Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zeszyt uwag. Opowiadania o szkole. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 września 2026
52,00
5200 pkt
punktów Virtualo

Zeszyt uwag. Opowiadania o szkole. - ebook

„Zeszyt uwag. Opowiadania o szkole” to zbiór opowiadań balansujących między wspomnieniem, groteską i satyrą. Autor prowadzi czytelnika przez dwa światy – szkołę lat 90., pachnącą kredą, trzepakami i szkolnymi sklepikami, oraz współczesną oświatę widzianą oczami nauczyciela, wychowawcy, dyrektora i rodzica. To historie o uczniach, nauczycielach i codziennych absurdach, w których humor przeplata się z nostalgią, a śmiech z refleksją. Książka ma częściowo charakter autobiograficzny – wiele wydarzeń zostało zainspirowanych prawdziwymi doświadczeniami autora, jednak zostały one twórczo przetworzone i wzbogacone literacką fikcją. To opowieść o dojrzewaniu, pamięci i świecie szkoły, który nieustannie się zmienia, ale wciąż pozostaje miejscem, gdzie rodzą się najważniejsze historie. Dla wszystkich, którzy choć raz siedzieli w szkolnej ławce lub stanęli po drugiej stronie tablicy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 235 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZESZYT UWAG. OPOWIADANIA O SZKOLE

Pierwszy dzień w szkole 31

Rada 47

Sarna 62

Shazza, moja miłość 76

Dziennik 114

Bunt na lekcji polskiego 156

Zeszyt uwag 177

Z pamiętnika dyrektora przedszkola 206

Wstęp

Szkołę poznałem z kilku stron. Najpierw jako uczeń siedzący w ostatniej ławce, później jako rodzic, który obserwuje, jak szkolną drogę rozpoczynają jego własne dzieci a potem jako nauczyciel stojący przy tablicy, następnie jako wychowawca. Mam więc wrażenie, że przez większą część życia nieustannie krążę po tych samych korytarzach. Zmieniają się budynki, twarze, programy nauczania, ministrowie edukacji i technologie, ale szkoła – paradoksalnie – pozostaje zadziwiająco podobna do samej siebie.

Pamiętam szkołę lat dziewięćdziesiątych. Pachniała kredą, pastą do podłóg i mokrymi kurtkami suszącymi się na kaloryferach. Dzwonek wyznaczał rytm dnia, a największą technologiczną atrakcją był magnetowid przywożony na metalowym wózku albo telewizor, który częściej nie działał, niż działał. Nie było telefonów komórkowych, Librusa, grup na Messengerze ani rodziców piszących wiadomości do nauczycieli późnym wieczorem. Były za to trzepaki, wagary, lizaki kupowane po kryjomu w sklepiku, haracze, bójki za garażami, pierwsze zauroczenia, kartki z pamiętników, zapach zeszytów owijanych w kolorowy papier i przekonanie, że świat kończy się za szkolnym boiskiem.

To była szkoła pełna absurdów, ale były to absurdy zupełnie innego rodzaju niż dziś. Nauczyciel miał niepodważalny autorytet, woźny potrafił jednym spojrzeniem uciszyć pół korytarza, a największym problemem technologicznym było to, że ktoś ukradł gąbkę do tablicy. Czas płynął wolniej. Nikt nie robił zdjęć telefonem, nie nagrywał filmów, nie publikował wszystkiego w internecie. Wiele rzeczy po prostu znikało wraz z końcem lekcji i pozostawało tylko we wspomnieniach.

Minęły lata i niespodziewanie wróciłem do szkoły. Tym razem już nie jako uczeń, ale nauczyciel. Szybko zrozumiałem, że po drugiej stronie biurka świat wygląda zupełnie inaczej. Odkryłem, że szkoła nie składa się wyłącznie z lekcji. Składa się z rad pedagogicznych, procedur, wycieczek, dzienników elektronicznych, kontroli, ankiet, sprawozdań, projektów, maili wysyłanych o dwudziestej drugiej i dokumentów, których nikt nigdy nie przeczyta, ale wszyscy wymagają, żeby zostały napisane.

Z perspektywy nauczyciela szkoła okazała się osobnym państwem. Ma własny język, własne rytuały, własne prawa i własne poczucie logiki, które często nie ma nic wspólnego z logiką świata zewnętrznego. To miejsce, w którym zebranie potrafi trwać trzy godziny i niczego nie rozstrzygnąć, drukarka psuje się wyłącznie wtedy, kiedy za pięć minut trzeba wydrukować świadectwa, a dziennik elektroniczny przestaje działać dokładnie w chwili wystawiania ocen. To świat, w którym nauczyciel jest jednocześnie pedagogiem, psychologiem, mediatorem, aktorem, organizatorem imprez, fotografem, informatykiem, pielęgniarzem, konferansjerem i hydraulikiem, jeśli akurat nie ma pod ręką konserwatora.

Dzisiaj patrzę na szkołę jeszcze z trzeciej perspektywy – ojca. Widzę placówki, do których chodzą moje dzieci. Są nowoczesne, kolorowe, wyposażone w tablice multimedialne, projektory, szybki internet i aplikacje, o których w latach dziewięćdziesiątych nikomu się nie śniło. W wielu aspektach są lepsze od szkoły mojego dzieciństwa – bardziej bezpieczne, bardziej otwarte, bardziej świadome potrzeb uczniów. A jednak, mimo wszystkich zmian, mam czasem wrażenie, że pod nowoczesną fasadą bije dokładnie to samo serce szkoły. Nadal są nauczyciele próbujący zrobić coś dobrego mimo ograniczeń. Nadal są uczniowie przekonani, że sprawdzian można przełożyć siłą argumentów. Nadal są rodzice wierzący, że ich dziecko jest niewinne nawet wtedy, gdy dowody przeczą logice. Nadal są dyrektorzy gaszący codziennie pożary – czasem metaforyczne, czasem całkiem dosłowne.

Ta książka wyrasta właśnie z tych trzech doświadczeń. Z pamięci chłopca wychowującego się w latach dziewięćdziesiątych, z doświadczeń nauczyciela, który od lat pracuje w oświacie, oraz z refleksji rodzica obserwującego współczesną szkołę. To trzy różne spojrzenia na tę samą instytucję, która nieustannie się zmienia, a jednocześnie pozostaje zadziwiająco taka sama.

Książka ma również wymiar autobiograficzny. Wiele opisanych tu wydarzeń rzeczywiście miało miejsce. Niektóre przeżyłem jako uczeń, inne jako nauczyciel, wychowawca czy dyrektor, jeszcze inne obserwowałem z boku. Szkoła od ponad trzydziestu lat jest obecna w moim życiu i wciąż potrafi mnie zaskakiwać. Nie jest to jednak pamiętnik ani reportaż. To literatura.

Dlatego prawdziwe historie zostały przepuszczone przez filtr wyobraźni. Niektóre wydarzenia rozbudowałem, inne połączyłem ze sobą, zmieniłem miejsca, czas, bohaterów czy przebieg zdarzeń. Czasem dopisałem dialogi, których nigdy nie było, czasem pozwoliłem sobie przesunąć granicę prawdopodobieństwa, a czasem rzeczywistość okazywała się tak absurdalna, że jedynym zabiegiem literackim było jej wierne opisanie. Fakty mieszają się tutaj z fikcją, a groteska z codziennością.

Nie znajdziecie więc w tej książce dokumentu ani kroniki. Znajdziecie natomiast opowieści inspirowane prawdziwym życiem – czasem wzruszające, częściej zabawne, niekiedy gorzkie, ale zawsze zakorzenione w doświadczeniu. Świat przedstawiony w tych 13 opowiadaniach został świadomie przerysowany, bo wierzę, że groteska i absurd potrafią powiedzieć o rzeczywistości więcej niż najbardziej drobiazgowy realizm. To właśnie one pozwalają dostrzec mechanizmy, których na co dzień nie zauważamy, bo zbyt mocno się do nich przyzwyczailiśmy.

Jeżeli podczas lektury zaczniecie zastanawiać się, czy dana historia wydarzyła się naprawdę, odpowiem najuczciwiej, jak potrafię: część wydarzyła się dokładnie tak, jak została opisana, część wydarzyła się trochę inaczej, część mogłaby wydarzyć się jutro, a część istnieje wyłącznie w literackiej wyobraźni. Granica między prawdą a fikcją została tu celowo zatarta, bo szkoła od dawna udowadnia, że życie potrafi pisać scenariusze znacznie bardziej nieprawdopodobne niż literatura.

Jeśli więc podczas czytania będziecie się śmiać – bardzo się z tego ucieszę. Jeśli chwilę później zrobi Wam się trochę smutno – również. Bo właśnie taka jest szkoła. Nigdy nie jest wyłącznie komedią ani wyłącznie dramatem. Najczęściej okazuje się tragiczną farsą graną codziennie na tej samej scenie, z kolejnymi rocznikami uczniów i nauczycieli, którzy – mimo wszystkich przeciwności – każdego pierwszego września wierzą, że tym razem będzie trochę lepiej.

I być może właśnie ta naiwna wiara jest najpiękniejszą lekcją, jaką szkoła daje nam wszystkim.

Jakub Półtorak

Warszawa 2026

Moim uczniom dedykuję

Wesołanowina

W pokoju nauczycielskim panowała atmosfera końca świata przeprowadzanego przez komisję oświaty. Za ścianą trwały próbne matury dla klas pierwszych, drugich i trzecich, więc całe liceum nagle próbowało udawać instytucję poważną. Na korytarzach było cicho jak w prosektorium, tylko gdzieś w oddali wyła kserokopiarka, jak stare zwierzę duszące się własnym tonerem.

Ściany pokoju nauczycielskiego miały kolor zmęczenia. Na parapecie gnił fikus, który pamiętał jeszcze reformę Handkego. Ktoś kiedyś próbował go podlewać, ale najwyraźniej uznano, że roślina powinna sama nauczyć się odpowiedzialności.

Paweł, historyk, siedział rozwalony w fotelu obitym dermą przypominającą skórę słonia po depresji. Wyglądał jak człowiek, który przeczytał zbyt wiele o upadkach cywilizacji i odkrył, że wszystkie kończą się radą pedagogiczną.

Piotrek, chemik, mieszał herbatę z taką intensywnością, jakby chciał rozpuścić w kubku całe swoje życie zawodowe. Miał twarz człowieka, który nie śpi — tylko okresowo traci przytomność.

Za oknem listopad rozsmarowywał się po szybach jak mokra szmata po upadku komunizmu.

— Szkoda, że wczoraj nie odebrałeś — powiedział Piotrek głosem wdowca wspominającego dancing w sanatorium. — Byłem na mieście. Chciałem się napić piwa jak człowiek.

Paweł nie podniósł nawet wzroku znad telefonu.

— Po ostatniej radzie pedagogicznej człowiek nie potrzebuje piwa. Człowiek potrzebuje weterynarza i eutanazji.

Piotrek pokiwał głową z uznaniem.

— No właśnie. I słuchaj… miałem potem takie zdarzenie, że do dziś nie wiem, czy to był przypadek, czy po prostu Wszechświat robi sobie ze mnie jaja.

Za ścianą ktoś kaszlnął podczas matury próbnej. Kaszel zabrzmiał tak dramatycznie, jakby umierała demokracja.

Piotrek zapatrzył się w okno.

— Idę sobie ulicą Wesołą. Pada. Wieje. Miasto wygląda jakby ktoś je wyjął z kieszeni pijanego anioła. Chciałem tylko wejść do pubu i umrzeć przy kraftowym IPA za dwadzieścia osiem złotych.

— Bardzo poetycko.

— I nagle podchodzi do mnie typ w skórzanej kurtce. Wąsy jak z czeskiego porno z lat dziewięćdziesiątych. Mówi: „PANOWIE! PIĘKNE TANCERKI! PROMOCJE! WEJDŹ I ZAPOMNIJ O ŻONIE!”

— A ty przecież nie masz żony.

— Właśnie dlatego oferta wydała mi się podejrzana.

Paweł parsknął śmiechem.

— Patrzę na niego… a to Kacper.

— Jaki Kacper?

— Mój absolwent.

Zapadła ciężka pedagogiczna cisza.

— Ten od podpalenia tablicy interaktywnej?

— Nie. Ten od produkcji nitrogliceryny w szkolnym kiblu.

— Aaa. Ten ambitny.

Piotrek westchnął.

— I on mnie poznaje. Oczy mu się świecą jak psu na widok mortadeli. „Panie profesorze?! Co za zaszczyt! Chłopaki! Profesor przyszedł!”

— O nie.

— O tak.

Chemik wstał i zaczął chodzić po pokoju jak świadek katastrofy lotniczej.

— I nagle z tego klubu zaczynają wychodzić moi byli uczniowie. Jakby otworzyła się jakaś alternatywna wersja dziennika elektronicznego.

— „Grzesiek jest na barze!” — „Michał jak to Michał — na bramce!” — „Damian robi światła!” — „Patryk inwestuje w krypto i ma zakaz wjazdu do Czech!” — „A Tosia tańczy na róże!”

Paweł zaczął się śmiać tak gwałtownie, że aż zakrztusił się zimną kawą.

— Tosia?! Ta od olimpiady recytatorskiej?

— Ta sama. Dawniej Mickiewicz. Dziś techno i lateks.

Za oknem przejechała śmieciarka. Przez chwilę obaj patrzyli na nią z dziwnym szacunkiem. Miała w sobie coś stabilnego.

— I ten Kacper mówi: „Niech pan wejdzie! Wszyscy się ucieszą!”

— I wszedłeś?

Piotrek spojrzał na Pawła z godnością człowieka, który dawno przestał wierzyć w wolną wolę.

— Paweł… po siedemnastu latach pracy w edukacji człowiek wszedłby nawet do paszczy szatana, gdyby była promocja na drinki.

Za ścianą rozległ się szkolny radiowęzeł.

Najpierw przypadkiem poleciał hymn szkoły.

Potem techno remix hymnu szkoły.

Potem ktoś puścił „Barkę”.

Nikt nie zareagował.

— Wchodzę do środka — ciągnął Piotrek. — Czerwone światła. Zapach perfum, potu i bankructwa moralnego. DJ wyglądał jak rosyjski księgowy po egzorcyzmach. Na scenie dziewczyna tańczyła owinięta flagą Unii Europejskiej.

— Symboliczne.

— Najgorsze było dalej.

Piotrek usiadł ciężko.

— Przy wejściu wisiała tablica: „ZNIŻKA DLA NAUCZYCIELI I SŁUŻB MUNDUROWYCH”.

Paweł zamilkł.

— I wtedy coś we mnie pękło.

Na chwilę obaj siedzieli cicho.

W pokoju nauczycielskim buczała lodówka. Brzmiała jak umierający transformator albo bardzo zmęczony niedźwiedź.

— Grzesiek nalał mi whisky za darmo — mówił dalej Piotrek. — I mówi: „Panie profesorze, pana kartkówki nauczyły mnie odporności psychicznej”.

— Piękne.

— Michał na bramce powiedział: „Jakby nie pan, to bym dziś siedział”. I nie sprecyzował, czy chodzi o więzienie, czy o politechnikę.

Paweł śmiał się już bezsilnie.

— A Tosia?

Piotrek zamknął oczy.

— Podeszła do rurki. Spojrzała mi prosto w oczy i mówi: „Panie profesorze… w końcu wykorzystuję chemię organiczną w praktyce”.

Paweł walnął ręką w stół.

— Nie wytrzymam.

— Ja też wtedy trochę umarłem.

Chemik zawiesił głos.

— A potem DJ przez mikrofon mówi: „Specjalne powitanie dla pana profesora Piotra, który nauczył nas, że każdy związek może się rozpaść”.

— O Jezu Chryste.

— I wtedy zaczęli.

— Co?

— Noc Absolwenta.

Paweł zmrużył oczy.

— Co to jest „Noc Absolwenta”?

Piotrek patrzył martwo przed siebie.

— Surrealizm.

Za scenę weszła Tosia przebrana za Matkę Boską w cekinach. Damian puścił remix „Roty” z basem tak mocnym, że drżały szklanki. Michał na bramce rozdawał pieczątki z napisem „MATURA TO STAN UMYSŁU”. A potem wszyscy byli uczniowie ustawili się w szeregu i zaczęli śpiewać hymn szkoły, trzymając race i plastikowe wiadra z lodem.

— I wiesz co było najgorsze? — zapytał Piotrek cicho.

— Co?

— Oni wyglądali tam na szczęśliwych.

Zapadła cisza.

Prawdziwa.

Taka, która pojawia się tylko w szkołach, szpitalach i domach pogrzebowych.

Za oknem uczniowie zaczęli wychodzić z próbnych matur. Bladzi, zmęczeni, z oczami ludzi, którzy właśnie zrozumieli, że dorosłość jest źle napisanym żartem.

Paweł spojrzał na Piotrka.

— I co… poszedłbyś tam jeszcze?

Chemik zamyślił się.

Długo.

Bardzo długo.

W końcu westchnął.

— Wiesz… przynajmniej tam ktoś dostaje napiwki za upokorzenie.

Początek formularza

Dół formularza

Bitwa szkół

Rzeszów, Baranówka, rok 1993. Zima tamtego roku nie tyle przyszła, co rozlała się po osiedlu jak brudna woda z pękniętej rury. Śnieg miał kolor mokrego papieru toaletowego, a między blokami wisiała mgła przypominająca oddech starego astmatyka. Klatki schodowe pachniały kapustą, papierosami Klubowymi i mokrymi kurtkami dzieci wracających ze szkoły. Psy szczekały z jakąś dziwną, niemal polityczną zawziętością, jakby przeczuwały, że nadchodzi coś niedobrego.

Na końcu osiedla stały naprzeciw siebie dwie szkoły: Szkoła Podstawowa nr 5 i Szkoła Podstawowa nr 8. Dwa betonowe organizmy żywiące się dziećmi, kredą i nerwicą nauczycieli. Pomiędzy nimi rozciągał się park Sybiraków — miejsce oficjalnie neutralne, a w rzeczywistości przypominające teren po nieudanej konferencji pokojowej. Zardzewiałe trzepaki sterczały tam jak szubienice, ławki wyglądały na przesłuchiwane nocami, a drzewa miały w sobie coś z milczących świadków zbiorowej egzekucji.

Konflikt między szkołami trwał od dawna i dojrzewał powoli, jak pleśń na ścianie w szkolnej szatni. Najpierw były zwykłe wyzwiska. Uczniowie „Piątki” twierdzili, że „Ósemka” śmierdzi śledziem i ma upośledzonego woźnego, na co „Ósemka” odpowiadała, że w „Piątce” uczą sami alkoholicy i kobiety z wąsami. Potem zaczęły się prowokacje. Ktoś ukradł szkolny szkielet z pracowni biologicznej i posadził go na przystanku autobusowym. Ktoś nasikał do wiadra z kredą. Ktoś napisał na murze wielki napis: „8 = faszyzm”. Nikt nie wiedział kto, ale wszyscy mieli swoje podejrzenia.

Na osiedlu ludzie zaczęli mówić ciszej. Emeryci obserwowali dzieci z balkonów jak zwiadowcy starego imperium. Matki coraz częściej odprowadzały dzieci pod same drzwi szkoły. Nawet gołębie wydawały się podzielone politycznie.

A potem odbył się mecz.

Boisko przy „Ósemce” wyglądało jak teren po bombardowaniu. Bramki były krzywe, śnieg szary od błota, a nauczyciel WF-u stał przy linii bocznej czerwony i spocony jak przegrzana parówka. Mecz od początku przypominał raczej uliczną egzekucję niż wydarzenie sportowe. Dzieci przewracały się w błoto, kopały po kostkach i rzucały obelgami, których nauczyły się prawdopodobnie od rodziców. Jeden chłopak z „Piątki” przez kilka minut udawał martwego, żeby wymusić rzut wolny.

I wtedy stało się coś, czego nikt nie był gotów zaakceptować.

„Ósemka” wygrała trzy do dwóch.

Po ostatnim gwizdku zapadła cisza ciężka jak mokry dywan. Jeden chłopiec uklęknął i zaczął jeść śnieg. Inny zwymiotował oranżadą Hellena. Jeszcze inny patrzył w niebo wzrokiem człowieka, który właśnie zrozumiał bezsens historii.

Tego samego wieczoru Baranówka zaczęła gorączkować. W mieszkaniach trwały narady, kobiety szeptały w kuchniach, ktoś wykupywał konserwy ze sklepu Społem, a jakiś ojciec ostrzył sanki pilnikiem do metalu.

W „Piątce” zwołano nadzwyczajną radę pedagogiczną. Pokój nauczycielski wyglądał jak sztab dowodzenia podczas końca świata. Na stole leżały mapy osiedla, dzienniki, termos z lurą i wielki słój kiszonej kapusty pachnący fermentującą rozpaczą. Dyrektorka Zofia Mazur siedziała nieruchomo z papierosem w dłoni. Miała twarz kobiety, która mogłaby bez większych emocji skazać klasę 2B na zesłanie do kopalni.

— Proszę państwa — powiedziała w końcu. — Wojna.

Polonistka zaczęła płakać. Historyk Paweł Gawron zerwał się z miejsca i rozłożył mapę parku z taką energią, że przygniótł nią sekretarkę. Przez kilka minut nikt tego nie zauważył.

— Tutaj ustawimy szóstoklasistów — mówił drżącym głosem. — Pierwszacy pójdą lasem. Drugoklasiści będą dywersją.

— A dzieci astmatyczne? — spytała biologiczka.

Zapadła cisza.

— Niech oddychają honorem — odpowiedział historyk.

Wszyscy pokiwali głowami.

W tym samym czasie nauczyciel techniki budował katapultę z taboretu i gumy od majtek, matematyk liczył przewidywane straty w ludziach i kredzie, a woźna Genowefa roznosiła herbatę z miną sanitariuszki spod Stalingradu.

W „Ósemce” sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Dyrektor Kowal stał samotnie przed lustrem i salutował własnemu odbiciu.

— Naród patrzy — szeptał. — Naród oczekuje.

Wyglądał jak Napoleon, któremu przez tragiczną pomyłkę powierzono szkołę podstawową.

Nazajutrz rozpoczęły się przygotowania. Sala gimnastyczna dudniła od wrzasków nauczyciela WF-u, który kazał dzieciom czołgać się po parkiecie i udawać martwe łabędzie. W powietrzu unosił się zapach potu, mokrych skarpet i mydła Bambino. Jeden chłopiec rozpłakał się podczas ćwiczeń.

— Dlaczego płaczesz?! — wrzasnął WF-ista.

— Bo nie chcę ginąć za świetlicę…

— Za późno.

Geografka rozrysowywała logistykę konfliktu, wyznaczając punkty medyczne, magazyny śnieżek i strefy wydawania pierogów regeneracyjnych. Szczególnie dużo uwagi poświęcono nauczycielce muzyki, Danucie, którą postanowiono ukryć przed rozpoczęciem walk. Danuta była kobietą o włosach przypominających eksplozję szczotek klozetowych i oczach człowieka, który zbyt długo patrzył w pustkę. Nosiła przy sobie akordeon i panicznie bała się ciszy.

Bitwa rozpoczęła się kilka dni później.

Mgła przeciskała się między blokami jak stara sekretarka niosąca zwolnienia z pracy. Obie armie ruszyły ku parkowi Sybiraków. Na przedzie szli pierwszacy — mali, zasmarkani, nie do końca rozumiejący, dlaczego właściwie uczestniczą w wojnie. Jeden trzymał plastikowego dinozaura, inny od dwóch godzin salutował do śmietnika. Za nimi podążali starsi uczniowie uzbrojeni w śnieżki, kasztany, cegły owinięte szalikami i encyklopedie PWN.

Na wzgórzu stanęli dyrektorzy.

— Dzieci! — ryknął Kowal.

— Tak jest! — odpowiedział tłum.

— Czym jest szkoła?!

— Budynkiem!

— Źle!

— Ideą!

— Źle!

Dopiero gdy ktoś z tyłu wrzasnął „Stołówką!”, Kowal skinął głową z ponurą satysfakcją.

Potem rozległ się pierwszy gwizdek i piekło ruszyło.

Śnieżki eksplodowały w powietrzu, kasztany świstały jak amunicja artyleryjska, dzieci ślizgały się w błocie i wrzeszczały w ekstazie. Woźny Zenek szarżował z mopem, nie do końca świadomy, po której stronie walczy. Katecheta biegał z kadzidłem i błogosławił śnieżki. Ktoś ugryzł matematyka. Ktoś prowadził jeńca z klasy 4B.

I wtedy pojawiła się Danuta.

Wyszła z mgły powoli, ściskając akordeon jak narzędzie ostatecznego sądu.

— Dzieci! — zawyła. — Śpiewajmy „Rotę”!

Pierwszy dźwięk akordeonu zabrzmiał tak, jakby ktoś rozciągał kota na drucie kolczastym. Kilku pierwszaków natychmiast rzuciło się do ucieczki. Jedno dziecko dostało krwotoku z nosa. Inne schowało się pod ławką i zaczęło się modlić.

Ale Danuta grała dalej.

Coraz głośniej.

Coraz bardziej fałszywie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij