Zew Cthulhu - ebook
Są prawdy, których ludzki umysł nie powinien poznać. Gdy młody badacz porządkuje spuściznę po zmarłym krewnym, natrafia na dziwną płaskorzeźbę i strzępy notatek, które prowadzą go w głąb mrocznej zagadki. Im dalej podąża śladem rozsianych po świecie wskazówek – niepokojących snów, szeptanych kultów, relacji marynarzy – tym wyraźniej dostrzega zarys czegoś ogromnego, prastarego i cierpliwie czekającego. Ludzkość żyje na spokojnej wyspie niewiedzy pośrodku czarnego oceanu nieskończoności. A ocean nie zawsze pozostaje spokojny. Klasyczne opowiadanie, które dało początek całej mitologii grozy kosmicznej – historia o tym, jak niebezpieczne bywa składanie rozproszonych faktów w jedną całość.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914177 |
| Rozmiar pliku: | 447 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Algernon Blackwood
(Odnalezione pośród dokumentów świętej pamięci
Francisa Waylanda Thurstona z Bostonu)
I. GROZA W GLINIE
Sądzę, że największym miłosierdziem tego świata jest nieumiejętność ludzkiego umysłu do scalania wszystkich jego treści. Zamieszkujemy spokojną wysepkę niewiedzy pośrodku czarnych mórz nieskończoności i nie było nam dane wyruszać w dalekie rejsy. Poszczególne nauki, z których każda mozolnie kroczy własną ścieżką, jak dotąd niewiele nam zaszkodziły; pewnego dnia jednak połączenie rozproszonych okruchów wiedzy odsłoni przed nami tak przerażające obrazy rzeczywistości i naszego w niej upiornego położenia, że albo postradamy zmysły pod wpływem tego objawienia, albo schronimy się przed jego zabójczym blaskiem w spokoju i bezpieczeństwie nowych mrocznych wieków.
Teozofowie przeczuwali zatrważający ogrom cyklu kosmicznego, w którym nasz świat i ludzki ród stanowią jedynie ulotne epizody. Napomykali o dziwnych przetrwałościach słowami, które ścinałyby krew w żyłach, gdyby nie maskował ich łagodny optymizm. Lecz nie od nich pochodzi owo jedno spojrzenie w zakazane eony – spojrzenie, które mrozi mnie, kiedy o nim myślę, i przyprawia o szaleństwo, kiedy mi się o nim śni. Wybłysło ono, jak wszystkie straszliwe spojrzenia w prawdę, z przypadkowego zestawienia rzeczy pozornie ze sobą niezwiązanych – w tym wypadku dawnej wzmianki prasowej i notatek zmarłego profesora. Żywię nadzieję, że nikt inny nie dokona podobnego zestawienia; jeśli zaś będę żył, z całą pewnością sam świadomie nie dołożę żadnego ogniwa do tego ohydnego łańcucha. Sądzę, że również profesor zamierzał zachować milczenie co do tej części, którą znał, i że zniszczyłby swoje notatki, gdyby nie porwała go nagła śmierć.
Moja wiedza o tej sprawie zaczęła się zimą na przełomie 1926 i 1927 roku, wraz ze śmiercią mojego stryjecznego dziadka, George’a Gammella Angella, emerytowanego profesora języków semickich Uniwersytetu Browna w Providence w stanie Rhode Island. Profesor Angell był powszechnie uznawany za autorytet w dziedzinie starożytnych inskrypcji, a o pomoc niejednokrotnie zwracali się do niego dyrektorzy renomowanych muzeów; jego odejście w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat zapewne nadal pozostaje w pamięci wielu osób. W naszych okolicach zainteresowanie potęgowały niejasne okoliczności jego śmierci. Profesor zasłabł, wracając ze statku z Newport; runął nagle – jak zeznawali świadkowie – po tym, gdy potrącił go pewien Murzyn o marynarskim wyglądzie, który wyłonił się z jednego z osobliwych, mrocznych zaułków na stromym wzgórzu, będącym skrótem z nabrzeża do domu zmarłego przy Williams Street. Lekarze nie zdołali wykryć żadnej widocznej dolegliwości, lecz po pełnej zakłopotania naradzie orzekli, że przyczyną zgonu była niedostrzegalna zmiana w sercu, wywołana energicznym pokonywaniem tak stromego wzniesienia przez człowieka w tak podeszłym wieku. Wówczas nie miałem powodów, by podważać ten werdykt, lecz ostatnio coraz częściej skłaniam się ku temu, by się nad nim zastanawiać – i to nie tylko zastanawiać.
Jako spadkobiercy i wykonawcy testamentu mojego stryjecznego dziadka – zmarł bowiem jako bezdzietny wdowiec – przypadło mi w udziale dokładne przejrzenie jego papierów; w tym celu przeniosłem cały zbiór teczek i pudeł do mojego mieszkania w Bostonie. Znaczna część uporządkowanych przeze mnie materiałów ukaże się z czasem nakładem Amerykańskiego Towarzystwa Archeologicznego, lecz natknąłem się na pewne pudło, które wydało mi się wyjątkowo zagadkowe i którego nie miałem najmniejszej ochoty komukolwiek pokazywać. Było zamknięte na klucz, a samego klucza nie potrafiłem odnaleźć, dopóki nie przyszło mi do głowy, by przyjrzeć się osobistemu pękowi kluczy, który profesor stale nosił przy sobie. Wtedy istotnie udało mi się je otworzyć, lecz dokonawszy tego, stanąłem, jak się zdawało, przed jeszcze większą i trudniejszą do pokonania przeszkodą. Cóż bowiem miały oznaczać dziwna gliniana płaskorzeźba oraz urywane notatki, chaotyczne zapiski i wycinki, które tam znalazłem? Czyżby mój stryjeczny dziadek w późnych latach życia dał się zwieść najbardziej błahym mistyfikacjom? Postanowiłem odszukać owego ekscentrycznego rzeźbiarza, który najwyraźniej zmącił spokój duszy starego człowieka.
Płaskorzeźba przybierała kształt nieregularnego prostokąta o grubości niespełna cala i powierzchni mniej więcej pięciu na sześć cali; nie ulegało wątpliwości, że powstała współcześnie. Jej motywy wszelako ani trochę nie tchnęły duchem czy nastrojem dzisiejszych czasów, jako że choć dziwactwa kubizmu i futuryzmu bywają mnogie i osobliwe, rzadko kiedy zdołają oddać ową zagadkową prawidłowość, jaka kryje się w piśmie prehistorycznym. Większość tych wzorów istotnie zdawała się być pismem jakiegoś rodzaju; pamięć moja jednak – pomimo zażyłej znajomości papierów i zbiorów mojego wuja – w żaden sposób nie pozwoliła mi rozpoznać tej szczególnej odmiany ani choćby zidentyfikować jakichkolwiek jej pokrewieństw.
Powyżej owych pozornych hieroglifów widniała postać o wyraźnie obrazowym zamyśle, choć jej impresjonistyczne wykonanie nie pozwalało wyrobić sobie dokładnego wyobrażenia o jej naturze. Sprawiała wrażenie jakiegoś potwora – a może symbolu potwora – o kształcie, jaki zrodzić mógłby jedynie chorobliwy umysł. Jeśli powiem, że moja dość bujna wyobraźnia podsunęła mi naraz obrazy ośmiornicy, smoka i ludzkiej karykatury, nie sprzeniewierzę się duchowi tej rzeczy. Miazgowata, opleciona mackami głowa wieńczyła groteskowe, łuskowate cielsko ze szczątkowymi skrzydłami; lecz to ogólny zarys całości napawał najgłębszą trwogą. Za postacią majaczyło niewyraźne tło o architekturze iście cyklopowej.
Pismo towarzyszące temu osobliwemu przedmiotowi, jeśli pominąć plik wycinków prasowych, wyszło spod ręki profesora Angella i nie aspirowało do żadnego literackiego polotu. To, co wydawało się głównym dokumentem, opatrzone zostało nagłówkiem „KULT CTHULHU”, wypisanym literami starannie wykaligrafowanymi, aby uchronić od błędnego odczytania tak niesłychane słowo. Manuskrypt dzielił się na dwie części, z których pierwsza nosiła tytuł „1925 – Sen i twórczość senna H. A. Wilcoxa, Thomas Street 7, Providence, Rhode Island”, druga zaś: „Relacja inspektora Johna R. Legrasse’a, Bienville Street 121, Nowy Orlean, Luizjana, wygłoszona na zjeździe A. T. A. w 1908 r. – Notatki tamże oraz Sprawozdanie prof. Webba”. Pozostałe karty rękopisu zawierały jedynie krótkie zapiski: jedne odnotowywały dziwaczne sny rozmaitych osób, inne stanowiły wypisy z dzieł i czasopism teozoficznych (zwłaszcza z Atlantydy i utraconej Lemurii W. Scotta-Elliota), pozostałe zaś – uwagi o przetrwałych przez stulecia tajnych stowarzyszeniach i ukrytych kultach, z odsyłaczami do takich źródeł mitologicznych i antropologicznych jak Złota gałąź Frazera oraz Wiedźmi kult w Europie Zachodniej panny Murray. Wycinki prasowe dotyczyły w większości osobliwych zaburzeń umysłowych i wybuchów zbiorowego szaleństwa bądź obłędu wiosną 1925 roku.