Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zeszłam do PIEKŁA - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Zeszłam do PIEKŁA - ebook

To książka, która nie bierze jeńców. Brutalna relacja z pracy fizycznej, gdzie człowieczeństwo to luksus, a normy i presja rujnują ludzi. „Zeszłam do piekła” to reportaż, osobisty esej i ostrzeżenie. Jeżeli chcesz zrozumieć, dlaczego tylu ludzi gaśnie przed emeryturą — musisz ją przeczytać. 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-712-7
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zgnieść można człowieka tylko wtedy,

gdy ci na to pozwoli.

W przeciwnym razie powstanie silniejszy, niż myślisz,

by ostatecznie zadać decydujący cios.

_Zeszłam do piekła_ to osobisty, literacki reportaż z wnętrza jednego z wielkich magazynów logistycznych w Polsce. Z miejsca, które dla świata zewnętrznego jest symbolem nowoczesności, a dla tych w środku — źródłem chorób, upokorzeń i przemilczanych dramatów.

Nota autorska

Ta książka powstała z krzyku, zmęczenia i własnych doświadczeń. Jest świadectwem pracy w miejscu, które miało być szansą, a bywało koszmarem.

Wszystkie opisane wydarzenia są inspirowane rzeczywistością, ale zostały przedstawione z perspektywy subiektywnej, literackiej i emocjonalnej.

W trosce o prywatność i zgodność z prawem wszystkie imiona, cechy osobowe oraz nazwy firm zostały zmienione lub zanonimizowane.

Ta książka nie jest reportażem śledczym ani dokumentem dziennikarskim. Jest osobistą opowieścią. Jest głosem z wnętrza systemu.

Jeśli widzisz w niej siebie, być może nie jesteś sam.

Wszystkie przedstawione sytuacje zostały celowo zanonimizowane. Nie należy utożsamiać ich z żadną konkretną osobą lub firmą. Książka stanowi autorską kreację literacką inspirowaną środowiskiem pracy w sektorze logistycznym.

Zastrzeżenie prawne

Książka ma charakter artystyczny i literacki. Przedstawione w niej opisy sytuacji, miejsc i osób stanowią subiektywną interpretację przeżyć i doświadczeń autorki.

Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych firm, osób czy wydarzeń jest przypadkowe lub wynika z ogólnie spotykanych wzorców zachowań w środowisku pracy. Nie jest intencją autorki naruszenie dóbr osobistych jakiejkolwiek osoby fizycznej czy prawnej.

Książka ma służyć pogłębionej refleksji społecznej i zapoczątkowaniu potrzebnej rozmowy.

Korzysta przy tym z konstytucyjnego prawa do wolności twórczości artystycznej oraz prawa autorskiego do swobodnego kształtowania treści i formy utworu.

Opisy mają charakter subiektywny i emocjonalny i nie stanowią faktów w znaczeniu prawnym ani zarzutów wobec konkretnych podmiotów. Autorka dołożyła wszelkich starań, aby chronić prywatność osób trzecich i zachować fikcyjny charakter przedstawionych sytuacji.

Podziękowania

PAULINO, MARTO, ANIU — dziękuję, że w tym zwariowanym świecie byłyście sobą.

PRAWDZIWE JAK BÓL PLECÓW PO ZMIANIE I JAK ŚMIECH O SZÓSTEJ RANO W SZATNI, KTÓRY PRZYCHODZIŁ NIESPODZIEWANIE — I RATOWAŁ ŻYCIE. Dziękuję za normalność. Za to, że przy Was nie trzeba było udawać. Nie musiałam nic tłumaczyć — wystarczyło jedno spojrzenie, mruknięcie pod nosem, wspólne przekleństwo. Za obecność, kiedy wszystko się sypało — a Wy nie.

MIAŁYŚCIE W SOBIE COŚ, CO TEN ŚWIAT PRÓBOWAŁ Z NAS WYPLENIĆ: MOCNY KRĘGOSŁUP, WŁASNE ZDANIE I NIEZGODĘ NA BYCIE TRYBIKIEM. Nie poddałyście się systemowi ani ludziom. DZIĘKUJĘ, ŻE MIAŁYŚCIE ODWAGĘ BYĆ SOBĄ — I PODEJŚĆ. USIĄŚĆ OBOK. MILCZEĆ RAZEM, KIEDY SŁOWA NIE MIAŁY JUŻ SENSU.

W świecie pełnym pozorów WASZA OBECNOŚĆ BYŁA JAK TLEN. I nie wiem, jakbym to wszystko przetrwała bez Was.

Z wdzięcznością

W.Walka o stołek

W miejscowości, w której mieszkam, choć liczy ona około stu dwudziestu tysięcy mieszkańców, dla ludzi z moim wykształceniem nie ma pracy, jak mawiał klasyk — Waldemar Kiepski. Widać było to w ogłoszeniach. Mimo wykształcenia i doświadczenia kręciłam się w kółko.

Wzięłam głęboki oddech — „wszytko wydarza się dla ciebie, nie tobie” — powtórzyłam w myślach kilka razy i postanowiłam, że wyślę CV na każde wolne stanowisko, na jakie znajdę ogłoszenie, i pójdę tam, gdzie będzie zatrudnienie.

W zgłoszeniach na niższe stanowiska wyrzuciłam z życiorysu wszystko, co mogło brzmieć zbyt mądrze lub groźnie: wysokie stanowiska, odpowiedzialność, sukcesy. Okazało się, że w dzisiejszych czasach to nie były medale, tylko ciężarki przypięte do nóg, które stawały się przeszkodą w znalezieniu pracy. Zdałam się na los. Postanowiłam podjąć każdą pracę. Powiedzenie rób to, co możesz, za pomocą tego, co masz, __ zrzuciło mnie do piekła.

Po tym, jak wysłałam CV, zadzwoniła do mnie bardzo miła pani rekruter, zadała kilka pytań i zaprosiła mnie na rozmowę osobistą oraz test. Przyszła punktualnie. Postawiłam jej dużego plusa. Pierwsze wrażenie — bardzo dobre. Szacunek dla drugiego człowieka był dla mnie walutą, która miała bardzo cenną wartość.

— Aby się dostać na to stanowisko, musi pani w piętnaście minut rozwiązać zadania i zdobyć odpowiednią liczbę punktów.

Zmroziło mnie, przyznaję. Mój stres na takich rozmowach działał na moją niekorzyść. Skupiłam się maksymalnie i zaczęłam rozwiązywać zadania. Jedno po drugim. Byłam spięta jak baranie jaja, kiedy rekruterka podliczała moje punkty.

— Jeden błąd. Bardzo dobrze pani poszło — oznajmiła po chwili.

„Jeden błąd? Ja zrobiłam błąd” — ręce mi się trzęsły. Byłam przekonana, że skupiłam się jak nigdy wcześniej. Że powinnam dostać maksymalną liczbę punktów. Moje ego podniosło głowę i zaczęło warczeć.

— Może mi pani powiedzieć, w którym zadaniu jest błąd? — Niestety moja ciekawość brała górę.

— W tym — podsunęła mi kartkę z rozwiązaniem — prawidłowa odpowiedź w tym zadaniu to jedna godzina i jedenaście minut.

— A to nie jest to samo co siedemdziesiąt jeden minut? — Wynik mojego rozwiązania wynosił siedemdziesiąt jeden minut. Jakże wielkie było moje zdziwienie, że jedna godzina i jedenaście minut, to nie to samo co 71 minut.

— Nie — uzyskałam szybką odpowiedź.

Zachciało mi się śmiać, ale chichotać nie wypadało.

— Ale naprawdę bardzo dobrze pani poszło, uzyskała pani jeden z najwyższych wyników.

To mnie nie zadowalało.

Parę miesięcy później testów już nie było. Zbyt wiele osób je oblewało. Tutaj potrzebne były ręce do ciężkiej pracy, a nie rozum.

W tym samym dniu, kiedy skończyłam test, poszłam na górę do biura HR podpisać umowę. Tak dostałam się do pracy fizycznej w dużym magazynie logistycznym znanej i cenionej marki na rynku polskim. Rozpoczęła się przygoda, na którą nie byłam gotowa.

Pierwszy dzień w pracy. Wstałam około trzeciej rano. Zaspana, musiałam przejechać połowę miasta, aby dostać się na pierwszy przystanek z rozpiski, którą dostałam od firmy.

Czasami życie pisze scenariusze, na które nikt z nas nie jest gotowy — ani psychicznie, ani tym bardziej fizycznie. Mimo wszystko próbowałam przekonać siebie, że dobrze zrobiłam, podejmując tę pracę. Firma była rozpoznawalna, z mocną pozycją na rynku, co brzmiało wystarczająco profesjonalnie, by uśpić moją czujność.

Byłam przekonana, że wszystko będzie tak, jak powinno: wynagrodzenie wypłacane na czas, składki odprowadzane uczciwie, podatki rozliczane zgodnie z warunkami umowy. Słowem — stabilizacja. A w czasach, kiedy drobne firmy upadały jak muchy, pensje wypłacano z kilkutygodniowym opóźnieniem (albo i wcale), a składki do ZUS-u istniały głównie w teorii — to naprawdę coś znaczyło.

Pierwszy dzień w pracy zaskoczył mnie pozytywnie. Niewiele było obowiązków — głównie siedzenie. Długie godziny spędzone na szkoleniu BHP i innych niezbędnych przyuczeniach przeplątały się z kawą, podpisywaniem dokumentów i przydzielaniem roboczej odzieży. Atmosfera była niemal… przyjazna. A nawet uprzejma. Były drobne prezenty, krówki ciągutki i zaskakująco ciepłe słowa zachęty od jednej z kobiet w czarnej kamizelce. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kamizelki są czymś więcej niż tylko elementem roboczego ubioru. Od pierwszych chwil pełniły funkcję totemiczną. Symboliczną. Wyznaczały przynależność, hierarchię, przepaść społeczną.

Czarne kamizelki — elita. Biuro, zarząd, decyzyjni. Noszący je patrzyli z góry. Dosłownie i metaforycznie. Ich biura mieściły się na antresoli, nad głowami pracowników fizycznych — jak wieżyczki strażnicze w obozie pracy. Stamtąd mieli doskonały widok: kto się garbi, kto za długo stoi przy baniaku z wodą, kto przypadkiem ośmielił się porozmawiać, zamiast w milczeniu zapierdalać. Byli skupieni nie tyle na produkcie, co na człowieku. Ale nie po to, by go wspierać. Po to, by go mierzyć, ważyć i oceniać. Ich zadaniem było patrzeć — czy tempo jest odpowiednie, czy kolana się jeszcze nie uginają, czy ruchy są wystarczająco dynamiczne, ale bezwzględnie nieme. W tej konstrukcji — z góry na dół — nie chodziło tylko o logistykę. To była architektura władzy. Symboliczny teatr dominacji. Kto spoglądał w górę zbyt długo, ryzykował, że spojrzenie to zostanie uznane za bunt. A bunt — nawet ten cichy, w spojrzeniu — kosztował.

Pomarańczowe kamizelki — pracownicy fizyczni. Ci od ciężkiej roboty, przenoszenia, dźwigania, pakowania. Każdy szew tej kamizelki krzyczał: „nie myśl za dużo, rób swoje”.

Żółte — ukraińscy pracownicy agencji i serwis sprzątający. Delikatne, jaskrawe — jakby po to, żeby nikt przypadkiem nie pomylił ich z kimś innym.

Kamizelka była jak znak ostrzegawczy. Narodowość zawieszona na ramionach. Ten wizualny kod organizował przestrzeń lepiej niż jakikolwiek regulamin wewnętrzny. Nie trzeba było pytać, kto jest kim. Wystarczyło spojrzeć. Granice były jasne, niepodważalne, uszyte z poliestru, w upalne dni paliły plecy żywym ogniem.

Później do kolekcji dołączono kamizelki zielone — przeznaczone dla tych, którzy szkolili nowo przybyłych do magazynu. Na plecach miały nadrukowany napis: „Instruktor. Chętnie pomogę”. Brzmiało to jak żart. Z kategorii tych opowiadanych przez ludzi, którzy śmieją się sami z siebie. Zielony kolor miał zapewne kojarzyć się z nadzieją.

Tymczasem ja — świeżo obdarowana pomarańczowym futerałem pokory — powoli wchodziłam do nowego świata. Świata, w którym kamizelka mówiła więcej niż życiorys. I w którym cicho zaczynałam rozumieć, że to, co na początku wyglądało jak stabilizacja, wcale nie musi oznaczać spokoju.

Dzień drugi i pobudka, tym razem o godzinie 3.30. Rozpoznawałam już przystanki, na których zatrzymywał się bus, więc mój sen mógł trwać trzydzieści minut dłużej, a uwierz mi, był to luksus.

Wykształcenie i dumę schowałam do kieszeni. Doświadczenie — chowasz do kieszeni, kiedy według polskich pracodawców jesteś zbyt stara, aby pracować, lub kiedy doświadczeniem zagrażasz ludziom na wyższych stanowiskach, albo kiedy chcesz się wedrzeć, przedostać, zatrudnić w miejscu, które od początku traktujesz jak pole doświadczalne — by sprawdzić, czy ludzi tu wyciska się do granic zdrowia, łamie psychicznie, gnębi systemowo, a potem wyrzuca jak zużyty sprzęt, gdy zaczynają chorować. Szpilki zamieniasz na ciężkie buciory z blachą otulającą palce, a garnitur zamieniasz na ciężkie, sztywne spodnie z odblaskami na nogawkach, które po miesiącu spadają ci z dupy, bo chudniesz średnio dwanaście do piętnastu kilogramów. Nakazem związujesz włosy w kok i wchodzisz do dżungli pełnej zwierząt próbujących cię zagryźć i zmusić do ucieczki. Zwierząt pełnych nienawiści, knujących za plecami, których pazury czujesz na plecach za każdym razem, kiedy się obrócisz do nich tyłem.Przewóz bydła

Wsiadłam na ostatnim przystanku. Bus był już niemal całkowicie zapchany. Ludzie porozwalani jak szmaciane lalki, zajmowali podwójne siedzenia, rozkładając ciężkie, bezwładne ciała, jakby całe życie czekali tylko na tę jedną chwilę — by móc zająć jak najwięcej przestrzeni. Rozejrzałam się po wnętrzu pojazdu, większość pasażerów udawała, że śpi. Klasyka. Zamknięte oczy, przekrzywiona głowa, ręka zwisająca leniwie, jakby w ucieczce od rzeczywistości. Chcąc nie chcąc, musiałam przerwać tę zbiorową iluzję. Zbliżyłam się do jednego z pasażerów i poprosiłam, by łaskawie zdjął swój plecak z sąsiedniego siedzenia. Nie zamierzałam stać przez sześćdziesiąt minut w busie, w którym ewidentnie były jeszcze wolne miejsca — tylko zajęte przez bagaże i bezczelność.

Chłopak był wychudzony, wyglądał na przerażonego. Okulary zsunęły mu się lekko z nosa, gdy nerwowo uniósł swój plecak — worek wielkości strusiego jaja, w którym, jak się później domyśliłam, zmieściła się co najwyżej kanapka i jakaś forma desperacji.

Usiadłam delikatnie obok. On, jakby rażony prądem, natychmiast przesunął się maksymalnie w stronę szyby, niemal się z nią stopił. Przykleił się do niej z wyraźną ulgą, jakby kontakt z obcym człowiekiem mógł grozić zarażeniem — emocjami, rozmową, przypadkowym dotknięciem rękawa. Utrzymywał bezpieczny dystans. Kanty naszych kurtek nawet się nie musnęły. I bardzo dobrze. Widać było, że nie był zachwycony moją obecnością. Z wzajemnością.

„Co ja tu właściwie robię? Pokutuję? Tylko za co?!”

Przede mną siedziała dziewczyna, patrzyła niewyraźnie przez szkła okularów — rozparta niedbale, z nogami szeroko rozstawionymi, jakby właśnie czekała na wizytę na fotelu ginekologicznym. W tym samym momencie rozpoczęła z zaangażowaniem dłubanie w nosie. Jej palec wędrował głęboko w wilgotnym tunelu, obijając się o ścianki nozdrza, jakby szukał tam sensu życia. Patrzyłam, czy zaraz nie rzuci znaleziska w któregoś z pasażerów, ale nie — opuściła dłoń i zaczęła toczyć kulkę między palcami, jakby kręciła miniaturową wersję globusa, na którym nie istniały granice wstydu.

„Co ja tu do cholery robię?” — powtórzyłam sobie w myślach, tym razem bardziej dobitnie.

W drodze powrotnej wyszłam pięć minut wcześniej, licząc na luksus w postaci pojedynczego miejsca. Ot, taki przywilej człowieka z odrobiną determinacji i silnym wstrętem do cudzych łokci. Czas spędzony w tym busie był dla mnie rodzajem codziennej pokuty. Dusznej, obolałej i niepokojąco długiej.

Wsiadłam, bus powoli się zapełniał, a nadzieja, że dziś może nikt nie postanowi przysiąść się z łaską, umierała we mnie jak ostatnia bateria w pilocie do telewizora. Już miałam usiąść, kiedy jakaś blondynka — typ, który zawsze wie, gdzie twoje miejsce, nawet jeśli ty sam jeszcze nie wiesz — wskazała dyskretnie, że powinnam usiąść obok chłopaka, który uprzednio, z wielką łaską i miną męczennika, uniósł swój plecak.

Patrzyłam na nią, jakby właśnie zaproponowała mi spacer po szkle. Ale nie. Ona wiedziała lepiej. Moje miejsce było już wyznaczone.

Wsiadła chwilę później i nie tracąc czasu na zbędne uprzejmości, rzuciła:

— Szturchnęłam cię, czułeś?

Nie wiem, do kogo mówiła. W zasadzie nie miało to znaczenia, bo sposób, w jaki prowadziła rozmowę, sugerował, że ja — istota siedząca tuż obok — nie istnieję. Może byłam częścią siedzenia. Może zlewałam się z tapicerką. A może po prostu ludzka przyzwoitość została wycofana ze sprzedaży jak plastikowe słomki. Słuchałam jej jak przez szybę. Odrętwiała. Znużona. Każde słowo było jak dźwięk dzwonka w szkole, do której nikt nie chciał wracać. W tamtym czasie pocieszałam się, że przede mną jeszcze tylko dwa miesiące — tak mi się tylko wydawało. Codziennie. Sześćdziesiąt kilometrów tam i sześćdziesiąt kilometrów z powrotem. W zamian za piętnaście złotych za godzinę brutto. Brutalne.

Kiedy biały, nazwijmy go luksusowy, bus się psuł, jego miejsce zajmowało duże czerwone bydle. Była już godzina 22.30. Czerń nieba była gęsta jak tłuszcz po schabowych w zakładowej stołówce. Busy dowożące ludzi z innych miejscowości odjechały. Tylko my staliśmy na pustym parkingu, wtulając zmarznięte głowy w kołnierze kurtek. Czekaliśmy cierpliwie. Godzinę. Dwie. Trzy. Zimno. Mokro. Osiemnaście zmarzniętych dusz, każda z własnym krzyżykiem na plecach i myślą: „Co ja kurwa robię ze swoim życiem?”. Wtem, po trzech godzinach oczekiwania, które dłużył się jak miesiąc w psychiatryku, z za rogu na parking wjechało wielkie ogniste czerwone bydle. Gdyby autobusy mogły być pijane, ten byłby po trzech flaszkach czystej, dwóch żubrach i grzanym winie. Miał w sobie coś z horroru, coś z westernu i coś z Biedronki na promocjach.

Wsiadamy!

Smród.

Nie „nieprzyjemny zapach”.

Nie „delikatna duszność”.

To był chemiczny atak — napalm. Sarin. Chanel No. 5 dla emerytów. Cios prosto w nozdrza — ciężki, zawiesisty smród naftaliny, wilgoci, potu i starego tapczanu. Jakby ktoś rozlał perfumy babci Stasi na zdechłego kota i wrzuciła to do pieca z pestek dyni.

— Ratunku! Dzieci się duszą! — wrzasnęła „staruszka”, a jej oczy pełne były autentycznej paniki.

— Zbić szybę?! Czy ja mogę zbić szybę?! — dodał Indianin, jakby właśnie rozważał dramatyczny bunt w filmie katastroficznym.

— Powietrza! — dochodziło z tyłu, gdzie powietrze dawno umarło i zostało pochowane w reklamówce z Biedry.

Ruszyliśmy w sześćdziesięciominutową podróż na całkowitym bezdechu.

Bus przypominał ruchomy burdel. Czerwone światło w środku nadawało wszystkiemu klimat znanej dzielnicy Amsterdamu w wersji dyskontowej.

W każdym oknie postać. Cień. Zmęczona twarz.

Przyciśnięci do szyb, wyglądaliśmy jak wyeksponowane mięso — gotowe do rzucenia na promocję. Zaciskałam zęby, zatykałam nos, próbowałam wejść w stan zen albo przynajmniej nie zwymiotować.

Skręciliśmy z głównej trasy — dosłownie i życiowo — i sunęliśmy w kierunku domów, bez powietrza, bez nadziei, za to z pełną siatką rozczarowań. Dwa tygodnie. Wystarczyły dokładnie dwa tygodnie, by zrozumieć, że to nie jest praca, tylko kara społeczna. Coś, co się dostaje za wjazd w drzewo po pijaku albo za występ na TikToku z robieniem grochówki w jacuzzi. Najgorsza decyzja w moim życiu. Piętnaście złotych brutto. Odliczając podatki czy składki ubezpieczeniowe, zostawała garść wstydu i paragon za dwie drożdżówki. Życie się skończyło. Albo pracowałaś, albo odpoczywałaś. Zmiana, sen, zmiana, sen, krzyk w poduszkę, dwie kanapki, butelka coca-coli i garść tabletek każdego dnia.

Dom? Nieogarnięty. Zlew jak po wojnie. Lodówka zawierała wyłącznie światło i jedno przeterminowane jajko. Zamiast gotować, zjadałam resztki godności. Zamiast sprzątać — zamykałam drzwi i udawałam, że nie widzę.

Musiałam to przetrwać — jak się przeczekuje ciężką zimę na przystanku, marząc o wiośnie, która w końcu nadejdzie. Czekałam, aż się przekwalifikuję i wreszcie wyrwę z tego cyrku, żeby podjąć pracę zgodną z moją pasją, osobowością i tymi wszystkimi dyplomami, które tak skrzętnie zbierałam przez lata. To były już kolejne studia w moim życiu — niby nic wielkiego, a jednak ostatnia nitka trzymająca mnie przy zdrowych zmysłach. Musiałam je dokończyć, choćby w przerwach między zmianą a wizją samospalenia. Bo praca pracą, ale marzenia nie mogły umrzeć w czerwonym busie z naftaliną.Norma

— Wiesz, Wioletta… kiedyś to był towar. — Igor powiedział to tak, jakby mówił o jakiejś mitycznej epoce dobrobytu. Jakby opowiadał o dawnych czasach, kiedy chleb był chlebem, człowiek człowiekiem, a zapierdol miał sens. — Robiłem spokojnie, o tak — pokazał ręką jakiś niewidzialny rytm, jakby to była taneczna sekwencja, nie linia produkcyjna — po czterech godzinach miałem normę na osiem. A teraz? — zawiesił głos.

Powietrze zadrżało między nami. Znałam już tę pauzę. To była cisza, w której rodzi się bezradność.

— Zapierdalałem osiem godzin. I wiesz co? Na drugi dzień poszedłem do kierowniczki. Zapytałem, czy norma się poprawiła. A ona nawet głowy nie podniosła. Powiedziała, że nie. Nawet o jeden procent się nie podniosła. Rozumiesz? NIC! — Spojrzał na mnie, jakby szukał potwierdzenia, że to nie on zwariował, tylko firma.

— Miałam tak samo — uświadomiłam go, że wszystko z nim w porządku — podwyższają normy, kiedy chcą, zmieniają w systemie, podporządkowują pod siebie, a my zapierdalamy jak osły, o których myślą, że poklepią po plecach, a my będziemy szczęśliwi. Nigdy nie spotkałam się z takimi niejasnymi zasadami ani z ludźmi, którzy nie szanują drugiego człowieka.

— Robią z nas debili — powiedział już głośniej. — Za poprzedniej firmy nie było takich cyrków. Odkąd rządy przejęła ta firma, wszystko się zesrało. Tu nie ma ludzi, którzy potrafiliby rządzić. Tylko batonami za złoty pięćdziesiąt nas częstują raz na trzy miesiące i po cichu obcinają pensje.

— A jak się odezwiesz albo zachorujesz, to lądujesz na bruku — dodałam.

— Ale wiesz co — Igor ciągnął dalej — poprzednia to była niemiecka firma, a ta sama wiesz przez kogo jest prowadzona. Więc zapomnij, że ci dadzą zarobić.

Zrobiło mi się zimno, mimo że był środek sierpnia. Bo choć nie znosiłam tego typu gadki, wiedziałam, że pod tym wszystkim leży jedno — rozczarowanie. I gniew. I wiedziałam też, że miał rację.

— Normy powinny być ustalone raz, porządnie. A nie, że jak się trafi dobry towar, to nagle podnoszą. A jak gówno przyjdzie, to norma dalej taka sama. Co to jest? Zeszyty wpadają na dwa dni i co? Od razu norma w kosmos. A potem znowu folie, papiery, śliskie gówna, ale norma zostaje. No, halo?! Myślicie, że my mózgów nie mamy? — zamilkł. Przetarł twarz. Potem dodał już spokojniej: — Wiesz… ja nie chcę, żeby oni wynajdowali rower. Bo rower już mamy. Niech przestaną go rozkręcać i składać na nowo, tylko dlatego, że nie wiedzą, co robią.

Miał tylko trzy proste życzenia. Takie, które człowiek powinien mieć zapewnione z automatu, a nie musieć o nie błagać jak o jałmużnę: stała norma, raz ustalona, sensowna, uczciwa. Bez cudów i kombinowania, jak wydoić ludzi z sił; porządny grafik. Nie jak teraz — sześć popołudni, pięć nocek, jeden dzień wolnego i znowu sześć dni ciągiem. Gdzie tu prawo pracy? Gdzie człowieczeństwo?; Ubranie robocze. Nie te szmaty, w których dupa się odparza po dwóch godzinach, tylko coś, co nie śmierdzi potem i nie zostawia ran.

Nie potrzebowaliśmy niczego nadzwyczajnego, tylko ludzkiego podejścia. Za każdym razem, kiedy jakimś cudem między regałami udało nam się porozmawiać, uświadamiałam sobie, że nie tylko on tak czuje. Wszyscy czuliśmy to sam. Ten sam smród, brud i teatr uczciwości. Tyle że on mówił to na głos. A my — milczeliśmy, aż zaczynało boleć w mostku.

Kilka miesięcy później naklejałam ceny na książki, kiedy znowu się pojawił.

— I jak? — zapytałam. — Teraz to chyba z wypłaty jesteś zadowolony, co? Słyszałam, że sto trzydzieści procent zrobiłeś.

Spojrzał na mnie, jakby właśnie usłyszał największy żart świata.

— Nie dostałem dodatków progowych.

— Co ty gadasz, przecież miałeś sto trzydzieści procent?

— Uznali, że miałem za dużo godzin nieproduktywnych.

— I co w takiej sytuacji?

— Nie uznali mi tej normy. A teraz zobacz — gdyby nie te „nieproduktywne”, miałbym sto sześćdziesiąt procent. Ale nie, bo oni chcą udowodnić, że nie zasługuję. To teraz pierdolę, chodzę, ściemniam, żeby tylko mieć te osiemdziesiąt procent. Niech sobie prezes weźmie mój dodatek i kupi więcej kiełbasy do bufetu. — Śmiał się, ale w tym śmiechu było wszystko, tylko nie radość.

— Specjalnie tak robią. Obniżają normy w tajemnicy, bez słowa. Bo przecież trzeba z czegoś zbudować fundusz na święta. Nie ważne, że ten fundusz powinien pochodzić z innej firmowej puli. Mają tylko jedno źródło — nas.

Pamiętam, jak z Księżniczką i Leną naklejałyśmy ceny na płyty. Jak wariatki. Trzy tysiące sztuk w dwadzieścia minut. Zmęczone, ale dumne. A potem? Zapytałam o normę. Ani o procent nie ruszyła w górę. Ale kiedy poszłam na trzy dni urlopu, nagle norma spadła o osiem procent. Nie byłam obecna. Magia! Prawie jak los na loterii, tylko zawsze przegrywasz.

Taka „magia” działa się często. Pchła podstawiała Gorylicy palety książek i pomagała jej robić normę. Kiedy Gorylica kończyła paletę, szła między regały z książkami, czyli raki, zbierać Jelly Frucika, popularnego wówczas TikTokera. Pchła ustawiała priorytety i znikały całe palety. Wszystko szło do „wybranych”. A Genia? Genia nie umiała już tego znieść. Poszła do toalety, zamknęła się od środka i przez dwadzieścia pięć minut płakała jak dziecko. Cicho. Z bezsilności.

Pchła, Gorylica i Księżniczka — magiczny trójkąt samowystarczalności i wzajemnej adoracji. One rządziły. My mieliśmy tylko nie przeszkadzać. Gdy Genia dostała propozycję zamiany zmian, nie wahała się ani chwili. Bo czasem, żeby przetrwać, trzeba po prostu odejść. Nawet jeśli to tylko inna zmiana. Inne godziny. Ten sam magazyn. Ten sam smród. Ale przynajmniej można złapać oddech.Gargamel i strażniczka Auschwitz

To nie była praca. To była procedura. Trwała od wejścia do magazynu aż do końca dnia, a właściwie nawet po — do ostatniego pika skanera, do biegu w stronę wyjścia. Dopiero wtedy mogłaś poczuć się jak ktoś, kto być może nie jest jeszcze podejrzany. Ale tylko być może. Magazyn był jak wielka klatka dla ludzi, którzy nie mieli innego wyjścia. Żadnych okien, żadnej ciszy, żadnego człowieczeństwa, a przy wyjściu kontrola — jakbyś przechodziła z jednego wymiaru nicości do drugiego, tylko bardziej zawstydzona.

Drzwi z małym więziennym okienkiem. Klik. Trzask. Otwierałaś. I wchodziłaś w strefę podejrzenia. Wyjście z magazynu wyglądało jak miniaturowy rytuał hańby.

Stawałaś w rozkroku. Ręce do góry. Trochę jak do modlitwy, trochę jak do rozstrzelania. Urządzenie skanujące. Pik. Zawsze coś piknęło. Zawsze. Guzik. Zamek. Metalowa wsuwka w staniku. I już byłaś winna.

Gargamel tylko na to czekał.

Dla niewtajemniczonych. Gargamel to ten z bajki o Smerfach. Chudy, zgarbiony, z tą różnicą, że ten był niewysoki. Nienawidził radości, dzieciństwa i wszystkiego co żywe. W bajce miał kota Klakiera i obłęd w oczach. W magazynie miał obłęd — tyle że w spojrzeniu. Tym, którym sunął po twoim ciele, kiedy przykładał detektor tak blisko, że czułaś jego oddech pod pachą.

— O, znowu pani pika — mówił z uśmieszkiem, który niczego nie ukrywał.

Jego spojrzenie budziło w nas obrzydzenie i bezsilność. Czułam się przy nim jak mięso na hakach. I nie tylko ja. Dziewczyny szeptały o nim przy szafkach, w łazience, przy obiedzie. Każda czuła się obrzydzona, ale nikt nic nie mówił, bo przecież on tylko wykonywał swoją pracę. I nie ważne, że mógł wykonać ją dokładnie, ale subtelnie i z klasą.

— Podnieśmy bluzkę, zobaczymy, co to — mówił i patrzył, jak odsłaniasz brzuch. Ten sam brzuch, który godzinę wcześniej zaciskał się z bólu przy czterdziestym kartonie.

Dla niego byłaś serialem, który puszczali tylko raz dziennie, na żywo, bez powtórek.

Ile razy chciałaś powiedzieć, że to molestowanie? Że to przemoc? Ale komu? Kierownikowi, który miał cię za pociągowego woła z kodem kreskowym na plecach?

A potem była ona. Strażniczka Auschwitz. Tak ją nazywaliśmy, bo wyglądała, jakby wyciągnięto ją z czarno-białego zdjęcia z 1943 roku. Mrożony blond, męska sylwetka i twarz jak z podręcznika do historii — surowa, lodowata, pozbawiona jakiejkolwiek empatii. Patrzyła na nas jak na złodziejki. Z pogardą. Jakbyśmy właśnie wsadziły do kieszeni mikrofalówkę i próbowały uciec z nią pod polarem. Nazywałyśmy ją strażniczką Auschwitz, bo nie dało się inaczej. Miała ten wzrok — zimny, czysty, precyzyjny. Wzrok kogoś, kto nie ocenia, tylko egzekwuje.

— Daj, ja ją sprawdzę! — wołała zawsze, kiedy akurat to ja przechodziłam.

Zawsze ja. Jakbym miała twarz winnej. Albo może twarz zbyt zmęczoną, żeby się bronić. Zdejmowałaś wszystko — buty, kamizelkę, czapkę. Przewracałaś kieszenie. Kręciłaś się jak idiotka.

— A to co?

— A tu co jeszcze?

— Wyjmij z kieszeni wszystkie tabletki, może coś tam jeszcze masz.

Pomimo tego, że kieszonka w kamizelce była przezroczysta i cała jej zawartość była dobrze widoczna. Nie dało się wygrać. Nawet kiedy nic nie miałaś — a nigdy nic nie miałaś — i tak czułaś się jak przestępczyni. Bo kiedy ktoś traktuje cię jak złodzieja dzień po dniu, zaczynasz się tak czuć. Choćbyś wynosiła tylko własne zmęczenie i kawałek bólu w kolanach. Czasem miałam wrażenie, że jeśli kiedyś znajdzie u kogoś zużytą chusteczkę higieniczną, to wezwie policję, bo „to może być coś więcej”.

— Wiesz — powiedziała Olka — kiedyś Judyta poszła na osobistą kontrolę, a ja, żeby było szybciej, dałam jej do obejrzenia woreczek z lekarstwami i rękawiczkami Judyty. Nie wiedziałam, że w rękawiczkach miała cukierki. A ona wzięła te rękawiczki i wyjmowała z każdego palca po jednym cukierku. Myślałam, że Judytę zabiję, że trzymała cukierki w rękawiczkach, a nie w woreczku.

— Całe szczęście, że u nas nie ma cukierków tylko książki. Bekła byś za kradzież jak nic.

— No dokładnie.

To była paranoja. Nie wiedziałaś, czy możesz iść do pracy z podpaską i czy butelka z wodą nie zostanie uznana za przemyt.

Woreczek z lekarstwami miała każda z nas. Tabletki przeciwbólowe, przeciwzapalne, na kręgosłup, na głowę, na stany lękowe. Bez tego nie dało się przetrwać. Bez tego ciało nie poddawało się systemowi.

I może właśnie o to chodziło — żebyś musiała coś brać. Żebyś była słaba, zależna, gotowa się rozebrać, pokazać, poddać.

I żeby Gargamel miał co oglądać.

I żeby strażniczka mogła mówić: „Jeszcze raz”.

A ty, z tą resztką dumy gdzieś w butach, mogłaś tylko spytać: „Już wszystko?”.

Bo musiałaś biec. Do busa. Żeby nie siedzieć na podłodze jak staruszka.

Bo wszystko w tym miejscu miało swoje „jeszcze” — jeszcze sprawdzenie, jeszcze podejrzenie, jeszcze milczenie, które zostawało na skórze jak kurz z półek.

Ale żeby było uczciwie — nie wszyscy byli jak Gargamel i Strażniczka Auschwitz. Większość ochroniarzy robiła swoje, bez tego cyrku, bez wstydu. Przychodzili, pytali, skanowali. Pik — i po sprawie. Z daleka. Bez ocierania o brzuch. Bez sprawdzania drutów w stanikach. Byli szybcy, uprzejmi, normalni. Czasami nawet rzucili żartem, czasami spojrzeli w oczy, a nie na dekolt. Widzieli zmęczonego człowieka, nie tylko potencjalnego złodzieja. Niektórzy znali już nasze imiona. Wiedzieli, że nosimy lekarstwa, bo inaczej nie da się tu wytrzymać. Że w plecaku mamy książkę, bo chcemy przetrwać przerwę, a nie wynieść bestseller za 29,90 zł.

Ale Gargamel i Strażniczka Auschwitz… to oni zostawiali ślady. Ich się pamiętało po godzinach. Ich dotyk był w tym miejscu metaforycznym śladem na godności. I właśnie przez takich jak oni ten magazyn stawał się nie tylko miejscem pracy, ale też miejscem poniżania. A przecież przyszliśmy tu tylko pracować. Nie udowadniać niewinność. Codziennie. Od nowa.

P.S. Nie miałam nigdy zamiaru nikogo zranić. Zwłaszcza tych, którzy przeżyli prawdziwe piekło — ocalałych z Holokaustu. Nie porównuję tu zbrodni wojennych do procedur w magazynie. Ale kiedy dzień po dniu przechodzisz kontrolę, która odbiera ci godność, kiedy musisz podnosić bluzkę i tłumaczyć się z tabletek przeciwbólowych, zaczynasz się zastanawiać: do kogo mogłabym to porównać, żeby ktoś z zewnątrz naprawdę zrozumiał?

Jeśli nie do esesmanki, to do kogo? Do tej nauczycielki, która patrzyła na ciebie jak na lenia, a nie na zmęczone dziecko? Do pielęgniarki, która wbijała igłę z pogardą? Do urzędniczki, która zawsze wiedziała lepiej, a nie miała pojęcia, kim jesteś?

Nie chodzi o historię. Chodzi o wzrok. O zimno. O to, że kiedy jesteś słaba, upokorzona i sama — właśnie taki wzrok zostaje w tobie na długo.

Jeśli ten tekst budzi w kimś złość — przyjmuję ją z pokorą. Ale nie był pisany z nienawiści. Był pisany z pamięci. I z potrzeby, żeby ktoś to wreszcie nazwał. Nawet jeśli boli. Nawet jeśli ryzykuje się za to gniew.

Bo milczenie też potrafi być przemocą. A ja już nie chcę milczeć.Pewna sierpniowa noc

Pola i Gorylica stały przy biurkach. Naklejały ceny na artykuły biurowe — zeszyty, ołówki, spinacze, czyli drobnica, która w dużych ilościach daje wielkie normy. Szły równo. Zbyt równo. A w tym miejscu równość jest jak woda święcona na sabacie — niepożądana. Pchełka pojawiła się tu jak cień systemu — niby przypadkiem, ale wiadomo, że nic nie dzieje się tu przypadkiem. Jedna z tych kobiet, które w magazynie rządzą z nadania, nie z kompetencji. Przysłana przez system, przez tych wyżej, żeby „pilnować porządku”. Pisać po polsku nie potrafiła, ale rozkazy wydawała płynnie — w języku, którego gramatyka opierała się na tonie głosu i zaciśniętych ustach. Miała w sobie ten rodzaj małej władzy, która lubi kąsać większych od siebie. Coś ją uwierało, może to, że Pola miała tę samą liczbę naklejek, co Gorylica, ale nie paszport tego samego kraju. Wystarczyło jedno spojrzenie i już Pola została oderwana od stanowiska jak brzydki magnes z lodówki i skierowana w regały zbierać gazety.

Pola, jak każdy, kto zna w tym magazynie system stu siedmiu kroków na jedną pozycję, spojrzała, co tam dziś w modzie. System stu siedmiu kroków brzmi jak procedura NASA, ale w rzeczywistości to po prostu szybkie zapierdalanie z prędkością światła między jednym regałem a drugim. Tu nie ma czasu na oddech, na poprawienie włosów, na życie. Każdy metr to sekunda mniej do normy, każdy zakręt to ryzyko, że system uzna cię za zbyt wolnego. Biegniesz więc jak po niewidzialnym torze przeszkód, z czytnikiem w dłoni zamiast pochodni, goniąc za kolejnym kodem kreskowym, jakby od tego zależało twoje istnienie. Pola zobaczyła na skanerze, że najwięcej jest romansów. Była nawet zadowolona. Zalogowała się więc na czytnik i rozpoczęła gonitwę po magazynie, ale nie minęło pięć minut, jak Pchła znów wkroczyła. Wyrzuciła ją z systemu, przekierowała na najcięższe palety. Pojedyncze książki, globusy — gratka dla kręgosłupa, który już dawno powiedział: „pas”. Szans na wykonanie normy tej nocy nie miała żadnych. Zero. Za to Gorylica — o ta to miała _all inclusive_. Pięć palet zeszytów, gładkich i powtarzalnych jak marzenia team leaderów. Pchła stanęła obok niej i razem — dwie na jedną normę — naklejały tysiące sztuk. Efekt: Gorylica wyrobiła trzysta procent, a Pola dwadzieścia. Przypadek? Tylko dla naiwnych.

Następnej nocy Pola, ja, Pszczoła i Księżniczka zostałyśmy skierowane do zbierania książek. Pszczoła i Księżniczka zbierały ustawione przez kierowniczkę priorytety. Całymi szatlami ładowały podręczniki — tempo, którego nie powstydziłaby się żadna taśma produkcyjna. A ja? Nie będzie zaskoczenia, jeżeli powiem: sto siedem kroków na jedną pozycję. Pojedyncze książki, ciężkie, niewdzięczne, pakowane jak w karaibskim obozie pracy. Standard. Około piątej nad ranem poszyłyśmy z Polą napić się wody. Po drodze się zatrzymałyśmy — ja związywałam włosy, ona czekała, aż pójdziemy dalej razem. Pchła przejeżdżała wózkiem, z nieodłącznym wyrazem twarzy, jakby właśnie przyłapała nas na rozboju z użyciem broni palnej.

— Dziewczyny, ale jest jeszcze godzina pracy! — powiedziała z wyrzutem godnym Matki Boskiej ze szkolnego przedstawienia.

— Dobrze, zaraz idziemy — odpowiedziałam, choć w środku gotowałam się do eksplozji.

Mam nie pić wody? Przy trzydziestu stopniach? Mam nie spiąć włosów, żeby ci się zgadzało w Excelu? Może nie robić siku? Albo najlepiej nie oddychać? Całość trwała dwie minuty. Dwie. I to była nasza zbrodnicza przerwa od tyrania.

Kiedy wracałam z łazienki, spotkałam Igora.

— Widzisz Igor, jeden ma podstawiane palety, a drugi ma zapierdalać.

Spojrzał na mnie ze zmęczeniem wypisanym na twarzy.

— Wioletta… ja jestem w takiej samej sytuacji jak ty. Jak skończę tu pracę, jadę na Ukrainę. Na wojnę.

Miał czterdzieści pięć lat, a mówił tak spokojnie, jakby wybierał się na ryby. W tej pracy wojna wydawała się mniej wykańczająca. A może chodziło o to, że na wojnie przynajmniej wiadomo, kto jest wrogiem. Wtedy zobaczyłam faceta źle traktowanego przez system w tej firmie. Miał dopiero czterdzieści pięć lat, a nie miał siły walczyć o zmianę na lepsze. Wolał wojnę, wolał być może śmierć. Wzięłam dzień wolnego — tak zwanego urlopu wypoczynkowego. Spałam dwadzieścia osiem godzin. Mój organizm się poddał. Odciął prąd. Dla własnego dobra.

Kolano zrobiło „stryk” i spuchło jak balon na festynie. Jeden dzień zmienił się w dwa tygodnie. Powrót po zwolnieniu lekarskim oznaczał tak zwaną rozmowę z kierownikiem, czyli stwierdzenie — „co ty kurwa odpierdalasz, jak chorujesz, wypierdalasz”.

— Znowu ma pani chore kolano?

Poważnie? Znowu? A czy pan znowu oddycha?

— Nie rozumiem, dlaczego pan się dziwi. Od miesięcy jestem kierowana do maratonu między alejkami i zbierania książek. Bieganie po hali, w upale, dzień w dzień, to nie jest spacer po parku. Gdybym pracowała jak inni: trochę biegania, trochę pakowania tołty, trochę naklejania ceny, byłoby inaczej.

— Może chce pani naklejać ceny?

Aha. Po osiemnastu miesiącach bieganiny proponuje mi stanie w miejscu i dźwiganie ton zjeżdżających z linii. Tylko bez śmiechu, proszę.

— Jeżeli trochę będę w książkach, trochę na cenach, trochę na tołtach, to będzie w porządku. Nie chcę stać tylko na cenach. — Nie wiedziałam, której części zdania nie rozumiał. Już czułam, jak po pękniętym kolanie funduje mi cieśnie nadgarstka i chory kręgosłup.

Nie słuchał. Napisał maila do lidera: „Proszę, aby Wioletta stała na cenach”. Koniec dyskusji.

Tym o to sposobem naraziłam się liderowi, nie robiąc niczego złego. Przeczytał maila. A mail to świętość.

— Liderze, mogę iść trochę w książki? Kręgosłup mi siada.

— Nie. Chciała pani ceny, to będzie pani na cenach.

— Nie chciałam. Nawet nie wiedziałam, że mail został wysłany. Chciałam tylko równowagę. Ale system nie zna tego słowa.

— Nie wiem, nie było mnie tam. Chciała pani, to teraz proszę stać!

Był nieprzyjemny. Na głosy, że kabluje i jest podły, odpowiadałam ciszą — jakby cisza mogła go wybielić. A teraz wystarczył jeden mail i już byłam wrogiem publicznym numer jeden. Może nie mógł na mnie patrzeć. Może miał swój dzień. Nie wiem. Nie rozumiałam.

No cóż, witaj w świecie, gdzie norma jest święta, ale człowiek już nie. Gdzie bardziej liczy się arkusz kalkulacyjny niż twoje kolano, kręgosłup, psychika czy życie. Witaj w świecie, w którym musisz zasuwać jak chomik na amfetaminie. Uczciwość traktuje się jak słabość, a lojalność jak głupotę. Igor, który kiedyś wierzył, że praca ma sens. Wioletta, która wciąż naiwnie próbuje rozmawiać jak człowiek. Genia, która płacze w kiblu. I Gorylica z Pchłą, które świat firmowy całuje po stopach, byle tylko dowieźć cyferek.

A normy? Zmienne z dnia na dzień jak pogoda w górach. Raz trzysta, raz osiemdziesiąt, raz sto trzydzieści procent bez dodatków, bo masz za dużo nieproduktywnych godzin. Bo tu nie chodzi o sprawiedliwość. Chodzi o pokaz siły. O to, żebyś się nie wychylał. Żebyś przyjął z pokorą fakt, że jeden pracownik dostaje palety zeszytów jak prezent na komunie, a drugi, dźwiga pojedyncze globusy jak Syzyf po trzydniówce. A ty? Ty masz tylko stać i nie pękać. Ale może najbardziej boli to, że zaczynamy wierzyć, że tak właśnie ma być. Że nie zasługujemy na więcej. Na sensowną normę, na grafik bez łamania praw fizyki, na ubranie robocze, po którym nie śmierdzisz jak worek na brudne skarpety.Święta — nie dla wszystkich

Święto. Dzień, w którym Matka Boska idzie do nieba, a cała reszta narodu na grilla. Dla niektórych dzień wolny. Dla wybranych — święta praca, bo przecież matka, która sama wychowuje dziecko, nie odpoczywa. Liczy się każdy grosz. Tydzień wcześniej Kluczowa zapytała, czy przyjadę piętnastego sierpnia. Odpowiedziałam, że tak, niech mnie zapisze. Prosto i bez dylematów. Ale coś mnie swędziało w podświadomości. Taki cichy niepokój, jak bzyczący komar przy uchu. Dzień przed zmianą zapytałam jeszcze raz — czy aby na pewno jestem zapisana? Bo sześćdziesiąt kilometrów w jedną stronę, to jednak za dużo, żeby po prostu pocałować klamkę. Była zdziwiona. Zdziwiona, jakby właśnie dowiedziała się, że ludzie potrafią pracować z własnej woli. Fakt, jechałam na oparach, ale się nie poddawałam.

— Nie wpisywałam cię, bo przekroczyłabyś normy pracy — odburknęła jak dziekan na komisji, który wykrył, że masz za dużo punktów ECTS. — Byłaś w sobotę.

— Nie, nie byłam w sobotę. I nie, nie przekroczę żadnej normy pracy — odpowiedziałam z równym wdziękiem, co ona. Czyli bez wdzięku.

Zdecydowanie nie miała ochoty mnie tam widzieć. Zapowiadało się klasyczne: „oj, tu nie ma miejsca”, ale z obowiązującym tonem moralnej wyższości. Całej tej cyrkowej wymianie przysłuchiwał się lider, którego do tej pory podejrzewałam o bycie meblem.

— Przyjdź. Podpiszesz normalnie listę i będziesz pracować — rzucił, jakby ratował świat. Albo moje rachunki.

Zrobiło mi się trochę głupio. Jakby to była moja inicjatywa, nie ich oferta. Miałam już zrezygnować, ale wiadomo — duma w magazynie to towar luksusowy, najpierw schodzi do kieszeni, potem na margines. Za pięćset złotych? Pojadę nawet na casting do _Squid Game_.

Wyjechałam około dwudziestej. Własnym autem, bo przecież święto — busów tyle, co sumienia w zarządzie. Klakson niesprawny, reflektory też. A tuż za Płockiem — przez jakieś dwadzieścia pięć kilometrów — droga przez las. Las pełen łosi z dużymi porożami, bardzo towarzyskich. Niejednokrotnie stawały na środku asfaltowej drogi. Jechałam powoli, z duszą na ramieniu i telefonem w gotowości, jakby miało mnie to chronić przed bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z dwutonowym łosiem. Bo ze starciem z łosiem — w każdym lesie — wyjeżdżasz na tarczy albo na lawecie.

W końcu dojechałam. Martwa cisza. Martwe światła. Martwy zakład pracy. Aż się zastanawiałam, czy przypadkiem nie dołączyłam do jakiegoś _ghost town_ dla zombiaków z wypalonymi umowami.

Zgasiłam światła w samochodzie, rozejrzałam się dokoła — wysiadać czy zawracać? Może jednak wrócę do łóżka? Ale nie. Pięćset złotych. Brzęczało mi to w głowie jak mantra. Po chwili z cienia wyłonił się Igor. Ukrainiec. Szef samotnych wędrowców. Kroczył z miasta jak zjawa, w dresie, z tą swoją charakterystyczną miną, że i tak wie więcej niż ty, ale nic nie powie, bo nie warto.

Wysiadłam. Poszłam do budynku. Parking przypominał pustynię, a jednocześnie wciągał jak bagno. Małpy z cyrku? Nieobecne. Może przeszły na samozatrudnienie.

Pani ochroniarz siedziała na krześle i patrzyła na mnie jak na zjawisko paranormalne.

— Jeszcze nikogo nie ma na nocną. A na popołudniówkę trzynaście osób.

Gratulacje. Brawo ja. Najwyraźniej zostałam jedyną uczestniczką elitarnego programu _Samotna harówka dla naiwnych_.

Wzięłam klucz. Weszłam na górę. Szatnia przywitała mnie chłodem klimatyzatora — jedynego elementu tego miejsca, który naprawdę działał.

Zadałam sobie pytanie, które zadawałam już dziesiątki razy: „Co ja tu, do cholery, robię?”.

Klapki obijały się o pięty, echo niosło się po pustej szatni, jakby samo miejsce chciało mi przypomnieć, że jestem stuknięta. Zapaliłam światło. Podeszłam do szafki. I wtedy przyszła Księżniczka.

Byłyśmy we dwie. Jak Bonnie i Clyde. Ale bez miłości, bez pieniędzy i bez broni. Tylko z listą obecności i nadzieją, że może jednak ten dzień przeżyjemy.

Księżniczka przysiadła na ławkę naprzeciwko mnie, odłożyła plecak z rezygnacją, która idealnie komponowała się z fluorescencyjnym światłem, pod którym wszystko wyglądał jak zmarznięta wędlina w lodówce Lidla.

— To co, idziemy się produkować? — zapytała i zaśmiała się cicho, z tej bezsilności, co cię dopada, gdy nawet ironia się już zużyła.

Zeszłyśmy na halę. Cisza jak w kaplicy. Maszyny milczały, regały stały jak sfinksy, a taśma — królowa całodobowego znerwicowania — nie ruszała się ani o milimetr.

Zrobiło się dziwnie. Pracowników brak, liderów brak, towaru brak. Tylko my, dwie frajerki, które uznały, że patriotyczny obowiązek to nie tylko śpiewanie hymnu, ale też wkładanie kredek do kartonów za najniższą krajową. Po piętnastu minutach łażenia po hali i udawania, że mamy cokolwiek do roboty, zorientowałyśmy się, że wszystko zabezpieczone, wszystko pozamykane. Magazyn w wersji _stand by_.

— Może trzeba było iść na grilla, jak wszyscy normalni ludzie — rzuciłam, opierając się o regał.

— I słuchać jak ciotka Zosia pyta trzeci raz, czy mam chłopaka? Wolałam już spotkanie z wózkiem widłowym — parsknęła Księżniczka.

Podeszłyśmy do komputera. Wystukałam swoje hasło. System zawiesił się po minucie. Po trzech kolejnych pojawił się komunikat: „brak przypisanych zleceń”. Jakby nawet on miał mnie już dość.

— No… to mamy święto — stwierdziła Księżniczka.

Wpatrywałam się w ekran, w którym nic się nie działo, i czułam, jak powoli moja dusza opuszcza ciało przez dziurkę od klucza.

Czas płynął inaczej. Co pięć minut zerkałyśmy na zegarek, a mijało osiem sekund. Każda z nas robiła coś innego, żeby tylko nie oszaleć: Księżniczka skrolowała TikToka z miną więźnia w celi izolacyjnej, ja zaczęłam liczyć wszystkie lampy w hali i zastanawiać się, ile bym musiała zarabiać, żeby uznać ten dzień za sensowny.

W końcu po dwóch godzinach bezproduktywnego dryfowania po tej przemysłowej Atlantydzie zjawił się jeden operator wózka.

— A wy tu co, na ochotnika? — zapytał zdziwiony, jakbyśmy przyszły rozdawać ulotki o zbawieniu.

— Tak, na pielgrzymkę pokutną — odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Uśmiechnął się z politowaniem i odjechał, zostawiając za sobą smugę oparów i poczucie sensu życia, które chyba zabrał ze sobą na wózku.

Ostatecznie poszłyśmy na godzinne sprzątanie — klasyczny zabieg, gdy nie ma co robić, ale musi wyglądać, że ktoś coś robi. Zmiotłyśmy kurze z palety, wypolerowałyśmy regał ścierką, której używano ostatnio bardzo dawno, i zgarnęłyśmy za to po pięćset złotych.

To nie był dzień pracy. To była żywa symulacja upokorzenia. I jak się okazuje, nie dla wszystkich święto to wolne. Ale dla wszystkich — dowód, że ten świat dzieli się nie na lepszych i gorszych, lub tylko na tych, którzy jeszcze próbują, i tych, którzy już przestali.

A najgorsze w tym wszystkim?

Że następnego dnia… znów się tam wraca.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij