-
nowość
Żeniec Substancji - ebook
Żeniec Substancji - ebook
Taine, młody idealista o nadludzkim zmyśle węchu, marzy o zostaniu żeńcem substancji. Chce nie tylko zapewnić sobie i swoim bliskim dobrobyt w przyszłości – o ile zdoła przeżyć wystarczająco długo – ale też pomóc w walce z chorobą szalejącą wśród najmłodszych mieszkańców Basamo. Kiedy Taine rozpoczyna rywalizację o miejsce w Akademii Żeńców, wszystko wydaje się iść zgodnie z planem… aż do chwili, gdy na jego drodze staje Vin. Ideały Taine’a po raz pierwszy zderzają się z brutalną rzeczywistością, a on sam zostaje wystawiony na próbę. Przyparty do muru i zmuszony do działania wbrew własnym wartościom, wkrótce przekona się, ile razy można uciec przed konsekwencjami i jak wysoką cenę trzeba za to zapłacić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397770010 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dżungla wyrastała ścianą bujnej zieleni wprost z piasków pustyni, przytulona do północnych murów miasta. Izarra powoli chowała się za widnokręgiem i jak co wieczór zerwał się lodowaty wiatr, a Taine nadal siedział na skale, obserwując linię drzew oddaloną o jakieś trzysta rali. Panowała zupełna cisza. Nawet śpiewy ptaków już dawno ucichły, a w cieniu potężnych pni i rozłożystych liści nic się nie poruszało.
Taine czekał. Wzmagające się podmuchy zerwały z jego głowy słomkowy kapelusz, uwalniając burzę czarnych, gęstych włosów. Chłopak złapał go w ostatniej chwili i przycisnął do śniadej piersi. Drugą ręką usiłował rozgrzać zziębnięte ramię, okryte jedynie cienką koszulą. Powietrze wypełniały rześki zapach zimna i szorstki, suchy aromat piasku.
Izarra niemal całkowicie zniknęła za horyzontem, kiedy na skraju dżungli coś się poruszyło. Taine zastygł i wytężył wzrok. Spomiędzy drzew wyłoniło się trzech żeńców. Byli ubrani na czarno i na pewno coś nieśli, ale w zapadającej ciemności nie potrafił dostrzec ani pojemników, ani sprzętu. Wiatr skutecznie rozpraszał też wszelkie niosące się od nich zapachy.
Chłopak westchnął zrezygnowany. Jeszcze przez chwilę obserwował żeńców, idących do bram Ifry, a gdy zniknęli w cieniu murów, zeskoczył ze skały i zatrząsł się z zimna. Wcisnął kapelusz z powrotem na głowę i wciąż rozcierając skostniałe ramiona, puścił się biegiem piaszczystą ścieżką w stronę majaczących w ciemności świateł pobliskiej osady.
* * *
Pomimo wiatru, który stale przybierał na sile, wokół domu unosił się intensywny zapach mięsa i świeżych ziół. Taine uśmiechnął się pod nosem na myśl o wyśmienitej kolacji przygotowywanej przez mamę. Ich chatka stała na samym skraju Herri, tuż przy drodze prowadzącej do Ifry. Była mała i przytulna, o obłych, białych ścianach, z dachem z wysuszonych wiązek pustynnych traw. Przez zasłonięte okna przenikało teraz ciepłe światło kuchennych lampek.
Taine dobiegł do drzwi i wpadł do środka, starając się wpuścić jak najmniej wiatru.
– Taine, to ty? – Z kuchni dobiegł roztargniony głos mamy. Chłopak ściągnął buty i ruszył korytarzem. Przez smakowite zapachy kolacji przebił się delikatniejszy aromat naparu z owoców krzewu gorria. To oznaczało jedno.
– Tato! Wróciłeś! – Taine z podekscytowaniem wbiegł do kuchni. Mama krzątała się przy garnkach, zaś tata siedział przy stole i uśmiechnął się na widok syna.
Rodzice mieli włosy tak samo czarne i skórę tak samo śniadą jak Taine. Mimo że byli rówieśnikami, mama wyglądała znacznie młodziej. Ojciec spędzał zbyt dużo czasu, podróżując przez górskie pastwiska, wystawiony na szkodliwe promienie izarry. Mama była też sporo niższa. Pokaźny wzrost ponad dwóch rali Taine odziedziczył po ojcu.
– Wyczułeś mnie dopiero w korytarzu czy może już na dworze? – zaśmiał się ojciec i wskazał krzesło obok swojego. Taine opadł na nie, ściągając kapelusz.
– W korytarzu – przyznał. – Za bardzo wieje. Za to kolację wyczułbym nawet spod bram Ifry! – Spojrzał na mamę, która uśmiechnęła się lekko. – Kiedy wróciłeś? Jak stada? Ściągacie je w dolinę na te upały?
Ojciec pokręcił głową i pociągnął solidny łyk naparu. Kropelki osiadły na jego czarnej brodzie i wąsach.
– Nie ma sensu – powiedział. – Stada rozeszły się dość daleko, a traw jest wystarczająco. Wpadliśmy tylko uzupełnić zapasy. Za to mam coś, co może cię zaciekawić. – Z wewnętrznej kieszeni kamizeli wyciągnął pomięty kawałek papieru i rozłożył go na stole. – Nie uwierzysz, na co trafiliśmy w samym środku łańcucha północnego.
Oczy Taine’a się rozszerzyły, kiedy ojciec wskazał punkt zaznaczony na mapie.
– Jaskinia? Żartujesz!
– Malutka. – Tata pokiwał głową. – Wejście przesłaniają drzewa. Widzieliśmy też parę małych, kolorowych zwierzaków. Wątpię, żeby żyło tam cokolwiek większego, w jaskini musi być naprawdę minimalna ilość substancji.
– Jak daleko stąd? – Taine z zaciekawieniem pochylił się nad mapą, próbując oszacować dystans.
– Niecałe dwa dni drogi. – Ojciec przejechał palcem po ścieżkach prowadzących do wąwozu. – Jeżeli nie byłoby zbyt gorąco.
Taine z trudem panował nad ekscytacją. Mała jaskinia w górach byłaby świetnym treningiem przed próbami w akademii. Nawet jeżeli musieliby jechać wieczorami i w nocy, żeby ominąć największy skwar, dotarcie do niej zajęłoby im góra trzy dni.
Nagle pomiędzy zapach kolacji i naparu ojca wdarła się nikła nutka spalenizny.
– Mamo, chyba coś się przypala – zauważył Taine, nie podnosząc głowy znad mapy, ale nie dostał odpowiedzi. Mrowienie na karku podpowiedziało mu, że matka go obserwuje. Odwrócił się i rzeczywiście: stała ze skrzyżowanymi ramionami, oparta o szafki, dzierżąc w ręku drewnianą, pokrytą sosem łyżkę. Jej mina była daleka od zadowolenia.
– Chyba nie zamierzasz tam iść? – spytała z wyraźną dezaprobatą.
– Daj spokój, May, wątpię, żeby w takiej małej grocie coś było. – Tata usiłował mówić lekkim tonem, ale dało się w nim wyczuć nutę niepewności.
– Być może – powiedziała poważnie mama. – A być może właśnie coś tam jest. Skoro jaskinia jest głęboko w górach i jest mała, to pewnie żaden żeniec jeszcze do niej nie trafił. Nikt niczego nie sprawdził, nie ma żadnej mapy. A w środku może się roić od…
– Dobrze, dobrze, zapomnijcie, że o czymkolwiek wspominałem. – Zmieszany ojciec szybko złożył mapę i schował ją do kieszeni. – Pomyślałem po prostu, że Taine mógłby poćwiczyć, zanim wystartuje do akademii.
– Ale właśnie mógłbym! – Taine wlepił zacięte spojrzenie w matkę. – To mała jaskinia, mamo! Na pewno nic tam nie ma, a byłaby świetnym ćwiczeniem!
– Zrobisz, jak zechcesz. – Mama spojrzała na niego z niezadowoleniem i odwróciła się do garnków. Kuchnię już od dłuższego czasu wypełniał zapach spalenizny. – Bez treningu, bez przygotowania, bez licencji – mruczała posępnie. – Skończy się na tym, że w ogóle nie pójdziesz do akademii, a my będziemy musieli wzywać żeńców, żeby wyciągnęli twoje szczątki z tej jaskini. O ile coś z ciebie zostanie.
Taine wytrzeszczył oczy. Mama rzadko bywała aż tak dosadna. Zerknął na ojca, który wbił wzrok w blat i w milczeniu siorbał napar.
– A, byłabym zapomniała. – Mama znów się odwróciła, a jej złowieszczy ton zniknął równie nagle, jak się pojawił. – Liin zajrzała do nas jeszcze przed zachodem, miała nadzieję, że już wróciłeś. Prosiła, żebyś wpadł do niej po kolacji.
Taine bez słowa pokiwał głową.
* * *
Posiłek zjedli w milczeniu. Taine bardzo chciał poprosić ojca o pożyczenie mapy, żeby mógł pokazać ją Liin i Jasy’emu, jednak nie zdobył się na to w obecności mamy. Zaraz po kolacji zarzucił na siebie płaszcz i wyszedł.
Wiatr nieco zelżał. Z gór niósł się kwaśny zapach odchodów idów – ogromnych, włochatych zwierząt hodowlanych, których stada na epel i hinokę, dwa cieplejsze trymestry zaru, wyprowadzano na górskie hale. Ojciec zajmował się wypasem idów, odkąd Taine tylko pamiętał, i był znany wśród parallskich i ifryjskich kupców jako jeden z najlepszych pasterzy. W jego stadach były największe i najsilniejsze osobniki o wyjątkowo grubym i wytrzymałym futrze oraz potężnych rogach. Oznaczało to tyle, że ojciec bardzo rzadko bywał w domu, ale za to zawsze, kiedy się pojawiał, miał do opowiedzenia mnóstwo ciekawych historii. Taine obiecał sobie, że następnego ranka wypyta go o wszystko i, co najważniejsze, zdobędzie upragnioną mapę.
Herri była jedną z większych osad położonych u podnóża gór oddzielających Ifrę od Paralli. Na jej obrzeżach dominowały chatki podobne do tej, w której mieszkała rodzina Taine’a, ale im bliżej centrum, tym budynki stawały się większe i bardziej luksusowe. Miasteczko zazwyczaj tętniło życiem, jednak w wieczory tak wietrzne jak ten ludzie woleli nie wyściubiać nosa na dwór. Taine szybkim krokiem przemierzał opustoszałe, pokryte piaskiem ulice.
Dom Liin stał na rogu głównego placu i był jednym z największych w całej Herri. Miał dodatkowe piętro zwieńczone płaskim dachem i bielone ściany. Dawniej Taine myślał, że rodzice dziewczyny muszą dużo zarabiać, ale szybko odkrył, że odziedziczyli budynek, który już wtedy nie był w najlepszym stanie, jednak pod względem wielkości nadawał się idealnie dla ich bardzo licznej rodziny.
Z otwartych okien jadalni dochodził gwar. Taine otulił się szczelniej płaszczem, podszedł do drzwi i głośno zapukał. Przez dłuższą chwilę nie było żadnej reakcji, po czym po drugiej stronie rozległy się szybkie kroki. Otworzyła mu Liin.
– Trochę ci zeszło. – Powitała go szerokim uśmiechem, odsłaniając białe, proste zęby. Była sporo niższa od Taine’a, a na głowie miała burzę ciemnobrązowych loków. Jej oczy, również ciemnobrązowe, iskrzyły się wesoło.
Chłopak z uśmiechem pochylił się i dał Liin lekkiego całusa w policzek. Szyja dziewczyny jak zwykle pachniała aroskami – różowymi kwiatami rosnącymi na obrzeżach ifryjskiej puszczy.
Policzki Taine’a spłonęły rumieńcem. Speszony odsunął szybko głowę i spuścił wzrok. Liin też wyglądała na zawstydzoną. Dopiero od niedawna byli parą i nadal nie do końca wiedzieli, jak powinni się wobec siebie zachowywać.
– No więc… tego… – zaczęła, nerwowo przeczesując włosy dłonią, podczas gdy Taine przestąpił z nogi na nogę. – Jasy jest na górze – dokończyła. – Mówiłam mu, że będziesz chciał zaplanować jutrzejszy dzień, więc stwierdził, że też wpadnie. Wchodź.
– Dzięki.
Liin zrobiła mu miejsce i Taine wszedł do ciemnego korytarza. Po prawej stronie przy ścianie znajdowały się schody na piętro, a po lewej – drzwi do jadalni. Chłopak wsadził przez nie głowę i zawołał głośno: „dobry wieczór”. Domownicy byli jednak pochłonięci ożywioną dyskusją i żadna z dziewięciu osób siedzących przy stole nie zwróciła na niego uwagi.
– Daj spokój, Lieo rzucił temat wyborów. Kłócą się, odkąd usiedliśmy. – Liin wzruszyła ramionami i ruszyła po schodach do swojego pokoju, a Taine podążył za nią, zostawiwszy płaszcz w przedpokoju.
Dom rodziny Liin zawsze był wypełniony zapachem świeżo ściętych kwiatów. Jej ojciec miał w Ifrze sklep i często po drodze z pracy zahaczał o skraj puszczy, by zebrać parę bukietów. Liin wraz z siostrami rozstawiały je później w wazonach po całym domu. Taine jak w transie łowił teraz nuty niebieskich urdinek, kremowych belatyn i arosek, ulubionych kwiatów jego dziewczyny.
Liin zajmowała zaciszny pokój nad jadalnią, którego wystrój świetnie odzwierciedlał jej charakter. Wszystkie ściany pokryła własnoręcznymi malunkami roślinności puszczy. Nawet farby przygotowała sama, susząc przywiezione przez ojca kwiaty i ścierając je później na proszek. Kiedy przesiadywali tu wieczorami w ciepłym świetle lampki stojącej na biurku, Taine miał wrażenie, że biwakują przy ognisku w środku dżungli.
Gdy tylko przekroczyli próg, wyczuł delikatny zapach perfum z kory drzewa poto, a spod ściany dobiegł znajomy, wesoły głos.
– Witamy przyszłego pana żeńca.
Szeroko uśmiechnięty Jasy siedział na łóżku. W wątłym świetle jego krótko przystrzyżone blond włosy wydawały się niemal rude. Taine uważał, że wygląd przyjaciela najlepiej określa słowo „przebiegły” – przypisywał to jego wąskiej i trójkątnej twarzy oraz bystrym, brązowym oczom. Jasy rozłożył się wygodnie, z długimi, chudymi nogami wyciągniętymi niemal na środek pokoju, i przeglądał kolorową gazetę. Taine uścisnął mu dłoń na powitanie i usiadł obok.
– I co wyszło z twojego dzisiejszego śledztwa? Wydobyli coś? – zainteresował się Jasy, ale Taine tylko wzruszył ramionami.
– Wracali już po zmierzchu. Z takiej odległości nic nie mogłem zobaczyć.
– Nie widziałeś nawet pojemników?
– Nie. Chyba poczekam, aż sam zostanę żeńcem.
– Może mógłbyś podejść bliżej?
– Nie, bo jak mnie zapytają, co tam robię, to co powiem? Że jestem ich wielbicielem? – skrzywił się Taine. Odebrał przyjacielowi gazetę i zaczął przeglądać artykuły. – Coś ciekawego?
– Wybory. – Jasy wzruszył ramionami. – Na stronie czwartej są z kolei wybory. Ale myślę, że może cię zainteresować strona szesnasta, tam to się dzieje! Nie uwierzysz!
– Wybory? – zaryzykował Taine, szczerząc zęby, a siedząca przy biurku Liin parsknęła śmiechem. Jasy pokręcił głową ze znudzeniem.
– Nie mają o czym pisać. Kogo to w ogóle obchodzi?
– Jeśli pójdziesz na dół, poznasz dziewięć takich osób – zażartowała Liin, a Taine uśmiechnął się do niej szeroko.
– I tak wszyscy wiemy, co się wydarzy – prychnął Jasy. – Wygra ta nowa partia, jakkolwiek ją nazywają.
– Superstrat? Coś takiego – podpowiedziała Liin.
– Kto im wymyśla takie nazwy? – zapytał Taine, dalej przeglądając gazetę.
– Planują zwiększyć wydobycie substancji, to cię powinno zainteresować. – Jasy szturchnął go w ramię. – Mnie zresztą też. – Uśmiechnął się filuternie, a Taine mimowolnie zgrzytnął zębami.
– Kiedyś twoja dobra passa się skończy i będziemy cię odwiedzać w ifryjskim areszcie. – Liin skrzyżowała ramiona i rzuciła Jasy’emu chłodne spojrzenie. Ten jednak tylko machnął ręką.
– Daj spokój, ja to jestem mały kaka przy moich szefach – powiedział lekceważąco. – Ale kiedy będę już miał za przyjaciela wybitnego żeńca… – Znowu lekko szturchnął Taine’a, który wymuszenie zaśmiał się pod nosem.
– Zapomnij. Ale nie przeczę, że podoba mi się wizja zwiększenia wydobycia substancji.
– Skoro już przy tym jesteśmy… – Liin wstała i podeszła do stolika zawalonego stertą papierów oraz map. – Co chcesz robić jutro? Dalej próbujemy jaskinię pod Saką Skałą?
Taine z zapałem pokiwał głową.
– Tak, jestem pewien, że tuneli jest więcej. Ale właśnie! Zupełnie zapomniałem wam powiedzieć.
Opowiedział o mapie, którą pokazywał mu ojciec.
– Świetnie! – zawołał podekscytowany Jasy. – Do prób masz jeszcze parę dni, więc nie ma problemu, żebyśmy się tam wybrali.
Liin jednak nie wyglądała na przekonaną.
– Nie wiem, czy to taki dobry pomysł – powiedziała po chwili zastanowienia. Taine i Jasy spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
– Liin, nie wykorzystać takiej okazji to… – zaczął Taine, ale dziewczyna przerwała mu, kręcąc gwałtownie głową.
– Nie mówię, żebyś z niej nigdy nie skorzystał – powiedziała szybko. – Ale zgadzam się z twoją mamą. Nie masz jeszcze żadnego przeszkolenia w takiej prawdziwej jaskini. Jeżeli jest wysoko w górach i jest mała, to i tak raczej nikłe szanse, że jakiś żeniec się tam wybierze. Możemy poczekać, aż trochę się wprawisz w akademii. Poza tym… no wiesz… żeńcy giną w jaskiniach.
Taine w milczeniu kontemplował jej słowa. Liczył na trochę inną reakcję niż ta, która spotkała go ze strony mamy, ale w głębi duszy rozumiał, że Liin ma rację. Nie wiedział tylko, czemu ostrzeżenie z jej ust brzmiało dużo bardziej przekonująco niż z ust jego matki.
– Niech będzie – powiedział w końcu. – W akademii w każdym trymestrze dostaje się parę dni wolnego. Będziemy mogli wtedy pojechać.
– Pewnie, może nawet zobaczymy moskory i… co się dzieje? – Jasy zmarszczył brwi, kiedy z dołu dobiegły nagłe wrzaski i dźwięk rozbijanych naczyń. Zażenowana Liin skuliła się na krześle.
– Bakcyl – westchnęła. – Uaktywnił się jednocześnie u Mili i Goi. Walczą tak od pięciu dni.
– Żartujesz! – Jasy pokręcił głową. – Ale dostają serum?
– Jeszcze nie.
– Nie? – Taine wytrzeszczył na nią oczy. Nie wyobrażał sobie, jakich męczarni doświadczała osoba będąca pod wpływem bakcyla dłużej niż dwa czy trzy dni.
– W Ifrze brakuje substancji – wyjaśniła Liin. – Powiedzieli tacie, że starają się sprowadzić więcej ze stolicy, ale trochę to potrwa.
Taine spojrzał na nią ze współczuciem. Nadal pamiętał, jak sam przechodził bakcyla. Rodzice nie byli w stanie nad nim zapanować. Przez dwa dni w szale przewracał dom do góry nogami.
– No, to tym lepiej, że wygra ta nowa partia, jak im tam… – odezwał się cicho Jasy, a Liin w milczeniu pokiwała głową.
Przez chwilę siedzieli w zupełnej ciszy, aż Jasy nie wytrzymał.
– Wiesz, Liin, jeżeli brakuje substancji dla Mili i Goi, to ja mógłbym…
– Przestań, Jasy! – przerwał mu z irytacją Taine. Od jakiegoś czasu obawiał się, że rozmowa zejdzie na ten temat.
– Nie musisz być cały czas taki uczciwy – burknął Jasy, ale Taine zapalczywie potrząsnął głową.
– To nie ma nic wspólnego z uczciwością. Ty i ci twoi koleżkowie macie substancję z szemranych źródeł. Nie wiadomo, co w niej tak naprawdę jest!
– Nasza substancja pochodzi prosto od żeńców! – żachnął się Jasy. – I to tych z akademii!
– Akurat. Żaden szanujący się żeniec nie sprzedawałby substancji jakimś mętom na ulicy.
– Po pierwsze, te twoje przekonania o świętości akademii zaczynają być śmieszne – warknął Jasy. – A po drugie, kogo niby nazywasz mętem?
– Przestańcie! – Liin uderzyła dłonią o blat biurka, aż obaj podskoczyli. – Wystarczy, że mam brata i siostrę, którzy cały czas wrzeszczą i kłócą się ze wszystkimi!
Chłopcy umilkli zawstydzeni. Taine podciągnął nogi pod brodę i nasłuchiwał dochodzących z dołu krzyków.
– To jutro Saka Skała? – odezwała się po chwili Liin, a Taine tylko machinalnie pokiwał głową.
– Później moglibyśmy się też przejechać do Ifry – kontynuowała, niezrażona jego milczeniem. – Tata ma jakieś nowe sprzęty. Mówił, że nie są bardzo stare i możliwe, że jeszcze działają. Moglibyśmy zostać aż do odprawy.
Taine spojrzał na dziewczynę z zainteresowaniem. Jej ojciec prowadził sklep ze starociami i bardzo często wpadały mu w ręce narzędzia żeńców. Wizja zobaczenia względnie nowego ekwipunku od razu poprawiła mu humor.
– Ja też pojadę – zdecydował Jasy. – Szykuje się niezła zabawa. Już rano widziałem, że główna ulica prawie cała zakwitła!
Taine uśmiechnął się szeroko. Odprawa świeżo upieczonych absolwentów akademii przypadała na ostatni dzień zaru i zawsze towarzyszyła jej impreza na całe miasto.
– No, to mamy plan – powiedział dużo weselszym tonem. – Rano Saka Skała, później sklep, a na koniec bawimy się na odprawie!
* * *
Przy Sakiej Skale jak zwykle roiło się od wszelkiego rodzaju saków. Samice wraz z młodymi wylegiwały się w promieniach izarry, a samce stały przy nich, jakby trzymały wartę. Zwierzęta jednak dość szybko zapomniały o swoich zajęciach, kiedy w pobliżu pojawili się ludzie. Taine ze śmiechem obserwował, jak młode wdrapują się na kolana zachwyconej Liin, oczekując głaskania i przytulania. Były puchate, o czterech łapach, krótkich uszach i podłużnych pyskach. Ich umaszczenie zazwyczaj zależało od otoczenia, w którym żyły, więc większość saków w pobliżu Ifry miała kolor piaskowy.
– Chciałabym wziąć takiego do domu – powiedziała Liin, tuląc jedno z młodych. Zachwycone zwierzątko lizało ją po brodzie swoim małym, różowym języczkiem. – Słyszałam, że w stolicy ludzie normalnie trzymają je jako zwierzęta domowe.
– Też o tym słyszałem. – Taine pokiwał głową. – Ale chyba wolałbym nie czuć cały czas tego zapachu w domu.
– Ja nic nie czuję. Widzisz, zawsze mówiłam, że ten twój węch to też trochę przekleństwo. – Liin puściła do niego oko z uśmiechem.
Taine się zaśmiał, po czym podszedł do jednej ze skał, przesunął wylegującego się na niej saka i zaczął wypakowywać torbę. Chciał już wejść w błogi chłód jaskini. Pomimo wczesnej pory gorąc narastał i właśnie z powodu pogody Taine nie zdążył porozmawiać z ojcem, który postanowił wyruszyć w góry jeszcze przed wschodem. Na szczęście przed wyjazdem zostawił na biurku syna mapę z lokalizacją górskiej jaskini i dopiskiem: „Tylko nie mów mamie”.
Taine rozłożył przed sobą ręcznie rozrysowany schemat korytarzy ciągnących się pod Saką Skałą, a Liin podniosła się i podeszła do niego ostrożnie, lawirując pomiędzy małymi sakami atakującymi jej stopy.
– Na czym skończyliśmy ostatnio? – Delikatnie oparła się o jego ramię, a aromat arosek przebił się przez zapach zwierząt. Taine uśmiechnął się pod nosem.
– No więc… byłem tutaj. – Wskazał na schemacie skrzyżowanie kilku przejść. – Ale na tym odcinku szedłem tylko na dotyk, więc pewnie w rzeczywistości wygląda to trochę inaczej. Mogę zacząć z tej strony, a ty i Jasy sprawdzicie, jak bardzo się pomyliłem.
– Niech będzie. – Liin pokiwała głową. – Pójdziemy, jak tylko Jasy się pojawi. A jak chcesz zacząć?
– Na węch. Ostatnio ćwiczę tyle dotyku i słuchu, że nie wiem, czy mój węch nadal działa.
Liin jeszcze przez chwilę pochylała się nad mapą, a Taine w tym czasie przewiązał sobie oczy opaską i wsadził zatyczki do uszu. Rzeczywistość zamieniła się w kolaż zapachów. Chłopak znał ten świat aż za dobrze. To był jego prawdziwy świat.
* * *
Tunel wypełniała orzeźwiająca woń wilgoci, jednak w górze zapach mokrych kamieni był ledwo wyczuwalny. Strop musiał być bardzo wysoko. Taine poruszał się dość szybko, uważając tylko, żeby się nie poślizgnąć. Smród alg zalegających na dnie korytarza unosił się i opadał przy każdym jego kroku.
Po kilku chwilach dotarł do rozwidlenia. Wytężył węch. Korytarz po prawej – pachnący płasko i ciasno – kończył się zawalonym stropem parę kroków dalej. Taine zwrócił więc głowę do przejścia po lewej i zamarł. W jego nozdrza uderzyła głęboka woń pustki. W odległości wielu rali na wprost i w dół nie było niczego. Kawerna, pomyślał z ekscytacją.
Bardzo ostrożnie przysunął się do krawędzi i zawisł nad niewątpliwie ogromną przepaścią. Jego nos wyłuskał w nicości zapach jeziora. Musiało znajdować się na samym dnie, jakieś trzysta rali niżej.
Taine dłuższą chwilę stał w bezruchu, starając się oszacować przytłaczającą wielkość jaskini, po czym kucnął i przejechał ręką po dnie korytarza. Cała powierzchnia idealnie nadawałaby się do zamocowania żeńczego kołowrotka. Zachwycony swoim odkryciem wycofał się ostrożnie do tunelu i skierował do wyjścia.
* * *
– APSIK! – Taine kichnął potężnie, oślepiony przez promienie izarry, a Liin i Jasy roześmiali się jednocześnie.
– Za każdym razem – westchnął, po czym ściągnął do końca opaskę i otarł załzawione oczy. – Ale… znalazłem kawernę! Jest ogromna!
– O, zapomnij. – Jasy natychmiast spoważniał i pokręcił głową. – Nie włażę nigdzie, gdzie jest ryzyko, że spadnę. Jedno z nas się poślizgnie i…
– Dobrze, dobrze, nikomu nie każę tam iść. – Taine uspokajająco uniósł ręce. – Ale zamierzam zbadać tę jamę, jak tylko dostanę odpowiedni sprzęt z akademii. A wam jak poszło?
– Mogło być gorzej. – Jasy spojrzał na niego znacząco, a żołądek Taine’a natychmiast ścisnął się nieprzyjemnie.
– Och, wcale nie jest tak źle. – Liin rzuciła Jasy’emu ostre spojrzenie i podsunęła Taine’owi mapę.
Pot wystąpił mu na czoło. Każdy korytarz, który narysował, był albo za długi, albo za krótki. Przejścia oszacował na zbyt szerokie lub zbyt wąskie, a na dodatek wszystkie zaznaczył pod niewłaściwymi kątami. Poczuł, że policzki mu płoną.
– Świetnie – wymamrotał, gapiąc się z przerażeniem na pomazaną kartkę. – To według ciebie nie jest tak źle?
– Taine, nikt w akademii nie będzie oczekiwał, że narysujesz profesjonalną mapę na próbach – stwierdziła rzeczowo Liin. Odebrała mu schemat i schowała go do kieszeni. – Porównujesz to, co umiesz zrobić na węch, z tym, co umiesz zrobić na dotyk. Nie ma w tym raczej zbyt dużo sensu, skoro twój węch jest absolutny, prawda?
Taine nie był przekonany. Wiedział, że jego czucie było dużo słabsze niż pozostałe zmysły, ale nie sądził, że różnica między nimi jest aż tak wielka.
– Poza tym nie zgubiliśmy się – ciągnęła Liin. – A właśnie to będą sprawdzać na próbach: czy dzięki twojej mapie da się dotrzeć do celu, a nie czy korytarz ma pół rala więcej.
– Dokładnie. – Jasy starał się, aby jego ton brzmiał wspierająco.
Taine westchnął. Cała radość z odkrycia kawerny uleciała, ustępując miejsca niepokojowi i frustracji.
– Nie martw się, mamy jeszcze trochę czasu, żeby nad tym pracować. – Liin poklepała go po ramieniu z dobrodusznym uśmiechem. – A teraz w drogę, zanim się usmażymy. Jak nie zdążymy, tata pojedzie bez nas i będziemy musieli dotrzeć do Ifry na własną rękę.
* * *
Przez majestatyczne, jak zwykle otwarte bramy Piaskowego Miasta przetaczały się tłumy ludzi. Ojciec Liin zręcznie manewrował wozem pomiędzy karawanami handlarzy i natłokiem przechodniów, a jego muskularne ramiona zdawały się przy tym nie wykonywać żadnych ruchów. Zaprzężone do wozu idy co chwila brykały gwałtownie, by uniknąć kolizji, aż w końcu zdołały wyprowadzić pojazd na jedną z głównych ulic miasta. Taine z zachwytem oglądał smukłe, wysokie budynki z białego kamienia i wciśnięte pomiędzy nie ustronne uliczki.
– Poczekaj, aż zobaczysz deptak! – zawołał do niego uśmiechnięty Jasy. – W tym zarze naprawdę dali z siebie wszystko. Multum dekoracji od samej akademii!
Taine nie mógł powstrzymać westchnienia, kiedy po kilku chwilach dotarli do głównego placu, a ich oczom ukazał się monumentalny widok. Akademia żeńców wyrastała ponad miasto podobna do ogromnej schodkowej piramidy ze ściętym na płasko szczytem, w której każda kondygnacja była otoczona tarasem. Bujna roślinność spływała kaskadami po gładkich, kamiennych ścianach, dodając masywnej budowli lekkości. W akademii aż roiło się od małych pojemniczków z substancją, która powodowała przyspieszony rozrost zieleni. Ten sam sposób władze Ifry stosowały podczas dekorowania ulic na uroczystość odprawy.
Na szerokich schodach wejściowych uczelni jak zwykle rozsiadło się mnóstwo studentów. Część była pogrążona w dyskusjach, a część wertowała książki lub rozłożone na stopniach papiery. Taine uśmiechnął się na myśl, że już niedługo będzie miał szansę do nich dołączyć.
Minęli plac i wjechali w ulicę po prawej stronie, gdy ojciec Liin gwałtownie ściągnął wodze. Zaprzężone do wozu idy zatrzymały się raptownie, z niezadowoleniem potrząsając wielkimi, włochatymi głowami.
– Co się dzieje? – Liin wstała i wyjrzała ojcu przez ramię, a Taine i Jasy wychylili się nad burtami wozu. Cała ulica była zastawiona dorożkami, które próbowały wyminąć tłum zgromadzony przed jednym z budynków. Zebrani wykrzykiwali jakieś hasła, ale z tej odległości nie dało się rozróżnić słów.
– Protestują pod siedzibą tariaku. – Ojciec Liin z zastanowieniem poszarpał swoją posiwiałą brodę i rozejrzał się wokół bystrymi, czarnymi oczami.
– Teraz? – zdziwił się Jasy. – Myślałem, że dopiero podczas wyborów dadzą upust frustracji. I że już wiadomo, że kolejny tariak stworzy ta nowa partia.
– Chyba nie doceniasz powagi sytuacji. – Ojciec Liin uśmiechnął się gorzko, po czym cmoknął na idy i zaczął zawracać. – W Herri tak tego nie widać, ale niedobór substancji daje się we znaki w całym kraju. Dzieciaki szaleją i się męczą, słyszałem też o paru przypadkach śmiertelnych.
Taine, Liin i Jasy wymienili wystraszone spojrzenia. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że jest aż tak źle.
– Zaczyna to wyglądać nieciekawie – mruknął ojciec Liin, sprawnie wyprowadzając wóz na okrężną drogę do sklepu. – Nie dziwię się, że czarny rynek ostatnio prosperuje.
Taine zerknął na Jasy’ego, który oblał się rumieńcem i zmieszany spuścił głowę.
Zatrzymali wóz w zaułku pomiędzy dwoma budynkami. Ojciec Liin otworzył główne wejście sklepu i natychmiast poszedł na zaplecze. Taine, Liin i Jasy weszli do środka. Unoszący się w powietrzu zapach metalu aż świdrował w nosie. Lokal nie był duży, ale jego ściany w całości pokrywały wystawy pełne narzędzi. Taine podszedł do lady i z zafascynowaniem wbił wzrok w wypełnione skomplikowanymi urządzeniami gabloty. Od razu wypatrzył pomykacz, umożliwiający przejście nad rozpadlinami, oraz zestaw trawerserów używanych do wspinaczki.
– A to rzeczy, o których wspominałem. – Ojciec Liin wyłonił się z zaplecza, taszcząc wielkie pudło. Taine i Jasy pomogli mu je postawić, po czym zaczęli delikatnie wyciągać sprzęty i niemal z czcią układać je na ladzie.
Liin miała rację. Ekwipunek był dużo nowszy i w dużo lepszym stanie niż to, co zazwyczaj widywali na wystawach. Poza pomykaczem, trawerserami i kołowrotkiem stosowanym w kawernach znaleźli też żeńcze buty o bardzo cienkiej, wytrzymałej podeszwie, skórzane rękawice, sprzęt do nurkowania, a nawet torby specjalnie zaprojektowane, by nie zniszczyły się pod wodą. Były też pojemniki na substancję w różnych rozmiarach.
– Nieźle, co? Niedługo będziesz korzystał z takich samych. – Liin uśmiechnęła się do podnieconego Taine’a, który aż przełknął ślinę. Zepsuta mapa korytarzy pod Saką Skałą wydała mu się nagle bardzo odległym i nieistotnym wspomnieniem.
Buszowali po sklepie aż do otwarcia, a kiedy tłumy z ulicy zaczęły wdzierać się do środka, wymknęli się przez zaplecze i skierowali w stronę głównego placu.
– Do prób zostało mało czasu. Myślę, że terminy powinny już zostać podane – powiedział Taine, przyspieszając kroku.
Kiedy tylko dotarli pod akademię, żwawo wbiegł po schodach, które do tej pory zdążyły opustoszeć, i dopadł gabloty wiszącej przy drzwiach wejściowych. Liin i Jasy podążyli za nim.
– Są listy! Szukajcie mojego imienia!
Przez chwilę we trójkę w skupieniu przeglądali tabelę, aż w końcu Liin wydała z siebie triumfalny okrzyk.
– Mam! – Wskazała na wiersz na wysokości swoich oczu, a Taine nachylił się nad jej ramieniem. Serce waliło mu jak oszalałe.
– Dziesięć dni. To już niedługo – wymamrotał i przełknął ślinę.
– Sprawnościówka i węch razem, dwa dni przerwy, potem słuch, znowu dwa dni przerwy i na koniec dotyk – przeczytał Jasy. – Pięknie! Nałapiesz punktów na początku, to będziesz miał spokojną głowę z dotykiem.
Taine uśmiechnął się blado, a jego ręka machinalnie odszukała ciepłą dłoń Liin i ścisnęła ją mocno. Dziewczyna pocałowała go lekko w policzek.
– Do odprawy jeszcze sporo czasu. – Jasy zerknął na izarrę, która właśnie minęła zenit i powoli zaczynała się obniżać. – Chodźcie, znajdziemy jakieś miejsce, żeby się czegoś napić. Nie wytrzymam tego upału!
* * *
Obsypane kwiatami zielone kłącza pięły się gęsto po elewacjach budynków, a nad deptakiem pokrytym dywanem kolorowych płatków zwisały girlandy światełek. Gnieniegdzie rozwieszono pokaźne, pękate lampiony, a ze straganów ustawionych pod ścianami unosił się aromat pysznego jedzenia. Ulica tonęła w gwarze rozmów i rozbrzmiewającej wszędzie muzyce.
Trójka przyjaciół sunęła przez tłum i co chwila zadzierała głowy, by podziwiać skrzące się w ciemności dekoracje. Przytłoczony ilością zapachów Taine z rozmarzeniem łowił nuty przeróżnych smakołyków, kiedy gdzieś blisko ktoś zaczął wygrywać skoczną melodię. Chłopak wyciągnął szyję. Pomiędzy dwoma straganami starszy mężczyzna grał na rogu ifryjskim – drewnianej, stożkowatej rurze, która przy uderzaniu palcami w czarne punkty na bokach wydawała dźwięki podobne do stukania czymś metalowym o struny. Rogmistrz grał zapamiętale, a przy tym skakał, jakby był połowę młodszy niż w rzeczywistości. Przysłuchujący się ludzie klaskali do rytmu. Po chwili do muzyka dołączyli bębniarz oraz paru flecistów i razem zaintonowali jeszcze bardziej żywiołową pieśń z rejonu dzikiego Ekialdu.
– Aż chciałoby się tańczyć! – zawołała Liin, obracając się w takt muzyki.
Rzeczywiście, ci, którzy wcześniej klaskali, teraz ruszyli w tan wzdłuż deptaka. Liin chwyciła Taine’a i Jasy’ego za ręce i przez chwilę razem pląsali w wesołym korowodzie, po czym wymknęli się w poszukiwaniu mniej oblężonego straganu.
– Co powiecie na szaszłyki ze świrgotów? – Jasy wskazał szyld nad budką, z której unosił się soczysty aromat pieczonego mięsa i warzyw. Taine i Liin ochoczo pokiwali głowami.
Budka była pełna specjałów z różnych regionów Basamo. W pękatych beczkach za ladą piętrzyły się czerwone perki – małe, okrągłe warzywa o różnym poziomie ostrości – oraz żółte, prażone ekilki – również okrągłe, chrupiące owoce. Obok na wolnym ogniu piekły się bordowe kolby arty i dwa rodzaje szaszłyków: jasne ze świrgotów i ciemne z soczystego mięsa dzikiej surdy. Półki na tyłach stoiska uginały się od butli sfermentowanego mleka idów i mocnych, zawiesistych win mendejskich, a na ladzie stały pojemniki z cukierkami mlecznymi i kolorowymi, kandyzowanymi owocami.
– Co podać? – zwrócił się sprzedawca do Taine’a, który już miał coś powiedzieć, kiedy ktoś klepnął go w plecy.
– No dalej, Taine, to może być twój ostatni porządny posiłek. W akademii tak nie karmią.
Chłopak odwrócił się i stanął twarzą w twarz ze smukłą, śniadą dziewczyną o prostych, czarnych włosach i o zblazowanej minie.
– A Nea jak zwykle w świetnym nastroju – zaśmiał się Jasy ironicznie.
– Po prostu mówię, jak jest. – Nea tylko wzruszyła ramionami i spojrzała ponad ramieniem Taine’a, krytycznie lustrując stoisko. – I tu też nic ciekawego.
– Och, przestań już tak narzekać! – rozległ się kolejny znajomy głos.
Z tłumu najpierw wyłoniła się burza czarnych, sterczących loków, a dopiero potem ich właścicielka – Zorri.
– Miłej odprawy wszystkim! – zawołała wesoło i wyściskała Liin na powitanie. – Co kupujecie?
– Na pewno coś mocniejszego, żeby niektórzy się rozluźnili. – Jasy się uśmiechnął, patrząc na Neę, która jednak tylko przewróciła oczami.
– Tutaj to raczej nic nie pomoże. – Zorri rozłożyła ręce z udawaną rezygnacją, a Liin zaśmiała się i objęła ramieniem nadal naburmuszoną Neę.
– Nie przejmuj się nimi, ja cię rozumiem – powiedziała wesoło, ale Nea nadąsała się jeszcze bardziej.
– Kupimy jedzenie i wejdziemy gdzieś wyżej, żeby mieć dobry widok. Idziecie z nami? – Taine zwrócił się do dziewczyn, a Zorri ochoczo pokiwała głową.
– Jasne! Niedługo powinno się zacząć. To co kupujemy?
Stłoczyli się przy ladzie i przez chwilę dyskutowali zawzięcie. W końcu wzięli po szaszłyku ze świrgota i kolbie arty, kilka torebek kandyzowanych kawałków potota i mlecznych cukierków oraz trzy butelki mendejskiego z aranki i flaszkę mleka o najwyższej fermentacji. Sprzedawca dorzucił im też kilka zotek – małych kulek z suszonych pąków izoty, które wrzucone do napoju natychmiast go schładzały. Tak wyposażeni ruszyli ulicą w poszukiwaniu wejścia na jedno z zadaszeń.
– W tym zarze przeszli samych siebie, co? – Zorri wskazała na budynek ozdobiony nie roślinnością, a misternie wykonaną atrapą skalnej ściany, po której pięła się kaskada żył namalowanych jaskrawozieloną farbą. – Ciekawe czy w jaskiniach naprawdę tak to wygląda.
– Jasy, ty twierdzisz, że masz kontakty z żeńcami – odezwał się Taine. – Czy tak to wygląda w jaskiniach?
Odwrócił się, jednak Jasy’ego nigdzie nie było. Zauważył za to, że Liin i Zorri śmieją się z czegoś po cichu. Pytająco uniósł brwi, a Liin wskazała głową na tłum za nimi. Obejrzał się i wytrzeszczył oczy. Jasy i Nea zostali kilkanaście rali w tyle. Szli bardzo powoli, rozmawiając po cichu i – ku niedowierzaniu Taine’a – trzymali się za ręce.
– Chyba żartujecie. – Taine pokręcił głową, spoglądając na rozbawione Liin i Zorri. – Myślałem, że Nea go nie znosi.
– Nea nikogo nie znosi. – Zorri z uśmiechem wzruszyła ramionami. – A raczej udaje, że nie znosi. Tak naprawdę bardzo jej zależy. O, tam będzie dobrze! – Wskazała niskie zadaszenie nad jednym ze sklepów. Tak gęsto obrosło zielenią, że pomiędzy liśćmi i gałęziami ledwo przebijały fragmenty budynku.
Taine pomachał do Jasy’ego, któremu na chwilę udało się oderwać rozmarzony wzrok od twarzy Nei. Para przyspieszyła i dogoniła resztę, czekającą przy kolumnach podpierających daszek. Taine złożył ręce w koszyczek i podsadził Liin, która sprawnie wspięła się na górę i odebrała od niego zakupy.
– Pomóc wam? – Rubaszny głos rozległ się tak nagle i tak blisko, że Taine prawie upuścił butelkę mendejskiego.
Obok niego jak spod ziemi wyrosło dwóch potężnych mężczyzn. Ich czerwone twarze uśmiechały się szyderczo, a oczy błądziły w przestrzeni, ewidentnie zatraciwszy już umiejętność skupienia się na jednym punkcie.
– Dziękujemy. – Taine skinął im głową, jednocześnie podając Liin ostatnią paczkę. – Poradzimy sobie.
– Daj spokój, Zol, zobacz, jacy ci dwaj są wysocy. – Mężczyzna stojący bardziej z tyłu poklepał swojego towarzysza po ramieniu. – Pewnie jakby chcieli, to by doskoczyli. A dla dam wystarczająco gałęzi, żeby się wspiąć…
– No, patrz ile tych gałęzi. – Człowiek nazwany Zolem lekko się zatoczył, oparł o zieloną kolumnę i zmierzył ją mętnym wzrokiem z góry na dół. – Dla dzieciaków nie starcza… moje szaleją, twoje też… ale żeby całą ulicę nafaszerować badylami, to jakoś znaleźli… Złodzieje! – wykrzyknął nagle, waląc pięścią w kolumnę tak, że Taine, Zorri, Nea i Jasy aż podskoczyli.
– Dobrze już, dobrze, chodź, napijemy się jeszcze. – Kolega troskliwie objął Zola, który płynnie przeszedł od wybuchu złości do cichego chlipania.
– Żeby chociaż trochę dali…
– Wiem, wiem. Wybaczcie nam, Zol nie jest w najlepszej formie. – Trzeźwiejszy z mężczyzn uśmiechnął się przepraszająco i pociągnął za sobą smutnego kolegę, który chował teraz twarz w dłoniach. – Miłej parady!
– Nawzajem – powiedziała sztywno Zorri.
– Nieciekawy widok, co? – mruknęła Nea, odprowadzając nieznajomych zachmurzonym, a jednocześnie dziwnie zdeterminowanym spojrzeniem.
– Miejmy nadzieję, że to niedługo się zmieni – odezwał się Jasy, po czym wskazał na kolumnę. Taine podsadził Neę i Zorri, a sam rzeczywiście doskoczył do krawędzi daszku i podciągnął się na górę. Jasy zrobił to samo.
Liin zdążyła już rozłożyć przekąski i napoje. Taine usadowił się obok niej i zaczął pałaszować szaszłyk, kiedy z oddali dobiegły najpierw głośne fanfary, a po chwili równie donośna, skoczna muzyka.
– Ruszyli! – zawołała Liin. Wychyliła się za krawędź daszku i wpatrzyła z napięciem w koniec ulicy.
Odgłosy instrumentów i towarzyszący im śpiew miarowo narastały. Nim Taine zdążył pochłonąć połowę szaszłyka, zza zakrętu wyłonili się pierwsi uczestnicy parady. Pochód otwierali nadający rytm bębniarze w tradycyjnych skórzanych spodniach i luźnych, jasnych koszulach. Tuż za nimi kroczyła grupa ubranych w kolorowe kostiumy akrobatów, wykonujących co chwila skomplikowane salta oraz piruety. Dalej podążali fleciści, rogmistrzowie i śpiewacy, wszyscy ustawieni w rzędach.