Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Zew Wilka - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
10 czerwca 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
45,90

Zew Wilka - ebook

Robin Hobb spotyka Joe'go Abercombie... Oto fantasy o bajecznym nastroju Fantasy Book ReviewZew Wilka jest wszystkim, czego mógłby sobie życzyć miłośnik fantasy BoonestNajlepsze dzieło Anthony'ego Ryana od czasu jego niewiarygodnego debiutu... fantastyczne gawędziarstwo Novel Notions Vaelin Al Sorna jest żywą legendą. To pod jego dowództwem obalane są imperia, to jego ofiara uratowała Zjednoczone Królestwo przed zagładą. Teraz Vaelin prowadzi spokojne życie, dni wojowania ma za sobą. Lecz zza morza docierają wieści o armii zwanej Stalową Hordą dowodzoną przez człowieka, który uważa się za boga. Kiedy Vaelin dowiaduje się, że Sherin, kobieta, którą utracił przed laty, wpadła w ręce Hordy, postanawia stawić czoło potężnemu nowemu zagrożeniu. W tym celu odbywa podróż do Kupieckich Królestw, dziwnego kraju, którym rządzą honor i intrygi. Podczas gdy bębny wojny niosą się echem po krainach rozdzieranych przez konflikt, Vaelin przekonuje się, że są bitwy, których nie może wygrać.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7480-647-3
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział pierw­szy

Strzała wbiła się w pień sosny cal od jego głowy. Vaelin Al Sorna popa­trzył na lotkę wibru­jącą mu przed oczami. Czuł pie­cze­nie na nosie i strużkę krwi pły­nącą z dra­śnię­cia, które zosta­wił ostry grot. Wcze­śniej nie usły­szał łucz­nika ani skrzy­pie­nia nacią­ga­nej cię­ciwy.

Patrzą­cemu z boku jego reak­cja mogłaby się wydać szybka i natych­mia­stowa: prze­to­cze­nie się w prawo, powsta­nie na kolana, wycią­gnię­cie łuku i wypusz­cze­nie strzały, a wszystko to jed­nym płyn­nym ruchem. Ale on wie­dział, że zare­ago­wał za wolno, nawet kiedy zoba­czył, że łucz­nik bie­gnący z rogiem unie­sio­nym do ust pada mar­twy ze strzałą wbitą w plecy. Zbyt wolno.

Z boku roz­legł się sze­lest i spo­śród paproci wyło­niła się Ellese z łukiem w ręce.

– Obóz, wujku – powie­działa lekko zdy­szana. – Musimy ruszać szybko…

Vaelin zamknął jej usta dło­nią z dosta­teczną siłą, żeby nie pozwo­lić jej wstać z przy­siadu. Trzy­mał ją w ten spo­sób, gdy śmi­gnęła następna strzała wypusz­czona z koron drzew. Zagłę­biła się w zie­mię kilka stóp od nich. Pocisk zwia­dow­czy, jak nazwałby ją mistrz Hutril. Zawsze uży­teczna przy pło­sze­niu zdo­by­czy. Ale nie dzi­siaj.

Vaelin spoj­rzał w ciemne, pło­nące oczy Ellese, uniósł wzrok w stronę wierz­choł­ków drzew i zabrał rękę. „Już nie zadmie w róg”, prze­ka­zał w języku zna­ków, któ­rego tak pra­co­wi­cie ją uczył w poprzed­nich mie­sią­cach. „To by zdra­dziło jego pozy­cję. Pobie­gnę na prawo”. Odwró­cił się, szy­ku­jąc się do sprintu, ale jesz­cze się zatrzy­mał i dodał: „Nie chyb”.

Zerwał się i z dud­nie­niem popę­dził po leśnym pod­szy­ciu, lawi­ru­jąc mię­dzy drze­wami. Tym razem usły­szał brzę­cze­nie cię­ciwy i usko­czył za sze­roki pień sta­rego cisu. Kątem oka dostrzegł, że pocisk odłu­puje korę. Sekundę póź­niej roz­legł się następny świst, głęb­szy, o nie­mal melo­dyj­nej pre­cy­zji, która świad­czyła o sile broni i umie­jęt­no­ściach łucz­nika. Chwila ciszy, a potem łoskot ciała spa­da­ją­cego na zie­mię z dużej wyso­ko­ści.

Vaelin na­dal kucał za cisem i z zamknię­tymi oczami chło­nął pieśń lasu. Wkrótce zaczął powra­cać świer­got pta­ków, uci­szony wcze­śniej przez intru­zów, a wiatr już nie niósł woni spo­co­nych, prze­stra­szo­nych ludzi.

Vaelin wyszedł ze swo­jej kry­jówki i zoba­czył, że Ellese prze­szu­kuje ciało napast­nika, któ­rego jej strzała strą­ciła z wierz­choł­ków drzew. Jej ruchy były szyb­kie i wprawne, ręce nie drżały, choć wła­śnie ode­brała czło­wie­kowi życie. Wie­dział, że zabi­jała wcze­śniej w Cum­brael, w cza­sie krót­kiego i szybko zdła­wio­nego powsta­nia wiecz­nie spra­wia­ją­cych kło­poty Synów Praw­dzi­wego Ostrza. Wcale jej to nie drę­czy, napi­sała Reva w liście, który wysłała na pół­noc razem ze swoją adop­to­waną córką. Co mnie z kolei bar­dzo drę­czy.

Vaelin nie dostrzegł w tej dziew­czy­nie podo­bień­stwa do Revy, i nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na to, że w ich żyłach nie pły­nęła ta sama krew. Włosy miała czarne, oczy ciemne i była o cal niż­sza od jego sio­stry, choć tro­chę moc­niej zbu­do­wana. Jed­nakże naj­wy­raź­niej gdzieś po dro­dze prze­jęła od przy­bra­nej matki rodzinną cechę, czyli pozorną nie­wraż­li­wość na skutki odbie­ra­nia innym życia. I dzie­liła ją z męż­czy­zną, któ­rego nazy­wała wujem.

– Nie­bie­ski kamień – powie­działa, odrzu­ca­jąc na bok sakiewkę zabi­tego i uno­sząc w górę garść lśnią­cych lazu­ro­wych krysz­ta­łów. – Owi­nięte w bawełnę, żeby nie brzę­czały. – Prze­krzy­wiła głowę, przy­glą­da­jąc się ciału. – Przy­naj­mniej znał się na robo­cie. – Spoj­rzała na Vaelina i dodała z sze­ro­kim uśmie­chem: – Ale nie dość dobrze.

Vaelin ukuc­nął, żeby pod­nieść broń zabi­tego, prze­zna­czoną do polo­wań, typową dla wszyst­kich lenn kró­le­stwa, z wyjąt­kiem Cum­brael. Gdyby ten czło­wiek miał długi łuk i umie­jęt­ność jego uży­wa­nia, on praw­do­po­dob­nie już by nie żył.

– Sprawdź jego głowę – powie­dział do Ellese, a ona posłusz­nie zerwała zabi­temu weł­nianą czapkę, odsła­nia­jąc wygo­loną czaszkę. Vaelin odwró­cił ją butem, a kiedy zoba­czył pry­mi­tywny tatuaż two­rzący ciem­no­kar­ma­zy­nową plamę pośród siwej szcze­ciny, stwier­dził: – Krwawe Wró­ble.

Wyrzu­tek, któ­rego zabił wcze­śniej, leżał dwa­dzie­ścia kro­ków dalej, twa­rzą do dołu, ze strzałą ster­czącą z ple­ców nie­mal pio­nowo. Stę­ka­jąc z wysiłku, Vaelin wyrwał z kościa­nej pułapki krę­go­słupa grot z zadzio­rami i odwró­cił trupa.

– Jumin Vek – orzekł po krót­kich oglę­dzi­nach pla­mi­stej, dzio­ba­tej twa­rzy.

– Znasz go? – spy­tała Ellese.

– Powi­nie­nem. Aresz­to­wa­łem go cztery lata temu z nakazu kró­lo­wej. Zosta­wił za sobą szlak mor­derstw, gwał­tów i kra­dzieży na wszyst­kich dro­gach Ren­fael, zanim przy­był do Dorze­czy. Wsa­dzi­łem go na sta­tek, żeby zało­żyli mu stry­czek w Lodo­wym Por­cie.

– Wygląda na to, że udało mu się uciec.

Albo kogoś prze­ku­pił, pomy­ślał Vaelin. Była to aż nazbyt powszechna prak­tyka w tych cza­sach. Gdy krad­nąc i szmu­glu­jąc łup do Pół­noc­nych Dorze­czy, zara­biało się dużo pie­nię­dzy, każdy prze­stępca miał środki, żeby wyku­pić się z kło­po­tów. Czę­sto­tli­wość, z jaką Vaelin jako Lord Wieży i namasz­czony przez wład­czy­nię zarządca tej kra­iny musiał łapać szu­mo­winy, spra­wiała, że był mniej skru­pu­latny w prze­strze­ga­niu kró­lew­skiego edyktu zaka­zu­ją­cego natych­mia­sto­wych egze­ku­cji.

– Kolejny Krwawy Wró­bel? – zapy­tała Ellese.

– Nie. – Vaelin zdjął Jumi­nowi Vekowi czapkę, odsła­nia­jąc gęste, tłu­ste włosy. Chwy­cił trupa za pod­bró­dek i obró­cił jego głowę tak, że można było zoba­czyć bar­dziej dopra­co­wany atra­men­towy obra­zek na jego bla­dej szyi. – Prze­klęte Szczury. To głów­nie zhań­bieni byli kró­lew­scy gwar­dzi­ści.

– Więc mamy dzi­siaj prze­ciwko sobie dwie bandy?

– Wąt­pię. Lord Orven starł na proch więk­szość Krwa­wych Wró­bli zeszłej zimy. Zdaje się, że Szczury zna­la­zły u sie­bie miej­sce dla paru oca­la­łych.

Uwol­nił nie­szczę­snego Jumina Veka od sakiewki i stwier­dził, że są w niej dwa samo­rodki złota i kilka nie­bie­skich kamieni.

– Twój nos krwawi, wujku – stwier­dziła Ellese, kiedy wstał.

Vaelin wyjął szmatkę zza pasa, nasą­czył ją ole­jem drzew­nym z małej bute­leczki i przy­tknął do nosa. Stłu­mił syk bólu, kiedy ogni­sta mik­stura wnik­nęła do rany. Nie mógł się pozbyć wra­że­nia, że w mło­do­ści tak bar­dzo go nie pie­kło.

– Idź po pozo­sta­łych – rzu­cił, pole­wa­jąc twarz wodą z manierki, żeby zmyć resztki krwi. – Spo­tkajmy się na skraju wąwozu. I, Ellese… – Kiedy się odwró­ciła, przy­po­mniał: – Kamie­nie.

Wycią­gnął rękę, patrząc jej w oczy, aż dziew­czyna prych­nęła ze zło­ścią i oddała mu krysz­tały.

– Każesz mi polo­wać na męty za darmo – mruk­nęła.

– Twoja matka przy­słała cię do mnie na naukę. Jeśli chcesz płat­nej pracy, jest dużo roboty na Gwar­dii Pół­noc­nej albo w kopal­niach. Do czasu sprze­daży krysz­tały i złoto zgod­nie z pra­wem należą do kró­lo­wej. Wiesz o tym. – Vaelin scho­wał zdo­bycz do kie­szeni i odpra­wił ją ski­nie­niem głowy. – Ruszaj.

***

Oka­zało się, że obóz wyję­tych spod prawa jest w rze­czy­wi­sto­ści miej­scem ogro­dzo­nym pół­okrą­głą pali­sadą cią­gnącą się od wschod­niej ściany wąwozu zna­nego jako Parów Ultina. Miej­sce nazwano tak na cześć naj­słyn­niej­szego gór­nika Dorze­czy, któ­rego Vaelin wspo­mi­nał miło z cza­sów wojny wyzwo­leń­czej.

Zawsze wesoły Ultin wró­cił do Dorze­czy z roz­ka­zem wład­czyni, żeby wydo­być z kopalni całe dostępne bogac­two i napeł­nić kró­lew­skie kufry w celu pokry­cia rosną­cych kosz­tów wojny. Nagro­dzony za swoje wysiłki sowitą pen­sją Miecz Kró­le­stwa uprzej­mie odrzu­cił ofertę Vaelina, żeby zostać Lor­dem Nad­zorcą kopalń. Zamiast tego wyco­fał się do nie­wiel­kiego gospo­dar­stwa rol­nego w pobliżu Pół­noc­nej Wieży i tam w ciągu trzech lat zapił się na śmierć. „To przez wojnę”, milor­dzie, powie­działa Vaeli­nowi wdowa w dniu, kiedy spa­lono ciało jej męża. „Wszyst­kie te zamor­do­wane dusze, zamor­do­wane dzieci. Ludzie, któ­rych stra­cił w All­tor… wszystko razem. Nie mógł pozbyć się tego z głowy”.

Vaelin poświę­cił krótką myśl pamięci Ultina, po czym sku­pił uwagę na pali­sa­dzie. Naj­wy­raź­niej zbu­do­wano ją nie­dawno, drewno na ścia­nie obron­nej było na­dal zie­lone i nie­se­zo­no­wane, choć wyglą­dało dość solid­nie. Miesz­kańcy skon­stru­owali punkt obser­wa­cyjny na ścia­nie wąwozu, zapew­nia­jący bez wąt­pie­nia dosko­nały widok na oko­licę. Vaelin wie­dział, że tereny na wscho­dzie to pół­mi­lo­wej dłu­go­ści pasmo nagich skał, któ­rego żadne ata­ku­jące woj­sko nie poko­na­łoby nie­zau­wa­żone.

Na dnie wąwozu rów­nież bra­ko­wało osłony, ale było ono wąskie, co pozwa­lało na szybki atak. Jed­nakże Vaeli­nowi to wszystko się nie podo­bało i uznał nową tak­tykę wzno­sze­nia for­ty­fi­ka­cji za zwia­stu­jącą kło­poty. Zwy­kle wyrzut­ko­wie i prze­myt­nicy zakła­dali tym­cza­sowe obozy głę­boko w lesie albo na trudno dostęp­nych gra­niach, z któ­rych mogli napa­dać na szlaki kara­wan. Teraz wyglą­dało na to, że ta kon­kretna banda zde­cy­do­wała się na stałą sie­dzibę. Stają się śmielsi? Czy tylko bar­dziej zde­spe­ro­wani?

Ledwo wyła­pał odgłos zbli­ża­nia się Cum­bra­el­czyka, ciche szur­nię­cie bukłaka o trawę, i męż­czy­zna już poja­wił się u jego boku, leżąc pła­sko na ziemi tak jak on.

– Milor­dzie.

– Wysoka Włócz­nio. – Vaelin obej­rzał się i zoba­czył, jak grupa Ludzi Niedź­wie­dzi powoli wyła­nia się z lasu, z włócz­niami i łukami trzy­ma­nymi nisko, żeby nie zakłó­cać linii hory­zontu.

– Widzisz, panie, że jest tak, jak mówi­li­śmy – ode­zwał się Wysoka Włócz­nia, wska­zu­jąc głową na twier­dzę wyrzut­ków.

W ciągu ostat­nich lat Vaelina czę­sto nacho­dziła reflek­sja, że twarz Cum­bra­el­czyka zacho­wała jedy­nie resztki cech czło­wieka, który kie­dyś tak bar­dzo sta­rał się go zabić. Jego rysy pozo­stały twarde, a obli­cze wyglą­dało jak znisz­czona maska sta­rego myśli­wego, ale silny błysk fana­ty­zmu już dawno znik­nął z jego spoj­rze­nia. Nie licząc dłu­giego łuku, Wysoka Włócz­nia nosił strój Ludzi Niedź­wie­dzi i płyn­nie mówił ich języ­kiem, któ­rego Vaelin do tej pory nie zdo­łał opa­no­wać. Choć na­dal nie potra­fił myśleć o nim ina­czej niż jako o Cum­bra­el­czyku, pod wzglę­dami, które się liczyły, Wysoka Włócz­nia był teraz myśli­wym z klanu Niedź­wie­dzi, co potwier­dzał nadany mu przez nich przy­do­mek. Vaelin wie­dział, że raczej ni­gdy nie pozna imie­nia, które ten męż­czy­zna dostał po naro­dzi­nach, ale odpo­wia­dała mu ta nie­wie­dza.

– Mówi­łeś, że zna­leź­li­ście to mie­siąc temu?

– Dokład­nie dwa­dzie­ścia pięć dni temu. Dwa tygo­dnie wcze­śniej jesz­cze tego nie było. Nasi ludzie przy­cho­dzą tutaj dość regu­lar­nie, dużo bobrów wpada w pułapki w tej rzece.

– Więc was widzieli?

Wysoka Włócz­nia odpo­wie­dział miną wyra­ża­jącą jed­no­cze­śnie roz­ba­wie­nie i lekką urazę.

– Pro­szę wyba­czyć. – Vaelin skie­ro­wał wzrok z powro­tem na pali­sadę. – Jak czę­sto doko­nują napa­ści?

– To wła­śnie jest dziwne, milor­dzie. Wcale tego nie robią, o ile potra­fimy stwier­dzić. Zosta­wiają bar­dzo nie­wiele śla­dów w oko­licy, z wyjąt­kiem takich, któ­rych można ocze­ki­wać po oka­zjo­nal­nych gru­pach myśli­wych. Przez więk­szość czasu sie­dzą tutaj. Prawdę mówiąc, kor­ciło nas, żeby zosta­wić ich w spo­koju, ale starsi uznali, że powin­ni­śmy dotrzy­mać naszej umowy z Lor­dem Wieży.

Vaelin skło­nił głowę w podzię­ko­wa­niu. Odkąd pozwo­lono im osie­dlać się w Dorze­czach po wymu­szo­nej migra­cji z lodo­wa­tych pust­kowi na pół­nocy, Niedź­wie­dzie nie­zmien­nie udo­wad­niali, że są lojal­nymi, jeśli nawet żyją­cymi w izo­la­cji, pod­da­nymi kró­le­stwa.

– Nie zapo­mnij im powie­dzieć, że doce­niamy ich roz­wagę.

– Dobrze, milor­dzie. A dwie trze­cie łupów rów­nież mocno pod­kre­śli­łoby powa­ża­nie, jakim pan darzy Niedź­wie­dzie.

Vaelin stłu­mił wes­tchnie­nie. Po unik­nię­ciu egze­ku­cji i zna­le­zie­niu miej­sca wśród Niedź­wie­dzi Wysoka Włócz­nia wyrzekł się fana­ty­zmu reli­gij­nego, który przy­wiódł go w te strony. Cum­bra­el­czyk nie zabił Lorda Wieży i teraz rezerwy zapału w pełni wyko­rzy­sty­wał w roli głów­nego nego­cja­tora adop­to­wa­nego ple­mie­nia, zawsze gotowy sta­nąć w jego obro­nie przed chci­wo­ścią uro­dzo­nych w kró­le­stwie.

– Połowa – rzu­cił Vaelin. – łącz­nie z zyskami ze sprze­daży złota i nie­bie­skich kamieni, które odzy­skamy.

Myśliwy już zamie­rzał się spie­rać w tej kwe­stii, ale umilkł, kiedy za nim roz­le­gło się gło­śne cmok­nię­cie. Vaelin odwró­cił się i zoba­czył drobną młodą kobietę przy­kuc­niętą obok małego czar­nego niedź­wiadka. Kobieta nosiła imię Żela­zne Oczy i łatwo było zro­zu­mieć, skąd się ono wzięło, widząc jej mar­sowe spoj­rze­nie skie­ro­wane na Wysoką Włócz­nię. Jako jedyna sza­manka, która została Niedź­wie­dziem, była osobą naj­bar­dziej zbli­żoną do przy­wód­czyni klanu. A także żoną Wyso­kiej Włóczni i matką trójki ich dzieci.

Kobieta cmok­nęła ponow­nie i ode­zwała się do męża w chro­pa­wym, ale popraw­nym języku kró­le­stwa:

– Nie bądź nie­grzeczny. – Prze­nio­sła wzrok na Vaelina. – Połowa jest do przy­ję­cia, Lor­dzie Wieży. Ale musi być też cena krwi za każ­dego myśli­wego wezwa­nego do Zie­lo­nego Ognia.

– Oczy­wi­ście. – Vaelin skło­nił głowę i wró­cił spoj­rze­niem do pali­sady.

Nali­czył dwu­na­stu war­tow­ni­ków na murze, każdy z łukiem albo kuszą. W razie ataku z pew­no­ścią dołą­czy­łoby do nich wię­cej ludzi, co ozna­czało, że szarża dnem wąwozu w nie­unik­niony spo­sób kosz­to­wa­łaby nie­jedno życie. Oprócz około czter­dzie­stu Niedź­wie­dzi miał jesz­cze sześć­dzie­się­ciu ludzi z Gwar­dii Pół­noc­nej, z pew­no­ścią dosyć, żeby prze­są­dzić sprawę nie­za­leż­nie od liczby strzał wypusz­czo­nych przez wyję­tych spod prawa.

– Naj­le­piej zacze­kać do zmroku, milor­dzie – powie­dział Wysoka Włócz­nia, naj­wy­raź­niej idąc za jego tokiem rozu­mo­wa­nia. – O pół­nocy możemy z łatwo­ścią zbli­żyć się na pięć­dzie­siąt kro­ków od muru i wypu­ścić tro­chę poci­sków, żeby zama­sko­wać szarżę na bramę. Kilka ude­rzeń solid­nym tara­nem powinno wystar­czyć.

– Będą się spo­dzie­wali, że ich zwia­dowcy wrócą po zapad­nię­ciu nocy – zauwa­żył Vaelin, krę­cąc głową. – Cze­ka­nie do pół­nocy to za długo. – Pomy­ślał przez chwilę, a następ­nie wska­zał ski­nie­niem głowy na małego niedź­wiadka przy­tu­lo­nego do Żela­znych Oczu. – On ma jakieś imię?

– Małe Zęby – odpo­wie­działa sza­manka, prze­su­wa­jąc dło­nią po gęstym futrze zwie­rzę­cia. Niedź­wia­dek wydał z sie­bie zado­wo­lone prych­nię­cie i trą­cił nosem bok swo­jej pani.

– Zwie­rzę Mądrego Niedź­wie­dzia nazy­wało się Żela­zna Łapa – przy­po­mniał sobie Vaelin. – On niósł go przez całą drogę po lodzie do ziemi Czar­nych Serc. Sto­czy­li­śmy tam wielką bitwę. Wie­dzie­li­ście o tym?

Żela­zne Oczy łyp­nęła na niego spode łba i ostroż­nie ski­nęła głową. Stary sza­man nie wró­cił z lodowca i ani Niedź­wie­dzie, ani nikt inny ni­gdy nie poznał jego losu. Vaelin wie­dział, że ple­mię na­dal miało nadzieję na powrót Mądrego Niedź­wie­dzia i jego nie­obec­ność była dla nich zde­cy­do­wa­nie bole­sną sprawą.

– Wiem – powie­działa sza­manka.

– Żela­zna Łapa był dzielny – rzekł Vaelin. – Jak dzielny jest Małe Zęby?

***

Ruszyli w chwili, kiedy słońce opa­dło za wschod­nie szczyty. Vaelin w towa­rzy­stwie Wyso­kiej Włóczni, Żela­znych Oczu, Ellese i dwu­na­stu gwar­dzi­stów cicho zszedł do parowu. Tam prze­pra­wili się przez wąską, ale wartką rzekę pły­nącą środ­kiem wąwozu, i czoł­ga­jąc się, poko­nali ostat­nie kil­ka­set kro­ków do płyt­kiego obni­że­nia w zasięgu strzału z łuku od ostro­kołu. Gdy się zatrzy­mali, Vaelin ski­nął głową sza­mance. Żela­zne Oczy prze­su­nęła dło­nią po pysku Małych Zębów i utkwiła wzrok w jego oczach. Po krót­kiej chwili oboje zamru­gali jed­no­cze­śnie, a następ­nie zwie­rzę pobie­gło w mrok, kie­ru­jąc się do połu­dnio­wego odcinka pali­sady.

– Co teraz, wujku? – zapy­tała szep­tem Ellese.

Vaelin rzu­cił jej ostre spoj­rze­nie i poka­zał ziry­to­wany:

„Uży­waj rąk!”.

Dziew­czyna opu­ściła głowę i poru­szyła dłońmi w nie­mej skru­sze.

„Prze­pra­szam”.

„Teraz cze­kamy”. Vaelin ski­nie­niem głowy wska­zał na jej łuk. „Bądź gotowa”.

Patrzył, jak Ellese nasa­dza strzałę na cię­ciwę, smu­kłymi, ale sil­nymi rękami ści­ska­jąc rzeź­bione mister­nie drzewce. Broń naprawdę była piękna – z wiązu gór­skiego, ozdo­biona róż­nymi wojen­nymi moty­wami wyko­na­nymi wprawną ręką. „Łuk Arren”, nazwała go Reva. „Cał­kiem moż­liwe, że ostatni taki na świe­cie. Zgu­bi­łam jego sio­strę w Oce­anie Bora­eliń­skim. Na­dal jest wyzna­czona nagroda stu zło­tych monet dla tego, kto przy­nie­sie mi inny. Na razie nikt się nie zja­wił”.

Mówiło się, że ta broń ma boskie bło­go­sła­wień­stwo, a co bar­dziej żar­liwi wyznawcy Ojca Świata i jego Bło­go­sła­wio­nej Pani przy­pi­sy­wali nad­przy­ro­dzoną moc i cel­ność temu, co ze swo­jej istoty było jedy­nie kawał­kiem ufor­mo­wa­nego drewna. Jed­nakże wyczyny, jakich na jego oczach doko­ny­wały tym łukiem Reva i jej córka, czę­sto dawały Vaeli­nowi do myśle­nia.

Prze­niósł wzrok na Żela­zne Oczy i zoba­czył jej pusty wzrok, gdy bez ruchu leżała obok męża. Wie­dział, że jej umysł prze­bywa teraz gdzie indziej. Ten widok przy­wo­łał wspo­mnie­nie innej kobiety, sie­dzą­cej na wzgó­rzu daleko stąd w cza­sie i prze­strzeni. Jej oczy też były puste, kiedy dusza uwal­niała się od ciała…

Vaelin odwró­cił spoj­rze­nie, zgiął i roz­pro­sto­wał palce, żeby odpę­dzić ich nagłe drże­nie, po czym nasa­dził strzałę na cię­ciwę.

– On się wspina… – wyszep­tała chwilę póź­niej Żela­zne Oczy. Jej wzrok na­dal był nie­obecny, a głos brzmiał w ciem­no­ści jak syk. – Dociera na szczyt… To męż­czy­zna… – Przez jej twarz prze­biegł spazm, wargi się roz­cią­gnęły, obna­ża­jąc zęby w echu wark­nię­cia. Potem wró­ciła maska spo­koju. – Teraz go nie ma… Powie­trze pach­nie alko­ho­lem i pię­cior­ni­kiem. Ludzie śpią i chra­pią, inni cho­dzą po murach… Wszyst­kie oczy skie­ro­wane są na zewnątrz, nie do środka. – Zmarszczki prze­orały jej czoło. Sza­manka prze­krzy­wiła głowę, jakby sta­rała się coś usły­szeć. – Głosy… dwaj męż­czyźni się kłócą… Mówią o zwia­dow­cach… o ludziach, któ­rzy powinni już tu być, ale jesz­cze ich nie ma.

– Brama – pod­po­wie­dział Vaelin, choć wąt­pił, czy sza­manka może go usły­szeć w tym sta­nie.

Żela­zne Oczy uci­chła. Zda­wało się, że jej mil­cze­nie trwa wiele minut, pod­czas gdy mogły to być zale­d­wie sekundy. Kiedy Ellese wydała z sie­bie jęk znie­cier­pli­wie­nia, Vaelin uci­szył ją, trą­ca­jąc łok­ciem.

– Już tam jest… – wyszep­tała w końcu sza­manka. – Bramę chroni gruba lina… On ma małe zęby, ale są ostre, a jego szczęki silne…

Vaelin poru­szył dłońmi przed oczami Ellese. „Pierw­szy i drugi od lewej”, powie­dział, wska­zu­jąc war­tow­ni­ków na murze. Zbli­żył się do Wyso­kiej Włóczni, przy­su­nął usta do jego ucha i wyszep­tał:

– Dwaj po pra­wej. Strze­laj, kiedy ja wystrzelę.

Kiedy Ellese i Wysoka Włócz­nia pod­nie­śli się z pozy­cji leżą­cej i ukuc­nęli, Vaelin przy­go­to­wał łuk, pal­cami obej­mu­jąc strzałę po obu stro­nach drzewca. Sku­pił się na dwóch męż­czy­znach sto­ją­cych bez­po­śred­nio nad bramą. Ci dwaj na­dal się sprze­czali i nie widzieli zwie­rzę­cia, które pra­co­wi­cie gry­zło linę. Odle­głość wyno­siła nie­całe sto kro­ków. Może nie był naj­lep­szym łucz­ni­kiem z Domu Szó­stego Zakonu, ale i nie naj­gor­szym.

Usły­szał ciche wes­tchnie­nie Żela­znych Oczu, a po nim skrzyp­nię­cie otwie­ra­ją­cej się bramy. Sta­nął w niej Małe Zęby, z zado­wo­le­niem prze­żu­wa­jący kawa­łek liny. Widząc, że męż­czyźni nagle zapo­mnieli o kłótni, Vaelin strze­lił do naj­wyż­szego. Ellese i Wysoka Włócz­nia wypu­ścili strzały uła­mek sekundy póź­niej. Poci­ski pomknęły w noc­nym powie­trzu i strą­ciły war­tow­ni­ków z muru. Niż­szy z dwóch wyrzut­ków zare­ago­wał szybko i przy­kuc­nął, ale druga strzała Vaelina tra­fiła go w ramię. On też spadł z muru, wylą­do­wał ciężko po dru­giej stro­nie otwar­tej bramy i wrza­snął zasko­czony na widok niedź­wie­dzia, który powi­tał go pyta­ją­cym pomru­kiem. Krzyk ucichł, kiedy Vaelin obni­żył łuk i wypu­ścił trze­cią strzałę pro­sto w pierś ran­nego. Jed­no­cze­śnie cicho wymam­ro­tał prze­kleń­stwo. Miał nadzieję, że dostaną się do środka bez wsz­czy­na­nia alarmu, ale bitwy rzadko dosto­so­wy­wały się do pla­nów.

– Gwar­dia, ruszać! – zawo­łał Vaelin, się­ga­jąc przez ramię po miecz.

Pobiegł do bramy z gwar­dzi­stami nastę­pu­ją­cymi mu na pięty. Sły­szał, jak myśliw­ski róg Wyso­kiej Włóczni wzywa pozo­sta­łych ludzi cze­ka­ją­cych w lesie.

Z mroku wybie­gło chwiej­nym kro­kiem kilku wyrzut­ków, mniej lub bar­dziej ubra­nych i pró­bu­ją­cych zata­ra­so­wać wej­ście. Szybko prze­szko­dził im w tym Małe Zęby, który zaczął się krę­cić wkoło, młó­cąc łapami i wpro­wa­dza­jąc zamie­sza­nie wśród obroń­ców. Jeden czło­wiek zato­czył się do tyłu, trzy­ma­jąc się za krwa­wiące ramię, i sta­nął bez­po­śred­nio na dro­dze Vaelina, który tym­cza­sem już dotarł do bramy. Męż­czy­zna popeł­nił błąd, wycią­ga­jąc nóż zza pasa, i dla­tego zgi­nął. Vaelin wbił mu czu­bek swo­jego ostrza Zakonu mię­dzy żebra, tra­fia­jąc pro­sto w serce. Nie­szczę­śnik padł na kolana, bro­cząc krwią z ust.

Pozo­stali obrońcy zostali szybko powa­leni przez gwar­dzi­stów, choć pełne prze­kleństw wyzwa­nia, które wykrzy­ki­wali w cza­sie krót­kiej, ale zażar­tej walki, spra­wiły, że cał­kiem prze­padł ele­ment zasko­cze­nia. Roz­glą­da­jąc się, Vaelin zoba­czył, że wewnątrz pali­sady jest tylko kilka chat i żad­nej budowli dosta­tecz­nie dużej, żeby mogła pomie­ścić tę liczbę ludzi, któ­rzy musieli tu miesz­kać. Jed­nakże jego spoj­rze­nie wkrótce padło na otwór w ścia­nie wąwozu. Był to typowy szyb kopal­niany, powszech-ny w Dorze­czach, pod­party drew­nia­nymi stem­plami i dosta­tecz­nie sze­roki, by jed­no­cze­śnie mogło do niego wejść pię­ciu albo wię­cej ludzi.

Nie przy­byli tutaj, żeby napa­dać na boga­czy, uznał Vaelin. Przy­byli, żeby dla nich kopać.

Usły­szał dobie­ga­jący z szybu coraz gło­śniej­szy tumult, któ­remu towa­rzy­szył blask pochodni jaśnie­jący z każdą chwilą. Praca w kopalni wyma­gała wielu rąk, na pewno dużo wię­cej, niż Vaelin spo­dzie­wał się zoba­czyć w tym miej­scu.

– Ufor­mo­wać sze­reg! – wark­nął do gwar­dzi­stów, po czym odwró­cił się do Ellese i Wyso­kiej Włóczni i wska­zał ski­nie­niem głowy naj­bliż­szą dra­binę. – Wejdź­cie na mur. Strze­laj­cie od razu, kiedy się pokażą. Może uda się nam zatrzy­mać ich w wej­ściu.

Nasa­dził kolejną strzałę na łuk i zajął pozy­cję na środku sze­regu Gwar­dii Pół­noc­nej Zer­k­nąw­szy do tyłu, stwier­dził, że pozo­stali gwar­dzi­ści i Niedź­wie­dzie zbli­żają się szybko dnem wąwozu. Sądząc po odgło­sach docho­dzą­cych z szybu, Vaelin wąt­pił, żeby jego ludzie zdą­żyli tu dotrzeć, nim bitwa roz­go­rzeje na dobre.

– Daj­cie z sie­bie wszystko, chłopcy – powie­dział do gwar­dzi­stów. – Nie chce­cie, żebym potem mówił waszym rodzi­nom, że poko­nały was szu­mo­winy, prawda?

Odpo­wie­dział mu chór groź­nych potak­nięć, a nawet kilka chi­cho­tów. Ludzie z łukami nasa­dzili strzały na cię­ciwy, inni moc­niej ści­snęli mie­cze. Byli to głów­nie wete­rani wojny wyzwo­leń­czej. Tocząc walki przez całą drogę z kró­le­stwa do bram Volaru, byli świad­kami nie­zli­czo­nych okro­pieństw i nie zamie­rzali ule­gać stra­chowi w obli­czu wyję­tych spod prawa, jed­nak wielu z nich mogło zgi­nąć tej nocy.

Vaelin do połowy napiął łuk, wpa­tru­jąc się w tunel, coraz jaśniej­szy od bla­sku pochodni. Zmarsz­czył brwi, sły­sząc odgłosy, które dobie­gały z szybu. Z początku sądził, że to okrzyki zde­spe­ro­wa­nych męż­czyzn szy­ku­ją­cych się do walki, ale teraz sobie uświa­do­mił, że ten nie­składny chór bar­dziej przy­po­mina bitewny zgiełk. Trwał on już od jakie­goś czasu i żaden nowy wróg nie wyszedł z szybu, w któ­rym roz­brzmie­wały wrza­ski wście­kło­ści, a potem prze­ra­że­nia.

Nagle kako­fo­nia uci­chła, a po krót­kiej chwili nie­sa­mo­wi­tej ciszy we wlo­cie szybu poja­wiły się dwie posta­cie. Na tle bla­sku pochodni widać było tylko ich syl­wetki: jedną wypro­sto­waną, drugą klę­czącą. Vaelin zauwa­żył, że sto­jący czło­wiek trzyma tego dru­giego za kark. Gdy klę­czący zaczął wal­czyć, ten drugi unie­ru­cho­mił go bru­tal­nym szarp­nię­ciem, a Vaelin usły­szał brzęk łań­cu­cha. Usły­szaw­szy skrzy­pie­nie napi­na­nego łuku, wystą­pił do przodu i uniósł rękę, spo­glą­da­jąc w górę na mur.

– Cze­kaj!

Zoba­czył, że Ellese opusz­cza broń i zdez­o­rien­to­wana marsz­czy brwi.

– Zostań­cie tutaj – powie­dział do gwar­dzi­stów i rzu­cił jed­nemu z nich swój łuk.

Ruszył w stronę szybu z mie­czem trzy­ma­nym nisko u boku, z wolną ręką unie­sioną i otwartą. Zatrzy­mał się w miej­scu, z któ­rego wyraź­nie widział dwie posta­cie. Roz­po­znał jedną z nich, dru­giej nie.

– Ter­min Resk – powie­dział do klę­czą­cego.

Był to krępy męż­czy­zna w śred­nim wieku, dawny sier­żant Gwar­dii Kró­le­stwa, obec­nie przy­wódca Prze­klę­tych Szczu­rów o groź­nej repu­ta­cji. Resk wykrztu­sił coś w odpo­wie­dzi, ale jego słowa, bła­galne albo wyzy­wa­jące, szybko zostały zdła­wione przez łań­cuch zaci­śnięty na szyi. Wyrzu­tek na próżno dra­pał gru­bymi pal­cami żela­zne ogniwa, a jego twarz coraz bar­dziej przy­po­mi­nała drżącą, czer­woną, bez­kształtną masę.

Vaelin prze­su­nął wzro­kiem wzdłuż łań­cu­cha do kaj­dan na nad­garstku męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego Reska. Przyj­rzaw­szy mu się dokład­niej, stwier­dził, że tam­ten jest od niego wyż­szy o cal albo wię­cej. Jego naga pierś była sze­roka i impo­nu­jąco umię­śniona, choć pozna­czona licz­nymi bli­znami, nie­któ­rymi cał­kiem świe­żymi, w któ­rych Vaelin od razu roz­po­znał ślady bicza. Na ciem­nej skó­rze lśnił pot. Męż­czy­zna odpo­wie­dział na spoj­rze­nie Vaelina chłod­nym, tak­su­ją­cym wzro­kiem spod brwi poprze­ci­na­nych bla­dymi, pre­cy­zyj­nie roz­miesz­czo­nymi nacię­ciami.

– Jesteś daleko od cesar­stwa – zauwa­żył Vaelin po alpi­rań­sku.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy. Sądząc po kolo­rze skóry, pocho­dził z połu­dnio­wych pro­win­cji, gdzie język cesa­rza nie zawsze był znany, ale Vaelin zoba­czył, że tam­ten go rozu­mie.

– To nie jest moje cesar­stwo – odparł męż­czy­zna po alpi­rań­sku z wyraź­nym akcen­tem, ale zro­zu­miale. Szarp­nął łań­cu­chem, a Resk stęk­nął z bólu i wytrzesz­czył oczy. – Jesteś jego wro­giem?

– To… ban­dyta – odparł Vaelin, uży­wa­jąc słowa naj­pow­szech­niej uży­wa­nego na okre­śle­nie wyję­tych spod prawa w Cesar­stwie Alpi­rań­skim. – Ja egze­kwuję prawo na tych zie­miach.

– Więc słu­żysz jej. – Lekki błysk w oczach wyso­kiego czło­wieka Vaelin roz­po­znał jako nadzieję. – Słu­żysz Kró­lo­wej Ognia.

– Ona nie lubi tego imie­nia. – Vaelin ukło­nił się ofi­cjal­nie. – Vaelin Al Sorna, Lord Wieży Pół­noc­nych Dorze­czy z łaski kró­lo­wej Lyrny Al Nie­ren. A ty?

Zoba­czył, że do nadziei dołą­cza inne uczu­cie, kiedy brwi męż­czy­zny zmarsz­czyły się z wyra­zie roz­po­zna­nia, któ­rego Vaelin nie widział od lat.

– Alum Vi More­ska. – Mię­śnie przed­ra­mie­nia napięły się, kiedy męż­czy­zna moc­niej ści­snął łań­cuch. Resk wydał ostatni char­kot i znie­ru­cho­miał. Z jego wytrzesz­czo­nych oczu znik­nęło całe świa­tło. – Pro­szę o bez­pieczne schro­nie­nie. – Alum Vi More­ska zręcz­nym ruchem nad­garst­ków uwol­nił ciało Reska od łań­cucha. – Dla mnie i dla moich ludzi.

Vaelin wska­zał ski­nie­niem głowy na szyb.

– Jest was tam wię­cej?

– Wielu. – Męż­czy­zna jesz­cze raz spoj­rzał Vaeli­nowi w oczy i wydał cięż­kie, zawsty­dzone wes­tchnie­nie, opa­da­jąc na jedno kolano. – W imie­niu klanu More­ska przy­rze­kam lojal­ność Wiel­kiej Kró­lo­wej, w nadziei, że ona obda­rzy nas darem swo­jego słyn­nego miło­sier­dzia i współ­czu­cia.Roz­dział drugi

Poj­mali żyw­cem zale­d­wie sze­ściu wyję­tych spod prawa; reszta, ponad setka, zgi­nęła w osa­dzie albo w kopalni. Kapi­tan Noh­len, dowódca kon­tyn­gentu Gwar­dii Pół­noc­nej, zamel­do­wał o czte­ry­stu dwu­dzie­stu trzech ludziach zaku­tych w kopalni w łań­cu­chy i o jesz­cze trzy­dzie­stu dwóch tru­pach oprócz mar­twych wyrzut­ków.

– Kiep­ska sprawa, milor­dzie – stwier­dził w typowy dla sie­bie szorstki spo­sób. – Nie umarli lekko. Ci, któ­rzy nie zgi­nęli w walce, zaha­ro­wali się na śmierć, powie­dział­bym.

Wszy­scy nie­wol­nicy pocho­dzili z tego samego klanu More­ska co Alum, a Vaelin nie zna­lazł wśród nich ani jed­nego z ple­cami bez blizn. Nie było rów­nież żad­nych dzieci ani star­ców.

– Porwali ich piraci – wyja­śnił Alum i opo­wie­dział, jak ich statki zostały zaata­ko­wane przez kor­sar­ską flo­tyllę na Oce­anie Ara­the­ań­skim. – Nie wiemy, dokąd ich zabrali. Jeśli bogo­wie byli łaskawi, zesłali im szybką śmierć. Jeśli nie… – Po twa­rzy męż­czy­zny prze­mknął cień, jego noz­drza się roz­dęły, kiedy sta­rał się nad sobą zapa­no­wać.

– Kiedy to się stało? – zapy­tał Vaelin.

Sie­dzieli przy pale­ni­sku, na któ­rym wyrzut­ko­wie goto­wali posiłki. Żar na­dal był cie­pły i prze­mie­szany z kośćmi. Alum zabrał włócz­nię jed­nemu z zabi­tych i użył jej do nakre­śle­nia w popiele serii skom­pli­ko­wa­nych sym­boli. – Sześć mie­sięcy, może wię­cej. Czło­wiek traci poczu­cie czasu, kiedy pra­cuje, nie widząc słońca.

– Piraci? Wiesz, który port nazy­wali swoim domem?

– Mówili języ­kiem nam nie­zna­nym, ale mieli twa­rze i oczy tych, któ­rzy zamiesz­kują zie­mie Kupiec­kich Kró­lestw. Wielu nosiło świeże bli­zny, a ich statki naj­wy­raź­niej brały nie­dawno udział w bitwie. Wyglą­dali na ludzi zde­spe­ro­wa­nych, tak zde­spe­ro­wa­nych, że nie zawa­hali się zabi­jać tych, któ­rzy rzu­cili im bun­tow­ni­cze spoj­rze­nie. Po tygo­dniach na morzu przy­wieźli tych z nas, któ­rzy prze­żyli, do tej wil­got­nej i zim­nej kra­iny i sprze­dali tym psom, żeby­śmy wyko­py­wali z góry metal, któ­rego tak pożą­dają.

– Dla­czego twój lud żeglo­wał po Ara­the­ań­skim?

Włócz­nia znie­ru­cho­miała w popiele, a po twa­rzy Aluma prze­mknął jesz­cze głęb­szy smu­tek. Męż­czy­zna dźgnął ostrzem w nary­so­wane sym­bole.

– To jest znak Maluy, Pana Pia­sku i Nieba. To – włócz­nia prze­su­nęła się na mniej­sze znaki wid­nie­jące po bokach – są jego dzieci: Jula i Kula, Pani Desz­czu i Pan Wia­trów.

– Wasi bogo­wie – powie­dział Vaelin.

– Nie uży­wamy tego słowa. W naszym języku oni są „Stró­żami”. Od czasu, kiedy pierw­sza stopa sta­nęła na pia­sku, pozo­sta­jemy wierni Maluy i jego dzie­ciom. Cesa­rze zawsze to sza­no­wali. Póki przy­się­ga­li­śmy im lojal­ność na początku każ­dego nowego sezonu i na wezwa­nie posy­ła­li­śmy naszych wojow­ni­ków, żeby dołą­czyli do ich woj­ska, zosta­wiano nas w spo­koju. Cesa­rzowa – Alum zaci­snął szczęki, a jego wargi zadrżały od hamo­wa­nego gniewu – uważa ina­czej.

– Cesa­rzowa Eme­ren chciała, żeby­ście odda­wali cześć alpi­rań­skim bogom?

Alum ski­nął głową.

– Pró­bo­wała wyrwać nas z kocha­ją­cych ramion Stró­żów. Słała posłań­ców mówią­cych o jed­no­ści, o tym, że wszy­scy pod­dani cesar­stwa muszą iść razem, bo Kró­lowa Ognia, zagar­nąw­szy wszyst­kie zie­mie Vola­rian, teraz spo­gląda zazdro­snymi oczami na nasze. Ponadto cesa­rzowa wysłała ludzi, żeby zasie­dlili zie­mie, które zawsze nale­żały do nas, zie­mie, któ­rych cesa­rze od dawna strze­gli przed obcymi. Wyżło­bili bruzdy w świę­tej ziemi, żeby zbie­rać plony, polo­wali na wszyst­kie zwie­rzęta, na jakie tra­fiali, nie zosta­wiali nic na następny rok, korzy­stali ze studni jak z wła­snych. Kiedy ich wypę­dzi­li­śmy, przy­słała żoł­nie­rzy. Jeste­śmy bitni, ale ich było wielu. Długo wal­czy­li­śmy, lecz krew naszego klanu wycie­kała z każdą bitwą.

Alum zro­bił pauzę i rozej­rzał się. Jego wzrok spo­czął na kapi­ta­nie Noh­le­nie.

– Tam­ten czło­wiek ma skórę taką jak moja. Sta­rzy opo­wia­dali histo­rie o innym ple­mie­niu, które kie­dyś wal­czyło prze­ciwko cesa­rzowi i ucie­kło za morze, żeby zna­leźć schro­nie­nie w pół­noc­nych kra­inach. Pró­bo­wa­li­śmy pójść za jego przy­kła­dem.

– Wygnańcy przy­byli tutaj cztery poko­le­nia temu, to prawda – potwier­dził Vaelin. – Zostali przy­jęci życz­li­wie, tak jak wy. – Wska­zał na sym­bole. – I wasi Stróże rów­nież. Jeśli cho­dzi o wasze dzieci, Gil­dia Kup­ców z Pół­noc­nej Wieży pro­wa­dzi rejestr wszyst­kich donie­sień o pira­tach. Może tam znaj­dzie się jakiś ślad co do ich ojczy­stego portu. Możesz mi towa­rzy­szyć w dro­dze powrot­nej.

– Dobrze. A moi ludzie?

– Teraz są wol­nymi pod­da­nymi Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa i mogą robić, co chcą w gra­ni­cach prawa. Jed­nakże… – Vaelin uniósł ręce i wska­zał na oto­cze­nie – kapi­tan Noh­len mówi, że tutaj są bogate złoża. Jeśli chce­cie, w mojej mocy jest udzie­lić wam licen­cji, żeby­ście mogli tu zostać. Wszyst­kie kopal­nie złota w Dorze­czach należą do kró­lo­wej, ale może­cie zacho­wać jedną czwartą ceny uzy­ska­nej za każdy sprze­dany uro­bek.

– Jeste­śmy myśli­wymi, nie gór­ni­kami.

Vaelin spoj­rzał na garstkę More­sków. W prze­ci­wień­stwie do Aluma więk­szość była chuda, o zapad­nię­tych policz­kach, a wielu miało na ciele lśniące rany po ostat­nich chło­stach.

– Twoi ludzie potrze­bują domu. Przy­naj­mniej na razie. Jeśli cho­dzi o polo­wa­nie, oko­liczny las należy do was aż po sze­roką rzekę na pół­nocy. Dal­sze zie­mie należą do Niedź­wie­dzi. To szczo­dry lud, ale zazdro­śnie strzeże swo­ich tere­nów łowiec­kich.

Alum odwró­cił wzrok, a jego zmarsz­czone czoło świad­czyło o zasko­cze­niu i namy­śle.

– Nie jestem wodzem klanu More­ska. On zgi­nął w walce z pira­tami. Ale byli­śmy towa­rzy­szami broni, jeśli nawet nie braćmi z jed­nej krwi. Razem odpo­wie­dzie­li­śmy na wezwa­nia cesa­rza Alu­rana, kiedy wasz lud przy­był ukraść porty na wybrzeżu eri­ne­ań­skim. Masze­ro­wa­li­śmy razem z armią i razem byli­śmy świad­kami nocy, kiedy czło­wiek, któ­rego nazy­wano Zabójcą Nadziei, przy­szedł z pustyni, żeby siać spu­sto­sze­nie i pożogę. – Alum spoj­rzał Vaeli­nowi w oczy. – Imię, które ci nadali, panie, nie pasuje.

Z ust Vaelina wyrwał się krótki śmiech, zaska­ku­jący gory­czą, jaka w nim zabrzmiała. Wszystko wyda­wało się takie odle­głe, ale przy­do­mek Zabójca Nadziei prze­trwał jak obszar­pany, cuch­nący płaszcz, któ­rego nie potra­fił wyrzu­cić.

– Wtedy paso­wało. Ale od tam­tego czasu zasłu­ży­łem na parę innych.

– Uwa­żam, że wszyst­kie rachunki krwi zostały wyrów­nane twoim dzi­siej­szym dzia­ła­niem, panie – oświad­czył Alum z powagą, która wska­zy­wała na ofi­cjalną umowę. – Mimo to uwa­żam, że szala jest prze­chy­lona na twoją stronę. Muszę jed­nak pro­sić o jesz­cze jedną rzecz.

***

– Nie możesz go powie­sić, wujku. Jest o wiele za ładny. – Ellese obda­rzyła poj­ma­nego wyrzutka uśmie­chem i prze­su­nęła pal­cem po jego szczęce aż do środka pod­bródka. – Nie mogę go zatrzy­mać? To zna­czy jako maskotkę.

Wyrzu­tek spoj­rzał w górę na Vaelina, bła­ga­jące oczy lśniły w bla­dej, deli­kat­nej twa­rzy, która kon­tra­sto­wała z bru­tal­nym wyglą­dem jego współ­to­wa­rzy­szy.

– To ten? – zapy­tał Aluma.

More­ska ski­nął głową.

– To on.

Vaelin pod­szedł bli­żej i zoba­czył, że jeniec tężeje w trwoż­li­wym ocze­ki­wa­niu.

– Nazwi­sko? – rzu­cił Vaelin.

Młody czło­wiek prze­łknął ślinę i zakasz­lał, zanim sfor­mu­ło­wał cichą, ledwo sły­szalną odpo­wiedź. Vaelin usły­szał w jego wymo­wie sze­ro­kie samo­gło­ski połu­dnio­wego Ren­fael.

– Seh­mon Vek, panie.

– Krewny Jumina Veka?

– To mój kuzyn.

– Twój kuzyn nie żyje. Moja sio­strze­nica zabiła go w lesie.

Seh­mon Vek zer­k­nął na Ellese, a ona odpo­wie­działa mu sze­ro­kim uśmie­chem.

– Zatem oszczę­dziła mi roboty, milor­dzie – rzekł mło­dzie­niec i wzru­szył wąskimi ramio­nami.

Vaelin chrząk­nął i wska­zał głową na Aluma.

– Ten czło­wiek mówi, że poma­ga­łeś jego ludziom. Dawa­łeś im dodat­kowe por­cje, przy­no­si­łeś wodę, choć to było zabro­nione. Mówi rów­nież, że roz­ku­łeś ich łań­cu­chy, kiedy usły­sza­łeś nasz atak. Czy to prawda?

Po tych sło­wach wśród innych wyję­tych spod prawa zapa­no­wało poru­sze­nie i roz­le­gły się gniewne pomruki, a jeden z nich pró­bo­wał wstać i spę­ta­nymi rękami zdzie­lić mło­dego wyrzutka.

– Ty zdra­dliwy mały zasrańcu!

Jeden z gwar­dzi­stów wystą­pił do przodu i ude­rzył męż­czy­znę gło­wicą mie­cza w twarz. Ten runął na zie­mię zakrwa­wiony. Inni wkrótce się uspo­ko­ili, kiedy Vaelin prze­su­nął po nich wzro­kiem.

– Ni­gdy nie chcia­łem brać w tym udziału, milor­dzie – oświad­czył Seh­mon Vek. – Moja rodzina jest wyjęta spod prawa, jak daleko wstecz się­gnąć pamię­cią, to prawda. Ale Veko­wie zawsze byli prze­myt­ni­kami, a nie han­dla­rzami nie­wol­ni­ków. Kiedy umarł mój tata, Jumin wró­cił z pół­nocy z obiet­ni­cami więk­szej ilo­ści złota, niż w życiu widzie­li­śmy. – Seh­mon umilkł i rzu­cił na Aluma spoj­rze­nie pełne wstydu. – Nie powie­dział nam, że będziemy codzien­nie po kolana w bru­dzie chło­stać ludzi do krwi. Nie do tego mnie wycho­wano. Ale bra­łem w tym udział i poniosę należną karę. Mówi się, że zmarli patrzą nie­przy­chyl­nym okiem na tych, któ­rzy umie­rają z kłam­stwem na ustach.

Vaelin przyj­rzał się twa­rzy Seh­mona, szu­ka­jąc oznak fał­szu ukry­tego pod maską skru­chy. Nie zna­lazł ich, a jedy­nie poczu­cie winy i świa­do­mość rychłej śmierci.

– Dekret kró­lo­wej mówi, że w jej kró­le­stwie nie ma nie­wol­nic­twa – powie­dział, zwra­ca­jąc się do wszyst­kich wyrzut­ków. – Każdy zaan­ga­żo­wany w tę podłą prak­tykę zostaje pod­dany egze­ku­cji bez pro­cesu. Kapi­ta­nie Noh­len.

Dowódca gwar­dii wystą­pił do przodu i zasa­lu­to­wał.

– Milor­dzie.

Vaelin wska­zał na Seh­mona Veka.

– Pro­szę go uwol­nić. Resztę powie­sić.

– Tak, milor­dzie.

Więzy mło­dego jeńca zostały prze­cięte, nato­miast resztę poj­ma­nych zawle­czono w stronę bramy. Kilku krzy­czało, bła­ga­jąc o łaskę, inni albo na próżno się szar­pali, rzu­ca­jąc prze­kleń­stwa, albo w nie­mym osłu­pie­niu szli na śmierć.

– Alum Vi More­ska popro­sił o twoje życie – powie­dział Vaelin do mło­dego wyrzutka. – Jestem skłonny speł­nić jego prośbę. Oto mój wyrok, Seh­mo­nie Veku. Teraz nale­żysz do niego. Będziesz mu słu­żył tak, jak on uzna za sto­sowne, do dnia, kiedy posta­nowi się uwol­nić. To nie jest nie­wol­nic­two, a jedy­nie kon­trak­towa służba, którą w mojej pro­win­cji można naka­zać. Jed­nak zgod­nie z pra­wem możesz odmó­wić. – Vaelin rzu­cił zna­czące spoj­rze­nie na bramę, gdzie przez nad­proże prze­rzu­cono sznur.

– Ja… – Chło­pak się zawa­hał, prze­łknął ślinę i spró­bo­wał jesz­cze raz. – Zga­dzam się z wielką rado­ścią, panie.

***

– Nie mogłeś po pro­stu oddać go mnie? – zbesz­tała Ellese Vaelina, który stał na środku osady, żeby obser­wo­wać egze­ku­cję. – Ja pierw­sza go zoba­czy­łam. – Przez chwilę wier­ciła się coraz bar­dziej poru­szona, kiedy nakła­dano pętlę na szyję pierw­szego ska­zańca. – Naprawdę musimy na to patrzeć?

– Ty nie – odparł Vaelin. – Ja tak. A gdyby two­jej matce kazano, ona też by patrzyła. Kiedy wydaje się roz­kaz zabi­cia czło­wieka, trzeba na to patrzeć, żeby nie było zbyt łatwo.

Wysoka Włócz­nia poja­wił się u jego boku w typowy dla sie­bie bez­sze­lestny spo­sób. Spoj­rze­nie miał mroczne, kiedy patrzył, jak trzech gwar­dzi­stów cią­gnie linę. Roz­pacz­liwy szloch ska­zańca i prośby o litość uci­chły, kiedy pod­cią­gnięto go w górę, a jego nogi zaczęły podry­gi­wać w sza­lo­nym tańcu.

– Pamię­tam czasy, w któ­rych twoje serce było bar­dziej lito­ściwe, milor­dzie – ode­zwał się łowca. – Nawet na początku wojny.

– Tamta wojna się skoń­czyła – odparł Vaelin. – Wydaje się nato­miast, że ta ni­gdy się nie skoń­czy.

– Czy ja byłem choć tro­chę mniej nędzny od tych ludzi? Mniej zasłu­gu­jący na śmierć?

– Może nie. Ale wtedy… wie­dzia­łem, że jest dla cie­bie szansa. Skoro przy­jęli cię Niedź­wie­dzie, ist­niała droga do pokoju. Teraz nic takiego nie dostrze­gam i mogę jedyne wymie­rzyć spra­wie­dli­wość w imie­niu kró­lo­wej.

Ellese jęk­nęła cicho na widok drga­ją­cego ciała ska­zańca i wiel­kiej plamy na jego spodniach, kiedy w chwili śmierci puściły zwie­ra­cze. To jesz­cze dziecko, pomy­ślał Vaelin, patrząc, jak krew odpływa z jej twa­rzy. Dresz­czyk polo­wa­nia i walki to jedna rzecz, a to tutaj zupeł­nie co innego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: