-
nowość
Zegar. Początek końca. Tom I - ebook
Zegar. Początek końca. Tom I - ebook
„Zegar” to mroczna opowieść z pogranicza kryminału noir i literatury psychologicznej. Wszystko zaczyna się od śledztwa, które z pozoru wydaje się proste, lecz szybko ujawnia swoją niejednoznaczność. Każdy kolejny trop, zamiast porządkować fakty, odsłania kolejne warstwy kłamstw, przemilczeń i osobistych pęknięć bohaterów. Czas staje się tu przeciwnikiem i sędzią zarazem: lepki, gnijący, odmierzający kolejne etapy psychicznego rozpadu. Miasto nie jest tylko tłem wydarzeń, lecz żywym organizmem, który wciąga bohaterów w swój mechanizm i mieli ich powoli, bez litości. Granica między winą a przypadkiem zaciera się z każdą kolejną godziną, a odpowiedzi przynoszą więcej niepokoju niż ulgi. Czy Howard Laamesth'on i Dean Harlow będą w stanie wyjść z tego labiryntu kłamstw? To thriller psychologiczny dla czytelników, którzy cenią mroczny klimat, kryminał z charakterem i historie, które zostają w głowie na długo po ostatniej stronie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397945715 |
| Rozmiar pliku: | 9,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czasami pytania są ważniejsze niż odpowiedzi. Czasami to, co wydaje się prawdą, okazuje się jedynie iluzją. Precyzyjnie ułożoną układanką, której brakuje jednego kluczowego elementu.
Ta historia zaczyna się od jednej karty tarota, której nie powinno być. Od zegara, który wskazuje godzinę, ale nie czas. Od śmierci, która okazuje się bardziej początkiem niż końcem. To są pierwsze znaki. Subtelne pęknięcia w rzeczywistości, zwiastuny czegoś, co wciąż pozostaje nienazwane.
To nie jest opowieść o bohaterach. Jeśli szukasz prostych odpowiedzi, nie znajdziesz ich tutaj. Nie ma jasnych podziałów na dobro i zło. Na tych, których trzeba ocalić i tych, którym pozostało tylko potępienie. Są to wybory. Decyzje podejmowane w mroku, wśród cieni, które tylko wydłużają się z każdym krokiem w stronę prawdy. Ślady prowadzą donikąd. Albo w miejsca, w które lepiej nie zaglądać. Jednak ciekawość jest jak trucizna. Raz zasiana w umyśle zaczyna rozrastać się bez kontroli. Niech to będzie ostrzeżenie. Albo zaproszenie. Wybór należy do Ciebie.
Czas. Wszyscy myślą, że jest linią. Początkiem i końcem, ścieżką, którą można podążać, ale to kłamstwo. Czas nie biegnie. Czas trwa. Nieubłagany, nieruchomy, a jednak wciąż wymykający się z rąk. Możemy go mierzyć, próbować oswoić, zamknąć w mechanizmach zegarów i kalendarzy, ale on nie poddaje się żadnym regułom. Zatrzymany w jednej chwili bywa wiecznością. Rozciągnięty w nieskończoność potrafi zniknąć w mgnieniu oka.
Zegar. Pozornie posłuszny, odmierza godziny, porządkuje chaos, daje iluzję kontroli, ale to tylko złudzenie. Wskazówki krążą w kółko, uwięzione w wiecznej pętli, która nie zna końca. Możemy patrzeć na nie, śledzić każdą sekundę, a mimo to nigdy nie dowiemy się, kiedy wybije ta ostatnia. Bo zegar mierzy czas, ale nie zna przyszłości.
Śmierć. Nie patrzy na zegary. Nie liczy dni ani minut. Nie przychodzi za wcześnie ani za późno, ale tylko wtedy, gdy uzna, że to właściwy moment. Nie ostrzega, nie czeka, nie tłumaczy. Jest cicha, niewidzialna, obecna w cieniu każdej sekundy. Możemy odwracać wzrok, oszukiwać się, że jeszcze nie pora, że wskazówki wciąż mają kilka okrążeń do pokonania, ale ona nie potrzebuje wskazówek.Prolog
– Pierwsza. Mag. Cztery elementy, rzekoma władza, ale on nie ma kontroli. On tylko rozpaczliwie próbuje połatać to, co już pękło.
Palec sunie niżej, zostawiając na papierze niewidzialną smugę lęku.
– Druga. Kochankowie. Spleceni w uścisku, który przypomina duszenie. Cienie zamiast twarzy. Wybór, który od początku był tylko kłamstwem.
– Trzecia. Rydwan. Dwa konie szarpiące się w przeciwnych kierunkach. Nie ma zwycięstwa, detektywie. Jest tylko rozrywanie na strzępy w absolutnej pustce.
– Czwarta. Sprawiedliwość. Waga bez ciężaru. Równowaga trupa, który nie ma już nic do stracenia.
Przełykam ślinę, ale moje gardło to rura pełna pyłu. Morgana nie przestaje.
– Piąta. Pustelnik. Latarnia, która zamiast świecić, wsysa resztki światła. Ciemność, która nie daje wytchnienia.
Oddycham płytko. Każde jej słowo to kolejny kamień do worka, który mam uwiązany u szyi. Czuję, jak mój kręgosłup trzeszczy pod tym ciężarem.
– Szósta. Koło Fortuny. Obraca się w próżni. Karma utknęła na środku, w martwym punkcie, a los… los po prostu zamarzł.
Czuję, jak zaciskam dłoń w pięść, kiedy przechodzi do kolejnej.
– Siódma to Śmierć. Szkielet tańczy w kółko, ale koniec nie nadchodzi. Wieczna agonia.
– Ósma. Wisielec. Odwrócony, patrzący w dno piekła… Czas się zatrzymał, a on czeka na coś, co nigdy go nie wybawi.
– Dziewiąta. Cesarzowa. Ziemia jałowa, stłumiona, ale życie zgniło pod warstwą lodu. Płodność karmiąca się trupami.
– Dziesiąta. Gwiazda. Woda, która nie spływa, kisi się w korytach. Zatrzymana płonna nadzieja.
– Jedenasta. Wieża. Zniszczona, ale chaos niczego nie zmienia. Wieczny upadek, który nigdy nie kończy się uderzeniem o bruk.– Dwunasta to Głupiec – syczy, a jej głos brzmi jak piach sypany na marmur. – Krok w przepaść. Nieświadomość bydlęcia prowadzonego na rzeź.
Jej palec zatrzymuje się na samym środku tarczy. Tam, gdzie farba pękła, tworząc czarną wyrwę.
– To… nie ma ruchu – szepcze, a w jej oczach widzę odbicie końca świata. – Wszystko jest zawieszone. A my nie wiemy, co się stanie, gdy pęknięcie pójdzie dalej… Coś już się zaczęło. Albo właśnie dobiega końca.
Skwierczenie świecy w rogu brzmi jak kroki kogoś, kto idzie po nas, pustym korytarzem. Cienie na ścianach pełzną powoli, leniwie, jakby miały całą wieczność na to, by nas osaczyć. Duchota oblepia skórę jak mokra folia. To powietrze nie służy do oddychania. Służy do duszenia. Kadzidlany smród, słodkawy i mdlący, wżera się w nozdrza jak zapach rozkładającego się mięsa.
Czego ja, kurwa, oczekiwałem? Że wyjdę stąd z adresem mordercy? Symbole, których nikt nie rozumie, i wariatka mówiąca zagadkami, sama przerażona tym, co widzi. To nie jest śledztwo. To oglądanie własnej egzekucji w zwolnionym tempie.Złodziej snów
Poniedziałek
Zerwanie ze snu to nie proces, to brutalny uraz. Jakby ktoś wrzucił cię nago do przerębla. Nagły, lodowaty szok, który wyciska powietrze z płuc i zostawia cię zdrętwiałego, z walącym sercem. To nie jest powolny powrót do rzeczywistości. To gwałtowne szarpnięcie za kołnierz prosto w objęcia egzystencjalnego bagna.
Zegar puszcza sprężynę, a czas rozlewa się po pokoju jak brudna woda, wnikając w szczeliny zardzewiałych trybów mojego życia, osiadając na przekładniach i łożyskach. Nic tu nie działa, ale też nic się nie zatrzymuje. Płynie dalej, dziko, obco i kompletnie obojętnie.
Nie ma łagodnego przejścia, jest tylko surowa chwila, w której świat wdziera się ze swoimi ostrymi krawędziami, rozcinając przestrzeń między snem a jawą.
Myśli są jak porwane kartki, rozedrgane, tańczące na wietrze. Serce bije szybko, nie nadążając za tym, co nadchodzi. Wyrwane z sennej hibernacji, nieprzygotowane na tę konfrontację. Ciężar snu przygniata kończyny, nie pozwala im się poruszyć. Ciało waży tonę, przykute do łóżka stagnacją, która dusi skuteczniej niż brak tlenu.
Otwieram oczy. Pierwsza sekunda to zaćmienie. Mętne kształty, cienie tańczące na suficie jak wyblakłe widma w świetle księżyca. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, i szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi.
Po chwili widzę rozmyte plamy światła z zewnątrz. Pulsują w rytm mojego oddechu. Wzrok, przyzwyczajony do ciemności, nie potrafi uchwycić wyraźniejszych zarysów, nie znajdując ostrości, która pozwoliłaby zrozumieć, co dzieje się wokół. Migotliwe smugi przesuwają się leniwie po ścianach, obnażając nędzę mojego otoczenia, odbite od czegoś, czego nie widzę. Lampa, neon, jakie to ma znaczenie?
Pozwalam sobie na bezruch, licząc, że noc nie skończyła się jeszcze, że mogę zawrócić do snu, ale wiem, że to niemożliwe.
Sięgam po telefon. Zegar pokazuje 2:07. Dopiero teraz dociera do mnie, że ekran jest zbyt jasny, oślepia i razi, okrutnie wyrywając mnie z półsnu. Tnie ciemność jak odłamek szkła, wbijając się w zmęczony umysł. Ból rozrywa oczy. Mrugam, ale to nic nie pomaga. Obrazy pod powiekami wypaliły się jak martwe negatywy. Białe wstęgi, nieruchome. Zamykam oczy, ale one wciąż tam są. Dyszę, walcząc o każdy wdech w tym pokoju przesiąkniętym dymem i starymi błędami.
Przecieram twarz, próbując zrzucić to zmęczenie, ale ono jest jak kamień u szyi… Nie chce odejść, nie pozwala. Moje ciało już się poddało. To nie wybór, to jest fakt. Nie walczę, bo i tak bym przegrał. Za dużo palę, za dużo piję, nie tylko kawy. Za mało powodów, by w ogóle wstać z łóżka.
Każda noc to ten sam nędzny scenariusz. Sen płytki jak kałuża po letnim deszczu, praca, która wysysa duszę, i stres krążący wokół mnie jak smród z popielniczki. Pomoc? Może i gdzieś jest, ale nie mam siły, tym bardziej ochoty po nią sięgać. Niech się wszystko sypie, niech świat płonie, byleby tylko dali mi spokój.
Przekręcam się na bok, czując pod policzkiem chłodną, lepką od potu poduszkę. Przykleja się do mnie jak wyrzut sumienia, który wdycham z każdym oddechem. Zmienię ją? Jasne. Kiedyś. Czyli nigdy.
Ulewa wali w parapet z uporem sadysty uczącego się grać na pianinie. To nie jest kojący szum, to irytujący rytm, który przypomina, że odpoczynek to luksus, na który mnie nie stać. Zegar na ścianie nie odmierza czasu, on go wyżera. Każde tyknięcie to kęs wyrwany z mojego życia. Zostaje coraz mniej, a ja nawet nie próbuję uciekać. Gdzieś w dole przejeżdża samochód, jego opony świszczą, dźwięk rozpływa się, mieszając z ciszą w wąskich uliczkach.
Wciągam wilgotne, cierpkie powietrze. Mieszkanie cuchnie przeszłością, która wżarła się w meble tak głęboko, że nie wywietrzy jej żaden przeciąg. Na stole stoi butelka whisky, przyklejona do blatu warstwą wyschniętego alkoholu. Stała się częścią tego miejsca. Obok niej pusta szklanka. Czeka na napełnienie, które nie zaspokoi naszych pragnień. To jest stały element krajobrazu mojej wędrówki.
Trudno powiedzieć, która to noc. Może ta sama co wczoraj. Może żadna. Wlecze się jak zwierzę z rozerwanym gardłem, którego nikt nie miał odwagi dobić. Ta noc to mój prywatny Styks, a ja jestem swoim własnym, pijanym przewoźnikiem. Popycham tę dziurawą łódź z jednego brzegu na drugi, modląc się w duchu, żeby w końcu zaczęła nabierać wody i poszła na dno.
Nagle telefon wibruje jak dzwon w oddali, który nie przestaje wzywać, rozbijając resztki ciszy w drobny mak. Podnoszę go, mrużąc oczy przed blaskiem. Tym razem jestem gotowy.
Na ekranie wyświetla się Dean T. Harlow. Samo to nazwisko wywołuje u mnie odruch wymiotny zmieszany z rezygnacją. Uśmiecham się cynicznie. Mimo to odbieram.
– Wiesz, która godzina? – warczę.
– Czekaj… 2:40. Idealna pora, żeby zacząć kolejny beznadziejny dzień – rzuca Dean.
Siadam, spuszczając nogi na podłogę. Zimno tnie stopy aż do kości, skurcz wędruje w górę kręgosłupa, prosto do karku. Ściągam palce, próbując uzyskać choćby chwilową ulgę, ale to nic nie daje. Mam wrażenie, że to coś więcej. Podłoga chce mnie odrzucić, powiedzieć, że nie jestem tu mile widziany.
Sięgam po papierosa, palce drżą na paczce. Potrzebuję chwili, żeby zebrać te resztki myśli, które jeszcze nie zdechły. Nie wiem, co czuję ani co dokładnie się dzieje, ale mam nadzieję, że dym pomoże mi na chwilę zapomnieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Zapalniczka leży na stole. Chwytam. Pstryk. Nic. Pstryk. Nadal nic. Patrzę na nią z obrzydzeniem. Zawodzi w jedynym momencie, gdy jej potrzebuję. Kolejny ruch kciuka jest pozbawiony nadziei. Iskry sypią się na stół, przypominając dogasające gwiazdy w jakimś zapomnianym przez Boga sektorze galaktyki…
W końcu jest. Płomień. Chwiejny, nędzny, żółtawy… jedyne światło w tym grobowcu, który nazywam domem. Odbija się w moich oczach, wyciągając z mroku worki pod powiekami i zmarszczki, których jeszcze wczoraj tam nie było.
Zaciągam się, bardziej niż potrzebuję. Chciałbym, żeby ten jeden oddech mógł odwrócić wszystko, co mnie męczy. Ciepły dym wypełnia mnie szczelnie, wypierając resztki tlenu, który od rana smakuje porażką. Zatrzymuję go w sobie na moment, doświadczając tego, jak leniwie rozchodzi się po moim ciele.
– Masz szczęście, że nie spałem. A właściwie to pecha. – Moje słowa brzmią bardziej znużone niż zwykle. Wypowiadam je bez większego zaangażowania, bo i tak wiem, co zaraz usłyszę.
W tle brzęk szkła i ten bełkotliwy gwar ludzkich odpadów, świętujących kolejną noc, której udało im się nie zdechnąć.
– Słuchaj… – przebija się przez ten szum. Głos pełen desperacji, od której robi mi się niedobrze. – Wiem, że to nie jest twój problem, ale… możesz mnie odebrać?
Wypuszczam powoli dym przez nos; przypomina duszę opuszczającą moje ciało. Zawsze to samo. Niegdyś nawet mnie to bawiło. Teraz? Już tylko męczy.
Kiedyś myślałem, że jestem wolny. Że ten cały syf, te noce bez końca i dni bez znaczenia to mój wybór. Gówno prawda. Teraz czuję się jak Ikar, który nie tylko spalił skrzydła, ale przeżył upadek i teraz musi gnić w tym bagnie z połamanymi nogami, patrząc na słońce, które ma go głęboko w dupie.
– Co, za dużo wczoraj? – pytam, choć odpowiedź nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. W oddali słychać wycie syreny. Dźwięk, który nigdy nie zwiastuje niczego dobrego.
– Oszczędź mi kazań. Po prostu przyjedź. To nie tylko podwózka, mamy robotę.
Robota. Magiczne słowo, które zawsze oznacza, że ktoś inny będzie krwawił, a ja będę musiał to sprzątać. Wzrok wraca do butelki. Stoi tam jak oskarżyciel, który zna wszystkie moje słabe punkty. To moja syrena. Jej blask obiecuje ukojenie, a zapach wabi mnie do portu, który jest cmentarzem okrętów. Mam świadomość tego, że jej pieśń jest kłamstwem, mimo to i tak kieruję swoje żagle w jej stronę.
Wiem, co mnie czeka, choć nie mam najmniejszej ochoty na to, co się za chwilę wydarzy. Głowa pulsuje rytmem pogrzebowego bębna.
Świat nie czeka na moje gorzkie żale, on nawet nie zauważy, kiedy w końcu zniknę i to jest w tym wszystkim najbardziej cyniczne. Ta świadomość, że nawet moja autodestrukcja jest dla tego miasta kompletnie nieistotna.
– Przyjedziesz?
Wdech, wydech.
– Oczywiście. Harlow, wzór profesjonalizmu – mówię, i czuję, jak jad sam spływa mi po brodzie.
– O, proszę! Detektyw Laamesth’on w swoim typowym, moralizatorskim tonie.
Czekam, aż echo jego rechotu zdechnie w słuchawce. Zastanawiam się, ile litrów nienawiści do samego siebie musiał przechylić, zanim odważył się wybrać mój numer.
– Gdzie jesteś?
– W naszej ulubionej spelunie.
Point Ice. Świątynia beznadziei. To miejsce nigdy nie zasypia, bo boi się koszmarów. Nie zadaje pytań, nie ocenia. Wchodzisz tam jako człowiek, wychodzisz jako cień. Albo wcale nie wychodzisz.
Idę w stronę okna. Moje stopy mijają niedopałki. Małe, białe zwłoki moich wczorajszych decyzji. Podłoga skrzypi pod ciężarem moich błędów. Wycieraczka powoli wrasta w dechy, gnije w milczeniu, zbędna jak cała reszta tego śmietnika. Firanka zwisa w nieładzie, drży przy każdym moim oddechu. Jest stara, pożółkła i sztywna, przypomina pergamin wykonany z ludzkiej skóry. Powietrze w pokoju jest nasycone, naładowane dreszczem, który zwiastuje tylko kolejny upadek. Zasłona napina się jak struna w instrumencie tortur. Zaraz pęknie.
Osad na szybie to warstwa przeszłości, której żadna ilość deszczu już nie zmyje. Nie ma szans na oczyszczenie tego miejsca, bo i właściwie po co? To jest pamiątka po tych, którzy już odeszli, zostawiając swoje ślady w najbardziej nieoczywistych miejscach. W lewym dolnym rogu widać pajęczynę pęknięć. Zaczyna się od drobnej rysy jak blizna na umęczonym ciele. Mimo że nikt tego nie zauważy, ona tam jest. Czasem tylko na nie spojrzę, tak jak teraz, z chwilową ciekawością, zanim znowu skupię się na tym, co ważniejsze.
W odbiciu widzę wrak. Cienie pod oczami… są tak głębokie, że mogłyby służyć za groby. Zarost jest za długi, zaniedbany, nieistotny. To tylko kolejna warstwa maskująca to, co zostało ze środka.
Smugi deszczu na zewnątrz rozmywają miasto w dziwną bezkształtną masę. Budynki wystają z mgły jak połamane żebra gigantycznego trupa. Latarnie rzucają blask w próżnię. Świecą zjawom, bo żywych już tu nie ma. Miasto żuje nas wszystkich powoli, cierpliwie, aż w końcu wypluwa prosto w błoto, gdy tylko stracimy smak.
Za szkłem, gdzie wiatr tańczy wśród cieni, coś się porusza. Ruch jest nienaturalnie wolny, jakby czas tam, na zewnątrz, już dawno stanął w miejscu. Ktoś tam stoi. Wbijam wzrok w gęstą czerń, nie widzę nic, a jednak czuję to spojrzenie. Przebija się przez szybę jak igła, ociera się o moją skórę, zostawiając lodowaty ślad. Nie potrafię tego zignorować, choć bardzo bym chciał.
Odrywam wzrok. W końcu co mnie to obchodzi?
Kolejne widmo w mieście duchów.
Wracam do rozmowy.
– Kto by pomyślał – rzucam w próżnię, bo sarkazm to jedyne, co jeszcze trzyma mnie w pionie.
– Dyżurny zadzwonił. Patrol dostał zgłoszenie. Zgadnij, kto wygrał gówniany los na loterii?
– Cudowny poniedziałek…
Dean prycha. To cichy, rzężący dźwięk, w którym nie ma ani grama prawdziwego rozbawienia. Tylko wspólna akceptacja tego bagna.
– Jak zwykle. Howard, pośpiesz się.
Połączenie zostaje przerwane. Żadnych pożegnań, żadnych życzeń powodzenia. W tym świecie nikt nie marnuje śliny na uprzejmości, skoro i tak za chwilę możemy spotkać się w kostnicy.
Zaciągam się ostatni raz, czując, jak toksyczna chmura pali mi krtań, po czym duszę niedopałek w przepełnionej popielniczce. Moje palce drżą. Nie wiem, czy to z braku snu, czy to organizm błaga o kolejną dawkę trucizny, mimo że język mam już drętwy od nikotyny.
Wciągam koszulę. Guziki mijają się z dziurkami, tworząc na piersi asymetryczną krzywdę, której nawet nie mam siły naprawić. Bawełna jest sztywna od potu i starego dymu. Nosi na sobie mapę wczorajszych upokorzeń, a może i tych sprzed tygodnia. Żelazko? Nie pamiętam, jak wygląda. Marynarkę narzucam tak, jakby była całunem. Stary, zużyty tweed, który kiedyś mógł uchodzić za elegancki. Teraz to tylko nasiąknięta odorem alkoholu szmata, kolejna rzecz na długiej liście spraw do załatwienia, które mam głęboko gdzieś.
Pistolet leży na stole, przywalony stosem makulatury. Czarny metal lśni złośliwie. Powinien być w kaburze, ale nic w moim życiu nie jest tam, gdzie być powinno. Buty są uwalone błotem, matowe i smutne. Pastowanie ich w pogodę taką jak ta to tylko strata czasu.
Zaciskam palce na kluczach. Wychodzę.
Zamek klika z nieprzyjemnym, suchym trzaskiem. Winda nie działa. Oczywiście, że nie. Działała tylko raz. Rok temu. Pamiętam ten dzień. Wszedłem, nacisnąłem przycisk i zabrała mnie na dół. Teraz to tylko puste metalowe pudło.
Drzwi klatki schodowej walą o futrynę, a echo niesie się po piętrach jak wystrzał. Zatrzymuję się. W powietrzu wisi nieprzyjemny wyziew stęchlizny i szczyn. To miejsce to zwłoki budynku, a ja jestem robakiem, który wije się w jego trzewiach. Stopnie uginają się pod moimi butami, nasiąknięte wilgocią. Mają konsystencję mokrej gąbki. Nie myślę o tym. Po prostu stawiam kroki. Noga za nogą. Bezdusznie. Jak zawsze.
Wychodzę na zewnątrz. Chłód uderza mnie w twarz, mrożąc pot na karku. Biegnę przez ulice, brodząc w kałużach, które wyglądają jak plamy rozlanej ropy. Asfalt lśni w świetle latarni srebrzystym, chorym blaskiem. Włosy kleją się do czoła, a zimny pot łączy się z chłodem. Skóra paruje jak przy gorączce.
Na parkingu panuje grobowa cisza. Woda cieknie przez dziurawy dach, miarowo uderzając o betonowy pył. Moje kroki są ciche, gubią się w mroku, zanim zdążą wywołać jakiekolwiek echo. Mijam kilka zaparkowanych samochodów. W większości są to starsze modele, niektóre z widocznymi oznakami upływającego czasu.
Mój Ford stoi tam, gdzie zawsze. Wyblakły od słońca, z tłustymi plamami oleju na karoserii. Widać, że przez lata przeszedł niejedną naprawę, ale mimo to odpala za pierwszym razem. Obok niego, na wprost, stoi rudy van. Jego logo to już tylko nieczytelne wspomnienie, zatarte przez czas, który nie ma litości. Rdza wykwita na masce jak gangrena, żre go od środka, zgrzytając przy każdym podmuchu wiatru. Korozja ma swoje tempo, powolne, metodyczne, nieuniknione.
Ten van to ja. Unieruchomiony, wrośnięty w ziemię, z silnikiem, który dawno zapomniał, jak brzmi życie. Okaz erozji, cierpliwie czekający, aż czas dokończy to, co zaczął. Ona nie krzyczy, ona po prostu konsumuje, milimetr po milimetrze, aż nie zostanie z człowieka nic poza sypiącym się wspomnieniem tego, kim był kiedyś. Historia, której nie da się już zmienić, rysuje się na jego powierzchni. Czeka już tylko na to, by stać się częścią tego miejsca.
Otwieram drzwi. Wnętrze wita mnie chłodem grobowca. Skórzane siedzenie jest lodowate, nieprzyjazne, jakby brzydziło się mojego dotyku. W środku unosi się odór przepalonego oleju i starego dymu, który wsiąkł w tapicerkę tak głęboko, że stał się jej elementem. Moja własna mobilna kadzielnica. Świątynia na kółkach dla kogoś, kto już dawno przestał wierzyć w jakiekolwiek bóstwa.
Przekręcam kluczyk. Silnik rzęzi niskim, chrapliwym dźwiękiem, przenosząc drżenie z kierownicy prosto na moje dłonie. Radio budzi się do życia samo. Z głośników wylewa się stary rock. Wokalista ma głos przepity, zdarty do żywego mięsa, wymęczony tysiącami mil bezsensownych podróży. Brzmi jak krzyk wydzierający się z gardła pełnego żwiru, podszyty tą jedną, ledwo uchwytną nutą melancholii, która sprawia, że masz ochotę zjechać w przepaść.
Przez chwilę trwam w bezruchu. W kabinie robi się duszno, para osiada na szybach, odcinając mnie od świata. Deszcz bębni o dach parkingu, jakby chciał się przebić do środka i mnie utopić. Przesuwam dłonią po gębie. Myślę o kawie. Albo o czymś, co naprawdę uciszyłoby to dudnienie w czaszce.
Zamiast tego chwytam kierownicę tak mocno, że jej szorstka tekstura wrzyna mi się w palce. Wrzucam bieg. Silnik mruczy gniewnie, gotowy do kolejnej rundy w tym bagnie. Dociskam gaz. Koła mielą mokry beton, opony piszczą w desperackiej walce o przyczepność. Ford szarpie, odnajduje opór asfaltu i wyrywa do przodu. Dźwięk obracających się kół miesza się z wyciem silnika, a w powietrzu zostaje tylko smród spalonej gumy i spalin.
Ulice są puste, wybebeszone z życia. Wszystko, co jeszcze oddycha, zaryglowało się w domach, ale Los Angeles nie śpi…
Czuwa, patrząc w ciemność swoimi ślepymi, neonowymi oczami. Pusta przestrzeń drwi z nas wszystkich, a asfalt, który ledwo mieści własny ciężar, zdaje się istnieć tylko po to, by czekać na kolejną duszę. Światła rozlewają się na jezdni jak krew z rozbitego nosa. Czerwienie, żółcie, zielenie. Te kolory malują się na kałużach, tworząc zniekształcone, chore odbicia. To halucynacja wyjęta z koszmaru, ze wszystkiego, co zwykle bywa normalne.
Przy krawężniku stoi kobieta w długim czarnym płaszczu. Wygląda jak żałobnica, która zgubiła trumnę i teraz nie wie, kogo właściwie ma opłakiwać. Szarpie kołnierz, walcząc z wiatrem, który próbuje obedrzeć ją z ostatniej warstwy godności. Może czeka na kogoś, kto nie zdążył przed nocą, albo na kogoś, kto po prostu miał dość i nigdy nie zamierzał wrócić.
Mijam przystanek. Wzrok skupiam na bezdomnym, który skulił się pod jaskrawą reklamą wakacji na Malediwach. Wygląda jak wyrzucony na brzeg śmieć, którego ocean litości nigdy nie zechce przygarnąć. Jego oblicze, schowane w zniekształconym od brudu płaszczu, jest już tylko wspomnieniem człowieka. Na plakacie błękitne niebo i piasek tak czysty, że aż wulgarny. To nie jest reklama, to wyrok. Krople deszczu spływają po gładkim plastiku, zamazując ten tani raj, zmieniając go w gnijącą, turkusową ranę. Cholerna, bezczelna iluzja dla tych, którzy mają jeszcze dość naiwności, by wierzyć w jutro.
Czerwone światło. Zatrzymuję się, a silnik warczy cicho pod maską, jak pies przed atakiem. Wycieraczki tną szybę: lewo, prawo, lewo, prawo. Hipnotyczny rytm, który odlicza czas stojący w miejscu. Wodna zasłona zmienia świat w akwarelową plamę szarości, poprzecinaną nerwowymi blaskami neonów. Przez skrzyżowanie przemyka brudna taksówka, zostawiając po sobie smród spalin i mgły. Widać tylko zarys maski, ściśniętej między nocną zmianą a snem. Twarzy, równie zmęczonej jak ta, którą widziałem dziś rano w odbiciu.
Zielone światło. Wbijam bieg z satysfakcją. Moje auto rusza dalej, rozrywając tę mazistą plamę miasta, zostawiając skrzyżowanie za sobą.
Muzyka nagle cichnie, a w radiu pojawia się znajomy komunikat:
„Uwaga. W związku z trwającym stanem wyjątkowym publikujemy raport ratusza: w Los Angeles trwa trzecia doba zjawiska całkowitego zaniku światła dziennego. Anomalna ciemność utrzymuje się mimo wcześniejszych prognoz, które zakładały ustąpienie fenomenu po czterdziestu ośmiu godzinach…”.
Po trzech dniach te komunikaty to tylko szum. Godziny i minuty zlewają się w jedno, a ich gadanie stało się jedynie stałym elementem krajobrazu. Tak samo nudnym, jak ta cała pieprzona ciemność.
„Mieszkańcy są proszeni o zachowanie szczególnej ostrożności i unikanie przemieszczania się bez wyraźnej potrzeby. Transport publiczny oraz kluczowe usługi działają wyłącznie w trybie awaryjnym…”.
Beznamiętne, puste zdania. Martwe słowa wyrzucone na ulicę.
„Ciemność najprawdopodobniej utrzyma się jeszcze przez kolejne cztery doby. Prognozy ekspertów wskazują na wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia kolejnych, nieprzewidywalnych zjawisk atmosferycznych. Prosimy o zachowanie spokoju. Na drogach odnotowuje się stały wzrost liczby wypadków. Służby ostrzegają przed całkowitą utratą orientacji w terenie. Przypominamy: usługi medyczne i ratunkowe funkcjonują w trybie priorytetowym, jednak należy liczyć się ze znacznymi opóźnieniami. Pozostańcie w domach”.
Znowu to samo. Głupie pierdolenie o fenomenach, jakby użycie mądrego słowa miało cokolwiek wyjaśnić. Nie potrafią doprecyzować zwykłej prognozy pogody, a każą nam wierzyć w te ich cztery doby.
Wzruszam ramionami. Ciemność, wypadki, ostrzeżenia.
Wszystko to samo każdego dnia.
Każdego cholernego, czarnego dnia.
Skręcam w boczną uliczkę, hamując przy krawężniku. Silnik gaśnie. Napis nad wejściem nieprzerwanie walczy: czerwień, czerń, czerwień. Światło przerywa mrok w nierównych, spazmatycznych pulsach jak ostrzeżenie. Wyraźne, ale niewyraźne zarazem.
Zaraz ten blask zgaśnie na dobre, zostawiając po sobie tylko nieskończoną, tłustą czerń. Ten neon to fałszywa latarnia na gnojowisku nadziei. Nie wskazuje drogi do domu. On tylko oznacza punkt, w którym możesz utonąć w nieco bardziej luksusowej scenerii. Mruga do mnie porozumiewawczo jak pijana dziwka: wejdź, tu mrok smakuje tak samo, tylko rachunek będzie wyższy.
Przekraczam próg. Drzwi ustępują pod moim naciskiem, skrzypiąc głośno. Pierwszy oddech wchodzi do gardła, trudny do przełknięcia. Mętny, lepki, zostaje na długo. Duchota i gorycz, najpierw subtelne, po chwili wbijają się głębiej, wypełniają płuca jak czarna smoła, która nie zostawia miejsca na powietrze.
Panele pod nogami są porysowane i uwalone brudem, jakby regularnie przeciągano po nich zwłoki klientów, którzy zapomnieli zapłacić. Wszystko tu jest zużyte, wyplute przez czas, zniszczone latami absolutnej, bezlitosnej obojętności. Tanie lampy wiszące nad głowami rzucają blade światło, które ledwo rozjaśnia wnętrze, sprawiając, że wszystko zdaje się rozmyte. Stoliki matowe, pozbawione połysku.
Pod cienką warstwą kurzu można dostrzec ledwo czytelne, wypłowiałe napisy na ścianach. Nikt nawet nie zwraca uwagi na to, że ktoś wchodzi. Nie ma tu tłumu. Są tylko resztki.
W kącie siedzi dwóch robotników, których życie zmieliło i wypluło gdzieś po drodze. Ciemne dłonie, zniszczone przez pracę, przesuwają karty, kładąc je na stół jednym, płynnym ruchem jak skazańcy odliczający dni do kolejnej apelacji.
Ktoś śpi przy stoliku obok. Głowa wbita w brudny blat, ciało sztywne jak pośmiertne stężenie. Oddech cichy, ledwo słyszalny, pełny zmęczenia, w którym nie ma nadziei. Skórzana kurtka zwinęła się kłębkiem pod głową. Nikt nie patrzy, nikt się nie przejmuje. Jeśli jutro rano wyniosą go nogami do przodu, jedyną reakcją będzie narzekanie, że blokuje przejście.
Barman to wysoki, spocony kawał mięsa z twarzą pociętą licznymi zmarszczkami. Wyciera szklankę z furią godną Syzyfa w brudnym fartuchu. Ta szklanka nigdy nie będzie czysta, tak jak to miasto nigdy nie zmyje z siebie grzechu, ale on musi ją trzeć. Robi to, by nie zwariować od świadomości, że jego głaz codziennie stacza się prosto do zlewu pełnego pomyj.
Jest i on. Dean. Siedzi przy barze nieruchomo, wrośnięty w blat jak rak w zdrową tkankę. Jego cień pełznie po ścianie, tłusty i czarny, niemożliwy do zgubienia. Spojrzenie utkwiło w jednym punkcie, ale nie ma w nim nic, co mogłoby świadczyć o zaangażowaniu. Podnosi głowę, gdy podchodzę.
– Kurwa, czekanie na ciebie to jak powolne odliczanie do śmierci.
– Ciebie też miło widzieć. Ciesz się, że w ogóle jestem.
Siadam obok, palce stukają o blat; cicho, bez pośpiechu.
– Podwójna, z lodem – rzucam do barmana.
Mężczyzna kiwa głową, wystarczająco, by wszystko było jasne, potem odkłada swój głaz gdzieś pod ladę. Kostki lodu strzelają w szklance jak drobne fajerwerki. Wypijam zawartość naraz. Bez namysłu, bez zastanowienia. Znika szybciej, niż zdążę mrugnąć.
– No dobra. To gdzie odbiór nagrody?
– Hotel Crumenatic Rebuss. Technicy już są na miejscu. Mercer dojedzie do nas.
Diana Mercer. Patolog. Królowa kostnicy, zawsze tam, gdzie krew jest jedynym dowodem istnienia. Tam, gdzie nadzieja wykrwawiła się dawno temu, a jedyne, co zostaje, to lodowate milczenie stalowego stołu. Nie mam złudzeń, to miejsce to kolejna stacja drogi krzyżowej, na której nikt nie zmartwychwstanie.
– To ten na przedmieściach?
– Tak. Ten, który od dawna powinien być zrównany z ziemią.
– Ofiara?
– Nie wiem. Albo nie pytałem.
Nic nowego. Ten sam, stary, śmierdzący cyrk.
– Gotowy? – pytam.
– Daj mi chwilę – prosi, a w jego głosie pobrzmiewa cień czegoś, co kiedyś było zmęczeniem, a teraz jest już tylko rezygnacją.
– Miałeś ich wystarczająco dużo.
– Masz jeszcze sumienie, człowieku? – pyta, a ten żart brzmi jak suchy kaszel gruźlika.
– Miałem – odpowiadam cicho.
Dean uśmiecha się, ale to nie jest uśmiech. To tylko zewnętrzna reakcja, coś wyćwiczonego. Krzywy grymas, który nie mówi nic. Wolno dopija resztki, jakby ten ostatni łyk miał dla niego jakieś znaczenie. Wkładam papierosa do ust, zaciągając się na sucho; to tylko odruch.
Drzwi za nami zamykają się z cichym, tłumionym dźwiękiem.
Przedstawienie czas zacząć.