Żelazne ultimatum - ebook
Śmierć męża staje się dla Natalii początkiem niebezpiecznej gry, w której stawką są milionowe długi i życie bliskich. Kilka dni po pogrzebie wychodzi za bezwzględnego biznesmena, by wspólnie z nim oszukać starą, schorowaną kobietę i przejąć jej fortunę. Natalia za plecami męża prowadzi niebezpieczną grę z gangsterem, który nie cofnie się przed niczym. Każdy jej wybór wygląda jak zdrada. A jednak Natalia nie jest złą kobietą. Ona tylko desperacko próbuje ocalić bliskich.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-344-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Natalia siedziała nieruchomo przy kuchennym stole, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko w przestrzeń. W dłoni trzymała filiżankę z mocną, gorzką kawą, która smakowała dokładnie tak, jak ostatnie dni. Czarny napój lekko drżał przy każdym jej ruchu.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk przychodzącej wiadomości. Kolejne zdawkowe kondolencje brzmiały pusto i bezosobowo.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze wiszącym w przedpokoju, naprzeciwko kuchni. Czy to naprawdę była ona? Kim była ta zmęczona, przytłoczona życiem kobieta? Jej policzki zapadły się lekko, niczym piłka, z której powoli uchodzi powietrze. Czerń sukienki podkreślała jej wychudzoną sylwetkę i cienie pod oczami.
Skupiła się na swoim odbiciu, czując, że życie nagle wymknęło jej się z rąk. Gdzie podziała się tamta radosna dziewczyna, pełna energii i optymizmu? Ta, która uważała, że „_jakoś to będzie_” to całkiem sensowna taktyka życiowa.
Pogrzeb zakończył się kilka godzin temu. Andrzej spoczywał już w ziemi. Jego nieobecność powodowała, że w mieszkaniu zapanowała przytłaczająca cisza. Zawał. Tak po prostu. Żył. Był zdrowy. I umarł. Bez ostrzeżenia.
Czuła wstyd, że śmierć Andrzeja wywołuje u niej ulgę. Ulgę, że nie będzie już kolejnych kłamstw, zapachu alkoholu i napięcia wiszącego w powietrzu. Żyli w skromnym mieszkaniu, które odziedziczyli po jej matce. Nigdy nie dorobili się niczego więcej poza niewielką kawalerką dla ich córki Zosi. Tylko na taką było ich stać. A właściwie — ją było stać. Pracowała na dwa etaty. Odkładała każdy grosz. Wracała wieczorami tak zmęczona, że zasypiała w ubraniu. Nie miała siły słuchać opowieści Andrzeja o rzekomo nadchodzącym „wielkim przełomie” i poprawie ich sytuacji finansowej.
Andrzej nie był wzorem troskliwego męża i ojca dbającego o rodzinę. Małżeństwo, które miało dawać szczęście, przez lata było udręką. Wzajemny szacunek już dawno zniknął, rozmyty między rozczarowaniem a udręczeniem. Andrzej był chłodny, obojętny i często lubił ją upokarzać. Miał rzadki talent do umniejszania jej sukcesów i przejaskrawiania własnych planów, które nigdy nie wychodziły poza ramy „genialnego pomysłu”. Był lekkoduchem, który marzył o wielkiej fortunie, ale jedyne, co robił w tym kierunku, to trwonił pieniądze na alkohol i wątpliwe rozrywki. Dobitnie przekonała się o tym pod koniec jego życia. Zwyczajnym przypadkiem dowiedziała się, że prowadził drugie życie uzależnionego hazardzisty.
Pamiętała tamten wieczór aż za dobrze: jego spuszczony wzrok, woń alkoholu, nieporadne tłumaczenia i własne uczucie, jakby ziemia usuwała jej się spod nóg. Pamiętała też to przykre przeświadczenie, że dwadzieścia lat wspólnego życia okazało się ponurym żartem.
— Przecież oddam… — mamrotał wtedy, nie patrząc jej w oczy.
— Z czego? Z powietrza? — Pamiętała, jak jej głos drżał ze złości.
Myśli Natalii powędrowały ku Zosi. Jej córka zawsze była dla niej powodem dumy i jednocześnie nieustannego niepokoju. Takiego, który zmusza do nerwowego sprawdzania telefonu, żeby upewnić się, czy na pewno wszystko jest w porządku.
Nie chciała dla niej takiego życia, jakie miała ona. Marzyła, że Zosia pójdzie na studia. Będzie niezależna. Nie będzie musiała liczyć na żadnego mężczyznę.
Życie jednak miało własne plany i najwyraźniej mocno zaburzone poczucie humoru. Historia zatoczyła koło. Zosia zaliczyła wpadkę w wieku dwudziestu lat — dokładnie tak jak ona sama. Tak samo jak ona, wyszła za mąż zbyt szybko, zbyt młodo, pod presją dziecka, które niebawem miało się pojawić na świecie. Akademik i studenckie imprezy zastąpiły pieluchy, kolki, zaoczne studia i wykłady online przerywane karmieniem.
Nie wszystko jednak poszło źle. Zosia miała cudowną córeczkę i swoje miejsce na ziemi. Mieszkanie okupione ciężką harówką Natalii.
Była jeszcze jedna rzecz, która różniła małżeństwa matki i córki. Mąż. Igor był naprawdę cudownym człowiekiem. Kochał Zosię i Laurę bezgranicznie. Dla Natalii był jak własny syn. Spokojny, ciepły, z tym charakterystycznym błyskiem w oku, gdy mówił o planach na przyszłość. Igor zapowiadał się na świetnego programistę. Kariera stała przed nim otworem, dopóki jeden telefon ze szpitala nie sprawił, że cały świat zawalił im się na głowę. Zwykły dzień. Zwykła droga. Jeden pijany kierowca. I nagle słowa „wszystko będzie dobrze” stały się okrutnym żartem.
Ich rzeczywistością stały się ciągłe wizyty w kolejnych szpitalach, miesiące leczenia i rehabilitacji tylko po to, aby Igor mógł utrzymać się samodzielnie na wózku inwalidzkim. Podczas gdy lekarze mówili o postępie i nadziei, Natalia widziała tylko rozpacz w oczach Zosi i bezradność Igora, który uśmiechał się do wszystkich, ale kiedy nikt nie patrzył, zaciskał zęby z bezsilności.
— Spokojnie — żartował, klepiąc dłonią o podłokietnik wózka — teraz mam ekologiczny napęd ręczny.
Śmiali się wtedy sztucznie przez moment, odrobinę zbyt głośno.
Ten dramat powodował, że Natalia widziała, jak jej córka dojrzewa w przyspieszonym tempie. Jak z dziewczyny staje się kobietą, która dźwiga więcej, niż powinna. I właśnie ta świadomość bolała ją najbardziej, że choć całe życie próbowała ochronić ją, to los i tak napisał własny scenariusz.
Natalia marzyła, by im pomóc, choćby dołożyć cegiełkę do rehabilitacji Igora i większego mieszkania, aby Igor nie odbijał się wózkiem inwalidzkim od ścian, uważając, by nie potrącić własnej córki w tej ciasnocie, aby mógł spokojnie wydostać się z mieszkania na wózku, co w bloku bez windy było bardzo trudne.
Chciała choć raz poczuć, że może coś naprawić. Jednak marzenia były znacznie tańsze niż rzeczywistość. Jej konto bankowe brutalnie przypominało, że nie ma z czego pomagać. Stać ją było tylko na wielką i bezwarunkową miłość, zupełnie nieprzydatną przy płaceniu rachunków.Rozdział 2
Natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi przerwał martwą ciszę. Natalia drgnęła, jakby ktoś wyrwał ją z półsnu.
Dzwonek zabrzmiał ponownie, jeszcze bardziej natarczywie. Najwyraźniej ktoś po drugiej stronie drzwi nie przyjmował odmowy.
Odstawiła filiżankę z resztką kawy i powoli podeszła do drzwi. Przez wizjer zobaczyła nieznajomego mężczyznę. Był wysoki, elegancko ubrany, z nienaganną fryzurą i spokojnym, pewnym siebie spojrzeniem. Jego bystre, ciemne, niemal czarne oczy uważnie wpatrywały się w drzwi. Na jego ustach błąkał się lekki, niemal przyjazny uśmiech. Miał około czterdziestu lat, może niewiele więcej. Był przystojny w nieoczywisty sposób. Nie wyglądał jak model reklamy męskich slipek, ale miał w sobie coś, co przyciągało uwagę.
Otworzyła drzwi ostrożnie, zagradzając mu drogę do środka. Jedną ręką oparła się o framugę, aby w razie czego mogła je natychmiast zatrzasnąć.
— Pani Natalia Swędrowska? — Zapytał uprzejmie.
Jego głos był wyważony i opanowany.
Skinęła głową, nie spuszczając z niego wzroku.
— Nazywam się Leon Warteński — przedstawił się, wyciągając dłoń, której Natalia jednak nie uścisnęła — przykro mi z powodu pani męża.
Te słowa zabrzmiały sucho i bez emocji. Nie miały nic wspólnego z prawdziwym współczuciem.
— W czym mogę pomóc? — Zapytała chłodnym tonem.
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. Jego wzrok przesunął się powoli po jej twarzy, zaczerwienionych oczach i czarnej sukience.
— Obawiam się, że to ja przyszedłem pomóc pani — powiedział głosem tak uprzejmym, że aż poczuła się niezręcznie.
Zmarszczyła czoło w grymasie szczerego zdziwienia.
— A konkretnie w czym, jeśli mogę spytać? — Rzuciła kpiąco.
— O tym właśnie musimy porozmawiać — powiedział, spoglądając do środka mieszkania — może mnie pani wpuści i wszystko wyjaśnię?
Po chwili wahania, niechętnie przesunęła się na bok, wpuszczając go do środka.
Zdjął powoli płaszcz z nienaganną elegancją i usiadł przy stole w kuchni, jakby był u siebie.
— Napije się pan kawy? — Zapytała odruchowo.
— Jeśli to nie problem.
„_Oczywiście, że problem_” — przemknęło jej przez głowę.
— Sprawa dotyczy pani męża i pewnych… zobowiązań — zaczął.
— Zobowiązań? — Powtórzyła z niepokojem.
— Pani mąż, Andrzej Swędrowski, pożyczył ode mnie znaczną sumę pieniędzy.
Poczuła, że świat wokół niej nagle zwalnia. Słowa docierały do niej, ale były jakieś rozmazane, niewyraźne.
— Jeśli chodzi o długi, proszę rozmawiać z komornikiem — rzuciła ostro.
Uśmiech mężczyzny nie zniknął, ale stał się mniej wyraźny.
— To nie jest sprawa dla komornika, pani Natalio. Jeszcze nie — zrobił krótką pauzę — dlatego sugeruję, żebyśmy porozmawiali poważnie.
— Rozmawiajmy więc poważnie — odparła ostro — przychodzi pan tu nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Opowiada pan o jakichś długach, ale jednocześnie twierdzi pan, że „to nie jest sprawa dla komornika”. Coś mi się wydaje, drogi panie, że to na kilometr pachnie oszustwem. Nie wstyd panu oszukiwać wdowę?
Mężczyzna obrzucił ją kpiącym spojrzeniem. Spokojnym ruchem położył na stole teczkę z dokumentami, po czym jednym palcem przesunął ją w stronę Natalii.
— Pani mąż, pod zastaw długu, zaproponował dwa mieszkania. To, w którym teraz jesteśmy oraz mieszkanie na Łąkowej — oznajmił spokojnie między jednym a drugim łykiem kawy — przed sobą ma pani stosowne dokumenty, które to potwierdzają. Dług musi zostać spłacony. W przeciwnym razie będę zmuszony przejąć obie nieruchomości, a resztę długu będę egzekwował już na drodze prawnej.
Natalia znieruchomiała. Serce tłukło jej się w piersi tak mocno, że aż dudniło jej w uszach.
Pogrzeb, poczucie ulgi i wyrzuty sumienia — to wszystko nagle zeszło na dalszy plan. Teraz tamte uczucia zastąpiło tylko jedno: strach, że utraci jedyne miejsce, w którym mogła poczuć się w miarę bezpiecznie. Jeszcze gorsze było widmo utraty mieszkania, które kupiła dla córki.
— Resztę długu? — Jej szept był ledwo słyszalny.
— Wartość obu mieszkań niestety nie pokrywa całości wierzytelności — oznajmił sucho.
— Ile wynosi ten „znaczny” dług? — Zapytała drżącym głosem. Bała się odpowiedzi, ale jeszcze bardziej bała się niewiedzy.
Mężczyzna wskazał wzrokiem na skórzaną, elegancką teczkę leżącą między nimi.
— Z odsetkami dwa miliony — odparł.
— Dwa miliony czego? — Zapytała.
— Euro.
Zakręciło jej się w głowie, a przed oczami zatańczyły ciemne plamy. Nawet nie potrafiła wyobrazić sobie takich pieniędzy. Nagle ogarnął ją histeryczny śmiech.
Warteński patrzył na nią zdezorientowany.
— Rozumiem, że to trudna sytuacja, ale…
— Nie. Nic pan nie rozumie — zaczęła cicho — Andrzej zostawił po sobie tylko problemy. Nic więcej. Nic pan nie dostanie, bo ja nie mam z czego spłacić tego długu.
Warteński wstał od stołu. Był spokojny, wręcz obojętny.
— Przykro mi, ale to nie jest mój problem — odpowiedział sucho — dług istnieje i musi zostać spłacony.
— Nie dostanie pan też żadnego z mieszkań — dodała, spoglądając mu twardo w oczy — to jedyne miejsce, jakie mamy. Ja i moja rodzina. Nie pójdziemy na ulicę, bo mój mąż idiota zaciągnął jakiś dług, który istnieje… albo i nie.
— Możecie coś wynająć…
Natalia wybuchła śmiechem. Wstała gwałtownie i odważnie podeszła do niego bliżej.
— Oszalał pan?! Mieszkania to jedyne stabilne rzeczy, jakie mamy. I zapewniam pana, że nigdzie się z nich nie ruszymy!
Mężczyzna przez chwilę milczał. Widać było, że się waha. Po chwili jednak jego twarz stężała.
— To nie jest mój problem, droga pani. Proszę potraktować to jako ostrzeżenie — powiedział chłodno — macie czas do końca tygodnia. Jeśli się nie wyprowadzicie z obu mieszkań, będę zmuszony was usunąć.
Ta groźba rozwścieczyła ją. W jej oczach pojawiły się łzy.
— Nie zrobi pan tego! — Krzyknęła — nie ma pan prawa! Zgłoszę to na policję! Wszystko! Pańskie metody to jakaś gangsterka!
Mężczyzna obrzucił ją lodowatym spojrzeniem.
— Proszę bardzo — rzucił spokojnie — ale proszę pamiętać, że to ja mam dokumenty, zgodnie z którymi oba mieszkania są już praktycznie moje.
Odwrócił się spokojnie, wziął płaszcz i wyszedł bez pośpiechu. Drzwi zamknęły się cicho. Stała jeszcze chwilę bez ruchu, po czym powoli osunęła się na krzesło, z trudem łapiąc oddech.Rozdział 3
Koniec tygodnia zbliżał się bezlitośnie. Czas, który Warteński wyznaczył na wyprowadzkę, właśnie się kończył. Natalia nie zamierzała się wyprowadzać ani mówić niczego dzieciom i burzyć ich spokoju. Nie zamierzała pozwalać, aby Zosia przestała spać spokojnie tylko dlatego, że jakiś człowiek w drogim płaszczu postanowił pozbawić ich dachu nad głową. Nie zamierzała niczego ułatwiać temu podejrzanemu typowi.
„_Nie może nas tak sobie wyrzucić!_ M_usi mieć wyrok sądu. A to przecież trwa. Na pewno będę miała kilka miesięcy na znalezienie wyjścia z sytuacji_” — powtarzała w myślach.
„_A jeśli przyśle tu jakichś oprychów? Albo, co gorsza, naśle ich na Zosię i Igora_?” — Wyobraźnia podsunęła jej sceny rodem z serialu kryminalnego: czarne samochody, twarze zakryte kominiarkami, ciężkie buty na klatce schodowej, wyłamane drzwi.
Nagle rozległo się zdecydowane pukanie do drzwi.
Otworzyła ostrożnie.
Leon Warteński stał w progu. W ciemnym płaszczu i posępną miną wyglądał jak bezwzględny windykator. Do pełnego dramatu brakowało tylko niepokojącej muzyki w tle.
— Przyszedłem po klucze — oznajmił bez ogródek.
— Nie dostanie pan żadnych kluczy — odparła twardo — najpierw chcę zobaczyć wyrok sądu!
— Wyrok mogę pani załatwić raz, dwa, ale zanim sąd coś zdecyduje, sprawę rozwiążę sam znacznie wcześniej.
Mówił spokojnie, ale pod tym spokojem dało się wyczuć napięcie. Brzmiał, jakby powtarzał wyuczony na pamięć tekst, w który sam nie do końca wierzył.
Natalia chciała być nieugięta, ale jego słowa ją przeraziły. Nagle wszystko, co do tej pory tłumiła w sobie, wybuchło. Zrezygnowana usiadła na komodzie w przedpokoju i rozpłakała się jak dziecko. Łzy płynęły same, jak z popsutego kranu.
Warteński stał nad nią z bezradnym wyrazem twarzy. Najwyraźniej nie tak wyobrażał sobie tę wizytę. Pewnie wolałby, żeby krzyczała i rzucała talerzami. Z tym łatwiej sobie poradzić niż z płaczem wdowy bez grosza przy duszy.
Natalia zamierzała go błagać. Upaść na kolana i błagać. Ale nie mogła się ruszyć. Zraniona duma była silniejsza niż strach. Spojrzała na niego przez załzawione oczy i ze zdziwieniem zauważyła, że w jego twarzy coś się zmieniło. Wyglądał na zdenerwowanego. Zaciskał szczękę tak mocno, że aż drgały mu mięśnie twarzy.
— Bardzo mi przykro — bąknął niezrozumiale — ale ja też nie mam wyjścia. Tak jak pani mam nóż na gardle. Dosłownie.
— Nic pan nie zyska…
— Owszem, zyskam. Dwa mieszkania. To i tak nie pokryje całego długu, ale…
— Nie wierzę, że byłby pan w stanie wyrzucić na bruk bezbronne osoby. Widzę w pana oczach, że nie jest pan taki bezwzględny.
Spojrzała na niego. Przez jeden krótki moment miała wrażenie, że na jego twarzy pojawiła się bezradność.
— Oboje nie mamy wyjścia. Ja też mam nóż na gardle. Jeśli popłynę, to nie tylko finansowo — mruknął niewyraźnie — i proszę mi wierzyć, ci, którzy przyjdą po mnie, już nie będą tacy mili.
— Nawet jeśli naśle pan na mnie całe stado oprychów…
— Nie ja ich na panią naślę. Pani mąż zadarł z kimś znacznie gorszym niż ja.
W jego głosie zabrzmiało coś w rodzaju ostrzeżenia.
— Już mówiłam, nie wyprowadzę się bez wyroku sądu! I żadne groźby na mnie nie działają! — Oznajmiła zdecydowanie.
Patrzył na nią w milczeniu przez kilka chwil. Potem usiadł na brzegu komody tuż przy niej. Oparł łokcie na kolanach. Spuścił głowę i dalej milczał.
— Zawrzyjmy układ — powiedział zdecydowanym głosem, po dłuższej chwili.
Zerknęła na niego zaskoczona.
— Jaki znowu układ? Co? Mam ci oddać nerkę?
Kącik jego ust lekko drgnął.
— Wyjdź za mnie za mąż — wyrzucił z siebie jednym tchem, nie patrząc na nią.
Posłała mu kpiące spojrzenie.
— Tydzień po pogrzebie męża mam wyjść za mąż za jakiegoś bandytę, który chce odebrać wszystko mnie i moim dzieciom? Myślałam, że jesteś niebezpiecznym gangsterem i oszustem, ale ty najwyraźniej jesteś po prostu kretynem!
— Na niby. Zagrasz rolę jak w filmie — westchnął.
— Chyba ci odbiło! — Warknęła ze złością.
— Przez jakiś czas odegrasz rolę mojej żony. Potem się rozstaniemy. Nawet nie będziemy musieli razem mieszkać. No, może sporadycznie…
— Pomijając idiotyzm tego planu, jak to ma mi pomóc w zachowaniu obu mieszkań? — Spytała podenerwowana jego absurdalną propozycją.
— Moja obrzydliwie bogata ciotka przylatuje z Brazylii. Jeśli pomożesz mi wyciągnąć od niej kasę, daruję ci cały dług.
— Chyba ci odbiło! Mam jedną zasadę: nie okradam staruszek!
— Nie chodzi o okradanie. Ona i tak prędzej czy później wszystko mi przepisze. I chodzi właśnie o to, aby stało się to prędzej, a nie później.
— To czemu sam jej nie przekonasz? Do czego ja ci jestem potrzebna?
— Ona ma pewne niewzruszalne zasady…
— O, to inaczej niż ty — mruknęła uszczypliwie — a co to za „niewzruszalne zasady”?
— Rozalia zawsze miała wobec mnie pewne wymagania, które nie do końca chciałem spełnić. Dlatego musiałem trochę nagiąć fakty.
— O, to ciekawe. Mów dalej, słucham z zainteresowaniem — kpiła.
— Ta stara wariatka jest przekonana, że jestem przykładnym mężem, gorliwym katolikiem i wzorowym obywatelem. I tylko pod tym warunkiem jest gotowa przekazać mi swój majątek.
— No proszę, chyba naprawdę jest „starą wariatką”, skoro w to uwierzyła. Jakim cudem wcisnąłeś jej takie herezje?
Leon skrzywił się lekko.
— No, cóż… nie było to takie trudne. Ona nie była tu od blisko trzydziestu lat. Lata temu, zaproponowała, że przekaże mi zarządzanie jednym z oddziałów swojej firmy, ale postawiła dwa warunki. Pierwszy: miałem się sprawdzić w roli menedżera. Drugi: miałem się ożenić. Dała mi na to dwa lata próby. Po tym czasie miała zdecydować, czy nadal zostawi mi zarządzanie firmą.
— I co, spełniłeś warunki?
— Pierwszy: bez problemu. Jestem świetny w tym, co robię.
— Taaa, tak świetny, że aż latasz po mieście i wyrzucasz ludzi z mieszkań — prychnęła — a co z drugim warunkiem?
— No… tu już jest trochę gorzej. Dwa lata szybko minęły, a ja nie znalazłem nikogo, z kim bym chciał się w to pakować. Nie miałem zamiaru rezygnować z wolności. Urządziłem więc mały teatrzyk. Wynająłem aktorkę i co jakiś czas wysyłałem jej kilka uroczych zdjęć z mojego „ustabilizowanego życia rodzinnego”. Kiedy zaczęła naciskać i dopytywać o dzieci, dosłałem jej kilka zdjęć uroczego bobasa. To akurat była córka mojego znajomego. Ona i tak nie zamierzała tu wracać, więc wszystko działało… aż do teraz.
— To co się zmieniło?
— Nagle wymyśliła sobie, że wraca. I naprawdę, nie rozumiem po co? Zawsze mówiła, że to jest ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu. No i problem polega na tym, że muszę na szybko zorganizować sobie cnotliwą żonę oraz uroczą córkę. Bo jeśli ona się zorientuje, że to ściema… a ja bez tych pieniędzy… jestem martwy. Dosłownie. To nie jest żadna przenośnia.
— Aż tak ci zależy na tej kasie?
— Nic nie rozumiesz! Zależy mi na życiu! Twój mąż wpakował mnie w interesy, z których nie wychodzi się cało. Jeśli ciotka pozna prawdę, odbierze mi firmę i przepisze wszystko na dalekiego kuzyna. A ludzie, z którymi mam do czynienia… nie pozwalają odejść bez konsekwencji. Zapłacę za to życiem.
W jego głosie Natalia wyczuła autentyczny strach.
— Czyli za długi mojego byłego męża, które istnieją albo nie, mam narażać siebie i moją rodzinę? Mam się zadawać z jakimś gangsterem, którym pewnie jesteś? — Powiedziała cicho, lecz dobitnie.
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Jeśli odegrasz swoją rolę przekonująco dług zostanie anulowany, a ty zachowasz oba mieszkania. Dodatkowo, jeśli się uda i ciotka uwierzy wypłacę ci sporą premię. Będziesz mogła pomóc córce i zięciowi. Potrzebują sporej kasy na drogą rehabilitację, prawda?
— Coś mi się wydaje, że kręcisz — mruknęła po chwili.
— O co ci chodzi?
— Skoro masz nóż na gardle i tak desperacko potrzebujesz kasy, to skąd weźmiesz pieniądze na tę „premię” dla mnie?
Wzruszył ramionami.
— Mówiłem ci już. Firma, to tylko niewielka część majątku ciotki. Jeśli się uda, zarobisz więcej, niż będziesz w stanie wydać.
— Nie wierzę ci.
— Nie musisz. Możemy podpisać umowę.
Zaśmiała się niemal serdecznie.
— I co napiszemy w tej umowie? Że zawieramy fikcyjny ślub, aby oszukać jakąś staruszkę?
— Nie. Podpiszemy umowę darowizny. Podaruję ci tę kasę. Legalnie.
Zaskoczyły ją te słowa. On naprawdę był gotów oddać część fortuny, byle tylko tkwić dalej w tej koszmarnej iluzji. Poczuła jednocześnie strach, wstyd, desperację. To wszystko jednak było słabsze niż pokusa zdobycia pieniędzy na leczenie Igora.
— I na czym konkretnie miałaby polegać moja rola? — Zapytała cicho.
— Ciotka zostanie tu około dwóch miesięcy. Przynajmniej tak powiedziała. Musi uwierzyć, że od ponad dwudziestu lat mam żonę i córkę.
— Mojej córki w to nie mieszaj!
— Nie mieszam. Ty wystarczysz. Z córką coś się wymyśli. Wyślemy ją za granicę, albo coś…
Patrzyła na niego w milczeniu, gorączkowo rozważając to co jej zaproponował. Z jednej strony dwa miliony euro długu. A z drugiej propozycja anulowania tego długu w zamian za fikcyjny ślub z typem, który jeszcze przed chwilą chciał ją wyrzucić na bruk.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy wracamy do wariantu z eksmisją i oprychami — powiedział cicho.
— Dwa miesiące? — Spytała niepewnie.
Skwapliwie skinął głową.
— Tylko dwa. Potem każde z nas wróci do swojego życia.
— A przez te dwa miesiące mam z tobą mieszkać? Czy może zaprosimy ciotunię tutaj? — Zakpiła.
— Nie musisz ze mną mieszkać. Odegramy rodzinne scenki tylko wtedy, kiedy ciotka będzie mnie odwiedzać.
— Nie będzie mieszkać u ciebie?
— Nie. Zamieszka w hotelu. Nie mam zamiaru brać sobie jej na głowę. Mam wystarczająco dużo swoich problemów — mruknął.
Natalia milczała. W głowie miała mętlik.
— To jak będzie? — Szturchnął ją lekko łokciem — parę godzin poudajemy, a potem każde z nas pójdzie w swoją stronę.
Odwróciła wzrok. W lustrze zobaczyła kobietę zmęczoną dotychczasowym życiem. I w końcu to do niej dotarło. Ta propozycja to nie wybór, to konieczność. Albo zagra dla tego człowieka i pomoże mu oszukać ciotkę, albo ona i jej dzieci wylądują pod mostem, ścigani przez jakiegoś gangstera za długi tego cholernego Andrzeja.Rozdział 4
Natalia siedziała przy kuchennym stole, w tej samej pozycji od dobrej godziny. Herbata dawno wystygła, a na jej powierzchni utworzył się błyszczący kożuch. Wpatrywała się w niego jak w magiczną kulę, która mogłaby podać jej gotową receptę na to, co powinna zrobić.
„_Dwa miesiące. Tylko dwa miesiące udawania. Dwa miesiące zaciskania zębów. Potem ta kobieta wyjedzie, sprawa się skończy, a mieszkania zostaną. I pieniądze. Dużo pieniędzy. Igor pójdzie na rehabilitację. Może nawet starczyłoby na większe mieszkanie?_ _Przecież to nie kradzież. Nikogo nie zabijam_. _To tylko drobne kłamstwo. Nikomu nie stanie się krzywda. Staruszka się ucieszy, że jej krewniak słucha jej rad. Będzie szczęśliwa. Komu to szkodzi?”_ — Przekonywała samą siebie.
— Boże, przecież wszyscy kłamią — mruknęła do siebie, ale gdzieś z tyłu głowy rozbrzmiał niedający się zagłuszyć głos sumienia. Nigdy nie potrafiła posługiwać się kłamstwami. Każde sprawiało, że czuła się jak przestępca. Kłamiąc miała wrażenie, że ma wypisane na czole: „oszustka”.
Nagły dźwięk dzwonka sprawił, że aż podskoczyła.
Westchnęła i wstała. Przez wizjer zobaczyła Leona. Otworzyła niechętnie drzwi.
Stał w progu, jak zawsze z nienagannym wyglądem: idealnie dobrany strój, dyskretne, drogie perfumy i ten jego bezczelny uśmieszek.
— I co, Natalio — wszedł bez wyraźnego zaproszenia — przemyślałaś moją propozycję?
Nie odpowiedziała. Usiadła ciężko na krześle.
— Powiedz mi jedno — spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi — dlaczego ja?
Uśmiechnął się niewinnie.
— Słucham?
— Dlaczego akurat mnie wybrałeś do tej roli? Przecież jest tyle innych kobiet, które bardziej do ciebie pasują.
Wzruszył niedbale ramionami.
— Ciotka nie da się łatwo nabrać. Tylko ty idealnie pasujesz do tej roli.
— Pasuję?
— Jesteś trochę podobna do tej aktorki, która pozowała do zdjęć mojej „żony”. Poza tym… spójrz na siebie — powiedział z cynicznym uśmiechem. Zrobił krok bliżej, chwycił ją za ramiona i delikatnie, ale stanowczo popchnął w stronę lustra.
Jej odbicie spojrzało na nią z wyrzutem.
— Właśnie takiej kobiety potrzebuję. Przezroczystej, zmęczonej życiem, skromnej i porządnej. Takiej trochę „cnotliwej bibliotekarki”. Cała ty. Ciotka nie lubi wyzywających kobiet. Woli takie, którymi nie zainteresowałby się żaden facet, nawet za dopłatą.
Te słowa zabolały ją. Poczuła, jakby przed chwilą dostała mocny cios w policzek. W głębi duszy jednak musiała przyznać mu rację. Rzeczywiście była zaniedbana.
— Dzięki za komplement — mruknęła.
— To nie komplement. To rzeczywistość — odparł chłodno — ciotka uwielbia takie kobiety jak ty. Kiedy cię zobaczy, łyknie wszystko, nawet jeśli jej powiesz, że Ziemia jest płaska.
Chwycił ją delikatnie za ramiona i odwrócił do siebie. Stanęli twarzą w twarz tak blisko, że poczuła zapach jego eleganckich perfum.
— Masz chorego zięcia. Młody kaleka wzruszy ją do łez. Gwarantuję, że dorzuci się do rehabilitacji. Wszystko, co od niej wyciągniesz na własną rękę, jest twoje — zaśmiał się kpiąco.
Natalia poczuła rosnącą złość.
— Mówiłam ci już! Nie waż się wciągać w to moich dzieci! — Warknęła groźnie.
— Nie zamierzam. Wręcz przeciwnie. Nikt nie może się dowiedzieć o naszym układzie — odparł lekceważąco — ale dobrze się składa, że masz córkę i uroczą wnuczkę. Będziesz wiarygodniejsza, opowiadając o prawdziwej rodzinie. Zabierz zdjęcia. Kaleka na wózku i urocza dziewuszka zmiękczą żelazne serduszko Rozalii.
— Ciotunia jest aż tak tępa, że nie zorientuje się w różnicy między fikcyjnymi zdjęciami a wyglądem moim czy Zosi?
— Wszystko można o niej powiedzieć, ale nie to, że jest tępa. To wyjątkowo bystra sztuka. A zdjęcia… no cóż… wyjaśnię jej, że jesteś mało fotogeniczna, starzejesz się… coś wymyślę. A jeśli chodzi o twoją córkę? Nigdy nie widziała jej na żywo i nie możemy do tego dopuścić. Powiemy, że wyjechała z mężem do Szwajcarii na długie i kosztowne leczenie. Ty będziesz spokojna, a ja będę miał pewność, że nikt zbędny mi się nie wpieprza w interesy. Proste.
„_Proste, jak konstrukcja cepa_” — pomyślała gorzko.
Natalia milczała. Szumiało jej w głowie. Przed oczami stanęła jej Zosia, zmęczona codziennością: praca, studia, dziecko i niepełnosprawny mąż. Oczami wyobraźni zobaczyła Igora, który udawał, że nie boli, który próbuje opiekować się córką najlepiej, jak potrafi.
„_To tylko dwa miesiące_. _Nikomu nie stanie się krzywda. Przecież tak naprawdę nie muszę wychodzić za mąż. Mam tylko udawać. A ta ciotka? Cóż… to jego ciotka, nie moja. Poza tym i tak chciała przekazać swój majątek temu dupkowi_”.
Leon nachylił się niecierpliwie w jej stronę.
— Więc?
Podniosła wzrok. Pusty i twardy.
— Zgadzam się — szepnęła wbrew sobie. Jej własny głos zabrzmiał obco. Poczuła jakby coś w niej nagle umarło.
Na jego twarzy natomiast pojawił się triumfalny uśmiech. Patrząc na ten jego uśmiech, poczuła się jak Faust w starciu z Mefistofelesem. Właśnie sprzedała kawałek własnej duszy.
— Wiedziałem, że jesteś rozsądna.
_„Raczej zdesperowana” _— skrzywiła się w myślach.
Wstała, minęła go bez słowa i poszła do sypialni. Ręce drżały jej tak mocno, że nie mogła nawet odgarnąć niesfornego kosmyka włosów.
Zajrzał do sypialni, zakładając płaszcz.
— Mów mi Leo. Ciocia tak lubi — mruknął z pobłażliwym uśmiechem.
Po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwi.Rozdział 5
Był późny wieczór. Natalia właśnie zmywała naczynia. Woda była gorąca, para osiadała na oknie, rozmazując obraz świata na zewnątrz.
Telefon zadzwonił nagle. Spojrzała na ekran: Leon.
Poczuła nieprzyjemne ukłucie pod żebrami.
— Halo?
— Mamy problem — oznajmił bez przywitania. Był wyraźnie poirytowany. Słyszała, jak nerwowo chodzi po pokoju.
— Jaki znowu problem?
— Dzwoniła moja prawniczka. Skontaktował się z nią prawnik mojej ciotki.
— A co mnie do tego?
— Ciotka kazała przygotować dokumenty przekazania firmy i reszty jej majątku.
— No to chyba dobrze?
— Nie do końca — burknął.
— Bo?
— Bo nie chce przepisać wszystkiego tylko na mnie!
— To na kogo jeszcze? Tego kuzyna?
Zapadła nerwowa chwila ciszy.
— Na mnie… i moją żonę — powiedział w końcu.
— Słucham?
— Podobno oznajmiła, że albo firma idzie na mnie i moją żonę, albo na Wiktora.
— Ale przecież… my… jak jej wyjaśnisz, że nie mamy naprawdę ślubu?
— Tego właśnie nie mogę jej powiedzieć! A prawnik nie może wpisać do dokumentów danych „udawanej żony”.
— Może wyjaśnij jej, że inaczej się nazywam, bo…
— Ona tego nie łyknie! Dla niej żona musi nosić nazwisko męża!
— Więc co chcesz zrobić?
Westchnął ciężko.
— Musimy wziąć ślub.
Kubek wyślizgnął jej się z ręki i stuknął o zlew.
— Zwariowałeś?!
— Spokojnie, Natka, to tylko papier.
— Tylko papier?! Ja już i tak czuję się jak w jakimś koszmarze!
— Posłuchaj mnie…
— Nie, to ty posłuchaj! Ja mam rodzinę, córkę, wnuczkę! Co ja im powiem? Że tuż po śmierci męża wyszłam za jakiegoś obcego faceta, żeby wyłudzić spadek?!
— Przecież już ustaliliśmy. Nikt nie może wiedzieć…
— To jest ślub, a nie zakupy w supermarkecie!
Po drugiej stronie na moment zapadła cisza. A potem jego głos zrobił się miękki i łagodny.
— Natalia… to formalność. Idziemy do urzędu, podpisujemy. Moja prawniczka od razu przygotuje papiery rozwodowe. Z datą. Wszystko będzie dogadane. Za dwa, trzy miesiące będziemy po rozwodzie.
— A jak coś pójdzie nie tak?!
— Nie pójdzie. Ciotka przepisze mi kasę, ja spłacę długi, ty dostaniesz swoją premię. Weźmiemy rozwód i każde pójdzie w swoją stronę.
Milczała. Słyszała tylko własny nierówny oddech.
On mówił dalej, spokojnie, przekonująco.
— Zastanów się. Prywatna rehabilitacja dla twojego zięcia. Najlepsi specjaliści. Sprzęt. Turnusy. Prywatny żłobek dla małej. Większe mieszkanie. Twoją córkę byłoby stać na opiekunkę. Mogłaby przenieść się na dzienne studia. Ty nie musiałabyś tyle pracować, więcej czasu spędzałabyś z rodziną…
Obrazy same zaczęły jej się pojawiać w głowie. Zosia
w jasnej kuchni. Duży balkon. Laura, roześmiana, biegająca po panelach w skarpetkach we własnym pokoju. Igor chodzący o kulach. A może nawet bez.
— To tylko dwa miesiące — szepnął — dwa miesiące udawania. Nie mów, że nie umiesz.
— Nie chcę ślubu z tobą… — jęknęła cicho.
— Ja też nie marzyłem o ślubie z tobą — parsknął — to umowa. Zwykły biznes.
Patrzyła na swoje odbicie w ciemnym oknie. Wyglądała, jakby nagle przybyło jej dziesięć dodatkowych lat. Kiedy jej życie stało się taką katastrofą?
„_Tylko ślub. Tylko udawanie. Tylko dwa miesiące_” — chaotyczne myśli kołatały jej się po głowie.
— Obiecuję, że po rozwodzie znikam z twojego życia — przekonywał — dostajesz kasę i masz mnie z głowy. Natka… ja naprawdę nie mam innego wyjścia. A ty… ty możesz dzięki temu uratować swoją rodzinę.
„_Rodzina_”. To słowo zawsze działało.
Długo nic nie mówiła.
W końcu spytała cicho:
— Kiedy?
— Pojutrze. Mały urząd. Dwóch opłaconych świadków. Pół godziny i będzie po sprawie.
_„Pół godziny. Tyle trwa zniszczenie sobie życia_” — pomyślała gorzko.
— Dobrze — wyszeptała, zamykając oczy.
— Wiedziałem, że jesteś rozsądna.
„_Rozsądna_”. To słowo w jego ustach zabrzmiało jak ironia.
— Ale pamiętaj — dodała twardo — po wszystkim rozwód.
— Oczywiście. Już nie mogę się doczekać — odparł i rozłączył się.
Natalia stała jeszcze chwilę bez ruchu. Potem usiadła przy stole i zaczęła układać w głowie.
„_Rehabilitacja. Mieszkanie. Dług. Dwa, trzy miesiące. To tylko papier. Tylko drobne kłamstwo. Tylko…”_.
A jednak gdzieś głęboko czuła, że właśnie przekroczyła granicę, zza której nie da się już tak łatwo wrócić. Czuła, że stoi na cienkim lodzie i słyszy pierwsze, ciche pęknięcie.Rozdział 6
Deszczowy, szary poranek był ciężki od wilgoci unoszącej się w powietrzu. Nawet niebo wydawało się płakać nad tym, co miało się za chwilę wydarzyć.
Urząd Stanu Cywilnego mieścił się w niezbyt urokliwym budynku. Fatalnego obrazu wizerunkowej katastrofy dopełniały odpadający tynk i bezwładnie zwisająca wyblakła flaga, która przypominała mokrą skarpetę.
„_Idealne miejsce na najgorszą decyzję życia_” — pomyślała gorzko Natalia.
Stała przed wejściem, rozglądając się wokół i wypatrując Leona. Ubrana była w czarną, prostą sukienkę. Tę samą, w której była na pogrzebie Andrzeja. Uznała, że przynajmniej strojem podkreśli dramat swojej sytuacji.
Warteński wyłonił się zza rogu budynku. Szedł w jej kierunku pewnym krokiem. Idealnie skrojony elegancki garnitur, biała koszula i nieskazitelna fryzura sprawiały, że wyglądał, jakby szedł na premierę w teatrze, a nie na fikcyjny ślub z kobietą, która najchętniej udusiłaby go torebką.
Na jej widok zatrzymał się nagle jak wryty.
— Nie miałaś innej sukienki? — Mruknął zniesmaczony, nerwowo poprawiając mankiet — wyglądasz, jakbyś przyszła na stypę.
— Bo to stypa po mojej godności.
— Przesadzasz…
— Wychodzę za gangstera wyłudzającego mieszkania, żeby oszukać staruszkę. Nie przesadzam.
— Taaa, a ja marzyłem, żeby ożenić się ze zgorzkniałą babą! — Warknął poirytowany — od dziecka o tym śniłem!
— A jakie wesele planowałeś? Biały koń? Szpaler z kałasznikowów? Strzelanina zamiast ryżu?
— Myślałem raczej o czymś bez ciebie — odciął się chłodno.
— Wzajemnie.
Spojrzeli na siebie. Uśmiechnęli się do siebie krótko i nerwowo. Jak dwoje zagubionych ludzi stojących nad przepaścią.
— Chodźmy, zanim zmienię zdanie — mruknęła, odwracając się w stronę wejścia.
— Za późno na zmianę zdania — wymamrotał poirytowany, idąc z nią.
W środku pachniało starą wykładziną i kawą parzoną po turecku.
Urzędniczka, korpulentna kobieta około sześćdziesiątki, z trwałą ondulacją na głowie i zniechęconą miną, spojrzała na nich spod okularów.
— Państwo… Warteńscy?
Nazwisko zabrzmiało obco.
— Jeszcze nie — mruknęła Natalia.
— Słucham?
— Nic.
Leon szturchnął ją lekko łokciem.
— Proszę się nie denerwować — powiedziała urzędniczka dziwnie ugodowym tonem — to tylko formalność.
Natalia prychnęła pod nosem.
Kobieta spojrzała na nią karcącym wzrokiem, po czym zaczęła recytować wyuczony tekst, który pewnie powtarzała już z tysiąc razy. Słowa wypływały z jej ust jak komunikat z megafonu na dworcu.
Natalia poczuła, że jej dłonie robią się wilgotne.
„_To tylko układ. Transakcja. Nic więcej_” — powtarzała w myślach, próbując zagłuszyć narastającą panikę.
Zerknęła na Leona. Wyglądał na opanowanego. Ze spokojem słuchał monotonnych słów urzędniczki_._
— Jeszcze możesz uciec — szepnęła — drzwi są po lewej.
— A ty?
— Ja odwrócę jej uwagę. Będę udawać zawał.
— Nie uwierzy.
— Przewrócę się bardzo przekonująco.
— Za dużo seriali?
— Za mało alkoholu.
— Czy strony wyrażają zgodę? — Spytała sucho urzędniczka.
Zapadła krępująca cisza. Leon pierwszy się ocknął.
— Tak — powiedział szybko.
— …Tak. Chyba… to znaczy… tak — Natalia mruknęła bez przekonania.
Urzędniczka spojrzała na nią znad okularów.
— „Chyba” nie jest przewidziane w ustawie — pouczyła ją oschle.
„_Szkoda”_ — pomyślała gorzko.
— Proszę powtarzać za mną słowa przysięgi — głos urzędniczki dotarł do niej jak zza ściany — świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Leonem Bonifacym Warteńskim i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.
Natalia na dźwięk imienia „Bonifacy” parsknęła śmiechem, co niemal natychmiast sprowadziło na nią karcący wzrok urzędniczki.
— Bardzo śmieszne — mruknął obrażony Leon.
W końcu z trudem opanowała rozbawienie i wypowiedziała słowa przysięgi. Na miękkich nogach podeszła do urzędniczki i drżącą ręką wzięła długopis. Podpisała dokument, choć wszystko w niej krzyczało „_Nie rób tego_!”
— Gratuluję — powiedziała urzędniczka bez cienia emocji — następni proszę.
— Jak w mięsnym — mruknęła Natalia.Rozdział 7
Wyszli na zewnątrz. Powietrze było chłodne, ale Natalia poczuła, że tego właśnie potrzebowała. Spojrzała na Leona, potem na obrączkę. Nie mogła uwierzyć, że coś tak małego może tak bardzo obciążać sumienie.
— Dobra, koniec tego cyrku — mruknęła, próbując ściągnąć obrączkę.
— Spokojnie. Ja też mam wrażenie, że te najbliższe dwa miesiące w moim życiu nie będą szczególnie radosne.
— Miło wiedzieć, że choć trochę ci dopiekę, Bonifacy.
— Bonifacy to był święty — mruknął urażony.
— I kot z bajki — dodała, powstrzymując śmiech.
— Spada! — Warknął.
— Spadam. Przynajmniej już dzisiaj nie będę musiała cię oglądać — mruknęła i odwróciła się na pięcie, po czym nagle zamarła.
— Nie. Nie, nie, nie, nie… — zaczęła szeptać w panice.
— Co? — Zesztywniał.
— Dwunasta.
— Co „dwunasta”?
— Godzina. Dwunasta! Zosia miała dziś wizytę u pediatry z Laurą. Przychodnia jest za rogiem!
Leon odwrócił głowę. Kilka metrów dalej zobaczył młodą kobietę z wózkiem dziecięcym. Szła szybkim krokiem prosto w ich stronę. W wózku siedziała może roczna, roześmiana dziewczynka machająca pluszowym królikiem.
— Uciekamy — Natalia wyszeptała w panice, chwytając Leona za rękaw.
— Dokąd?!
— Nie wiem… tam! Za tamten śmietnik!
— Uspokój się i zachowaj resztki godności! — Skrzywił się zniesmaczony.
Zosia właśnie ich zauważyła i ruszyła szybciej w ich kierunku. Pomachała. Leon odmachał, promiennie się uśmiechając.
— To twoja córka? — Syknął przez zęby.
— Nie, kurwa, turystka z Norwegii! — Warknęła ze złością — przestań do niej tak idiotycznie machać, przecież ona nawet cię nie zna. Idzie do mnie, nie do ciebie!
— Spokojnie, zachowuj się naturalnie — mruknął ściszonym głosem — improwizuj!
— Właśnie wzięłam fikcyjny ślub z gangsterem! Co tu jeszcze można zaimprowizować?! Nagłe wniebowstąpienie?!
— Przestań się krzywić. Wyglądasz jakbyś była po kolonoskopii! — Syknął przez zęby, nadal głupkowato się uśmiechając.
Zosia stanęła przed nimi. Przyglądała się im z wyraźną ciekawością.
— Mamo? Co ty tu robisz?
Natalia poczuła, że jej myśli rozbiegły się w panice jak karaluchy po zapaleniu światła.
— Ja… ja…
Leon uśmiechnął się promiennie.
— Dzień dobry — powiedział radośnie.
— Dzieeeeń doooobry — odparła powoli Zosia, marszcząc brwi i spoglądając na matkę, która zmieniała kolory na twarzy od purpurowego po trupio blady.
— Kolega! — Wypaliła Natalia, nie czekając na pytanie — Stary kolega ze szkoły. Bonifacy! Bardzo stary. Znaczy… dawny. Nie, że wiekowo…
W duchu przeklęła własny język, który najwyraźniej postanowił dziś działać na własną rękę.
Leon spojrzał na Zosię i jej niepewną minę.
— Tak, ze szkoły. Z liceum — potwierdził skwapliwie.
— W jednej ławce siedzieliśmy! — Dodała szybko Natalia.
— Mamo, ty byłaś w technikum…
— …No tak. A co ja powiedziałam, że ze szkoły? Ach nie. Z kółka szachowego — zaśmiała się nerwowo.
Leon odchrząknął, próbując ratować sytuację.
— Spotkaliśmy się przypadkiem. Świat jest taki mały — zaśmiał się sztucznie.
— Pod urzędem stanu cywilnego? Ślub braliście, czy co? — Zosia zaśmiała się.
— My? No co ty! Gdzie? My? Nie! Nie! — Natalia jąkała się, jakby dostała nagle udaru mózgu.
— Nasza wspólna znajoma brała ślub… i właśnie… my… tu… się spotkaliśmy… i… — bełkotał zbity z tropu Leon.
Dziewczyna spojrzała na obrączkę, którą jej matka trzymała w dłoni.
— Mamo… co to za obrączka?
— Ach, to moja — wtrącił szybko Leon — pokazywałem ją pani mamie. Moja narzeczona o takiej marzyła i… chciałem się poradzić…
— Tak, tak — pokiwała gorliwie głową Natalia, wciskając do ręki Leona obrączkę, która parzyła ją niemal jak rozpalone żelazo.
— Mamo, ty coś kombinujesz? — Spytała podejrzliwie Zosia.
Natalia przełknęła głośno ślinę. Zanim jednak zdążyła wymyślić kolejne kłamstwo, telefon Zosi rozdzwonił się w jej torebce. Odetchnęła z ulgą błogosławiąc w duchu, tego kto dzwonił.
Zosia odeszła na moment, zostawiając Laurę pod opieką matki.
Leon nachylił się nad wózkiem dziewczynki. Robiąc przesadnie słodkie miny, szepnął przez zęby:
— Mówiłaś, że jesteś dobra w kłamaniu.
— Nigdy tego nie mówiłam! — Natalia syknęła nerwowo, odpychając go od wózka Laury — i przestań się tak idiotycznie uśmiechać. Wyglądasz jakbyś wciągał jakieś zioło.
— No to zacznij się uczyć, żono — uśmiechnął się prowokująco.
— Nie mów tak przy dziecku! — Wycedziła przez zęby, zerkając nerwowo w stronę córki.
Laura zachichotała, machając pluszowym królikiem. Jej beztroska kontrastowała z napięciem, które gęstniało między świeżo upieczonymi małżonkami.
Zosia wróciła zdenerwowana.
— Mamo, muszę pilnie jechać do pracy. Zawieziesz Laurkę do domu, do Igora? — Spojrzała błagalnym wzrokiem.
— Jasne! — Wyrwał się Leon — z chęcią podrzucę pani mamę i to urocze dziecko. Ma pani cudowną córeczkę!
Natalia znieruchomiała. Nie miała zamiaru narażać swojej wnuczki na kontakty z tym typem.
— Nie ma takiej potrzeby! Damy sobie radę — odparła szybko, chwytając wózek — wracaj do swojej narzeczonej, Leon. Na pewno tęskni — rzuciła przez ramię, zamierzając jak najszybciej odejść.
— Leon? Mówiłaś, że Bonifacy — Zosia zmarszczyła brwi.
Świeżo upieczony mąż szybko pospieszył z pomocą zakłopotanej Natalii.
— Leon, Leon. Oczywiście, że Leon. Bonifacy to… przezwisko ze szkoły… to znaczy… z kółka szachowego.
— Tak! — Podchwyciła Natalia z nienaturalnym entuzjazmem — Bonifacy to był taki przemądrzały, irytujący kot z bajki, a ponieważ Leon zawsze wszystkich pouczał…
— Dziękuję za tę laurkę — mruknął.
— Nie ma za co. Wspomnienia z młodości są bezcenne — odparła z uroczym uśmiechem Natalia.
Zosia przyglądała im się uważnie. Jej wzrok wędrował od jednego do drugiego. Wyraźnie coś jej nie pasowało.
— Mamo… — zaczęła powoli — czy ja o czymś nie wiem? Wszystko w porządku?
Natalia uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko.
— Jasne, kochanie. Wszystko jest w porządku!
Leon nerwowo poprawił mankiet koszuli.
— Miło było panią poznać, pani Zosiu. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
„_Oby nie_” — mruknęła w duchu Natalia i ruszyła szybkim krokiem, pchając wózek przed sobą.
Leon rzucił jej krótkie spojrzenie i poszedł w przeciwnym kierunku.
— Bonifacy. Kot z bajki — mruknął z irytacją pod nosem — „_nie umiem kłamać, nie umiem kłamać_” — przedrzeźniał Natalię, wsiadając do auta.Rozdział 8
Natalia właśnie parzyła kawę, patrząc przez okno na mokry chodnik. Stała w szlafroku, boso, z włosami niedbale spiętymi w kok. Deszcz spływał po szybie cienkimi smugami, rozmazując widok za oknem.
Ekran jej telefonu nagle rozświetlił się. Dzwonił Leon.
Nerwowo spojrzała na zegarek.
„_Siódma rano, a ten wydzwania, nie wiadomo po co_” –pomyślała ze złością — „_nie mam zamiaru z nim gadać. Nie mogę spóźnić się do pracy_”.
Na złość jej postanowieniom telefon zadzwonił ponownie. Leon nie zamierzał odpuszczać.
— Spadaj dupku — mruknęła.
Kiedy zadzwonił po raz trzeci, nie wytrzymała.
— Czego? — Fuknęła do słuchawki.
— Masz dwa dni — powiedział bez przywitania.
— Dwa dni do czego?
— Do zagrania roli poczciwej i szlachetnej małżonki. W piątek przylatuje ciotka. Jedziemy razem po nią na lotnisko.
Milczała.
— Tylko ubierz się jak człowiek — dodał cynicznie — nie tak, jak na ślub. Było mi za ciebie wstyd. Masz wyglądać godnie. Im lepsze zrobisz wrażenie, tym więcej kasy z niej wyciągnę. A im więcej ja wyciągnę… tym większa będzie twoja premia.
— Według ciebie „godnie”, to znaczy jak? Lateksowy stanik i kozaki? — Zapytała z jadowitą słodyczą w głosie.
— Masz wyglądać jak żona. Porządna. Ciepła. Rodzinna. Żadnych eksperymentów. Idź do jakiegoś ogarniętego fryzjera, czy coś… — mruknął — podeślę kogoś z kartą kredytową.
— Wsadź ją sobie — syknęła ze złością.
— Wsadzę, jak przyjdzie pora — odburknął, po czym się rozłączył bez pożegnania.
Natalia jeszcze chwilę stała z telefonem przy uchu. W słuchawce dawno już była cisza, a ona wciąż czuła jego obecność jak niechciany przeciąg w mieszkaniu.
„_Porządna żona. Ja pierdolę. W co ja się wpakowałam_?” — Pomyślała ze zgrozą.
***
W pracy siedziała jak na szpilkach. Nie mogła się skupić na niczym. Kursor na ekranie mrugał złośliwie, a cyfry w tabelkach rozjeżdżały jej się przed oczami.
W głowie układała plan na następne dni. Musiała pogodzić pracę księgowej na dwóch etatach z zakupami, fryzjerem, kosmetyczką i opieką nad Laurą w czasie, kiedy Igor miał wizytę u lekarza. Musiała też wysupłać pieniądze na te wszystkie ekstrawagancje.
„_Na pewno nie przyjmę niczego od tego cholernego dupka! Muszę to zrobić to po swojemu. Zachować chociaż resztkę godności!” —_ Krzyczała w myślach.
Następnego dnia wzięła wolne i zrobiła coś, czego nie robiła od lat. Poszła do kosmetyczki.
Siedząc na fotelu, czuła się nieswojo, nie na swoim miejscu.
Potem przyszedł czas na fryzjera. Młody mężczyzna z obojętną miną patrzył na nią, mrucząc pod nosem coś o dramatycznym zaniedbaniu.
Kiedy skończył, spojrzała w lustro. Prawie siebie nie poznała. Wyglądała… znacznie młodziej, jak kobieta, i to naprawdę atrakcyjna kobieta. W jej oczach pojawił się, niewidziany od dawna blask.
***
W domu długo stała przed szafą. Przesuwała wieszaki powoli, jakby każdy z nich krył jakąś wersję jej samej: tę zmęczoną, tę praktyczną, tę niewidzialną.
W końcu wyjęła kremową sukienkę, tę „na specjalne okazje”, założoną może ze dwa razy: ostatnio na chrzciny Laurki. Do tego dobrała delikatne szpilki i perłowe kolczyki.
Serce jej waliło jak u nastolatki przed pierwszą randką.
I od razu zrobiło jej się wstyd. To przecież teatr. Tylko przedstawienie przed bogatą ciotką gangstera.
— Kurtyna w górę — mruknęła cicho, przeglądając się w lustrze.