-
nowość
Zdjęcie dla innej - ebook
Zdjęcie dla innej - ebook
Robert ma trzydzieści dziewięć lat, jest inżynierem utrzymania ruchu i po rozwodzie. Na jego dotychczasowych zdjęciach trudno go w ogóle znaleźć, więc przychodzi do pracowni Niny na wrocławskim Nadodrzu po portrety do aplikacji randkowej. Jest punktualny i rzeczowy, a każdą wskazówkę wykonuje tak starannie, że na podglądzie zostaje z niego tylko sztywny mężczyzna w dobrej koszuli. Nina od lat zawodowo sprawia, że ludzie przy niej się śmieją. Tym razem łapie się na tym, że patrzy na podwinięte rękawy klienta dłużej, niż wymaga praca. Myśl o kobiecie, która zatrzyma kciuk na najlepszym kadrze z tej sesji, zupełnie jej się nie podoba. Przecież te zdjęcia są dla innej. Okładka została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 749 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Robert przyszedł cztery minuty przed czasem. Stał na półpiętrze z telefonem w ręce i porównywał numer na drzwiach z czymś na ekranie, jakby kamienica na Nadodrzu mogła go w ostatniej chwili oszukać.
— Robert? — zapytałam z progu.
— Tak. Dzień dobry. — Schował telefon do kieszeni. — Pani Nina.
— Nina. Jeśli ci to nie przeszkadza, mówmy sobie na ty. Łatwiej się pracuje.
— Nie przeszkadza.
Uścisnął mi dłoń krótko. Miał ciepłą rękę. Wszedł za mną do pracowni i rozejrzał się: szare tło, dwie lampy, stół z laptopem, wieszak przy oknie. Zaczął rozpinać kurtkę.
Zamiast patrzeć, gdzie powiesi kurtkę, patrzyłam, jak oliwkowa koszula układa mu się na barkach, kiedy sięgał do wieszaka.
Odnotowałam to i odłożyłam na bok. Klienci bywali przystojni. To jeszcze niczego nie znaczyło.
— Przyniosłem dwie rzeczy, jak pisałaś — powiedział. — Tę koszulę i granatowy T-shirt. W samochodzie mam jeszcze białą, ale białej nie lubię.
— To jej nie potrzebujemy.
Spodziewałam się torby z nowymi koszulami, jeszcze z metkami, bo zwykle tak to wyglądało: ludzie kupowali ubrania specjalnie na sesję, a potem przez godzinę wyglądali, jakby je od kogoś pożyczyli. Robert przyniósł to, w czym chodził. Rękawy koszuli były na niego trochę za długie i mankiet co chwilę zsuwał mu się na nadgarstek.
— Pokażesz mi, czego używałeś do tej pory?
Poszukał zdjęć w telefonie, potem podał mi go nad stołem.
— Cztery. Właściwie trzy i pół.
Pierwsze zdjęcie było grupowe: siedem osób w kaskach i goglach na tle wyciągu, wszyscy z uniesionymi kijkami.
— Który to ty?
Pochylił się i dotknął ekranu. Trzeci od prawej, do połowy zasłonięty czyimś ramieniem.
— Ten.
— Wiesz, że musiałam zapytać.
— Wiem. Dlatego tu jestem.
Drugie zdjęcie zrobił sobie sam, w samochodzie, od dołu i w pełnym słońcu. Na trzecim uśmiechał się do kogoś poza kadrem. Siedział przy stole na jakimś przyjęciu, z widelcem w ręce. Czwarte, to „pół”, przedstawiało jezioro, las i bardzo małego mężczyznę w granatowej kurtce na końcu pomostu.
— Ładne zdjęcie jeziora — powiedziałam.
— Kolega też tak uważał.
Oddałam mu telefon. Na żadnym z tych zdjęć nie dało się go znaleźć, nie mówiąc już o tym, żeby dało się go polubić.
— Sam mnie znalazłeś czy ktoś polecił?
— Sam. Przejrzałem kilka portfolio. U ciebie ludzie nie wyglądają, jakby ktoś im kazał się uśmiechnąć.
— Bo nikt im nie kazał. Chodź.
Zaczęliśmy na stojąco, przy tle. Poprosiłam, żeby przeniósł ciężar na jedną nogę — przeniósł. Żeby opuścił barki — opuścił. Żeby spojrzał odrobinę nad obiektyw — spojrzał dokładnie w punkt, który pokazałam palcem, jakby miał go potem zdawać. Każdą wskazówkę wykonywał bez zarzutu i każda zabierała mu kawałek twarzy. Na podglądzie pojawiał się porządny, sztywny mężczyzna w dobrej koszuli. Wynajęłabym mu mieszkanie bez wahania. Umówić się — to już inna sprawa.
— Spróbujmy z rękami — powiedziałam. — Skrzyżuj je luźno na piersi.
— Nie.
Powiedział to spokojnie, bez przepraszania i bez urazy. Ręce, które już zaczął unosić, opuścił z powrotem.
— Tak stoi połowa facetów w aplikacji — dodał. — A ja tak stoję, jak mi ktoś tłumaczy, dlaczego maszyna od rana nie chodzi.
Parsknęłam.
— Dobra. Odpada.
— Mogę zrobić coś innego.
— Wiem. Daj mi sekundę.
Mankiet znowu zsunął mu się na dłoń i Robert odruchowo go podciągnął. Co kilka ujęć podciągał mankiet. Na zdjęciach zostawał po tym ruchu jakiś mały niepokój w ramieniu.
— Podwiń rękawy. Dwa razy, nie wyżej.
Podwinął je starannie, najpierw lewy, potem prawy. Zegarek zdjął i schował do kieszeni, zanim zdążyłam o to poprosić. Przez moment patrzyłam tylko na jego przedramiona, na ścięgna przesuwające się pod skórą, kiedy wygładzał materiał. Nie była to informacja, której potrzebowałam do pracy. Wzięłam ją mimo to.
Kiedy się prostował, kołnierz z tyłu podwinął mu się do środka.
— Kołnierz ci się zagiął. Z tyłu. Poprawisz sam czy mogę?
— Popraw.
Odwrócił lekko głowę, żeby było mi łatwiej. Podeszłam, wywinęłam kołnierz i wygładziłam go dwoma palcami. Materiał był ciepły od jego karku. Z tej odległości widziałam pojedyncze siwe włosy przy skroni i miejsce, gdzie zarost kończył się na szyi.
Trwało to dwie sekundy. Wystarczyło, żebym wiedziała, że gdybyśmy byli gdziekolwiek indziej, nie cofnęłabym ręki tak szybko.
Cofnęłam ją i wróciłam za aparat.
— Nie będę ci już mówić, gdzie patrzeć — powiedziałam. — Pogadamy. Stój, jak ci wygodnie.
— A jak mi jest wygodnie?
— Zaraz zobaczymy.
Zapytałam, co robił rano. Był w pracy do dwunastej i wziął pół dnia wolnego. Zapytałam, co będzie robił po sesji.
— Zjem coś. Nie jadłem obiadu, bo nie chciałem tu mieć brzucha.
— Co zjesz?
Pytanie było bez znaczenia, zadawałam takie dziesiątki razy. Robert potraktował je poważnie. Zmarszczył brwi, sam z siebie przeniósł ciężar na jedną nogę i zaczął się zastanawiać na głos, czy wybrać pierogi z budki niedaleko stąd, czy zupę w miejscu, gdzie jest za droga, ale naprawdę dobra.
Zrobiłam trzy zdjęcia, zanim doszedł do wniosku. Na trzecim wyglądał jak człowiek, który ma przed sobą resztę dnia i całkiem mu się ona podoba.
— Pierogi — oznajmił.
— Dobry wybór.
— Nie wiesz, jakie tam są.
— Nie wiem — przyznałam. — Siadaj.
Wysunęłam spod ściany składane krzesło, drewniane, z wytartym siedziskiem. Należało do pracowni i świetnie sprawdzało się przy zdjęciach dzieci.
Robert popatrzył na krzesło. Potem na mnie.