Zdarzyło się życie - ebook
Gdy gasną światła reflektorów, a kurtyna opada po najważniejszym spektaklu jej życia, Zosia nie zamierza czekać na oklaski współczucia. Tragiczna śmierć partnera – uwielbianego przez tłumy aktora –sprawia, że zostaje sama z dwójką nastolatków i pustką, której nie sposób wypełnić żadnym dublerem.
Zamiast zniknąć w cieniu żałoby, wraca tam,gdzie niegdyś czuła się najsilniejsza: do świata teatru. Choć nie ma doświadczenia aktorskiego, każdego dnia udowadnia, że rola wdowy, której życie naznaczone jest trudami, to jedyna, jakiej nie zamierza przyjąć.
Pomimo przeciwności zabiega o normalność dla swoich dzieci i nade wszystko o możliwość mówienia własnym głosem tam, gdzie wypada milczeć.
„Nie mówcie mi, że mam ciężki czas”– to jej manifest.
Anna H. Niemczynow stworzyła poruszającą powieść afirmacyjno-rozwojową.Widzimy portret kobiety, która zmienia traumę w determinację, a życiową tragedię w autentyczną moc. To historia o codziennych wyborach, o odnajdywaniu wartości po stratach i budowaniu prawdziwych więzi, gdy stare zawiodły, a także o odwadze stawiania granic i sztuce nawiązywania przyjaźni w dorosłym wieku.
Powieść zawiera unikatowy dodatek: zestaw afirmacji i refleksji, które inspirują do zatrzymania się i spojrzenia na własne życie z nowej perspektywy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68647-86-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
NINIEJSZA OPOWIEŚĆ ROZEJDZIE SIĘ W TEMPIE,
W JAKIM JEJ TO PRZEZNACZONO.
JEŚLI CELEM JEST, BY DOTARŁA DO MAS,
TAK WŁAŚNIE SIĘ STANIE.
Słuchamy w następujący sposób – ktoś coś do nas mówi, a my interpretujemy po swojemu to, co do nas powiedziano, i na odwrót. Mówimy coś, a ktoś rozumie to na własny sposób. Być może nikt nigdy nie usłyszał nas ani my nigdy nie usłyszeliśmy nikogo. Dlatego tak ważna jest sztuka odpuszczania.
Ale ile można odpuszczać? – westchnęła w duchu Zofia, gdy rozłączała rozmowę z przyjaciółką. Kolejny raz stanęła przed wyborem: udawać, że wierzy w to, co od niej usłyszała, czy powiedzieć, co myśli, i zaburzyć z trudem wypracowaną relację? W końcu odpuściła te rozważania. Uznała, że pogłowi się nad tym później. Wskazówki zegara nieubłaganie zbliżały się do wpół do siódmej i należało wyjść do pracy. Czekał ją wymagający dzień, nieróżniący się zbytnio od tych przeżytych w ostatnim czasie. Kiedyś to minie, nic nie trwa wiecznie – powtarzała raz po raz, poganiając syna, który w czasie jej wewnętrznych dywagacji przebywał we własnym, tylko sobie znanym świecie. Powolnym krokiem ruszył w stronę korytarza, przysiadł na ławce zamyślony i drapał się po głowie. Nieważne, jak bardzo się spieszyli, on zawsze miał czas. Trochę mu tego zazdrościła. Jej czas, im dłużej żyła, coraz bardziej przyspieszał, a ona odnosiła wrażenie, że w ciągu jednej doby przeżywa ich co najmniej trzy. To minie, nic nie trwa wiecznie, kiedyś to się skończy – przekonywała ponownie samą siebie.
Zawołała o cztery lata młodszą od pierworodnego córkę. Dziewczyna wybiegła z pokoju z rozwianymi włosami, w pełnym makijażu i ze słuchawkami na uszach, ciągnąc za sobą chmurkę waniliowej mgiełki od Victoria’s Secret. Chłopak zaciągnął bluzę na nos, za co został przez siostrę zrugany. Ot, klasyczny poranek w domu rodziny Łukaszewicz-Engel.
Kwadrans później Zofia umościła się za kierownicą wysłużonego Mercedesa A klasy i przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zacharczał.
– Tylko nie to, tylko nie to, błagam cię, Mieciuniu – szepnęła pod nosem.
Syn patrzył przed siebie niewzruszony matczynymi nerwami.
– Znów trzeba popchać tego rupiecia? – spytała córka, zdjąwszy słuchawki.
Matka błagalnym wzrokiem patrzyła na jej odbicie w lusterku, przygryzając dolną wargę. Dziewczyna odpięła pas, po czym nakazała bratu, by się ruszył i pomógł, gdyż w przeciwnym razie będzie drałował do szkoły na piechotę. Pół godziny później zatrzymali się przed liceum numer dwa w Szczecinie, zwanym Pobożniakiem, i jak co rano Zofia westchnęła do wspomnień. Przeżyła tam cudowne lata. Wzorowa uczennica, rokrocznie odbierająca Nagrodę Prezydenta Miasta za doskonałe wyniki w nauce, świetnie zapowiadająca się młoda polska aktorka, duma regionu. Laureatka licznych konkursów recytatorskich, zwyciężczyni festiwali poezji śpiewanej, aż wreszcie nadzieja na rozsławienie placówki. To wszystko jednak minęło. Dziś była... No właśnie: kim? Potrząsnęła głową, przebudziwszy się z transu wspomnień, i odprowadziła wzrokiem pociechy. Marysia, z rękami w kieszeniach krótkiej brązowej kurtki, mówiła coś do Stasia, a ten udawał, że słucha. Ani jedno, ani drugie nie włożyło czapki. Odpuściła im – a może sobie? – wieczne o niej przypominanie, uznawszy, że to nie jej głowa i że jak zmarzną, to... po prostu zmarzną. Nie chciała na nich dmuchać i chuchać, wiecznie ochraniać, nie pozwalać popełniać błędów. Tak właśnie postępowała z nią jej własna matka i mimo nadludzkich starań, by życie Zofii ułożyło się tak, jak wymyśliła je seniorka Engel, na nic się to zdało. Zosia nie ziściła pragnień matki. No, może poza tymi dwoma, które właśnie odstawiła do szkoły. Stało się to jednak, jak twierdziła, zbyt szybko, zbyt pochopnie i nie z tym człowiekiem, z którym powinno.
– Dzień dobry, pani Grażynko, poproszę klucz od szekspirowskiej. – Uśmiechnęła się do kobiety pracującej w portierni Teatru Polskiego w Szczecinie, gdzie niedawno się zatrudniła.
Gdyby nie matka, czego niestety nie mogła zapomnieć, z pewnością nie otrzymałaby tej posady. Kamila Engel, ceniona malarka, znała wszystkich wpływowych ludzi w mieście. Wystarczył jeden telefon, by załatwić córce stanowisko. Nie był to angaż aktorki, lecz Zofia nie wybrzydzała. Ot, wzięła, co było, byleby tylko gdzieś się zahaczyć. Nie chciała się unosić dumą i na przekór matce odmrażać sobie uszu. Przełknęła gorycz racji leżącej po stronie rodzicielki, zakasała rękawy i starała się, jak tylko potrafiła, być najlepszą asystentką scenografki, jak to tylko możliwe. Musiała jednak przyznać, że potrzebna jej była niczym dziura w moście. Wszyscy w teatrze wiedzieli, że jej stanowisko zostało stworzone wyłącznie dlatego, iż dyrektor teatru miał w przeszłości słabość do seniorki Engel.
– Pani Cruella De Mon jest już w sali – odparła portierka.
– Słucham?
– Jest w sali. Szekspirowskiej. – Wytknęła język i zamachała obiema rękami na wysokości twarzy, udając tę, o której mówiła.
Zofia się roześmiała.
– No tak, w sali. Cruella De Mon. Tak ją tu nazywacie?
Portierka pokiwała głową. Zosia spojrzała na zegarek. Przyszła o wiele za wcześnie. Zrobiła to celowo, aby zdążyć przed szefową, aby tylko jej nie podpaść. Mimo dyplomu aktorki z jej twarzy można było czytać zdenerwowanie jak z otwartej książki.
Portierka spojrzała czule, wyjęła spod lady kartonik kruchych ciasteczek i podsunęła je Zosi pod nos.
– Poczęstuje się panienka. Cukier krzepi.
Panienka? Niezły żart – pomyślała Zofia.
– Trochę przechodzona ta... panienka – odparła, jednak po ciastko sięgnęła. Wgryzła się w nie z nieukrywanym zdenerwowaniem.
– Przechodzona nie przechodzona, ale wciąż panienka. W dzisiejszych czasach mogę tak panienkę nazwać. Za moich czasów to by nie przeszło. Byłaby panienka...
– Starą panną w najlepszym wypadku. I to jeszcze z dwiema kulami u nóg – dokończyła Zofia, czym wywołała rozbawienie rozmówczyni.
Nazajutrz miała się odbyć premiera _Dzienników_ Pilcha. Sztuki, w której się rozkochała, chociaż za życia nieodżałowanego literata nie przeczytała ani jednej jego książki.
– Denerwuję się. Chciałam być przed nią, przed Cruellą. Poustawiać te wszystkie książki w saloniku. Tam nie może być przypadkowości, pani Grażynko. Wszystko na tip-top. Ja wiem, że nie jestem jej potrzebna, że ona wie lepiej, że zna teatr od podszewki i bardziej jej przeszkadzam, niż pomagam, ale... – paplała, pochłaniając ciastka.
– Potrzebna nie potrzebna, niechże da panienka spokój. To nie ona decyduje o zatrudnieniach. Całe szczęście. W przeciwnym razie nawet ja wylądowałabym na bruku. Panienka idzie i pracuje. Robi swoje i przestanie się mazać. O ile mi wiadomo, dwoje dzieci ma na utrzymaniu, a aktorstwo przecież skończyła. Dyrektor mówił, że z wyróżnieniem. Tyle że praktyki nie nabyła.
– Aktorstwo... tak. Stare dzieje. Jak to się mówi? Dawno i nieprawda?
– Ani nie dawno, ani nie nieprawda. Młoda panienka jest i wszystko da się ponaprawiać, odbudować. Już, już. Panienka idzie, bo Cruella gotowa się zagotować.
Znów wybuchnęły śmiechem. Gdy umilkły, Zosia westchnęła głośno, pokiwała głową i podreptała w stronę wyściełanych krwistoczerwoną wykładziną schodów prowadzących do sali szekspirowskiej, w której czekała już na nią starsza koleżanka z pracy. Mimo że pracowały razem od pół roku, Zosia nie potrafiła zapamiętać jej imienia, gdyż wszyscy w teatrze nazywali ją inaczej. Cruella De Mon to było jedno z łagodniejszych określeń. Tuż przed salą Zosia się zatrzymała, przymknęła oczy i powtórzyła kilka razy w myślach: dasz radę, dasz radę, dasz radę, po czym nacisnęła klamkę i weszła do środka. Strukturę spektaklu i cały jego rytm definiowała idealnie rozplanowana przestrzeń. W samym centrum sceny Cruella zarządziła obrotową platformę, na której znajdowało się inteligencko urządzone mieszkanie bohatera. Salon z półkami szczelnie wypełnionymi książkami, po lewej stronie biurko, po prawej łóżko, pomiędzy drzwi balkonowe, którymi do mieszkania miały wchodzić występujące postaci. Chociaż Zosia weszła do szekspirowskiej na tak zwanym bezdechu, starsza koleżanka, usłyszawszy szmer, obróciła się gwałtownie.
– Wreszcie pani jest. Nie będę tolerowała spóźnialstwa. To jest teatr, szanowna pani, a nie przedstawienie uliczne. Powinna to pani wiedzieć. Podobno jest aktorką. Z wykształcenia przynajmniej – burknęła oschle.
– Przepraszam. Myślałam, że...
– To nie myśli, tylko ułoży te książki. Nie ma tu miejsca na przypadkowość. No już, już, grzbietami na zewnątrz, rzecz jasna, proszę pokładać. To ma być... to ma być... pyszne to ma być! Rozumie pani?
– Pyszne. Oczywiście. Tak. Rozumiem.
Zosia natychmiast zabrała się do pracy i układała książki na półce we wcześniej ustalonym porządku. Nie tłumaczyła, że tak naprawdę zjawiła się godzinę wcześniej. Cruella nie nosiła zegarka. Uważała, że szczęśliwi czasu nie liczą. Chociaż sądząc po zachowaniu, nie wyglądała na szczęśliwą i być może gdyby tenże zegarek włożyła, jej życie stałoby się bardziej poukładane i harmonijne, a co za tym idzie, także szczęśliwsze. Gdy wszystkie książki stanęły na swoim miejscu, obrócono platformę, by sprawdzić, czy druga strona zainscenizowanego lokum jest przygotowana w sposób równie nienaganny. Łazienka z toaletą wyglądały idealnie, aneks kuchenny także. Makietę całego mieszkania otaczał literacki bezkres obsypany tysiącami wyrwanych kartek z notatnika pisarza.
– Czy mogę coś powiedzieć? – odważyła się odezwać Zofia.
Cruella zmierzyła ją wzrokiem.
– Mówi – rzuciła.
Kobieta przełknęła, a następnie wyraziła wątpliwość, czy aby te porozrzucane kartki to dobry pomysł. Widziała wielokrotnie na próbach, że przez nie aktorzy tracili równowagę, co pozwalało wyciągnąć wniosek, iż istnieje ryzyko ich publicznego upadku. Usłyszawszy swoje słowa i zobaczywszy sprowokowane nimi lodowate spojrzenie Cruelli, od razu pożałowała tego odważnego przemówienia. Kimże jesteś? – odezwał się jej wewnętrzny głos, ostatnimi czasy nieustannie przypominający, ile szans zmarnowała na drodze do stania się niezależną, decydującą o sobie kobietą. Popełniała błąd za błędem, podejmując nietrafione decyzje zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i zawodowej. Co też jej przyszło do głowy, by udzielać rad głównej scenografce? Kobiecie, która bądź co bądź przez lata pracy zęby zjadła na tym zawodzie. Ona, Zosia, była tu na doczepkę. Wszyscy o tym wiedzieli. Cruella nie odniosła się do jej uwagi. Ignorując ją całkowicie, podeszła do usytuowanego z boku sali stołu, przy którym reżyser zaplanował kilka scen dla podkreślenia ich osobności. To przy tym stole miały się toczyć rozmowy Pilcha z matką, a następnie przeobrażał się on w szpitalny stół operacyjny stanowiący „arenę” dla jednej z przerażających wizji.
– Ma być idealnie. Perfekcyjnie. Tip-top. Rozumie pani? Sam Tim Burton, gdyby tu nagle stanął w drzwiach, ma skisnąć z zazdrości, że nie on to wymyślił.
Zofia potaknęła, zacisnąwszy na chwilę oczy. W wyobraźni była już w domu, na własnej kanapie, przed własną biblioteczką z książkami, z własnym kubkiem herbaty w dłoni i z własnymi myślami. Cruella sprawiała, że zaczynała nienawidzić tej pracy i wątpić w to, że kiedykolwiek dostanie aktorski angaż. Ze scenografią miała tyle wspólnego, ile Chodakowska z handlem pączkami. Czego jednak się nie robi w imię odgruzowania dawnych marzeń. Od kilku miesięcy znosiła zgryźliwość kobiety, z którą zmuszona była pracować i która kiedy tylko mogła, nie szczędziła Zofii przykrości, podkreślając i uwypuklając jej brak wiedzy oraz doświadczenia z zakresu tworzenia oprawy wizualnej spektaklu.
Z zamyślenia wyrwał ją głośny huk. Zanim się zorientowała, co to takiego, upłynęło kilkanaście długich sekund.
– Mówiłam, że książki mają być poukładane pysznie?
Dopiero teraz Zosia dostrzegła, że wszystko, co rozmieściła na jednej z półek w saloniku literata, leżało teraz na podłodze obrotowej platformy. Zrobiło jej się gorąco. Strużka potu spłynęła po plecach, a za nią kolejna. Dokładnie wtedy z jej torebki rozbrzmiał dzwonek telefonu. Cruella spojrzała w stronę źródła dźwięku. Oczy kobiety zapłonęły żywym ogniem. Dźwięk się urwał. Zaległa chwilowa cisza, a moment później rozległ się hałas zrzucanych przez Cruellę kolejnych książek.
– Źle, źle, wszystko źle! – wrzeszczała. – Widz nie jest durniem. Zauważy. Wszystko źle. Do poprawy!
Telefon Zofii znów się rozdzwonił. Nie bacząc na konsekwencje, podbiegła do torebki i ujrzawszy na ekranie smartfona zdjęcie syna, odebrała, co doprowadziło Cruellę do wściekłości. Wychodząc z sali szekspirowskiej w celu porozmawiania z pierworodnym, Zosia słyszała dźwięki upadającej reszty książek. Czuła, że po tym „wybryku” związanym z opuszczeniem miejsca pracy w strategicznym momencie poniesie tragiczne w skutkach konsekwencje. Wiedziała jednak, że nie może zignorować tego telefonu. Umówiła się z dziećmi, że jeśli telefonują po wielokroć w krótkich odstępach czasu, to znak, że sprawa nie cierpi zwłoki i że potrzebują jej, choćby się waliło i paliło. Nie miała wątpliwości, jakiego wyboru dokonać. Syn był dla niej najważniejszy. Prawie nigdy do niej nie dzwonił. Teraz czynił to raz po raz. Coś się stało – podpowiadał matczyny instynkt, który Cruella usiłowała zagłuszyć swoją artystyczną furią.
– Tak, kochanie? – powiedziała półtonem, zasłaniając dłonią mikrofon aparatu.
W słuchawce rozległ się płacz.
Zofia w te pędy sfrunęła po schodach w kierunku toalety, aby móc w spokoju porozmawiać. Staś szlochał. To również było do niego niepodobne. Niezwykle rzadko zalewał się łzami. Ostatni raz wydarzyło się to...
– Staś, co się dzieje? Proszę, postaraj się uspokoić – mówiła rzeczowo, panując nad emocjami.
Po drugiej stronie rozbrzmiewały urywane dźwięki szarpanego emocjami oddechu.
– Pani wyrzuciła mnie z sali – wykrztusił wreszcie syn.
– Gdzie jesteś?
– Wyszedłem ze szkoły. Idę przed siebie. Nie wiem... może do Colorado pójdę. Tak, pójdę tam, bo jest bardzo zimno.
Kobieta opadła bezwiednie na zamkniętą toaletę. Zacisnęła oczy, zaczerpnęła powietrza. W trakcie rozmowy z synem wychwyciła sygnał drugiego połączenia. Odsunęła urządzenie od ucha i dostrzegła, że telefonują ze szkoły.
– Daleko masz do tego Colorado?
– Właściwie to już prawie jestem.
Szkoła nie dawała za wygraną, cały czas próbując się dodzwonić.
– Mamo, ja...
– Stasiu, proszę, rozłącz się teraz, wejdź do Colorado i zamów sobie herbatę. Już do ciebie jadę. Będę za kilka minut. Nie rozmawiaj ze mną na ulicy. Jesteś roztrzęsiony, a w takim stanie o tragedię nietrudno – przerwała mu.
Syn posłuchał matki i zrobił to, co kazała. Zofia w te pędy rzuciła się do szatni po płaszcz. Po drodze napotykała Cruellę i jej wściekłe do czerwoności policzki.
– Proszę wrócić. Poprawić te książki – syknęła scenografka.
– Najmocniej przepraszam, ale muszę teraz opuścić teatr. To bardzo ważne.
– Opuścić teatr? Co też pani wygaduje? Opuścić teatr? – powtórzyła kobieta. – A kto poustawia książki w pokoiku literata? No chyba nie sądzi pani, że ja to zrobię.
Zofii opadły ramiona. Nie była w stanie się skupić na niczym innym, jak tylko na synu. Musiało się wydarzyć coś nieprzewidzianego. Po tym, czego doświadczyły jej dzieci w niedalekiej przeszłości, nie mogła sobie pozwolić na lekceważenie ich emocjonalnych potrzeb. Staś ewidentnie w takiej się znajdował i jedyne, o czym Zofia myślała, to o byciu teraz blisko syna. Telefon nie przestawał dzwonić w kieszeni. Spojrzała na wyświetlacz – znowu szkoła.
– Słyszy pani? To pani praca! Proszę wrócić i zrobić, co do pani należy.
Zosia potrząsnęła głową, wsunąwszy smartfon do kieszeni, i spojrzała na scenografkę pełnym współczucia dla jej złości głosem. Fakt, nie miała doświadczenia, jeśli chodzi o jakąkolwiek pracę poza domem, lecz i tak trudno było jej uwierzyć, że w dwudziestym pierwszym wieku można tak kogoś traktować.
– Z całym szacunkiem, ja te książki poukładałam. Jeśli miała pani jakieś uwagi, trzeba było powiedzieć, chętnie bym poprawiła. Niepotrzebnie wszystko pani zrzuciła. Złość, owszem, potrafi być motywująca, to jednak raczej nie ten przypadek. Zatem przykro mi, ale musi sobie pani teraz poradzić. Mój syn mnie potrzebuje – dodała nieco cieplejszym tonem. – Nagła sytuacja. Proszę wybaczyć.
Skończywszy wypowiedź, ominęła wściekłą scenografkę i złapawszy za odzienie wierzchnie, ruszyła ku wyjściu z teatru. Kątem oka dostrzegła panią Grażynkę chichoczącą za szybą portierni i bezgłośnie bijącą jej brawo. Cruella odwróciła się i odprowadziła Zofię zawziętym wzrokiem, a następnie spojrzała w stronę portierni. Pani Grażynka, żeby się tej jędzy nie narazić, przestała się śmiać i klaskać, momentalnie przybierając grobowy wyraz twarzy.
– Czy pani widziała to samo co ja? – rzuciła do niej Cruella.
Kobieta udała przebudzenie z zamyślenia i potrząsnęła głową.
– Co za tupet! Opuścić miejsce pracy. Dyrektor musi się o tym dowiedzieć. Ona jest do zwolnienia. Do zwolnienia, powtarzam. I to natychmiastowego – odpowiedziała sama sobie, po czym wściekła ruszyła do szekspirowskiej.
Gdy zniknęła, pani Grażynka najpierw wybuchnęła śmiechem, a chwilę później zatroskała się o panienkę i o to, cóż takiego mogło się przydarzyć, że ta tak nagle wyszła z pracy. Życiowe doświadczenie nauczyło ją, aby nigdy nie brać rzeczy takimi, jakie są na pozór.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------