci FBI powiedzieli kierownictwu zakładu, jaki jest prawdziwy cel ich wizyty: zbadanie rażących naruszeń ochrony środowiska. Firma Rockwell przyznała się później do zarzutów wynikających ze złamania federalnej ustawy o czystych wodach oraz ustawy o ochronie i odzyskiwaniu zasobów naturalnych.
Mamy was!
Wkrótce federalni zamknęli Rocky Flats i przekształcili zakład w obiekt podlegający ustawie o superfunduszach. Dziesięć lat później, kosztem siedmiu miliardów dolarów, przywracanie środowiska naturalnego zostało zakończone, a w 2018 roku teren ten stał się nieco kontrowersyjnym azylem dla turystów i jastrzębi, którym jest do dzisiaj.
Od czasu zamknięcia Rocky Flats Stanom Zjednoczonym brakuje tego, czego kiedyś dostarczał zakład: w żadnym innym miejscu nie produkuje się rdzeni plutonowych na dużą skalę. Od tamtej pory kraj polega na istniejących rdzeniach, które od dziesięcioleci stopniowo się starzeją.
Ze względu na te brakujące zdolności produkcyjne Kongres zażądał, żeby do 2030 roku NNSA była w stanie wytwarzać osiemdziesiąt rdzeni plutonowych rocznie, by zastąpić te, które się zestarzały, i stworzyć nowe, bardziej odpowiednie dla nowoczesnych głowic.
– Wydajność na poziomie osiemdziesięciu rdzeni rocznie jest skromną i rozważną metodą utrzymania czegoś tak ważnego, jak niesłabnące zaufanie do amerykańskiego odstraszania nuklearnego – twierdzi Michael Thompson, główny asystent zastępcy dyrektora NNSA.
Produkcja rdzeni jest dzielona między Los Alamos, mające za zadanie wytwarzać trzydzieści sztuk rocznie, a zakładem Savannah River Site, który weźmie na siebie pozostałe pięćdziesiąt. Przedsięwzięcie będzie kosztowało miliardy dolarów, a opóźnienie wynosi obecnie około pięciu lat ze strony Savannah River, podczas gdy LANL opóźniło się mniej więcej o rok podczas pandemii Covid-19.
Pluton na potrzeby projektu będzie pochodził z wycofanej z użytku broni, której nieprzydatne rdzenie ważą w sumie dziesiątki ton. Tutaj miecze są przekuwane nie na lemiesze, ale na lepsze miecze. Zmienia się jednak – pytanie, na ile skutecznie – rola, jaką one odgrywają.
Zagrożenia nuklearne XXI wieku różnią się od tych z poprzednich epok, bo istnieje liczniejsza konkurencja między większą liczbą porównywalnie dużych krajów, mnożą się obawy związane z mniejszymi krajami i należy poświęcać uwagę nowym odmianom terroryzmu radiologicznego, nie licząc innych niepokojących zdarzeń. Mamy również mnóstwo sposobów na obserwowanie tego, co knują wszyscy inni: świat jest bardziej zróżnicowany i bardziej poznawalny. Gra wojenna się zmieniła.
Te współczesne zagrożenia nie są mniejsze niż te z czasów ćwiczeń przeciwlotniczych: rzeczywiście, wielu ekspertów uważa, że ryzyko międzynarodowej katastrofy nuklearnej jest równie wysokie jak zawsze, nawet podczas najmroźniejszych lat zimnej wojny.
Skoro zagrożenie nuklearne jest tak wyraźne i obecne, moglibyśmy wszyscy lepiej zrozumieć kulturę, naukę, politykę i ludzi obecnej ery atomowej – nie tylko tych z czasów doktora Strangelove.
1.
Biblijne wyrażenie (Mt 5,14) użyte w kazaniu Johna Whintropa, przywódcy purytanów osiedlających się w XVII wieku w Nowej Anglii, które z czasem zyskało szersze zastosowanie w retoryce politycznej Stanów Zjednoczonych jako deklaracja amerykańskiej wyjątkowości (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
2.
Z ang. pit – słowo mające wiele znaczeń, przede wszystkim dół, dziura, jama, ale także pestka (np. brzoskwini), szyb, wyrobisko, kanał – w garażu lub dla orkiestry.
3.
Ustawa o kompleksowym reagowaniu na środowisko, odszkodowaniach i odpowiedzialności (Comprehensive Environmental Response, Compensation, and Liability Act, CERCLA), lepiej znana jako ustawa o superfunduszach (Superfund).
4.
Szalony naukowiec z komedii _Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę_, w reżyserii Stanleya Kubricka.2
Kierując się na zachód, w stronę wzgórz, mijaliśmy szeregi demonstrantów stojących z transparentami przy bramie zakładu Rocky Flats. „Hipisi i gospodynie domowe”, zrzędził mój ojciec, a matka przytakiwała w milczeniu. „No i studenci”, dodawał. „Poczekajcie, aż wejdą do prawdziwego świata”.
Kristen Iversen, The Accidental Activist
Tess Light, fizyczka z Narodowego Laboratorium Los Alamos, dorastała w pobliżu Rocky Flats w czasach, kiedy był to działający zakład produkcyjny. Dla osób tak jak ona mieszkających w okolicy jego radioaktywna misja nie była tajemnicą: dzieci z liberalnej, eksperymentalnej szkoły, do której uczęszczała Light – Tanglewood Open Living School – doskonale zdawały sobie sprawę, na czym polega działalność zakładu, i nie były nią zachwycone.
– Nie mieliśmy drużyny sportowej, ale za to demonstrowaliśmy przeciwko Rocky Flats – mówi półżartem, półserio Light.
Ponieważ ona i jej koledzy z klasy mieszkali w takim miejscu, i to w latach osiemdziesiątych, wyczuwali widmo potencjalnej apokalipsy nie tylko wtedy, gdy oglądali wieczorne wiadomości z rodzicami, lecz także gdy wychodzili z domu, żeby się pobawić.
– Miałam wrażenie – wspomina – że jestem w strefie zero.
To była inna epoka, taka, w której o wojnie nuklearnej mówiono w telewizji w czasie największej oglądalności i nie pomijano jej w programie nauczania aż do szkoły średniej, jak to niekiedy bywało w latach po upadku ZSRR.
– Ja i wszyscy moi koledzy z hipisowskiego liceum oglądaliśmy _Nazajutrz_ i byliśmy przerażeni – opowiada Light.
W tym telewizyjnym filmie dochodzi do eskalacji wojny nuklearnej, a akcja skupia się na małym miasteczku w Kansas. Tamtejsi mieszkańcy zostają uwikłani w konflikt między USA a ZSRR i w jego wyniku umierają. Popularny był również film _Gry wojenne_, w którym młody haker omal nie doprowadza do wybuchu III wojny światowej, gdy przypadkowo włamuje się do wojskowego superkomputera.
Ponieważ fikcyjne scenariusze filmowe przewijały się przez ich dojrzewające umysły, Light i jej najlepsza przyjaciółka postanowiły stworzyć własny plan ucieczki. Ich cel w przypadku nieuchronnej katastrofy nuklearnej polegał na odnalezieniu siebie nawzajem, a następnie swoich mam i wspólnym przetrwaniu końca świata. Plan nie był szczegółowy – stanowił raczej określenie priorytetów niż wykaz działań logistycznych – ale taka próba zapanowania nad sytuacją je uspokajała.
Ze względu na hipisowską szkołę i strach przed wojną nuklearną wydaje się nieco dziwne, że Light trafiła do takiego miejsca jak LANL.
– Moi przyjaciele byliby zbulwersowani – mówi.
Ma na myśli demonstrantów z dzieciństwa. Idealistów. Ale prawdziwy świat, jak się przekonała po latach, które upłynęły od ukończenia szkoły średniej do teraz, jest bardziej zniuansowany, niż to sobie wtedy wyobrażali.
Bardziej zniuansowany, jak uważa, niż jej dawni przyjaciele mogliby się spodziewać nawet obecnie.
– Nie sądzę, by chcieli wiedzieć, czym się zajmuję – wyjaśnia. – Chyba myślą, że w jakiś sposób wnoszę wkład w machinę wojenną.
Ona widzi to inaczej.
– Z całego serca zgadzam się z tym, że nie powinniśmy mieć broni nuklearnej – zaznacza, ale wie, że stworzenie takiego świata nie jest tak proste jak rozmontowanie wszystkich bomb, wymachiwanie białymi flagami oraz złagodzenie jednocześnie dysonansu poznawczego i niebezpieczeństwa.
– Świat bez broni nuklearnej… – zastanawia się na głos Light – to się nie uda.
Nie, nie w najbliższym czasie. Nie za jej życia.
– Urodziłam się na tym świecie, moje dzieci urodziły się na tym świecie, z tym strasznym zagrożeniem – konstatuje.
Nie da się zmienić faktu, że dziesiątki lat temu fizycy akurat w jej laboratorium odtworzyli moc tkwiącą w atomach o znikomej masie.
Realizm przebijający z wypowiedzi Light wydają się podzielać naukowcy, którzy ostatecznie zatrudnili się w laboratoriach podległych Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Jądrowego: broń jądrowa, niezależnie od tego, czy rzeczywiście przyczynia się do stabilizacji na świecie, istnieje i prawdopodobnie nadal będzie istnieć. Ktoś musi nad nią pracować, więc czy nie chcecie, żeby robili to ludzie trzeźwo myślący – a nie wojenne jastrzębie – i pomagali powstrzymać jej rozprzestrzenianie?
Oczywiście w laboratorium kilka osób jest, o zgrozo, fanami broni jądrowej: jakby chciały skoczyć ze wspomnianego urwiska. Poza tym są naturalnie ludzie, którzy wierzą, zgodnie z klasyczną tezą odstraszania, że istnienie broni nuklearnej stabilizuje sytuację na świecie.
– Wydaje mi się to dyskusyjne, bo nie widzę, żeby świat był aż tak stabilny, prawda? – stwierdza Light. – Znaleźliśmy inne sposoby na zabijanie się nawzajem. I robimy to właśnie teraz, gdy w tle mamy duże zagrożenie.
Są wreszcie tacy, którzy uważają, że najlepszą drogą do stabilności jest mniejsza aktywność promieniotwórcza. To właśnie obóz Tess Light.
– Nie jestem pewna, czy ludzie kiedykolwiek osiągną stabilność, ale bomby atomowe są jak zapalniczki wręczone maluchowi – mówi. – Dzieciak i tak zrobi sobie krzywdę i zdemoluje mieszkanie, ale bez zapalniczki można uniknąć tego, że spali cały dom, zanim dorośnie.
A gdyby dawni przyjaciele Light przeanalizowali aktualne zasady, jakimi kieruje się szkoła Tanglewood, funkcjonująca teraz pod nazwą Jefferson County Open School, mogliby się przekonać, że Tess wykonuje całkiem dobrą robotę, wcielając je w życie. Obecnie instytucja ta stawia sobie za cel, aby uczniowie nauczyli się „na nowo odkrywać radość ze zdobywania wiedzy, poszukiwać sensu życia, przystosowywać się do świata takiego, jaki on jest, przygotowywać się na świat, którym może się stać, i tworzyć świat taki, jaki być powinien”.
W wypadku Light pociąga to za sobą pewną dwoistość: pracę dla organizacji utrzymującej w dobrym stanie i ulepszającej bomby, choć ona sama z całego serca zgadza się z poglądem, że nie powinny istnieć.
Light reprezentuje zatem paradoks współczesnego kompleksu nuklearnego: chociaż bomby istnieją dzięki laboratoriom takim jak LANL, te same laboratoria zatrudniają ludzi, którzy nienawidzą owego wybuchowego arsenału i całymi dniami starają się doprowadzić do tego, żeby ładunki jądrowe nigdy więcej nie wybuchły i ostatecznie zniknęły. Nawet pracownicy laboratoriów, którzy są zwolennikami tej broni, również uważają, iż jej istnienie może prowadzić do pokoju. Jest zatem tak, że w osobistej narracji każdego pracownika zajmującego się bronią jądrową robią oni właściwą – bezpieczną, pewną, niezawodną – rzecz. Prawdziwe wydają się zatem przeciwstawne stany, jednocześnie.
– Mam nadzieję, że to się liczy – mówi Light, wzruszając energicznie ramionami. – To wszystko, co mogę powiedzieć.
Stojący w głębi kampusu LANL budynek, w którym pracuje Light, szczyci się dużym znakiem Q na drzwiach wejściowych oznaczającym certyfikat dostępu Q. Pewnego ciepłego dnia w sierpniu 2021 roku Light stanęła w progu, blokując przejście.
– Muszę zweryfikować pani obywatelstwo – powiedziała.
Rozesłała już e-maile do wszystkich osób w obiekcie, informując je, że pojawi się gość bez poświadczenia bezpieczeństwa.
Wydruk na ścianie gabinetu Light przedstawia wykres danych, które trudno dostrzec z daleka. Jego linie przybierają kształt szczerbatych zębów trzonowych. Obok wygaszony ekran komputera oblepiono czerwono-białymi naklejkami „tajne zastrzeżone dane”. Ale chyba najbardziej pouczający jest przymocowany w pobliżu jej stanowiska pracy mały baner z napisem: _Je suis une femme formidable_ (Jestem wspaniałą kobietą).
Napis nie kłamie. Light jest urzekającą osobą, nawet gdy dolną połowę twarzy ukrywa za maską. Nosi bluzkę z rozkloszowanymi rękawami i naszyjnik z odważnym, zakrzywionym wisiorkiem. W wolnych chwilach pisze sztuki teatralne (i od czasu do czasu listy do redakcji „Los Alamos Daily Post”). Według bazy New Play Exchange jej scenariusze „zawierają na ogół niektóre lub wszystkie z następujących elementów: sarkazm, śmierć, sarkastyczną śmierć, buddyzm, foodizm, poezję, piosenkę i cytaty z Szekspira”. W jednym z nich, o lesbijskich żonach, które – w wyniku mechaniki kwantowej – widzą zmarłych mieszkańców swojego domu, didaskalia wymagają, żeby na sztalugach prezentowano formuły matematyczne. Light chętnie podaje przykłady zainteresowanym reżyserom, ale sugeruje równanie kwadratowe z dwoma rozwiązaniami, diagram stożka świetlnego, sześcian czasoprzestrzenny lub częściowo rozwiązaną transformację Fouriera.
Łatwizna.
Motywy buddyjskie i wisielczy humor, które pojawiają się w sztukach Light, prawdopodobnie pomagają jej zachować równowagę psychiczną. Ma przecież dzień w dzień do czynienia z widmem radioaktywnej zagłady, gdyż jako naukowiec projektu uczestniczy w tworzeniu czujnika pomagającego wykrywać z kosmosu detonacje jądrowe. Celem takich programów jest obserwowanie Ziemi z góry, za pomocą satelitów, żeby się przekonać, czy ktoś, w dowolnym momencie, dokonuje naziemnej eksplozji jądrowej. W zasadzie nikt się nie spodziewa, że w jakimś konkretnym dniu ktoś inny zainicjuje zapalną, krytyczną reakcję łańcuchową (chociaż oczywiście dobrze jest to sprawdzić). Rzecz w tym, że trzeba być w stanie stwierdzić zarówno to, czy jakieś kraje detonują broń podczas wojny, jak i to, czy przestrzegają traktatów zakazujących testów, takich jak trafnie nazwany Traktat o całkowitym zakazie prób jądrowych. Jeśli nie da się ustalić, czy ktoś łamie takie zasady, to właściwie są one bez znaczenia. Pomyślcie o tym jak o znakach ograniczenia prędkości stojących przy opustoszałej drodze w odległości stu kilometrów od najbliższego policjanta. Żeby same traktaty były wiarygodne, a także by ostrzegać przed tym, co mogą knuć inne kraje, trzeba – kontynuując tę analogię – postawić kilka radiowozów wzdłuż tego samotnego odcinka autostrady. Systemy satelitarne są właśnie jednymi z tych radiowozów.
Istnieje mnóstwo naziemnych czujników, które prowadzą profilaktyczne patrole i wychwytują podziemne próby. Wyczuwają aktywność sejsmiczną, nasłuchują fal infradźwiękowych, wykrywają cząstki radioaktywne i odbierają fale radiowe. Międzynarodowa Organizacja do spraw Traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych (Comprehensive Nuclear-Test-Ban Treaty Organization) utrzymuje taką sieć obserwacyjną, a Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych mają oddzielną sieć do użytku krajowego.
Light tymczasem pomaga w gromadzeniu danych, które LANL uzyskuje z orbity. Na pokładzie każdego satelity GPS znajdują się czujniki, które nie podpowiadają wam, jak trafić do McDonalda, ale informują ludzi takich jak Light, czy doszło do czegoś przypominającego eksplozję nuklearną. Te globalne detektory wybuchu są czymś w rodzaju stróża, który krąży wraz z satelitą GPS, i mogą wykrywać emisje światła widzialnego oraz promieniowania rentgenowskiego, a także impulsy elektromagnetyczne towarzyszące detonacjom jądrowym, których obawiają się preppersi. Poza tym w 2021 roku wystrzelono nową eksperymentalną platformę o nazwie STP-Sat-6, na której znajdują się system raportowania wybuchów w przestrzeni kosmicznej i w atmosferze (Space and Atmospheric Burst Reporting System) oraz eksperymentalny sprzęt do wykrywania prób jądrowych o nazwie SENSER. Techniczne rozwiązania umieszczone na pokładzie tego mniejszego satelity mogłyby stanowić podstawę przyszłych systemów wykrywania.
Żeby zrozumieć sygnały odbierane przez obecne i przyszłe instrumenty, Light i inni naukowcy muszą również zrozumieć właściwości atmosfery, w której się one poruszają, i to, jak na nie wpływa. Od ponad dekady Light i dziesiątki innych naukowców pracują nad symulacją warunków fizycznych decydujących o tym, jaki wpływ jest wywierany na różne rodzaje sygnałów podczas ich podróży od swojego źródła do czujnika.
– Jesteśmy o krok od dopięcia całej sprawy – mówi. – To bardzo duża rzecz.
Gdy patrzy przez okulary z drugiej strony stołu, i tylko jej oczy dostrzegalnie się uśmiechają, wygląda bardziej na podejrzliwą niż zaciekawioną i nie do końca otwartą.
Droga Light do tych badań rozpoczęła się, gdy miała osiem lat i jechała samochodem z ojcem oraz rodzeństwem.
– Ojciec zapytał: „Dzieci, jak myślicie, co chciałybyście robić, gdy dorośniecie?” – wspomina. – A ja z miejsca odpowiedziałam: „No nie wiem, chcę być astronautką”.
Nigdy nie myślała szczególnie dużo o kosmosie, ale tak jak z wyborem nieznanej przystawki, nad którą się zastanawiacie w restauracji, te słowa po prostu niespodziewanie padły z jej ust. Nadal kierowały jej drogą życiową i w ten właśnie sposób trafiła w szkole średniej do klasy o profilu fizycznym.
Nie znosiła fizyki, ale kontynuowała naukę.
– Pomyślałam: „Jaka szkoda, że będę to robiła przez resztę życia”. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić coś, co lubię.
A zatem kontynuowała naukę w college’u i studiowała fizykę, by móc zostać astronautką. Tym razem jednak zajęcia, na których omawiano takie zagadnienia jak fizyka cząstek elementarnych, zaczęły jej się podobać. Chciała wykorzystać swoją znajomość fizyki w astronomii.
– To coś w rodzaju tych dziwnych ruchów Browna pozwalających gdzieś dotrzeć – mówi, odnosząc się do zjawiska chaotycznego ruchu cząstek zawieszonych w płynie.
Jednak na studiach podyplomowych znów pojawiły się kłopoty.
– Trzeba było rywalizować z innymi o czas przy teleskopach i pisać, dlaczego jest to naprawdę kluczowe dla twojej specjalności, żeby ci go przyznano – wyjaśnia.
Kiedy zastanowiła się nad swoimi argumentami – na przykład takim, że ktoś musi obserwować daną galaktykę przez następny milion lat, inaczej nie będzie można już jej oglądać – uznała, że są niezadowalające.
– Po prostu nie potrafiłam wywołać u siebie poczucia naglącej potrzeby – dodaje.
To stała śpiewka ludzi trafiających do pracy w trzech laboratoriach zbrojeniowych, które wtajemniczeni określają czasami mianem „tri-labs”. Obiekty te koncentrują się na nauce w służbie bezpieczeństwa narodowego, między innymi nuklearnego, a tamtejsi badacze chcą zrobić coś, co będzie miało bardziej bezpośrednie znaczenie dla mieszkańców Ziemi niż poszerzanie podstawowej ludzkiej wiedzy – choćby nawet było to bardzo szlachetne i konieczne.
– Praktyczne zastosowania dają mi poczucie celu, podczas gdy teoretyczna wiedza tajemna wydaje się zimna – objaśnia Light. – Ale to tylko moje zdanie i dzięki Bogu wiele osób uważa inaczej, bo w przeciwnym razie nigdy nie zrobilibyśmy żadnych postępów.
Mniej więcej w czasie, gdy Light kończyła studia i szukała pracy, znajomy, który pracował w Los Alamos, zasugerował, żeby przyjrzała się laboratorium. Zaczęła się zapoznawać z jego działami na stronie internetowej LANL z końca lat dziewięćdziesiątych. Jeden z nich, o nazwie „nierozprzestrzenianie i bezpieczeństwo międzynarodowe”, przykuł jej uwagę.
– To fakt, że dział ten współistniał w laboratorium z zespołem zajmującym się projektowaniem broni – zaczyna, po czym przerywa. – To nie było tak, że zadałam sobie pytanie: „Czy jestem skłonna pracować w miejscu, w którym tworzy się również broń jądrową?”. W rzeczywistości nie zrobiłam tego, bo to miejsce wydało mi się na tyle duże, że pomyślałam: „Cóż, to nie jest moja działka, prawda?”.
Nie była i do tej pory nie jest, ale naukowcy pracujący nad modernizacją i ulepszaniem tej broni trudzą się w budynkach, które – przynajmniej gdy się patrzy ze stoku narciarskiego – najwyraźniej stoją niepokojąco blisko biura Light. Podczas gdy jedna grupa pracuje nad nierozprzestrzenianiem broni jądrowej, druga stara się, żeby istniała nadal.
Niektórzy uważają, że programy te podważają sens działań na rzecz nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Light jednak nadal postrzega swój wkład jako pomoc w utrzymaniu bezpieczeństwa na świecie. Chociaż systemy kosmiczne nie są obecnie powiązane z siecią monitorującą, która działa w ramach Traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych, Light uważa, że ich dane popychają sprawy we właściwym kierunku: dysponowanie większą liczbą radiowozów ułatwia łapanie piratów drogowych. A jeśli Stany Zjednoczone uwierzą, że zdołają złapać wszystkich (lub prawie wszystkich) piratów drogowych, mogą być bardziej skłonne do ratyfikowania traktatu, który na razie tylko podpisały, co oznacza mniej wiążące porozumienie.
– Jeśli mogłabym zrobić choćby coś niewielkiego, żeby przyczynić się do ratyfikacji Traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych, zrobię to – mówi, zaznaczając, że jest to jej osobista opinia, a nie laboratorium.
Nasz kraj obecnie może sobie zastrzec – i rzeczywiście to robi – prawo do przeprowadzania prób jądrowych, jeśli zostanie to uznane za konieczne z naukowego i technicznego punktu widzenia, żeby upewnić się, że broń, no wiecie, „zawsze, nigdy”. Politycy, oprócz chęci zastrzeżenia sobie tego prawa, nie chcą ratyfikować umowy, dopóki nie będą mieli absolutnej pewności, że inni postępują zgodnie z zasadami.
Praca Light w zakresie wykrywania mogłaby wzmocnić poparcie dla traktatu, zapewniając lepsze rozeznanie w hipotetycznych detonacjach jądrowych innych krajów lub ich braku. Ona i jej współpracownicy są w trakcie uzyskiwania jeszcze większej wiedzy, łącząc dane dotyczące eksplozji zebrane z ziemi i z kosmosu.
– Obecnie każdy czujnik robi swoje, a eksperci każdej specjalności robią swoje – wyjaśnia.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
1.
Przesadne zainteresowanie jedzeniem, jego przygotowaniem, prezentacją i konsumpcją.