Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zerythar. Pamięć Zaihonu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
63,97
6397 pkt
punktów Virtualo

Zerythar. Pamięć Zaihonu - ebook

Trzecia wyprawa wschodnia Unaro wyrusza odnaleźć dwie zaginione ekspedycje i zbadać nieznany ląd Zaihonu. Kartograf Zephyr Eurus trafia w centrum sporów i tajemnic sięgających dawnych zapomnianych epok. W świecie Zerythar nie ma czarów i zaklęć — istnieje tylko magia pamięci świata, przechowana w artefaktach, które potrafią w teraźniejszości przebudzić przeszłość i odmienić przyszłość. Epickie archeofantasy z wątkami historycznymi i etnokulturowymi, osadzone w autorskim świecie.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-413-3
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Port w _Urbo de Oriento_ tętnił życiem mimo wczesnej pory dnia. Gwarem wręcz nadzwyczajnym, choć oba słońca dopiero wstawały nad horyzontem. W oknach kamiennych domostw i przy straganach w części portowej gromadziły się tłumy cywilów.

W powietrzu mieszały się zapachy smoły, ryb i soli z dźwiękami dzwonów okrętowych i stukotem młotków. Dzieci biegały po alejkach między wozami i ładunkami, a rodzice wraz z marynarzami próbowali je temperować, by nie przeszkadzały w pracach.

Inni w milczeniu albo cichych rozmowach obserwowali przygotowania w doku do wielkiej wyprawy. Mimo że wszyscy wiedzieli, nikt nie używał słowa „trzecia”.

Dwie poprzednie przestały istnieć w dyskusjach — jakby brak powrotu był czymś, do czego ludzie przywykli już dawno. Część z czekających w porcie przeżyła to już dwa razy. Ten kolejny nie niósł ze sobą tej samej wagi.

Nie miało to znaczenia dla rytmu życia miasta. Ponad dachami domostw piętrzyły się smukłe, kamienne, otwarte wieżyczki o przeznaczeniu dawno zapomnianym. Z daleka przypominały palce wyciągnięte ku niebu, jak gdyby samo miasto chciało nimi czegoś sięgnąć. Wiele lat po ich powstaniu zawieszono w nich dzwony, które swym dźwiękiem regulowały rytm życia miasta. Wkrótce miały rozbrzmieć donośnie — gdy wyprawa ruszy ku morskim toniom.

Wzdłuż nabrzeża widać było ciężkie bramy prowadzące w głąb miasta. Nad nimi powiewały sztandary znane wszystkim mieszkańcom Dwukontynentu. Razem tworzyło to charakter niepowtarzalny i niemal mistyczny, jakiego nie sposób znaleźć nigdzie indziej poza północno-wschodnimi krańcami tego lądu.

W porcie trwały ostatnie przygotowania do ekspedycji, która mogła odmienić losy regionu, a może i całej prowincji Jagirskiej. Ta z kolei była jedną z pięciu części wielkiego Unaro — organizmu, którego nie sposób nazwać ani królestwem, ani imperium, ani sojuszem czy unią. Było czymś więcej: Wspólnotą prawa i porządku, rozciągającą się na cały Dwukontynent. W jej granicach dawne narody powoli rozmywały się w uniwersalnej idei _Jedności_.

Doki wypełniały się coraz bardziej gwarem. Ciężkie wozy podskakiwały na nierównych kamiennych płytach nabrzeża. Tragarze sapiąc, przepychali beczki lub nieśli ciężkie opieczętowane laką skrzynie.

Jedna z nich różniła się od pozostałych. Nie była drewniana, lecz metalowa, gładka, lśniąca, inna od znanych stopów. Chłodna w wyglądzie, odbijała światło w odcieniu błękitno-fioletowym za każdym razem, gdy promienie wschodzących słońc padały na jej powierzchnię.

Pozostałe skrzynie wyglądały tak, jak należało się spodziewać. Na ich wiekach widniały niebiesko-czarne znaki Unaro — pięciokąt zamknięty między dwoma słońcami, z pustą przestrzenią pośrodku. Od niej odchodziły nieregularne linie, jak od promieni dużego słońca, rozlewającego się aż po krawędzie wieloboku. Symbol jedności, prawdy i wspólnoty błyszczał głębią w blasku porannego światła.

Do portowych dźwięków pracy dołączał nieustanny śpiew codzienności; krzyk mew zataczających koła nad masztami, szum fal rozbijających się o kamienne nabrzeża, plusk sieci wyciąganych z wody przez rybaków. Wąskie łodzie chybotały się nieopodal, obładowane rybami błyszczącymi w świetle wschodzących słońc. Rybacy, wciągając kolejne połowy, podobnie jak ludzie na lądzie spoglądali ku temu, co miało miejsce w dokach.

Wśród dziesiątek zakotwiczonych jednostek trzy przyciągały uwagę gawiedzi. Największa z nich, górująca nad całym portem, nosiła na dziobie złocisty napis _Citadelo_. Była to morska forteca wojskowych _Pretoroj _— potężny _bastionŝipo_, o drewnianych burtach wzmocnionych stalą i dziobowym działem, które górowało nad resztą portu niczym baszta. Gapiów przechodził dreszcz na sam widok tej konstrukcji — jedni szeptali o sile Unaro, inni o nienasyconej ambicji.

Obok, chronione jego cieniem, czekały dwie mniejsze jednostki: _Rememoro_ i _Percepto_, smukłe _eksplorŝipoj_ o wysokich masztach i eleganckiej linii kadłuba. Choć przypominały tradycyjne karawele, wyróżniały się konstrukcją trójpokładową: niewidocznym pojemnym dolnym pokładem, przestronnym środkowym oraz górnym, na którym mieściły się ster i kajuta kapitana.

Przy trapie Rememoro panował zgiełk. Marynarze w połatanych koszulach i zawsze pomocni w prostych zadaniach _Vivtenisoj_ krzyczeli na siebie, pchając beczki i skrzynie. Żołnierze komórek Pretoroj stali w równych rzędach — nieruchomi, z twarzami twardymi i niewzruszonymi. Dwa konie, zziębnięte i niespokojne, prychały głośno, szarpiąc się na krótkich uwięziach.

Wkrótce wśród tłumu, niemal równocześnie z trzech różnych stron nabrzeża, pojawiło się pięć postaci w długich, ciężkich płaszczach. Wyglądało to tak, jakby spotkały się przypadkiem, nie znając się wcale albo jedynie przelotnie. Każda z nich ciągnęła skrzynię, której dno uginało się pod ciężarem. Ich wygląd wyróżniał się na tle marynarzy i żołnierzy. Byli to badacze Unaro — _Kuratoroj_, którym powierzono odkrywanie wszelkich tajemnic świata.

Trzej z nich wyróżniali się charakterystycznymi kapeluszami z przypinkami znaku Unaro oraz trzema błękitnymi pasami na płaszczach, świadczącymi o ich pozycji. To wystarczyło, aby wiedzieli, do kogo mają się zbliżyć. Porzucili swoje skrzynie przy dwójce pozostałych towarzyszy i bez wahania ruszyli w stronę Citadelo. Ci, pozostawieni sami sobie, zajęci od razu załadunkiem z pomocą portowych pracowników, nie mieli ani chwili na rozmowy. Tymczasem trójka wyższych rangą, gdy tylko dotarła na skraj doku, od razu dała się wciągnąć w żywą dyskusję z innymi uczonymi, pełną gestów i urywanych zdań.

Z szerzej nieznanego powodu uwagę wielu przykuło zdarzenie typowe dla portowego zgiełku. Jedna ze skrzyń wysunęła się z rąk tragarzy i runęła na kamienne płyty nabrzeża. Rozległ się głuchy huk, a z rozbitego wieka wysypały się narzędzia. Pozostali uczestnicy portowego życia natychmiast rzucili się, by pomóc zebrać rozsypane przedmioty, pozostawiając w nieładzie wszystko, co nieśli. Wywołało to tylko dodatkowy rwetes. Gdy zamieszanie ucichło, nikt nie potrafiłby powiedzieć, czy wszystkie skrzynie wróciły na właściwe miejsca.

W porcie takich scen było wiele. Wszyscy spieszyli się, odkładali obowiązki na później, byle tylko zdążyć przed wybiciem dzwonów.

W pewnej chwili uwaga wszystkich przesunęła się ku jednej sylwetce. Przy Rememoro stał młody mężczyzna — jeden z dwojga postaci, którym trzej wyżej postawieni uczeni powierzyli swoje skrzynie.

Jeszcze przed chwilą pomagał tragarzom przepchnąć kufry w stronę wyznaczonych kajut, teraz jednak zatrzymał się u podstawy trapu. Dłoń wciąż spoczywała na uchwycie jego bagażu, poniekąd nie chcąc oderwać się od obowiązku. Spojrzenie błądziło raz ku wodom portu, raz ku masztom statku. W końcu uniósł głowę, zdając się zbierać na odwagę i zrobił swój ostatni krok ku pokładowi — krok, który miał poprowadzić go dalej, niż ktokolwiek w tym porcie mógł tego dnia przewidzieć.I

_Paca, I/1, 294_

_Wpis I w dzienniku III wyprawy wschodniej autorstwa Zephyra Eurusa, Młodszego Scivolaro, protegowanego mistrza map miasta Urbo de Oriento, prowincji Jagirskiej, Vilhelma Thalassinosa. Przypisana jednostka _— _Rememoro._

_Cała wyprawa liczy trzy statki: dwie jednostki typu Eksplorŝipo _— _Rememoro oraz Percepto, jedna jednostka typu Bastionŝipo _— _Citadelo. Załogi dwa razy po czterdzieści osób oraz sto osób. Aprowizacja naszej jednostki przygotowana na dwa miesiące podróży, z uwzględnieniem paszy dla dwóch koni. Wszystkie statki zaopatrzone w broń dalekiego zasięgu oraz ręczną, zapasowe części oraz narzędzia._

_Oba słońca bez zmian w układzie. Wiatr stały ze wschodu, uderzający wprost w żagle. Zmusza jednostki do halsowania już od początku rejsu. Żagle narażone na częste trzepotanie, konieczne ciągłe poprawy lin. Citadelo utrzymuje kurs wolniej, lecz stabilniej. Fale umiarkowane, bez większego zagrożenia. Załoga przyjęła warunki będące spodziewane dla tej szerokości._

_Morale: wysokie. Gotowość do realizacji misji: wysoka._

_Cel: odkryć nowy ląd i jego zasoby ku chwale Unaro i bezpiecznie wrócić do Urbo de Oriento._

Zephyr zamknął ostrożnie dziennik, opierając się o reling rufy statku. Wziął głęboki wdech, by poczuć w nozdrzach morską bryzę.

— Wreszcie…

Szepnął, choć nie chciał tego powiedzieć na głos.

Spoglądał na majaczące w oddali starożytne Miasto Wschodu — Urbo de Oriento, które przez ostatnie sześć lat było jego domem i szkołą. Tam uczył się żeglugi, pracując na statkach i pływając wzdłuż brzegów Dwukontynentu podczas zadań terenowych. Poznawał podstawy kartografii czy astronomii i mimo wyznaczonej profesji, próbował rozwijać swoje inne pasje.

Choć naczelni Kuratoroj przypisali go do _Scivolaroj_, komórki zajmującej się odkrywaniem nowych ziem ich świata, Zephyra zawsze ciągnęło ku naukom historycznym.

Zdarzało mu się przesiadywać godzinami z Praktykami z komórki _Arkivaroj_ — strażnikami pamięci i prawa — słuchając ich wykładów o dawnych wiekach. Nie było w tym nic dziwnego — w końcu urodził się w Wiecznym Palatynum, marmurowym pomniku dziejów. Mieście, od którego powstania w czasach dawnego Imperium Tusci zaczęto liczyć czas. Jako dziecko w wolnych chwilach uciekał do Biblioteki Palatyńskiej, gdzie czytał aż do zamknięcia jej bram — od kronik Licyniusza, przez księgi Darraki, aż po starszych kronikarzy.

Pod tym względem był szczęściarzem — umiał czytać od najmłodszych lat, co pod koniec trzeciego wieku Jedności wciąż nie było powszechne. Nauka czytania była obowiązkowa w całym Unaro, lecz na dalekich rubieżach wszystkich prowincji Dwukontynentu często traktowano ją po macoszemu.

Wraz z końcem roku dwieście osiemdziesiątego siódmego, kilkadziesiąt dni po swoich piętnastych urodzinach udał się z rodzicami pod bramy siedziby Unaro w rodzinnej metropolii.

Uczynili to w Dzień Przemiany — jeden z pięciu w roku, który uprawniał każdego człowieka do porzucenia swego dawnego życia i otrzymania nowego, w zamian za oddania się misji Unaro.

To był też dzień, kiedy po raz ostatni widział ojca i matkę, którym zawdzięczał tak wiele. Nie sprzeciwili się jego decyzji i wiedzieli, że taka przyszłość w tym świecie jest dla niego najlepszym wyjściem.

Po przekroczeniu bramy katedry Unaro w Palatynum stał się oficjalnie Praktykiem Wspólnoty — _Unaristo_. Częścią Jedności.

Z zamyślenia wyrwała go nagła fala, która lekko zakołysała statkiem.

Spojrzał ponownie za rufę — na horyzoncie widział już tylko wieże Miasta Wschodu — orientalnego sanktuarium prastarej kultury, która z biegiem czasu zniknęła z kart historii. Nikt do tej pory nie zna przeznaczenia tych budowli. Jedni twierdzą, że wzniesiono je ku czci bogów, inni, że zbudowano je, aby sięgnąć nieba, jeszcze inni aby rozświetlać drogę żeglarzom. Dziś w ich wnętrzach biją dzwony, obwieszczające najważniejsze wydarzenia dla miasta — takie jak ich wyprawa.

_Świetny przykład wciąż niezbadanych dziejów…_ Myśl pozostała przerwana, gdy usłyszał znajomy głos dochodzący zza pleców.

— O, tu jesteś, Zephyrze — odezwał się pogodnie mężczyzna w płaszczu i charakterystycznym kapeluszu z przypinkami.

— Przepraszam, mistrzu. Naszła mnie nostalgia i zapatrzyłem się na nasz dom — odparł Zephyr, szybko obracając się ku nadchodzącej postaci.

— Trzeba przyznać, że Urbo de Oriento ma aurę, której nie znajdziesz nigdzie indziej na Dwukontynencie. Potrafi zahipnotyzować nawet z tak daleka. Pamiętaj jednak, młody adepcie. „Twój dom jest tam, gdzie spotkasz jego mieszkańców.” Przez najbliższe dni musisz potraktować Rememoro jako to miejsce i dbać o nie jak o własną kwaterę w naszej katedrze.

— Oczywiście — Zephyr przytaknął i zaraz spytał. — Jakie są dalsze wytyczne?

— Dopóki płyniemy po znanych wodach skupimy się na niezbędnych pomiarach i rutynowych weryfikacjach map pływów. Na ten moment przygotuj moje stanowisko w kajucie kapitańskiej i pomóż swojej koleżance, adeptce Arkivaroj, w urządzeniu kajuty badawczej. Razem z kapitanem ogłosimy dalsze instrukcje, gdy tylko nadejdzie sygnał z Citadelo.

Zephyr nie odpowiedział, co w rozmowie z mistrzem oznaczało milczącą zgodę.

— Dobrze. Spotkamy się później na zebraniu Kuratoroj. I pamiętaj, żeby ostrożnie obchodzić się z naszymi narzędziami nawigacyjnymi. Pamiętasz, co stało się z ostatnią busolą? — mistrz zaśmiał się lekko, chwytając go czule za ramię, jak miał w zwyczaju w kontaktach z ludźmi.

— Tak, mistrzu Vilhelmie — odparł adept, wyraźnie poirytowany, gdy Starszy Scivolaro Thalassinos odwrócił się już na pięcie i ruszył ku schodom. Zephyr podążył za nim, urażony żartem.

Mistrz Vilhelm Thalassinos był jego opiekunem od ponad pięciu lat. Tak jak Zephyr, przybył do Urbo de Oriento z odległych stron Dwukontynentu z północnej części prowincji Tusci. W strukturach Praktyków przyjęte było, że starszy członek komórki Kuratoroj obejmował opieką jednego ucznia, a czasem kilku, jeśli adeptów było więcej niż mistrzów. Taka więź trwała zwykle sześć lat, dlatego Zephyr wiedział, że ta wspólna misja mogła być jedną z ich ostatnich. Pomimo wyraźnych różnic charakterów łączyło ich dobre porozumienie.

Vilhelm miał w sobie ojcowską cierpliwość i ciepły uśmiech, które napawały Zephyra optymizmem — choć wieczorami, przy winie, ujawniała się jego bardziej chaotyczna natura. Był niskim mężczyzną, bez zarostu, o łagodnych oczach, które zawsze napawały spokojem jego rozmówców.

Podszedł do relingu przy schodach prowadzących na środkowy pokład, czując pod stopami drżenie całego kadłuba. Na dole, między linami i beczkami, uwijali się _Maristaroj_ — marynarze Pretoroj. Dwudziestu ludzi, spoconych i sporadycznie milczących, dźwigało na barkach ciężar całej wyprawy. To oni unosili żagle, skręcali liny, zmagali się ze słoną mgłą — jakby statek był ich wspólnym ciałem.

Obok nich wyróżniał się kapitan i jednocześnie _Protektaro_, formalnie Kuratoroj, lecz delegowany do tej roli przez Najwyższego _Pretoro_ z Jagirskiej. Strzegł dyscypliny, a pod jego rozkazami trwała oprócz marynarzy dodatkowa drużyna: dziesięciu _Marŝistaroj_ — piechurów, którzy poruszali się po pokładzie z wojskową sztywnością, dwóch _Rajdistaroj_ — jeźdźców, których konie znosiły znój podróży morskiej pod pokładem i trzech _Pafistaroj_ — artylerzystów zajmujących się działami i prochem.

Z Kuratoroj płynęły jeszcze cztery osoby: dwóch _Arkivaroj_, najczęściej pochylonych nad zwojami i księgami oraz dwóch _Scivolaroj_.

Razem na Rememoro było więc czterdziestu ludzi: marynarzy, wojowników, odkrywców i historyków. Każda z komórek miała wyznaczone swoje miejsce i zadania. A mimo to statek wydawał się ciasny, jakby całe Unaro spróbowano zmieścić na deskach jednego pokładu.

Zephyr pomyślał, że tak właśnie wygląda ich Wspólnota — sieć ściśle splecionych ról. Pretoroj walczyli, Kuratoroj badali i zapisywali, _Trezoroj_ odliczali każdy pieniądz, a _Orduroj_ kończyli spory jednym wyrokiem. _Relacjonistoj_ krążyli jak duchy, znikając i pojawiając się tam, gdzie toczyły się rozmowy o władzy i wpływach. _Vivtenisoj_ natomiast byli wszędzie — przy kuchni, przy zapasach, w stajniach, sprawiając, że machina Unaro mogła się poruszać. Patrząc na to, Zephyr poczuł, że nawet na pokładzie jednego statku unarska sieć dyscypliny oplatała go szczelnie niczym pajęczyna.

Pozwolił, by zmysły prowadziły go przez kolejne przestrzenie Rememoro. Statek oddychał ciężko: skrzypiał, pachniał smołą i wilgocią, a każde uderzenie fal drżało w deskach pod stopami.

Na górnym pokładzie znajdowały się ster i kajuta mistrzów, zwana kapitańską. To tam dzielił przestrzeń Starszy Scivolaro Vilhelm Thalassinos, Starszy Arkivaro Erythros Sero i Protektaro Zerantas Arkonel Magnus. Pomieszczenie z zewnątrz wydawało się wąskie, a każdy przedmiot musiał znaleźć swoje miejsce. Powietrze nosiło w sobie napięcie trzech różnych, acz bliskich sobie światów: odkrywcy, archiwisty i żołnierza-intelektualisty.

Środkowy pokład był sercem statku, na którym tętniło codzienne życie. Tuż pod kajutą kapitańską, od sterburty, umieszczono niewielkie pomieszczenie dla uczniów, wydzieloną izbę badawczą i mały składzik. To właśnie w dwóch pierwszych Zephyr miał spędzać większość czasu, między własną koją, a zapachem pergaminu i atramentu.

Niżej, przez szeroki luk, schodziło się na dolny pokład. Tam panował ścisk i ciężkie powietrze: koje marynarzy i żołnierzy, zbrojownia, stajnia czy magazyn żywności oraz narzędzi. Echo rozmów i brzdęk metalu odbijały się od belek niczym w piwnicy, której nigdy nie wietrzono.

Rememoro nie przypominał zwykłych karawel, które Zephyr widywał w portach Urbo de Oriento ani tych, na których uczył się żeglugi. To nie był już statek handlowy ani transportowy. _Teknikaroj_, wynalazcy z Kuratoroj, przebudowali go tak, by sprostał wymogom ekspedycji. Wprowadzili miejsca, których próżno by szukać na innych jednostkach: osobną kajutę dla uczniów, kącik badawczy pod izbą mistrzów, większe magazyny i pojemniejszy skład broni.

Nawet maszt wyglądał inaczej. Wzmocniony, opleciony nowymi wiązaniami, sprawiał wrażenie gotowego stawić czoła sztormom, które mogły złamać zwykłe drzewce.

Rememoro — podobnie jak Percepto — był pływającym archiwum i warsztatem badawczym, pomostem między światem znanym a tym, którego jeszcze nie widzieli. Eksplorŝipo — samo brzmienie tej nazwy niosło w sobie obietnicę odkryć.

Będąc już przy drzwiach kajuty, Zephyr lekko nacisnął klamkę. Ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się z piskiem i zatrzasnęły gwałtownie, gdy wiatr uderzył w nie ze swoją mocą. Huk był tak silny, że marynarze wiążący liny niedaleko nich aż podskoczyli, zerkając w górę, czy nic nie stało się z masztem. Po chwili spojrzeli na młodego Scivolaro gniewnym wzrokiem. W końcu na morzu hałas potrafił oznaczać kłopot — pękniętą linę lub mocowanie czy poluzowany węzeł.

Zephyr ponownie je otworzył i szybko wskoczył do kajuty, zatrzasnąwszy drzwi i opierając się o nie plecami.

— Widzę, że należysz do niezdarnych — usłyszał żeński głos. — Nasza część kajuty jest po prawej, wasza po lewej. Środkowego biurka nie ruszaj, bo kapitan Arkonel wyrzuci cię za burtę. Podobno nie znosi, gdy ktoś grzebie w jego rzeczach.

Zephyr nie zdążył jeszcze złapać oddechu, gdy kobieta licząca sobie najpewniej około dwudziestu lat, podeszła pewnym krokiem i wyciągnęła dłoń. Karnację miała ciemniejszą od niego, bardziej typową dla Urbo de Okcidento, Miasta Zachodu czy prowincji Iberii.

Oczy pełne, brązowe, błyszczące, nieustannie oceniające rozmówcę. Długie, czerwone włosy opadały jej na ramiona i plecy w falach, a każdy ruch głowy sprawiał, że światło odbijało się od nich jak od miedzi.

Była mniej więcej jego wzrostu, o smukłej, ale wyraźnie kobiecej linii. Jej krok miał naturalny wdzięk — lekki, nieuchwytny rytm, który sprawiał, że wyglądała, jak gdyby pokład należał do niej.

Zdawała się szybka i zdecydowana, a w wyciągniętej dłoni nie było ani odrobiny nieśmiałości. Kącik ust unosił się lekko, a w każdym spojrzeniu kryła się zadziorna uwaga lub gotowy do wypowiedzenia żart.

— Isandra Sero. A ty to zapewne Zephyr Eurus, zgadza się?

— Widzę, że sprawdzałaś rejestr pokładowy. Miło mi — odparł zaskoczony, ściskając jej dłoń. — Zbieżność nazwisk z mistrzem Erythrosem nie jest przypadkowa?

— Absolutnie nie. To mój ojciec. Zadbał, żebym została historykiem-kronikarzem, tak jak on. Twojego nazwiska nie kojarzyłam, dopóki nie przejrzałam rejestru, więc zakładam, że nie urodziłeś się w Urbo de Oriento.

— Szybko mnie rozgryzłaś — Zephyr uśmiechnął się z uznaniem, podchodząc do biurka swojego mistrza i ostrożnie otwierając skrzynię obok. — Jeśli mogę spytać, które pokolenie we Wspólnocie?

— Trzecie. Moja babcia od strony ojca wstąpiła do Unaro w Erykanopolis.

Zephyr skinął lekko głową z uznaniem.

W Unaro liczenie pokoleń miało inne znaczenie niż w dawnych królestwach. Nie oznaczało tylko więzów krwi, ale także to, jak długo dana rodzina należała do Wspólnoty. Trzecie pokolenie znaczyło więc, że jej ród żył już całkowicie w obrębie Unaro — praktycznie bez pamięci dawnych prowincji.

— Czyli wyspiarskie korzenie. Pasja do historii zapisana we krwi.

— Można tak powiedzieć. Choć moja matka, _Logikaro_, by się z tym nie zgodziła.

— Rodzice w dwóch komórkach? To naprawdę nietypowe.

— Efekt wyprawy badawczej w Górach Hezurskich. Poza zebraniami mistrzów katedr czy przelotnymi rozmowami na korytarzach, to jedyna okazja, by poznać kogoś bliżej spoza własnej komórki — powiedziała z lekkim uśmiechem i znaczącym spojrzeniem.

Dopiero po chwili zrozumiał, co miała na myśli i speszył się nieznacznie.

— Po nazwisku wnioskuję, że jesteś z Tusci? — pyta dalej Isandra.

Zephyr otrząsnął się szybko, kiwnął głową, dodając dumnym tonem:

— Z Palatynum, z Dzielnicy Cechów. Mój ojciec miał warsztat płatnerski.

— Nie poszedłeś w jego ślady?

— Najwyraźniej bardziej niż miech kochałem monografie i kroniki dziejów, które czytywałem w Bibliotece Palatyńskiej. Te pozwoliły mi wybrać życiową drogę i obecnie jestem tu, gdzie jestem — odparł zaczynając rozpakowywanie rzeczy swojego mistrza.

Gdy Zephyr wyjmował busolę, Isandra rzuciła prowokacyjnie z kąśliwym uśmiechem:

— A jak z miłością do płci przeciwnej?

Na te słowa niemal upuścił przyrząd. Speszył się, a młoda Arkivaro wybuchnęła śmiechem. Odkładając ostatnią księgę, dodała:

— Widzimy się w kajucie badawczej. Masz szczęście, że już wszystko tam przygotowałam, gdy podziwiałeś widoki. Do zobaczenia za krótką chwilę.

Ostentacyjnie machnęła czerwonymi włosami i wyszła, zostawiając oszołomionego Zephyra z przyciśniętą do piersi busolą.

— Spostrzegawcza żartownisia… — mruknął, gdy tylko drzwi się za nią zamknęły. Wrócił do układania narzędzi z najwyższą ostrożnością, aby tym razem historia z busolą się nie powtórzyła.

Po uporządkowaniu części należącej do mistrza Vilhelma, młody Scivolaro zszedł po wąskich schodkach na środkowy pokład, kierując się do kajuty badawczej — skromnego pomieszczenia, w którym razem z mistrzami będą prowadzić dokumentację wyprawy.

Postanowił po drodze zajrzeć do ich pokoju, by sprawdzić, czy kufer pozostawiony tam wcześniej, nadal stoi przy koi. Gdy tylko otworzył drzwi, ujrzał, że przestrzeń oddziela zasunięta kotara.

_To po to ją dodali…_ — pomyślał. Wnosząc swój kufer nie był pewien jej przeznaczenia. Odchylił materiał, aby zajrzeć do swojej części kajuty i upewnić się, że skrzynia jest na miejscu. Chwilę po tym wycofał się ostrożnie z ich wspólnej klitki i szybko ruszył do drzwi obok, gdzie czekało zebranie.

W kajucie badawczej zastał Isandrę siedzącą na taborecie z książką w dłoni. Czekała na pozostałych.

— Szybko się uwinąłeś, płatnerzu — rzuciła z lekkim uśmiechem, poprawiając włosy.

— Płatnerzu? — Zephyr zmarszczył brwi, choć od razu wyczuł tę zgryźliwość.

Nie zdążyli jednak rozwinąć wątku. Do kajuty weszli mistrzowie Kuratoroj.

— Widzę, że już się zaprzyjaźniliście — powiedział mistrz Vilhelm, klepiąc Zephyra po ramieniu i dając mu znak, by zrobił miejsce innym.

Za nim weszli kolejno mistrz Arkivaro Erythros Sero oraz Protektaro Zerantas Arkonel, zwany Magnusem — Wielkim. Przydomek zdobył nie dzięki swojej aparycji, a podczas wcześniejszych wypraw rozpoznawczych na Morzu Wschodnim, gdy nieraz potrafił ocalić członków swoich załóg przed grożącymi im niebezpieczeństwami. Isandra odłożyła książkę i stanęła na baczność, czekając na dalsze słowo. Zephyr poszedł w jej ślady.

— Zamknij drzwi, Zephyrze — poprosił łagodnym głosem jego mistrz.

Kiedy kajuta była już częściowo odcięta od zewnętrznego gwaru, kapitan Zerantas rozpoczął spotkanie:

— Skoro wszystko zostało przygotowane, a kajuty zaopatrzone, możemy przystąpić do krótkiej narady. Moi ludzie wiedzą już, co mają robić. Was, moi bracia, proszę o przygotowanie siebie i uczniów do pracy _ścisłej_. Zapasy atramentu i papieru znajdziecie w magazynie na tym pokładzie. Umieściliśmy je tu, by nadmiernie nie zwilgotniały ani nie zostały zalane w razie uszkodzeń kadłuba. Vilhelmie, Erythrosie, wiecie zapewne, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Przestrzegliście uczniów o ryzykach wiążących się z tą wyprawą?

Zephyr i Isandra nie mrugnęli nawet, gdy ich wywołano. Wiedzieli, co może ich czekać. Była to ekspedycja naukowo-eksploracyjna — nieformalnie w głowie Zephyra przygoda w nieznane, której zakończenia nikt nie znał. Protektaro Arkonelowi chodziło najpewniej o jej najgorszy możliwy wynik — śmierć na morzu.

— Zgodnie z obowiązującym protokołem muszę odnotować — jest to trzecia oficjalna wyprawa przez Morze Wschodnie prowadzona w strukturach Unaro na polecenie samego _Konsilio de Koronar_. Tym razem zakrojona na nieznaną wcześniej skalę. Poza jednostkami Kuratoroj i Maristaroj towarzyszy nam stu żołnierzy świetnie wyszkolonych w żegludze morskiej. Zostali specjalnie wyselekcjonowani ze struktur Pretoroj i umieszczeni na bastionŝipo Citadelo w celu zapewnienia nam ochrony na nieznanych wodach.

Tu Protektaro Arkonel lekko chrząknął i zniżył głos:

— Pierwsze dwie ekspedycje zaginęły bez wieści, stąd decyzja o udziale armii Unaro w tej próbie…

Na wzmiankę o _zaginionych na morzu_ zarówno Zephyr, jak i Isandra wymienili się krótkim spojrzeniem. Kapitan szybko zmienił ton, by nie wybrzmiała z jego ust żadna nuta niepokoju.

— Pamiętajcie jednak. Zadaniem Citadelo i jego garnizonu jest osłona naszych statków. Statki typu bastionŝipoj nie bez powodu nazywa się morskimi fortecami. W razie zagrożenia waszym priorytetem pozostaje obserwacja i zapis relacji. Odnotujcie każdy detal. Jeśli, my Pretoroj, poniesiemy klęskę, to kolejna wyprawa będzie przygotowana dzięki wiedzy, którą dostarczycie bezpiecznie do domu.

— Nie zawiedziemy, gdyż jesteśmy jednością! — zagrzmieli wszyscy, cytując motto Unaro.

— Zerantasie, rozmawiałeś przed rejsem z innymi _Protektaroj_. Jak oceniacie nasze szanse na powodzenie tej ekspedycji? — zapytał Erythros.

— Wysoko. Nie wykazują trwogi w związku z delegowaniem bastionŝipo. Ja również tak uważam. Ale wiemy, że nic nie jest pewne w tym życiu i na tych przeklętych wodach — odparł, głaszcząc swoją brodę.

— Kurs pozostaje bez zmian? Zgodnie z twoimi notatkami i innych badaczy? — dopytał Vilhelm.

— Zgadza się. Najbliższe dwadzieścia sześć lub osiem dni powinno upłynąć nam jednostajnym tempem rejsu, jeśli nie natrafimy na sztormy lub inne niepokojące zjawiska. Wiemy, jak halsować na tym wietrze i trzymać kurs na tym prądzie. Do tego czasu macie względny spokój — potwierdził kapitan.

Wszyscy stali i milczeli, czekając na dalsze wytyczne.

— Jeśli nie macie więcej pytań, podejrzewam, że kolejną naradę w tym gronie odbędziemy dopiero za około cztery tygodnie. Was, Vilhelmie i Erythrosie, zobaczę zapewne częściej w naszej kajucie. A wam, młodzi adepci, życzę powodzenia. Wykorzystajcie ten czas i utrwalcie wiedzę, by później zastosować ją w praktyce — podsumował Zerantas.

— Tak, mistrzu! — odparli Zephyr i Isandra jednym głosem.

Spotkanie dobiegło końca i wszyscy rozeszli się do swoich zadań.

Resztę dnia Zephyr spędził w towarzystwie mistrza Vilhelma. Razem pochylali się nad mapami, notując kurs i korygując wcześniejsze zapisy. Zephyr kreślił linie piórem, słuchając uwag mistrza i nanosząc poprawki w starannym piśmie. Kreślenie znaków kompasowych i sprawdzanie busoli wydawało się rutyną, lecz na pełnym morzu każda drobnostka nabierała znaczenia. W ciszy, przerywanej jedynie skrzypieniem kadłuba, szumem fal czy skrzekiem mew, czuł on, że nawet te proste zadania mają wielką wagę.

Gdy oba słońca zaszły, pozostawiając po sobie wąskie pasma czerwieni

i złota na horyzoncie, na statku zapadł względny spokój. Zephyr wrócił do kajuty, która od teraz przez bliżej nieokreślony czas miała być jego domem. Isandry jeszcze nie było — jej koja była pusta.

Przeszedł przez jej część i zasunął ciężką kotarę. Lampa naftowa drżała w rytm kołysania, a w połyskującej blasze okucia skrzyni dostrzegł własne odbicie.

Miał jeszcze młodzieńcze rysy, niecałe dwadzieścia dwa lata życia za sobą, choć w spojrzeniu pojawiało się coraz więcej powagi. Ciemne włosy z rudawymi refleksami spadały mu na czoło, a zielone oczy zdradzały czujność. Sam dopiero uczył się ją w sobie rozpoznawać. Smukła sylwetka i dłonie, przyzwyczajone raczej do pergaminów niż do lin i narzędzi rzemieślniczych, zdradzały go. Doświadczenia w cechu ojca nie zmieniły tego. Dopiero uczył się, jak być odkrywcą. W głębi przeczuwał jednak, że ta podróż zmieni go na zawsze.

Skrzypienie zawiasów i poświata lampy przerwały mu myśli w dobrym momencie. Do kajuty weszła Isandra, zapalając swoją lampę i zza kotary spytała:

— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, żebym jeszcze poczytała?

— Nie — odparł krótko Zephyr, sięgając do swojej skrzyni. — Skoro ty nie idziesz spać, ja też oddam się lekturze.

— Co ze sobą zabrałeś?

— Moją ulubioną kronikę: _O zjednoczeniu, czyli Era Odrodzenia_ autorstwa Licyniusza. Odkąd dowiedziałem się o Unaro i jego misji, wszystkie inne kroniki sprzed istnienia Wspólnoty wydawały mi się zapętlać w konfliktach i niekończących się sporach. Ten tekst mi uświadamia, że zawsze istnieje droga do znalezienia porozumienia. A ty?

— Pakując skrzynię długo rozmyślałam, co wziąć. Ojciec ma sporą, prywatną biblioteczkę, więc miałam w czym wybierać. Padło na _Dary i Klątwy Memorii_ spisane przez Waleriana Kastorinusza.

— Legendy o _pamięci świata_ i jej magii? Na pewno cenny dodatek do wiedzy o świecie. Które wydanie?

— Czterdzieste piąte. Wiesz, że oryginał powstał ponad tysiąc pięćset lat temu?

— Dlatego pytam. W Bibliotece Palatyńskiej trafiłem na dziesiąte. Rozsypujące się od starości. Nie zdążyłem, a raczej nie dałem rady go skończyć.

— Rozpadło się czy nie wierzysz w te relacje? — ironizowała Isandra, wyraźnie rozdrażniona i jednocześnie rozbawiona odpowiedzią Zephyra.

— To drugie — odparł chłodniej. — Wierzę w to, że ludzkość zatraciła swoją wielkość, a Unaro jest odpowiedzią na jej odzyskanie. Bez magicznych kamieni czy patyków, które ją ponoć wytrąciły.

— Popularne podejście w tych czasach… — burknęła Isandra.

Po tych słowach przestała się tej nocy do niego odzywać. Po dłuższej chwili zgasła jej lampa. Zephyr jeszcze przez moment czytał, nim i on zgasił swoją. Leżąc na koi, rozmyślał. Ostatnim obrazem, jaki zachował w pamięci, były dwa słońca gasnące nad horyzontem i świadomość, że żadna noc na tym morzu nie będzie już zwyczajna.IX

Przytłaczająca obecność w jednym momencie zniknęła. Zephyr otworzył oczy i gwałtownie się zerwał. Był na tej samej platformie, co w wymiarze cienia, lecz tym razem w realnym, tętniącym kolorami i detalami świecie.

Siedział na piaskowej wydmie tuż obok monstrualnego działa, które wciąż imponowało rozmiarem i enigmatyczną ornamentyką. Lufa była gruba jak pień drzewa, a na jej powierzchni połyskiwały wzory przypominające kości i wijące się arabeski. Przez motywy na powierzchni armaty bardziej wyglądała na relikwię wydobytą z grobowca niż narzędzie wojny i zniszczenia.

Zacisnął w palcach garść piasku nagromadzonego przy podstawie, aby upewnić się, że nie jest to kolejne wspomnienie zjawy. Chrzęst ziaren uspokoił go bardziej niż własny oddech. Po chwili poczuł ból w lewym boku i dostrzegł na podartej koszuli ślady krwi. Mimo szybkiego ratunku przez zjawę, w wodzie musiały go poharatać szczątki statków — najpewniej wtedy, gdy tracił przytomność.

Instynktownie sprawdził swoje rzeczy: dwa dzienniki, lekko przemoczone, lecz nadal przypięte do pasa; Fulmilo i sztylet; w kieszeni zapas amunicji, bezużyteczny od wilgoci. A obok tego coś zaskakującego. Ostrożnie wyciągnął przedmiot. Była to spora muszla, dokładnie jej górna połówka. Nietypowa, bo lśniąca czerwono-pomarańczowo w blasku słońc, jakby skrywała w sobie płomień.

Dopiero wtedy dostrzegł porę dnia. Był ranek — musiał więc przeleżeć tu całą noc.

To, co wydarzyło się przed powrotem do tego świata, nie dawało mu spokoju. Choć dowiedział się tak wiele, czuł się, jak gdyby wpadł w jeszcze większą pętlę niewiedzy. Rany i ból coraz mocniej doskwierały. Wiedział, że nie był to czas na rozmyślania. Musiał zacząć szukać innych rozbitków, skoro te tajemnicze istoty ratowały ich. Myśl o wybawcy znów go uderzyła. Gwałtownie odwrócił głowę. Potężnej dłoni wystającej zza kamiennej półki już nie było.

Przed nim rozciągało się bezkresne morze. Na lewo i prawo od skalnej platformy majaczyły w oddali kolejne lufy — identyczne, rozmieszczone co kilka kilometryków niczym paciorki na niewidzialnym sznurze.

Tuż przed klifem widać było szereg wysp, gęsto porośniętych lasem. Korony drzew mieniły się w tańcu barw: zieleń przeplatała się z pomarańczem i żółcią, zwiastując nadejście pory jesiennej. Na spłaszczonych wysepkach zieleń ustępowała miejsca pustym placom, gdzie tkwiły rzędy stanowisk artyleryjskich — niczym obce blizny na tkance dzikiego krajobrazu.

Morze wydawało się spokojne, a mimo to fale uderzały uparcie o klif. Zephyr przyjrzał się nurtowi i poczuł niepokój. _Te wody zachowują się tak, jakby tutaj zawsze był przypływ._ Z głębin sterczały stalagmitowe skały, ostre i nieprzejednane, zdając się być wyłącznie przeznaczone do rozrywania kadłubów.

I wtedy je dostrzegł. Wraki. Niektóre tak zniekształcone lub obce, że nie dało się ich rozpoznać, inne wciąż zdradzały sylwetki statków z odległych epok — od środkowej i późnej Ery Mroku po Erę Preunarii. Widok wbitych w skały jednostek, które mogły spoczywać tu od setek lat, sprawił, że Zephyr poczuł ciężar historii cisnący się mu na piersi. A jednak najważniejsze odkrycie było inne: armaty ustawiono tu później. Pułapka istniała od dawna, lecz ktoś ją prawdopodobnie wzmocnił.

Zephyr podparł się o lufę działa, wstając z piasku. Metal był już lodowaty — musiało strzelać jako jedno z pierwszych i zdążyć ostygnąć. Przy takiej masie i sile wystrzału imponowało, że konstrukcja wciąż trzymała się w całości. Nie miał jednak czasu na podziw. Musiał zejść z tej platformy. Wspinać się po skałach nie zamierzał, a jedyna droga znajdowała się za działem. W świecie zjawy widział tam otchłań bez dna, teraz jednak przejście wyglądało jak wejście do jaskini.

Schylił się, by przekroczyć próg. Zauważył po bokach wpadające do środka światło i tylko wejście było znacznie obniżone. Dalej przestrzeń otwierała się wyżej. Mógł wejść niemal wyprostowany. W przejściu nie znalazł nic oprócz kępek trawy i pustego ptasiego gniazda.

Chwilę później stanął przed rozwidleniem. Oba korytarze wyglądały identycznie. Nie wiedział, gdzie wylądował i nie miał pewności, w którą stronę znajdował się przełom widziany z Rememoro. Postanowił więc oddać decyzję losowi. Podniósł kamyk, podrzucił go i patrzył, jak odbija się od kamiennej posadzki. Stoczył się w lewo.

— Mało praktyczna metoda przetrwania — mruknął sam do siebie, ruszając we wskazaną przez los stronę i dodał. — Nie mam niczego innego poza sobą.

Lewe i prawe przejścia były wyższe niż wejście z platformy, a jednocześnie prowadziło lekko w dół. Wzrok Zephyra szybko przywykł do cienia po oślepiającym świetle słońc na platformie.

_Te przejścia wykuto w samej krawędzi klifu_. Przemknęło mu przez myśl. Od strony morza korytarze idące wzdłuż kamiennej ściany były zupełnie niewidoczne. Stosunkowo wysokie, liczące około siedmiu metryków wysokości. Ściany były śliskie i wspinaczka po nich wydawała się niemożliwa. Górę zaś obrastały drzewa, które czasami rzucały kojący cień.

_Ktoś naprawdę przygotował to miejsce na twierdzę i ukrył ją w skale._ Podejrzewał, że każda platforma kryje podobne wejście, a idąc w prawo zapewne zobaczyłby to samo. Już sięgał po dziennik, by to zapisać i… nagle uświadomił sobie, że nie ma czym pisać. Stracił nawet to.

Zawiedziony szedł dalej, a kolejne korytarze zdawały się różnić od siebie jedynie szczegółami. W końcu dotarł do miejsca niemal identycznego z tym, w którym zaczynał. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że każda platforma miała ukryte przejście. Zatrzymał się na moment, licząc na to, że usłyszy czyjeś kroki lub wołania — kogoś z jego wyprawy. Towarzyszyła mu jedynie cisza, której nie przerywało nic poza jego własnym oddechem i dźwiękami natury toczącymi się nad jego głową.

Nie podchodził już do działa. Wystarczył mu rzut oka przez wejście na pustą stację artyleryjską. Ruszył więc dalej, odliczając w myślach kolejne odcinki. Oceniał, że platformy dzieliło cztery, może pięć kilometryków. Monotonia marszu usypiała czujność, a każdy krok przypominał mu o ranach.

Przy dziesiątym kilometryku musiał się zatrzymać. Oparł się o chłodną ścianę po stronie morza i usiadł, pozwalając sobie na kilka ciężkich oddechów. Powietrze pachniało kamieniem i wilgocią, a jego ciało stawało się coraz bardziej zmarnowane i odczuwało coraz większy ból, o głodzie i pragnieniu nie wspominając. W tle zaś usłyszał paskudne krakanie. Możliwe, że tych samych kruków, które przyniosły im zagładę.

Kiedy podniósł głowę, aby je ujrzeć, zauważył coś nietypowego. Za zakrętem skała wyglądała inaczej, jakby cień wchodził w nią głębiej. Wstał ostrożnie i podszedł. _Faktycznie coś tu jest_. Myśl sama napłynęła, gdy wewnętrzna ściana odkryła przejście prowadzące w głąb lądu. Nie był to jednak powód do strachu, lecz do cichej nadziei. Może dalej znajdzie przestrzeń, która da mu wodę i coś do jedzenia.

Zauważył, że boczne przejście prowadzi go do kolejnej jaskini. Tym razem nieoświetlonej, co go nie zraziło. Jeśli były przygotowane tak samo jak poprzednie, powinien sobie poradzić. Ruszył do środka, trzymając lewą dłoń na ścianie, a prawą wyciągał przed siebie, aby badać drogę i nie uderzyć w przeszkody.

Na szczęście korytarz nie był długi. Po chwili ujrzał światło dnia na końcu tunelu. Ścieżka wznosiła się, prawdopodobnie prowadząc przez pasmo górskie położone za klifem. Z każdym krokiem stawała się bardziej kręta i mniej przypominała równą drogę wyrzeźbioną w zboczach. Skały traciły swój szlif, krawędzie były poszarpane, jak gdyby natura odzyskiwała przestrzeń wyrwaną jej przez ludzi.

Nagle dobiegł go upragniony odgłos — szum wody. Zbliżył się i dostrzegł na ścianie skalnej ciemniejszą smugę. Z pęknięcia wyciekała delikatna strużka wody, a każda kropla, spadając na kamień, wydawała miękkie uderzenie, które w ciszy zdawało się być zbawienne. Przyklęknął i dotknął skały. Była chłodna i wilgotna. Nachylił się i napił wprost z pęknięcia. Woda była lodowata, z lekkim metalicznym posmakiem, ale orzeźwiała i koiła pragnienie lepiej niż cokolwiek, co pamiętał ze statku.

Przez moment nic innego nie istniało: tylko smak cieczy, zapach mokrego kamienia i echo kapiących kropel. Zephyr pozwolił sobie na kilka spokojnych oddechów. A potem zdał sobie sprawę, że źródełko było maleńkie, ledwie sączące się. Nie wystarczy na długo. Poczucie ulgi stopniowo ustępowało miejsca narastającemu niepokojowi.

Kilka łyków przyniosło ukojenie, ale też dziwną świadomość.

Dopiero teraz dotarło do niego, ile czasu minęło. Światło, które wpadało szczelinami spomiędzy drzew, miało już barwę drugiej połowy dnia; w powietrzu dało się wyczuć ciepło, którego wcześniej nie było. Od obudzenia musiał wędrować całe godziny — pięć, może sześć, trudno było to ocenić, bo nie widział słońc za bujną roślinnością nad jego głową, a cienie padały skrzywione. Ciało bolało tak, jakby każdy kilometryk zostawił na nim własną ranę, a nogi dźwigały więcej niż tylko jego własny ciężar.

Mimo to musiał iść dalej. Zerwał się do dalszej wędrówki. Kręte ścieżki prowadziły go wciąż naprzód, a kolejne pnącza i krzewy tylko drażniły wzrok — żadnego z nich nie dało się zjeść. Głód powoli zmieniał się w otępienie.

Wtedy dostrzegł coś, co nie było dziełem natury. Ułożone kamienie i rzeźby, czyli ślad po ludzkich dłoniach. Zatrzymał się. Nie znalazł jedzenia, ale znalazł kolejny dowód, że nie był sam na tym lądzie.

Na ścianie przed nim, dokładnie naprzeciw rozwidlenia, wznosiły się trzy posągi. Wykute z białawej skały przypominającej alabaster, porośnięte plamami mchu. Musiały stać tu od dawna. Gdy podchodził bliżej, rysy figur stawały się wyraźniejsze: trzej mężczyźni w długich szatach, siedzący ze złożonymi nogami. Każdy zwrócony ku sobie, lecz krąg między nimi pozostawał niedomknięty. Ich głowy były gładkie, bez włosów, co nadawało twarzom jeszcze większej surowości.

Dookoła posągów tkwiły wysokie pędy o gładkich, segmentowych łodygach, z których wybijały liście. Wyglądały sztucznie, niczym złożone z pustych rurek. Zephyr nigdy wcześniej nie widział podobnej rośliny.

U stóp posągów ustawiono ciężkie wazy, poczerniałe na brzegach, jakby regularnie wkładano w nie coś płonącego.

Wiedział, że podobnych naczyń nie używano w Unaro. Kojarzył je jedynie z opowieści o dawnych kultach prowincji Sulemiratu czy Tusci. Z czasów, gdy memoria gasły i wiara próbowała zająć ich miejsce. Była to waza na kadzidła. W świątyniach bogów, szczególnie w erze Mroku, unosząca pachnący i gęsty dym, który miał imitować aurę cudów i tajemnicy, gdy zabrakowało prawdziwych artefaktów.

Dopiero po chwili spojrzał niżej. Na ziemi spoczywały ułożone w krąg kości, które wcześniej potraktował jako kamienie. Najpierw dostrzegł te zwierzęce — lisie, jelenie, ptasie. Pomiędzy nimi leżały też ludzkie, część starta z wiekiem, inne wyglądające na świeże. Miejsce, choć stare i porośnięte, nie było porzucone. Ktoś wciąż tu przychodził, dbał o porządek i składał nowe ofiary.

W powietrzu unosił się ciężki zapach wilgoci i starej kości, a wraz z nim pytania, na które Zephyr nie potrafił znaleźć odpowiedzi: dlaczego ofiarowywano zarówno ludzi, jak i zwierzęta? Co miały znaczyć trzy postacie? I czemu właśnie tu, na rozstaju dróg, powstała ta kapliczka?

Tutaj ktoś najwyraźniej praktykował jakąś wiarę. Ale bez świątyni, bez kapłanów, bez boskich znaków — tylko kamienne figury, dziwne pędy, wazy na kadzidła i kości, aby każdy podróżnik miał okazję oddać się wierze.

Zephyr zamarł w pół kroku. Nasłuchiwał, nie wiedząc, czy pragnie zobaczyć twórców tego miejsca, czy raczej uciec, nim powrócą. Los jednak sam przyniósł odpowiedź.

Z jednego z rozwidleń dobiegły go głosy dwóch ludzi mówiących w nieznanym języku. Nie miał gdzie się skryć, więc postanowił improwizować. Przycisnął się do ściany, czekając cierpliwie. Gdy pierwszy z nich wyłonił się zza zakrętu, Zephyr wyskoczył do przodu i przyłożył mu do skroni Fulmilo.

Obaj mężczyźni nosili cienkie buty, przydługie spodnie i koszule z jasnego, przewiewnego płótna, jakiego Zephyr nigdy wcześniej nie widział. Starszy z nich miał na głowie słomiany kapelusz; po spracowanych dłoniach widać było, że swoje już przeżył. Młodszy, z krótkimi czarnymi włosami, nie miał nakrycia głowy. Skórę mieli bladą, nieco wysuszoną, podobną do ludzi stepowych, lecz twarze różniły się szczegółami: krótkie nosy, wąskie usta i prawie brak zarostu. Ich oczy były ciemne, lekko wydłużone, nadające spojrzeniu skupioną ostrość.

Starszy trzymał siekierkę, młodszy niósł na plecach słomiany kosz. Wyglądali na drwali. Cała trójka zastygła w miejscu. Młodszy zakładnik z bronią przy skroni oddychał szybko, ale bez paniki, jakby rozumiał sytuację. Drugi, wiekowy, stojący dalej, trwał z siekierą uniesioną w ręku, nie mogąc dosięgnąć Zephyra.

Po chwili starszy mężczyzna wykonał powolny gest. Kucnął i ostrożnie odłożył siekierkę na ziemię, po czym wyprostował się. Znak był jasny — nie chce walki. Zephyr jednak wciąż nie odpuszczał.

I właśnie wtedy, w tej ciszy i napięciu, mężczyzna odezwał się słowami, których nigdy nie spodziewał się usłyszeć w tym miejscu.

— To — starzec wskazał najpierw na drugiego mężczyznę, a potem palcem na siebie — dziecko — dokończył w łamanym uaento.

Zephyr poczuł, jak gdyby ziemia zachwiała się pod nim. Kolejne zdarzenie wykraczające poza logikę. Skąd ten człowiek znał słowa w języku Unaro? Ręka z pistoletem zadrżała. Mimo dopływu adrenaliny czuł, że siły go opuszczają, a ciemność zaczyna przysuwać się do krawędzi pola widzenia.

— Ty… źle? Jeść? — spytał starzec, wskazując na kosz trzymany przez młodszego. Potem odezwał się do niego w ich własnym języku.

Scivolaro kiwnął głową i odsunął lufę od skroni chłopaka, choć wciąż trzymał broń skierowaną w jego stronę. Młodszy zdjął kosz i wyjął z niego miseczkę z ryżem, cienkimi skrawkami mięsa i białym warzywem przypominającym rzepę. Podał ostrożnie naczynie Zephyrowi.

Scivolaro chwycił ją i powoli cofnął się o krok. Zmęczenie i głód przeważyły nad dumą. Zaczął jeść ustami prosto z miski, nie odrywając wzroku od młodego, wciąż z bronią wymierzoną w młodszego.

— Dobrze? — spytał starzec.

Rozbitek tylko przytaknął, przeżuwając łapczywie. _Wydają się niegroźni_. Przemknęło mu przez myśl. Opuścił wreszcie broń. Młodszy westchnął głośno z ulgą, a starszy uśmiechnął się i zaklaskał w dłonie. Następnie, nadal nie sięgając po siekierę, podszedł do kapliczki. Złożył dłonie i skłonił się lekko niczym w jakiejś krótkiej modlitwie dziękczynnej.

Młodszy podszedł do ojca, wyjął z kosza kolejną miskę i podał mu ją. Wyglądali jak zwykli drwale, a nie wojownicy. Szli tędy po drewno, a nie, aby go schwytać. Zephyr patrzył na nich uważnie, ale nie czuł zagrożenia. Jednocześnie nie przeraził ich — jakby już wcześniej zdarzało im się spotykać obcych.

Starzec znał zaledwie kilka słów w uaento, najpewniej zasłyszanych od innych rozbitków, których kiedyś uratowano. Dlatego Zephyr zdecydował się zapytać:

— Czy są tutaj inni… podobni do mnie?

Mężczyzna w podeszłym wieku odwrócił się, pałaszując ryż palcami. Przełknął ciężko i krótkim ruchem dłoni dał znak synowi. Ten sięgnął do kosza i wyjął przedmiot przypominający jedną z rurek z kapliczki — wewnątrz była woda. Starzec popił i wskazał kierunek, z którego przyszli.

— Dom… — powiedział, szukając słów. Po chwili dodał: — Być tam. Unaro być tam.

Serce Zephyra przyspieszyło. _Ktoś z Unaro mógł być w jego domu, wiosce albo osadzie, w której mieszkał._

— Możecie mnie tam zabrać?

— Tak — Starzec skinął, a potem wskazał na siekierę i drugą ścieżkę. — My tam… — palcem zaznaczył drogę. — Ty być tu — dodał, pokazując na kapliczkę i na Zephyra. — My być tam — wskazał na siebie, swojego syna i Zephyra, a potem w stronę ich domu.

— Rozumiem. Poczekam na was — odparł wyczerpany Zephyr, naśladując jego gesty.

Dwójka odeszła, a gdy zniknęli w cieniu korytarza, Zephyr osunął się plecami po ścianie skały. Był wykończony. Oczy stawały się coraz cięższe. Wiedział, że nie powinien, ale nie miał siły walczyć z sennością. Odstawił prawie pustą miskę i zamknął powieki. Sen dopadł go wśród szmeru liści i odległych odgłosów lasu, które echem odbijały się w kamiennych korytarzach.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij