Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zawsze ty - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
4392 pkt
punktów Virtualo

Zawsze ty - ebook

Arrochar Adair, siostra Lachlana, właściciela zamku w szkockim Ardnoch, jest od wielu lat zakochana w Macu Galbraicie. Kiedyś była dla niego za młoda, ale teraz, jako kobieta po trzydziestce, uważa, że różnica wieku nie stanowi problemu. Dzieli ich wszakże coś innego – pewien głębszy problem, o wiele trudniejszy do przezwyciężenia.

Mac dobrze pamięta noc, podczas której Arro stała się dlań wszystkim, nie tylko przyjaciółką i siostrą szefa. Niestety, popełnił w życiu wiele błędów i nie chce ich powtórzyć: nie wolno mu uwierzyć, że jest godzień uczucia Arrochar Adair. To, że się do niej zbliżył, kiedy przyjechała córka Robyn, okazało się jego zgubą. Sądzi, że bliskość między nimi może się skończyć tylko źle. Kiedy Arro chce się dowiedzieć, co ich naprawdę łączy, Mac ją odpycha. Załamana odrzuceniem kobieta postanawia zapomnieć o Macu i żyć bez niego, choć on nie zamierza z niej rezygnować.

Kiedy rodzina Adairów musi zmierzyć się z nowym niebezpieczeństwem, mającym związek z przeszłością Maca, zrobi on wszystko, by ją chronić. Czy Arrochar pozwoli mu zbliżyć się do siebie na tyle, by ustrzegł ją przed zagrożeniem… zanim będzie za późno?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-967-1
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Nie­które postaci przy­cią­gają czło­wieka odro­binę moc­niej niż inne, a Mac­ken­non Gal­bra­ith bez wąt­pie­nia był jedną z nich. Pisa­nie histo­rii miło­snej jego i Arro było czy­stą rado­ścią, a ich wspólna podróż zosta­nie we mnie na zawsze. Mam nadzieję, że czy­ta­nie o ich epic­kiej, oku­pio­nej ciężką walką miło­ści sprawi Wam tyle samo przy­jem­no­ści, ile mi przy­nio­sło jej opi­sy­wa­nie.

Pisa­nie to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze samotne zaję­cie, ale wyda­wa­nie ksią­żek z całą pew­no­ścią już nim nie jest. Muszę podzię­ko­wać mojej wspa­nia­łej przy­ja­ciółce, Cathe­rine Cow­les, za prze­czy­ta­nie wcze­snych wer­sji _Zawsze ty_ oraz za mądrość i rady, które pomo­gły uczy­nić histo­rię Maca i Arro tak auten­tyczną, jak to tylko moż­liwe. Jesteś nie­sa­mo­wi­tym źró­dłem wspar­cia i życz­li­wo­ści w spo­łecz­no­ści książ­ko­wej (i nie tylko!) i jestem ogrom­nie wdzięczna za Twoją przy­jaźń!

Oczy­wi­ście muszę podzię­ko­wać mojej nie­sa­mo­wi­tej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze służy mi pomocą i spra­wia, że staję się lep­szą pisarką i nar­ra­torką. Dzię­kuję, że poko­cha­łaś Maca rów­nie mocno jak ja!

Dzię­kuję Julie Deaton za korektę i wyła­pa­nie abso­lut­nie wszyst­kiego! Masz nie­sa­mo­wite oko do szcze­gó­łów. I dzię­kuję, że Ty też poko­cha­łaś Maca! Zro­bił nam się z tego nie­zły fan­klub.

Dzię­kuję też mojej _bestie_ i nie­zrów­na­nej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za ogar­nia­nie wszyst­kich dro­bia­zgów i wspie­ra­nie mnie w każ­dej sytu­acji. Tak bar­dzo Cię doce­niam. Kocham mocno!

Życie pisa­rza nie koń­czy się na samej książce. Nasza praca wykra­cza daleko poza napi­sane słowo – obej­muje mar­ke­ting, reklamę, pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne, pro­wa­dze­nie mediów spo­łecz­no­ścio­wych i wiele wię­cej. Pomoc ze strony pro­fe­sjo­na­li­stów jest wtedy na wagę złota. Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Niny Grin­stead z Valen­tine PR za wspar­cie, moty­wa­cję, cenne wska­zówki i rady. Jesteś gwiazdą!

Dzię­kuję każ­demu blo­ge­rowi, insta­gra­me­rowi i miło­śni­kowi ksią­żek, który pomógł gło­sić wieść o moich powie­ściach na świe­cie. Jestem Wam wszyst­kim ogrom­nie wdzięczna! Skoro o tym mowa, wiel­kie dzięki dla fan­ta­stycz­nych czy­tel­ni­ków z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku, Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście naprawdę wyjąt­kowi i jeste­ście naj­wspa­nial­szymi czy­tel­ni­kami, o jakich dziew­czyna mogłaby marzyć! Wasze nie­usta­jące i nie­słab­nące wspar­cie budzi we mnie podziw. Dzię­kuję, że jeste­ście.

Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Hang Le za ponowne stwo­rze­nie olśnie­wa­ją­cej okładki, która buduje ide­alną atmos­ferę wizu­alną dla tej histo­rii i całej serii. Nie prze­sta­jesz mnie zadzi­wiać! Dzię­kuję rów­nież Regi­nie Wamba za piękne zdję­cie pary, które ide­al­nie oddaje tęsk­notę mię­dzy Makiem a Arro.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej czy­tel­nicy na całym świe­cie mogą tra­fiać na moje książki. Jesteś feno­me­nalna i to wiel­kie szczę­ście, że Cię mam!

Wiel­kie dzięki dla mojej rodziny i przy­ja­ciół za to, że zawsze mnie wspie­rają i moty­wują, oraz za wysłu­chi­wa­nie moich opo­wie­ści – cza­sem powta­rza­nych w kółko – o świa­tach, w któ­rych żyję.

Na koniec dzię­kuję Tobie – za to, że czy­tasz. To zna­czy dla mnie wszystko.PROLOG

Arro

Sześć lat i cztery mie­siące wcze­śniej

Zamek Ard­noch, hrab­stwo Suther­land

Szko­cja

Widok rodzin­nego domu, w któ­rym kłę­bił się tłum ele­ganc­kich gości o zna­nych twa­rzach, w błysz­czą­cych suk­niach wie­czo­ro­wych, kil­tach i smo­kin­gach, wyda­wał mi się dziwny. Załoga kel­ner­ska, ubrana w tra­dy­cyjne stroje – żakiety o kroju fraka, fulary zawią­zane pod szyją i białe ręka­wiczki – krą­żyła wśród zapro­szo­nych, roz­no­sząc tace z tar­tin­kami i kie­lisz­kami szam­pana.

Z dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w tym wspa­nia­łym zamku zapa­mię­ta­łam, że nie­ustan­nie wyma­gał on remon­tów i napraw. Zaj­mo­wa­li­śmy wtedy tylko kilka pokoi. Cała reszta, włącz­nie z prze­stron­nymi kory­ta­rzami, była wil­gotna, chłodna i ponura. W zimie pano­wał tu lodo­waty ziąb.

Ale mój naj­star­szy brat, Lachlan Adair, zain­we­sto­wał w naszą rodową sie­dzibę część swo­jej for­tuny, któ­rej doro­bił się jako gwiazda hol­ly­wo­odz­kich fil­mów akcji. Namó­wił też kil­koro boga­tych zna­jo­mych, żeby zro­bili to samo. No i zmie­nili Ard­noch wła­śnie w to – pry­watny klub dla elity prze­my­słu fil­mo­wego i tele­wi­zyj­nego.

Nie będę kła­mać. Po czę­ści nie­na­wi­dzi­łam tych zmian. Mam silny instynkt tery­to­rialny, oba­wia­łam się więc, że goście nie wykażą nale­ży­tego sza­cunku dla sie­dziby i histo­rii naszej rodziny. W głębi duszy wie­dzia­łam jed­nak, że tak się nie sta­nie, ponie­waż Lachlan ni­gdy by na to nie pozwo­lił. Zda­wa­łam sobie też sprawę, że gdyby nie klub zało­żony w zamku i posia­dło­ści Ard­noch, nasza rodzina stra­ci­łaby swą sie­dzibę na zawsze. Lachlan musiałby ją sprze­dać. A tak przy­naj­mniej pozo­stała w naszych rękach.

– Dla­czego sto­isz tu samot­nie? I skąd ta nie­szczę­śliwa mina? – Thane, mój drugi z kolei star­szy brat pod­szedł do mnie z żoną Fran­cine u boku.

Wzru­szy­łam ramio­nami i uśmiech­nę­łam się do niego smutno.

– Nie wydaje ci się to dziwne?

Rozej­rzał się wokół.

– Ow­szem, bar­dzo. Ale to jest wielka, wspa­niała budowla, jakby stwo­rzona na takie oka­zje.

Przy­zna­łam mu rację, lekko uno­sząc kie­li­szek.

– Przy­naj­mniej pasu­jesz do oto­cze­nia. – Fran­cine objęła mnie ramie­niem i lekko uści­snęła. – Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco i wcale nie róż­nisz się od tych wszyst­kich hol­ly­wo­odz­kich gwiazd. Ja nato­miast przy­po­mi­nam wie­lo­ryba.

– Wcale nie – zapro­te­sto­wa­łam. – Jesteś zachwy­ca­jąca i pro­mienna. – Fran była w pią­tym mie­siącu ciąży. Ocze­ki­wali z Thane’em dru­giego dziecka. Uwiel­bia­łam swo­jego bra­tanka Lewisa i nie mogłam się już docze­kać nowego członka rodziny.

Fran przy­gła­dziła ciemne loki i prze­su­nęła dło­nią po zaokrą­glo­nym brzu­chu.

– Dzięki, ale wcale się tak nie czuję.

– Jesteś piękna – rzekł Thane szorst­kim tonem. Zauwa­ży­łam jed­nak, że przy­cią­gnął ją do sie­bie.

Mój brat i bra­towa w miej­scach publicz­nych zwy­kle oka­zy­wali sobie tyle czu­ło­ści, że na ten widok chcia­łam ucie­kać gdzie pieprz rośnie. Po pierw­sze, nie mia­łam ochoty patrzeć, jak przy­sy­sają się do sie­bie, po dru­gie, czu­łam lekką zazdrość. Cie­szy­łam się szczę­ściem Thane’a, ale cza­sami tęsk­ni­łam za taką miło­ścią, jaką darzył żonę. Nie­stety, praw­do­po­do­bień­stwo, że kie­dyś znajdę podobne uczu­cie, było nikłe, wziąw­szy pod uwagę, że zako­cha­łam się bez wza­jem­no­ści. Prze­ra­żała mnie myśl, że ni­gdy się nie odko­cham.

Nie byłam na tyle ego­cen­tryczna, żeby nie zauwa­żyć napię­cia mię­dzy Thane’em a Fran. Albo tego, że mój brat ostat­nio odsu­nął się od ludzi. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak inten­syw­nie mu się przy­glą­dam, dopóki nie chwy­cił żony za rękę, tak jakby sły­szał moje myśli. Ona zaś z widoczną ulgą przy­lgnęła do jego boku.

– Gdzie są Bro­dan i Arran? – zapy­tał.

Wzru­szy­łam ramio­nami i poszu­ka­łam wzro­kiem braci.

– Muszą gdzieś tu być. Pew­nie szu­kają kogoś, kogo mogliby poca­ło­wać o pół­nocy.

– A ty, Arro? Zna­la­złaś kogoś takiego? – zapy­tała z sze­ro­kim uśmie­chem Fran.

„Ow­szem”, pomy­śla­łam, ale potrzą­snę­łam głową. Cho­ciaż zna­la­złam kogoś, z kim mogła­bym się cało­wać do końca życia, wąt­pi­łam, żeby odwza­jem­nił moje poca­łunki. A skoro już o tym mowa…

– Gdzie jest Mac? – zapy­ta­łam. – Nie widzia­łam go tu dzi­siaj. Chyba nie pra­cuje?

Fran wzru­szyła ramio­nami.

– Prze­cież jest sze­fem ochrony.

– Nie pra­cuje – oznaj­mił Thane. – Lachlan dał mu wolny wie­czór, żeby mógł razem z nami powi­tać Nowy Rok. Ktoś z zespołu prze­jął jego obo­wiązki.

– No to gdzie jest Mac?

Moja bra­towa prych­nęła roz­ba­wiona.

– Pew­nie ucieka przed sta­dem bab, które chcą go zacią­gnąć do łóżka.

Wzdry­gnę­łam się lekko na te słowa, a Thane puścił do mnie oko.

– Skar­bie – zwró­cił się do żony. – Faceci przed tym nie ucie­kają.

– Ach, ty… – Odwró­ciła się, żeby przy­wo­łać go do porządku, ale przy­cią­gnął ją do sie­bie i poca­ło­wał.

Cie­szyło mnie, że znów zacho­wują się wobec sie­bie nor­mal­nie, ale nie chcia­łam na to patrzeć.

– Baw­cie się dobrze! – zawo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc muzykę, i ruszy­łam w stronę wyj­ścia z sali balo­wej.

Maca na pewno tu nie było, a szcze­rze mówiąc, tylko jego twarz mia­łam ochotę oglą­dać tego wie­czoru.

Jak zwy­kle.

Tak było, odkąd zmarł tata.

A może dłu­żej. Pozna­łam Maca, kiedy mia­łam czter­na­ście lat, ale wtedy nie spę­dza­łam z nim zbyt wiele czasu. On i Lachlan stale włó­czyli się po świe­cie – mój brat był akto­rem, a Mac sze­fem jego ochrony. Dokład­nie pamię­tam jed­nak Gwiazdkę, którą spę­dzi­li­śmy razem, kiedy mia­łam osiem­na­ście lat. Wła­śnie zaczę­łam pierw­szy semestr stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie w Aber­deen i cie­szy­łam się na święta w domu, z rodziną. Mac i Lachlan rów­nież spę­dzili dwa tygo­dnie prze­rwy w Ard­noch, a ja zadu­rzy­łam się po uszy w doj­rza­łym męż­czyź­nie, któ­rego mój brat uwa­żał za naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Mac miał wtedy trzy­dzie­ści jeden lat i nie wyka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia nasto­let­nią sio­strą przy­ja­ciela. Wtedy mnie to nie mar­twiło. Uwiel­bia­łam takie prze­lotne zauro­cze­nia, które dostar­czały mi dresz­czyku emo­cji, pobu­dzały zmy­sły, uru­cha­miały roman­tyczne fan­ta­zje o obiek­cie fascy­na­cji. To była świetna zabawa!

Miłość jed­nak wcale nie była zabawna.

Miłość raniła.

Po tym pierw­szym zauro­cze­niu i odbu­do­wa­niu naszej posia­dło­ści przez Lachlana i Maca, po upły­wie nie­mal ośmiu lat zako­cha­łam się w Mac­ken­no­nie Gal­bra­icie. Byłam prze­ko­nana, że na­dal postrzega mnie jedy­nie jako młod­szą sio­strzyczkę Lachlana.

I wła­śnie dla­tego tak się dzi­siaj wystro­iłam. Cho­ciaż ten jeden raz wyko­rzy­sta­łam drobną część spadku, którą otrzy­ma­łam od Lachlana, kiedy sprze­dał poło­żony w dużej odle­gło­ści od Ard­noch kawa­łek ziemi nale­żą­cej do rodziny. Kupi­łam sobie nie­do­rzecz­nie drogą suk­nię, dzięki któ­rej czu­łam się piękna i sek­sowna. Z zawodu byłam inży­nie­rem leśni­kiem, co ozna­czało, że naj­czę­ściej prze­by­wa­łam w górach, ubrana w dżinsy lub spor­towe spodnie, wygod­nie bluzy i T-shirty. Tym razem chcia­łam pod­kre­ślić figurę.

Wygła­dziw­szy dłońmi suk­nię, krą­ży­łam w poszu­ki­wa­niu Maca po mniej­szych poko­jach, zmie­nio­nych przez Lachlana w salo­niki, w któ­rych goście mogli swo­bod­nie gawę­dzić i udzie­lać się towa­rzy­sko.

Lachlan miał nieco ziry­to­waną minę, kiedy mnie zoba­czył, ale na szczę­ście powstrzy­mał się przed komen­ta­rzem. Bar­dzo chciał na­dal widzieć we mnie swoją smar­katą sio­strzyczkę, ale ja już nią nie byłam. Sta­łam się kobietą. Mia­łam dwa­dzie­ścia pięć lat, pra­wie dwa­dzie­ścia sześć, i mogłam podej­mo­wać samo­dzielne decy­zje. Jak tę, żeby wło­żyć długą suk­nię, w któ­rej czu­łam się pra­wie naga. Była dopa­so­wana, uszyta z jedwa­biu w chłod­nym odcie­niu błę­kitu, który ide­al­nie paso­wał do moich oczu. Gdyby ozdo­biono ją koron­kami, wyglą­da­łaby jak peniuar.

Popro­si­łam sty­listkę, żeby roz­ja­śniła moje natu­ral­nie jasne włosy do pla­ty­no­wego blondu. W efek­cie moje oczy wyda­wały się jesz­cze bar­dziej nie­bie­skie, co tak mi się spodo­bało, że posta­no­wi­łam nie upi­nać fry­zury, tylko pozwo­lić luź­nym falom opaść na ramiona.

W ciągu pierw­szej godziny przy­ję­cia flir­to­wało ze mną dwóch hol­ly­wo­odz­kich gwiaz­do­rów.

Rzadko potrze­bo­wa­łam tego rodzaju zain­te­re­so­wa­nia, żeby dodać sobie pew­no­ści sie­bie, ale Mac nie przy­po­mi­nał żad­nego z face­tów, któ­rzy wcze­śniej mi się podo­bali. Przede wszyst­kim był moją pierw­szą miło­ścią.

Nie nale­żał do męż­czyzn skłon­nych do poważ­nych związ­ków, ale widy­wa­łam go w towa­rzy­stwie kobiet, z któ­rymi spo­ty­kał się bez zobo­wią­zań. Nie zauwa­ży­łam, żeby miał swój ulu­biony typ urody, ist­niała więc wielka szansa, że mu się spodo­bam. Ze względu na to, jak zosta­łam wycho­wana, nie bra­ko­wało mi pew­no­ści sie­bie i nie mia­łam kom­plek­sów. Kogo zresztą obcho­dzi, co myślą inni? O czym­kol­wiek! Dora­sta­łam w miej­sco­wo­ści, w któ­rej wszy­scy wszystko o sobie wie­dzieli. Zwa­rio­wa­ła­bym, gdy­bym przej­mo­wała się opi­niami innych.

Tego wie­czoru wystę­po­wa­łam bez sta­nika i mia­łam to gdzieś. Sukienka miała wąskie ramiączka, a jedwab był tak cienki, że wło­że­nie cze­goś pod spód nie wcho­dziło w grę.

No dobra. To był świa­domy wybór. Chcia­łam spraw­dzić, czy Mac zauważy. Przy­znaję się do winy.

Trudno jed­nak, by zauwa­żył, skoro nie mogłam go ni­gdzie zna­leźć.

Nagle przy­szło mi do głowy, że mógł się skryć w swoim biu­rze. Zawró­ci­łam i uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z gośćmi, skrę­ci­łam w kory­tarz prze­zna­czony dla per­so­nelu.

Drzwi do biura Maca były zamknięte.

Wzię­łam głę­boki wdech, po czym zapu­ka­łam i weszłam do środka.

Mac sie­dział w fotelu na środku nie­wiel­kiego pokoju wypeł­nio­nego pół­kami na książki. Odwró­cił się, a moje serce stop­niało na widok jego pięk­nych oczu i melan­cho­lij­nego spoj­rze­nia.

Bez słowa zro­bi­łam krok naprzód i zamknę­łam za sobą drzwi.

– Mac?

Jego wzrok prze­su­nął się po moim ciele, zatrzy­mu­jąc na biu­ście. Zabra­kło mi tchu, a z emo­cji ści­snęło w żołądku.

Mac jed­nak tylko skrzy­wił się lekko i spu­ścił oczy.

– Co tutaj robisz? Powin­naś się bawić na przy­ję­ciu.

– Z gro­madą nie­zna­jo­mych ludzi? – Prych­nę­łam iro­nicz­nie i przy­sia­dłam na skraju biurka. – Nie, dzię­kuję.

Upar­cie wpa­try­wał się w pod­łogę, a mnie emo­cje na­dal zapie­rały dech w piersi.

Na ogół Mac zacho­wy­wał się tak cza­ru­jąco, że trudno było z nim nie flir­to­wać. Uśmie­chał się łobu­zer­sko i zwy­kle miał coś miłego do powie­dze­nia.

Jed­nak przez ostat­nie dwa lata nie­raz widy­wa­łam go pogrą­żo­nego w ponu­rej zadu­mie. Lachlan nie chciał zdra­dzić, co go wpę­dzało w tak dziwny nastrój, choć despe­racko sta­ra­łam się tego dowie­dzieć. Żeby go pocie­szyć, ukoić ból, cokol­wiek to było. Tak jak on i Lachlan pocie­szali mnie i wspie­rali po tym, jak ojciec zmarł w moich ramio­nach.

Na to wspo­mnie­nie łzy zapie­kły mnie pod powie­kami, odwró­ci­łam wzrok.

– Co takiego jest w nocy syl­we­stro­wej, że działa na ludzi tak depre­syj­nie? – rzu­ci­łam.

Usły­sza­łam szorst­kie prych­nię­cie i znów spoj­rza­łam na Maca. Nasze oczy się spo­tkały, serce zaczęło mi bić szyb­ciej.

Kur­czę, czy kie­dy­kol­wiek jakiś inny męż­czy­zna będzie na mnie dzia­łał tak mocno jak on?

– Nowy rok ozna­cza nowy począ­tek – odrzekł.

Jego niski głos zda­wał się prze­ni­kać moje ciało, wywo­łu­jąc we mnie nagły dreszcz.

Nie. Głę­boko wąt­pi­łam, czy ktoś kie­dyś będzie mnie pocią­gał tak jak Mac­ken­non Gal­bra­ith. Czu­łam się tak, jakby moje strefy ero­genne łączyły się z jego cia­łem nie­wi­dzial­nymi nićmi.

– A nowy począ­tek, chcąc nie chcąc, przy­po­mina nam o prze­szło­ści i o tym, o czym chcemy zapo­mnieć.

Ostroż­nie wypu­ści­łam powie­trze i odwa­ży­łam się na pyta­nie:

– A ty o czym chciał­byś zapo­mnieć, Mac?

Cho­ciaż było to dość ego­istyczne, bałam się, że cho­dzi o jakąś kobietę.

Nie odpo­wie­dział. Wstał z wolna z fotela, a ja powio­dłam za nim wzro­kiem. Był solid­nie zbu­do­wany, miał metr dzie­więć­dzie­siąt pięć wzro­stu i syl­wetkę fil­mo­wego super­bo­ha­tera – sze­roką w ramio­nach, a wąską w pasie. Kiedy pierw­szy raz zauwa­ży­łam pod obci­słym T-shir­tem jego wydatne bicepsy, kolana się pode mną ugięły. Chyba byłam wyjąt­kowo płytka.

Zawsze uwa­ża­łam się za osobę, która nie zwraca uwagi na powierz­chow­ność – moi byli part­ne­rzy pre­zen­to­wali się róż­nie – ale bijąca od Maca siła dzia­łała na mnie nie­sa­mo­wi­cie. Siła połą­czona z surową szorst­ko­ścią. Zupeł­nie nie przy­po­mi­nał gład­kich przy­stoj­nia­ków, ale był nie­wia­ry­god­nie męski. Począw­szy od wyso­kiego czoła przez orli nos aż po wyraź­nie zary­so­waną szczękę, któ­rej kształtu nie zdo­łałby ukryć nawet lekki zarost.

Wize­ru­nek Maca Gal­bra­itha mógł słu­żyć za ilu­stra­cję słow­ni­ko­wego hasła „męski”. Mimo że uwa­ża­łam się za osobę w pełni cywi­li­zo­waną, jego fizycz­ność budziła we mnie jakieś pier­wotne instynkty, któ­rych nie umia­ła­bym się wyprzeć.

I być może nawet potra­fi­ła­bym się oprzeć fizycz­nemu pocią­gowi do tego faceta, gdyby nie to, że jed­no­cze­śnie od dwóch lat był on moim naj­cu­dow­niej­szym, naj­tro­skliw­szym przy­ja­cie­lem.

Mac pod­szedł do kre­densu sto­ją­cego pod ścianą i sta­nął przy nim, odwró­cony do mnie ple­cami. Wokół jego umię­śnio­nych łydek koły­sał się kilt. Zagry­złam wargę, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, jak ten szkocki strój uła­twia dostęp do pew­nych czę­ści ciała.

To zakra­wało na zbo­cze­nie.

Maca wyraź­nie coś gnę­biło, tym­cza­sem ja nie mogłam prze­stać myśleć o sek­sie.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści i sta­ra­łam się sku­pić myśli, pod­czas gdy on wyjął butelkę whi­sky i dwie krysz­ta­łowe szklanki.

– Napi­jesz się?

Wypi­łam już dwa kie­liszki szam­pana i tylko dzięki nim odwa­ży­łam się wyru­szyć na poszu­ki­wa­nie Maca. Kto wie, do czego mogę być zdolna po whi­sky?

– Jasne.

Pod­szedł do mnie ze szklanką w ręce, a ja cały czas patrzy­łam mu pro­sto w oczy.

– Dobrze ci w kil­cie – stwier­dzi­łam, gdy odbie­ra­łam od niego drinka.

Kąciki jego warg lekko się unio­sły.

– Dzięki. – Obrzu­cił mnie spoj­rze­niem i uciekł wzro­kiem w bok. – Wyglą­dasz bar­dzo ład­nie.

Zmarsz­czy­łam nos.

– Dzię­kuję. – Chyba.

Pocią­gnę­łam wzmac­nia­jący łyk whi­sky Cly­ne­lish i poczu­łam, jak przy­jem­nie pali w gar­dle.

– A dla­czego ty jesteś dziś przy­gnę­biona? – zapy­tał.

Na­dal stał przy mnie, więc musia­łam odchy­lić głowę, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Wyobra­ża­łam sobie, że seks z Makiem musi być tro­chę jak pod­da­nie się pod­bo­jowi. Cho­ciaż poza sypial­nią byłam cał­ko­wi­cie nie­za­leżną kobietą i jeży­łam się na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mnie kon­tro­lo­wać, to wizja Maca prze­zwy­cię­ża­ją­cego mój opór spra­wiała mi przy­jem­ność. Ale fan­ta­zjo­wa­łam rów­nież o tym, że przy­wią­zuję mu ręce do ramy łóżka i ujeż­dżam go, aż oboje nie­mal tra­cimy przy­tom­ność z roz­ko­szy. Tak to wyglą­dało.

Prze­łknę­łam wię­cej trunku niż zazwy­czaj, żeby zmu­sić się do powrotu do rze­czy­wi­sto­ści.

– Arro? – Mac zmarsz­czył brwi.

Przy­po­mnia­łam sobie, o co spy­tał, i wzru­szy­łam ramio­nami.

– Po pro­stu dziw­nie się czuję, kiedy widzę dom rodzinny wypeł­niony tłu­mem gości… a nie ma wśród nich taty.

Stu­art Adair był trud­nym czło­wie­kiem i nie­ła­two się było do niego zbli­żyć. Prawdę mówiąc, to Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, kiedy byłam dziec­kiem. Wie­dzia­łam jed­nak, że tata mnie kocha, a kiedy wró­ci­łam do Ard­noch po stu­diach na Uni­wer­sy­te­cie Aber­deen, bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy.

Mijały już nie­mal dwa lata, odkąd zmarł na zawał serca. Spa­ce­ro­wa­li­śmy po plaży z jego psem, Bra­mem, wiel­kim char­tem szkoc­kim, któ­rego adop­to­wał, kiedy wyje­cha­łam na stu­dia.

Nie mogłam mu pomóc.

Nie mogłam go ura­to­wać.

Ta bez­sil­ność była…

Prze­łknę­łam jesz­cze jeden łyk whi­sky, powstrzy­mu­jąc łzy wywo­łane bole­snym wspo­mnie­niem. I poczu­ciem winy.

– Hej. – Mac ujął mnie za pod­bró­dek i uniósł go lekko, żebym popa­trzyła mu w oczy. Spo­glą­dał na mnie z nie­wy­po­wie­dzianą czu­ło­ścią. – Musisz się pozbyć tego poczu­cia winy, Arro.

– Mac­ken­no­nie, czyż­byś potra­fił czy­tać w myślach?

Cof­nął dłoń, nieco zdzi­wiony, kiedy jego imię w peł­nej for­mie roz­nio­sło się echem po biu­rze. Nikt się tak do niego nie zwra­cał, więc w moich ustach „Mac­ken­non” zabrzmiało dziw­nie intym­nie.

Podo­bało mi się to.

Przez sekundę patrzył badaw­czo na moją twarz, a ja spo­glą­da­łam w jego stale zmie­nia­jące się oczy. W zasa­dzie były brą­zowe, ale ich kolor zale­żał od oświe­tle­nia. W ostrym świe­tle biura przy­brały barwę nie­bie­sko­szarą.

– Nie, nie potra­fię tego. Po pro­stu na odle­głość umiem roz­po­znać poczu­cie winy. Chyba dzi­siaj drę­czy nas ono oboje.

– Masz jakiś powód, by czuć się winny?

Wes­tchnął ciężko.

– Jeśli ci powiem, będziesz źle o mnie myślała, a z tym pew­nie nie dał­bym sobie rady.

Dotknę­łam jego ramie­nia.

– Ni­gdy bym o tobie źle nie pomy­ślała.

Zanim odwró­cił się i jed­nym hau­stem wypił resztę whi­sky, zauwa­ży­łam drobny nerw drga­jący na jego szczęce. Pod­szedł do kre­densu i nalał sobie drugą szklankę alko­holu. Jego nastroje były tak zmienne i nie­prze­wi­dy­walne. Nie podo­bało mi się to, tym bar­dziej że pod tym wzglę­dem bar­dzo się od niego róż­ni­łam.

– Mac­ken­no­nie, pro­szę, powiedz mi, co się dzieje.

Rzu­cił mi przez ramię groźne spoj­rze­nie.

– Dla­czego nazy­wasz mnie Mac­ken­no­nem?

– Ponie­waż jest to piękne imię i lubię je wyma­wiać.

Cze­ka­łam na reak­cję, ale się nie docze­ka­łam.

Mac nalał sobie kolej­nego drinka i oparł się o kre­dens. Jakby celowo chciał zacho­wać dystans mię­dzy nami.

– Powin­naś wró­cić na przy­ję­cie – rzekł wresz­cie.

Zsu­nę­łam się z biurka, nie pode­szłam jed­nak do niego.

– Nie wrócę tam, dopóki nie powiesz mi, co cię drę­czy.

– Mam córkę! – wypa­lił nagle.

Znie­ru­cho­mia­łam, wstrzą­śnięta tym wyzna­niem.

Mac lekko się skrzy­wił.

– Nie spo­dzie­wa­łaś się takiej nowiny, prawda?

– Co takiego? – zdzi­wi­łam się i zro­bi­łam krok w jego stronę. – To zna­czy… kiedy…? Jak to…? – „Czy to świeża sprawa?”, prze­mknęło mi przez głowę.

Na myśl o tym, że jakaś baba mogła wkro­czyć w jego życie i mi go ode­brać, wpa­dłam w panikę. Samo­lubna reak­cja, ale tak wła­śnie było!

– Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat, zro­bi­łem dziecko pew­nej dziew­czy­nie.

O mój Boże.

– To było nie­długo po tym, jak prze­nio­słem się do Sta­nów, żeby pra­co­wać w warsz­ta­cie wujka.

Wie­dzia­łam, że bab­cia wysłała go do wuja, do Bostonu, gdzie pra­co­wał jako mecha­nik, a kiedy osią­gnął odpo­wiedni wiek, wstą­pił do bostoń­skiego wydziału poli­cji. Póź­niej prze­niósł się do pracy w pry­wat­nej fir­mie ochro­niar­skiej.

Ale córka…?

– Mac?

– Nazywa się Robyn. Ma dwa­dzie­ścia trzy lata.

Na litość… Mac liczył zale­d­wie trzy­dzie­ści osiem lat, a wyglą­dał, jakby był nie­wiele po trzy­dzie­stce. I on, na miłość boską, miał dwu­dzie­sto­trzy­let­nią córkę?

– Jak to moż­liwe, że nic o tym nie wie­dzia­łam?

– Nie mia­łem z nią kon­taktu, odkąd skoń­czyła czter­na­ście lat. Unie­moż­li­wiała mi to jej mama. – Potarł twarz dło­nią. – Nie wal­czy­łem wystar­cza­jąco zażar­cie. Wszyst­kie listy, wszyst­kie pre­zenty wra­cały do mnie. Teraz jest doro­słą kobietą, poli­cjantką. – Wzru­szył bez­rad­nie ramio­nami. – To swo­jego ojczyma uważa za tatę. Ja jestem tylko dawcą spermy. – Wychy­lił resztę whi­sky. – Dup­kiem, który ją opu­ścił, tak samo jak moja mama opu­ściła mnie. – Zdu­miona dostrze­głam łzy w jego oczach. – Nie wie, jak bar­dzo ją kocham. Szcze­rze mówiąc, nie zasłu­guję na taki przy­wi­lej. Nie zasłu­guję na to, żeby się o tym dowie­działa.

– Och, Mac. – Pode­szłam do niego, odsta­wi­łam szklankę na sto­lik sto­jący za nim i uści­ska­łam przy­ja­ciela.

Przy­tu­lił twarz do mojej szyi i objął mnie kur­czowo. Poczu­łam, że drży z emo­cji, i łzy napły­nęły mi do oczu.

Nie mia­łam o niczym poję­cia.

Zacie­śni­łam uścisk i przy­war­łam do niego tak mocno, jak tylko mogłam.

W końcu się roz­luź­nił i – na­dal do mnie przy­tu­lony – pod­niósł głowę, by spoj­rzeć mi w oczy. Cier­pie­nie na jego twa­rzy zelżało. Przy­ci­snę­łam dło­nie do jego piersi i poczu­łam, jak szybko bije mu serce. Dotarły do mnie jego bli­skość, cie­pło męskiego ciała, idąca od niego siła, zapach… Sta­ra­łam się tego nie dostrze­gać, wydało mi się to cał­kiem nie na miej­scu, ale czu­łam, że jego dotyk wywo­łuje we mnie mro­wie­nie i ciarki na skó­rze.

– Spraw­dzi­łem się jako tata małej Robyn – pod­jął. – Z jej mamą, Sta­cey, roz­sta­li­śmy się, kiedy Rob­bie była jesz­cze malutka. Ale zawsze słu­ży­łem jej wspar­ciem. Sta­cey miała wybu­chową naturę i kon­flik­towy cha­rak­ter. Trudno się było z nią poro­zu­mieć, ale robi­łem, co musia­łem, byle tylko nie stra­cić Robyn. Sytu­acja się popra­wiła, kiedy moja eks wyszła za mąż za Setha. Wszy­scy dobrze się doga­dy­wa­li­śmy. Seth był kolegą z bostoń­skiej poli­cji. Cie­szy­łem się, że będzie w życiu Robyn w chwi­lach, w któ­rych ja nie mogłem przy niej być. I ni­gdy nie sta­rał się odciąć mnie od córki.

Wszystko się zmie­niło, kiedy zaczą­łem pracę w fir­mie ochro­niar­skiej i musia­łem czę­ściej wyjeż­dżać ze względu na obo­wiązki zawo­dowe. Sta­cey znów stała się opry­skliwa i agre­sywna. Kiedy Lachlan zapro­po­no­wał mi pracę u sie­bie, a to ozna­czało prze­pro­wadzkę na drugi koniec kraju, nie chciała sły­szeć o wspól­nej opiece nad dziec­kiem. Pro­po­no­wa­łem, żeby Robyn spę­dzała waka­cje ze mną w Kali­for­nii. Ba! Zamie­rza­łem odwie­dzać ją nawet w Bosto­nie, kiedy mia­łem kilka dni wol­nego. Nie­stety Sta­cey posta­wiła sprawę na ostrzu noża. Wszystko albo nic.

Wzru­szył ramio­nami.

– A ja oka­za­łem się samo­lub­nym sukin­sy­nem i wybra­łem pracę. Dobrze mi pła­cili. Mogłem kupo­wać Robyn różne rze­czy, na co ina­czej nie mógł­bym sobie pozwo­lić. Tyle że tę decy­zję pod­ją­łem nie tylko ze względu na córkę. Pod­ją­łem ją dla sie­bie. Byłem zbyt dumny, żeby pozwo­lić Sta­cey dyk­to­wać warunki doty­czące mojego życia. Przed­ło­ży­łem dumę nad wła­sne dziecko.

– A gdy­byś wie­dział, że przy­ję­cie tej pracy ozna­cza utratę córki, też wybrał­byś dumę?

– Ni­gdy – odrzekł szorstko, jakby bła­gał, żebym mu uwie­rzyła. – Arro, ni­gdy. Robyn jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie chce mieć ze mną nic wspól­nego. Rok w rok wysy­ła­łem jej listy i pre­zenty, ale zawsze do mnie wra­cały. Już tego nie napra­wię. – Gła­dził mnie po nagich ramio­nach, jakby to on mnie pocie­szał. Robił to bez­wied­nie. – Kocham Lachlana jak brata i kocham Ard­noch. Nie zamie­nił­bym tego na nic innego, z wyjąt­kiem niej. Dla niej wyrzekł­bym się wszyst­kiego, co dawało mi szczę­ście, byle tylko znów zaist­niała w moim życiu. Żałuję, że w ogóle przy­ją­łem tę pracę.

Łzy współ­czu­cia napły­nęły mi do oczu. Nie wie­dzia­łam, że nosi w sobie tyle bólu i żalu.

– Mac­ken­no­nie – wyszep­ta­łam, kła­dąc dłoń na jego policzku. Szorstki zarost lekko mnie ukłuł, a nasze oczy się spo­tkały. – Nie zmie­nisz prze­szło­ści. Możesz się tylko z nią pogo­dzić. Chcia­ła­bym cof­nąć czas, ale w rze­czy­wi­stym świe­cie to tak nie działa. Żyjemy tu i teraz. To jed­nak nie zna­czy, że niczego nie można zmie­nić. – Bez­wied­nie przy­war­łam do niego cia­śniej i poczu­łam, że oparł dło­nie na moich bio­drach. – Można zmie­nić przy­szłość.

– Nie zasłu­guję na przy­szłość z córką.

Z bólem zro­zu­mia­łam, że on naprawdę tak myśli, że nie wie­rzy w swoją war­tość.

– Jesteś dobrym czło­wie­kiem – wychry­pia­łam gło­sem peł­nym emo­cji. – Naj­lep­szym.

Potrzą­snął głową, ale unie­ru­cho­mi­łam go, kła­dąc mu dło­nie na policz­kach.

– To moje zda­nie. I uwa­żam, że jesteś wspa­niały. Wiem, że nie prze­trwa­ła­bym ostat­nich dwóch lat bez two­jej pomocy. Szkoda, że nie możesz spoj­rzeć na sie­bie moimi oczami.

Zaci­snął dło­nie na moich bio­drach, wzrok mu pociem­niał.

– Arro…

Wtedy ogar­nęło mnie jakieś sza­leń­stwo. Przy­cią­gnę­łam jego głowę do sie­bie i przy­war­łam do ust. Kiedy poczu­łam na nich smak whi­sky, z pod­nie­ce­nia aż zady­go­ta­łam. Mac jęk­nął i zasko­czony roz­chy­lił wargi. Wyko­rzy­sta­łam to natych­miast i dotknę­łam języ­kiem jego języka.

Jego głu­che stęk­nię­cie zawi­bro­wało w moim ciele. Poczu­łam, że odpo­wiada poca­łun­kiem na mój poca­łu­nek.

Natych­miast zapło­nął we mnie ogień, mózg prze­stał pra­co­wać, otu­ma­niony pożą­da­niem i potrzebą bli­sko­ści. Całe lata tłu­mio­nych pra­gnień wybu­chły ze zwie­lo­krot­nioną siłą.

Nasz poca­łu­nek stał się dziki i łap­czywy. Wsu­nę­łam palce w ciemne włosy Maca, jego zarost dra­pał mi policzki, dło­nie mięły jedwab sukni, roz­cią­ga­jąc ją na moich wraż­li­wych pier­siach.

Tak, tak, TAK.

Ni­gdy jesz­cze nie dozna­łam tak gwał­tow­nego pożą­da­nia.

Chcia­łam czuć jego ręce na całym ciele.

Ale naj­bar­dziej pra­gnę­łam je poczuć mię­dzy nogami. Nie. Wola­ła­bym, żeby zna­la­zły się tam jego usta.

Jęk­nę­łam na samą myśl o tym.

Mac chwy­cił mnie mocno za ramiona.

I gwał­tow­nie od sie­bie odsu­nął.

Zachwia­łam się, gdy wpa­dłam na opar­cie fotela.

Mia­łam wra­że­nie, że każdy cen­ty­metr mojej skóry roz­grzał się do czer­wo­no­ści. Wargi mi nabrzmiały.

Mac patrzył na mnie, jakby zoba­czył mnie pierw­szy raz w życiu. Opu­ścił wzrok na moje piersi i oczy mu pociem­niały. Odwró­cił się, po czym mocno zaci­snął dło­nie po bokach.

Zer­k­nę­łam w dół i spo­strze­głam, że stward­niałe sutki odzna­czały się widocz­nie pod cien­kim mate­ria­łem sukni. Policzki zapło­nęły mi żywym ogniem, ale posta­no­wi­łam się nie zasła­niać.

Spoj­rza­łam wojow­ni­czo na sto­ją­cego do mnie tyłem męż­czy­znę.

– Może byś tak na mnie spoj­rzał?

Odwró­cił się gwał­tow­nie. Twarz mu spo­chmur­niała, malo­wało się na niej uczu­cie, któ­rego nie potra­fi­łam ziden­ty­fi­ko­wać, ale wie­dzia­łam, że mi się nie podoba. Prze­cze­sał włosy pal­cami i zaklął pod nosem.

– Mac, wszystko jest w porządku.

– Nic nie jest w porządku. – Patrzył na mnie gniew­nie. – Wła­śnie dobra­łem się do smar­ka­tej sio­stry mojego przy­ja­ciela. Do smar­ka­tej sio­stry szefa! Chry­ste, jesteś zale­d­wie trzy lata star­sza od mojej córki.

Skrzy­wi­łam się z nie­za­do­wo­le­niem.

– Nie mów tak. Kiedy for­mu­łu­jesz to w ten spo­sób, brzmi gorzej, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Jesteś ode mnie o trzy­na­ście lat star­szy, Mac­ken­no­nie. To nic wiel­kiego.

– Wręcz prze­ciw­nie. – Mówił teraz ciszej, a jego twarz zła­god­niała, przy­bie­ra­jąc nie­mal bła­galny wyraz. – Arro… Lachlan to jedyna rodzina, jaką mam. Ni­gdy nie zra­nił­bym ani jego, ani cie­bie. – To… – wska­zał gestem dłoni na nas oboje – …to, moja droga, nie może się stać. Ni­gdy się nie wyda­rzy. Nie rozu­muję dzi­siaj jasno, więc nie powi­nie­nem… nie powin­ni­śmy… Nie myślę o tobie w ten spo­sób.

Odrzu­cił mnie, a to zabo­lało jak pchnię­cie nożem.

Nie chcia­łam, żeby zauwa­żył moją reak­cję.

„Nie myślę o tobie w ten spo­sób”.

W porządku. Teraz przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, prawda?

Czyż­bym wyko­rzy­stała chwilę sła­bo­ści przy­ja­ciela? Ta myśl prze­szyła mnie na wylot.

Nie chcia­łam utra­cić jego przy­jaźni z takiego powodu.

– Prze­pra­szam, Mac. To był tylko poca­łu­nek. Oboje za dużo wypi­li­śmy. Nikt nie musi się o nim dowie­dzieć i to się… to się ni­gdy wię­cej nie powtó­rzy. Już ni­gdy tego nie zro­bię. Prze­pra­szam. Mię­dzy nami wszystko w porządku. Już dobrze, prawda?

Lekko zmru­żył oczy i spoj­rzał na mnie badaw­czo. Z całych sił sta­ra­łam się zacho­wać neu­tralny wyraz twa­rzy. W końcu ode­tchnął z ulgą i wyraź­nie się roz­luź­nił.

– Moja droga, nie ma za co prze­pra­szać. Wszystko w porządku. Mię­dzy nami jest dobrze.

– Świet­nie. – Przy­gła­dzi­łam włosy, z wysił­kiem zacho­wu­jąc spo­kój. – Lepiej będzie, jeśli wrócę na przy­ję­cie przed pół­nocą. Ty też powi­nie­neś tam pójść. Wejść mię­dzy ludzi. Zająć czymś myśli, żeby choć przez chwilę nie zadrę­czać się roz­wa­ża­niami o Robyn.

Ponuro ski­nął głową.

– Zja­wię się tam za chwilę.

Kiedy wyszłam z biura, na kory­ta­rzu owio­nął mnie nagły chłód. Oszo­ło­miona powę­dro­wa­łam z powro­tem do wiel­kiej sali, tym razem ski­nie­niem głowy wita­jąc krę­cą­cych się wokół gości. Na języku wciąż czu­łam smak Maca, wargi na­dal pul­so­wały od jego poca­łunku, a ciało wibro­wało od nie­speł­nio­nego pożą­da­nia.

„Otrzą­śnij się, Arro”.

Usły­sza­łam dono­śny głos Lachlana. Brat wygła­szał wła­śnie nowo­roczne prze­mó­wie­nie i dokład­nie w chwili, w któ­rej weszłam do sali balo­wej, zawo­łał, sto­jąc u szczytu scho­dów:

– Oby­ście byli szczę­śliwi, a wasi wro­go­wie o tym wie­dzieli! _Slàinte Mhath!_

Wszy­scy goście unie­śli kie­liszki i odpo­wie­dzieli okrzy­kiem:

– _Slàinte Mhath!_

Cze­ka­łam pod ścianą, kiedy poja­wił się per­so­nel z ple­dami ze sztucz­nego futra dla gości. Ludzie zaczęli się nimi otu­lać, a ja nagle zoba­czy­łam, że przede mną stoi Lachlan.

– Tu jesteś. – Narzu­cił mi pled na ramiona. – Czas na fajer­werki, zanim dzwon wybije pół­noc.

Ski­nę­łam głową i pozwo­li­łam mu popro­wa­dzić się na zewnątrz, dokąd zmie­rzali rów­nież inni zapro­szeni.

– Gdzie się podzie­wa­łaś?

– Musia­łam chwilę ode­tchnąć – skła­ma­łam. – Ta impreza nieco mnie przy­tła­cza.

Lachlan przy­cią­gnął mnie do swo­jego boku.

– Wiem, skar­bie. Ale zapew­niam cię, że warto to wytrzy­mać.

Przy­tak­nę­łam i sta­nę­łam obok niego na pod­jeź­dzie, gdzie zgro­ma­dzili się wszy­scy goście. Z oddali roz­le­gły się dźwięki _Auld Lang Syne_, grane przez dudzia­rza.

Nagle powie­trze prze­szył ostry, świsz­czący dźwięk, a po sekun­dzie roz­legł się ogłu­sza­jący huk. Na ciem­nym nie­bie eks­plo­do­wały sre­brzy­ste, nie­bieskie i różowe bły­ski, a goście zaczęli gromko wiwa­to­wać i bić brawa.

Na chwilę zatra­ci­łam się w tym wspa­nia­łym poka­zie świa­tła i kolo­rów.

Poczu­łam go, zanim zoba­czy­łam.

Odwró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na Maca, który wła­śnie sta­nął u mojego dru­giego boku.

Nie odwró­cił wzroku, tylko patrzył na mnie nie­pew­nie, pełen wyrzu­tów sumie­nia.

Abso­lut­nie nie chcia­łam, żeby czuł się wobec mnie winny.

I tak już zbyt wiele musiał dźwi­gać na swo­ich bar­kach.

Nie powi­nien na doda­tek żało­wać cze­goś, co wią­zało się ze mną. Wola­łam już pogo­dzić się z odrzu­ce­niem.

Wsu­nę­łam dłoń w jego rękę.

– Przy­ja­ciele na zawsze – powie­dzia­łam bez­gło­śnie.

Jego spoj­rze­nie natych­miast poja­śniało i z wdzięcz­no­ścią lekko uści­snął moją dłoń.

A ja unio­słam wzrok ku niebu i obser­wo­wa­łam pokaz sztucz­nych ogni, uda­jąc, że przy każ­dej barw­nej eks­plo­zji serce nie pęka mi na tysiąc kawał­ków.2

Arro

– Wyda­jesz się tro­chę szczę­śliw­sza – zauwa­żył Arran, kiedy tań­czy­li­śmy wolny utwór zespołu Idle­wild.

– Szczę­śliw­sza? – Zmarsz­czy­łam czoło, koły­sząc się w wol­nym ryt­mie muzyki. – Doprawdy? A ja wła­śnie myśla­łam o tym, jaka ta pio­senka jest przy­gnę­bia­jąca.

Zespół ludowy gra­jący rado­sną, szybką muzykę, która pod­ry­wała wszyst­kich do tańca, zakoń­czył swój występ. Teraz do dzieła przy­stą­pił didżej i grał ulu­bione pio­senki Robyn i Lachlana.

– Prze­stań uni­kać tematu.

– Jakiego tematu?

– Tematu swo­jego nastroju. Wiem, że od czasu mojego przy­jazdu do domu panuje mię­dzy nami wszyst­kimi tro­chę napięta atmos­fera, ale cie­bie drę­czy coś innego. – Arran pochy­lił głowę, żeby zmu­sić mnie do spoj­rze­nia mu w oczy, rów­nie nie­bie­skie jak oczy Lachlana.

Wszy­scy moi bra­cia byli przy­stoj­nymi nie­bie­sko­okimi blon­dy­nami, ale Lachlan i Thane pre­zen­to­wali szorstki, surowy typ męskiej urody, Bro­dan zaś był kla­sycz­nie przy­stojny, a Arran wyglą­dał jak młod­sza, gład­sza wer­sja Lachlana.

Cho­ciaż Lachlan i Thane nie poj­mo­wali, dla­czego Arran odczuwa taką potrzebę wyrwa­nia się z domu i prze­by­wa­nia z dala od nas, ja sta­ra­łam się to zro­zu­mieć. Kiedy dora­sta­łam, Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, Thane był typo­wym, nado­pie­kuń­czym star­szym bra­tem, ale Bro­dan i Arran byli nie tylko moimi star­szymi braćmi, lecz także kum­plami. Zwłasz­cza Arran. Odkąd pamię­ta­łam, zawsze marzył o przy­go­dach. Prze­by­wa­nie w jed­nym miej­scu przez dłuż­szy czas po pro­stu nie leżało w jego natu­rze.

Musia­łam jed­nak szcze­rze przy­znać, że jego prze­dłu­ża­jąca się nie­obec­ność mnie raniła. Nie rozu­mia­łam tego. Arran był wędrow­cem z wyboru, ale jesz­cze kilka lat temu jasno dawał do zro­zu­mie­nia, że rodzina jest dla niego naj­waż­niej­sza.

– Gdzie się podzie­wa­łeś? – Zmie­ni­łam temat roz­mowy.

Zaci­snął moc­niej rękę na mojej dłoni.

– Prze­pra­szam, że tak długo mnie nie było.

– Arra­nie – powie­dzia­łam, przy­su­wa­jąc się bli­żej, żeby nikt nas nie pod­słu­chał. – W tym cza­sie ktoś pró­bo­wał zamor­do­wać Lachlana. Pewien czło­wiek porwał i zwią­zał twoją bra­ta­nicę i bra­tanka, żeby zastra­szyć Regan. Czy ty to w ogóle rozu­miesz?

Zbladł i było widać, że ogar­nia go poczu­cie winy.

– Tak mi przy­kro.

– Po pro­stu wyja­śnij mi – cią­gnę­łam bła­gal­nie – dla­czego nie wró­ci­łeś, kiedy tak bar­dzo cię potrze­bo­wa­li­śmy?

Jego mina stward­niała.

– Co się dzieje mię­dzy tobą a Makiem? – wypa­lił.

Zesztyw­nia­łam.

– Nic się nie dzieje.

Uśmiech­nął się z chłodną iro­nią.

– W takim razie nie ma chyba dobrego powodu, dla któ­rego nie przy­je­cha­łem tu wcze­śniej. Po pro­stu jestem zwy­kłym zła­ma­sem.

– Nie wie­rzę.

– W takim razie się mylisz. – Odwró­cił wzrok, a drobny nerw na jego policzku zdra­dził zde­ner­wo­wa­nie.

Znów ści­snął moc­niej moją dłoń, a oczy mu się zwę­ziły. Podą­ży­łam za jego spoj­rze­niem i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że patrzy na Ere­dine tań­czącą z Bro­da­nem.

Bro­dan przy­cią­gnął ją bar­dzo bli­sko sie­bie i szep­tał jej do ucha coś, co spra­wiło, że nie­śmiało się uśmie­chała.

Podej­rze­wa­łam, że od dłuż­szego czasu Bro­dan czuje coś do Ery, ale z jakie­goś powodu nie wyko­nał żad­nego ruchu. Ery była tak zamknięta w sobie, że jakie­kol­wiek dzia­ła­nia z jego strony i tak naj­praw­do­po­dob­niej nie spo­tka­łyby się z życz­li­wym przy­ję­ciem. Jed­nak cza­sami zda­rzało mi się spo­strzec, że patrzy na niego w spo­sób, który świad­czył, że i ona jest nim zafa­scy­no­wana.

Ze zmarsz­czo­nym czo­łem spoj­rza­łam na Arrana. Nie znał zbyt dobrze Ere­dine, ponie­waż nie gościł w domu wystar­cza­jąco długo, by się dowie­dzieć o niej cze­goś wię­cej. Nie dzi­wiło mnie, że zwró­cił na nią uwagę. Po pierw­sze, była fan­ta­styczną osobą, miłą i sym­pa­tyczną, a jed­no­cze­śnie inte­li­gentną i obda­rzoną poczu­ciem humoru. Oczy­wi­ście tę ostat­nią cechę można było zauwa­żyć dopiero po bliż­szym pozna­niu. Po dru­gie, przez całą mło­dość, odkąd zaczęli inte­re­so­wać się płcią prze­ciwną (to zna­czy, kiedy Arran skoń­czył dzie­sięć lat – on i Bro­dan szybko doj­rzeli, jeśli cho­dzi o roman­tyczne zapędy), moi bra­cia rywa­li­zo­wali o te same dziew­czyny. Nie­stety, jeśli cho­dzi o dam­ską urodę, mieli nie­po­ko­jąco podobne gusty. Jakoś sobie z tym radzili, dopóki Arran nie prze­spał się z bli­ską przy­ja­ciółką Bro­dana, Mon­roe Sinc­lair. Wtedy pokłó­cili się na dobre.

Bro­dan twier­dził, że Arran prze­kro­czył gra­nicę, gdy poszedł do łóżka z tą dziew­czyną, cho­ciaż przed­tem usta­lili, że żaden z nich tego nie zrobi. Ja podej­rze­wa­łam, że kryje się za tym coś jesz­cze. Być może Mon­roe zna­czyła dla Bro­dana wię­cej, niż chciał sam przed sobą przy­znać. Jak­kol­wiek było, po tym zda­rze­niu dziew­czyna zosta­wiła moich braci i swoją rodzinę i wyje­chała z Ard­noch. Arran i Bro­dan w końcu się pogo­dzili i już ni­gdy wię­cej nie uga­niali się za tą samą kobietą.

– Jest piękna, miła, bystra, powścią­gliwa i nie­ła­two się do niej zbli­żyć. Nawet ja, jej naj­bliż­sza przy­ja­ciółka tutaj, tak naprawdę jej nie znam.

Arran zmarsz­czył czoło, wciąż sku­piony na Ery.

– Co?

– Mówię o Ere­dine.

Teraz patrzył na mnie.

– Ale że niby co?

– To zaka­zany teren – ostrze­głam. – Dla was obu.

Jego wargi zadrgały.

– Naj­droż­sza sio­strzyczko, nie mam żad­nych zamia­rów wobec two­jej przy­ja­ciółki. Czy facet nie może gapić się na kobietę bez ukry­tych inten­cji?

– Jeśli tylko o to cho­dzi, to w porządku.

– Wiesz… – zaczął, pro­wa­dząc mnie w tańcu prze­sad­nie zama­szy­ście. – Spo­dzie­wa­łem się, że spo­śród całej rodziny to ty będziesz trak­to­wać mnie naj­przy­jaź­niej.

– Prze­cież jestem dla cie­bie miła. Tań­czymy, prawda?

– To taki taniec z lito­ści. – Wyraź­nie się ze mną draż­nił. Oczy roz­bły­sły mu łobu­zer­sko. – Znam się na tym.

– Spa­daj! – wymam­ro­ta­łam pod nosem. – Przez całe życie muszę zno­sić kobiety, które uga­niają się za moimi braćmi. Dzi­siej­szy wie­czór nie jest wyjąt­kiem. Dzi­wię się, że jesz­cze żadna nie roz­dzie­liła nas siłą, żeby się do cie­bie dobrać.

– Nie nasza wina, że skut­kiem prze­kleń­stwa losu zosta­li­śmy obda­rzeni wybitną urodą i zwie­rzę­cym magne­ty­zmem.

Uda­łam, że się krztu­szę, jak­bym zaraz miała zwy­mio­to­wać, a mój brat roze­śmiał się uba­wiony.

Coś za moimi ple­cami przy­cią­gnęło jego wzrok i nagle zmie­nił mu się wyraz twa­rzy. Nie spodo­bało mi się to.

– Widzę, że nie tylko bra­cia Ada­iro­wie cie­szą się dzi­siaj powo­dze­niem u kobiet. Mac też nie ma na co narze­kać.

Zamar­łam, ale się nie odwró­ci­łam.

– No tak – cią­gnął mój brat. – Jego dzi­siej­sza prze­mowa na pewno spra­wiła, że kilka pań miało mokro w majt­kach.

Otwartą dło­nią ude­rzy­łam go w głowę. Tylko czę­ściowo żar­to­bli­wie.

– A za co to? – wyję­czał jak mały chło­piec.

– Nie mów do mnie w ten spo­sób. Jestem twoją sio­strą. Okaż mi tro­chę sza­cunku.

– Phi. Chyba bar­dziej cho­dzi tu o Maca niż o mnie – burk­nął. – O mało nie wybi­łaś mi oka – bia­do­lił.

– To było tylko lek­kie klep­nię­cie. Prze­stań się mazać.

– Dobry pomysł, Arro. – Lachlan i Robyn zbli­żyli się do nas w tańcu. Lachlan wycią­gnął rękę i pac­nął brata w tył głowy, dużo sil­niej, niż ja to zro­bi­łam. – To za karę, że przez ostat­nie dwa lata musia­łem się o cie­bie mar­twić.

– Ożeż, kurwa! – Arran wypu­ścił mnie z uści­sku, żeby roz­ma­so­wać poty­licę. – Czy to było konieczne?

– Zde­cy­do­wa­nie tak. Czuję się teraz o wiele lepiej. Powiem Thane’owi, jakie to oczysz­cza­jące uczu­cie. Też powi­nien ci przy­ło­żyć. Przy­go­tuj się. – Z łobu­zer­skim uśmie­chem wraz z Robyn odda­lił się w tańcu na drugi koniec par­kietu.

– Żar­to­wał, prawda? – Arran czuj­nie rozej­rzał się wokół.

Nie wyglą­dał teraz na swoje trzy­dzie­ści pięć lat.

Roze­śmia­łam się wesoło.

– Na twoim miej­scu do końca imprezy zacho­wa­ła­bym wzmo­żoną czuj­ność.

– Nie ma jak w domu – wymam­ro­tał zre­zy­gno­wany.

* * *

Ledwo wró­ci­łam na swoje miej­sce obok Ere­dine, nio­sąc kolejny kie­li­szek szam­pana, kiedy pod­szedł do mnie jakiś męż­czy­zna. Wyglą­dał zna­jomo, więc doszłam do wnio­sku, że to jakiś aktor. Przy­wi­tał nas ski­nie­niem głowy i uśmie­chem. Potem wycią­gnął do mnie rękę.

– Czy mogę pro­sić o następny taniec?

Grano wła­śnie pio­senkę Adele.

– Idź. – Ere­dine wzięła ode mnie kie­li­szek i lekko popchnęła w kie­runku wyglą­da­ją­cego zna­jomo Ame­ry­ka­nina.

„Dla­czego nie?”, pomy­śla­łam.

Uśmiech­nę­łam się i poda­łam mu rękę. Kiedy szli­śmy w stronę par­kietu, przed­sta­wił mi się.

– Jestem Gray. Pięt­na­ście lat temu gra­łem z twoim bra­tem w jed­nym fil­mie. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się.

Gdy podał swoje imię, sko­ja­rzy­łam, kto to jest. Nie był sław­nym akto­rem, ale pamię­ta­łam, że Lachlan o nim mówił.

– Gray­son Evans? – upew­ni­łam się.

– To ja – potwier­dził z uśmie­chem. Weszli­śmy na par­kiet, gdzie lewą dło­nią ujął mnie za rękę, a prawą poło­żył na mojej talii. – A ty jesteś Arro­char. Dziwne, że znam Lachlana od dawna, a my dwoje ni­gdy dotąd się nie spo­tka­li­śmy.

– Nie pra­cuję w prze­my­śle fil­mo­wym. – „I ni­gdy bym tam nie chciała pra­co­wać”, doda­łam w myślach.

– A powin­naś. Masz fil­mową urodę.

Odpo­wie­dzia­łam mu chłod­nym uśmie­chem i prze­nio­słam wzrok w głąb sali, ponad jego ramie­niem.

– To zna­czy… Oczy­wi­ście, mogła­byś wnieść do aktor­stwa o wiele wię­cej niż urodę.

Prych­nę­łam lek­ce­wa­żąco, a on pojął swój błąd.

– Bar­dzo w to wąt­pię. Bar­dziej nadaję się do inży­nie­rii leśnic­twa niż do gra­nia w fil­mach.

– Jesteś inży­nie­rem leśni­kiem? – Otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

Nie­stety, z takimi reak­cjami mia­łam do czy­nie­nia przez całe życie zawo­dowe. Pra­co­wa­łam w branży zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn. Odpo­wia­da­łam za prace w tere­nie, za wykre­śla­nie map topo­gra­ficz­nych dla tere­nów obję­tych wyrę­bem, za pla­no­wa­nie i kie­ro­wa­nie budową tras dro­go­wych i szy­no­wych, nie­zbęd­nych do trans­portu bali z poręby do skła­dów drewna i punk­tów prze­ła­dun­ko­wych. To ja musia­łam nad­zo­ro­wać budowę obo­zo­wisk, ramp, mostów, maga­zy­nów sprzętu i sys­te­mów dostawy wody. Wybie­ra­łam metody i sprzęt do trans­portu bali, zarzą­dza­łam face­tami wyko­nu­ją­cymi tę robotę. Oględ­nie mówiąc, byłam wete­ranką bitew z naj­róż­niej­szymi prze­ja­wami mizo­gi­nii.

– Tak, jestem – odrze­kłam krótko.

– Prze­pra­szam. – Skrzy­wił się lekko. – Głu­pio to zabrzmiało. Zro­bi­łem fatalne wra­że­nie. Ale po pro­stu jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem leśniczki. Tak naprawdę nawet nie wiem, na czym polega ta praca.

Zmię­kłam, czu­jąc lek­kie ukłu­cie winy za opry­skliwe zacho­wa­nie, które zupeł­nie nie leżało w mojej natu­rze. Wytłu­ma­czy­łam mu, na czym polega mój zawód.

– O, kur­czę. Czyli masz praw­dziwą pracę!

Roze­śmia­łam się pogod­nie.

– A ty nie?

– Ludzie nie uwa­żają aktor­stwa za pracę.

– Ależ to jest praw­dziwa praca – zapew­ni­łam go. – Wiem od Lachlana, jakie to cięż­kie zaję­cie.

– Miło, że tak mówisz.

– Nie mogę uwie­rzyć, że Gal­bra­ith jest ojcem Robyn – ode­zwała się jakaś kobieta obok, odcią­ga­jąc moją uwagę od Ame­ry­ka­nina.

Roz­po­zna­łam w niej angiel­ską aktorkę, Ange­line Pot­ter. Nie wie­dzia­łam, kim jest jej towa­rzysz, ale oboje gapili się na Maca tań­czą­cego z Jasmine. Tego wie­czoru nie bra­ko­wało mu part­ne­rek, ale przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, że Jaz to teren, na który nie ma wstępu. Inne jego part­nerki budziły we mnie nie­chęć i zazdrość, o którą sama sie­bie nie podej­rze­wa­łam.

– Wła­śnie. Nic dziw­nego, że ludzie stale mu mówią, że jest za młody na jej ojca. – Z akcentu wywnio­sko­wa­łam, że towa­rzysz Ange­line to Ame­ry­ka­nin.

– Cie­kawe, ile miał lat, kiedy się uro­dziła. Trzy­na­ście? Nie może mieć wię­cej niż czter­dzie­ści, prawda?

– Wtedy Robyn musia­łaby mieć dwa­dzie­ścia kilka, a jestem pewien, że ma ze trzy­dzie­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij