Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ziemia obiecana - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3391 pkt
punktów Virtualo

Ziemia obiecana - ebook

Schyłek XIX wieku, Łódź. Trzej przyjaciele, Karol Borowiecki, Maks Baum i Moryc Welt, postanawiają założyć własną fabrykę włókienniczą, chcąc jak najszybciej dorobić się zawrotnej fortuny. Mimo wielu przeciwności losu odnoszą sukces, lecz tuż po otwarciu w fabryce wybucha pożar. Prawdopodobnie nie jest to przypadek… Borowiecki wkrótce obmyśla nowy plan i szybko pnie się w górę – porzuca młodzieńczą miłość, dawne ideały i staje się bezdusznym kapitalistą.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68758-62-7
Rozmiar pliku: 4,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Łódź się budziła.

Pierw­szy wrza­skliwy świst fabryczny roz­darł ciszę wcze­snego poranku, a za nim we wszyst­kich stro­nach mia­sta zaczęły się zry­wać coraz zgieł­kli­wiej inne i darły się chra­pli­wymi, nie­sfor­nymi gło­sami, niby chór potwor­nych kogu­tów pie­ją­cych meta­lo­wymi gar­dzie­lami hasło do pracy.

Olbrzy­mie fabryki, któ­rych dłu­gie, czarne ciel­ska i wysmu­kłe szyje kominy maja­czyły w nocy, w mgle i w desz­czu, budziły się z wolna, buchały pło­mie­niami ognisk, oddy­chały kłę­bami dymów, zaczy­nały żyć i poru­szać się w ciem­no­ściach, jakie jesz­cze zale­gały zie­mię.

Deszcz drobny, mar­cowy deszcz pomie­szany ze śnie­giem padał wciąż i roz­włó­czył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bęb­nił w bla­szane dachy i spły­wał z nich pro­sto na tro­tu­ary, na ulice czarne i pełne grzą­skiego błota, na nagie drzewa przy­tu­lone do dłu­gich murów, drżące z zimna, tar­gane wia­trem, co zry­wał się gdzieś z pól prze­mię­kłych i prze­wa­lał się ciężko błot­ni­stymi uli­cami mia­sta, wstrzą­sał par­ka­nami, pró­bo­wał dachów i opa­dał w błoto, i szu­miał mię­dzy gałę­ziami drzew, i bił nimi w szyby niskiego par­te­ro­wego domu, w któ­rym nagle zabły­sło świa­tło.

Boro­wiecki się obu­dził, zapa­lił świecę i rów­no­cze­śnie budzik zaczął dzwo­nić gwał­tow­nie, wska­zu­jąc piątą.

– Mate­usz, her­bata! – krzyk­nął do wcho­dzą­cego lokaja.

– Wszystko gotowe.

– Pano­wie śpią jesz­cze?

– Zaraz będę budził, jeśli pan dyrek­tor każe, bo pan Moryc mówił wie­czo­rem, że chce dzi­siaj spać dłu­żej.

– Idź obudź.

– Klu­cze już brali?

– Sam Szwarc wstę­po­wał.

– Tele­fo­no­wał kto w nocy?

– Kunke był na dyżu­rze, ale odcho­dząc, nic mi nie mówił.

– Co sły­chać na mie­ście? – pytał prędko, prę­dzej jesz­cze się ubie­ra­jąc.

– A nic, ino zaś na Gaje­row­skim Rynku zaźgali robot­nika.

– Dosyć, ruszaj.

– Ale spa­liła się też fabryka Gold­berga, na Cegiel­nia­nej. Nasza straż jeź­dziła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni poszedł ogień.

– Cóż wię­cej?

– A nic, wszystko poszło _fein_, na glanc. – Zaśmiał się recho­cząco.

– Nale­waj her­batę, ja sam obu­dzę pana Moryca.

Ubrał się i poszedł do sąsied­nich poko­jów, prze­cho­dząc przez sto­łowy, w któ­rym wisząca u sufitu lampa roz­rzu­cała ostre, białe świa­tło na stół okrą­gły, nakryty obru­sem i zasta­wiony fili­żan­kami i na samo­war błysz­czący.

– Maks, piąta godzina, wsta­waj! – zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi do ciem­nego pokoju, z któ­rego buch­nęło duszne, prze­sy­cone zapa­chem fioł­ków powie­trze.

Maks się nie ode­zwał, tylko łóżko zaczęło trzesz­czeć i skrzy­pieć.

– Moryc! – zawo­łał do dru­giego pokoju.

– Nie śpię. Nie spa­łem całą noc.

– Dla­czego?

– Myśla­łem o tym naszym inte­re­sie, tro­chę sobie obli­cza­łem i tak zeszło.

– Wiesz, Gold­berg się spa­lił dzi­siaj w nocy i to zupeł­nie na glanc, jak Mate­usz mówi…

– Dla mnie to nie nowina – odpo­wie­dział, zie­wa­jąc.

– Skąd wie­dzia­łeś?

– Ja mie­siąc temu wie­dzia­łem, że on się potrze­buje spa­lić. Dzi­wi­łem się nawet, że tak długo zwleka, prze­cież pro­cen­tów mu nie dadzą od ase­ku­ra­cji.

– Miał dużo towaru?

– Miał dużo zaase­ku­ro­wane…

– Bilans sobie wyrów­nał.

Roze­śmiali się obaj szcze­rze.

Boro­wiecki wró­cił do sto­ło­wego i pił her­batę, a Moryc, jak zwy­kle, szu­kał po całym pokoju róż­nych czę­ści gar­de­roby i wymy­ślał Mate­uszowi.

– Ja tobie zbiję ładny kawa­łek pyska, ja ci z niego czer­wony bar­chan zro­bię, jak mi nie będziesz skła­dał wszyst­kiego porząd­nie.

– _Mor­gen_! – krzyk­nął prze­bu­dzony wresz­cie Maks.

– Nie wsta­jesz? Już po pią­tej.

Odpo­wiedź zagłu­szyły świ­stawki, które się roz­le­gły jakby tuż nad domem i ryczały przez kil­ka­na­ście sekund z taką siłą, aż szyby brzę­czały w oknach.

Moryc, w bie­liź­nie tylko, z pal­tem na ramio­nach, usiadł przed pie­cem, w któ­rym wesoło trza­skały szczapy smolne.

– Nie wycho­dzisz?

– Nie. Mia­łem jechać do Toma­szowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu spro­wa­dzić nowe grę­ple, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się.

– Maks, także zosta­jesz w domu?

– Gdzie się będę spie­szył? Do tej par­szy­wej budy? A zresztą wczo­raj się z fatrem pożar­łem.

– Maks, ty źle skoń­czysz przez to żar­cie się cią­głe ze wszyst­kimi! – mruk­nął nie­chęt­nie i surowo Moryc, roz­grze­bu­jąc pogrze­ba­czem ogień.

– Co cię to obcho­dzi! – krzyk­nął głos z dru­giego pokoju.

Łóżko zatrzesz­czało gwał­tow­nie i w drzwiach uka­zała się wielka figura Maksa w bie­liź­nie tylko i w pan­to­flach.

– A wła­śnie, że mnie to bar­dzo obcho­dzi.

– Daj mi spo­kój, nie iry­tuj mnie. Karol mnie obu­dził dia­bli wie­dzą po co, a ten znowu pysko­wać zaczyna.

Gadał gło­śno, niskim, sil­nie brzmią­cym gło­sem.

Cof­nął się do swo­jego pokoju i po chwili wyniósł całą gar­de­robę, rzu­cił ją na dywan i z wolna się ubie­rał.

– Ty nam psu­jesz inte­res tym swoim żar­ciem – zaczął znowu Moryc, wci­ska­jąc złote bino­kle na swój suchy semicki nos, bo mu się cią­gle zsu­wały.

– Gdzie? Co? Jak?

– Wszę­dzie. Wczo­raj u Blu­men­ta­lów powie­dzia­łeś gło­śno, że więk­szość naszych fabry­kan­tów to pro­ści zło­dzieje i oszu­ści.

– Powie­dzia­łem, a jakże i zawsze to będę mówił.

Jakiś nie­chętny, pogar­dliwy uśmiech prze­le­ciał mu po twa­rzy, gdy patrzył na Moryca.

– Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja ci powia­dam.

– Dla­czego? – zapy­tał cicho i oparł się o stół.

– Ja ci powiem, jeśli tego nie rozu­miesz. Przede wszyst­kim, co ci do tego? Co cię to obcho­dzi, czy oni są zło­dzieje, czy porządni ludzie? My wszy­scy razem jeste­śmy tu po to w Łodzi, żeby zro­bić geszeft, żeby zaro­bić dobrze. Nikt z nas tutaj wie­ko­wać nie będzie. A każdy robi pie­nią­dze, jak może i jak umie. Ty jesteś czer­wony, ty jesteś rady­kał pąs numer cztery.

– Ja jestem uczciwy czło­wiek – burk­nął tam­ten, nale­wa­jąc sobie her­batę.

Boro­wiecki, oparty o stół łok­ciami, uto­pił twarz w dło­niach i słu­chał.

Moryc na odpo­wiedź usły­szaną odwró­cił się gwał­tow­nie, aż bino­kle mu spa­dły i ude­rzyły w poręcz krze­sła, popa­trzył na Maksa z uśmie­chem gry­zą­cej iro­nii na wąskich ustach, pogła­dził cien­kimi pal­cami, na któ­rych skrzyły się bry­lan­towe pier­ścionki, rzadką, czarną jak smoła brodę i szep­nął drwiąco:

– Nie gadaj, Maks, głupstw. Tu cho­dzi o pie­nią­dze. Tu cho­dzi, żebyś nie wyjeż­dżał z tymi oskar­że­niami publicz­nie, bo to naszemu kre­dy­towi może zaszko­dzić. My mamy zało­żyć fabrykę we trzech, my nic nie mamy, to my potrze­bu­jemy mieć kre­dyt i zaufa­nie u tych, co go nam dadzą. My teraz potrze­bu­jemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Bor­man powie: „Podła Łódź”, to mu powiedz, że jest cztery razy podłą – jemu trzeba przy­ta­ki­wać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powie­dział do Knolla? Że jest głupi cham. Czło­wieku, on nie jest głupi, bo on ze swo­jej mózgow­nicy wycią­gnął miliony, on te miliony ma, a my je także chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pie­nią­dze, a teraz trzeba sie­dzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie mam racji, mnie idzie prze­cież o przy­szłość nas trzech.

– Moryc ma zupełną pra­wie słusz­ność – powie­dział twardo Boro­wiecki, pod­no­sząc zimne, szare oczy na wzbu­rzo­nego Maksa.

– Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale nie zapo­mi­naj­cie, że jestem uczciwy czło­wiek.

– Fra­zes, stary, wytarty fra­zes!

– Moryc, ty jesteś podły żydziak! – wykrzyk­nął gwał­tow­nie Baum.

– A ty jesteś głupi, sen­ty­men­talny Nie­miec.

– Kłó­ci­cie się o wyrazy – ozwał się chłodno Boro­wiecki i zaczął wdzie­wać palto. – Żałuję, że nie mogę zostać z wami, ale pusz­czam w ruch nową dru­kar­nię.

– Nasza wczo­raj­sza roz­mowa na czym sta­nęła? – zapy­tał spo­koj­nie już Baum.

– Zakła­damy fabrykę.

– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. – Zaśmiał się gło­śno.

– To razem wła­śnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby zało­żyć wielką fabrykę. Cóż stra­cimy? Zaro­bić zawsze można – dorzu­cił po chwili. – Zresztą, albo robimy inte­res, albo inte­resu nie robimy. Powiedz­cie raz jesz­cze.

– Robimy, robimy! – powtó­rzyli obaj.

– Co to, Gold­berg się spa­lił? – zapy­tał Baum.

– Tak, zro­bił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi miliony.

– Albo skoń­czy w kry­mi­nale.

– Głu­pie słowo! – żach­nął się nie­cier­pli­wie Moryc. – Ty sobie takie rze­czy gadaj w Ber­li­nie, w Paryżu, w War­sza­wie, ale w Łodzi nie gadaj. To nie­przy­jemne słowa, nam oszczędź ich.

Maks się nie ode­zwał.

Świ­stawki znowu zaczęły pod­no­sić swoje prze­ni­kliwe, dener­wu­jące głosy i śpie­wały coraz potęż­niej hej­nał poranny.

– No, muszę już iść. Do widze­nia, wspól­nicy, nie kłóć­cie się, idź­cie spać i śnij­cie o tych milio­nach, jakie zro­bimy.

– Zro­bimy!

– Zro­bimy! – powie­dzieli razem.

Uści­snęli sobie mocno, po przy­ja­ciel­sku dło­nie.

– Zapi­sać trzeba dzi­siej­szą datę; będzie ona dla nas bar­dzo pamiętną.

– Dodaj tam, Mak­sie, taki nawias, kto z nas naj­pierw zechce okpić dru­gich.

– Ty, Boro­wiecki, jesteś szlach­cic, masz na bile­tach wizy­to­wych herb, kła­dłeś nawet na pro­ku­rze swoje _von_, a jesteś naj­więk­szym z nas wszyst­kich Lodzer­men­schem – szep­nął Moryc.

– A ty nim nie jesteś?

– Ja przede wszyst­kim mówić o tym nie potrze­buję, bo ja potrze­buję zro­bić pie­nią­dze. Wy i Niemcy to dobre narody, ale do gada­nia.

Boro­wiecki pod­niósł koł­nierz, poza­pi­nał się sta­ran­nie i wyszedł.

Deszcz mżył bez­u­stan­nie i zaci­nał sko­śnie, aż do pół okien małych dom­ków, co w tym końcu Piotr­kow­skiej ulicy stały gęsto przy sobie, gdzie­nie­gdzie tylko jakby roze­pchnięte olbrzy­mem fabrycz­nym lub wspa­nia­łym pała­cem fabry­kanta.

Sze­regi niskich lip na tro­tu­arze gięły się auto­ma­tycz­nie pod ude­rze­niem wia­tru, który hulał po błot­ni­stej, pra­wie czar­nej ulicy, bo rzad­kie latar­nie roz­sie­wały tylko koła nie­wiel­kie żół­tego świa­tła, w któ­rym błysz­czało czarne, lep­kie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy wiel­kiej a z pośpie­chem sza­lo­nym bie­gną­cych na głos tych świ­sta­wek, co teraz coraz rza­dziej odzy­wały się dokoła.

– Zro­bimy? – powtó­rzył Boro­wiecki, przy­sta­jąc i topiąc spoj­rze­nie w tym cha­osie komi­nów, maja­czą­cych w ciem­no­ści; w tej masie czar­nej, nie­ru­cho­mej, dzi­kiej jakimś kamien­nym spo­ko­jem fabryk, co stały wszę­dzie i ze wszyst­kich stron zdały się wyra­stać przed nim czer­wo­nymi, potęż­nymi murami.

– _Mor­gen_! – rzu­cił ktoś sto­ją­cemu, bie­gnąc dalej.

– _Mor­gen_… – szep­nął i poszedł wol­niej.

Gry­zły go wąt­pli­wo­ści, tysiące myśli, cyfr, przy­pusz­czeń i kom­bi­na­cji prze­wi­jało mu się pod czaszką, zapo­mi­nał pra­wie, gdzie jest i dokąd idzie.

Tysiące robot­ni­ków, niby ciche, czarne roje, wypeł­zło nagle z bocz­nych uli­czek, które wyglą­dały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krań­cach mia­sta niby wiel­kie śmiet­ni­ska – napeł­niło Piotr­kow­ską szme­rem kro­ków, brzę­kiem bla­sza­nek błysz­czą­cych w świe­tle latarń, stu­kiem suchym drew­nia­nych pode­szew tre­pów i gwa­rem jakimś sen­nym oraz chlu­po­tem błota pod nogami.

Zale­wali całą ulicę, szli ze wszyst­kich stron, zapeł­niali tro­tu­ary, czła­pali środ­kiem ulicy, peł­nej czar­nych kałuż wody i błota. Jedni usta­wiali się bez­ład­nymi kupami przed bra­mami fabryk, dru­dzy, usze­re­go­wani w dłu­giego węża, zni­kali w bra­mach, jakby poły­kani z wolna przez bucha­jące świa­tłem wnę­trza.

W ciem­nych głę­biach zaczęły buchać świa­tła. Czarne, mil­czące czwo­ro­boki fabryk bły­skały nagle set­kami pło­mien­nych okien i niby ogni­stymi śle­piami świe­ciły. Elek­tryczne słońca nagle zawi­sały w cie­niach i skrzyły się w próżni.

Białe dymy zaczęły bić z komi­nów i roz­włó­czyć się pomię­dzy tym potęż­nym kamien­nym lasem, co tysią­cami kolumn zda­wał się pod­pie­rać i jakby chwiał się w drga­niach świa­tła elek­trycz­nego.

Ulice opu­sto­szały, gaszono latar­nie, ostat­nie świ­stawki prze­brzmiały, cisza pełna chlu­potu desz­czu, coraz cich­szych poświ­sty­wań wia­tru roz­włó­czyła się po ulicy.

Otwie­rano szynki i pie­kar­nie, a gdzie­nie­gdzie, w jakimś okienku na pod­da­szu lub w sute­ry­nach, do któ­rych sączyło się uliczne błoto, bły­skały świa­tła.

Tylko w set­kach fabryk wrzało życie wysi­lone, gorącz­kowe; głu­chy łoskot maszyn drżał w powie­trzu mgli­stym i obi­jał się o uszy Boro­wiec­kiego, który wciąż spa­ce­ro­wał po ulicy i patrzył w okna fabryk, za któ­rymi ryso­wały się czarne syl­wetki robot­ni­ków lub olbrzy­mie kon­tury maszyn.

Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze tak cho­dzić i myśleć o tej przy­szłej fabryce, urzą­dzać ją, pusz­czać w ruch, pil­no­wać. Tak się zata­piał w tym roz­ma­rze­niu, że chwi­lami naj­wy­raź­niej sły­szał około sie­bie i czuł tę przy­szłą fabrykę. Widział stosy mate­ria­łów, widział kan­tor, kupu­ją­cych, sza­lony ruch, jaki pano­wał. Czuł jakąś wielką falę bogactw pły­nącą mu pod stopy.

Uśmie­chał się bez­wied­nie, oczy mu wil­got­nymi bla­skami świe­ciły, na bladą, piękną twarz wystę­po­wały rumieńce głę­bo­kiej rado­ści. Pogła­dził ner­wowo brodę mokrą od desz­czu i oprzy­tom­niał.

– Co za głup­stwo – szep­nął nie­chęt­nie i obej­rzał się dokoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej chwi­lo­wej sła­bo­ści.

Nie było nikogo, ale już sza­rzało, ze sła­bego, prze­mglo­nego świtu zaczy­nały powoli wychy­lać się kon­tury drzew, fabryk i domów.

Piotr­kow­ską zaczy­nały cią­gnąć od roga­tek sznury chłop­skich wozów, od mia­sta tur­ko­tały po wybo­jach olbrzy­mie wozy towa­rowe łado­wane węglem i plat­formy nałado­wane przę­dzą, bawełną w belach, suro­wym towa­rem lub becz­kami, a pomię­dzy nimi prze­my­kały pospiesz­nie małe bryczki lub powo­ziki fabry­kan­tów spie­szą­cych do zajęć lub tłu­kła się z hała­sem dorożka wio­ząca zapóź­nio­nego ofi­cja­li­stę.

Boro­wiecki przy końcu Piotr­kow­skiej skrę­cił na lewo, w małą, nie­bru­ko­waną uliczkę, oświe­tloną kil­koma latar­niami na sznu­rach i olbrzy­mią fabryką, która już szła. Długi czte­ro­pię­trowy budy­nek świe­cił wszyst­kimi oknami.

Prze­brał się szybko w zafar­bo­waną, brudną bluzę i pobiegł do swo­jego oddziału.II

– Mur­ray, dzień dobry! – krzyk­nął Boro­wiecki.

Mur­ray, okrę­cony w długi, nie­bie­ski far­tuch, wysu­nął się spoza rzę­dów rucho­mych kotłów, w któ­rych się goto­wały i robiły farby. W mdłym świe­tle elek­trycz­nym, prze­sy­co­nym kolo­ro­wymi parami, jego długa, kości­sta twarz sta­ran­nie wygo­lona i świe­cąca bladonie­bie­skimi, jakby wypeł­złymi oczami, robiła wra­że­nie kary­ka­tury z „Pun­cha”¹.

– A, Boro­wiecki! Chcia­łem widzieć pana, byłem u was wie­czo­rem, zasta­łem Moryca, ale że ja go nie cier­pię, nie cze­ka­łem.

– Dobry chło­pak.

– Co mi do jego dobroci! Nie cier­pię jego rasy.

– Dru­kują już pięć­dzie­siąty siódmy numer?

– Dru­kują. Wyda­łem farbę.

– Trzyma się?

– Pierw­sze metry nieco lako­wała. Przy­słali z cen­trali zamó­wie­nie na pięć­set sztuk tej pań­skiej lamy.

– Aha, dwu­dzie­sty czwarty numer, sele­dy­nowa.

– I z filii Bech tele­fo­no­wał o to samo. Czy będziemy robić?

– Dzi­siaj już nie. Mamy bojki pilne, mamy jesz­cze pil­niej­sze do dru­ko­wa­nia te let­nie korty.

– Tele­fo­no­wali o bar­chan numer siódmy.

– W apre­tu­rze. Muszę tam zaraz iść.

– Chcia­łem panu coś powie­dzieć…

– Słu­cham, słu­cham! – szep­nął grzecz­nie, ale z pewną nie­chę­cią.

Mur­ray ujął go pod rękę i odpro­wa­dził w kąt za wiel­kie beczki, z któ­rych co chwila czer­pano farby.

Kuch­nia, bo tak nazy­wano tę salę, tonęła w zmroku. Pod oka­pami wiszą­cymi nisko, niby pod sta­lo­wymi para­so­lami krę­ciły się wolno, auto­ma­tycz­nie, sze­ro­kie mie­dziane mie­sza­dła, prze­gar­nia­jące farby w wiel­kich kotłach, błysz­czą­cych mie­dzią pole­ro­waną.

Budy­nek cały drżał od ruchu maszyn.

Dłu­gie trans­mi­sje, niby węże bla­do­żółte, nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści, goniły się z sza­loną szyb­ko­ścią pod sufi­tem, prze­wi­jały się nad podwój­nym sze­re­giem kotłów, peł­zały wzdłuż ścian, krzy­żo­wały się wysoko, led­wie doj­rzane w obłoku gry­zą­cych kolo­ro­wych par, co buchały usta­wicz­nie z kotłów i przy­ciem­niały świa­tło, i ucie­kały wśród murów przez wszyst­kie otwory do innych sal.

Syl­wetki robot­ni­ków w koszu­lach uma­za­nych far­bami prze­my­kały cicho i jak cie­nie ginęły w zmroku, wózki z łosko­tem wjeż­dżały i wyjeż­dżały obła­do­wane far­bami goto­wymi, które wio­zły do dru­karni i far­biarni.

Ostry strasz­li­wie zapach siarki roz­cho­dził się wszę­dzie.

– Kupi­łem wczo­raj meble – szep­tał do ucha Boro­wiec­kiemu. – Uwa­żasz pan, do salo­niku kupi­łem żółte jedwabne w stylu empire. Do jadal­nego obsta­lo­wa­łem dębowe w stylu Hen­ryka IV, a do budu­aru…

– A kie­dyż się pan żeni? – prze­rwał mu dosyć nie­cier­pli­wie.

– No, nie wiem jesz­cze. Cho­ciaż ja chciał­bym jak naj­prę­dzej.

– To już po oświad­czy­nach? – Spoj­rzał dosyć iro­nicz­nie na zgar­bio­nego i dosyć śmiesz­nie wyglą­da­ją­cego Anglika; jego garb wydał mu się teraz potwor­nym, a on sam przy­po­mi­nał małpę tą długą, wysta­jącą szczęką i sze­ro­kimi ustami, nie­zmier­nie ruchli­wymi.

– Tak jakby już. W nie­dzielę wła­śnie powie­działa mi, jak by chciała mieć urzą­dzone miesz­ka­nie. Wypy­ta­łem szcze­gó­łowo, odpo­wia­dała tak, jak odpo­wia­dają kobiety, gdy idzie o ich przy­szłe gospo­dar­stwo.

– Ostat­nim razem myśla­łeś pan tak samo.

– Tak, ale nie mia­łem takiej pew­no­ści ani w poło­wie! – zarę­czał gorąco.

– No, kiedy tak, to win­szuję panu szcze­rze. Kie­dyż poznam narze­czoną?

– Na wszystko przyj­dzie czas, na wszystko.

– Dla­tego też wie­rzę, iż się pan w końcu ożeni – szep­nął drwiąco.

– Może byś pan przy­szedł jutro do mnie, dobrze? Chcia­łem koniecz­nie usły­szeć pań­skie zda­nie o tych meblach.

– Przyjdę.

– Ale kiedy?

– Po obie­dzie.

Mur­ray wró­cił do farb i labo­ra­to­rium, a Boro­wiecki pobiegł dalej do far­biarni przez kory­ta­rze i przej­ścia zapchane wóz­kami nała­do­wa­nymi towa­rem ocie­ka­ją­cym wodą, ludźmi i sto­sami towaru leżą­cego na ziemi w wiel­kich kupach, ocze­ku­ją­cego swo­jej kolei.

Co chwila zastę­po­wano mu drogę z naj­roz­ma­it­szymi inte­re­sami.

Wyda­wał krót­kie roz­kazy, szybko decy­do­wał, pospiesz­nie infor­mo­wał, cza­sem obej­rzał próbkę farby, jaką mu przy­no­sił robot­nik, rzu­cał sta­now­czo:

– Dobre lub jesz­cze – i leciał dalej wśród spoj­rzeń setek robot­ni­czych i szumu fabryki, co niby pie­kło wrzała cha­osem.

Wszystko się trzę­sło; ściany, sufity, maszyny, pod­łogi, huczały motory, świsz­czały prze­ni­kli­wie pasy i trans­mi­sje, tur­ko­tały po asfal­to­wej pod­ło­dze wózki, szczę­kały cza­sem koła roz­pę­dowe, zgrzy­tały tryby, leciały wskroś tego morza roz­bi­tych drgań jakieś krzyki lub roz­le­gał się potężny, huczący oddech maszyny głów­nej.

– Panie Boro­wiecki!

Wytę­żył oczy, bo wśród par, jakie zale­gały całą far­biar­nię, nie było nic pra­wie widać, prócz sła­bych zary­sów maszyn. Nie wie­dział, kto woła.

– Panie Boro­wiecki!

Drgnął, bo go ujęto pod ramię.

– A, pan pre­zes – szep­nął, poznaw­szy wła­ści­ciela fabryki.

– Ja pana gonię, ale pan dobrze ucie­kasz.

– Robota, panie dyrek­to­rze.

– Tak, tak, ja to rozu­miem. Zmę­czy­łem się na śmierć. – Trzy­mał go sil­nie za ramię, zamilkł i dyszał ciężko ze zmę­cze­nia. – Idzie, co? – zapy­tał po chwili.

– Robi się – rzu­cił krótko i szedł naprzód.

Fabry­kant ucze­piony u jego ramie­nia wlókł się ciężko, pod­pie­rał się grubą laską i zgar­biony pra­wie we dwoje pod­no­sił okrą­głe czer­wone oczy jastrzę­bie i twarz dużą, świe­cącą, okrą­głą, ozdo­bioną małymi bacz­kami i wąsami przy­cię­tymi równo.

– Cóż, te wat­sony dobrze dzia­łają?

– Po pięt­na­ście tysięcy metrów dzien­nie dru­kują.

– Mało – mruk­nął cicho, puścił jego ramię i przy­siadł na wózku peł­nym suro­wego per­kalu, obcią­gnął gruby kaftan, w jaki był ubrany, pod­parł się laską i sie­dział.

Boro­wiecki pobiegł do wiel­kich kadzi far­biar­skich, nad któ­rymi na wiel­kich wałach roz­wi­nięte zwoje mate­ria­łów krę­ciły się w kółko i kąpały w far­bie, roz­pry­sku­jąc ją na twa­rze i koszule robot­ni­ków, któ­rzy stali nie­ru­chomo, co chwila czer­piąc z kadzi wodę dło­nią i patrząc, czy jest w niej jesz­cze farba, którą wycią­gał mate­riał.

Kil­ka­dzie­siąt tych wałów usta­wio­nych rzę­dem toczyło się wciąż w kółko, z męczącą jed­no­staj­no­ścią, dłu­gie, poskrę­cane zwoje mate­ria­łów pła­wiły się w far­bach i bły­skały w mgle mato­wymi pla­mami czer­wieni, błę­kitu i ochry.

Z dru­giej strony za podwój­nym rzę­dem żela­znych słu­pów, pod­trzy­mu­ją­cych wyż­sze pię­tra fabryki i roz­ro­śnię­tych gęsto po olbrzy­miej sali, stały płucz­kar­nie; dłu­gie skrzy­nie, pełne wrzą­cej wody pie­nią­cej się sodą, pra­czek mecha­nicz­nych, wyży­ma­czek, mydła, przez które prze­su­wał się surowy mate­riał; bry­zgi roz­bi­tej trze­pacz­kami wody roz­sy­py­wały się na salę i two­rzyły nad pracz­kar­niami tak gęsty tuman, że świa­tła paliły się zale­d­wie jakby odbite w lustrze.

Mecha­niczne odbie­ra­cze szczę­kały, odbie­ra­jąc wyprany już towar na sie­bie, niby na roz­krzy­żo­wane ręce i odda­wały go robot­ni­kom, któ­rzy prę­tami ukła­dali go w wiel­kie fałdy na wózki, pod­su­wane co chwila.

– Panie Boro­wiecki! – zawo­łał fabry­kant do jakie­goś cie­nia, co się wychy­lił z mgieł, ale to nie był Boro­wiecki.

Pod­niósł się i wlókł chore zreu­ma­ty­zmo­wane nogi po sali, kąpał się z roz­ko­szą w tej roz­pa­lo­nej atmos­fe­rze. Zata­piał scho­ro­wane ciało w sali peł­nej opa­rów, ostrych zapa­chów farb, wody pry­ska­ją­cej z płucz­ka­rek i z kadzi, ście­ka­ją­cej z wóz­ków, chlu­pią­cej pod nogami, leją­cej się z sufi­tów, z któ­rych skro­plona para opa­dała pra­wie stru­mie­niami.

Sza­lony, podobny do drga­ją­cego jęku, szczęk cen­try­fugi wycią­ga­ją­cej wodę z mate­ria­łów, prze­ni­kał całe sale, wświ­dro­wy­wał się w nerwy robot­ni­ków pil­nu­ją­cych, wpa­trzo­nych w robotę i pochło­nię­tych zupeł­nie czu­wa­niem nad maszy­nami i roz­bi­jał się o kolo­rowe, powie­wa­jące niby sztan­dary, mate­riały na odbie­ra­czach.

Boro­wiecki teraz był w sąsied­niej sali, gdzie na niskich angiel­skich maszy­nach sta­rego sys­temu far­bo­wano ordy­narny czarny towar na męskie ubra­nia.

Dzień wle­wał się set­kami okien i kładł zie­lo­nawy ton na czarne opary i na robot­ni­ków, co niby kolumny z bazaltu stali nie­ru­chomi, z zało­żo­nymi rękami, wpa­trzeni w maszyny, przez które prze­su­wały się dzie­siątki tysięcy metrów gry­zione przez spie­nioną, bry­zga­jącą, czarną farbę.

Mury drżały cią­gle. Fabryka pra­co­wała wszyst­kimi mię­śniami.

Windy, osa­dzone w murach, łączyły dół fabryki z jej czte­rema pię­trami wierz­chu. Co chwila roz­le­gał się głu­chy szczęk w innej stro­nie sali, to winda brała lub wyrzu­cała z sie­bie wózki, towary, ludzi…

Dzień i do wiel­kiej sali zaczął zaglą­dać, brudne świa­tło wci­skało się przez małe zapo­cone szybki, zasnute bru­dem i parą, wyła­nia­jąc z nich zarysy peł­niej­sze maszyn i ludzi, ale w tym sza­ro­zie­lo­na­wym świe­tle, po któ­rym pły­wały dłu­gie smugi czer­wo­nych opa­rów i gdzie pyliły się nimby gazo­wych świa­teł – i ludzie, i maszyny wyglą­dali jak nie­przy­tomni, jak widzia­dła porwane straszną siłą ruchu; jak jakieś strzępy, pyły, drza­zgi skłę­bione, splą­tane, rzu­cone w wir, który z hukiem się prze­wa­lał.

Her­man Bucholc, wła­ści­ciel fabryki, gdy obej­rzał far­biar­nię, powlókł się dalej. Prze­cho­dził pawi­lony, pod­no­sił się w górę win­dami, scho­dził scho­dami, sunął się dłu­gimi kory­ta­rzami, przy­glą­dał się maszy­nom, oglą­dał towar, rzu­cał cza­sem posęp­nym okiem na ludzi, cza­sem rzekł jakieś krót­kie słowo, które jak bły­ska­wica obla­ty­wało całą fabrykę, odpo­czy­wał na sto­sach sztuk, cza­sem na pro­gach; nik­nął, aby za chwilę poka­zać się w innej stro­nie fabryki, przy skła­dach węgla, pomię­dzy wago­nami, któ­rych rzędy stały z jed­nej strony olbrzy­miego czwo­ro­boku dzie­dzińca, ogro­dzo­nego niby par­ka­nem, murami fabryki.

Był wszę­dzie, a cho­dził jak noc jesienna ponury i mil­czący; gdzie się tylko zja­wił, gdzie prze­szedł, roz­mowy mil­kły, twa­rze się pochy­lały, oczy prze­sta­wały widzieć, posta­cie się zgi­nały i kur­czyły, jakby chcąc ujść spod pro­mie­nia jego oczów.

Spo­ty­kał się kil­ka­krot­nie z Boro­wiec­kim, bie­ga­ją­cym usta­wicz­nie po oddziale.

Spo­glą­dali na sie­bie przy­jaź­nie.

Her­man Bucholc lubił swo­jego dyrek­tora dru­karni, wię­cej, on go sza­co­wał na całe te dzie­sięć tysięcy rubli, jakie mu pła­cił rocz­nie.

„To jest naj­lep­sza moja maszyna w tym oddziale”, myślał, patrząc na niego.

Sam już się nie zaj­mo­wał niczym, zięć pro­wa­dził fabrykę, a on wsku­tek przy­zwy­cza­je­nia całego życia co rano przy­cho­dził do niej razem z robot­ni­kami.

W fabryce jadał śnia­da­nie i prze­sia­dy­wał do połu­dnia, a po obie­dzie, jeśli nie jeź­dził do mia­sta, to łaził po kan­to­rach, skła­dach, maga­zy­nach bawełny.

Nie mógł żyć z dala od tego potęż­nego kró­le­stwa, które stwo­rzył pracą wła­sną całego życia i mocą swo­jego geniu­szu prze­my­sło­wego, musiał czuć pod nogami, w sobie, te roz­tar­gane, trzę­sące się mury; czuł się dopiero dobrze, prze­dzie­ra­jąc się przez przę­dzę trans­mi­sji i pasów, roz­wle­czoną po całej fabryce, wśród ostrych zapa­chów farb, bli­chowni, suro­wego mate­riału i sma­rów roz­grza­nych w tym upale strasz­nym.

Sie­dział teraz w dru­karni i przy­sło­nię­tymi oczyma patrzył na salę, jasno oświe­tloną wiel­kimi oknami, na maszyny dru­kar­skie w ruchu, na te pira­midy żela­zne pra­cu­jące pospiesz­nie i w jakiejś groź­nej ciszy.

Przy każ­dej dru­karce osobna maszyna parowa świ­stała swym kołem pocią­go­wym, które niby srebrne, wypo­le­ro­wane tar­cze migo­tały z taką sza­loną szyb­ko­ścią, że nie można było pochwy­cić kon­tu­rów, a tylko jakiś nimb srebrny wiro­wał dokoła swo­jej osi i roz­py­lał świe­tlany, roz­iskrzony tuman.

Maszyny dzia­łały z nie­usta­ją­cym ani na chwilę pośpie­chem; dłu­gie nie­skoń­cze­nie pasy mate­ria­łów, co się prze­wi­jały pomię­dzy wal­cami mie­dzia­nymi, odci­ska­ją­cymi na nich barwy deseni, ginęły w górze, na wyż­szym pię­trze, w suszarni.

Ludzie z tyłu maszyn pod­kła­da­jący towar do dru­ko­wa­nia poru­szali się sen­nie, a maj­stro­wie stali przed maszy­nami, co chwila któ­ryś się pochy­lał, przy­pa­try­wał wal­com, dole­wał farby z wiel­kich kadzi, patrzył na mate­riał i znowu stał zapa­trzony w te tysiące metrów, bie­gną­cych z sza­lo­nym pośpie­chem.

Boro­wiecki wpa­dał do dru­karni, aby śle­dzić dzia­ła­nie świeżo zamon­to­wa­nych maszyn, porów­ny­wał próbki ze świeżo dru­ko­wa­nymi mate­ria­łami, wyda­wał pole­ce­nia, cza­sem na jego ski­nie­nie zatrzy­mano dzia­ła­jący kolos, oglą­dał szcze­gó­łowo i szedł dalej znowu, bo ten potężny rytm fabryki, te setki maszyn, tysiące ludzi śle­dzą­cych z naj­wyż­szą, pra­wie pobożną uwagą za ich dzia­ła­niem, te góry towa­rów leżą­cych, prze­wo­żo­nych wóz­kami, snu­ją­cych się przez sale z pralni do far­biarni, z far­biarni do suszarni, stam­tąd do apre­tury i w dzie­sięć jesz­cze innych miejsc nim wyszły gotowe – pory­wał go.

Chwi­lami tylko sia­dał w swoim gabi­ne­cie, poło­żo­nym przy „kuchni” i tam, w prze­rwie pomię­dzy kom­bi­no­wa­niem nowych deseni, oglą­da­niem przy­sła­nych z zagra­nicy pró­bek, któ­rych olbrzy­mie, nakle­jone w albumy, stosy leżały po sto­łach – zamy­ślał się, a raczej pró­bo­wał myśleć o sobie, o tym pro­jek­cie fabryki pla­no­wa­nej łącz­nie z przy­ja­ciółmi, ale nie mógł zebrać myśli, nie mógł ani na chwilę zamknąć się w sobie, bo ta fabryka, któ­rej szum huczał w jego gabi­ne­cie, któ­rej ruch i pul­so­wa­nie czuł we wła­snych ner­wach, w tęt­nie krwi nie­omal, nie pozwa­lała się odosob­nić, cią­gnęła nie­prze­par­cie, zmu­szała do służby i waro­wa­nia każ­dego, który krą­żył w jej orbi­cie.

Zry­wał się i biegł znowu, ale dzień mu się strasz­nie dłu­żył, tak, że około czwar­tej poszedł do kan­toru, który był w innym oddziale, aby wypić her­baty i zate­le­fo­no­wać do Moryca, aby był dzi­siaj w teatrze, gdzie dawano przed­sta­wie­nie ama­tor­skie na jakiś cel dobro­czynny.

– Pan Welt dopiero z pół godziny jak od nas wyszedł.

– Tutaj był?

– Brał pięć­dzie­siąt sztuk bia­łego towaru.

– Dla sie­bie?

– Nie, na zle­ce­nie Amfi­łowa, do Char­kowa. Cyga­rem można słu­żyć?

– Ow­szem, zapalę, bo jestem dia­blo zmę­czony.

Zapa­lił i siadł na wyso­kim tabu­re­cie przed pustym biur­kiem.

Główny buchal­ter kan­toru, który go z uni­żo­no­ścią trak­to­wał cyga­rem, stał przed nim, napy­cha­jąc sobie fajkę tyto­niem, kilku mło­dych chło­pa­ków, usa­do­wio­nych na wyso­kich kobył­kach, pisało w wiel­kich, czer­wono poli­nio­wa­nych książ­kach.

Cisza, jaka tutaj pano­wała, draż­niący skrzyp piór, mono­tonne cyka­nie zegara, dener­wu­jąco dzia­łały na Boro­wiec­kiego.

– Cóż sły­chać, panie Szwarc? – zapy­tał.

– Rosen­berg się zała­mał.

– Zupeł­nie?

– Nie wia­domo jesz­cze, ale ja myślę, że się będzie ukła­dał, no, bo co za inte­res robić zwy­kłą klapę? – Zaśmiał się cicho i przy­bi­jał pal­cem wil­gotny tytoń w fajce.

– Firma traci?

– To zależy od tego, ile będzie pła­cił za sto.

– Bucholc wie?

– Nie był jesz­cze dzi­siaj u nas, ale jak się dowie, zabolą go odci­ski; jest czuły na straty.

– Jego szlag może tra­fić – szep­nął któ­ryś z pochy­lo­nych przy robo­cie.

– Byłaby szkoda!

– Bar­dzo wielka, niech Bóg broni!

– Niech żyje sto lat, niech ma sto pała­ców, sto milio­nów, sto fabryk.

– I niech go razem sto cho­ler ciśnie! – szep­nął któ­ryś.

Cisza się zro­biła.

Szwarc patrzył groź­nie na piszą­cych, to na Boro­wiec­kiego, jakby chciał się uspra­wie­dli­wiać, że on nic nie winien, ale Boro­wiecki znu­dzo­nym wzro­kiem patrzył w okno.

W kan­to­rze pano­wała atmos­fera przy­tła­cza­ją­cej nudy.

Ściany aż po sufit wyło­żone drew­nem malo­wa­nym na dąb, pełne pó­łek i ksiąg, roz­sta­wio­nych sys­te­ma­tycz­nie, żół­ciły się smut­nie.

Na wprost okien stał wielki, czte­ro­pię­trowy budy­nek z nagiej, czer­wo­nej cegły i rzu­cał sza­ror­dzawy, przy­gnę­bia­jący refleks do kan­toru.

Przez podwórko wylane asfal­tem, po któ­rym tur­ko­tały od czasu do czasu wózki i prze­cho­dzili ludzie, w kilku kie­run­kach bie­gły na wyso­ko­ści pierw­szego pię­tra grube, jak ramiona atlety, trans­mi­sje, war­cząc głu­cho, od czego szyby w kan­to­rze usta­wicz­nie drżały.

Wysoko nad fabryką wisiało niebo ciężką, brudną płachtą, z któ­rej ście­kał drobny deszcz i spły­wał po zabru­dzo­nych murach smu­gami jesz­cze brud­niej­szymi, i sączył się po oknach kan­toru, zaku­rzo­nych pyłem węglo­wym i baweł­nia­nym, niby wstrętne plwo­ciny.

W kącie kan­toru, nad gazem, zaczął szu­mieć samo­war.

– Panie Horn, może pan dać mi her­baty?

– A może pan dyrek­tor zechce butersz­ni­cik²! – ofia­ro­wy­wał uprzej­mie Szwarc.

– Tylko tro­chę koszerny.

– To zna­czy, że lep­szy niźli pan jadasz, panie von Horn!

Horn przy­niósł her­batę i zatrzy­mał się na chwilę.

– Co panu jest? – zapy­tał go Boro­wiecki, który z nim znał się bli­żej.

– Nic – odparł krótko i powlókł nie­na­wist­nym spoj­rze­niem po Szwarcu, który roz­wi­jał butersz­nity z gazety i ukła­dał je przed Boro­wiec­kim.

– Wyglą­dasz pan bar­dzo źle.

– Panu Hor­nowi nie służy fabryka. Po salo­nach trudno mu się przy­zwy­czaić do kan­toru i do roboty.

– Bydlę albo inny par­szy­wiec może się łatwo przy­zwy­czaić do jarzma, ale czło­wie­kowi trud­niej – syk­nął ze zło­ścią, ale tak cicho, że Szwarc nie zro­zu­miał słów, spoj­rzał uważ­nie, uśmiech­nął się tępo i szep­nął:

– Panie von Horn! Panie von Horn! Może pan dyrek­tor spró­buje, jest tu kom­bi­na­cja szynki z pulardą, bar­dzo dobra, moja żona jest sławna z tego.

Horn odszedł, usiadł przy biurku i błą­dził spoj­rze­niem po murach czer­wo­nych, po oknach, za któ­rymi bie­liły się stosy szar­pa­nej do przę­dze­nia bawełny.

– Daj mi pan jesz­cze her­baty.

Boro­wiecki chciał go wyba­dać.

Horn her­batę przy­niósł i nie pod­no­sząc oczów, zawró­cił do odej­ścia.

– Panie Horn, może pan za jakie pół godziny przyj­dzie do mnie?

– Dobrze, panie dyrek­to­rze. Ja nawet mia­łem inte­res i w tym celu jutro się wybie­ra­łem do pana. A może pan teraz zechcesz wysłu­chać?

Chciał coś pouf­nie szep­nąć, ale do kan­toru weszła kobieta, czworo dzieci wpy­cha­jąc przed sobą.

– Niech będzie pochwa­lony Jezus Chry­stus – szep­nęła cicho, ogar­nęła wzro­kiem te wszyst­kie głowy, co się pod­nio­sły znad pul­pi­tów, schy­liła się pokor­nie do nóg Boro­wiec­kiego, bo stał naj­bli­żej i miał naj­bar­dziej pokaźną twarz.

– Wiel­możny panie dzie­dzicu, a to z prośbą przy­szłam, wedle tego, co mojemu mężowi głowę urwało w maszy­nie, co ja teraz sie­rota biedna z dzie­ciami, co my jeste­śmy biedne. Tom przy­szła dopra­szać się spra­wie­dli­wo­ści, aby mi pan dzie­dzic dał wspo­mo­że­nie jako mojemu mężowi urwało głowę w maszy­nie. Wiel­możny panie dzie­dzicu. – I schy­liła się znowu do kolan Boro­wiec­kiego, wybu­cha­jąc pła­czem.

– Za drzwi, wyno­sić się, tutaj takich spraw nie zała­twia się! – krzyk­nął Szwarc.

– Cicho pan bądź! – zawo­łał na niego Boro­wiecki po nie­miecku.

– Pro­szę pana, ona już od pół roku nacho­dzi wszyst­kie oddziały i kan­tory nasze, nie można się jej pozbyć niczym.

– A dla­czego nie­za­ła­twione?

– Pan się pyta? Ten cham umyśl­nie pod­ło­żył łeb pod koło, jemu się nie chciało pra­co­wać, a jemu się chciało okraść fabrykę! My teraz mamy pła­cić na jego babę i bękarty!

– A ty, par­chu jeden, to moje dzieci bękarty! – wykrzyk­nęła kobieta, w pasji przy­ska­ku­jąc do Szwarca, który cof­nął się za stół.

– Cicho, kobieto! Niech pani uspo­koi się i co by te małe pano­wie nie pła­kali! – zawo­łał prze­stra­szony, wska­zu­jąc na dzieci, które ucze­piły się matki i krzy­czały wnie­bo­głosy.

– Wiel­możny dzie­dzicu, jużci że prawda co od samych kopań cho­dzę i cię­giem mi obie­cują, że zapłacą, cię­giem cho­dzę i pro­szę, to mnie cyga­nią ino i wycie­pują kiej sukę za drzwi.

– Uspo­kój­cie się, pomó­wię dzi­siaj z wła­ści­cie­lem, przyjdź­cie tutaj za tydzień, to wam zapłacą.

– Ażeby ci Pan Jezus i ta Czę­sto­chow­ska szczę­ściła na zdro­wiu, na majątku, na hono­rze, o mój dzie­dzicu kochany! – wykrzy­ki­wała, przy­pa­da­jąc mu do nóg, cału­jąc go po rękach.

Wydarł się jej i wyszedł, ale przy­sta­nął w wiel­kiej sieni i gdy wycho­dziła, zapy­tał:

– Z któ­rych wy stron?

– A dyć panie, jaże spod Skier­nie­wiec.

– Dawno w Łodzi?

– A będzie ze dwa roki, jak my się tutaj prze­nie­śli na swoje zatra­ce­nie.

– Cho­dzi­cie gdzie do roboty?

– A bo mnie to chcą gdzie przy­jąć te poga­niny, te here­tyki zapo­wie­trzone, a po dru­gie kaj ja osta­wię swoje sie­roty.

– Z cze­góż żyje­cie?

– Bidu­jem, wiel­możny panie, bidu­jem. Miesz­kam na Bału­tach z jed­nymi webe­rami i jaże całe trzy ruble płacę za pomiesz­ka­nie mie­sięcz­nie. Póki mój nie­bosz­czyk żył, to choćby czę­sto gęsto było ze solą albo i z gło­dem, ale się ta żyło, a teraz kiej jego nie stało, to cho­dzę na Stare Mia­sto do posługi, cza­sem kto zawoła do pra­nia i tak jest – gadała prędko, okrę­ca­jąc dzieci w jakieś ohyd­nie brudne strzępy chu­s­tek.

– Czemu nie wró­ci­cie na wieś do domu?

– Wrócę, panie, kiej mi tylko zapłacą za chłopa, to juści, że wrócę, a niech tam to mia­steczko Łódź mór nie minie, niech ją ta ogień spali, niech ich tam Pan Jezus niczego nie żałuje, co by wszyst­kie wyzdy­chały, co do jed­nego.

– Cicho bądź­cie, nie macie za co prze­kli­nać – szep­nął nieco podraż­niony.

– Ni mam za co?! – wykrzyk­nęła zdu­miona, pod­no­sząc na niego bladą, brzydką, prze­gry­zioną przez nędzę twarz i zapła­kane, wybla­dłe nie­bie­skie oczy. – A to, wiel­możny panie, my na wsi byli ino komor­niki, bo mój miał trzy morgi gruntu, co mu przy­szły w sche­dzie po ojcu, to że nie było za co posta­wić cha­łupy, tośwa miesz­kali u stry­jecz­nych swo­ich. Myśwa żyli z wyrobku ino, ale zawżdy czło­wiek miesz­kał po ludzku i kar­to­fli gdzie przy­są­dził na odro­bek, i gąskę się ucho­wało albo i świ­niaka, i jajko miał swoje, i krowę mie­li­śwa, a tutaj co? Haro­wał nie­bo­rak od świtu do nocy i jeść nie było co, żyli­śmy kiej te dziady ostat­nie, a nie kiej krze­ścia­nie, kiej psy, a nie kiej gospo­da­rze poczciwi.

– Po cóże­ście tutaj przy­je­chali, trzeba było sie­dzieć na wsi.

– Po co?! – zawo­łała bole­śnie. – A bo ja wiem! Szły wszyst­kie, to i myśwa poszły. Na wio­snę poszedł Jadam, osta­wił kobitę i poszedł. Przy­je­chał po żni­wach taki wystro­jony, co go nikt nie mógł poznać, cały w kor­tach i zyga­rek miał śrybrny, i pie­strzo­nek, i tyla pinię­dzy, coby na wsi i bez trzy roki nie zaro­bił. Ludzie się dzi­wo­wali, a ten zapo­wie­trzony cyga­nił, bo mu za to zapła­cili, żeby ludzi wiej­skich spro­wa­dził, obie­cy­wał Bóg wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch parob­ków, Jan­ków syn i Grze­go­rza spod lasu, a potem to już kto ino mógł, to leciał do tego mia­steczka Łodzi. Kuż­dymu się chciało kor­tów, zygarka i roz­pu­sty! Ja mojego strzy­my­wa­łam, bo po co nam było tutaj iść, do obcych w tyli świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a po tym przy­je­chał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu – szep­tała, chli­piąc bole­śnie i roz­cie­ra­jąc sobie nos i łzy brud­nymi rękami, i tak się zaczęła trząść w tym roz­pacz­li­wym pła­czu, że dzieci przy­tu­liły się do niej i także zaczęły pła­kać cicho.

– Macie tutaj pięć rubli i zrób­cie tak, jak wam mówi­łem.

Miał tego już dosyć, odwró­cił się spiesz­nie i wyszedł, nie cze­ka­jąc podzię­ko­wań.

Nie cier­piał roz­tkli­wień i czu­ło­ści, a ta kobieta poru­szyła w nim zamie­ra­jącą z wolna, duszoną świa­do­mie uczu­cio­wość.

Stał czas jakiś przy kotle „oksy­da­cyj­nym” Mather-Platta, przez który prze­cho­dził towar suchy i już dru­ko­wany, i z pew­nym roz­tar­gnie­niem przy­glą­dał się bar­wom świeżo wytwo­rzo­nym, a raczej roz­wi­nię­tym w prze­su­nię­ciu się towaru przez kocioł. Żółte, nało­żone bej­cem kwiatki zmie­niły się na pąsowe pod wpły­wem wyso­kiej tem­pe­ra­tury i skom­pli­ko­wa­nych roz­two­rów soli ani­li­no­wej.

Fabryka po chwi­lo­wym odpo­czynku pod­wie­czor­ko­wym pra­co­wała znowu z jed­naką ener­gią.

Boro­wiecki wyj­rzał na świat z okien swo­jego gabi­netu, bo posza­rzało nagle i zaczął padać śnieg nad­zwy­czaj gęstymi pła­tami, i pobie­lił ściany fabryk i dzie­dzi­niec. Spo­strzegł Horna sto­ją­cego za dom­kiem szwaj­cara, przez który było jedyne wyj­ście z fabryki. Horn roz­ma­wiał z tą samą kobietą, która mu za coś dzię­ko­wała z unie­sie­niem i cho­wała jakiś papier za sta­nik.

– Panie Horn! – krzyk­nął, wychy­la­jąc przez luf­cik głowę.

– Mia­łem przyjść wła­śnie do pana – ozwał się Horn, zja­wia­jąc się po chwili.

– Coś pan radził tej babie? – zapy­tał suro­wym dosyć gło­sem, patrząc w okno.

Horn zawa­hał się przez mgnie­nie, rumie­niec powlókł jego dziew­częco piękną twarz, a w nie­bie­skich, dobrych oczach zami­go­tał pło­mień.

– Kaza­łem jej iść do adwo­kata, nie­chaj wyto­czy pro­ces fabryce o odszko­do­wa­nie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapła­ce­nia.

– Co to pana obcho­dzi? – Zaczął lekko bęb­nić po szy­bie i przy­gry­zać usta.

– Co mnie obcho­dzi? – Zamilkł na chwilę. – Bar­dzo mnie obcho­dzi wszelka nędza i wszelka nie­spra­wie­dli­wość, bar­dzo…

– Czym pan tutaj jesteś? – prze­rwał mu ostro i usiadł przed dłu­gim sto­łem.

– No jestem prak­ty­kan­tem kan­to­ro­wym, pan dyrek­tor prze­cież wie naj­le­piej – odpo­wie­dział zdu­miony.

– No, to panie Horn, pan nie skoń­czysz tej prak­tyki, jak mi się zdaje.

– Wresz­cie, to mi jest już wszystko – szep­nął dosyć twardo.

– Ale nam nie jest wszystko jedno, nam: fabryce, w któ­rej pan jesteś jed­nym z miliona kółek! Przy­ję­li­śmy pana nie na to, żebyś tutaj pro­du­ko­wał się ze swoją filan­tro­pią, a tylko, abyś robił. Pan wpro­wa­dzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na naj­do­sko­nal­szym funk­cjo­no­wa­niu, na pra­wi­dło­wo­ści i zgod­no­ści.

– Nie jestem maszyną, jestem czło­wie­kiem.

– W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egza­mi­nów na czło­wie­czeń­stwo ani egza­mi­nów na huma­ni­tar­ność, w fabryce potrzebne są pań­skie mię­śnie i mózg pań­ski i tylko za to pła­cimy panu. – Roz­draż­niał się coraz bar­dziej. – Jesteś pan tutaj maszyną taką samą jak my wszy­scy, więc pan rób tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miej­sce do roz­anie­leń, tutaj…

– Panie Boro­wiecki! – prze­rwał mu szybko.

– Panie von Horn! Słu­chaj pan, kiedy mówię do pana! – zawo­łał groź­nie, zrzu­ca­jąc gniew­nie wielki album pró­bek na zie­mię. – Bucholc przy­jął pana na moje zarę­cze­nie, znam pań­ską rodzinę, pra­gnę dla pana naj­le­piej, ale pan jesteś, jak widzę, chory na dzie­cinną dema­go­gię.

– Jeżeli pan tak nazy­wasz współ­czu­cie zwy­kłe u ludzi.

– Pan mnie kom­pro­mi­tu­jesz takimi radami, dawa­nymi wszyst­kim mają­cym jakie bądź pre­ten­sje do fabryki. Trzeba było zostać panu adwo­ka­tem, był­byś się wtedy mógł opie­ko­wać nie­szczę­śli­wymi i pokrzyw­dzo­nymi, ma się rozu­mieć za dobrą zapłatą – dorzu­cił drwiąco, bo jego gniewny nastrój prze­padł gdzieś pod wpły­wem tych dobrych oczów Horna, wpa­trzo­nych w niego. – Zresztą dajmy tej spra­wie spo­kój. Będziesz pan dłu­żej w Łodzi, roz­pa­trzysz się w sto­sun­kach, przyj­rzysz się lepiej tym uci­śnio­nym, to pan zro­zu­miesz, jak trzeba postę­po­wać. A weź­miesz pan inte­res po ojcu, to wtedy przy­znasz mi zupełną rację.

– Nie, panie, ja w Łodzi dłu­żej nie wytrzy­mam ani inte­resu po ojcu nie obejmę.

– Cóż pan chcesz robić?! – wykrzyk­nął zdu­miony.

– Jesz­cze nie wiem. Przy­znaję się panu szcze­rze, cho­ciaż tak ostro, za ostro pan mówi do mnie, ale mniej­sza z tym, bo wiem, że pan, jako dyrek­tor takiej wiel­kiej dru­karni, mówić ina­czej nie może.

– Więc pan odcho­dzisz od nas? Tyle zro­zu­mia­łem, ale nie wiem dla­czego?

– Dla­tego, że już wytrzy­mać nie mogę w tym pod­łym cham­stwie łódz­kim. Pan, jako czło­wiek pew­nej sfery, rozu­mie mnie chyba. Dla­tego, że ja całą duszą nie­na­wi­dzę zarówno fabryk, jak i wszyst­kich Buchol­ców, Rozensz­tej­nów, Entów, całej tej ohyd­nej prze­my­sło­wej bandy! – wybuch­nął gwał­tow­nie.

– Ha, ha, ha, pan jesteś wspa­niały fioł, nie­po­rów­nany! – śmiał się Boro­wiecki ser­decz­nie.

– To już nic wię­cej nie powiem – rzekł mocno dotknięty.

– Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić mniej.

– Do widze­nia.

– Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdol­no­ści aktor­skie!

– Panie Boro­wiecki – zaczął pra­wie ze łzami w oczach Horn, zatrzy­mu­jąc się, i chciał coś mówić.

– Co?

Horn skło­nił głowę i wyszedł.

– Kapi­talny mazgaj – szep­nął za nim Boro­wiecki i także poszedł do suszarni.

Owio­nęło go suche, roz­pa­lone powie­trze. Olbrzy­mie czwo­ro­boki z bla­chy, wypeł­nione strasz­li­wie roz­pa­lo­nym i suchym powie­trzem brzę­czały niby odda­lone grzmoty, wymio­tu­jąc nie­koń­czący się pas mate­ria­łów kolo­ro­wych, suchych i sztyw­nych.

Na niskich sto­łach, na ziemi, na wóz­kach, które suwały się cicho, leżały całe sterty mate­ria­łów i w tym suchym, jasnym powie­trzu sali, któ­rej ściany były pra­wie ze szkła, paliły się przy­ćmio­nymi bar­wami złota przy­kop­co­nego, pur­pury o fio­le­to­wym odcie­niu, błę­kitu mary­nar­skiego, sta­rego szma­ragdu – niby stosy blach meta­lo­wych o mato­wym, mar­twym bla­sku.

Robot­nicy w koszu­lach tylko i boso, z sza­rymi twa­rzami, z oczami zaga­słymi i jakby wypa­lo­nymi tą orgią barw, jaka się tutaj tło­czyła, poru­szali się cicho i auto­ma­tycz­nie, two­rzyli tylko dopeł­nie­nie maszyn.

Cza­sem który patrzył przez szyby w świat, na Łódź, która z tej wyso­ko­ści czwar­tego pię­tra maja­czyła w mgłach i dymach poprze­ci­na­nych tysią­cami komi­nów, dachów, domów, drzew ogo­ło­co­nych z liści; to znów na drugą stronę, na pola, co szły w głąb hory­zontu – na sza­ro­białe, brudne, zalane wio­sen­nymi roz­to­pami prze­strze­nie, maja­czące gdzie­nie­gdzie czer­wo­nymi gma­chami fabryk, które z odda­le­nia czer­wie­niły się wskroś mgieł bole­snym tonem mięsa odar­tego ze skóry; na odle­głe linie wio­sek małych, przy­war­tych cicho do ziemi, na drogi, co się wywi­jały wskroś pól czarną ciek­nącą bło­tem wstęgą, miga­jącą pomię­dzy rzę­dami nagich topoli.

Maszyny huczały bez­u­stan­nie i bez­u­stan­nie świ­stały trans­mi­sje ucze­pione pod sufi­tem i nio­sące siłę do innych sal, wszystko się poru­szało w rytm tych olbrzy­mich pudeł meta­lo­wych suszarń, które odbie­rały towar mokry z dru­karni i wyplu­wały go suchym, i stały w tej olbrzy­miej, czwo­ro­kąt­nej sali peł­nej smut­nych barw i smut­nego świa­tła dnia mar­co­wego, smut­nych ludzi, niby kapliczki boga-siły rzą­dzą­cego wszech­wład­nie.

Boro­wiecki czuł się roz­stro­jony i z roz­tar­gnie­niem oglą­dał towar, czy nie jest zbyt­nio prze­su­szony lub spa­lony.

„Głupi chło­pak”, myślał o Hor­nie i chwi­lami sta­wała mu w pamięci ta młoda, szla­chetna twarz i te oczy nie­bie­skie, patrzące na niego z jakimś nie­mym żalem zawodu i wyrzutu. Czuł w sobie jakieś ciemne zanie­po­ko­je­nie. Nie­które słowa Horna przy­cho­dziły mu na myśl, gdy patrzył na te tłumy ludzi w mil­cze­niu pra­cu­ją­cych.

„Byłem takim”, pole­ciał myślą do tam­tych, daw­nych cza­sów, ale nie dał się ująć wspo­mnie­niom w swoje szar­piące szpony, drwiący uśmiech wił mu się po ustach, a oczy świe­ciły zimno i roz­waż­nie.

„To prze­szło! Prze­szło!”, myślał z jakimś dziw­nym uczu­ciem pustki, jakby mu żal było tam­tych cza­sów, żal tych złu­dzeń nie­po­wrot­nych, pory­wów szla­chet­nych, zszar­ga­nych przez życie, ale to krótko trwało i znowu sie­bie odzy­ski­wał; był tym, czym był, dyrek­to­rem dru­karni Her­mana Bucholca, che­mi­kiem, czło­wie­kiem zim­nym, mądrym, obo­jęt­nym, goto­wym do wszyst­kiego, praw­dzi­wym Lodzer­men­schem, jak go nazwał Moryc.

W takim był wła­śnie nastroju, prze­cho­dząc przez apre­turę, gdy mu jeden z robot­ni­ków zastą­pił drogę.

– Czego? – zapy­tał krótko, nie zatrzy­mu­jąc się.

– A to nasz maj­ster pan Pufke powie­dział, że od pierw­szego kwiet­nia będzie nas pięt­na­stu ludzi mniej robiło.

– Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu ludzi nie potrze­bują do obsługi, co stare.

Robot­nik miął czapkę w ręku, nie wie­dząc, co powie­dzieć, i nie śmie­jąc, ale zachę­cony spoj­rze­niami, które bły­skały zza maszyn, zza sągów mate­ria­łów, zapy­tał, idąc za nim.

– A cóż my będziemy robili?

– Poszu­ka­cie sobie roboty gdzie indziej. Pozo­staną tylko ci, któ­rzy daw­niej u nas pra­cują.

– A i my robimy już po trzy roki.

– Cóż ja wam pora­dzę, kiedy maszyna was nie potrze­buje, bo zrobi sama. Zresztą, do pierw­szego może się jesz­cze co zmieni, jeśli będziemy powięk­szali blich³ – odpo­wie­dział spo­koj­nie i wszedł na windę, która zaraz z nim zapa­dła się w głębi ściany.

Robot­nicy spo­glą­dali na sie­bie w mil­cze­niu, nie­po­kój świe­cił im w oczach, nie­po­kój przed jutrem, bez roboty, przed nędzą.

– Ścierwy, nie maszyny. Psy, psia­krew – szep­nął robot­nik i kop­nął z całą nie­na­wi­ścią w bok jakiejś maszyny.

– Towar idzie na zie­mię! – krzyk­nął maj­ster.

Chłop prędko nadział czapkę, przy­giął się nieco i ze spo­ko­jem auto­matu odbie­rał bar­chan czer­wony z maszyny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij