-
nowość
Zielony krąg - Tajemnica dziewięciu kamieni - ebook
Zielony krąg - Tajemnica dziewięciu kamieni - ebook
Nie każdy las jest tylko lasem. Są takie, w których duchy od wieków strzegą równowagi świata. Są takie, w których wiewiórki prowadzą poważne narady bez zasady, a Staruch Szyszka chodzi własnymi ścieżkami i najwyraźniej wie więcej, niż mówi. Kiedy Witek i Olgierd przyjeżdżają z mamą nad jezioro Żuczek, nie spodziewają się niczego więcej niż wakacji. Nie wiedzą jeszcze, że trafili do lasu, który pamięta znacznie więcej i własnym tempem snuje swoje opowieści — do miejsca, gdzie nawet czas nie zawsze ma ochotę płynąć tak, jak nakazywałyby mu tradycyjne zegarki. W świecie Zielonego Kręgu nie wszystko jest takie, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Są tu zagadki, duchy i strażnicy, ale także pytania, na które nie zawsze istnieje jedna właściwa odpowiedź. Ta historia ma zakończenie. Choć na razie las uważa je za wersję roboczą. Jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398129602 |
| Rozmiar pliku: | 8,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przed wejściem prosimy odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
Kłamstwo w lesie jest bardzo źle widziane i czasami kończy się mokrą
skarpetką. Należy sprawdzić, czy czytelnik nadaje się do dalszego
czytania.
Prosimy odpowiadać uczciwie. To bardzo ważne.
zdarzyło ci się kiedyś rozmawiać z patykiem, choć wyglądał podejrzanie
zwyczajnie
masz silne podejrzenia, że niektóre wiewiórki coś ukrywają
znalazłeś kamień i od razu pomyślałeś: „ten jest jakiś ważny”
wszedłeś kiedyś do lasu tylko na chwilę, a potem nagle zrobił się wieczór
zdarzyło ci się patrzeć w wodę i kompletnie zapomnieć po co
przynajmniej raz usłyszałeś dziwny dźwięk i uznałeś, że to problem
przyszłego ciebie
potrafisz odróżnić zwykły mech od mchu wyglądającego na magiczny
masz wrażenie, że koty wiedzą o wiele za dużo
zdarzyło ci się podnieść idealny patyk i przez chwilę czuć ogromną moc
potrafisz siedzieć cicho i nasłuchiwać rzeczy, których nie powinno tam być
uważasz, że dzieci wiedzą jak wygląda magia — dorośli tylko zapomnieli
instrukcji
masz nadzieję, że nawet osoby dotknięte ciężką smartfonoidozą mogą
jeszcze kiedyś powiedzieć: „ej… ale to jest naprawdę świetny patyk”
Jeśli zaznaczyłeś choć trzy: sytuacja wygląda obiecująco.
Jeśli zaznaczyłeś wszystkie: las prawdopodobnie już od dawna cię obserwuje —
i szczerze mówiąc to trochę niepokojące.
Dokument sporządzony przez Sekretarza do spraw Rzeczy Spisanych,
zatwierdzony przez Starucha Szyszkę. Pieczęć oryginalna. Koza nie miała
dostępu.
7Informacje Techniczne
Zbyt poważni dorośli czasami potrzebują trochę czasu, żeby
odzyskać wyobraźnię.
To normalne i występuje częściej niż grzybica stóp.
Jeśli dorosły mówi: „to tylko kamień” — należy:
– westchnąć ciężko,
– spojrzeć z rozczarowaniem,
– i pokazać mu LEPSZY kamień.
Niektóre dorosłe osobniki mogą początkowo:
– nie widzieć tajnych baz,
– nie rozumieć ważności kałuż,
– albo mówić rzeczy typu: „nie bierz tego do domu”.
Prosimy zachować spokój. To mija.
W skrajnych przypadkach dorosły może:
– przejść obok idealnego patyka,
– nie schować znalezionego piórka,
– albo nie zauważyć twarzy w chmurach.
Oznacza to zaawansowany stan zdorosłowacenia.
Proces odzyskiwania wyobraźni można przyspieszyć poprzez:
– siedzenie przy wodzie bez żadnego powodu,
– znajdowanie rzeczy „bo są fajne”,
– budowanie baz,
– patrzenie w las,
9ZIELONY KRĄG
Zanim człowiek nauczył się mówić „drzewo”, drzewa już ze sobą
rozmawiały. Szeptały o pogodzie, o wietrze, o tym, kto komu zjadł
żołędzie i kto nie podlał paproci. W tamtych czasach cały świat był
wielkim ogrodem, w którym każdy liść znał swoje miejsce, a każda
kropla rosy miała plan na życie.
W samym sercu tego świata istniał Zielony Krąg — zakon
opiekunów natury.
Nie był to poważny zakon z hełmami, zbrojami i wielkimi
tytułami. Nie, nie. W Zielonym Kręgu nosiło się liście zamiast
orderów, a zamiast herbu miało się… no cóż, na przykład wyjątkowy
talent do rozmów z mchem albo umiejętność rozśmieszania
dzięciołów.
Na czele Kręgu stał Staruch Szyszka — najmądrzejszy z
drzewnych, choć czasem zapominał, gdzie zostawił swoją laskę (a raz
nawet zapomniał, że w ogóle ją ma).
To on pilnował, żeby wszystko w lesie działało jak trzeba: żeby
rzeki płynęły, a nie chodziły na skróty; żeby jeże nie nosiły na kolcach
za dużo jabłek (bo potem nie mogły się przekulać przez mostek); i
żeby wiewiórki Śmiesznostki nie robiły za dużo hałasu, zwłaszcza w
nocy, kiedy liście próbowały spać.
Wiewiórki Śmiesznostki to był temat osobny, o którym można
było napisać przynajmniej dziewięć powieści. Było ich dokładnie
dziewięć, ale zachowywały się jak dziewięćset. Miały w zwyczaju
wszystko komentować, śmiać się z własnych ogonów i prowadzić
„Poranne Pogaduchy z Gałęzi”, czyli najgłośniejsze radio w całym
lesie.
Gdyby ktoś chciał w spokoju posłuchać śpiewu ptaków, musiał
poczekać, aż wiewiórki pójdą spać — a one, oczywiście, nigdy nie
spały o czasie.
Krąg żył w harmonii. Każdy miał swoje zadanie — również duchy,
które pełniły w lesie wyjątkowe funkcje.
14Tajemnica dziewięciu kamieni
Elaine — Duch Światła — dbała, by poranki były miękkie i jasne.
Azrael — Strażnik Cienia — pilnował, by noc miała w sobie
spokój.
Nuvial — Władczyni Wody — znała język wszystkich jezior, a
Erem — Duch Kamienia i Czasu — pamiętał przeszłość każdej skały i
każdej grudki ziemi.
Wszystko działało doskonale… aż do dnia, gdy w lesie pojawił się
człowiek z dziwną brodą, za dużym nosem i jeszcze większym
pomysłem.
Nazywali go Profesor Szumidło, choć tak naprawdę nikt nie
wiedział, jakie było jego prawdziwe imię.
I, o dziwo, las go polubił. Na początku.
15Tajemnica dziewięciu kamieni
W lesie wszystko działało tak, jak powinno.
Słońce wschodziło dokładnie z tej strony, z której miało
wschodzić. Nie z boku. Nie zza krzaka. Nie z nastrojem. Po prostu
wschodziło.
Cienie były odpowiedniej długości. Ani za krótkie (bo wtedy
wyglądałyby jak niedokończone), ani za długie (bo można by się o nie
potknąć i przewrócić w powietrzu, a to jest bardzo niewygodne).
Woda była mokra. Dokładnie tak mokra, jak powinna być. Nie
sucha. Nie chrupiąca. Nie lekko puszysta. Mokra.
Kamienie leżały tam, gdzie powinny. Miały kolor kamienny.
Kształt kamienny. I zachowanie kamienne. Żaden nie próbował być
marchewką. Żaden nie udawał poduszki. Żaden nie turlał się bez
pozwolenia. Leżały. Profesjonalnie.
Liście spadały w dół. W dół, jak należy. Nie w bok. Nie pod prąd.
Nie z komentarzem.
Bóbr Antoni uderzał ogonem o wodę dokładnie tak mocno, jak
powinien. Nie za słabo (bo to byłoby niepoważne), nie za mocno (bo
wtedy ochlapałby siebie, a to już się kiedyś zdarzyło i oficjalnie
nazwano to „wypróbowaniem siły ogonowej”).
Wiewiórki Śmiesznostki prowadziły „Poranne Pogaduchy z
Gałęzi” z odpowiednim poziomem hałasu. Czyli bardzo wysokim.
Ale nie aż tak, żeby las eksplodował.
Wszystko było na swoim miejscu. Każda rzecz była sobą. Nikt nie
zamieniał się w nikogo innego. Nikt nie mylił swojej funkcji. Woda
nie próbowała być kamieniem. Kamień nie próbował być wodą. A
cień nie próbował świecić.
— Za dobrze — szepnęła Rudka, marszcząc pyszczek.
— Za równo — odpowiedziała druga.
— Za poprawnie — dodała trzecia, która bardzo nie ufała
poprawności.
17ZIELONY KRĄG
Staruch Szyszka uniósł głowę znad herbaty i spojrzał na las
uważniej niż zwykle.
Bo kiedy wszystko działa idealnie… to znaczy, że ktoś bardzo
pilnuje, żeby tak było. A jeśli ktoś pilnuje, to znaczy, że może też
przestać.
Wiewiórki oczywiście uznały, że to one pilnują.
— My tu zarządzamy równowagą! — ogłosiła Rudka, stając na
dwóch łapkach.
— Dział Światła!
— Dział Cienia!
— Dział Wody!
— Dział Kamieni!
W tym momencie jeden kamień poturlał się o dwa centymetry.
Wiewiórki zamarły. Kamień przestał się toczyć.
— To był test — powiedziała Rudka poważnie.
— Oficjalnie ogłaszam: Kamień Zdał — potwierdziła druga.
Staruch Szyszka nie powiedział nic. Bo wiedział, że równowaga
świata nie działa sama z siebie.
I tak to już jest, że gdy wszystko działa podejrzanie dobrze, to
znaczy, że ktoś czuwa. I nie są to wiewiórki, choć bardzo by chciały.
Pamiętacie, gdy wspomnieliśmy o duchach?
Elaine — Duch Światła i Ciepła Poranka
Każdego ranka Elaine była tam pierwsza. Nie dlatego, że las jej
potrzebował. Las budził się sam, tak jak zawsze — w swoim
naturalnym rytmie. Jednak przy niej budził się spokojniej.
Elaine nie mówiła. Lecz doskonale umiała się porozumiewać.
Zamiast słów nuciła cicho melodię, tak lekką, że można było pomylić
ją z drżeniem liści albo z echem wspomnienia nocnego zaśpiewu
słowika.
18Tajemnica dziewięciu kamieni
Jej pieśń nie należała ani do dnia, ani do nocy. Była czymś
pomiędzy. Czymś, co sprawiało, że poranek nie bał się nadejść.
A jeśli ktoś zatrzymał się na chwilę — naprawdę się zatrzymał —
mógł ją usłyszeć. Nie uszami, lecz głębiej. Jakby coś w nim samym
przypominało sobie melodię, którą jakimś dziwnym trafem znało się
od zawsze.
I wtedy trudno było powiedzieć, czy to Elaine śpiewała dla lasu…
czy las śpiewał razem z nią.
Azrael — Strażnik Cienia i Snów
Azrael pojawiał się, gdy dzień odchodził, a świat zaczynał mówić
szeptem. Wtedy noc przychodziła za nim. Sunęła cicho jego śladem
— spokojna, głęboka, pełna snu. Nie nagle, nie gwałtownie, lecz
powoli, tak by świat mógł sam i bez lęku zamknąć oczy.
Azrael był wysoki i nieruchomy, a jego płaszcz tak ciemny i ciężki,
że zdawał się okrywać wszystko ciszą. Nie po to, by coś ukryć. Istniał
po to, by pozwolić światu odpocząć.
Azrael nie istniał w pośpiechu. Nie musiał. Jego obecność
sprawiała, że nawet najbardziej niespokojne liście przestawały drżeć, a
radośnie rozbiegane króliki układały się cicho w swoich norkach.
Śmiesznostki trochę się go bały, choć wszystkim powtarzały, że
wcale tak nie jest. Czasem nawet robiły mu psikusy. Gdy był
odwrócony, siedząc na pobliskiej gałęzi, wrzucały mu do kaptura
orzeszki. Brzęczały cicho przy każdym jego kroku, zdradzając psotę.
Azrael udawał, że tego nie zauważa.
Ale bywały momenty, kiedy cień pod jego kapturem potrafił
zadrżeć niemal niezauważalnie. Jakby pod jego płaszczem na krótką
chwilę zamieszkał wiewiórczy chichot.
19ZIELONY KRĄG
Nuvial — Pani Wód, Deszczu i Jezior
Nuvial rzadko stała w miejscu. Najczęściej można było znaleźć ją na
brzegu jeziora, z nogami zanurzonymi w wodzie, którą poruszała bez
powodu. Lubiła patrzeć, jak wszystko się zmienia. Jak świat drży w
odbiciu jeziora. I jak jedno, najmniejsze poruszenie potrafi zmienić
wszystko inne.
Nie przynosiła wody. To woda cieszyła się, że może być przy niej.
Kiedy się śmiała, powierzchnia jeziora drżała z radości. Kiedy
biegła, fale biegły za nią, jakby nie chciały zostać w tyle. Czasem
chlapała stopami tak mocno, że krople leciały wysoko w powietrze.
Lśniły w świetle jak małe, migoczące gwiazdy.
Deszcz przy niej nigdy nie był smutny. Krople spadały żywo,
skakały po liściach i zbierały się w kałużach. A w każdej kałuży można
było zobaczyć niebo.
Nuvial nie bała się błota. Nuvial uważała, że błoto to życie!
Jej najwierniejszym towarzyszem był Książę Bez Królestwa —
żaba, która twierdziła, że kiedyś była księciem, lecz ktoś pocałował ją…
w odwrotny sposób. Ale tę historię opowiemy kiedy indziej.
— To niegodne — mówił czasem Książę, kiedy Nuvial chlapała
wodą na wszystkie strony.
— To wspaniałe! — odpowiadała Nuvial i chlapała jeszcze
mocniej.
A wtedy Książę milkł i chował się pod liściem. Choć tak naprawdę
nigdy nie znikał.
Przy Nuvial nawet Książę Bez Królestwa wiedział, że radość
potrafi przychodzić w najmniejszych chwilach. Że czasem wystarczy
jedna kropla, żeby przypomnieć światu, że żyje.
20Tajemnica dziewięciu kamieni
Erem — Strażnik Czasu i Kamieni
Erem nie pojawiał się nagle. On po prostu był. Od zawsze.
Przesiadywał całe dnie przy kamieniach, które pamiętały więcej, niż
ktokolwiek potrafił opowiedzieć. Czas przy nim nie płynął szybciej
ani wolniej. Czas przy nim był sobą.
Erem miał gęstą brodę i oczy w kolorze bursztynu, w których
odbijało się coś bardzo, bardzo starego. Patrzył tak, jak patrzą
kamienie. Posągowo, mimo zgiełku wokół. Wiedział, że wszystko ma
swój moment. Że nic, co naprawdę ważne, nie dzieje się za wcześnie
ani za późno.
Bywały chwile, że gdy siedział tak nieruchomo, mech zaczynał
rosnąć na jego ramionach. Wyrastał spod jego pach. Zaglądał do
brody. A czasem, zupełnie bez pośpiechu, pojawiał się także w jego
nosie. Małe istoty przestawały wtedy odróżniać go od starego pnia.
Nie przeszkadzało mu to.
Bo Erem był cierpliwością.
To właśnie on strzegł zielonych kamieni mocy. Dziewięciu
klejnotów, które istniały od początku — zanim ktokolwiek pamiętał
— i w których spoczywała równowaga świata i natury. Dzięki nim
świat pozostawał sobą.
Każdy kamień pulsował cicho w miejscu, które było dla niego
domem. Jeden spoczywał przy jeziorze. Inny ukryty był pod warstwą
liści. Jeszcze inny czuwał wysoko, w koronach drzew. Pulsowały nie
światłem i nie dźwiękiem, lecz niewidzialną obecnością.
Kamienie były Eremowi bliskie jak własne serce. Ale nie należały
do niego — należały do świata. On był tylko tym, który przy nich
trwał.
Erem wiedział coś, czego inni dopiero mieli się nauczyć. Że
wszystko, co istnieje, potrzebuje czasu. I że czas nie jest wrogiem. Czas
jest opiekunem.
21ZIELONY KRĄG
Tak cztery opiekuńcze duchy czuwały nad równowagą świata.
Elaine, cicha obecność światła poranka. Azrael, za którym
przychodziła noc i przynosiła odpoczynek. Nuvial, która
przypominała światu, że życie jest ruchem, śmiechem, kroplą wody i
błotem pod stopami. I Erem, który strzegł kamieni i nauczył świat
postrzegać czas jako sprzymierzeńca.
Otaczali wszystkie stworzenia opieką, dbając o naturalny porządek
świata. Dzięki temu kamienie pulsowały zieloną energią i były
dokładnie tam, gdzie powinny być.
A Staruch Szyszka niezmiennie krążył po lesie z miną mówiącą:
„wszystko pod kontrolą”. Choć zwykle nic nie było pod kontrolą…
***
Zielony Krąg to nie tylko cztery duchy i Staruch Szyszka. To osobliwe
zgromadzenie przeróżnych istot i stworzeń było jak wielka rodzina…
bardzo duża, bardzo głośna i z bardzo różnymi pomysłami na życie. A
każdy z członków miał jedną przypisaną mu, bardzo ważną rolę.
Na przykład Pan Pniak, Oficjalny Nadzorca Drzemek. Jego
obowiązkiem było sprawdzanie, czy wszystkie stworzenia mają
codziennie przynajmniej pół godziny drzemki. Problem w tym, że
Pan Pniak brał swoje zadanie bardzo poważnie. Potrafił usnąć w
połowie zdania, w połowie drogi, a raz nawet w połowie śniadania.
Kiedy ktoś go budził, mówił tylko: „Ciszej! Przecież ja właśnie
pracuję!”
Była też Koniczyna Trzecia — wróżka odpowiedzialna za Szczęście
Losowe. W zakonnych księgach wyglądało to dobrze, ale w praktyce…
cóż. Jeśli komuś udało się znaleźć orzeszka, to następnego dnia mógł
się potknąć o własny ogon. Koniczyna twierdziła, że „szczęście to
balans”, ale wszyscy podejrzewali, że po prostu lubi chaos.
Śmiesznostki raz zapytały ją, czy to ona sprawiła, że jeden dzięcioł
uderzył czołem w swoje własne drzewo. Odpowiedziała: „Przypadek.
22Tajemnica dziewięciu kamieni
Ale jaki piękny!”
W Kręgu działał także Borsuk Archiborsuk, Archiwista Dziur i
Tuneli. Prowadził mapę wszystkich norek w lesie, ale miał poważny
problem — nie pamiętał, gdzie ją zakopał. Twierdził, że „tak jest
bezpieczniej”. Do dziś nikt nie wie, czy to prawda, czy po prostu
znowu ją zgubił.
Był też Jeż Bolesław. Bolesław zbierał jabłka. Duże jabłka. Małe
jabłka. Krzywe jabłka. Jabłka, które wyglądały, jakby miały bardzo
ważne sprawy do załatwienia. Układał je w stosik, patrzył na nie i
kiwał głową, jakby wszystko było zgodnie z planem. Problem polegał
na tym, że jeże nie jedzą jabłek. Jedzą robaki. Wszystkie dzieci o tym
wiedzą! Ale Bolesław najwyraźniej miał swoje powody.
Czasem próbował nieść trzy jabłka naraz, potykał się o własne
krótkie łapki, przewracał na pupę, patrzył szybko w lewo i w prawo…
i udawał, że właśnie tak miało być.
Ważną członkinią była Wiewiórka Matylda, której zadaniem było
zakopywanie orzechów. Zakopywała je bardzo starannie. Potem
robiła minę, jakby była najinteligentniejszą wiewiórką w historii
wszystkich wiewiórek. Po czym odchodziła. Po pięciu sekundach
wracała i szeptała do ziemi:
— Gdzie jesteś, Orzeszku?
Raz próbowała wykopać orzech tak szybko, że przekoziołkowała
przez własny ogon i wylądowała na plecach. Leżała wtedy chwilę
nieruchomo. Patrzyła w niebo. Po czym wstała, otrzepała się i
powiedziała:
— Przeprowadzałam kontrolę, proszę się nie interesować.
Sprawdzałam coś. Omówimy to na jutrzejszym Daily.
I w całej swojej niepamięci nawet nie wiedziała, że była głównym
zasadzaczem drzew.
Pani Kiełkowska opiekowała się młodzieżą. Pochylała się
codziennie nad najmniejszymi kiełkami i szeptała:
23ZIELONY KRĄG
— Jesteś drzewem. Wierzę w ciebie.
Śmiesznostki obserwowały to wszystko z gałęzi. Czasem
chichotały tak bardzo, że spadały z drzewa. Udawały wtedy, że same
chciały spaść.
W Zielonym Kręgu, poza Staruchem Szyszką i nieliczną garstką
jego uczniów, nikt nie umiał pisać. Dlatego historie, które znamy,
najczęściej były przekazywane ustnie. Natomiast to, co się zachowało,
to część oficjalnej listy funkcji Zielonego Kręgu. Nikt nie wiedział,
kto ją napisał, bo nikt nie pamiętał, żeby taką listę tworzył. Była
wyryta na kawałku starej kory, trochę krzywo, trochę nierówno, jakby
ktoś w połowie pisania przypomniał sobie o czymś ważniejszym i już
nie wrócił, żeby poprawić resztę.
Śmiesznostki znalazły ją zupełnie przypadkiem. To znaczy —
niezupełnie przypadkiem. Spadły na nią.
— Oooo! — zapiszczała pierwsza, podnosząc korę. — To wygląda
bardzo oficjalnie.
— Przeczytaj! — powiedziała druga, robiąc minę kogoś, kto zaraz
dowie się czegoś niezwykle ważnego.
Pierwsza odchrząknęła poważnie. Bardzo poważnie. Tak
poważnie, jak tylko potrafi wiewiórka.
— Koordynatorka do spraw Nut, Które Ptaki Zaśpiewały
Fałszywie.
Obie spojrzały na siebie.
— To chyba o Jerzyku — szepnęła druga.
— On zawsze fałszuje — potwierdziła pierwsza.
Czytała dalej.
— Koordynator do spraw Rzeczy Zgubionych przez Turystów,
Których Nikt Nie Zabiera.
— To ja raz znalazłam skarpetkę — powiedziała druga.
— I co z nią zrobiłaś?
— Zakopałam.
24Tajemnica dziewięciu kamieni
— Dlaczego?
— Bo wyglądała podejrzanie.
Pierwsza pokiwała głową. To miało sens. Czytała dalej.
— Specjalista do spraw Patyków, Które Idealnie Nadają Się do
Turlania.
Obie natychmiast spojrzały na patyk leżący obok. Popchnęły go.
Poturlał się kawałek. Obie wybuchnęły chichotem.
— Działa! — zapiszczała druga.
Pierwsza czytała dalej, coraz bardziej przejęta.
— Opiekun Miejsc Idealnych do Siedzenia na Pupie.
Obie natychmiast usiadły. Jedna podskoczyła.
— Tu jest szyszka!
— Może nas testował… Szyszko, w sensie — powiedziała druga
poważnie.
Czytała dalej.
— Specjalistka do spraw Kiełków, Które Jeszcze Nie Wiedzą, Że
Są Drzewami.
Obie zamilkły na chwilę. Spojrzały na mały kiełek obok. Nachyliły
się nad nim. I szepnęły razem:
— Jeszcze nie wiesz.