Zbiór Opowiadań - ebook
Po Tamtej Stronie Nocy to zbiór opowiadań o świecie, w którym mrok nie jest tłem, lecz obecnością. O miejscach naznaczonych pamięcią, o ludziach noszących w sobie pęknięcia, o tajemnicach, które budzą się dopiero wtedy, gdy milknie dzień. To historie, po których trudno zasnąć — bo niepokój nie kończy się wraz z ostatnią stroną.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-863-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zbliżała się dwudziesta.
W zwyczajny wieczór taka godzina nic nie znaczy. Jest tylko liczbą na tarczy zegara, punktem pomiędzy jednym znużeniem dnia a drugim. Ale tamtego wieczoru czas nie płynął zwyczajnie. Odkładał się warstwami w rogach pokoju, w szczelinach między deskami podłogi, w pomarańczowym blasku kominka, w deszczu bijącym o szyby z uporem kogoś, kto wie, że prędzej czy później zostanie wpuszczony.
W pokoju na piętrze domu w Zalesiu Dolnym pachniało mokrym drewnem, herbatą, papierosami i papierem wielokrotnie dotykanym ludzkimi palcami. Na stole leżały kości, notatki, karty postaci, dwa kubki po kawie, jedna szklanka z whisky i podręcznik, który przeżył więcej naszych kłótni niż niejeden związek. W świetle świec wszystko wyglądało odrobinę inaczej niż za dnia — ostrzej i bardziej podejrzanie. Cienie nie tyle kryły rzeczy, ile nadawały im drugi sens.
Spotykaliśmy się tak od miesięcy. To samo miejsce, ten sam stół, ta sama potrzeba, żeby na kilka godzin oddać świat komuś innemu — smokom, ruinom, przekleństwom, zdradom, starym mapom i całemu temu pięknemu złudzeniu, że los da się zamknąć w kilku rzutach kośćmi.
Robert siedział rozwalony na krześle z miną człowieka, który nawet przy końcu świata znalazłby chwilę, by nalać sobie drinka i skomentować jakość apokalipsy. Sączył whisky powoli, bez pośpiechu, jakby alkohol był jedyną cywilizowaną odpowiedzią na większość problemów.
Łukasz pochylał się nad notatkami z poprzedniej sesji. Czytał je z takim skupieniem, jakby nie sprawdzał przebiegu przygody, tylko szukał w naszych własnych błędach materiału dowodowego do przyszłego oskarżenia. Miał dar patrzenia na świat tak, jak urzędnik patrzy na sfałszowany formularz — chłodno, wnikliwie i z odrobiną osobistej satysfakcji, gdy coś faktycznie okaże się nie tak.
Konrad, którego i tak wszyscy wołali Gorka, kręcił się między stołem a półką, siadał i wstawał, poprawiał kartę, odkładał ją, znowu podnosił. Był człowiekiem, który nawet w bezruchu sprawiał wrażenie, jakby właśnie przygotowywał się do podjęcia złej decyzji.
Wojtka jeszcze nie było.
Za oknami błysnęło. Białe światło wycięło na moment wszystkie szczegóły z ciemności, a sekundę później nad domem przetoczył się grzmot tak głęboki, jakby nie rodził się w chmurach, lecz pod samymi fundamentami ziemi.
Robert uniósł wzrok.
— Wiecie co — powiedział, bardziej do ognia niż do nas. — Fajnie byłoby kiedyś naprawdę znaleźć się po tamtej stronie. W jakimś świecie z naszych kart. Wiecie… w miejscu, gdzie wieże pamiętają więcej niż ludzie, a noc ma własne zęby.
To było jedno z tych zdań, które w chwili wypowiedzenia wydają się zwyczajne. Później okazują się zawiasem, na którym obraca się cała historia.
— Oczywiście — mruknął Łukasz, nie podnosząc głowy. — Nic tak nie poprawia życia jak przeniesienie się do rzeczywistości, w której wszystko jest wilgotne, przeklęte i chce cię zabić. Brzmi jak tańsza wersja dorosłości.
Gorka prychnął śmiechem.
Ja poprawiałem jeszcze swoje notatki. Miałem już gotowy początek sesji, kilka wariantów scen, dwa możliwe tropy i pełne przekonanie, że chłopaki i tak w ciągu pół godziny rozwalą cały plan. To był zresztą niepisany rytuał. Ja budowałem świat, oni testowali jego wytrzymałość, a potem wszyscy udawaliśmy, że tak właśnie miało być.
Muzyka sącząca się cicho z wieży pod ścianą na moment zafalowała. Nie przycichła. Nie zgłośniała. Po prostu przez ułamek sekundy zabrzmiała tak, jakby do pokoju dotarła z bardzo daleka, z drugiej strony długiego korytarza albo spod wody.
Spojrzałem na świece.
Płomienie pochyliły się równocześnie w jedną stronę.
Wszystkie okna były zamknięte.
Przez krótką chwilę nic nie powiedziałem. Człowiek ma przedziwny instynkt: kiedy dzieje się coś niemożliwego, najpierw stara się uznać, że nie dzieje się nic. To najtańsza forma obrony.
Znowu błysnęło. Tym razem światło za oknem nie zgasło od razu. Na ścianie, obok regału, na sekundę ujrzałem cień, który nie należał do żadnego z nas. Był zbyt wysoki, zbyt smukły, zbyt nieruchomy. Jakby ktoś stał za nami od bardzo dawna i dopiero teraz postanowił pokazać zarys ramion.
Mrugnąłem.
Cienia nie było.
— Coś się stało? — spytał Łukasz, nie patrząc na mnie. Nawet kiedy miał wzrok wbity w papier, i tak widział za dużo.
— Nic — skłamałem. — Czytam.
— To fatalny moment na halucynacje — odparł sucho. — Jeszcze nie zaczęliśmy.
Na dole trzasnęły drzwi. Zaraz potem rozległy się szybkie kroki na schodach i do pokoju wpadł Wojtek — przemoknięty, czerwony od zimna, dyszący i zirytowany w sposób właściwy człowiekowi, który pół drogi walczył z komunikacją, a drugie pół z deszczem.
— Sorry za spóźnienie — sapnął, zrzucając kurtkę. — Z Wawra do Zalesia po ciemku w taką pogodę to nie droga, tylko szyderstwo.
— Siadaj, zanim umrzesz — rzucił Robert.
— I otwieraj piwo ciszej — dodał Łukasz. — Nie chciałbym, żeby pioruny poczuły się urażone konkurencją.
Wojtek usiadł. Byliśmy w komplecie.
To właśnie wtedy pokój zaczął się zmieniać.
Nie gwałtownie. Nie teatralnie. Najpierw zgęstniało powietrze. Potem półmrok w rogach przestał zachowywać się zgodnie z płomieniami. Cienie zaczęły żyć własną logiką. Jeden z knotów spłonął na niebiesko. Stojąca obok filiżanka zadźwięczała, choć nikt jej nie dotknął.
Rozłożyłem notatki.
— Dobra — powiedziałem. — Zaczynamy.
Głos zabrzmiał normalnie. Prawie. Jak mój, ale z obcą nutą pod spodem, jakby echo wróciło za późno i przyniosło ze sobą cudzy ton.
Na środku stołu wbiły się dwa noże.
Nie spadły z półki. Nie zostały rzucone. Po prostu nagle tam były — oba drżące jeszcze lekko od uderzenia, z ostrzami wbitymi w drewno pomiędzy kartami.
Zapadła cisza.
Robert odłożył szklankę.
Gorka cofnął się o pół kroku.
Wojtek przestał oddychać na tyle głośno, by ktokolwiek mógł uwierzyć, że to przypadek.
Łukasz spojrzał na noże, potem na mnie.
— To już nie jest klimat — powiedział. — To jest naruszenie regulaminu rzeczywistości.
Piorun uderzył gdzieś bardzo blisko. Dom zadrżał. Trzy świece zgasły naraz.
Kartki na stole zatrzepotały jak spłoszone ptaki. Podręcznik sam otworzył się w połowie. Muzyka urwała się z suchym trzaskiem. A ja poczułem coś, czego wcześniej nie znałem, choć natychmiast wiedziałem, jak to nazwać.
Obecność.
Nie ducha. Nie głosu. Nie strachu.
Obecność czegoś, co patrzyło na nas z cierpliwością istoty starszej od wahania.
Na dolnym marginesie jednej z kartek pojawiło się imię.
Nie widziałem, jak się pisze. Nie było dłoni. Nie było pióra. Atrament po prostu ciemniał powoli, układając litery tak staranne, jakby od zawsze tam czekały.
Carvillian.
Nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek wpisał to imię do scenariusza.
— Dobrze — powiedział Robert bardzo spokojnie. — Kto robi sobie jaja?
— Nie ja — odparł Łukasz natychmiast. — Gdybym robił, byłyby droższe i bardziej eleganckie.
Błysk za oknem rozdarł noc na pół.
Tym razem biel nie zgasła.
Ściany pokoju zniknęły pierwsze. Potem stół. Potem twarze chłopaków. Przez jedną absurdalnie długą chwilę miałem wrażenie, że nie stoję, nie siedzę ani nie spadam, lecz zostałem odczepiony od własnego miejsca w czasie i przesunięty w bok — pomiędzy jedną sekundę a drugą, w szczelinę, którą ktoś otworzył zbyt gwałtownie.
Przyszło zimno. Nie zwykły chłód deszczu czy nocy, lecz ostrze lodu przechodzące przez kości. Potem uderzenie.
Upadłem na kolana w mokrą trawę.
Powietrze wdarło mi się do płuc brutalnie, z bólem. Ziemia pachniała czarnym błotem, liśćmi, korzeniami i kamieniem nasiąkniętym setkami lat deszczu. Nad głową miałem nie sufit pokoju, lecz niebo tak ciemne, że wydawało się nie sklepieniem świata, ale otwartą raną ponad nim. Błyskawice pruły je na wskroś, odsłaniając przez mgnienia postrzępione korony drzew.
Kilka kroków dalej Robert przeklinał z pełnym zawodowym zaangażowaniem. Wojtek siedział w błocie, wpatrzony w swoje dłonie. Gorka opierał się o pień drzewa z miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że fikcja ma bardzo zły charakter.
Łukasz podniósł się ostatni.
Rozejrzał się powoli po czarnym parku, po drzewach kołyszących się w wichrze, po ciężkich chmurach, po dalekim zarysie czegoś większego niż las.
— Wspaniale — powiedział. — Albo umarliśmy, albo trafiliśmy do miejsca, które od początku było pisane przez kogoś z osobistą niechęcią do ludzi. W obu wariantach nie podoba mi się styl.
Dopiero wtedy zauważyłem własne dłonie.
Nie były moje. A przynajmniej nie te, które znałem. Palce miałem dłuższe, smuklejsze, o ruchach precyzyjnych do granicy nieludzkości. Na skórze połyskiwały blade żyłki światła, jakby pod ciałem płynęła nie krew, lecz wygasająca magia. Materiał rękawa był ciężki, ciemny, przeszywany srebrnym haftem.
Spojrzałem na pozostałych.
Wojtek nie wyglądał jak przemoknięty chłopak z Wawra. Miał na sobie podróżny kaftan ze skóry, pas z rapierem i twarz starszą, twardszą, noszącą już ślady rzeczy, których nie przeżył w naszym świecie.
Robert pogładził brodę i przez moment wyglądał na szczerze poruszonego.
— Mam brodę — oznajmił z zadumą. — To jedyna dobra wiadomość od kilkunastu minut.
— Ciesz się — powiedział Łukasz. — Przynajmniej po raz pierwszy los obdarzył cię czymś, co dodaje powagi bez wysiłku intelektualnego.
Sam Łukasz zmienił się najbardziej. Był smukły, jasny, niepokojąco piękny w ten chłodny sposób, który u elfów budzi raczej dystans niż zachwyt. Miał twarz ostrzejszą niż dawniej, a oczy tak jasne, że niemal srebrne.
— To nie może być prawda — sapnął Gorka.
— Ależ może — odparł Łukasz. — Prawda ma bardzo zły gust. Właśnie dlatego tak często przypomina absurd.
Wtedy zobaczyliśmy twierdzę.
Wznosiła się ponad drzewami jak księżycowy trup wyrastający z ziemi. Smukłe wieże, wysokie okna, blanki z jasnego kamienia i czarne dachy, po których spływał deszcz. Każdy piorun na moment wycinał z mroku nowe szczegóły: rzeźbione maszkary pod gzymsami, wąskie mostki między basztami, posągi rycerzy bez twarzy i ogromną główną wieżę, nad którą wisiała blada poświata przypominająca światło zaklęte w lodzie.
Wiedziałem, co to za miejsce, zanim świadomie pomyślałem.
Srebrna Wieża Quennlora.
Nazwa nie pojawiła się w głowie. Spadła na nią jak obce wspomnienie. W tej samej chwili zabolały mnie skronie. Przez moment widziałem jednocześnie mokry park i pokój w Zalesiu, kominek i błysk szkła, notes Łukasza i te same noże wbite w stół.
— Znasz to? — spytał Łukasz.
— Tak — odpowiedziałem. — Albo coś we mnie zna.
Z ciemności wyszli strażnicy.
Poruszali się bezszelestnie, jakby deszcz ich nie dotykał. Smukłe sylwetki w jasnych pancerzach, włócznie, łuki, kaptury odrzucone na plecy. Elfy. Nie z łagodnych baśni, lecz z tych starszych opowieści, w których piękno jest tylko inną formą przewagi.
Pierwszy z nich uniósł włócznię.
— Stać!
Wojtek odruchowo sięgnął po broń. Robert zaklął. Gorka zamarł.
Strażnik spojrzał na mnie raz jeszcze — i nagle uklęknął.
Pozostali zrobili to samo.
Deszcz bębnił o liście. Wiatr szarpał płaszczami. A oni klęczeli przed nami z głowami pochylonymi tak nisko, jakby ujrzeli nie grupę zagubionych ludzi, lecz cień kogoś, kto dawno przeszedł do legendy.
— Panie — powiedział pierwszy z nich. — Panie Carvillianie.
Wszystkie spojrzenia spadły na mnie.
Chciałem zaprzeczyć. Naprawdę. Ale razem z odruchem odmowy przyszła kolejna fala pamięci. Biblioteka o wysokich oknach. Komnata pełna zwierciadeł. Długi stół nad rozpiętą mapą. Czarny metal laski zakończonej smoczymi szponami. Kobieta o nocnych oczach. Liland. Vaerun. Rozdarcie Zasłony.
I coś jeszcze.
Świadomość, że to miejsce zna mnie lepiej, niż ja znałem siebie.
Zaprowadzono nas do twierdzy.
Z bliska Quennlora była jeszcze bardziej niepokojąca. Piękna w sposób właściwy rzeczom, które zbudowano nie tylko ręką, ale obsesją. Mury z jasnego kamienia połyskiwały pod deszczem jak kości wielkiego zwierzęcia. Pod gzymsami wiły się reliefy dawnych wojen: smoki przebite włóczniami, królowie o pustych oczach, kapłani unoszący ku niebu czarne słońca. Na kilku płytach dostrzegłem ten sam znak — pęknięty krąg przecięty pionową rysą.
Rozdarcie.
Wewnątrz powitał nas chłód starego kamienia i zapach magii, której używano w tych murach tak długo, że wrosła w nie na zawsze. Krużganki niknęły wysoko w cieniu. Posadzki połyskiwały jak mokre lustra. Na ścianach wisiały arrasy przedstawiające bitwy z hordami chaosu i czarne sztandary Hratgroma, Pana Zniszczenia, podnoszone nad stosami ciał. Pomiędzy kolumnami tliły się misy z niebieskim ogniem, który nie dawał ciepła.
Zaprowadzono nas do Komnaty Zwierciadeł.
Tam czekało dwóch mężczyzn.
Pierwszy był wysoki, jasnowłosy, smukły jak ostrze. Spokój miał tak doskonały, że niemal obraźliwy. Patrzył na świat jak ktoś, kto dawno przestał oczekiwać od niego czegokolwiek poza komplikacjami.
Drugi wyglądał jak człowiek, którego wiara od zbyt dawna walczy z własnym ciałem. Twarz wychudzoną od bezsenności, dłonie drżące od przeciążenia, oczy zaczerwienione, ale wciąż gorejące.
— Mistrz Liland — wyszeptał strażnik. — Arcykapłan Vaerun.
Liland spojrzał na mnie i nie okazał zdziwienia.
To było najgorsze.
— Jesteś spóźniony — powiedział.
Łukasz westchnął.
— Cudownie. Nawet w obcym wymiarze pierwszy człowiek, którego spotykamy, brzmi jak audyt wewnętrzny z nogami.
Liland przeniósł wzrok na niego.
— A ty mówisz z taką łatwością, jakby rzeczywistość miała obowiązek cię zabawiać.
— Nie ma — odparł Łukasz. — Ale skoro już mnie porwała, mogłaby przynajmniej udawać klasę.
Przez chwilę myślałem, że Liland go zignoruje. Zamiast tego w kąciku jego ust drgnęło coś, co w bardziej ludzkiej twarzy można by nazwać bladym cieniem uznania.
Vaerun stał nad wielką misą z ciemnej wody. Jej tafla nie odbijała komnaty. Pokazywała dwa obrazy naraz: Quennlorę i nasz pokój w Zalesiu, nałożone na siebie jak źle spasowane wspomnienia.
— Zasłona została przecięta nierówno — powiedział. — To nie było przejście. To było Rozdarcie Zasłony.
— Mówcie po ludzku — burknął Robert. — Najlepiej prostymi słowami, bo moja cierpliwość ma ograniczoną pojemność.
Liland skrzyżował ręce.
— Dobrze. Ktoś otworzył drzwi po jednej stronie. Ktoś nacisnął je po drugiej. Drzwi pękły. Was wyrzuciło tutaj. Stąd coś przeszło tam. Ponieważ pęknięcie nie było czyste, część pamięci, część formy i część woli rozszczepiły się pomiędzy światami.
— Czyli bałagan — podsumował Gorka.
— To słowo jest tu równie adekwatne jak „przeciąg” przy opisie huraganu — skwitował Łukasz.
Vaerun mówił dalej.
Rozdarcie rozproszyło pięć Zworników Zasłony. Cztery utkwiły po tej stronie: w Archiwach Popiołu, w Ogrodzie Milczących Cisów, w Sali Czarnych Map i w Krypcie Siedmiu Imion. Piąty przebił się do naszego świata i osiadł tam, gdzie obie strony zetknęły się najmocniej — przy naszym stole, w pokoju, w Zalesiu.
Jeśli Zworniki nie zostaną zebrane i połączone przed świtem, oba światy zaczną się nawzajem poprawiać.
Najpierw językiem.
Potem pamięcią.
Potem historią.
Na końcu ciałem.
— Brzmi obrzydliwie — mruknął Wojtek.
— To dopiero początek obrzydliwości — odparł Vaerun. — Rozdarcie nie otwiera tylko przejść. Ono wypuszcza echa.
Spojrzałem na niego.
Wiedziałem już, co zaraz powie, zanim poruszył ustami. I to przerażało mnie bardziej niż cała ta komnata.
— Echo — ciągnął kapłan — jest szczątkiem możliwości. Wersją człowieka, która mogła istnieć, ale nie powinna. Jeśli zyska zbyt wiele rozpoznania, przestaje być cieniem i zaczyna domagać się miejsca w świecie.
Łukasz uniósł brew.
— A więc walczymy z alternatywnymi wersjami samych siebie? Doprawdy, wszechświat nigdy nie miał dość wyobraźni, skoro stale produkuje ludzi.
Rozdzieliliśmy się.
Robert i Wojtek ruszyli do Archiwów Popiołu. Gorka i Łukasz ku Ogrodowi Milczących Cisów, a potem do Sali Czarnych Map. Ja zszedłem sam do Krypty Siedmiu Imion.
Im głębiej schodziłem, tym starsza wydawała się twierdza. Jakby wyższe komnaty należały do teraźniejszości, ale kamień pod nimi pamiętał jeszcze inne epoki, inne języki, inne kształty wiary. Świece w niszach płonęły nierówno. Płyty pod stopami nosiły wyślizgane ślady niezliczonych kroków. Na ścianach widniały imiona tak stare, że litery zaczynały przypominać zadrapania pazurów.
Krypta była pusta.
Na środku, na prostym ołtarzu z białego kamienia, leżała moja karta postaci.
Ta sama, którą zostawiłem na stole w Zalesiu.
Mokra od deszczu, choć w krypcie nie było okien.
Podszedłem powoli.
Na karcie, pod imieniem Carvillian, ktoś dopisał cienkim, ostrym pismem:
Najgorsze przejścia nie otwierają się w drzwiach, lecz w człowieku.
Światło przy wejściu przygasło.
Nie odwróciłem się od razu. Już wiedziałem, że nie jestem sam.
Powietrze stężało. Kamień pod stopami stał się lodowaty. Cień między niszami przesunął się bezszelestnie i oderwał od ściany.
Stał kilka kroków ode mnie.
Był mną.
I nie był.
Twarz miał podobną do mojej, ale pozbawioną wszystkiego, co czyni człowieka znośnym: wahania, ciepła, niepewności, śmieszności. Oczy świeciły wąsko, jak dwie szczeliny światła w grobowcu.
— Wróciłeś późno — powiedział.
Głos miał mój. Lepszy. Czystszy. Obrzydliwie doskonały.
— A ty wyszedłeś za wcześnie — odpowiedziałem.
Nie uśmiechnął się.
— Jestem tym, co zostaje, kiedy z maga usuwa się litość. Kiedy z człowieka usuwa się zawahanie. Kiedy z opowieści wyrzuca się przypadek.
Kryształ, który dał mi Vaerun, zadrżał w dłoni.
Echo żywi się rozpoznaniem.
To nie była figura retoryczna.
Im dłużej patrzyłem na tę istotę jak na siebie, tym bardziej stawała się realna. Pokazała mi obrazy nieprzeżyte, a jednak bolesne: wieżę ponad srebrnym niebem, kobietę o drapieżnym spojrzeniu, pole bitwy pod Wyżyną Shnarath, sztandary Hratgroma w płomieniach, syna oddanego światu jak broń bez rękojeści.
Carvillian.
Nie wymysł.
Nie papier.
Nie zabawa.
Ktoś, kto istniał na tyle mocno, że jego cień potrafił szarpać moje wnętrze od środka.
Echo ruszyło. Nie gwałtownie. Z tą nieludzką płynnością, która zawsze jest bardziej przerażająca niż szał. Nasze uderzenia spotkały się pośrodku krypty. Mój kryształ rozjarzył się bladym światłem, jego dłoń zostawiła w powietrzu ciemną smugę. Nie walczył, by mnie zabić.
Walczyl, by mnie zastąpić.
Każdy jego ruch był próbą wejścia głębiej: w pamięć, w odruch, w przekonanie, że może rzeczywiście powinienem oddać mu miejsce. Bo był potężniejszy. Pewniejszy. Bardziej logiczny.
I całkowicie martwy od środka.
Kiedy wreszcie przyłożyłem kryształ do jego piersi, echo nie krzyknęło. Nie rozpadło się gwałtownie. Tylko spojrzało na mnie z czymś, co przypominało współczucie.
— Jeśli mnie odrzucisz — szepnęło — zostaniesz z połową siebie.
— Nie — odpowiedziałem cicho. — Zostanę z tą połową, która jeszcze potrafi się zawahać.
Kryształ zapłonął.
Echo pękło jak źle odbite lustro.
Nie zniknęło w całości. Część jego światła wsiąkła w kamień, część w kartę, część we mnie. Na ołtarzu został pierwszy Zwornik Zasłony — cienka płytka przezroczystego kryształu, w której płynęły drobne iskry ciemności.
Gdy wróciłem do Komnaty Zwierciadeł, pozostali już tam byli.
Robert miał rozcięty policzek i minę człowieka, który stoczył bój z biblioteką, regałami i połową piśmiennictwa naraz.
— Archiwa Popiołu są przereklamowane — oznajmił. — Po raz pierwszy w życiu książki próbowały mnie zabić bezpośrednio. Doceniam szczerość, ale nie formę.
Wojtek trzymał swój Zwornik w zakrwawionej dłoni.
Gorka wyglądał, jakby w Ogrodzie Milczących Cisów zobaczył coś, czego nie chciał pamiętać.
Łukasz wyglądał najlepiej, co samo w sobie było obraźliwe.
— Ogród jest fatalnie nazwany — powiedział. — Nic tam nie milczy. Drzewa szepczą, posągi osądzają, a jedno jezioro próbowało wmówić Gorce, że zna go od dzieciństwa. Bardzo nieprofesjonalne miejsce.
Mieliśmy cztery Zworniki.
Brakowało piątego.
Tego z naszego świata.
Wtedy misę Vaeruna przecięło światło.
Nie jedno. Dwa. Quennlora i Zalesie nałożyły się na siebie całkowicie. Widziałem nasz pokój: stół, przewróconą szklankę, karty, noże, zgaszone świece. I jednocześnie widziałem zwierciadła, runy, niebieski ogień i drżące sklepienie komnaty.
Rozdarcie otwierało się znowu.
Z tamtej strony.
Przyszło echo większe niż moje.
Nie miało jednej twarzy. Miało wszystkie nasze wyobrażenia naraz: bohaterów, których graliśmy, mroki, które wymyślaliśmy, wersje nas samych oczyszczone z codziennej śmieszności i bólu. Było wzniosłe, piękne, straszne — i przez to odrażające.
— Jestem tym, czym mieliście się stać — powiedziało.
Łukasz spojrzał na nie z prawdziwym obrzydzeniem.
— Nie. Gdybym miał się stać tobą, uznałbym śmierć za rozsądną negocjację.
Echo obróciło ku niemu twarz, która przez chwilę była jego twarzą, tylko pozbawioną ironii.
— Ty bronisz się najbardziej.
— Oczywiście — odparł. — Sarkazm to ostatnia linia obrony inteligencji przed nadętym nonsensem. A ty jesteś nonsensem w wersji ceremonialnej.
Vaerun chwiał się już na nogach. Liland stał nieruchomo, ale pierwszy raz zobaczyłem na jego twarzy ślad napięcia.
I właśnie wtedy zrozumiałem.
Piątym Zwornikiem nie był przedmiot.
Był stół.
Nasze miejsce.
Nasze przywiązanie.
Ta jedna powtarzalna, śmieszna, ludzka rzecz, która spinała oba światy mocniej niż jakikolwiek rytuał: fakt, że siadaliśmy razem przy stole i wspólnie zgadzaliśmy się wierzyć w ten sam mrok.
Echo patrzyło na nas z chłodną pogardą.
— Po co? — spytało. — Po co wam to było?
Odpowiedział Łukasz.
Nie podniósł głosu. Nie zagrał bohatera. Powiedział to prawie leniwie, jak człowiek zbyt zmęczony, żeby kłamać.
— Żeby świat był przez kilka godzin większy niż robota, rachunki i codzienna głupota. Żeby można było usiąść przy stole i sprawdzić, czy zostało w człowieku coś więcej niż zmęczenie. Żeby takie napuszone byty jak ty nie miały monopolu na opowieść.
Robert chrząknął.
— I żeby czasem rozbić komuś łeb.
Wojtek powiedział cicho:
— I żeby było z kim pamiętać.
Gorka skinął głową.
Ja zaś dodałem:
— I żeby wrócić.
Echo zawahało się.
To wystarczyło.
— Teraz! — krzyknął Liland.
Rzuciliśmy Zworniki jednocześnie.
Cztery kryształy i wszystko, czym był dla nas tamten stół, poszybowały ku środkowi pęknięcia — do miejsca zawieszonego pomiędzy Komnatą Zwierciadeł a naszym pokojem w Zalesiu. Echo rzuciło się naprzód, ale światło ominęło jego dłonie, jakby uznało, że nie ma do niego prawa.
Zworniki spotkały się pośrodku.
Nie wybuchły.
Zapadły się w siebie, tworząc na ułamek sekundy doskonały, nieruchomy punkt. W tym punkcie zobaczyłem wszystko naraz: Quennlorę, nasz pokój, Carvilliana, własną twarz, dawne sesje, te przyszłe i te, które nigdy już się nie wydarzą.
Echo rzuciło się ostatni raz.
Chwyciłem je za nadgarstek.
Był lodowaty, niemal realny.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Zobaczyłem w nim wszystko, czym mógłbym się stać, gdybym usunął z siebie śmiech, słabość, przywiązanie, zwykłą ludzką śmieszność. Byłby ze mnie ktoś potężniejszy.
I całkowicie pusty.
Za plecami usłyszałem głos Łukasza.
— Nie bierz tego do siebie — powiedział — ale nawet twoja idealna wersja jest nie do zniesienia.
Parsknąłem śmiechem.
Naprawdę.
I to właśnie zabiło echo.
Pękło nie jak ciało, lecz jak znaczenie. Rozeszło się na drobiny ciemnego światła, które wciągnął w siebie punkt Zworników. Runy Vaeruna wygasły. Zwierciadła pociemniały. Komnata zatrzęsła się od fundamentów po najwyższą wieżę.
Potem wszystko urwało się naraz.
Bez lotu.
Bez bieli.
Bez przejścia.
Szarpnięcie.
I znowu siedziałem na podłodze w Zalesiu.
Kominek dogasał. Jedna świeca leżała przewrócona. Dwie karty wpadły w popiół. Zegar nad regałem pokazywał ledwie dwadzieścia siedem po dwudziestej, jakby świat odmówił uznania tego, co się wydarzyło.
Za oknem nadal padał deszcz. Zwyczajny, podwarszawski. Mały. Prawie śmieszny.
Robert pierwszy dotknął policzka.
— Brody nie ma — powiedział z autentycznym żalem.
— To twój największy problem? — spytał Wojtek.
— Nie. Drugi jest taki, że nikt mi, kurwa, nie uwierzy.
Gorka podniósł kostkę z podłogi i długo obracał ją między palcami.
Łukasz schylił się po notatki. Na pierwszej stronie, pod dawnymi zapisami, widniało jedno nowe zdanie, napisane cienkim, obcym pismem:
Nie każde przejście kończy się powrotem. Niektóre kończą się pamięcią.
Przeczytał. Skrzywił się lekko.
— Pretensjonalne — ocenił. — Ale uczciwe.
Nikt się nie roześmiał. Jeszcze nie.
Spojrzałem na stół. Na świece. Na karty. Na ludzi wokół.
I przez jedną krótką, bolesną chwilę zobaczyłem na tle szyby odbicie innej komnaty: zwierciadeł, run, niebieskiego ognia. Tak szybko, że mogłem uznać to za zmęczenie. Tak wyraźnie, że wiedziałem, iż nim nie było.
Quennlora nadal istniała.
Liland. Vaerun. Kamienne korytarze. Rozdarcie. Wszystko to nie przepadło. Po prostu odsunęło się z powrotem za cienką zasłonę, która od tamtej nocy nie wydawała mi się już szczelna.
— Co teraz? — spytał cicho Wojtek.
Usiadłem przy stole.
— Teraz kończymy tę sesję — powiedziałem. — A potem zaczniemy następną.
Robert popatrzył na mnie jak na człowieka, który właśnie wrócił z grobu i od razu planuje urlop.
— Serio?
— Serio.
Łukasz oparł się wygodniej.
— Piękne. Ledwo wróciliśmy z katastrofy między wymiarami, a ty już chcesz kontynuację. Podziwiam. To nie odwaga. To szczególnie wyrafinowana odmiana braku rozsądku.
— Przyjdziesz? — spytałem.
Spojrzał na mnie. Potem na stół. Potem na zgaszone świece.
— Oczywiście — odparł. — Ktoś tu musi pilnować, żebyście nie pomylili epickiego przeznaczenia z grupową kompromitacją.
Za oknem zagrzmiało raz jeszcze, ale już daleko.
Tym razem nikt się nie poruszył.
Bo prawdziwy lęk nie polega na tym, że raz zajrzysz do obcego świata.
Prawdziwy lęk zaczyna się wtedy, gdy jakaś jego część spojrzy na ciebie z powrotem — i rozpozna cię lepiej, niż ty rozpoznajesz siebie.Stary zamkowy loch
Niebo nad zamkiem przesłaniały tylko pojedyncze obłoki, leniwie sunące po czarnym firmamencie. Spomiędzy drzew przebłyskiwały smugi pochodni — przytłumione, niespokojne, jakby ludzie niosący je przez las nie chcieli oświetlać sobie drogi, lecz raczej ukryć ją przed cudzym wzrokiem. Światło znikało i wracało między pniami, migotliwe niczym oddech czegoś, co nie powinno budzić się po zmroku.
Byłem tam z Anną.
Nocny spacer wokół ruin miał być tylko ucieczką od zwyczajnego świata — od asfaltu, od rozmów urwanych w pół zdania, od odległego szumu samochodów i wszystkiego, co nazbyt współczesne, by można było jeszcze nazwać to ciszą. Z nią jednak milczenie nigdy nie było puste. Miało ciężar zaufania. Szła obok mnie pewnie, czarna sylwetka na tle jeziora, i nawet gdy nic nie mówiła, wiedziałem, że widzi więcej niż inni. Anna nie należała do kobiet, które jedynie towarzyszą wydarzeniom. Potrafiła wejść w sam ich środek i wyjść z nich cało, choćby cała noc sprzysięgła się przeciw niej.
Spojrzeliśmy na siebie niemal równocześnie. Oboje zauważyliśmy pochodnie.
Miałem na sobie czarne, dopasowane ubranie, dobre do skradania i jeszcze lepsze do znikania w cieniu. Im bliżej ruin podchodziliśmy, tym mocniej miałem wrażenie, że zostawiamy za sobą nie tylko ścieżkę, lecz także reguły zwyczajnego życia. Zamek, choć od dawna martwy, wciąż zdawał się rozciągać wokół siebie własne królestwo — królestwo ciszy, wilgoci i dawnych przysiąg, których nikt nigdy nie odwołał.
Schodziliśmy nabrzeżem jeziora po śliskich skałach porośniętych mchem, między drzewami i gęstymi krzewami. Powietrze pachniało wodą, gnijącymi liśćmi i czymś chłodnym, kamiennym, jak oddech starych krypt. W końcu dotarliśmy do szczeliny w skale — groty, może jaskini, a może wejścia w coś znacznie starszego od samego zamku. Ostatnie światło pochodni drżało jeszcze na wąskim strumieniu, który sączył się przez ciemne wnętrze.
I wtedy noc pękła.
Rozdarł ją nagły hałas i oślepiający rozbłysk ostrego, halogenowego światła. W bieli tego błysku zobaczyłem tylko pięść okutą płytową rękawicą, lecącą prosto ku mojej twarzy. Uchyliłem się o włos, może o oddech, lecz nie dość szybko. Cios nie trafił pełną siłą, ale wystarczył, by świat zatańczył mi przed oczami. Usłyszałem jeszcze urwany szept:
— Carv… uciekaj…
Potem przyszły ciemność, ból z tyłu głowy i smak krwi — metaliczny, upokarzająco realny.
Nie wiem, jak długo prowadzili mnie w dół. Czułem tylko, że z każdym krokiem robi się zimniej. Na zewnątrz letnia noc była ciężka i lepka od ciepła, tutaj zaś chłód wciskał się pod skórę jak cienkie igły. Schodziliśmy coraz głębiej i coraz ciszej. Miałem wrażenie, że nie sprowadzają mnie jedynie do wnętrza groty, lecz pod samą skórę świata — do miejsc, w których kamień pamięta więcej, niż człowiek powinien wiedzieć.
Kiedy delikatne dłonie zsunęły mi z oczu opaskę, zobaczyłem Annę.
Całą na czarno, z włosami spiętymi krótko i ciasno. Pod golfem rysowała się twarda linia pancerza, w lewej dłoni trzymała miecz. Jej twarz była spokojna, ale oczy miała czujne, ciemne i skupione. Skinęła tylko głową. Byliśmy sami w pomieszczeniu — lecz nie sami w podziemiach.
Pomogła mi się uwolnić. Zdjęła z ukrycia plecak, który rozpoznałem od razu. Po chwili miałem na sobie kirys, rękawice i naręczaki, a w dłoni spoczął Ariel — ciężki miecz katowski o wydłużonej rękojeści, stworzony do zadawania ostatecznych rozstrzygnięć.
Zwykle sam dotyk tej broni mnie uspokajał.
Tym razem stało się inaczej.
Gdy zacisnąłem palce na rękojeści, przez moją głowę przemknął chór głosów — nie jeden szept, lecz wiele, jakby spod stali budziły się dawne bitwy, przysięgi, modlitwy i przekleństwa. Metal był lodowaty, a jednak po chwili poczułem w dłoni ciężar niemal żywy, pulsujący, jakby miecz oddychał własnym rytmem. W nozdrza uderzył mnie dziwny zapach: rdzy, wilgoci i czegoś ostrego, niemal ozonowego, jak przed burzą. Przez krótki moment miałem wrażenie, że Ariel nie daje się chwycić, lecz sam mnie rozpoznaje.
Sprawdziłem jeszcze kaburę. Pierro Beretta była na miejscu, pod lewym ramieniem.
To wystarczało.
— Jest ich dziesięciu. W tej części groty czterech — szepnęła Anna.
Ruszyliśmy.
Niemal od razu trafiliśmy na schody wykute w kamieniu. Z dołu dochodził pomruk rozmów. Z odbezpieczoną Berettą w dłoni zszedłem pierwszy, czując, jak serce tłucze mi się o żebra z siłą młota. Strach był prawdziwy, lepki i zimny, lecz obok niego rosła adrenalina — ta stara, drapieżna pewność, że za moment wszystko stanie się prostsze: oni albo my.
Na dole czekała komnata, jakiej nie spodziewałbym się znaleźć pod ruinami. Wyłożona dywanami, zastawiona bronią, pełna ostrzy leżących przy ścianach i na skrzyniach: od ceremonialnych mieczy godnych galerii po zaniedbane klingi o egzotycznych, niemal legendarnych kształtach. W blasku pochodni wyglądały jak relikwie po wojnach, których nikt już nie pamiętał. Mój wzrok przyciągnął rzeźbiony topór o trzonku ciemnym jak stare drewno z kaplicznego ołtarza.
Wtedy z drugiego końca sali wyszedł mężczyzna w kolczudze, z mieczem w dłoni. Był opancerzony tak, jakby dopiero co zszedł z pola bitwy albo nigdy go naprawdę nie opuścił. Spojrzał na mnie, zmrużył oczy i odezwał się tonem, w którym pobrzmiewało zdumienie.
— Hej ty… czego tu szukasz? O, Paweł herbu Szeliga, Carvillianem zwany…
Nie dokończył.
W jego plecy wbił się bełt. Wszedł głęboko, z mokrym, brutalnym dźwiękiem. Mężczyzna zatoczył się, wypuścił miecz i runął pomiędzy porzucone ostrza. Przez jedno uderzenie serca panowała cisza — ta szczególna, napięta cisza, która nigdy nie trwa długo, bo zaraz musi ją rozerwać przemoc.
Z bocznego przejścia wypadł rycerz w pełnej zbroi.
Nie było w nim nic z turniejowej ceremonialności. Nie przywitał się, nie zasalutował, nie zwolnił kroku. Runął na mnie jak taran.
Pierwszy cios sparowałem.
Drugi również.
Przy trzecim stal zawyła o stal, a iskry bryznęły w ciemność. Uderzenie poszło mi po barku aż do łokcia i zrozumiałem, że mam przed sobą nie przebierańca ani kolekcjonera, lecz człowieka, który potrafi zabijać w zbroi. Cofnąłem się o pół kroku. Pomyślałem tylko jedno: za wolny ruch i będzie po mnie.
Rycerz nacierał twardo i bezlitośnie. Ciął krótko, ekonomicznie, bez ozdobników. Każdy jego ruch miał sens, każdy niósł ciężar. Odpowiadałem Arielowi instynktem bardziej niż planem. Cios, blok, oddech. Cios, decyzja, krok w bok. Słyszałem własny oddech, zbyt głośny w hełmie nocy. Czułem, jak lęk próbuje dobrać mi się do kręgosłupa.
W pewnej chwili przeciwnik przechwycił broń na ricasie i zdzielił mnie głowicą w skroń.
Wszystko we mnie zadudniło.
Świat zachwiał się, a przez czaszkę przeszedł ostry biały błysk. Przez ułamek sekundy naprawdę się bałem. Nie bohatersko, nie pięknie — zwyczajnie, zwierzęco. Pomyślałem, że jeśli teraz upadnę, nie zdążę już wstać.
I właśnie wtedy wkroczyła Anna.
Poruszyła się szybko, niemal bezszelestnie. Jej szkockie cięcie poszło nisko i czysto, rozcinając paski przy elementach zbroi przeciwnika. Rycerz zaklął i na moment stracił pewność ruchu. To wystarczyło. Zobaczyłem w jego postawie pierwsze zawahanie — ledwie cień, ledwie pęknięcie. Próbował sięgnąć po flintę, lecz strzał poszedł chybiony, a huk odbił się od kamiennych ścian tak mocno, że aż zatrzęsło się powietrze.
To był ten moment.
Obróciłem się, wszedłem z przeciwtempa i poprowadziłem Ariela bez wahania. Najpierw poczułem opór stali. Potem kości. Potem ciała. Uderzenie poszło przez bark i szczękę. Rycerz osunął się ciężko, jak przewracany posąg, i runął martwy między dywany i oręż.
Przez chwilę tylko stałem, próbując złapać oddech.
Wtedy zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem pojąć.
Ariel nie wyglądał już jak miecz.
Jakby rozpadł się na cztery części, jakby stal nagle zapomniała własnego kształtu, a w mojej dłoni zostało coś na kształt buławy lub osobliwego chwytaka do cudzej broni. Zamrugałem. Obraz nie znikał. Czułem ciężar rękojeści, lecz nie zgadzał się z tym, co widziały oczy. Przez metal przeszedł cichy drżeniowy ton, jakby w środku broni ktoś przeciągnął paznokciem po napiętej strunie. W nozdrza znowu uderzył mnie zapach rdzy i ozonu. Przeciwnik leżał martwy. To było realne. A jednak stal w mojej dłoni zdawała się podlegać prawom snu, nie żelaza.
Nie było czasu na namysł.
Zacząłem szukać innej broni. Chwyciłem topór, potem kilka mieczy, które mimo rdzy i wieku wciąż nosiły w sobie cień dawnej potęgi. Zawinąłem je w derkę. Czułem się przy tym jak grabieżca, świadek i wybraniec jednocześnie. Jak ktoś, komu pozwolono wynieść z podziemi nie tylko żelazo, lecz także sekret.
Gdy wydostaliśmy się wyżej, po raz kolejny zobaczyłem zamek. W nocnej poświacie ruiny wydawały się piękne i żałobne zarazem. Kiedyś musiał to być gród silny, dumny i pełen ludzi; teraz trwał już tylko jako kamienna pamięć o czyjejś chwale.
Wychodząc z lochów, zaczepiłem twarzą o gęstą chmarę pajęczyn.
Znieruchomiałem.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że nie opuszczamy podziemi zwykłym korytarzem, lecz pajęczą jamą — zapomnianą norą, jakby wydrążoną nie dla ludzi, ale dla czegoś starszego, cierpliwszego i bardziej głodnego. Z obrzydzenia i strachu zrobiło mi się jednocześnie lodowato i gorąco. Wyskoczyłem stamtąd jak oparzony.
Kiedy wreszcie odzyskałem oddech, zobaczyłem Annę, która w milczeniu patrzyła na mój tobołek.
Rozwinąłem derkę.
Miecze były straszliwie stare i w opłakanym stanie. Niektóre rdza zjadła tak głęboko, że miały dziury na wylot. Nadawały się raczej do gablot kolekcjonera niż do dłoni współczesnego wojownika. Tylko jeden z nich wyglądał inaczej. Zachowany niemal doskonale, mienił się srebrzyście nawet w nędznym świetle nocy. Głowicę miał w kształcie diamentu chwytanego przez gryfa.
Nie wyglądał jak broń wydarta ruinom.
Wyglądał tak, jakby na mnie czekał.
Jego blask migotał mi przed oczami jeszcze długo.
Potem otworzyłem oczy naprawdę.
Leżałem na słońcu z zimnym kompresem na głowie. Ból pulsował mi w skroniach tak mocno, jakby ktoś wbijał tam tępe gwoździe. Obok spoczywał Ariel — cały, nienaruszony, a jednak dziwnie posępny. Ciemny połysk stali przypominał spojrzenie wiernego psa po bitwie albo milczenie rycerza, który przeżył coś, o czym nie chce mówić. Sin patrzyła na mnie smutno, z uwagą, która trwała odrobinę za długo. Potem uśmiechnęła się, jakby wszystko było w porządku.
Przez chwilę świat wydawał się zwyczajny.
Ciepło słońca leżało mi na twarzy. Gdzieś wysoko zaszumiał wiatr w koronach drzew. Ktoś niedaleko poruszył kamieniem albo suchą gałęzią i ten drobny, codzienny dźwięk zabrzmiał niemal kojąco. Pomyślałem, że może naprawdę tylko śniłem. Że noc, loch, rycerze i ta dziwna przemiana stali były jedynie gorączkowym majakiem po uderzeniu.
Nie wiedziałem już, co pamiętam, a co tylko mi się śniło. Wiedziałem tylko, że głowa boli mnie jak diabli.
Dopiero gdy uniosłem rękę do skroni, zobaczyłem na mankiecie cienką nić pajęczyny, przyklejoną zaschniętą krwią.
Wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez myśl możliwość, że loch wciąż nie wypuścił mnie całkiem, a noc, która miała należeć do ruin, dopiero zaczynała rozkładać nade mną swoje skrzydła.