Zemsta Wieków - ebook
Czas nie zapomina, lecz czeka. Po wydarzeniach, które na zawsze odmieniły jego życie, Timur staje przed wyborem, którego nie sposób cofnąć ani odłożyć na później. Nieświadomie budzi dziecko, które powinno od wieków spoczywać w pokoju, a pewna góra okazuje się miejscem, w którym zemsta dojrzewa powoli. To opowieść o przekraczaniu granic, nie tylko tych widzialnych. O wyborach, które zmieniają człowieka, o konsekwencjach, które nie znają przedawnienia. Mroczna, hipnotyzująca i niepokojąco bliska.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-135-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nad Dwikozami szalała śnieżyca, tak gęsta, że Timur dopiero przed torami dostrzegł majaczący na wzgórzu kościół. Jechał wolno, pamiętając o fatalnej pogodzie. Nie chciał wylądować gdzieś w rowie, już pierwszego dnia przerwy międzysesyjnej. Ponadto obok siedziała Ania, którą zgarnął z jej rodzinnego Linowa.
— Dalej to liczysz jako urodzinową atrakcję? — zapytał dziewczynę z przekornym uśmieszkiem. Właśnie skręcili w Zielną.
— Co poradzisz? Nawet twoja ciocia nie panuje nad pogodą, a ty dopiero wszystko pozaliczałeś — odpowiedziała, rozglądając się dookoła, choć naprawdę niewiele było widać. Tak niewiele, że Timur kilka minut wcześniej nie mógł jej pokazać Panieńskiej Góry, całkowicie przesłoniętej śnieżną kurzawą.
Od wydarzeń w Sandomierzu minęło nieco ponad pół roku. Był dziewiąty lutego, tydzień po urodzinach Ani, która przez cały czas przygotowywała się do poprawy matury. Dzisiaj tata skończyłby czterdzieści dziewięć lat — pomyślał Timur. Chciał odwiedzić wzgórze Salve Regina, gdzie Damir Almasow spoczął latem, ale zostawił to jako ostatni punkt wypadu. Niczego nie wynajmował ani nie wypożyczał. Planował ten dzień poświęcić na odwiedzenie kilku miejsc, które minionego lata zmieniły jego życie.
— No i dobrze się zgrało. Trzy w jednym — stwierdził, widząc na końcu drogi bezlistne drzewa Zieleńca, smagane wiatrem.
Zatrzymał Opla Corsę niedaleko za bramą z nazwą parku. Nie spodziewał się, że matka pożyczy mu samochód tak łatwo. Chyba te kilka miesięcy, gdy wynajmował pokój na mieście, pozwoliło jej trochę bardziej mu zaufać. Anna Lachowska, która zdecydowała się pozostać przy panieńskim nazwisku, miała w życiu jakąś interesującą fazę. Ku zdumieniu Timura zapisała się do Koła Gospodyń Miejskich, zaczęła uczęszczać na jogę, a w każdy piątek po pracy chodzić na basen. Po usunięciu z domu przeklętego flakonu z prochami męża, które w nieuświadomiony sposób ciążyły im obojgu, chyba chciała nadrobić stracony czas. Mógł jej tylko kibicować, choć już z wypracowywanego dystansu.
— Tu się zatrzymałem z ciocią i wujkiem, jak mieliśmy zebrać parę roślin. Tych, co były potrzebne — pokazał ręką drogę wiodącą za park. Ania przetarła rękawiczką szybę.
— Teraz to chyba nic nie odprawisz, wszystko uschło i pod śniegiem — zauważyła.
— Nie mam zamiaru. Rej będzie na pewno szczęśliwy, jak wrócę cało z ferii — zaśmiał się. — Ale i ty i mama lubicie pytać, co się działo na tamtej wycieczce. No to masz wizję lokalną.
— A właśnie. Jak tam się mama czuje? — zapytała, zwracając ku niemu głowę. Ślad po jej ręce na szybie zdążył znów zaparować.
— Dobrze. Ciocia miała rację, bez tych niepogrzebanych prochów jej lżej. Może nie jest typem, który padnie ci w ramiona i będzie dziękować przez łzy — uśmiechnął się krzywo — ale widać, że odżyła. I ciebie też polubiła.
— Ale tak sama w domu została…
— Co dwa tygodnie staram się wpaść do domu. Poza tym spokojnie, ma ją kto odwiedzać. Koleżanek nie brakuje — Timur przeciągnął się na siedzeniu. Perspektywa wyprostowania nóg stawała się kusząca, choćby oznaczała wyjście w śnieżycę.
— Jakbym się dostała do Warszawy, to byśmy się częściej widzieli. Ale ta matma to masakra — mruknęła Ania. Za fotelem miała plecak z paroma książkami, których jednak nie otwarła, od kiedy dołączyła do Timura.
— Też nie przepadałem, ale da się przeżyć… — powiedział Timur, wspominając naukę niezbyt lubianego przedmiotu i to jeszcze zdalnie, podczas pandemii.
— Jakbym miała tylko ją na głowie. Idziemy? — zapytała.
— Chce ci się wychodzić w taką kurzawę? — odpowiedział pytaniem Timur, zauważając jednocześnie, że śnieżyca zaczyna ustępować. Może jednak nie będzie tak źle?
— Święty się odezwał. Ciesz się, że tak mało ludzi wie, gdzie wychodziłeś w lecie — uśmiechnęła się jak złośliwy chochlik.
Timur przymknął oczy. Chciał zobaczyć Panieńską Górę, gdzie — jak mu się wówczas zdawało — było coś niepokojącego. Wtedy jednak był skupiony na zupełnie innym celu i mógł źle zinterpretować pewne sygnały. W małej walizce w bagażniku miał starannie owiniętą Księgę Grodów, którą powoli tłumaczył wraz z postępami w samodzielnej nauce tureckiego. Miał nadzieję, że mu się nie przyda, bo jeden rozdział był lepszy — a właściwie gorszy — od drugiego. Obiecywał sobie, że kiedyś porozmawia z ciotką Zeynep na ten temat, nie tolerując żadnych zdawkowych odpowiedzi.
— Idziemy, jak sobie panna Anna życzy — wysiadł z samochodu, a jego buty natychmiast zapadły się w miękkim puchu. Na szczęście wiatr szybko się uspokajał.
Dziewczyna przeciągnęła się, wydając z siebie jęk ulgi. Powiodła wzrokiem po pustej polance, na której wyróżniał się jedynie budynek sceny i wystające ze śniegu osmalone gałęzie z kręgu, gdzie zwykle palono ogniska. Na tle bieli jej czarna kurtka i ciemne spodnie wyjątkowo się wyróżniały, ale to samo mogłaby powiedzieć o ubraniu Timura. W granatowym płaszczu mógłby się pokazać i na weselu i na gali, ale w pustym o tej porze roku parku wyglądał trochę zbyt oficjalnie.
— Ale tu cicho — szepnęła, patrząc na ścieżkę wiodącą ku sadom, tuż za budynkiem sceny.
Timur pomyślał, że gwizd wciąż obecnego wiatru trochę temu przeczy, ale sam powitał z ulgą koniec ciągłego szumu silnika i wibracji pod stopami. Rozejrzał się dookoła i chociaż sceneria była zupełnie inna niż latem, przypominały mu się przeżycia z tego miejsca. Zmarły pijak, spacer z ciocią Khadiją po rośliny, który Timur miał teraz powtórzyć w innym towarzystwie, wreszcie dyskusje z wujostwem o tym, co się działo, gdy John został sam, pilnując kampera. Gdy pijak, czyli pan Staś, zmarł w niejasnych okolicznościach, przypominających jednak działanie uwolnionych duchów.
— Co jest? Coś tu nie tak? — zapytała Ania. Timur spojrzał na nią szybko.
— Nie, nie. Wspomnienia. Tutaj też się działo co nieco — uśmiechnął się krzywo.
— Coś złego?
— Być może. Tego nie ustaliliśmy. To była gonitwa, a co innego siedziało na głowie. Tu umarł pewien człowiek, chyba miejscowy alkoholik, akurat jak poszedłem z ciocią po rośliny na tę górę, co idziemy — wyjaśnił.
— O tym to nie wspomniałeś — stwierdziła prowokująco.
Timur westchnął. Opowiedział jej historię kilka razy, lecz skupiał się głównie na Sandomierzu. Najbardziej zaskakiwał go fakt, że od ucieczki z domu do pożegnania tatarskich duchów na Salve Regina minął zaledwie tydzień, a licząc od początku jego pierwszej wycieczki do powrotu — trzy tygodnie. Chyba dopiero wtedy zrozumiał enigmatyczne dotąd zdanie, że czas jest naprawdę względny.
— W Dwikozach byliśmy tylko jeden dzień. Poza tym parkiem i tamtą górą właściwie nic nie zobaczyliśmy. Może jeszcze taras koło kościoła, ale zaraz zadzwoniła druga ciocia. No i jeszcze… uwaga… byłem w sklepie — rozłożył ręce. Zamknął drzwi samochodu i ruszyli razem przez śnieg, skrzypiący im pod butami.
— A ta góra… o co chodziło? — zapytała, gdy minęli scenę, a przed nimi zaświtała przestrzeń z widocznymi rzędami jabłoni. Mróz sprawił, że czubek jej nosa i policzki lekko się zaczerwieniły.
— Ciocia Khadija stwierdziła, że to też jest więzienie — powiedział cicho Timur. — Ale rośliny zebraliśmy normalnie, choć wiatr wiał jakoś tak dziwnie. Poza tym, był dzień. Wszystko co inne, działo się po zmroku.
Dziewczyna słuchała uważnie. Nie była przestraszona, jak jego matka, gdy słuchała o podobnych rzeczach, ale i nie sceptyczna, niczym męska wersja wujka Johna.
— O kurczę. I chcesz się tu zabawić w archeologa?
Śnieg przestał padać, a widok przejaśniał się z każdą chwilą. Robiło się cicho, a biorąc pod uwagę porę roku, nie mieli wiele czasu, nim zapadnie zmrok. Było po czternastej.
— Podobno się uczę na historyka — powiedział teatralnie obrażonym tonem. — Archeologia to była specjalność taty. Coś jak astronom a astronauta.
— … ale aż mnie świerzbią ręce — dokończyła za niego, wybuchając śmiechem. Weszli już między nagie drzewa. Do wzgórza zostało im kilkaset metrów. Timur sam był zaskoczony, jak pewnie idzie, choć był tu tylko raz.
— Zobaczymy to miejsce na spokojnie. Potem odwiedzimy Sandomierz. Dobrze by było wpaść do tej pani, która mnie przyjęła, jak pusty dom nam się zwalił na głowy — ciągnął, powstrzymując się od riposty.
Od symbolicznego pochówku ojca na wzgórzu Salve Regina miał czas, by przemyśleć kilka spraw z nim związanych. Choć z całą pewnością Damir był sam, gdy próbował coś odprawić, to nie było przypadkiem, że stracił życie nieopodal rodzinnej miejscowości, gdzie nadal mieszkali jego rodzice. Ci sami rodzice, którzy zmarli rok po synu. Kilkanaście lat wcześniej miała tam miejsce podobna tragedia, gdy zginął chłopak ciotki Zeynep. Timur miał zagadkę aż proszącą się o wyjaśnienie, ale bez rozmowy z krewną tkwił w miejscu. Zostawił sprawę na etap, gdy opanuje tatarski w stopniu przynajmniej podstawowym. Nauka w wolnych chwilach tatarskiego i tureckiego nie była jednak łatwa, wręcz przeciwnie. Nie miał pojęcia, jak jego ojciec dał sobie radę z polskim.
— To jest ta góra? Całkiem płasko — powiedziała Ania, gdy mijali ostatnie jabłonki.
— Tylko od zachodu i północy. Z drugiej strony całkiem stroma — odrzekł Timur. — O, widzisz? Tam jest figura, zaraz będziemy. Całą panoramę stąd widać — dodał.
Szli teraz o wiele łatwiej. Nie był pewny, czy to przez ukształtowanie terenu, ale płaski szczyt był tylko trochę oprószony śniegiem, w przeciwieństwie do zasypanych dróg i parku. Zmarszczył brwi. Pamiętał Księgę Grodów odpychającą kurz. Czyżby góra działała podobnie względem śniegu?
Ania wyszła kilka kroków do przodu i wydała z siebie ciche westchnienie. Timur patrzył na jej sylwetkę w ciemnym ubraniu, odcinającą się na tle przejaśniającego się nieba. Stanął obok niej i przez chwilę rozglądali się po panoramie Dwikóz i Słupczy. Właśnie wyjrzało słońce i mogli zobaczyć dość wyraźnie pokryte bielą budynki i drogę główną kilkadziesiąt metrów niżej, na której samochody zdążyły już wyżłobić dwa ciemne pasy w śniegu.
— Zostałabym tu dłużej. Nawet nie jest tak zimno — powiedziała, opierając mu podbródek na ramieniu.
— Tak? Podobno mordowali tu panny, takie w twoim wieku — zauważył Timur, obniżając głos żartobliwie.
— Ty pewnie wiesz, że to głupia legenda.
— No cóż… żadna nie jest taka całkiem bez sensu, ale może czas pokaże — zamyślił się. W ciszy, mąconej tylko odległym szumem aut, miał znajome wrażenie, że na tym miejscu coś położyło swój cień. Podszedł powoli do figury.
— Kto to ten Karski? Jakiś tutejszy Czartoryski? — zapytała, przyklękając, by obejrzeć napis pod krzyżem.
— Czytałem, że właściciel Słupczy w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Słupcza jest tam — pokazał ręką na lewo. Niestety, podobnie jak latem, nie umiał odczytać pozostałości innych inskrypcji.
— Tu nie ma nic o dziewczętach, ani… ogólnie. Tylko ten krzyż.
— Byłoby za łatwo, co nie? Jeszcze jest legenda, że karczma tu była i zapadła się pod ziemię. Na stronie gminy pisze, że to kara, bo ludzie w niej nie uklękli, gdy przechodził ksiądz z ostatnim namaszczeniem dla umierającego — ciągnął, przypominając sobie to, co zdołał wyszperać o tym miejscu.
— I co myślisz? Mogło tak być? — zapytała, wpatrując się w niego tak, jakby czekała, aż zacznie wykopaliska.
— Może tak, może nie. Jak się nie boisz, zajrzymy po zmroku — uśmiechnął się wyzywająco. — Ale dziwne to wzniesienie. Jakby… nie było naturalne. Patrz na te brzegi.
Przez twarz dziewczyny przemknął błysk ulgi, co go lekko zaskoczyło. Podeszli razem do samej krawędzi. Zbocza od wschodu i południa opadały stromo, od jednej strony przecięte przez tory kolejowe. Przez rzadki śnieg przebijały się pożółkłe łodygi roślin i bezlistne krzaczki.
— Jakbym miał drona, to bym zobaczył z góry. Mapy Google nie są zbyt wyraźne w tym miejscu. A ciocia robiła tak… — przyklęknął, zdjął rękawiczkę i przyłożył rękę do ziemi. Śnieg pod jego dłonią błyskawicznie się skroplił, jakby rozpuściło go coś jeszcze cieplejszego niż jego ciało.
— A jak myślisz, to mogłaby być… — zaczęła Ania, ale w tej chwili rozbrzmiał dzwonek jej telefonu.
Przymknęła oczy, mrucząc coś pod nosem z niezbyt zadowoloną miną. Timur oderwał mokrą rękę od ziemi. Czuł się nieco rozkojarzony i trudno było mu wyczuć coś konkretnego.
— Mama — mruknęła.
— No chyba nie moja, bez jaj — zaśmiał się Timur.
— Moja — odpowiedziała i przesunęła zielony symbol.
— No hej. Tak, już jesteśmy… — odsunęła się kawałek od zbocza. Timur rozejrzał się jeszcze raz. Cieszył się, że w ogóle byli tu sami, choć o tej porze roku nie powinno to dziwić.
— To fajnie. Ale jeszcze dam znać, czy wracamy dzisiaj. Muszę odpocząć — powiedziała zirytowanym tonem do telefonu. Timur spojrzał na nią zaskoczony.
Ania miała brata młodszego o trzy lata, cierpiącego na zespół Downa. Timur widział Damiana jedynie dwa razy, tuż przed sylwestrem i kilka godzin temu, gdy zajechał do ich domu. Niestety, z powodu swoich studiów i dość znacznej odległości nie mógł się z nią widywać zbyt często. Miał cichą nadzieję, że sytuacja się zmieni, jeśli Ania zda maturę i wyprowadzi się do Warszawy. Odkąd przestała jesienią pracować w hotelu, skupiła się na nauce, ale skarżyła się, że pracujący rodzice traktują ją jak opiekunkę brata. Timurowi trudno było na ten temat cokolwiek powiedzieć, cokolwiek poradzić.
— Timur jest rozsądny i ma głowę na karku. Poza tym, nie mamy po piętnaście lat — dodała po dłuższej chwili, gdy zapewne wysłuchiwała czegoś niemiłego.
Timur lekko się zarumienił. Nie miał pewności, czy te określenia aż tak do niego pasują. Ale coś zaczęło mu się układać w głowie. Chyba już wiedział, dlaczego Ania wybrała wakacyjną pracę w dość odległym od Linowa Sandomierzu, zamiast w Annopolu czy Zawichoście. Chciała odpocząć.
— Nie, nie będę rozmawiać takim tonem. Odezwę się później. Nara — powiedziała zdecydowanie i się rozłączyła.
— O co chodzi? — zapytał poważnie Timur, podchodząc i kładąc jej ręce na ramionach. Spojrzał w jej oczy, błyskające buntem i zmęczeniem. Opuściła głowę.
— Nawet nie mogę się wyrwać na jedno popołudnie? Duszę się tam — powiedziała. — Możemy dziś nie wracać? Mówiłeś, że masz prawie tydzień wolnego. Trochę pozwiedzamy. Tylko my — wyrzucała z siebie półszeptem, patrząc na niego niemal błagalnie.
Timur objął ją i przytulił. W głowie miał przykrą mieszankę współczucia i bezradności. Pamiętał, co to znaczy czuć się więźniem we własnym domu, choć z zupełnie innych powodów. A teraz czuł się odpowiedzialny za ich wypad i zarazem kompletnie nieprzygotowany. Głowa dziewczyny lekko drżała, jakby próbowała się nie rozkleić.
— Ania… jakbyś powiedziała, to bym coś wynajął, coś przygotował. Poza tym, oprócz Dwikóz i Sandomierza niezbyt dobrze znam te tereny — powiedział cicho, ujmując jej twarz w dłonie.
— Mogę spać nawet w samochodzie. Pod mostem. W psiej budzie — oznajmiła buntowniczo. W błyszczącym guziku jej kurtki Timur dostrzegł odbicie własnej głowy, groteskowo zdeformowane. Dopiero po chwili dotarł do niego sens tej deklaracji. Parsknął śmiechem.
— Co z Damianem? — zapytał.
— Jak pracowałam w Sandomierzu, to jakoś dawał sobie radę. Rodzice też, chociaż woleli, żebym wracała po zmianie do domu — odpowiedziała krótko.
Timur postanowił, że poczeka z pytaniami na lepszy moment. Na razie w sumie nic się nie stało. I tak nie dokończyli oglądania góry, a został im jeszcze Sandomierz. Jak żałował, że latem nie zapisał numeru pani Zofii, ani jej zięcia, którzy mu pomogli. Uprzedziłby ją, zapytałby, czy może wpaść…
— Selfiak? — zapytał po krótkiej chwili, gdy może oczekiwała, że ogłosi dziką zimową wycieczkę. Chyba była lekko zawiedziona, ale uśmiechnęła się.
— Ale ja robię — zastrzegła.
Ustawili się za krzyżem, mając na tle szeroką panoramę okolicy, rozświetloną zimnym, lutowym słońcem. Do jednego zdjęcia pogrążyli się w długim pocałunku, obracając się dookoła. Odwrócili się potem w stronę bezlistnych sadów.
— Skasuj tamto, ale staro wyglądam — zaśmiał się Timur, gdy Ania pokazywała całą serię po kolei.
— Normalnie tak wyglądasz — odparła, odpychając palcem jego nos.
Chyba zapominała o niezbyt miłej rozmowie z matką, za to Timur poczuł się trochę niekomfortowo, gdy nieco ochłonął. Niemal tak, jakby tańczył na czyimś grobie. Oglądając zdjęcia na jej telefonie, co chwilę miał przed oczami wspólne fotografie własnych rodziców. Może stąd te wszystkie dziwne miny matki i ciotki… jakby ujrzały coś, co widziały już dawno temu.
— Co jest? — zapytała, widząc że znów się zamyślił.
— Tak sobie rozważam, jak pomieścimy się w psiej budzie — odpowiedział ze śmiertelną powagą. Parsknęła śmiechem.
— Czyli dłuższa wycieczka? Nie byłoby problemu?
— Byłby. Ale wieczorem pogadaj z mamusią, to może się dogadacie i nie będzie wojenki — oznajmił zdecydowanie. Skrzywiła się.
— To ty namówiłaś mnie, żebym się wtedy odezwał do swojej — przypomniał jej chytrze.
Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną, ale przynajmniej nie zaprotestowała. Chwilę później Timur wyciągnął własny telefon, ten, który zostawił w domu podczas letniej ucieczki, a Ania ustawiła się sama na zboczu, tym od wschodu. Zdjęła czapkę, rozpuszczając blond włosy i artystycznie kładąc na nich rękę. Za sobą miała odległe zabudowania Słupczy.
— Dobra, super. Teraz się odwróć — poprosił, robiąc jej jedno zdjęcie za drugim.
— Może bokiem… o, teraz słońce się schowało, to… ej! — krzyknął, gdy straciła równowagę, zamachała rękami i zniknęła mu z oczu, wydając z siebie przenikliwy pisk. Niemal jednocześnie Timur usłyszał trąbiący pociąg. Rzucił się do zbocza.
Ania zsuwała się na brzuchu po śliskim grzbiecie góry, próbując zaczepić ręce o ziemię, lecz wyschnięte rośliny i rzadki, sypki śnieg uniemożliwiały jej złapanie się czegokolwiek. Timur z przerażeniem zobaczył nadjeżdżający od północy pociąg, a tory przebiegały dokładnie pod Panieńską Górą. Błyskawicznie schował telefon do kieszeni i zaczął schodzić ze zbocza najszybciej jak umiał.
— Ania! — krzyknął.
Pociąg zawył przeciągle. Na pewno maszynista już ich widział. Dziewczyna, zaciskając panicznie ręce, w końcu zdołała się o coś zaczepić, zatrzymując się tuż nad wysypaną kamyczkami krawędzią torowiska. Timur miał jeszcze kilka metrów do niej. Jakimś cudem sam się nie poślizgnął. Pociąg przejechał pod górą, wydając z siebie ogłuszający sygnał i przenikliwy szum.
Ania krzyknęła, przyciskając twarz do ziemi. Timur dopadł do niej i legł obok, przyciskając ją do siebie ręką. Pociąg jechał kilka metrów od nich. Timur czuł wibracje podłoża. Zacisnął oczy, czując się niemal tak, jakby maszyna miała ich przejechać lada moment. Dopiero gdy stukot ostatnich wagonów zaczął wreszcie się oddalać, uchylił powieki.
I on i Ania leżeli na mokrym zboczu, pozbawionym w tym miejscu roślinności. Obie ręce dziewczyny były nadal kurczowo zaciśnięte na kamiennym łuku, ledwo wystającym z ziemi. Timur sapnął z wrażenia. Wówczas i Ania podniosła twarz, ubrudzoną w glinie i drobnych trawach. Spojrzeli na siebie rozszerzonymi z zaskoczenia oczami.Rozdział 2
— Jesteś cała? — zapytał szybko Timur. Ania pokiwała głową, nic nie mówiąc.
Odwrócił się na chwilę. Pociąg znikał mu szybko z oczu, jadąc w stronę Sandomierza. Nie był pewny, czy ktoś ich widział z drogi lub z pobliskich domów, ale w tej chwili nikt się nie zbliżał.
— Co to jest… — wyszeptała, przesuwając pobrudzone ręce po kamiennym sklepieniu łukowym.
Timur wstał powoli, przyglądając się mu z niepokojem. Była to konstrukcja z bardzo starego budulca, być może piaskowca? Nie umiał tego określić. Pod jej dłonią osypało się z niego trochę ziemi, ukazując zionącą ciemnością przestrzeń. Timur przysunął szybko głowę, czując na twarzy wydobywające się stamtąd zimne, stęchłe powietrze. Przeszły go ciarki.
— Czyli to nie góra. Tylko przykryta ziemią budowla — powiedział cicho. — No tak. Coś tu od początku nie grało.
Ania pozostała na kolanach, przypatrując się otworowi. Przód spodni i kurtki miała zabrudzony i mokry, a końcówki włosów splątane. Była bledsza niż zwykle, ale jak na kogoś, kto właśnie stoczył się ze wzgórza niemal wprost pod koła pociągu, zachowywała zdumiewający spokój.
— To jest portal? Taki jak ten, co wszedłeś z ciocią? — zapytała.
— Nie. Nie sądzę. Nie wciąga nas — stwierdził zdecydowanie Timur, który pamiętał dobrze uczucie wzywania do takich miejsc i moc, z jaką zabierały człowieka z tego świata. — To jest wejście, takie no… zwykłe — zakończył niezręcznie.
Dziewczyna patrzyła w otwór z lekko otwartymi ustami. Po chwili przyłożyła do niego rękę, jakby próbowała coś oszacować.
— To jest więzienie, tak mówiłeś? Może tu ktoś jest? — zapytała.
— Mówiłem… — mruknął.
Czuł się tak, jakby już wiedział, co będzie dalej. Jego myśli powędrowały do księgi, spoczywającej w samochodzie. Spojrzał na swój granatowy płaszcz, który także nie należał już do najczystszych.
— Sprawdzimy to. Ale jak się ściemni, dobrze? Za dnia nic nie działało. Widać nas z drogi i to bardzo wyraźnie, a ja wezmę księgę z auta, bo… — nagle się zorientował, że przecież jej nie powiedział o tym, że zabrał ów artefakt. Rzuciła mu triumfalne spojrzenie.
— Ha! Czyli ją masz. Pan porządnicki — stwierdziła, pokazując na niego palcem.
— Trzeba być przygotowanym, co nie? — wzruszył ramionami, czując jak się rumieni. — Dobra, idziemy stąd, ogarniemy się i wracamy po zmroku. Chociaż… — urwał, patrząc na szarzejące już niebo.
Siedzieli w dziwnym przysiadzie na zboczu góry, kilka metrów od torów, a wizja wspinaczki i drogi powrotnej trochę go zniechęcała. Miał zresztą portfel w kieszeni, tak jak telefon, a stacja paliw była bliżej, niż samochód w Zieleńcu.
Przysunął się do otworu i sam rozgarnął ręką nieco ziemi. Wewnątrz była całkowita ciemność, ale zdawało mu się, że to nie może być studnia. Raczej coś w rodzaju bocznego wejścia do piramidy. Być może dałoby się tam dostać…
— Chociaż co? — zapytała.
— I tak niedługo się zrobi ciemno. To na pewno nie portal, tylko jakieś wejście. Człowiek na pewno by się wcisnął. Możemy sprawdzić — powiedział, czując nieco przytłumiony przez letnie wydarzenia dreszcz ciekawości. Ania pisnęła i pocałowała go w policzek, jakby obiecał jej co najmniej lot w kosmos.
— Czyli chciałaś ze mną zwiać z domu — powiedział z krzywym uśmiechem.
— Wyrwać się — poprawiła. — Masz szczęście do takich przygód.
— Nie prosiłem o ani jedną — zaprotestował.
Rozejrzał się szybko dookoła. Samochody sunęły długim sznurem na ulicy kilkadziesiąt metrów dalej, poniżej torów. Nawet jeśli ktoś ich zauważył, to chyba nie miał ochoty się wtrącać.
— Jakby coś było nie tak, to zawracamy. Masz telefon? — zapytał. Nie wiedział, czy sprzęt nie wypadł jej podczas upadku.
— Tak. Ale w tamtych wymiarach chyba nie ma zasięgu? — zapytała z uśmieszkiem.
— Chodziło mi bardziej o latarkę w nim. Ja też mam.
— Powiesz cioci?
— Nie… jeszcze nie. Ona nie jest jakimś pogotowiem ratunkowym, jak w coś się wpakuję — stwierdził. Należał jej się spokój ledwie kilka miesięcy od ślubu z Johnem i wszystkich wypadków, jakich doświadczyła w Polsce.
— I tak już jestem brudny — oznajmił i odgarnął ręką jeszcze więcej ziemi.
— Znowu chcesz pierwszy? — zapytała na wpół z irytacją, na wpół z rozbawieniem.
— Panie się przepuszcza, ale są wyjątki — burknął. W tym czasie, jeszcze w pewnej odległości, rozległ się sygnał kolejnego pociągu.
Wsunął głowę i barki w otwór, wyciągając przed siebie rękę i świecąc telefonem. Widział pokryte kropelkami kamienne ściany tunelu wiodącego w ciemność i pokryte ziemią podłoże, wypełniające go do prawie jednej czwartej wysokości. Wykonał kilka ruchów jak wąż i potoczył się naprzód, lądując na miękkiej, zimnej glinie. Gdy tylko się wstał i się odwrócił, zobaczył głowę dziewczyny w otworze.
— Da się wejść — zawołał. Pociąg znów zatrąbił, a grunt zaczął leciutko drżeć od narastających wibracji. Ania zaklęła pod nosem.
Timur wyciągnął do niej rękę i pomógł się przecisnąć przez dziurę. Z zewnątrz słyszeli stukot kół maszyny. Cofnęli się o kilka kroków i odwrócili, patrząc w zionące mrokiem przejście. Światło latarki z telefonu sięgało tylko kilka metrów naprzód. Timur przeczuwał, że są tu pierwsi od wielu wieków. Złapał dziewczynę za rękę i mocno ścisnął.
— To idziemy — szepnął. Ruszyli wolno przed siebie, a dźwięki pociągu zniknęły gdzieś za nimi.
— Ale tu teraz cicho — powiedziała Ania.
Timur widział kątem oka, jak rozgląda się na wszystkie strony. Odwrócił się na chwilę. Otwór, którym się tu dostali, był ledwo widoczną plamą światła, kilkanaście metrów za nimi.
— Boisz się?
— Nie. Nie boję się ciszy — stwierdziła poważnie.
Timur nie czuł się zbyt pewnie. Obiecał, że da sobie spokój z szukaniem niebezpiecznych sytuacji, zwłaszcza na pół roku przed ukończeniem studiów. Tymczasem szedł z Anią w głąb czegoś w rodzaju piramidy, czegoś, co zapewne było wiekowym grobowcem. Jego ojciec, który obchodziłby dziś urodziny, pewnie miałby z niego ubaw.
— No dobrze. Czyli to korytarz, pewnie jeden z bocznych. Widzisz te otwory w górze? To pewnie szyby wentylacyjne, a… — zaczął mówić półgłosem.
— Wiem, że chcesz uczyć, ale dzieciakom będziesz pokazywać takie rzeczy tylko na projektorze — zaśmiała się cicho.
— Nie prowadziłbym dzieciaków do takich miejsc, chyba że będą zakonserwowane i biletowane — stwierdził, nieco nadąsany. Ale trochę odpędził od siebie wyrzuty sumienia.
Ania wyciągnęła swój telefon i także włączyła w nim latarkę. Podwójne źródło światła pozwoliło im dostrzec korzonki przebijające się przez ściany, a także szkielety drobnych zwierząt na ziemi, zapewne myszy, szczurów i nietoperzy. Timur zastanawiał się, czy napotkają jakieś boczne korytarze, ale chyba byli na prostej drodze do jakiejś komory, tak mu się przynajmniej wydawało.
— Wiesz co? Jakby nie ten twój pomysł na zdjęcia, to chyba byśmy tego nie znaleźli — powiedziała Ania z pewną satysfakcją.
— Dziwne przypadki… — mruknął. — Może chwila przerwy? Rozejrzę się, a ty nawet nie widziałaś tych fotek — zaproponował. Wydawało mu się, że coś w powietrzu się zmienia, jakby przed nimi była jakaś większa przestrzeń.
— No to pokaż…
Timur wręczył jej telefon, lecz zanim to zrobił, spojrzał szybko na górną belkę na ekranie. Rzeczywiście nie miał już zasięgu, ale przynajmniej wciąż ponad osiemdziesiąt procent baterii.
— Jakby słońce specjalnie się schowało — zauważyła, przeglądając zdjęcia.
Timur nie miał pomysłu na odpowiedź. Zbliżył twarz do ściany, z której emanował chłód, lecz nie tak intensywny jak na zewnątrz. Przez tyle wieków w tej budowli musiał wytworzyć się własny mikroklimat.
— Po co w ogóle to było tak ukryte? Jakbym miała w swojej wichurze piramidę, to by była atrakcja na cały kraj.
— To pewnie był… to znaczy jest… czyjś grób. Ale albo z biegiem lat ta piramidka zarosła, albo ją specjalnie ukryli. Zasypywali ziemią i tak dalej. Coś musi być na rzeczy, skoro są legendy o tym miejscu — mówił cicho.
— Sama chciałam powiedzieć, że to wygląda jak piramida. Zanim matka zadzwoniła — powiedziała Ania, odwracając się twarzą od niego i wpatrując się w ciemność. Timur czuł, że coś w domu Świtków nie gra, ale nie był pewny, czy to dobry czas na drążenie tematu.
— A czyj to może być grób? — zapytała po krótkiej chwili.
— Chodźmy dalej, to się dowiemy. Takich rozmiarów to nie budowali dla byle kogo… ale to dziwne, jeśli to tatarskie, to przecież raczej palili ciała… — mruknął, przyglądając się szkielecikowi myszy pod ścianą. Musieli już dotrzeć prawie do środka. Zapewne figura z krzyżem była gdzieś tam nad nimi.
— Niezła baza w sumie — stwierdziła, gdy zaczęli kontynuować marsz. Timur spojrzał na nią zdumiony.
— A moja matka myśli, że jesteś taka grzeczna…
— A co, źle mówię? Tylko my o niej wiemy. Chyba nikt tu nie wchodził, a mówiłeś, że to nie jest żaden portal… zasięgu nie ma, święty spokój, nie marzniemy…
— Tatuś byłby tobą zachwycony — mruknął Timur. Zastanowił się, czy bliskość urodzin jej i Damira była czystym przypadkiem. Pokręcił głową.
— A ty nie jesteś? — zapytała z chytrym uśmieszkiem.
Odwrócił głowę w jej stronę i położył jej ręce na ramionach, siląc się na jakąś poważną odpowiedź, ale w tej chwili parsknął śmiechem, który rozniósł się w mrocznym korytarzu.
— Jestem, jestem — wykrztusił, próbując się opanować.
— Ale by była ekipa, gdyby był z nami — dodał nostalgicznie, choć nie miał pewności, kto w takim układzie pełniłby rolę ostoi zdrowego rozsądku.
— Jak twoja mama o nim opowiadała, to chyba bardziej, żeby mi pokazać, że masz przewalone — zaśmiała się Ania, oddając mu telefon.
— Wtedy patrzyła na to inaczej — odpowiedział Timur, przypominając sobie jej szaleńczy pościg za nim i wujostwem po Sandomierzu. Wtedy jego stopy zderzyły się z czymś twardym. Ania wydała z siebie cichy okrzyk.
— Chyba jesteśmy — dodał cicho.
Stali na progu komnaty z majaczącym na środku sarkofagiem. Obok leżała pęknięta płyta. Zamarli na chwilę, słysząc swoje westchnienia. Timur powiódł wzrokiem po posadzce pokrytej pyłem, nie ziemią. Sufit miał nietypowy, schodkowy układ. Komora musiała zachować szczelność, ale na widok tego sarkofagu przeszedł go dreszcz. Jeśli nikt tu nie wchodził, to dlaczego płyta leżała osobno?
— Wyłącz latarkę. Może nam się przydać bateria w drugim telefonie — poprosił Timur.
— No dobra… — zgodziła się. — Nic tu nie ma? W sensie… z duchów? Albo pułapki? Chyba je zastawiali na takich jak… jak my.
— Chyba nie… ale tu jest coś paskudnego — rzekł szeptem. Nie czuł tego, co w sandomierskich podziemiach czy w poniemieckim domu. To miejsce niewątpliwie miało swoją energię, ale przypominała mu bardziej strach i opuszczenie. Przez chwilę pożałował, że nie ma tu cioci, ale ta wycieczka była jego pomysłem.
Podeszli powoli do sarkofagu. Timur cały czas świecił telefonem, przesuwając go w różne strony.
— Pusty? — zapytał zaskoczony, patrząc do środka prostego, kamiennego prostopadłościanu.
— Tttimur… — szepnęła Ania, ujmując jego rękę z telefonem i kierując pod ścianę. W blasku światła Timur zobaczył skulone, wysuszone ciałko, z ustami zastygłymi jakby w ostatnim krzyku.
Zamilkł, patrząc ze zgrozą na małe zwłoki. Jego ręka trzymająca telefon drgnęła, przez co ich cień na ścianie przesunął się. Dziewczyna cicho westchnęła. Powiódł wzrokiem w kierunku sarkofagu, następnie ku płycie na posadzce. Okropna myśl przemknęła mu przez głowę.
— To dziecko nie powinno tak wyglądać — powiedział cicho.
— To znaczy, że ożyło? Mumia sobie wstała? — zapytała Ania, także ściszając głos, jakby bali się kogoś obudzić.
— Nie o to chodzi. Patrz na nie… — i podszedł powoli do ciała. Podążyła krok za nim.
Musiało to być najwyżej ośmioletnie dziecko, chłopiec, tak przynajmniej Timur oszacował po rozmiarach. Leżało skulone przy ścianie, z twarzą zwróconą ku górze. Miało dobrze zachowaną czarną czuprynę, opadającą na pożółkłą, wysuszoną skórę, miejscami złuszczoną. Ręce były w dużo gorszym stanie. Dało się dostrzec większość kości palców, zaciśniętych w pięści. Zwłoki miały na sobie coś w rodzaju brązowej tuniki. Buty ze skóry jakiegoś zwierzęcia leżały tuż obok, poszarpane, otoczone strzępkami tkaniny. Być może były tu drobne gryzonie? — pomyślał Timur.
— Biedactwo — szepnęła Ania, przyklękając przy nim. Choć żadne z nich nie dotknęło ciała, poruszające się światło latarki telefonu nadawało mu upiorny efekt ruszających się cieni.
— I ta cała budowla dla jednej mumii dziecka? — zapytała.
— Coś mi się zdaje, że to nie miało być dla niego. I że to nawet nie jest mumia — odpowiedział Timur, przenosząc na nią wzrok.
— Jak nie mumia? O co ci chodzi? — wyglądała na zdezorientowaną.
— Bo tu w ogóle nie widzę śladów pochówku. Takiego wiesz, na bogato. Żadnych skarbów, symboli religijnych, zdobień… nic. A ciało nie zostało przygotowane, bo on jeszcze… jeszcze… — zająknął się, jakby to co miał powiedzieć, miało przypieczętować coś sprzed wieków.
— Żył — dokończył głucho Timur, patrząc na zastygłe, otwarte usta dziecka. Zdjął czapkę, jakby chcąc oddać hołd jego cierpieniom.
— No nie! Serio? — wyrzuciła z siebie Ania. Jej oczy rozszerzyły się ze zgrozy. Klęczeli razem obok ciałka, w milczeniu rozważając, co mogło się tu dziać.
— Co ty robisz? — zapytał cicho Timur. Dziewczyna wyciągnęła lekko drżącą rękę ku zwłokom.
— Może… odniesiemy je do tego sarkofagu? — zaproponowała nieśmiało.
— Ono już tam było. Chyba nawet się wydostało, jeszcze jak żyło — powiedział niechętnie Timur. Wyobraził sobie kilkulatka błąkającego się w absolutnych ciemnościach, w zamkniętej na głucho piramidzie…
— Możemy je obejrzeć. Ale tylko na chwilkę. Musimy wracać, odpocząć. Zadzwonię do…
— No chyba nie chcesz tego zgłaszać jakimś profesorkom? — zaprotestowała Ania.
— Nie, nie. Ale chciałbym dać znać cioci. Albo obu ciotkom. Bo to chyba tatarski dzieciak. W każdym razie ze wschodu — powiedział ciężko. Choć skóra na zwłokach wyschła, wydawało mu się, że kolor włosów i rysy twarzy przypominają mu tatarskich najeźdźców.
— No… może i tak — przesunęła się pod ścianę i przybliżyła głowę do zwłok, rozdymając nozdrza. Wyciągnęła rękę i spojrzała na niego pytająco.
— Na raz, dwa, trzy — mruknął.
Dotknęli jednocześnie tkaniny na klatce piersiowej dziecka. Ich palce zetknęły się na moment, czemu towarzyszyło poczucie, jakby przeszedł przez nich krótki impuls elektryczny. Chwycili za tkaninę ostrożnie i przewrócili ciałko na plecy. Zastygłe ręce wskazywały teraz na sufit. Zwłoki nie wydzielały jakiegoś szczególnego czy nieprzyjemnego zapachu. Z pewnością spoczywały tu kilkaset lat i nie padły ofiarą rabusiów lub niszczącego wpływu naturalnych czynników.
— Jakie leciutkie. Myślisz, że umarło tu samo, z głodu? — zapytała Ania drżącym głosem.
— Tak przypuszczam. Przecież nam nie opowie — parsknął cicho. — Ale tak to wygląda, gdyby go tu pochowano, nie leżałby w takiej pozycji… i jeszcze te usta… — szepnął. Nie chciał się przyznać, ale ten widok naprawdę go przerażał.
Gdzieś na górze, przy suficie rozległ się cichy świst powietrza. Spojrzeli na siebie szybko.
— To pewnie z szybu wentylacyjnego. Takie budowle zawsze je miały — mruknął.
Ania przysunęła się bliżej niego. Klęczeli obok ciała, przy zdecydowanie niewystarczającym świetle z telefonu. Otaczała ich ciemność, z której wyłaniał się tylko kawałek sarkofagu. Timur przymknął na chwilę oczy. Wtedy w brzuchu Ani zaburczało.
— Idziemy stąd. Dowiemy się czegoś, może jakoś zadbamy o to miejsce… pomyślimy… i coś zjemy — uśmiechnął się lekko do niej. Nic nie odpowiedziała, ale kącik jej ust także drgnął w górę. Wstali.
— No to dobranoc — powiedział do ciałka, sam właściwie nie wiedząc, dlaczego. Było mu go bardzo żal, ale dobrze wiedział, że nie trafili na jego ducha, tylko doczesne szczątki. A te nie były groźne, choć wyglądały upiornie.
— Tylko żeby się dało wyjść — powiedziała Ania, gdy szybkim krokiem opuścili komorę, choć nie było potrzeby pośpiechu. Odwróciła się na chwilę, choć zarówno ciało, jak i sarkofag zniknęły już w mroku.
— Tam po drugiej stronie też jest jakiś korytarz — mruknął Timur, zakładając czapkę. –Pewnie byśmy wyszli od strony działek, ale obstawiam, że wyjście jest zakopane.
— Ale jeszcze nie wracamy do domów? — zapytała. Cały czas przyspieszali, idąc korytarzem wiodącym ku zboczu od strony torów. Złapali się za ręce.
— Nie, nie. Teraz już mamy po co tu zostać — stwierdził zdecydowanie.
Po kilku minutach dotarli do sterty ziemi, w której zobaczyli własne odciski butów. Z otworu w ziemi poczuli zimne powietrze, a gdy przystanęli, usłyszeli odległy szum z ulicy.
— Chodź pierwsza, będę świecił — oznajmił Timur.
Zerknął za siebie, gdy odwróciła się i zaczęła wspinać ku wyjściu. Ze środka nadal wionęło stęchłe powietrze, które odczuwał teraz mocniej przy napływie tego z zewnątrz. Ale jakby coś jeszcze. Choć niejedno już widział, czuł, że lekko miękną mu nogi. Nie chciał być w tym miejscu ani chwili dłużej. Nie cofnął się, nawet gdy spod nóg dziewczyny wzbił się grad grudek, który go obsypał.
— Dawaj, chyba czysto — zawołała, wyciągając własny telefon i włączając latarkę.
Timur schował swój do kieszeni. Rzucił się naprzód i po paru chwilach wyczołgał się na zewnątrz, łapiąc oddech. Było już zupełnie ciemno, ale telefon pokazywał dopiero osiemnastą. Gdy przebywali wewnątrz, znów musiał sypać śnieg, bo ślady ich schodzenia po zboczu zniknęły. Tym razem wszystko pokrył równo.
— Teraz to napadało na tę górę — zauważył niepewnie. Ania rozejrzała się uważnie, po czym butami zagarnęła nieco ziemi i śniegu, zakrywając większość otworu. W tej chwili ich telefony jednocześnie odebrały kilka powiadomień, gdy znów znaleźli się w zasięgu sieci.
— Wracamy na ziemię i to dosłownie — stwierdził kwaśno Timur. Nie chciało mu się sprawdzać telefonu, póki nie będą w samochodzie.
— No tak. Mogłam zapomnieć — mruknęła cicho. — Ciekawe, ile razy wydzwaniała…
— Chcesz coś zjeść? Stacja benzynowa niedaleko… — zaproponował, widząc że także nie miała ochoty na przeczytanie powiadomień.
— Nie, coś tam brałam ze sobą. Zjemy w samochodzie — odpowiedziała.
Rozpoczęli wolny marsz na szczyt Panieńskiej Góry. Gdy minęli figurę, jednocześnie obejrzeli się za siebie, po czym przyspieszyli kroku. Śnieg chrzęścił pod ich butami, gdy weszli między nagie jabłonie.
— Pomyśleć, że ludzie pisali o jakiejś karczmie i trzystu dziewicach — rzekł Timur. Znów miał to specyficzne uczucie szybkiego powrotu do rzeczywistości, po którym to realny świat wydaje się absurdalny i nielogiczny w tym, jak ignoruje pewne fakty.
— Może coś tam dalej jest, nie sprawdziliśmy tamtych korytarzy w drugą stronę — zauważyła Ania, także pogrążona we własnych myślach. — Ale innym razem. Tylko my o tym wiemy — lekko się uśmiechnęła.
— Tak, tak. Wrócimy — zapewnił Timur, widząc przed nimi przerwę między drzewami, zatem musieli być już blisko drogi. Śnieg dostał mu się pod skarpetki, wywołując nieprzyjemne uczucie mokrego zimna.
— Kiedy?
— Może jutro po zmroku, jak pogadam z ciotkami. Dzisiaj już nie ma sensu jechać na Sandomierz, co nie? — ciągnął.
— Nie… — ziewnęła. — Nie wiem jak ty, ale bardzo jestem zmęczona. Tylko się położyć — westchnęła. Od zachodu zawiał im w twarze zimny wiatr, lecz na szczęście skręcili w lewo. Przed nimi majaczyły już w ciemności drzewa Zieleńca.
— Corsa to nie kamper. Żadnej toalety, rozkładanej kanapy, ani trzydziestu szafek — zauważył, wspominając pojazd, którym podróżował z wujostwem latem. Chociaż jazda kamperem nie była celem samym w sobie, to mieli w nim tyle komfortu, ile dało się ugrać w ich sytuacji. Pamiętał, że traktował go niemal jak dom na kółkach.
— Oj tam, oj tam — machnęła ręką.
— No i jest mróz, w blaszanej puszce nie będzie dużo lepiej — przypomniał. — Sorry, chyba gadam jak wujek z Anglii — zaśmiał się.
— Jakoś się rozgrzejemy — spojrzała na niego, poruszając brwiami.
— O proszę. Na wszystko znajdziesz sposób.
Weszli na polankę, mijając budynek sceny. Opel stał na swoim miejscu, choć jego szyby były zasypane. Lekki wiatr gwizdał między gałęziami. Timur nie widział śladów ich marszu w drugą stronę sprzed kilku godzin. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kopać w śniegu, ani pchać samochodu, by rankiem ruszyć z miejsca. Przetarł rękawem przednią szybę i otwarł drzwi. Oboje westchnęli z ulgą, gdy usiedli w środku.
— Jeszcze chwila, a by zamarzła — mruknął Timur, biorąc z plecaka butelkę soku. Ania także wyciągnęła jakieś kanapki i przez jakiś czas jedli w milczeniu.
— Ciekawe, czy coś tu będzie — dodał, wyciągając owiniętą w folię Księgę Grodów. Tak jak przypuszczał, dziewczyna natychmiast przerwała jedzenie.
— Mogę jej dotknąć? — zapytała.
— Tak, tak, ona nie zabija — zaśmiał się. Zaczął kartkować powoli strony, ale już wiedział, że nie będzie lekko. Nie czuł się pewnie we współczesnym tureckim, a to pismo było z pewnością jakąś starą wersją tego języka. Do tego ten wymyślny krój czcionki i słabe oświetlenie.
— Taka chłodna, ale to nie od powietrza, co nie? — zauważyła, przysuwając się. — Ale śmiesznie napisane, jak najgłupszą czcionką z Worda.
— Widzisz to pismo? — zapytał zaskoczony Timur. Nie każdy to potrafił, na przykład jego rodzeństwo cioteczne nie, choć mieli wspólną krew.
— No, a co?
— Bo… niektórzy widzieli tylko starą księgę z pustymi stronami. No, ciekawe. Masz coś w sobie… — uśmiechnął się.
Po paru chwilach oddał jej artefakt, wyciągając telefon. Matka wprawdzie nie dzwoniła, ale miał powiadomienia z Messengera i WhatsAppa. Odczytał dyskusje na grupie seminarium na temat ostatnich uwag ich promotora, a druga wiadomość…
— W lecie kolejne wesele. A niedługo potem ciotka Zeynep będzie babcią — poinformował, sam lekko zaskoczony. Kadir, jego brat cioteczny, syn Zeynep, zapraszał go na wesele w czerwcu. Chyba ciąża jego dziewczyny przyspieszyła pewne sprawy.
— O kurczę, a gdzie? — zapytała Ania, najwyraźniej uradowana. Odłożyła swój telefon.
— W samym Stambule. Chyba się piszesz, co nie?
— Jasne! Zazdroszczę, taka międzynarodowa rodzinka…
— A mniej niż rok temu nawet się nie znaliśmy — zauważył Timur. — To trochę skomplikowane, ale każdy gdzie indziej, przynajmniej od strony taty…
— A u mnie w jednym miejscu i co? Matka dzwoniła cztery razy. Odpisałam jej przed chwilą, że jestem z tobą na trochę dłuższym wypadzie.
— Na… jak długim? — zapytał niepewnie Timur. Jedna noc w samochodzie była do przeżycia, ale na więcej musiałby dokupić sporo prowiantu.
— No przecież nie pisałam dokładnie…
Niedługo potem zaczęli się przygotowywać do snu, choć była dopiero dwudziesta pierwsza. Timur wyciągnął koc z bagażnika i opuścił oparcia, by mieli więcej miejsca z tyłu. Torby i plecaki rzucili na przednie siedzenia. Choć ogrzewanie było dłuższy czas włączone, a oni nie zdjęli ubrań, wiedzieli, że mogą trochę zmarznąć. Niemal nic nie widzieli przez szyby, zaparowane od wewnątrz i zasypane śniegiem zewnątrz.
— Tylko nie kop — zażartował Timur, gdy jakoś położyli się obok siebie na tylnych siedzeniach i naciągnęli na siebie koc. Gdy Ania odłożyła telefon, zrobiło się niemal ciemno. Gdzieś na zewnątrz gwizdał wiatr. Wsłuchiwali się we własne oddechy.
— On nie jest małym, słodkim chłopczykiem — szepnęła nagle z dziwnym bólem. Jej usta były przy jego uchu.
— Co? — zapytał cicho Timur.
— Damian dojrzewa. Patrzy na mnie. Podgląda mnie. Próbuje mnie dotykać, gdy… — ciągnęła. — Nie, posłuchaj — zaprotestowała, gdy Timur oparł się na łokciu, próbując chyba coś powiedzieć. — On nie wie do końca co robi, że nie wszystko można… a to przecież mój brat, którym się zawsze opiekowałam…
Timur wciągnął powietrze. Nie miał pojęcia, co powiedzieć.
— Rozmawiałaś o tym z rodzicami? Z… kimkolwiek? — zapytał szeptem.
— Tak, ale to chyba nie dociera. Nie będę udawała, że nic się nie dzieje. Ale na te kilka dni chciałabym zapomnieć — powiedziała dużo bardziej pewnym tonem, oddychając głęboko.
— Zapomnieć — powtórzył mechanicznie Timur, któremu przyspieszyło serce. Zrozumiał, co to znaczy. Jej ciało przycisnęło się bliżej. Czuł, jak drży, ale nie tylko z zimna.
— Chyba tak będzie wygodniej — szepnęła głosem, który był jednocześnie pewny i niepewny.
Powoli wspięła się z boku i legła na Timurze całym ciałem. Wyciągnął niespiesznie ręce, zanurzając je w jej włosach, pachnących czymś, czego nie potrafił nazwać, ale kojarzyło mu się tylko z nią i przyciągając głowę bliżej. Ich twarze były tak blisko, że czuł jej oddech. Ciepły, drżący. Przymknął oczy w oczekiwaniu. I wtedy usłyszał coś na zewnątrz.
Obydwoje zamarli, wstrzymując oddechy. Przerwali zbliżanie się ich ust w połowie drogi. Na zewnątrz słychać było wyraźnie skrzypienie śniegu, a za mlecznobiałą, przednią szybą zamajaczył jakiś ciemny kształt.