-
nowość
Zdolni i bogaci - ebook
Zdolni i bogaci - ebook
Urban fantasy, w którym klątwa i niekontrolowana magia mogą odebrać władzę, pieniądze i przywileje.
Umiera Thayer Wren, genialny prezes Wrenfare, potęgi na rynku magitechnologicznym. Jedno z trojga jego niezwykle uzdolnionych (także telepatycznie i elektrokinetycznie) dzieci mogłoby przejąć stery przynoszącej miliardowe zyski firmy.
A przynajmniej tak im się wydaje.
Meredith, najstarsza córka i właścicielka przełomowego start-upu magitechnologicznego, wypuściła na rynek apkę i chip, które leczą wszelkie choroby psychiczne. Jednak tylko fortuna ojca dzieli ją od ostatecznej kompromitacji, jeśli jej były chłopak ujawni, kim tak naprawdę jest Meredith Wren: totalną oszustką.
Arthur jest drugim najmłodszym kongresmanem w historii. Jego małżeństwo wisi na włosku, a on przegrywa kampanię reelekcyjną, ale jeśli zostanie prezesem Wrenfare, wszystko jeszcze może się zmienić. Poparcie ojca, nawet pośmiertne, wciąż przecież wiele znaczy.
Eilidh, niegdyś najsłynniejsza balerina świata, po kończącej taneczną karierę kontuzji pracowała jako dyrektorka działu marketingu we Wrenfare. Nie osiągnęła nic spektakularnego, odkąd przestała tańczyć – ale jeśli ojciec zostawiłby jej firmę, w końcu potwierdziłoby to, że od zawsze była jego ulubienicą.
W wyścigu na drodze od utalentowanego dziecka do dorosłego z kliniczną depresją nikt nie wygrywa – ale każde z Wrenów staje do walki o firmę, majątek i uznanie.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68543-25-4 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Akademia Ainsworth
NAGRODY I WYRÓŻNIENIA: prymuska, mistrzyni tenisowa klasy krajowej 2007 w singlu, skazana na sukces
„To, co zostawiamy za sobą, i to, co jawi się przed nami, to drobnostki w porównaniu z tym, co kryje się w nas samych”.
Arthur Everett Liang Wren
Canongate Hall
NAGRODY I WYRÓŻNIENIA: członek najlepszej akademickiej drużyny sportowej, wyróżniony zawodnik uczelni, skazany na karierę filmową
„Bądź zmianą, której pragniesz”.
Eilidh Olympia Liang Wren
Akademia Baletowa Manhattanu
NAGRODY I WYRÓŻNIENIA: najmłodsza solistka, najmłodsza primabalerina, dwukrotna primaballerina assoluta Akademii Baletowej Manhattanu
„Och! Jakież cuda cię czekają!”1
Meredith Wren, sucz nad sucze, nie żeby ten fakt, choć już teraz warto na niego zwrócić uwagę, miał znaczenie w tym konkretnym momencie opowieści, siedziała oślepiona górnymi światłami sceny i mrużąc oczy, co nie dodawało jej urody, patrzyła w głąb nowiutkiej, nowoczesnej sali widowiskowej, niedawno otwartej na nieetycznie zielonym kampusie Tyche. Było to zbyt duże miejsce na tego rodzaju wydarzenie, na które, jak założyłby każdy rozsądny człowiek, przybędą jedynie najzagorzalsi z nerdów. No cóż, oni i wszyscy ci, którzy mogą zarobić na jej sukcesie. Forum dla frajerów i despotów.
Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do widoku podziwiających jej wielkość tłumów, Meredith przestała widzieć cokolwiek poza pustymi miejscami. „Jezu”, pomyślała i przez głowę przemknęło jej pytanie, czy mrużenie oczu może pogłębiać jej kurze łapki. Zamrugała, z całych sił próbując po prostu oślepnąć. Nagle zdała sobie z czegoś sprawę – to jęczmień. O Boże, jęczmień! Nie pojawił się od jej studenckich dni, kiedy to miała jeszcze na tyle bezczelnej odwagi, żeby kłaść się spać bez zmywania makijażu. Teraz dbała o skórę nadzwyczaj skrupulatnie – jak to możliwe, żeby na tym etapie życia zgromadziła tyle brudu? Jak mogła w k w i e c i e w i e k u ulec czemuś tak prozaicznemu jak jęczmień? Zamrugała i zapragnęła się położyć, pochłonąć całe opakowanie pistacjowych makaroników. Napchać się w łóżku i nigdy więcej nie wstawać. Taki żarcik. Przezabawne.
Dostrzegła w tłumie znane twarze. Był oczywiście Ward. Jej partner w interesach, nieważne, czy jej się to podobało, czy nie. Cass też się pojawił, bardzo miło z jego strony. W sumie się tego spodziewała, w końcu był kimś tam od wdrożeń w Tyche (kiedy ujawniono współpracę między Tyche a Birdsong, ona i Cass musieli również ujawnić łączące ich stosunki – do tej pory nie mogła wyjść ze zdumienia, że Cass zdołał wymyślić na nie termin, który brzmiał inaczej niż „okazjonalne ruchanko”), ale nadal miło. Ten dupek, Foster, uśmiechał się do niej dobrotliwie. Kim się stała, skoro wzięła forsę? Dobra, zdrajczynią, zamknij dziób. (Nieprzyjemne komentarze zawsze rozbrzmiewały jej w głowie głosem Lou). „Nie kąsaj ręki, która cię karmi”, pomyślała po raz milionowy. Kolejna z mądrości jej ojca – możesz mieć albo forsę, albo dumę, ale tylko jedno pomoże ci zmienić świat. Dalej rząd zwyczajnych, wypucowanych do połysku ludzi, prawdopodobnie dziennikarzy. Ta, widać legitymacje prasowe, to dziennikarze. Ktoś z „Wired”, kilka osób z „Magiteka”, ktoś, kto wyglądał jak chłopak, z którym nieomal uciekła z domu, ale to codzienność – widziała Jamiego Ammara co najmniej pięć razy w tygodniu, zazwyczaj w sklepowej kolejce. W Demeter, żeby być dokładną. I zawsze się okazywało, że to jakiś absurdalnie przystojny nieznajomy w dżinsach z wczesnych lat dwutysięcznych.
Boże, ale ten naprawdę wyglądał jak Jamie.
– Powitajcie, proszę, Meredith Wren, prezeskę Birdsong! – rozległ się bezcielesny głos gdzieś nad głową Meredith.
Przywołała na twarz uśmiech i zamarła, przygotowując się na nieuniknione poczucie zażenowania podczas wysłuchiwania swojej własnej notki biograficznej.
– Niegdyś najbardziej rozchwytywana geniuszka biomancji swojego pokolenia, Meredith rozpoczęła karierę od porzucenia Harvardu i ucieczki do Południowej Kalifornii, gdzie oddała się badaniom nad leczeniem chorób psychicznych, co zaowocowało jednym z najważniejszych, jednym ze zmieniających oblicze świata dokonań technomancji w rozwijającej się wciąż nauce neuromancji…
W kieszeni zawibrował jej telefon. Zignorowała to. Na tarczy zegarka pojawiła się informacja o nieodebranym połączeniu od, ugh, asystentki ojca. Jak jej było? Jenny cośtam. A może to ta poprzednia? Meredith rzadko się fatygowała, żeby tam dzwonić, a i nikt z biura jej ojca nie próbował się z nią kontaktować od co najmniej dziewięciu miesięcy. Może dłużej. Zawsze było to coś oficjalnego – zaproszenie na doroczne przyjęcie firmowe, czasem niezwykle skomplikowane próby ustalenia pasującej wszystkim daty spotkania, do którego ostatecznie i tak nigdy nie dochodziło.
Zamrugała, gdy wzrok nagle jej się rozmazał – zdecydowanie jęczmień, niech go. Światła sceny wciąż były oślepiająco jasne, ale dziennikarz w drugim rzędzie naprawdę wyglądał jak Jamie. Oczywiście, absolutnie niemożliwe, żeby to b y ł Jamie. Chociaż Jamie faktycznie był dziennikarzem. Nie żeby Meredith go śledziła czy coś. (W jej głowie Lou roześmiała się głośno). Dziennikarz, który na milion procent nie był Jamiem, wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął coś pisać. Nieuprzejme.
– …ponad dziesięć miliardów dolarów, jedna z najwyższych w historii wycen biomancji, wyższa nawet niż początkowa inwestycja Wrenfare Magitech. Po tym, jak zyskał rozgłos w mediach, Chirp ostatecznie został udostępniony szerokiej publiczności w zeszłym roku. Grono użytkowników nie tylko liczyć można w setkach tysięcy, ale i z dnia na dzień rośnie! Wszyscy oni znaleźli w Chirp to, czego tak rozpaczliwie pragnęli: szczęście. Tak, proszę państwa, ta kobieta was uszczęśliwi. Powitajcie, proszę, ciepło niezrównaną Meredith Wren!
Telefon zawibrował. Pewnie Jenny znowu czegoś chce. Albo coś równie ważnego. Zerknęła na ekran i wiadomość od…
Noż kurwa. Kurwa. Kurwa. Jamie Ammar.
Kątem oka ujrzała, że facet na scenie gorączkowo macha rękami, i aż podskoczyła. Mikrofon włączony. Przemówienie na żywo. Czas, by wstać i wygłosić płomienną mowę o ratowaniu świata. Mogła to zrobić. Już to robiła.
Co było w wiadomości? Nie żeby to było ważne. Nie musiała wiedzieć, co ten mężczyzna – niepostrzeżenie cofający ją w poprzednią dekadę życia – ma do powiedzenia. Kiedy dwanaście lat temu opuszczała Boston, powiedzieli sobie wystarczająco dużo, a on zamknął rozdział jakimś „wal się”. Od tego czasu rozmawiali… ile? Trzy czy cztery razy? Pierwszy raz zadzwoniła pijana, żeby wygarnąć mu wszystko to, czego wolałaby nie pamiętać, drugi, żeby go zapewnić, że poprzednia noc była pomyłką. Za trzecim razem była na Manhattanie służbowo, a on nawet nie odebrał. I pięć lat temu, żeby pogratulować mu zaręczyn z jakąś przemiłą dziewuszką. Naprawdę przemiłą.
Meredith Wren, prezeska Birdsong, córka Thayera Wrena i Persephone Liang, niegdysiejsza gwiazda okładki „Forbesa”, na czele listy „30 przed 30”, wstała i zerknęła – oczywiście, że zerknęła – podejrzliwie na wiadomość od byłego. Myślę, że wszyscy się tego zerknięcia spodziewaliśmy. A potem powiodła wzrokiem po tłumie i poczuła, jak serce zwala się jej aż do pochwy.
Wiem, co zrobiłaś.
Zamierzam to upublicznić.2
Reklamy na Tottenham Court Road wszystkie niczym jakiś pokręcony grecki chór powtarzały ten sam slogan: TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :)
Arthur Wren nauczył się już nie zauważać oznak sukcesów, które odnosili członkowie jego rodziny, a które, jego zdaniem, stały się nużącą monotonią, niemalże mordęgą. Niczym obejrzany zbyt wiele razy trailer filmu, niczym słyszana zbyt często piosenka. Nie zaszczycił nawet spojrzeniem górującego nad Londynem biurowca Wrenfare, tak samo jak pięć lat temu, gdy obojętnie mijał kolejne billboardy swojej młodszej siostry, Eilidh – wszystko to znikało bez śladu, wtapiało się w tło niczym biały szum.
Kiedy po raz pierwszy ujrzał reklamę Chirp w waszyngtońskim metrze – TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :) – strzelił dla Meredith selfika na jej tle i składając palce w znak pokoju jak jakiś smarkacz, modlił się, żeby nie przyuważył go nikt z „Postu”. (Imaginujcie sobie te nagłówki! Które, jeśli interesuje was moje zdanie, Arthur wyobrażał sobie zdecydowanie zbyt często. Ten konkretny brzmiałby ZAJĘTY POZOWANIEM DO SELFIE I KUPOWANIEM TOSTÓW Z AWOKADO KONGRESMAN WREN NIE MIAŁ CZASU BIĆ NA ALARM W SPRAWIE OPRESYJNEGO TERRORYZMU FINANSOWANEGO PRZEZ JEGO WŁASNY RZĄD. Albo coś bardzo podobnego, co Arthurowi recytował zazwyczaj melodyjny głos Lou).
W wiadomości napisał: Siostro Uprzykrzona, zbawczyni ludzkości!
Bracie Naprzykrzony, odpisała Meredith, zamknij, zaprawdę nie da się tego powiedzieć dosadniej, dziób.
W tej właśnie chwili Meredith wygłaszała mowę o przyszłości neuromancji i rozwodziła na temat stanu zbiorowej ludzkiej stagnacji, jakby to było coś, z czego można śmiało zrezygnować. Tymczasem Arthur mijał tłum z daleka i rozkoszował się – mimo niekończących się artykułów omawiających to, jaką porażką był jako polityk i jako człowiek – wolnością z trudem wywalczonej anonimowości. Nie założył dziś ciemnego garnituru (Gillian oświadczyła, że w czerni wygląda zbyt surowo, a Gillian zawsze miała rację), ubrał się swobodniej, co już stanowiło swoiste przebranie. W kieszeni zawibrował mu telefon, więc wyjął go i spojrzał na ekran. Biuro ojca.
Intrygujące.
Niecodzienne.
Na tyle niecodzienne, że kusiło go, by powrócić do prawdziwego świata, jego nieodgadnionych autorytetów i nieprzewidywalnych spraw osobistych. Nie było oczywiście najmniejszych szans na to, żeby dzwonił sam Thayer – Arthur, nie myślcie sobie, również był Ważną Osobistością, choć nie dość ważną, by jego własny zespół podwładnych miał jakiekolwiek znaczenie dla ulotnych kaprysów Thayera Wrena – najprawdopodobniej dzwoniła jego osobista asystentka, Julie. Zapewne miała do przekazania niezwykle istotne i równie rozczarowujące pytanie, coś w stylu: „Cześć, Arthur, czy możesz zarezerwować pierwszy weekend grudnia na imprezę świąteczną, czy wolisz porzucić swoją karierę jeszcze przed tym terminem?”.
Hm. W wypadku jego niedostępności kolejną osobą, z którą się skontaktują, była Gillian. A ona, niezależnie od tego, o co chodziło, załatwi sprawę bezboleśnie i w niecałe pół minuty.
W tej sytuacji można z tym poczekać.
Arthura zalała nowa fala ekscytacji na myśl o dzisiejszym wieczorze, zrzucił z ekranu powiadomienie o nieodebranym połączeniu i wybrał dobrze zabezpieczony komunikator, a w nim kontakt oznaczony obrazkiem myszy. Nie mogę się doczekać spotkania, napisał.
Bez odpowiedzi, ale się nie zmartwił. Dotrze, gdy przebrnie przez korki.
Miał już chować telefon do kieszeni, ale sprawdził jeszcze w bardziej publicznym komunikatorze, czy nie pojawiło się coś od Gillian. Nic, ostatnia była wiadomość, że już wylądował, na co Gillian odpowiedziała uniesionymi w górę kciukami. Pewnie i ona rozkoszowała się czasem wolnym i zajmowała się taktyką wojskową albo rugby, albo jakimś zupełnie nowym hobby, które uważała za odpowiednie na wieczorny relaks – zazwyczaj były to gry strategiczne i rozlew krwi.
Pośród tych rozważań telefon wypluł tytuł: Kongresmen Arthur Wren (D-CA¹) omówi środki i zna…
Litery przesuwały się po ekranie, ale Arthurowi udało się je zignorować. Jak to zwykle czynił. (Nieprawda. W naturze Arthura leżało nałogowe wręcz wścibstwo, gdy w grę wchodziło to, jak postrzegają go inni. Można to nazwać ryzykiem zawodowym, można zwykłym narcyzmem, oba określenia będą stosowne). Zagłębianie się w to nie miało większego sensu, choć Arthur potrafił przewidzieć komentarze, jakie się pod artykułem pojawią. Coś tam, coś tam, nepo baby – to im się nigdy nie nudziło, nawet biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy z kongresmenów pochodził z przynajmniej dobrze sytuowanej rodziny. A czyje, zdaniem komentatorów, miał brać pieniądze? Od firm tytoniowych? NRA²? Czy nie uspokajała ich wiedza, że środki na kampanię Arthura Wrena pochodziły ze źródła tak banalnie niejednoznacznego, a przy tym tak głęboko obojętnego wobec jego programu politycznego, że nie tylko nie zdołał on go przekonać do zadzwonienia osobiście, ale kontakt nawiązano poprzez asystentkę, której imienia Arthur nawet poprawnie nie zapamiętał?
Nie był to zbyt dobry moment na myślenie o ojcu – to niezawodny anihilator erekcji, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Sedno sprawy było takie, że wyborcy prędzej powiązaliby go z ojcem albo siostrami niż z dziadkami, którzy i tak nie byli żadnymi potentatami kolejowymi, więc to „nepo baby” tak średnio pasowało. Tak naprawdę teoretyczna wartość finansowa Arthura była w dużej mierze niewykorzystana – miała charakter pokoleniowy, poprzez ojca, czyli nie była w ścisłym sensie do jego dyspozycji – i nawet wliczając spadek po matce, był po prostu bogaty, a nie nieprzyzwoicie bogaty. Nie tak bogaty jak P h i l i p p a i prawdopodobnie to właśnie czyniło go atrakcyjnym w jej oczach.
Ach, znów przeszył go ten nierozerwalnie związany z Philippą dreszcz. Rozkoszował się tym znajomym, elektryzującym odczuciem. Jego zwykłe życie, poza tym jednym aspektem, stawało się nie do zniesienia. Znów w trasie z kampanią, zawieszony w Kongresie i z perspektywą wyborów prezydenckich oraz ich wyniku, którego, czego był pewien, nie zdzierży. Jego projekty ustaw zrodzone z przyszłościowego – radykalnego! – progresywizmu trafiały do komisji pozbawione zęba, praktycznie bezużyteczne, co czyniło go jakimś newage’owym błaznem, który niczego w życiu nie osiągnął, dorobiwszy się jedynie śmiechu z taśmy, chichotu zaciętej płyty. Te same media społecznościowe, które początkowo – skupione na nim niczym na najświeższym trendzie – głosiły jego wielkość, brutalnie się od niego odwróciły. Zbiorowa świadomość bańki informacyjnej żądała odpowiedzi: co się stało z obietnicami Arthura na temat położenia kresu sponsorowanemu przez Amerykę kolonializmowi? Co z odbudową naturalnych zasobów planety? Ze spłatą rosnących długów jego pokolenia? Z rewitalizacją kluczowych programów społecznych i ułatwieniem dostępu do tanich mieszkań? Z budżetem na nie, który od pokoleń przeznaczano na podżeganie do wojen, ludobójstwa i wypełnianie kieszeni kongresmenów, do których Arthur Wren sam teraz należał?
Czego powiedzieć n i e m ó g ł (bo to niegodne i zrzędliwe), było raczej oczywiste: to nie tak, że nie próbował! Złożona przez niego w nadmiernym optymizmie propozycja prostego projektu ustawy mającej na celu zwiększenie liczby miejsc pracy związanych z ochroną środowiska zakończyła się niespodziewanymi cięciami i ograniczeniem budżetów edukacyjnych przeznaczonych na żywienie w szkołach dla osób o niskich dochodach. I ta w t o p a, sama w sobie wystarczająco koszmarna, była jego jedynym osiągnięciem. Jego natchnione wezwanie do interwencji w Kongo doczekało się ledwie wzmianki i to dopiero wtedy, gdy sfotografowano go idącego ramię w ramię – zbieg okoliczności, złośliwość losu i ograniczona liczba porządnych i otwartych po piętnastej kafejek w pobliżu Kongresu – z kongresmenem sponsorowanym przez przemysł kopalniany. (Powinien był wysłać stażystę jak jego rówieśnicy, ale n i e e e e e, Arthur wolał pójść po kawę osobiście i sprowokować gniew tłumu niczym Odyseusz drwiący z Cyklopa).
Poważne pytanie: co właściwie mógł zrobić inaczej? Ta myśl nie opuszczała Arthura przeglądającego potem media społecznościowe tak długo, aż zmartwiał mu kciuk. Czy miał wypchnąć tamtego na ruchliwą ulicę z okrzykiem „Śmierć kompleksowi przemysłowemu! Dosłownie!”? Może powinien! Tak zdecydowano – a przynajmniej takie odniósł wrażenie – w sieci. A Arthur po prostu szedł obok, uśmiechając się oschle, i popełnił tym samym zbrodnię milczenia, za co doczekał się przedstawienia go na głównych stronach wszystkich liberalnych serwisów internetowych jako przystojnego hipokrytę i oczerniania przez tę samą grupę demograficzną, z której pochodził.
Podsumowując: dla tych, którzy faktycznie zasiadali w Kongresie, był zbyt liberalny, by się nim przejmować. Dla tych, których głosy go tam umieściły, liberalny był niewystarczająco. Niezmienność jego porażek – narosła wokół jego wizerunku mitologia zindywidualizowanej, złowrogiej hipokryzji przesłaniająca mroczniejszą prawdę o systemie, zgodnie z którą kompromis społeczno-polityczny oznacza, że wybór mniejszego zła często ostatecznie sprowadza się do niedopuszczenia do niewyobrażalnego pogorszenia sytuacji – wystarczała, by Arthur marzył o rozstępującej mu się pod nogami i pochłaniającej go ziemi.
Albo jeszcze lepiej, o zanurzeniu się w orgii i niewynurzeniu się już nigdy.
Wreszcie! Samochód się zatrzymał i Arthur z trudem pohamował się przed wyskoczeniem z wozu i odśpiewaniem piosenki wychwalającej ulicę, na której Philippa… nie tyle mieszkała, ile posiadała dom, w którym pomieszkiwali z Yvesem, kiedy nie ukrywali się w wiejskiej posiadłości, nie podróżowali po Europie lub nie rozkoszowali się Arthurem w jego własnym domu.
Lady Philippa Villiers-DeMagnon (dla mediów Pippa, lady Philippa lub PVDM, dla Yvesa, i czasem, gdy zdawało się to stosowne, dla Arthura, Piszczek albo Mysza) była oczywiście jako arystokratka i dziedziczka szykownie bezrobotna, na życie zaś zarabiała, płynnie przechodząc od jednej działalności charytatywnej do kolejnej. Aktualnie planowała wydanie książki kucharskiej napisanej przez mieszkańców londyńskiego schroniska dla bezdomnych. Ona sama, rzecz jasna, nie gotowała i to nie z powodu życia w luksusie (tak naprawdę to jednak z powodu życia w luksusie), ale z racji tego, że było to zajęcie nazbyt domatorskie; uważała się jednak za osobę o szczególnie wyrafinowanym podniebieniu dzięki dzieciństwu spędzonemu na Barbadosie.
Arthura nieszczególnie interesowało, czy to rzekome kosmopolityczne wysmakowanie było prawdziwe, czy nie, zauroczenie Philippą sprawiało, że niektóre rzeczy umykały jego uwadze. Jej szczodrość, fundamentalna niezwykłość, niemal patologiczna przekora, entuzjastyczna akceptacja przydarzających mu się czasem… awarii technicznych – to w niej kochał, te wszystkie dziwactwa, tę kapryśną osobowość, którą zdawała się posiadać w sposób wręcz nadprzyrodzony, z reguły więc nie zadawał sobie zbyt wielu pytań odnośnie do natury jej klasy społecznej. Postanowił się skupić na jej dobrych intencjach, na pragnieniu wzmocnienia pozycji kobiet, na decyzji o poświęceniu swego genialnego umysłu tak powszechnie szczytnym celom.
Kiedy jego umysł nie skupiał się akurat na tej stronie Philippy, zaczynał błądzić: ku burzliwej symbiozie, w jakiej trwała z relacją tabloidów na jej temat, ku podejrzeniu, co naprawdę może znaczyć jej umiłowanie Barbadosu (a i podejrzanie nieokreślone uwielbienie „Afryki”), ku sprawdzaniu, czy jego własny płaszczyk hipokryzji był odpowiednio dopasowany, niezależnie od tego, jak bardzo by go nie uwierał. Niezwykle łatwo było nie mieć tych myśli, gdy przebywał b l i s k o Philippy – jednej z tych zamożnych osób, których bogactwo sprawia, że są hojni nie tylko, gdy w grę wchodzą pieniądze, ale i z łatwością poświęcają swój czas. Niekiedy słodycz jej natury raniła serce Arthura – roztapiała je, niemal wlutowywała między żebra, zostawiając lepki, krówkowy posmak niegasnącej, niezachwianej miłości.
Poznał Philippę na dobroczynnej wystawie należącej do jej rodziny prywatnej kolekcji w National Gallery. Przyciągnęło go to, z jaką miłością i ożywieniem opowiadała o eksponatach. Tak się rozwodziła nad stylem i historią wpisanej w naturę baroku seksualności, że Arthur wziął ją za badaczkę historii sztuki. Tak to właśnie było z Philippą – obezwładniająco bystrą, elokwentną, wykształconą i wyrafinowaną Philippą, która czasem wręcz oślepiała tak, że nie dało się na nią patrzeć. Piękna, a co istotniejsze, niewiarygodnie dziwaczna, istny szwedzki stół osobliwości. Tworzyło to wokół niej aurę tajemniczości, wrażenie, że nie jest dostępna wszystkim. Arthur stał obok niej cały wieczór, nawet nie marząc o zwróceniu na siebie jej uwagi, zwłaszcza że tajemnicą poliszynela był jej związek z Yvesem Rezą, kierowcą w Formule Magitech, który nie był co prawda muzykiem, ale jednocześnie w jakiś sposób był jedynym przedstawicielem ich pokolenia, którego można było uznać za gwiazdę rocka. Jednak Philippa musiała w jakiś sposób wywąchać dziwaczność Arthura i tak się to potoczyło.
Wciąż zajęty pisaniem na telefonie nie zdążył nawet sięgnąć kołatki, kiedy drzwi się otworzyły.
– Jesteś wreszcie! – rozległ się głos, który Arthur rozpoznał jako należący do Yvesa.
W pierwszej chwili nie był pewien, czy to naprawdę on. Twarz zakrywała mu ozdobna złota maska, a przy wejściu tłoczyły się śliskie, wijące się ciała z obliczami zamaskowanymi w sposób tak wyszukany, że Arthur natychmiast poczuł się przytłoczony.
– Arthurze, otwórz usta – rzekł Yves, który zdecydowanie był Yvesem, ponieważ generalnie ludzie nie mówili Arthurowi takich rzeczy.
– Tym razem co? – spytał radośnie, a w każdym razie na tyle radośnie, na ile potrafił po siedmiogodzinnym locie. I było to w istocie nadspodziewanie ciepłe, ponieważ kongresmen Arthur Wren z dwunastego okręgu Kalifornii miał (dla odmiany) zostać wyruchany w sposób przyjemny.
– Coś na ożywienie po locie – odpowiedział Yves, unosząc lekko maskę i pochylając się, by zająć jego usta pocałunkiem, bardzo mokrym i suchym jednocześnie.
Arthur kaszlnął, przyduszony kredowym posmakiem tego, co przekazał mu język Yvesa.
– Kochanie, daj mu odetchnąć, dopiero przyjechał. – Z kłębiącego się tłumu wyłoniła się Philippa w oszałamiającym wirze orchidei; fioletowo-czarny lśniący szlafrok rozlewał się na jej biodrach niczym sine dzieło Georgii O’Keeffe.
Jedną ręką poprawiła dobraną do niego wenecką maskę, drugą wcisnęła w dłoń Arthura kieliszek z musującym szampanem i pochyliła się, by musnąć ustami jego policzek.
– Ukochani. – Arthur stawał się przy nich beznadziejnie pretensjonalny, bardziej nawet niż zazwyczaj. (To moja opinia, nie jego). Tak czy siak, przełknął tabletkę i przepłukiwał usta szampanem tak długo, aż bąbelki zaczęły go szczypać w język. Yves pochylił się, by objąć go w pasie jedną ręką. – Jak zawsze, nie wiem, jak dziękować za waszą gościnność.
– Och, będziesz mieć szansę coś wymyślić – wymruczała Philippa, ujmując w dłoń jego policzek. – A teraz się wyprostuj, niech na ciebie spojrzę.
Przystanął w drzwiach pokoju, w którym wrzała impreza – na której, dla odmiany, czuł się naprawdę akceptowany, był już nie zrodzonym z nepotyzmu (bo też kogo z obecnych nie można by opisać tymi słowami?) nieudacznikiem, ale zwykłym facetem z całkiem niezłym fiutem i żarliwie zdobywaną wiedzą, jak go używać – i poczuł, że serce wypełnia mu radość. Napłynęła strumieniem zbierających się pod powiekami łez, wybuchła nagromadzoną energią i sprawiła, że żyrandol zamigotał, że żarówki gasły i zapalały się, jak fala na trybunach.
Fenomen ten, zwłaszcza że miał miejsce dokładnie nad głową Arthura, nie przeszedł bez echa.
– Kto to? – spytał jakiś zamaskowany mężczyzna, który wynurzył się z tłumu i mierzył teraz Arthura, jedyną obecną tu osobę z odsłoniętą twarzą, podejrzliwym spojrzeniem.
Arthur sięgnął szybko do kieszeni i wyciągnął zwykłą czarną skórzaną maskę.
– To nasz chłopak – obwieścił Yves. – Więc spierdalaj, Felix.
– Aha! – zgodziła się Philippa. – Spierdalaj, Felix.
Niczym średniowieczny motłoch tłum wygwizdał go natychmiast, więc Felix wykonał gest, który mógł oznaczać umywanie rąk albo energiczną masturbację, a potem zniknął wśród skłębionych ciał.
– Felix?
Arthur niejasno przypominał sobie, że takie imię nosił jakiś książę, którego Philippa tak jakby znała, ale wtedy ona pociągnęła go za rękę. Żyrandol zamrugał, zaczął nieco niebezpiecznie iskrzyć i wybuchnął miniaturowym deszczem meteorów, pogrążając pokój w ciemności. Tym razem połączenie Arthura ze świetlistą awarią przyciągnęło uwagę rozszalałego tłumu, który otoczył ich troje, by z bliska przyjrzeć się pokazowi pirotechniki.
– Chryste. – Arthur zlustrował wierzch swojej dłoni. Pokrywające ją włoski stanęły dęba, a szwankujący żyrandol, który sięgał ku niemu chciwymi wiciami, wybuchnął nagle dziką kaskadą rozproszonych, niby choinkowych światełek; pożegnalny rozbłysk awarii zasilania jak ostatni promień umierającego słońca. – Co mi daliście?
Uczestnicy imprezy, którzy właśnie wyrażali swój zachwyt tak głośno, jak to się zdarza tylko osobom odurzonym, byli nieświadomymi świadkami ściśle tajnego powodu… nie tyle nawet samej przerwy w karierze Arthura, co ostrożnego, budzącego lęki, graniczącego z obsesją ukrywania nastoletniej wpadki, z której, jak miał nadzieję, dawno wyrósł, podobnie jak z erotycznych snów i mutacji głosu. Urocze przypomnienie, że Arthur Wren, domniemany prekursor nowej ery, w rzeczywistości był dobiegającym trzydziestki nastolatkiem.
Jeśli wziąć pod uwagę serię politycznych porażek Arthura, jego wycofanie się z życia publicznego wydawało się czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności; przypisywano je jego lenistwu, niewierności małżeńskiej czy dwulicowości, przez co w ostatecznym rozrachunku zawsze wychodził na zdrajcę i sprzedawczyka. Och, a więc okazało się, że mały biedny bogaty chłoptaś ma jednak cienką skórę? PRZYWILEJ! – grzmiał użytkownik @FuckThePatriarchy420. A to mogło człowieka przytłoczyć.
Arthur, oczywiście, pragnął wierzyć, że nagłe odwołanie jego czterech ostatnich wystąpień zostałoby mu wybaczone, gdyby Oni (ci złowrodzy żyjący mediami Oni) znali prawdę, którą stanowiło spontaniczne odpalanie malutkich rakiet przez każdy nadgorliwy system techniczny, z jakim Arthur miał do czynienia, ilekroć był w pracy. A był w niej prawie zawsze. Wi-Fi regularnie się wyłączało. Kamery zawodziły. Apki wieszały. Najnowszym zdarzeniem było zakłócenie sygnałów telewizyjnych w wyniku tak potężnego skoku napięcia, że przerażony dziennikarz doznał wstrząsu mózgu i zapadł w krótkotrwałą, ale jednak śpiączkę. Arthur czuł się żywym (a można rzec, że półżywym) poltergeistem, nawiedzającym wszystkie elitarne salony polityczne dzięki tajemnej relacji, jaka łączyła go z elektrycznością.
Z całą pewnością ten nagły skok liczby wypadków nie będzie trwał długo – zwyczajnie n i e m ó g ł trwać długo; to byłby straszliwy, niewyobrażalny scenariusz z niezliczonymi koszmarami w rolach głównych – i w tym świetle decyzja Arthura o wycofaniu się, rozprawieniu z problemem i ozdrowieniu w spokoju byłaby całkiem racjonalna – o ile, oczywiście, coś takiego jak spontaniczna elektrokineza mogłoby zostać 1) ogłoszone, 2) uznane za wiarygodne, 3) zrozumiane.
Co się, rzecz jasna, nie zdarzy. I dlatego nie walczył z plotkami, uszczerbek na reputacji był mniejszym złem niż ujawnienie niekontrolowanej magicznej mutacji, której nie wybaczono by niezależnie od liczby postów z przeprosinami zamieszczanych w Notes. Arthur nie miał pojęcia, jak powstrzymać coś, czego nie potrafił nawet wyjaśnić. Nawet Gillian, genialna przecież strateżka, zgodziła się, że nic nie można na to poradzić, najlepsze rozwiązanie to, jak wcześniej, przeczekać.
Na szczęście ujawnienie się tutaj niczym nie groziło, jako że zabroniono korzystania z internetu, mając na uwadze bezpieczeństwo uczestników. Poza tym żaden szanujący się arystokrata nie wierzył, że istnieje cokolwiek, czego nie da się kontrolować.
A do tego wszyscy znajdowali się w bezpiecznej odległości od gniazdek, wszystko więc powinno być w najlepszym porządku. Albo, bo taka możliwość też istniała, cały incydent pójdzie w niepamięć jeszcze przed świtem.
– Coś, co wydobędzie twoje talenty – wyjaśnił Yves, a Philippa pocałowała go z uśmiechem. – D l a n a s zawsze byłeś magiczny, Arthurze, ale rozważ możliwość stania się… erotycznie boskim.
Arthur zerknął na swoją dłoń, poczuł podskórne trzaski statyczne, sprawdzając płynność tego, co można by nazwać „mocą”, gdyby nie stanowiło to zbyt pochlebnego określenia. Zwykle nie była niczym więcej niż drobnym zagrożeniem dla jego własnego bezpieczeństwa, niewiele się różniącym od nieproszonej iskry czy natrętnej myśli (jak wspomnienia śmiechu Lou czy zjadliwej krytyki). Błysk światła wystrzelił z żyrandola, wylądował na dłoni Arthura i zatańczył na jego palcach. Szum elektryczności w pomieszczeniu, przez chwilę jakby uśpiony, ożywił się, gdy tylko Arthur go przywołał, oślepiający niczym błysk tropikalnej błyskawicy, i zamienił korytarz w prawdziwą paradę georgiańskich kinkietów. Nie robił tego od wieków, co najmniej od dekady, odkąd po raz ostatni celowo i świadomie dokonał czegoś niezwykłego. Więcej nawet minęło od czasów, kiedy ostatni raz miał poczucie, że kontroluje sytuację.
A to oznaczało całkowitą odwrotność spędzonego w biurze przygnębiającego miesiąca, kiedy zjawiał się jedynie na obowiązkowych głosowaniach i znikał z podkulonym ogonem, mamrocząc pod nosem odmowy, omijając kamery i wybierając nagłówki ze słowami „nieodpowiedzialny krętacz” zamiast „magiczne cyrkowe dziwadło”. Bo jakie inne wyjaśnienie, powiedzcie, proszę, mógł zaoferować – byle rozsądne; postępowe, ale niezbyt radykalne, przekonujące wyborców, akceptowane przez opinię publiczną i zgodne z prawami fizyki?
Takie sobie zadawał pytania, być może częściej, niż robiłby to jakiś mniej egotyczny człowiek. Nie nam osądzać. Ale skoro już przy tym jesteśmy, to sobie ulżyjmy.
Nagle dotarło do niego, że jest wygłodniały, że przebył całą tę drogę po to, by się rozebrać i dać rozpieszczać, że ojciec nigdy by mu nie wybaczył, gdyby ujrzał, jakim się stał człowiekiem. Boże, jak cudownie być tak dogłębnym rozczarowaniem! Arthur dopił szampana, sięgnął po telefon, by go odłożyć, i zauważył przelotnie wiadomość od Gillian.
Ach, niestety, telefony były zabronione, a poza tym to mogło poczekać do rana. Żyrandol znów zaiskrzył, świat mruczał w takt, bezprawny i grzeszny, rozpustny i wolny. A on czuł się połączony, kompletny, p o d ł ą c z o n y!
Światła przygasły i rozbłysły, migotały w rytm bezdźwięcznego synthpopowego basu, jakim grzmiało serce Arthura.
– Kto chce zobaczyć sztuczkę?3
W chwili gdy Arthur Wren wkraczał w orgię, a Meredith Wren niemal posikała się na scenie, Eilidh Wren – nieco mniej sukowata, ale jedynie z powodu prywatnego pecha tak skrajnego, że zdusił w niej wszelką potencjalną sukowatość, która w bardziej sprzyjających warunkach rozkwitłaby niczym czerwcowe piwonie – pikowała na spotkanie śmierci w złapanym w ostatniej chwili samolocie tanich linii lotniczych do San Francisco, jej kość ogonowa wbijała się w kanciasty fotel klasy ekonomicznej (miejsce przy przejściu, 16D), a z magazynu pokładowego sadystycznie puszczała do niej oczko reklama (TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :), wyjątkowo bezduszna drwina.
Samolotem rzucało przez kilka minut, na tyle długo, by maski tlenowe spadły na kolana pasażerów. Eilidh była niewymownie zdziwiona, że nie trzeba było za nie dopłacić. Takie są konsekwencje wcześniejszych, nieplanowanych powrotów do domu i beztroskiego zaniedbania odpowiednich przygotowań. Samolot zdecydowanie spadał. Eilidh nigdy dotąd nie sądziła nawet, że to możliwe. Nie znała się, rzecz jasna, na mechanice, ale na tyle zaznajomiła się z rodzinnymi interesami, by wiedzieć, że nawet w t a k i e j kabinie zastosowano standardowe w branży przeliczenia technomantyczne, które jej ojciec opracowywał we Wrenfare przez ostatnie cztery dekady. Zakładając, że linie lotnicze nadążały za najnowszymi uaktualnieniami systemu, samolot powinien być na skraju zyskania świadomości. Czy nie powinien wylądować praktycznie samodzielnie?
Któraś z osób zajmujących się bezpieczeństwem lotu zjebała kosmicznie, co, Eilidh musiała z niesmakiem przyznać, było z jej strony mocno nieżyczliwą myślą. A tak dobrze jej szło. Niemal od dwóch dni przez głowę nie przemknęła jej sukowata myśl. (W jej głowie, nie tak jak u rodzeństwa, nie mieszkała Lou. Czy było to dla Eilidh dobre czy złe, zależy jedynie od tego, co się uważa za bardziej przytłaczające: bycie obrażaną przez ducha przeszłego dzieciństwa czy przez własne banalne myśli).
Jej imponujący rozwód z mizantropią był nowością, czymś dalece odległym od codzienności. Właśnie wróciła z odosobnienia w Vermont i była w pełni gotowa, by o nim kłamać. Zachwycona? Jak najbardziej. Wypoczęta? Oczywiście. Telefon? Nie, nawet nie zatęskniła. Nie, nie zdruzgotało jej to, że trzy dni ciszy nie były czymś, o co musiała walczyć ani się targować z partnerem, bo zwyczajnie nie miała partnera, współlokatora ani nawet kota (co było nieco nieuprzejme wobec Tego Jedynego Kota, tego, którego pragnęła adoptować, ale wciąż jeszcze nie stała się swoją wymarzoną wersją siebie). Była przeszczęśliwa, że to zrobiła! Akurat tu, przynajmniej częściowo, nie kłamała. Nie była z tego powodu n i e s z c z ę ś l i w a, nie licząc tego, że miała właśnie zginąć w drodze powrotnej do domu.
Samolot wyskoczył w górę, ku niebu, jak zabawka w rękach olbrzyma. Światła migotały niemal histerycznie – niemal b a r d z i e j histerycznie niż kobieta siedząca obok Eilidh. Oddychała do papierowej torby; kiedy wcześniej Eilidh próbowała ująć jej dłoń w geście solidarności, kobieta tylko mocniej się przeraziła, jakby kojący gest nieznajomej jedynie udowadniał, że jest naprawdę bardzo, bardzo źle.
Eilidh zacisnęła palce na podłokietniku, kontemplując perspektywę rychłej śmierci, która to wizja powracała do niej raczej regularnie, jakieś trzy razy w tygodniu (nie więcej). Znów pojawiła się jałowa myśl o jej ciele, jego bezużyteczności, ale zdecydowanie ją odgoniła, kompulsywnie sprawdzając zapisane na mentalnej notce do samej siebie słowa: TWOJE CIAŁO DZIAŁA LEPIEJ NIŻ WIĘKSZOŚĆ CIAŁ I POWINNAŚ BYĆ MU WDZIĘCZNA :), gdy kolejna porcja turbulencji zrzuciła całą jej uważność gdzieś do okrężnicy.
Może nie byłoby to aż tak złe? Co tak naprawdę trzymało ją na tym świecie, co takiego uzasadniało jej zainteresowanie życiem? Od wypadku minęło pięć lat. Pięć lat od operacji. I czego w tym czasie dokonała?
(Oto, czego n i e dokonała: nie zatańczyła Cukrowej Wieszczki, Julii ani Odetty, nie obudziła się, nie czując bólu pleców, choć kiedy ostatnio wspomniała o tym Meredith, ta upomniała ją sucho, żeby przestała narzekać, bo żadne z nich nie robi się młodsze, a grawitacja nie jest szczególnie zainteresowana rujnowaniem życia konkretnie Eilidh – sama Meredith jednak, gdy miała lat dziesięć, zwichnęła kostkę, przez co ominęła ją runda finałów krajowych mistrzostw juniorów w tenisie, i nigdy, przenigdy nie pozwoliła o tym nikomu zapomnieć – co oczywiście nie było tym samym, bo Meredith w końcu się z tenisem rozstała, a ona nigdy nie przestała kochać baletu. Ale posmak miało ten sam, a wszystko i tak działo się w jej własnej głowie, więc Eilidh nie musiała się przed nikim usprawiedliwiać).
Aktualnie Eilidh była dyrektorką do spraw marketingu we Wrenfare. No dobra, „dyrektorka” to trochę za duże słowo. (W jej ocenie, nie mojej. „Dyrektorka” jest zasadniczo poprawnym terminem, choć duchowo nieco kontrowersyjnym). Pracowała w marketingu Wrenfare, ponieważ nosiła nazwisko Wren, a jej ojciec, założyciel i prezes firmy, trzymał na biurku jej zdjęcie i ludzie automatycznie zakładali, że jest ważniejsza niż w rzeczywistości była. Codziennie proszono ją, by podpisywała coś, czym, jej zdaniem, w ogóle nie powinna się interesować, dość regularnie dostawała też prośby o dołączenie do czyjegoś zespołu, jakby jej obecność zapewniała projektowi przychylne spojrzenie szefa.
Co nie do końca było fałszywym założeniem. Ojciec l u b i ł mieć ją na oku i co wtorek jedli lunch w restauracji niedaleko biurowca Wrenfare. Podczas tychże spotkań, rodzinnych i nieformalnych, wystarczyło, by wspomniała czyjeś nazwisko, a ta osoba dostawała awans, albo nazwę projektu, by ten niedługo potem otrzymywał zielone światło; jej tytuł nie był więc kompletnie pozbawiony znaczenia. Mimo to pozostawała zwyczajną osobą pracującą w marketingu, bo była to jedyna rzecz, do której miała choćby strzęp kwalifikacji. (Organizowała bowiem doroczną galę akademii baletowej; to dodatkowe zajęcie wzięła na siebie w ramach zadośćuczynienia, ponieważ po wyjątkowo wyczerpującej próbie sztuki, w której tańczyła główną rolę – och, nie zamierzała się przechwalać, ale skoro tak bardzo chcecie wiedzieć, była to Aurora w Śpiącej królewnie – zaspała i opuściła egzamin).
Eilidh była dobra w tym, co robiła. Eilidh nie była, mówiąc ogólnie, idiotką. I – by uchylić rąbka Wielkiej Tajemnicy – Eilidh nie musiała, przynajmniej technicznie rzecz biorąc, umrzeć w tej katastrofie. Jeśli nie chciała.
I jakby na potwierdzenie tej myśli poczuła skradające się wzdłuż kręgosłupa drżenie, coś na kształt otwierającego się włazu bezpieczeństwa, wysuwającego się z jej wnętrza czerwonego przycisku. Za każdym razem to odczucie objawiało się inaczej, ale wyraźnie i zauważalnie. Często spoczywało gdzieś między jej żebrami, obecne, choć bezwolne, to specyficzne wrażenie, jednocześnie stłumione i niezaprzeczalne, było znajome niczym zgięcie palca kochanki. Podskórne i niepodważalne wrażenie rozpościerania skrzydeł. Rzadko się zdarzało, żeby była z nim jednomyślna, ale wiadomość była jasna. Wystarczyło, że mu się podda, a ocali wszystkich na pokładzie.
Zakładając, że zgodzi się zapłacić cenę.
Samolot spadał, to pewne. Brzydka pogoda, błąd planowania, usterka techniczna, może jakaś kretyńska kombinacja wszystkich trzech czynników. Nie wiedzieć czemu pilot nie wyciszył mikrofonu i wyraźnie słyszeli jego płacz, co nie wpływało pozytywnie na ogólną atmosferę. Kilka rzędów przed Eilidh pewna kobieta kurczowo tuliła płaczące dziecko i choć sama nie mogła powstrzymać się od szlochu, żarliwie je kołysała, desperacko próbując uczynić te ich ostatnie chwile dobrymi, przyjemnymi. Kto z małym dzieckiem wybierał podróż samolotem? Tylko ktoś, kto nie miał wyjścia. Eilidh poczuła ukłucie czegoś strasznego, czegoś jak wyrzuty sumienia, jakby to ona była winna całej tej sytuacji. Odwróciła wzrok i ujrzała odmawiającą różaniec starszą kobietę oraz niepróbującego nawet ukrywać łez mężczyznę, który gładził kciukiem wyświetlone na ekranie telefonu zdjęcie trójki dzieci.
Jeśli zostawić wszystko decyzji pasożyta, Eilidh mogłaby przeżyć katastrofę nawet wbrew własnej woli – wbrew prawom fizyki, wbrew wszelkim możliwym rachubom. Pasożyt – to coś, co bez jej zgody zamieszkało między jej żebrami – już kiedyś interweniował, wpływając na jej los, chyba że istniało jakieś inne wyjaśnienie, dlaczego przeżyła zatrucie tlenkiem węgla (lekarze twierdzili, że istnieje, ale nie było żadnego, które uwzględniałoby żaby).
Rzecz jasna, gdyby przyjęła pomoc pasożyta, konsekwencje mogłyby być poważniejsze, niż gdyby kwestię swojego przeżycia pozostawiła jego decyzji. Zawsze, kiedy się wtrącał, działy się paskudne rzeczy. Choć, jeśli wziąć pod uwagę szerszą perspektywę, co było gorsze? Jaką przyłożyć miarę do dziesiątkującej bydło plagi albo do czerwonych wód? Śmierć pierworodnych zdecydowanie liczyła się jako katastrofa, ale czy spadające z nieboskłonu gwiazdy przewyższały zrównanie gór z ziemią? Jeżeli Eilidh poprosiłaby o pomoc i to coś by się zgodziło, ale w zamian zmieniło całą pitną wodę w krew, to jak uznać to za sprawiedliwą ochronę życia? Rząd, rzecz jasna, nie będzie w tej kwestii zbyt pomocny.
A nawet jeśli apokalipsy byłyby porównywalne, to kiedy przestałyby być tylko strzałami ostrzegawczymi? Jak wiele katastrof pasożyt mógł sprowadzić, zanim świat n a p r a w d ę zacząłby się kończyć, a wraz z nim przestałaby istnieć i Eilidh? Ponieważ gdzieś musiała leżeć granica pozerstwa. W końcu ziemia sobie odpuści i tyle.
Ale to nawet nie były istotne pytania. Moralność Eilidh, jej intelektualizowanie życia to były myśli błahe, co najwyżej coś pobocznego. Prawdziwy problem brzmiał: co z innymi ludźmi na pokładzie samolotu? Co z tymi – jak można założyć – wolnymi od podobnych pasożytów przypadkowymi gapiami, których los miał jedno zakończenie, chyba że Eilidh łaskawie by zainterweniowała, ryzykując zaledwie ciągłość życia na Ziemi w zamian za układ z jakimś przedwiecznym bytem, którego istnienia nie była w stanie racjonalnie wyjaśnić…?
„Popierdolone to jest”, pomyślała Eilidh ze znużeniem, z całym tym złożonym w jej młodych, młodych, młodychmłodychmłodychmłodych dwudziestosześcioletnich kościach zmęczeniem. Ci wszyscy ludzie, których będzie brak innym ludziom. Może jakieś ewentualne okropności okażą się tego warte? Z dobroczynnego punktu widzenia, nawet jeśli tylko z niego. Może świat akurat dziś się nie skończy. Teoretycznie ceną mogłaby być jakaś mała, znośna plaga. Zwykła ruletka z nieoptymalnym (ale możliwym do odrzucenia) niezerowym prawdopodobieństwem całkowitej anihilacji! Kolejna niedogodność, musi po prostu, jak zawsze, zacisnąć zęby i przeżyć.
Tak czy siak, ojciec by za nią tęsknił, przypomniał jej wewnętrzny głosik. Wyobraziła go sobie: siedzi sam w restauracji, spogląda na drzwi, sprawdza telefon. Czeka jak zawsze, aż Eilidh wejdzie i siądzie z nim przy ich stoliku, tym samym i w tym samym miejscu od lat. Czy naprawdę byłaby w stanie tak go rozczarować? Nigdy dotąd nie zdołała.
Podczas gdy ona zatapiała się w tych rozważaniach, sytuacja wyraźnie się pogorszyła. Lotowi 2276 Tanich Linii Lotniczych mógł teraz pomóc jedynie cud albo coś, co przypomina cud, ale dokonuje się w najgorszy możliwy sposób – jakkolwiek można to nazwać. Ale, jakby nie patrzeć, wybór był prosty: masakra albo paskudztwo. Zbiorowy całopalny grób gdzieś w Górach Skalistych albo…
Prawdę mówiąc, bała się dowiedzieć. Ale to odczucie w jej ciele, to monstrualne stworzenie wewnątrz niej jednocześnie chroniło ją i więziło – zrobiłoby wszystko to, co chciała, ale tylko wtedy, gdyby pragnęła życia kosztem wszystkich innych żywych istot. Czuła to teraz: tę moc, która nie była niczym innym jak poddaniem się; czerwony guzik, który wystarczyło nacisnąć, by odczuć chwilową ulgę. Która jednak, dopóki nie przeminie, będzie jej ciążyć.
Stewardesy krzyczały, żeby wszyscy przygotowali się na wstrząs, kiedy Eilidh – z braku przekonujących alternatyw – się poddała. Poszła z wszechświatem na kompromis, pogodziła się z losem, odetchnęła głęboko i liczyła na coś łagodnego. Coś niezbyt… katastrofalnego. (Koszt będzie musiała ponieść tak czy siak, ale kompromis oznacza, że tak naprawdę żadna ze stron nie wygrywa).
Dostrzegała ironię w różnicy między codziennym wysiłkiem powstrzymywania tego czegoś, trzymania go na krótkiej smyczy a łatwością, z jaką w końcu odpuściła – co było trudne jedynie na płaszczyźnie metafizycznej. Co by się stało, gdyby odpuściła celowo? Potop? Plaga? Pożoga?
Koniec świata?
Nagle kabinę ogarnęła ciemność. Pasożyt przeciągnął się chciwie, radośnie grzechocząc kratami niebezpiecznej klatki. „Tylko, by przeżyć”, błagała desperacko. „Proszę, trzymaj się wyznaczonych ram”.
„Nieeee”, niemal usłyszała tę odpowiedź.
I wtedy – jakby po dżentelmeńskim uścisku rąk po przyjęciu oferty – Eilidh rozpostarła skrzydła.------------------------------------------------------------------------
¹ D-CA – democrat from California, określa zarówno partię polityka (D – demokraci, R – republikanie), jak i stan, który reprezentuje (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).
² NRA, National Rifle Association of America, Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki – organizacja non-profit działająca na rzecz propagowania prawa do posiadania broni, bezpieczeństwa użytkowania, prawa do polowania i samoobrony. To jedna z najbardziej wpływowych grup lobbystycznych w Stanach.
³ GQ, „Gentleman’s Quarterly”, czasopismo poświęcone głównie modzie męskiej.