Zemsta Wieków - ebook
Sandomierz to miasto, które chętnie opowiada turystom o swojej historii. Ale są tajemnice, których nie ma w żadnym przewodniku. Prywatna tragedia Timura splata się z dawnymi rytuałami, a przeszłość okazuje się siłą bardziej niebezpieczną niż teraźniejszość. Zemsta Wieków to mroczna powieść osadzona w realnych miejscach i prawdziwej historii regionu, gdzie Sandomierz i Dwikozy stają się tylko tłem, lecz częścią misji bohatera i kluczem do zrozumienia, że nie każda tajemnica chce zostać odkryta…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-168-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Upał tego lata stracił swą moc już kilka metrów pod powierzchnią sandomierskiej starówki. Timurem wstrząsnął lekki dreszcz. Student pomyślał tęsknie o ciepłej bluzie, zostawionej w pokoju Hotelu Sędomir. Starał się słuchać uważnie monologu przewodniczki, roznoszącego się echem w korytarzach Podziemnej Trasy Turystycznej. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że wszystko już gdzieś zobaczył lub przeczytał.
— Oj, nie widziałam — mruknęła jakaś starsza pani, gdy prawie na niego wpadła. Uśmiechnął się przepraszająco i przepuścił ją. Zwolnił tempo tak bardzo, że szybko znalazł się na końcu dwudziestoosobowej grupy.
Ludzie zwykle jednak go zauważali, zanim jeszcze przedstawił się swoim niecodziennym imieniem. Timur Lachowski — nazwisko na wskroś polskie, ale imię wprost przeciwnie. Miał włosy w kolorze głębokiej czerni, kontrastujące z lodowo-niebieskimi oczami i krępą, dość pulchną sylwetkę, owoc niechęci do ruchu i zamiłowania do dobrego jedzenia.
— W latach sześćdziesiątych miały miejsce liczne zapadnięcia się ziemi na terenie starówki… — Timur słyszał gdzieś ponad głowami głos przewodniczki. Wsadził ręce do kieszeni, walcząc z kolejną falą ogarniającej go gęsiej skórki. Przechodzili akurat przez słabo oświetlony fragment trasy, przypominający mu wnętrze ogromnej, wydłużonej w nieskończoność beczki.
Czuł się nieswojo. To nie było zwykłe, nieprzyjemne zimno, które odbiera się dotkliwiej, schodząc do podziemi z rozgrzanego rynku. Korzystając z tego, że grupa zniknęła za zakrętem, przeciągnął się. Uniósł ręce ponad głowę i ziewnął szeroko. Dodatkowa dawka tlenu nieco go otrzeźwiła. Rozejrzał się i z satysfakcją stwierdził, że oto ma dla siebie cały fragment trasy. Słyszał jeszcze gdzieś przed sobą echa oddalającej się grupy.
Tylko na chwilę. Zaraz do nich dobiegnę — pomyślał. Przez moment przeszedł go znajomy z dzieciństwa dreszcz ekscytacji, marzenie o odkrywaniu tajemnic i zaginionych skarbów. Zbliżył twarz do drewnianej ściany. Z pewnością nie liczyła sobie kilkuset lat — zauważył z lekkim rozczarowaniem.
Ruszył powoli dalej. Zawieszone na ścianach latarnie rzucały na jego okrągłą twarz żółtawe błyski, miarowo przechodzące na przemian w cienie. Chociaż nie spodziewał się w tej części niczego szczególnie interesującego, wiedział że przed nim musi być kolejna murowana komnata. Chciał obejrzeć cegły i spróbować rozpoznać, które fragmenty są oryginalne.
Spojrzał na ekran telefonu wyciągniętego z plecaka. Zbliżała się osiemnasta, gdy jego wycieczka miała planowo dobiec końca. Odłożył urządzenie. Pomyślał, że większość trasy z pewnością ma za sobą. Tak jak przewidywał, wkrótce znalazł się w murowanej części. Zobaczył ułożone na drewnianych półkach gliniane naczynia, a pozostałe eksponaty, takie jak fragmenty marmurów, spoczywały na prostopadłościennych cokołach.
Timur rzucił na nie okiem, po czym podszedł do ściany. Szybko poznał, które cegły zostały tu wmurowane w późniejszym okresie. Uderzył w jedną z nich pięścią. Spod jego palców sypnęło się nieco piasku z zaprawy. Uniósł głowę w stronę sufitu w poszukiwaniu kamery, lecz zanim zdołał cokolwiek zauważyć, usłyszał szybko przybliżający się odgłos kroków z tunelu przed nim. Z pewnością go szukali, a grupa musiała już ukończyć trasę.
Przez ułamek sekundy rozważał pobiegnięcie w stronę przybysza i gorączkowe tłumaczenie, że źle się poczuł. Zamiast tego skoczył błyskawicznie za postument z fragmentem marmuru i legł na zakurzonej posadzce. Skulił się i wstrzymał oddech. To chyba nie bardzo po tatarsku — odezwał się głosik w jego głowie, podejrzanie przypominający ten należący do zmarłego ojca.
Ktoś wszedł do komnaty. W jego oddechu Timur usłyszał lekkie rzężenie. Musiał swoje ważyć i zapewne być kimś z ochrony. Student nie śmiał otworzyć oczu. Wyczuł jednak przez zaciśnięte powieki snop światła latarki, który musiał przesunąć się po ścianach. Trwało to tylko chwilę. Kroki zaczęły cichnąć, gdy szukający Timura mężczyzna poszedł do korytarza za komnatą.
Chłopak nie zmienił pozycji, spodziewając się, że ochroniarz jeszcze tu wróci. Wypuścił cicho powietrze i otwarł oczy, zauważając zakurzoną posadzkę i własne zabrudzone dłonie. Postanowił, że gdy będzie pewny że jest sam w tunelu, obejrzy ściany jeszcze raz. Jeśli nie znajdzie nic ciekawego, pójdzie w stronę wyjścia pod sandomierskim ratuszem. Chociaż nie wiedział, czy nie zastanie zamkniętych drzwi, to miał w plecaku kilka kanapek i butelkę wody. Mógłby tu siedzieć choćby i do rana, gdy na podziemny szlak wkroczy kolejna grupa turystów.
Mijały minuty, a do komnaty nikt już nie wszedł. Timur wytężał słuch, odwracając głowę na przemian ku przeciwległym wyjściom, lecz nie wyłowił żadnego dźwięku kroków. Wstał powoli, bo kolana i łokcie całkiem mu zdrętwiały, już nie mówiąc o tym, jak bardzo zmarzł. Rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu i ruszył w stronę korytarza, gdzie wcześniej zniknął szukający go mężczyzna.
— Jak w jakimś grobie — szepnął sam do siebie, na pół z fascynacją, na pół ze strachem.
Zaczął opukiwać drewniane ściany, nasłuchując echa. Był pewny, że turyści zwiedzający to miejsce widzą jedynie to, co mają zobaczyć.
Przysiadł na chwilę, chcąc wyciągnąć butelkę wody. Zauważył, że osadziły się na niej małe kropelki. Czyżby było aż tak zimno? Może już się przyzwyczaił? Podniósł ją w geście toastu w stronę ziejącego ciemnością końca korytarza.
— Na zdrowie, kochani — mruknął nieco złośliwie.
Nagle wszystkie światła zgasły, pogrążając studenta w całkowitej ciemności. Drgnął zaskoczony, oblewając sobie rękę wodą. Zaczął szybko mrugać, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Na próżno. Pod powiekami migały mu iskierki, tworzące dziwny kalejdoskop w jego głowie.
Wziął kilka głębokich oddechów. Zapewne trasa została zamknięta, a światła wyłączone na noc — powtarzał sobie. Postanowił, że wycofa się do komnaty z marmurami, usiądzie, coś zje. No i miał telefon. Nie pamiętał tylko, w której przegródce plecaka. Mrugał zawzięcie, lecz nie mógł wychwycić choćby półcienia, najmniejszego odbłysku światła. Obrócił się, rękami macając chłodną, drewnianą ścianę, lecz ta zdawała się nie kończyć. Z pewnością nie zdołał zajść tak daleko.
Teraz już naprawdę się zaniepokoił. To przecież nie był labirynt, a stosunkowo prosta trasa, będąca fragmentem dawnych kupieckich piwnic. Razem liczyła mniej niż kilometr — przypomniał sobie lekturę przewodnika. Sięgnął do plecaka, lecz nie mógł znaleźć telefonu, który mógłby mu oświetlić drogę. Czuł pod palcami folię, w którą zapakował kanapki, twarde krawędzie pamiątkowej figurki ratusza, etui okularów przeciwsłonecznych, ale urządzenia nie było.
Jego serce zaczęło bić szybciej. Coraz bardziej nerwowe kroki odbijały się echem w rozciągających się w nieskończoność podziemiach. I ten obrzydliwy ziąb, który robił się coraz gęstszy, niemal namacalny. Przez chwilę odniósł wrażenie, że na ramię opuszcza mu się zimne cielsko jakiegoś gada. Za jego plecami zdawała się rosnąć lepka ściana złożona z kłębowiska płynnego lodu. Timur wydał z siebie zduszony okrzyk. Nie dbając już o nic, rzucił się na oślep w mrok, machając rękami. Biegł najszybciej jak mógł, aż uderzył całym ciałem w ceglany mur, który rozpadł się, jakby był spojony najpodlejszą zaprawą. Poczuł trzask łamanego nosa. Nie zdążył nawet krzyknąć z bólu. Grunt osunął mu się pod nogami. Spadał wraz z gruzem w przepaść.
Desperacko schował twarz w dłonie i przyciągnął nogi do tułowia. Przeszył go trwający nieskończenie krótką chwilę żal niewykorzystanych szans. Nie wiedział już gdzie jest góra, gdzie dół, czy w ogóle jego upadek jeszcze trwa, ile czasu zostało do nieuchronnego uderzenia o dno. Czas jakby zwolnił, jednak Timur napiął całe ciało w oczekiwaniu na koniec.
Ten jednak nie nadszedł. Timur, cały czas zwalniając, zanurzył się w nieprzyjemnie chłodnej mgle, która była na tyle gęsta, że w końcu się zatrzymał. Chłopak poczuł się tak, jakby wylądował w zimnej, poruszającej się galarecie. Leżał tak dłuższą chwilę, pogrążony w odrętwieniu, niepewny, czy w ogóle żyje. Jeśli umarł, to dlaczego bolało go całe ciało, jakby go zbito? Dlaczego oddychał przez usta, wypluwając krew płynącą ze złamanego nosa?
W końcu poruszył palcami u rąk i nóg. Jeśli mógł to zrobić, to najwidoczniej przeżył. Ale gdzie był? Powoli odsunął ręce od twarzy. Widział je w delikatnym świetle z masy tuż pod nim. Zobaczył także nad sobą łukowaty fragment tunelu, jakby uformowany z drgającej mgły.
Usiadł, a masa pod nim zniknęła. Timur miał pod sobą bez wątpienia stały grunt. Mgła zdawała się szumieć, a im dłużej się w nią wpatrywał, tym wyraźniej zaczęła formować pionowe kształty. Rozpaczliwie spróbował poskładać myśli, chociaż całe ciało mu drżało, a serce biło tak mocno, że czuł szum krwi w uszach. Nie był pewny, czy znajduje się gdzieś bardzo głęboko pod ziemią, czy może w jakimś innym świecie.
— Nie powinno cię tu być — usłyszał chłodny, męski głos, ni to w swojej głowie, ni to na zewnątrz.
— Ja… nie — wyjąkał, odwracając się powoli, bojąc się tego, co lub kogo zobaczy.
Nie miał już przed sobą mgły, lecz formujące się coraz wyraźniej sylwetki wojowników, ubranych w jedwabne lub sukienne tuniki podbite futrem. Na nich mieli pikowane kaftany czy kolczugi. Większość nosiła okrycie głowy z futra i broń u boku. Od razu poznał, kim są. Za dużo o nich czytał i zbyt wiele podobizn oglądał, by się teraz pomylić. Jednak nie oznaczało to nic dobrego. Wiedział, co jego przodkowie uczynili w Sandomierzu blisko osiem wieków wcześniej.
Timur wytarł rękawem krew z ust i podniósł się. Jeśli to jego koniec, nie chciał umierać skulony na ziemi. Nie w sytuacji, o której myślał, że po prostu nie jest możliwa.
— Nie powinno mnie tu być. Ale jestem — odrzekł głośno, czując przypływ adrenaliny.
Widma patrzyły na niego w milczeniu. Najwidoczniej ich przybywało — tunel rozświetlał się coraz bardziej niebieskawym, bladym światłem, który bił od ich form. Nie zrobiły jednak nawet kroku w jego kierunku. Po dłuższej chwili Timur podniósł ręce w geście pokojowych zamiarów, lecz przybysze w liczbie przynajmniej setki najwidoczniej go nie znali.
— Widzisz nas. A zatem doznałeś straty — zza wojowników wyłonił się cień starca w obszernej, brązowej szacie.
Timur przyskoczył do niego. Na jego widok poczuł się nieco pewniej. O co chodziło? Tak, stracił ojca, ale przez tyle lat przyzwyczaił się do jego nieobecności. On i jego owdowiała matka.
— Kim jesteście? — zapytał.
— Tymi, którzy nie mogą pójść dalej — odrzekł starzec, być może szaman.
— A czy ja będę mógł? Gdzie jestem? Dlaczego żyję? — wyrzucił z siebie student.
Widmo patrzyło na niego ze smutkiem, marszcząc srebrzyste brwi i skubiąc brodę. W końcu uniosło rękę
— Nie, jeszcze nie teraz. Ale wciąż żyjesz, więc nie jest za późno. Jesteś tam, gdzie zostaliśmy uwięzieni przez czas i zapomnienie.
— Jak długo tu jesteście? — zapytał ostrożnie Timur, chociaż domyślał się odpowiedzi.
Kilka widm zaniosło się śmiechem, pokazując go palcami.
— Czy w wieczności liczy się czas? — zapytał ten z wojowników, który przemówił na początku.
— To pytanie do ciebie, człowiecze z bijącym sercem. Który to wiek? — zapytał szaman.
— Piąty lipca — odrzekł Timur, choć nie był pewny, czy już nie trwa kolejny dzień.
— Roku 2025, Roku Pańskiego — dodał na wszelki wypadek. Wśród widm podniósł się szmer, jakby tunel wypełnił rój pszczół.
Szaman pochylił głowę, nic nie mówiąc.
Timur zdjął plecak. Nagle sobie o nim przypomniał. Gdy pierwszy szok minął, uświadomił sobie, jak bardzo jest spragniony. Duszkiem wypił pół butelki wody. W świetle widm widział w plecaku pogniecione kanapki. Coś błysnęło na samym dnie plecaka. Student wydobył z niego telefon ze zgniecionym ekranem. Nacisnął boczny przycisk, lecz urządzenie nie działało.
— Jak jest po… po drugiej stronie? — odezwał się niepewnie, a widma umilkły.
— Nie wiemy tego. Nigdy na nią tak naprawdę nie przeszliśmy — odrzekł cicho starzec.
— Dlaczego? — zapytał Timur, przez którego głowę przebiegła pełna grozy myśl o niekończącym się uwięzieniu w takiej formie, jak stojące przed nim duchy.
— Nie pożegnano nas. I my także nie zdążyliśmy się pożegnać — brzmiała gorzka odpowiedź.
— Pożegnano? Przecież… jesteście… byliście najeźdźcami. Czytałem o tym. Tutejsi się tylko bronili — powiedział Timur ostrożnie, ale i z pewnym wyrzutem.
Zapadło milczenie, przerywane głuchymi pomrukami wojowników. Student wypuścił z siebie długie westchnienie. Chciałby zadać jeszcze wiele pytań, ale każda chwila w zmęczonym, żywym ciele zaczęła mu ciążyć. Był wyczerpany, tak bardzo wyczerpany…
— Czy mogę stąd wyjść? — odezwał się w końcu. Było to pierwsze rzeczowe pytanie, jakie przyszło mu do głowy.
— Wyjść tak. Ale odejść jeszcze nie — brzmiała odpowiedź starca. Na jego znak wojownicy uformowali dwuszereg z przejściem pośrodku.
— Ona wskaże ci drogę — dodało widmo, podnosząc rękę w kierunku niknącego w ciemności tunelu.
— Ona? Czy były wśród was ko… niewiasty? — zapytał Timur.
— Zemsta grodu. Ofiara, lecz nie dobrowolna. Dlatego pozostała z nami.
Timur, nie zadając już więcej pytań, ruszył przed siebie w milczeniu, mijając cienie Tatarów. Podniósł głowę, patrząc na to, z czego był uformowany tunel. Wyglądał na bardzo stary, lecz chyba nie tworzyła go materia. Ale dlaczego nikt tu wcześniej nie trafił? Pokolenia archeologów badały Sandomierz nie raz, nie dwa…
Pogrążał się znów w ciemności, gdy duchy zostały za nim, a ich blask stopniowo niknął. Zatrzymał się na chwilę w miejscu, myśląc szybko. Znów szedł w nieznane w ciemności… może widma chciały jego zguby? Nowy towarzysz po tylu wiekach — pomyślał z przekąsem.
Nagle poczuł pod butami plusk wody. Wzdrygnął się, gdy wypełniła mu buty. Prędzej spodziewał się nagłego zawalenia murów niż takiej pułapki. Przyklęknął, zanurzając rękę. W tym miejscu woda miała tylko kilkanaście centymetrów, lecz wystarczyło że przesunął się o krok, a głębokość wzrosła.
Powstał zrezygnowany. Odwrócił się w stronę z której przyszedł, gotów zawrócić. Nawet jeśli duchom się to nie spodoba, nic nie mogą zrobić? Chyba nie potrafiły oddziaływać na świat materialny? Przez chwilę się zastanowił, co by było, gdyby spróbował ich dotknąć. Chociaż… chyba już to zrobił, lądując w tej zimnej mgle.
Już wyciągał nogę z wody, wytrząsając wodę z buta, gdy znów ujrzał przed sobą źródło światła. Tym razem dużo mniejsze, lecz jakby silniejsze niż hordy tatarskich wojowników. Stopniowo gęstniało, koncentrowało się, przybierając postać kobiety w białej szacie, z błękitną narzutą i rozpuszczonymi płowymi włosami. Timur wyprostował się. Przez myśl mu przeszło kiełkujące podejrzenie, kim mogła być niewiasta, o której wspominał starzec.
Pochylił głowę w ukłonie. Kobieta, od której biła jasnoniebieska poświata, patrzyła na niego smutno.
— Pani jest… Haliną Krępianką? Córką Piotra?
— Oto ja — odrzekła dźwięcznym głosem, któremu towarzyszyło echo w tunelu.
— Myślałem, że jesteś wolna. Ocaliłaś miasto.
— Ocaliłam, lecz nie dla siebie. I nie do końca tak, jak głosił lud — powiedział gorzko duch kobiety.
— Czy mogę pani… czy mogę wam pomóc? — zapytał Timur niepewnie.
— Póki żyjesz, tak. Ale nie byłoby to proste. Poza tym, nie jesteśmy tu sami. Przyszedłeś do nas, lecz nie my jedni jesteśmy zatrzymani w pół drogi.
Timurowi robiło się coraz bardziej żal. Nie tego się spodziewał po widmach, jeśli w ogóle zastanawiał się nad tym, czy śmierć jest dopiero początkiem. Wyobrażał sobie, jeśli już, zwiewne, lekkie istoty, mogące przemieszczać się błyskawicznie w przestrzeni i czasie, wolne od potrzeb ciała. Wolne od świadomości nieuchronnego końca.
— Ja… zrobię co zechcesz, pani. Ale muszę wrócić… tam… — wskazał palcem w górę — choć na jeden dzień. Dowiem się więcej. Znajdę kogoś. Tylko proszę, powiedz mi, jak to zrobić — wyszeptał gorliwie.
Halina patrzyła na niego dłuższą chwilę. Podeszła bliżej, jeśli można tak nazwać miękkie sunięcie w powietrzu i wyciągnęła świetlistą dłoń. Chłopak podniósł swoją, nagle drżącą rękę. Ku jego rozczarowaniu przeniknęła ciało zjawy, pozostawiając jedynie poczucie igiełek chłodu. Usta obydwojga zacisnęły się w smutku. Ciszę przerwała kobieta:
— Ja nie mogę opuścić tego miejsca. Posłuchaj. Idąc dalej tym tunelem, powrócisz do świata. Oby wystarczyło ci tchu — przestrzegła.
Timur westchnął. Był bardzo zmęczony, a myśl o przepłynięciu przynajmniej kilkuset metrów napełniła go rozpaczą.
— A jeśli nie wrócę?
— Powrócisz tutaj w formie, jaką widzisz przed sobą. Wiem, że także z czymś się nie pogodziłeś, nie pozwoliłeś czemuś odejść.
Timur już otworzył usta, lecz po chwili je zamknął. O co chodziło, skoro i ona to wyczuła? Nie mówiąc już nic, odwrócił się i wszedł do wody. Ruszył przed siebie oddychając głęboko, łapiąc jak najwięcej powietrza, zanim tafla zamknie się nad jego głową. Za każdym razem, gdy lodowata woda sięgała coraz wyżej jego ciała, wydawał z siebie syki. Postać Haliny została za nim, lecz widział bijący od niej blask, oświetlający mu drogę jeszcze przez jakiś czas.
Woda podnosiła się stopniowo, sięgając mu do kolan, potem do pasa. Szedł szybko, nie chcąc mieć czasu na strach. Woda stopniowo zmieniała zapach z metalicznego, zatęchłego na bardziej mulisty. Jego stopa osunęła się nagle w dół, gdzie nie zdołał namacać już powierzchni. Ledwo zdążył wstrzymać oddech, gdy znalazł się pod powierzchnią w absolutnej ciemności.
Panika, ucisk w płucach i poczucie utraty orientacji przeniknęły go jak lodowate płomienie. Machając rękami wyczuwał boki tunelu, pokryte oślizgłym nalotem. Timur zacisnął usta z całych sił, próbując utrzymać choć trochę powietrza. Odepchnął się nogami od ściany, płynąc na ślepo przed siebie. W każdej chwili spodziewał się uderzenia w jakąś przeszkodę. Nie chciał nawet myśleć, ile mu zostało do końca trasy, czy w ogóle jest wyjście, czy duch Haliny Krępianki nie chciał go przypadkiem zgubić. Na przemian otwierał i zamykał oczy drażnione zimną, brudną wodą, lecz nie robiło to żadnej różnicy — nie widział absolutnie nic.
Płynął mechanicznie do przodu. Po ciągnących się w nieskończoność chwilach, gdy każdy jego mięsień zaczął się boleśnie kurczyć w proteście, a nasiąknięte ubrania wraz z plecakiem ciążyły ku dołowi, akurat wtedy, gdy z ust Timura wydobyły się bąble powietrza, jego ręce zanurzyły się w czymś miękkim.
Otworzył oczy, widząc przed sobą tym razem nie nieprzeniknioną czerń, a odcienie głębokiej szarości. Czuł smagające go w twarz drobinki mułu. Ostatkiem sił uniósł głowę. Gdzieś nad nim majaczyło lustro wody, falujące, z szybko przesuwającymi się drobnymi gałązkami. Machnął rozpaczliwie nogami, płynąc w górę.
Pierwszy haust powietrza uderzył mu do głowy jak narkotyk. Otwierał usta, wypluwając wodę i oddychając tak głęboko, jak chyba nigdy w życiu. Prąd szybko znosił go ku brzegowi. Timur poczuł pod nogami cudownie stały grunt. Szedł jak obłąkany, brodząc w mulistej brei. Z jego ubrania i plecaka wyciekała z głośnym chlupotem woda. Wdrapał się na brzeg porośnięty zeschłą trawą i trzcinami i upadł na bok, całkowicie wyczerpany. Kręciło mu się w głowie. Jego dłonie zacisnęły się kurczowo na jakichś kępkach, bo czuł się tak, jakby cały świat falował. Miał siłę pomyśleć tylko o tym, że jest noc.
Długi czas leżał w całkowitym bezruchu, dysząc jak wyrzucona na brzeg ryba. Pragnął tylko, by nikt go nie zauważył i niczego od niego nie chciał. W końcu powoli zdjął ekwipunek i odwrócił się na plecy. Widział nad sobą rozgwieżdżone niebo. Oddychał rześkim, nocnym powietrzem, co po takim czasie było jak zrzucenie nieuświadomionego ciężaru. Żył. Wyszedł jakoś z sytuacji, o której nie wyobrażał sobie nikomu powiedzieć.
Gdy z wolna przychodził do siebie, skupił się na tym, co słyszy. Leżał na brzegu rzeki, ale w którym miejscu? Z daleka dochodził co jakiś czas szum samochodów, pojedyncze roześmiane głosy. Opanowując fale słabości, Timur uniósł się na łokciach. Po swojej prawej stronie widział jedynie niknące w ciemności migoczące lustro wody i zarośla przy brzegu. Gdy odwrócił się w lewo, niemal westchnął ze zdumienia, dostrzegając oświetloną bryłę sandomierskiego zamku i wstęgę mostu nad rzeką. A zatem nie opuścił miasta i był przy bulwarach, całkiem niedaleko miejsca, skąd wyruszył.
Wystarczyłoby, by przeszedł przez bulwar, następnie drogą koło zamku królewskiego i wspiął się ulicą Zamkową, gdzie tuż za rynkiem znajdował się hotel Sędomir, w którym miał wynajęty pokój. Z ciepłym, przytulnym łóżkiem… z laptopem, jego jedynym dostępnym narzędziem z dostępem do internetu. Spacer nie byłby długi, a jednak Timur na myśl o nim czuł ból wszystkich mięśni i pulsowanie złamanego nosa.
Zajrzał do przemoczonego plecaka. Mimo że była noc, z oddalonych o kilkadziesiąt metrów latarni dochodziło wystarczająco dużo światła, by ocenił stan ekwipunku. Ze smutkiem spojrzał na zbitą masę w połyskującej folii, będącą kanapkami jeszcze kilka godzin temu. Portfel był w swojej zasuwanej kieszonce. W przeciwieństwie do telefonu, teraz już z pewnością bezużytecznego, mógł mu się jeszcze bardzo przydać. Tak samo jak kluczyk do pokoju.
Timur wstał, drżąc na całym ciele z powodu mokrych ubrań i ogromnego zmęczenia. Ruszył powoli do przodu, wychodząc z zarośli na brukowaną kostkę. Zapewne wyglądam jak ofiara przegranego zakładu lub imprezy stulecia — pomyślał, gdy przechodząca nieopodal para na jego widok wyraźnie przyspieszyła kroku.
Szedł wytrwale pod górę obok zamku, co jakiś czas przystając dla złapania tchu. Zostawiał za sobą mokre ślady i szlak kropelek cieknących mu wciąż z rękawów i nogawek. Ulice były prawie puste, musiał być środek nocy, ale co jakiś czas kogoś mijał i był właściwie wdzięczny, że nikt nie zapytał, co się stało. I tak by nie uwierzył.
Gdy bryła hotelu ukazała się na horyzoncie, pomyślał o przeżytych wypadkach. Chłód widm, groza zapomnianych lochów. Kara jaką duchy Tatarów poniosły za czyny popełnione za życia… i Halina Krępianka… jej młody, a tak smutny głos… to uczucie, gdy jego żywa dłoń przeniknęła jej niematerialną… wiedział, że musi tam wrócić. Gdy odpocznie, przygotuje się, przeczyta więcej. Może uda mu się im pomóc, uwolnić je? Miał wrażenie, że nie zapytał ich w ogóle o to, co najważniejsze. Z drugiej strony, dotąd uważał takie historie za uroczą, lecz naiwną bajeczkę dla śmiertelników.
Przystanął pod hotelem, otrząsając się starannie. Wziął plecak w rękę i przełożył palcami grzywkę na bok w nieco desperackiej próbie nadania sobie przyzwoitego wyglądu. Ktoś przecież musiał być na recepcji, a ostatnie na co miał ochotę, to tłumaczenie się ze swojego stanu. Poza tym, sprawa uszkodzeń w korytarzu trasy turystycznej zapewne była już gdzieś zgłoszona, a zaginięcie uczestnika tym bardziej — pomyślał ze zgrozą. Starając się resztkami sił utrzymać wyprostowaną postawę, wszedł na hol.
— Przepraszam, czy wszystko w porządku? — zapytała zaskoczona młoda recepcjonistka, unosząc głowę znad monitora. Timura przeszedł dreszcz.
— Muszę się przebrać. Jakaś niewychowana młodzież… oblała mnie wodą — mruknął, zaskoczony własną improwizacją. Nie czekając na odpowiedź nacisnął przycisk windy, która na szczęście była zatrzymana na tym poziomie.
Ciche westchnienie wyrwało się z jego ust, gdy zobaczył się w odbiciu lustra kabiny. Przemoczony, z plamami błota na ubraniu, z podpuchniętym, skrzywionym nosem i cieniami pod oczami. Aż przyjrzał się sobie, czy przypadkiem nie robi się przezroczysty. Pod opadającymi powiekami wyskakiwały mu znikąd iskierki. Lekko chwiejnym krokiem do drzwi pokoju i wygrzebał kluczyk z plecaka. Nawet nie włączył światła. Runął na łóżko, zasypiając natychmiast.Rozdział 3
Nie miał nawet chwili, by się bać lub cokolwiek poczuć. Szybował wraz z płomieniami, obracany przez nie we wszystkie strony. Był czymś ciskanym do przodu przez rozszalały żywioł. Wreszcie nastąpiło mocne uderzenie w plecy, po którym strumień ognia nagle zniknął. Timur zawisł przez chwilę w powietrzu jak szmaciana lalka, po czym runął ciężko na ziemię. Nastała głucha cisza.
Leżał przez jakiś czas zdezorientowany, z pustką w głowie, jakby nagły rozwój wypadków usunął mu wszelkie myśli. W końcu zdobył się na jedną: najwidoczniej znów przeżył. I znów wszystko go bolało. Otworzył oczy, dostrzegając granitową ścianę grobowca. Majaczył na niej ciemny zarys krzyża. A zatem powrócił na cmentarz. Z pewnym trudem obrócił głowę. Nad nim było pogodne, nocne niebo, pokryte gwiazdami, bladymi z powodu miejskiej poświaty. Kilka jakby mrugnęło do niego.
Ubranie Timura lekko parowało, jakby je dopiero założył, wyprasowane, wilgotne. Chyba ognista pożoga nie wyrządziła mu krzywdy, chociaż uderzenie plecami odczuwał dotkliwie. Nie chciał jeszcze wstawać. Starał się głęboko oddychać, rozluźnić spięte ciało. Wszystko wskazywało na to, że chociaż nie zrobił nic w kierunku rozwiązania sprawy Tatarów, to zupełnym przypadkiem pomógł innej grupie duchów. A więc… było to możliwe. Przepełniła go radość.
Po dłuższej chwili powoli usiadł, mimo wszystko nie chcąc, by ktoś go zobaczył leżącego na wznak na cmentarzu. Miejsce wydawało się puste, zarówno jeśli chodzi o ludzi, jak i jakiekolwiek widma. Gdy Timur podniósł głowę, zobaczył grobowiec, do którego wszedł. Części płyty leżały na ziemi, mocno ukruszone, a alejka była usiana grudkami ziemi. Na ten widok poczuł niepokój. Musiał trochę posprzątać, by nikt nie zainteresował się tym miejscem…
Jęknął cicho gdy wstał, trzymając się najbliższego grobu. Uznał, że znów i tak nie zapłacił drogo za kolejny pomysł, którego nie umiał racjonalnie wytłumaczyć. Rozejrzawszy się jeszcze raz, nachylił się nad starą mogiłą, wyjął latarkę z kieszeni i zaświecił w dół. Tym razem zobaczył zwykłą ziemię metr niżej, porośniętą drobnymi roślinkami i gdzieniegdzie naruszoną przez jego przejście. Zatem portal, wrota czy cokolwiek tam było — już zniknęło.
Oglądał jeszcze przez chwilę grobowiec, nie dostrzegając — ani nie wyczuwając — niczego nadzwyczajnego. Chociaż najwyraźniej nie spędził wiele czasu tam, gdzie to miejsce prowadziło, to gdy pamięć ryku płomieni zaczęła się zacierać, zaczął czuć zmęczenie i głód. W ciągu kilkunastu minut, robiąc sobie częste przerwy, zgarnął z alejki ziemię i piach i zsypał je do grobu. Na koniec spróbował podnieść połowę płyty, lecz nie udało mu się. Przydałby się ktoś do pomocy, ale Timur wolał zanurkować do Wisły, niż przyznać się komuś tutejszemu co się stało. Z westchnieniem rozczarowania przysunął części płyty jak najbliżej nagrobka. Przeklinał każdy zgrzyt marmuru, nie chcąc ściągać niczyjej uwagi.
Oparł ręce na kolanach, dysząc cicho. Na ten moment nie mógł już więcej zrobić. Przynajmniej miejsce było dość zaciszne, oddalone od rynku i jego zabytków. Popatrzył jeszcze raz na zarośnięty mchem wizerunek trupiej czaszki z piszczelami. Co miał znaczyć ten ponury symbol na miejscu wiecznego spoczynku? Czy był tu niegdyś dół, do którego wrzucono poległych radzieckich żołnierzy? Pytań przybywało w lawinowym tempie, a jemu zostało kilka dni w mieście…
Timur wolnym krokiem opuścił cmentarz i ruszył w drogę powrotną do hotelu. Przynajmniej wyglądam jak człowiek, a wydawało mi się, że ogień jest gorszy niż woda — pomyślał. Gdy dotarł w okolice parku Piszczele, spojrzał jeszcze raz w stronę tajemniczego domu, na który zwrócił wcześniej uwagę. Chociaż pragnął jedynie przyłożyć głowę do poduszki, to postanowił, że tylko spojrzy na budynek. W świetle latarni wspiął się dość stromą uliczką, by po chwili stanąć przed dwupiętrowym, ceglanym gmaszyskiem. Musiało być niegdyś okazałe, czego dowodziły łuki nad oknami i eleganckie, choć przerdzewiałe balkony.
Okna na piwnicznym poziomie były wybite i częściowo zasłonięte przybitymi, spróchniałymi deskami. Nie stanowiłyby problemu do wyłamania.
Timur obejrzał się. Kamienice starego miasta były już stąd widoczne, podobnie jak katedra. Popatrzył w zionące ciemnością otwory i wyczuł coś w najniższych kondygnacjach domu. Lecz to było jakieś inne, mniej błagalne czy pełne bólu, lecz… złe, zionące żądzą zemsty. Wzdrygnął się. Zacisnął zdecydowanie pięści.
— Nie dziś — powiedział sobie cicho.
Stał jeszcze chwilę, targany wewnętrzną rozterką, po czym odwrócił się i niemal biegiem ruszył znajomą mu drogą, wiodącą do hotelu.
Z ulgą powitał widok przytulnego, cichego pokoju. Po wypiciu chyba połowy butelki wody naraz położył się na łóżku. Telefon pokazał pierwszą w nocy. A zatem całość zajęła kilka godzin — pomyślał, walcząc z klejącymi się powiekami. Po chwili odpuścił i spróbował zasnąć, chociaż plecy miał boleśnie obite a w głowie nadal zdawał się słyszeć szum ognia. Poza tym nie mógł się opędzić od widoku domu za Piszczelami. W nim też coś musiało być uwięzione, ale nie chciał tym razem iść tam sam.
Prawdę mówiąc, już od rozmowy z matką kiełkował w nim pewien pomysł, chociaż nie miał pojęcia, czy w ogóle wykonalny. Jakby ściągnąć do kraju dwie ciotki, lub przynajmniej jedną z nich… Echo jego chichotu rozbrzmiało w ciemnym pokoju, gdy wyobraził sobie panie w średnim wieku idące za nim do podziemi, potykające się o swe kolorowe suknie. Tak czy inaczej, powinien nawiązać kontakt. Nie mogąc wciąż zmrużyć oka mimo zmęczenia, sięgnął po telefon. Wpisał w wyszukiwarkę WhatsAppa numer ciotki Khadiji, ponieważ nie miał pojęcia, jak to jest z kosztami zagranicznych połączeń.
Po chwili wyświetlił się mały krążek zdjęcia pani w okularach przeciwsłonecznych i kapeluszu, na tle jakiejś soczystej zieleni, zapewne w winnicy. Timur uśmiechnął się lekko. Nie wyglądała na domatorkę i najwidoczniej mogłaby sobie pozwolić na małą wycieczkę…
Już zaczynał pisać: dzień dobry, z tej strony Timur… gdy przypomniał sobie, że ciocia z pewnością nie zna polskiego. Postawił na krótkie powitanie po angielsku i prośbę o rozmowę. Pani Khadija była aktywna 7 godzin temu, więc i tak nie liczył na szybką odpowiedź. To samo chciał zrobić z ciocią Zeynep z Turcji, lecz jej numer nie pokazał się na liście WhatsAppa. Timur postanowił, że najprościej będzie, jeśli jedna siostra ojca przekaże drugiej wszystkie informacje. Choć nie zamierzał się z niczym kryć, przynajmniej przed nimi, to nie miał pojęcia, jak zareagują na to co go spotkało. Odłożył telefon i zasnął.
Następnego ranka, po szybkim doprowadzeniu się do porządku i lekkim śniadaniu, udał się po raz kolejny na starówkę. Chciał obejrzeć tym razem rejony katedry, błonia pod Collegium Gostomianum i może Wąwóz Królowej Jadwigi, lecz pierwsze kroki skierował ku wejściu do Podziemnej Trasy Turystycznej. Miał nadzieję, że nikt go z niczym nie powiąże ani też nie sprowokuje kolejnych wypadków. W świetle kolejnego, wyjątkowo upalnego dnia wspomnienie dwóch wypraw do świata duchów znów zdawało się wspomnieniem snu. Albo i snu we śnie.
Starał się iść swobodnie. Chociaż dokładnie obejrzał się przed lustrem i poza opuchniętym nosem nie miał żadnych widocznych efektów ostatnich przeżyć, to czuł się jak poszukiwany. Mógł być nawet wdzięczny, że w tłumie turystów, często z innych krajów, nie rzucał się tak w oczy. Przystanął przy Kamienicy Oleśnickich, gdzie znajdowało się wejście do podziemnych piwnic. Atrakcja funkcjonowała już normalnie, widział tę samą przewodniczkę co na własnej wycieczce, która właśnie zliczała kolejnych chętnych. Grupa zaczęła schodzić w dół i zniknęła Timurowi z oczu.
Zacisnął usta, ni to z rozbawienia, ni to z gniewu. Powróciła do niego myśl, co by się stało, gdyby nie udało mu się wówczas uratować. Zniknąłby bez wieści, zapewne nawet znalezienie jego szczątków byłoby niemożliwe. Odwrócił się zdecydowanym krokiem i ruszył w stronę budynku ratusza. Upał zaczął mu się dawać we znaki, lecz obiecywał sobie, że odpocznie w cieniu katedry. Wtedy usłyszał powiadomienie z telefonu.
Serce zabiło mu szybciej, gdy zobaczył dymek powiadomienia od ciotki. Napisała, po przetłumaczeniu: witaj, kochany. Bardzo mi miło otrzymać od ciebie wiadomość. Czy masz teraz czas?
Najwidoczniej jest całkiem sympatyczna — pomyślał. Odpisał szybko, że tak. Skierował się w stronę Iluzjonu, gdzie kusiły rozstawione na rynku parasole i gdzie mógłby porozmawiać przy jakimś chłodnym napoju. Miał nadzieję, że jego angielski wystarczy do przedstawienia sytuacji, bo pewnych słów zdecydowanie nie używał na co dzień. _Souls… spirits… undergrounds… afterlife…_ — myślał szybko, wygrzebując z pamięci kolejne zwroty.
Zaledwie zdążył złożyć zamówienie, odezwał się dzwonek połączenia. Z dreszczem ekscytacji, ale i niepewności dotknął ikony zielonej słuchawki.
Na ekranie ukazał się widok pani w okolicach pięćdziesiątki, z dużymi brązowymi oczami i czarnymi włosami z pasmami siwizny. Za plecami miała białą ścianę ze zwisającym bluszczem.
— _Dzień dobry _— odezwał się Timur na próbę. Nie chcąc czegoś przekręcić, włączył automatyczne tłumaczenie tekstu.
— _Timur, kochany, czy widzimy się i słyszymy?_ — zapytała Khadija dźwięcznym altem.
— _Tak, ciociu, wszystko w porządku_ — zapewnił.
— _Ale ja ciebie nie widzę, a bardzo bym chciała_ — uśmiechnęła się.
Timur z lekkim ociąganiem włączył kamerkę.
Khadija patrzyła na niego przez dłuższą chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, w której student dostrzegł jednak cień smutku.
— _Cały tata_ — powiedziała w końcu z dumą. — _Tak dawno cię nie widziałam, nie wiem czy byłoby to możliwe tak łatwo. Jest mi bardzo miło, że się odezwałeś. Co to za piękne miejsce?_
— _Sandomierz. Jestem tu na wycieczce. Chciałem porozmawiać o tym, co mi się przydarzyło. Ale najpierw… cię poznać._
Ciotka pokiwała głową z uśmiechem satysfakcji.
— _Cieszę się, że masz swój rozum. Ja niewiele mam do powiedzenia, mieszkam tu w Plymouth z partnerem._ _Dużo podróżowaliśmy, ostatnio trochę mniej, ale i tak uważam, że jest dobrze_.
Timur zastanowił się przez chwilę, co oznaczała uwaga o własnym rozumie. Miał pewne przypuszczenie, ale musiał odłożyć to na później.
— _To super. Myślę, że masz bardzo ciekawe życie. Ja jestem po pierwszym roku studiów magisterskich i piszę pracę o najazdach Tatarów, między innymi na to miasto, w którym jestem_.
Czoło ciotki na jedno uderzenie serca lekko się zmarszczyło, a uśmiech przygasł. Timur uznał to za dobry znak — może dziedzictwo także nie było jej obojętne?
— _Jesteś ambitny, bardzo ambitny. Gratuluję. I zapewne konkretny z ciebie chłopak. Więc… może powiesz teraz, o co chodzi?_
Timur nabrał powietrza. Wspomnienie wszystkiego, co się stało jeszcze raz rozbłysło mu pod powiekami.
— _Ja… miałem ostatnio dziwne wypadki. W trakcie zwiedzania podziemi odłączyłem się od grupy i trafiłem do miejsca, gdzie były… duchy…_ _Tatarów sprzed wieków i kobieta z legend. Ona jednak istniała naprawdę. Wróciłem do naszego świata, wypływając w rzece. Kolejnego wieczoru coś mnie podkusiło, by iść na pewien cmentarz i gdy zajrzałem do grobu, wpadłem do kolejnego… miejsca? świata? gdzie były widma radzieckich żołnierzy. Udało mi się je uwolnić, wzniecając kulę ognia na ich kościach…_
Urwał, czując jak na policzki wpełza mu rumieniec. Opowiadanie tego cioci, ale tak naprawdę obcej osobie w świetle dnia było tak surrealistyczne, że musiał zrobić przerwę. Miał wrażenie, że przytacza sceny z mocno zakrapianej imprezy. Z pewnością brzmiało to jak bajki kogoś, kto zdecydowanie wziął czegoś za dużo.
Khadija słuchała bez słowa, choć wydawała się poważnie zaniepokojona. Zmarszczyła brwi i zaplotła palce.
— _I ten ogień mnie zagarnął i wyrzucił z powrotem na cmentarz. Nic mi nie zrobił. Jeszcze zanim wróciłem do hotelu, to trafiłem na taki dziwny, opuszczony dom, gdzie znowu coś wyczułem. Chyba też duchy, ale inne, bardziej… złe. Co wieczór mnie coś ciągnie do takich miejsc. Co się dzieje? _— zakończył zapytaniem, na które chyba nikt nie umiałby mu odpowiedzieć. Rozejrzał się dookoła, patrząc uważnie, czy nikt go nie podsłuchuje. Chyba nikt z sąsiednich stolików nie zwracał uwagi na treść rozmowy, chociaż czasem czyjaś głowa się obróciła, słysząc angielski.
Ciotka nadal milczała, przygryzając wargi.
—_ Czy mnie słychać?_ — zapytał Timur na wszelki wypadek. Rozmówczyni szybko pokiwała głową.
— _Mówiłeś o tym mamie?_ — zapytała w końcu.
— _Nie, w życiu!_ — wypalił. Jeśli chodziło o takie sprawy, byłaby ona ostatnią osobą na świecie, której przyznałby się do czegoś takiego.
— _Cóż… posłuchaj, ja ci wierzę. Nie mam takich doświadczeń, ale siostra tak. Trudno się będzie z nią porozumieć, bo nie przepada za nowinkami technicznymi, ale spróbuję. Nigdy nie chciała powiedzieć, co kiedyś widziała w katakumbach._
Twarz Timura niemal groteskowo rozluźniła się z ulgi. Fakt, że poznana praktycznie od zera ciotka przyznała, że coś takiego może się przytrafić, napełnił go energią. Druga ciocia Zeynep i katakumby gdzieś w Turcji… brzmiało to obiecująco.
— _Myślałem, że coś mi się złego dzieje… nawet ciocia nie wie, jakie to dla mnie ważne _— odpowiedział z wdzięcznością._ — Ja chciałbym tam wejść, do tego domu, ale tym razem nie sam. Czy dałaby ciocia radę przylecieć do Polski? Niekoniecznie do mnie do domu, ale tu, gdzie teraz jestem._
Khadija uśmiechnęła się smutno. Wyciągnęła głowę do przodu, zapewne zerkając na kalendarz.
— _Tak z dnia na dzień to niestety nie. Muszę kilka rzeczy sprawdzić i się odezwę. Byłoby bardzo ciekawie cię poznać na żywo. Tylko nie wchodź tam, gdzie mówisz. Jak już raz komuś pomogłeś, to pozostałe będą się naprzykrzać. Wieczory są najgorsze. Zeynep była młodziutka jak to się jej stało, teraz ma męża i pięcioro dzieci, w tym troje dorosłych i chyba ma spokój. Ale nie dopytywałam. Trochę się… różnimy_ — zakończyła z przekornym uśmieszkiem.
— _Ja wracam za kilka dni. Dobrze, będę grzeczny_ — uniósł dwa palce przed kamerkę.
— _Cieszę się. Damy radę_ — puściła oko. — _Muszę już kończyć, ale w razie czego pisz do mnie._
— _Oczywiście. Bardzo dziękuję za rozmowę, będę jeszcze dawać znać. Mam nadzieję, że do zobaczenia._
Połączenie zakończyło się. Timur spojrzał machinalnie na swojego drinka, w którym zdążył rozpuścić się cały lód. Czuł się lekko oszołomiony ilością informacji. Druga ciotka też przeżyła coś takiego… ma jakieś rodzeństwo cioteczne… jest szansa na spotkanie… — echa najważniejszych wątków wibrowały mu z głowie. I najważniejsze — Khadija nie wyśmiała go, chociaż opowieść brzmiała jak stek bzdur.
Wieczory są najgorsze… tak, rzeczywiście — przypomniał sobie ten wczorajszy. Coś w rodzaju niepowstrzymanej ochoty, by wyjść w ciemną noc i być wiedzionym jakimś instynktem ku nowym przejściom do podziemnych światów. Niczym gorączka lub pragnienie, które może ugasić tylko jedno. Chociaż było dopiero przedpołudnie, myśl o kolejnym wieczorze napełniła go niepokojem.
Kilka chwil później, dopiwszy drinka, ruszył szybkim krokiem w dół starówki. Gdy zobaczył schody, z których rozciągał się widok na Wisłę i most, bez wahania się tam skierował. Miał nadzieję, że ruch poukłada mu myśli.
Dobrze… jakoś przetrwam te ostatnie dni tutaj, coś ruszę z pierwszym rozdziałem i wracam do domu. Może złapię jakąś pracę w restauracji. Do października daleko. Jakby ciocia przyleciała w tym czasie, to wrócimy do Sandomierza. Razem sprawdzimy ten cały dom i może coś poradzimy z tamtymi Tatarami… — układał sobie w głowie, gdy schodził po schodkach, przyjemnie ocienionych drzewami.
Druga ciotka… o ironio, mogłaby być bardziej pomocna, ale nie będzie chyba ryzykował życiem statecznej matki pięciorga dzieci. Ona sama pewnie też by nie chciała. Nie miał pojęcia jak wygląda Zeynep, ale miał mgliste wyobrażenie statecznej pani w hidżabie, po której nikt by się nie spodziewał, że przeżyła w życiu cokolwiek nietypowego.
Ojciec — Damir Almasow — zmarł blisko piętnaście lat temu. Timur nie miał z nim wielu wspomnień, ale tych kilka, gdy siedział mu na kolanach, a ten opowiadał o jakichś dalekich krajach, starożytnych tradycjach i tłumaczył mu jakieś dziwne języki, utkwiło twardo w pamięci. Tak jak i zacięta twarz matki, gdy starała się być silna i nie uronić nawet łzy, gdy go zabrakło. Ponoć to ojciec przeforsował imię Timur. Matka zwykle używała Tymusia lub Tymonka, bardziej po polsku. Nie miał też pojęcia, jak i kiedy dostał jej panieńskie nazwisko. Bo by cię palcem pokazywali — tłumaczyła.
Rozmyślając o rodzinie, dotarł na błonia pod budynkiem Collegium Gostomianum. Idąc przez nie w stronę giełdy, mijał końskie odchody i poryte kopytami połacie ziemi. Zapewne niedawno odbyła się tu jakaś impreza historyczna. Chciał popatrzeć trochę na miasto, którego najokazalsza część była widoczna właśnie stąd. Przykucnął na chwilę, kontemplując widok.
— To nie wasza pora — mruknął, przenosząc wzrok ku ziemi.
Reszta dnia upłynęła mu na leniwym krążeniu wśród zabytków. Najwięcej czasu spędził w katedrze, gdzie szczególną uwagę poświęcił freskom bizantyjsko-ruskim. Timur wiedział także, że są tutaj katakumby, ale nie wyczuł na miejscu niczego niepokojącego.
Chyba, że przyszedłem w niewłaściwym czasie — pomyślał z przekąsem.
Nieco później przeszedł się do Wąwozu Królowej Jadwigi. Połowę trasy już znał. Ulicę Staromiejską pokonał przecież wczoraj, lecz zamiast iść prosto, skręcił w lewo za winnicą. Po spacerze w pełnym słońcu z ulgą przywitał cień drzew i bijący z ziemi lekki chłód. Spojrzał na zachód, gdzie musiał być cmentarz, który odwiedził wczoraj oraz dziwny dom obejrzany w nocy. Uświadomił sobie, że w ciągu tych kilku dni właściwie poznał większość najstarszych części miasta i że wszystko jest naprawdę zdumiewająco niedaleko od siebie. Przynajmniej, gdy jest wypoczęty i nie ma za sobą ucieczek z dziwnych wymiarów.
Spacerował wąwozem, oglądając pokryte rzadką roślinnością lessowe skały. Wystarczył dotyk dłoni, by ta pokryła się żółtawym pyłem. Nasunęły mu się myśli, jak łatwo byłoby tu coś zakopać, lub jak łatwo ziemia mogłaby coś oddać. Coś, co tkwiło w niej od bardzo dawna… Lecz tu także chyba nie czaiły się niespodzianki. Miał też zdecydowanie za dużo świadków — co chwilę mijali go turyści, w większości rodziny z dziećmi, szukający odrobiny cienia. Timur pomyślał, że wszelkie widma zdecydowanie bardziej wolą spotkania sam na sam.
Krążył po mieście do osiemnastej, starając się odwlec powrót do pokoju. Kupił kilka nowych pamiątek dla mamy i jej koleżanek oraz przewodnik po angielsku dla cioci. Wysłał jej kilka zdjęć ze spacerów, na co szybko dostał w odpowiedzi minkę wyrażającą zachwyt. Chętnie zapytałby jej, czy kontaktowała się już z siostrą, ale w końcu odłożył to na później. Gdy słońce w końcu zaczęło zachodzić, pławiąc rynek w bajecznym, złotawym świetle, wolno skierował się do hotelu. Bolały go nogi i plecy. Miał nadzieję, że kąpiel pomoże, ale bardziej od wszelkich fizycznych pamiątek przeżytych przygód obawiał się kolejnego „kuszenia”, jak nazwał to pragnienie wyruszenia do tajemniczych przejść.
Zamknął się w pokoju na klucz i usiadł na łóżku. Czuł, że się zaczyna. Chwilę patrzył w okno. Cienie powoli się wydłużały, napełniając go niepokojem. Musiał czymś zająć głowę, a jego promotor zapewne podsunąłby mu mnóstwo pomysłów, w tym rozbudowanie pierwszego rozdziału pracy…
Nie miał jednak weny na sporządzanie na laptopie kolejnych przypisów. Wstał i zdecydowanym ruchem wrzucił klucz do pokoju za łóżko, Musiałby się sporo namęczyć, by go stamtąd wydobyć. Zatarł z zadowoleniem ręce. Może to go powstrzyma od wyjścia? Gdy jednak spojrzał mimowolnie w stronę okna, z którego bez wątpienia dałby radę bezpiecznie wyskoczyć, napełniło go przerażenie. Pobiegł do łazienki, gdzie nie było żadnych okien i wskoczył pod prysznic.
Szum płynącej wody nieco go uspokoił i rozluźnił obolałe mięśnie, ale i tak czuł się tak paskudnie, jakby złamał złożoną komuś obietnicę lub był spóźniony na ważne spotkanie. Objął rękami głowę, starając się odpędzić natrętne myśli. Złapał się na tym, że patrzy łapczywie w wirującą w odpływie prysznica wodę, jakby spodziewał się tam jakiegoś przejścia. Jeśli każdy wieczór miał odtąd tak wyglądać, to chyba oszaleje. A co z zimą, gdy zmrok zapada przed szesnastą?
Stał pod prysznicem zdecydowanie za długo, jak na zwykłą kąpiel. Pomyślał z lekką desperacją o jeszcze jednym rozwiązaniu. Owinięty w szlafrok zasiadł przy biurku, zasuwając szybko zasłony, gdzie mieniły się granatowe chmury resztek dnia. Zadzwonił znów do ciotki. Sama wspomniała o tym, że wieczory są najgorsze…
Dzwonek połączenia rozbrzmiewał w pokoju zdecydowanie zbyt długo. A może mu się tak zdawało? W międzyczasie popił szybko Apap trzymany w szufladzie biurka, chociaż wiedział, że nie o fizyczną dolegliwość tutaj chodzi.
— _Witaj. Co się dzieje? Czy coś się stało?_ — zapytała z niepokojem Khadija, której głowa była zawinięta w fioletowy ręcznik. Najwidoczniej sama dopiero wyszła z toalety.
— _Ciociu, mówiłaś o tych wieczorach. Znowu mam to uczucie, że muszę iść… do nich. Na razie nigdzie się nie chcę pchać. Dwa razy ledwo mi się udało_ — powiedział szybko.
— _Gdzie jesteś?_ — zadała równie szybkie pytanie.
— _W swoim pokoju, tym w hotelu…_
— _Bardzo dobrze. Zostań tu. Wiem, że to trudne. Nie da się tego pozbyć, póki nie skończysz sprawy z… tamtymi…_ — powiedziała ze smutkiem. — _Ja wiem, że chciałbyś usłyszeć coś innego. Ale rozmowa pomaga. Zawsze_ — dodała zamyślona.
— _To jest tak, jakbym był komuś coś winien. A chyba jestem, tylko nie mam pojęcia, jak to skończyć _— westchnął Timur, zaciskając dłonie.
— _Powiedz, jak spędziłeś dzień. Pomyślisz o czymś innym… bo z tymi… zjawiskami… to jak z mafią albo głodnymi gołębiami. Jednemu coś dasz, lub właśnie nie dasz, a uczepi się ciebie cała reszta._
Timur parsknął krótko śmiechem, chyba pierwszy raz od południa. Opowiadał prawie godzinę, przypominając sobie wszystkie szczegóły, nawet te absurdalnie dokładne. Gdy się w końcu rozłączył, poczuł, że jest jakby lepiej. Porobił jeszcze trochę pompek i przysiadów, by rozproszyć krążącą w nim energię. Położył się na łóżku dopiero, gdy natrętne pulsowanie w całym ciele osłabło, pozostawiając cień poczucia winy.