Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zima pożegnanych - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
E-book: EPUB, MOBI
43,90 zł
Audiobook
54,90 zł
43,90
4390 pkt
punktów Virtualo

Zima pożegnanych - ebook

Kilka lat po wydarzeniach opisanych w Wiośnie zaginionych do emerytowanej policjantki Krystyny Lesińskiej z prośbą o pomoc zgłasza się młody sąsiad – Miłosz Najder. Chłopak niedawno otrzymał mejla z filmikiem przedstawiającym idącą przez las kobietę. Nie wie, kto go wysłał ani kim jest tajemnicza blondynka. Krystyna bierze to za żart albo pomyłkę, ale Miłosz jest przekonany, że kobiecie może grozić niebezpieczeństwo, skoro najwyraźniej ktoś ją obserwuje i filmuje z ukrycia. Jednak wkrótce pojawia się drugi filmik, a potem trzeci filmik, a Krystyna zaczyna się niepokoić. Dzięki pomocy wnuka udaje się jej namierzyć adres kobiety z nagrania, zanim jednak zdąży zdecydować, co dalej, z powodu zapalenia oskrzeli trafia do szpitala. Dwa miesiące później Krystyna dowiaduje się, że w Pątnowie pod Legnicą doszło do podwójnego zabójstwa: ofiarami są blondynka z filmu oraz Miłosz Najder. Dla policji sprawa jest jasna: Miłosz Najder zaatakował kobietę, a ona zabiła go w samoobronie. Krystyna nie wierzy w taką wersję wydarzeń i na prośbę siostry Miłosza rozpoczyna własne śledztwo, w którym pomaga jej niedawno poznany pisarz interesujący się true crime.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68549-86-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_WIGILIA_

Pies wyskoczył na drogę tuż przed skrętem na podjazd. Jerzy wdepnął hamulec, odbijając jednocześnie w prawo, samochód otarł się o ogrodzenie, a spod kół chlapnęło wodą z kałuży. Biały kształt zniknął w krzakach, Jerzy jednak mógłby przysiąc, że nim się zatrzymał, usłyszał stłumiony pisk.

Potrąciłem go, pomyślał. Ale będzie afera.

Otworzył drzwi i na miękkich nogach wysiadł z samochodu. Na płocie sąsiadki mrugały lampki choinkowe, nad Pątnowem Legnickim rozpościerało się niebo w kolorze głębokiego kobaltu, cętkowane obłoczkami zaróżowionymi jeszcze od słońca, które chwilę wcześniej schowało się za horyzontem. Na drodze leżała warstewka świeżego śniegu, cieniutka jak sreberko na świątecznej czekoladce. Do rana pozostanie po nim już tylko błoto, teraz jednak przez kilka ulotnych sekund Jerzy poczuł atmosferę Bożego Narodzenia z czasów dzieciństwa.

A przynajmniej poczułby, gdyby nie ten cholerny pies.

Przykucnął przy kępie bezlistnych krzaków, gdzie w gęstniejącej ciemności majaczyła biała plama.

– Chodź tu, mały. – Wyciągnął rękę i złapał jedwabiste futerko.

Zwierzak musiał ważyć nie więcej niż trzy, góra cztery kilogramy. Jerzy widywał go latem w ogrodzie sąsiadki, ale zimą piesek zwykle przebywał w domu. To był typowy miniaturowy kanapowiec, zupełnie nieprzystosowany do polskiej grudniowej pluchy.

– No już. – Podświadomie oczekiwał pełnego protestu pisku, pies jednak bez problemu pozwolił wziąć się na ręce, a gdy został pogłaskany, zamerdał nawet krótkim ogonkiem. Nie wyglądał na rannego. Przez moment Jerzy rozważał postawienie czworonoga na ziemi i powrót do domu; to nie był jego problem, a poza tym nieszczególnie miał ochotę przyznawać się sąsiadce, że niemal potrącił jej pupilka.

Spodziewał się, że lada moment spanikowana dziewczyna wypadnie przez uchyloną furtkę, nawołując psa. Jak on się wabił? Fafik? Tofik? Coś w tym rodzaju. Mało oryginalne imię – po młodej wykształconej kobiecie, jaką niewątpliwie była Dorota Podgórska, można by się spodziewać większej wyobraźni.

W domu należącym do Jerzego nad drzwiami wejściowymi zapaliło się światło. Ktoś najwyraźniej zauważył, że ojciec rodziny wrócił, ale zamiast wjechać do garażu, zatrzymał się tuż przed bramą. W każdej chwili na drogę mogła wyjść któraś z córeczek Jerzego: ośmioletnia Ola albo trzy lata młodsza Basia. Obie bardzo kochały zwierzęta i chyba ten argument ostatecznie przeważył. Nie mógł tak po prostu zostawić tego cholernego psa, żeby wpadł pod kolejny samochód, których sporo kręciło się po ulicy, albo zdechł gdzieś w krzakach, jeśli jednak coś mu dolegało.

Ruszył w stronę domu sąsiadki, świadomie rozdmuchując tlącą się w nim iskierkę wściekłości w potężne ognisko. Potrzebował teraz tego gorącego, dodającego mu odwagi uczucia. Nie jego wina. Jej wina, powinna przecież pilnować własnego psa. Zwierzak wyskoczył mu przed maskę, a Jerzy zrobił, co tylko mógł, żeby go ominąć.

Pchnął uchyloną furtkę i wszedł do ogrodu. Na świeżym śniegu widniały odciski maleńkich łapek zabrudzone czymś, co wyglądało jak błoto. Zawieszone na płocie lampki choinkowe za jego plecami mrugały, układając się w napis „Wesołych Świąt”, ale Jerzy nie czuł już bożonarodzeniowej atmosfery. Myślał o czekających na niego w domu córeczkach i o Lilce, zmęczonej opieką nad trzecim, najmłodszym potomkiem. O pracy, z której utrzymywał całą ich pięcioosobową rodzinę, a która wcale nie była tak pewna, jak przekonywał żonę. Powinien być szczęśliwy i w pewnym sensie rzeczywiście był: dzieciaki dzięki Bogu nie chorowały, a jego pensja wystarczała na dostatnie życie. Każdego ranka jednak budził się z przygniatającą mu pierś świadomością, jak kruche jest to ich szczęście, jak niewiele dzieli ich od katastrofy. Gdyby mały Piotruś urodził się z wadą genetyczną (co lekarz podejrzewał na wczesnym etapie ciąży), gdyby któraś z dziewczynek zapadła na coś poważniejszego niż zwykła ospa czy angina i wymagała długotrwałego leczenia, gdyby nie udało mu się dopiąć przygotowywanego od dwóch miesięcy kontraktu ze szwedzkim inwestorem...

Piesek poruszył się, wyrywając go z ponurych myśli. Jerzy pchnął uchylone drzwi.

Powinien był wiedzieć już w tamtej chwili. Otwarte drzwi, zapalone światło i panująca w środku cisza. Zasychające na podłodze ślady psich łapek w brudnoczerwonym kolorze. Wszystko to składało się w bardzo niepokojącą całość. Ale nie wiedział. Pomyślał tylko, że pies jednak został ranny, jakimś cudem udało mu się wrócić do domu, a potem znowu wybiegł na drogę.

Zwierzę coraz silniej szarpało się w jego ramionach.

– Halo? Dorota? Jesteś tutaj? To ja, Jerzy. Drzwi były otwarte i Fafik... Tofik wybiegł na jezdnię. Halo?

Drgnął, gdy w głębi domu rozległ się głęboki, niemal basowy dźwięk zegara wybijającego godzinę czwartą po południu. Piesek wreszcie wyrwał się, zeskoczył na podłogę i ujadając piskliwie, pobiegł jasno oświetlonym korytarzem. Jerzy ruszył za nim. Kiedy później zapytano go, dlaczego tak zrobił, skłamał, że miał przeczucie, ponieważ to brzmiało zdecydowanie lepiej niż bezmyślne podążanie za psem, gdy głowę miał zajętą zupełnie innymi rzeczami.

Tofik (a może Fafik) przydreptał z powrotem. Jego łapki zostawiały na podłodze ślady, których kolor już nie budził wątpliwości. Były czerwone, barwy krwi, a nie błota. Jerzy zmarszczył czoło.

– Dorota? – odezwał się niepewnie. Nie spodobał mu się jego własny głos. Brzmiało w nim coś niepokojąco przypominającego lęk. Jakby część jego umysłu, ta, która dawno temu była odpowiedzialna za wyczuwanie czającego się w ciemności drapieżnika, już wiedziała, co tu się wydarzyło.

Dźwięk dzwoniącej komórki sprawił, że Jerzy znowu drgnął. Sięgnął do kieszeni kurtki.

Na ekranie wyświetlało się zdjęcie Lilki – to, którego nie lubiła, bo ukazywało ją tuż po porodzie, siedzącą na szpitalnym łóżku, z włosami w nieładzie i podkrążonymi ze zmęczenia oczami. Przy piersi trzymała małe zawiniątko. Ich pierwsze dziecko, Olę, aktualnie zaskakująco dobrą z matematyki uczennicę drugiej klasy szkoły podstawowej, która w sobotnie wieczory ogrywała rodzinę w Monopoly.

– Gdzie jesteś? – Znał ten ton. Lilka nie lubiła, gdy jej mąż długo nie wracał do domu. – Widzę twój samochód, ale ciebie nie ma.

– U Doroty. – Chwila paniki, lekka jak muśnięcie piórkiem. Czy nie powinien powiedzieć „pani Doroty”? Ich wzajemne stosunki bywały skomplikowane. – Potrąciłem jej psa. To znaczy chyba jednak nie potrąciłem, ale chciałem jej powiedzieć... Słuchaj, tu się stało coś złego. Tak myślę.

– Coś złego? – Wychwycił zmianę tonu. Jego żona starała się wykazać jeśli nie współczucie, to przynajmniej zainteresowanie, choć nie przepadała za sąsiadką.

– Tak, na podłodze... – Urwał gwałtownie. – O kurwa.

– Co się stało? – Niepokój w głosie Lilki był niemal namacalny, gęsty jak skapujący z łyżki miód. Wyobraził ją sobie na kanapie, z Piotrusiem na kolanach; obok dziewczynki, usadowione wygodnie przy choince, oglądają świąteczny program. Za trzy godziny mieli usiąść do kolacji wigilijnej, ale Jerzy już przeczuwał, że ten wieczór będzie wyglądał zupełnie inaczej, niż planowali. – Co jest na podłodze?

– Krew. Na podłodze jest krew. Wypływa z jednego z pokoi. Drzwi są uchylone i... Słuchaj, chyba nie powinienem tam wchodzić. Zadzwoń na policję i na pogotowie.

Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć.

Mały biały piesek wpadał do pokoju i wypadał z niego, za każdy razem przebiegając przez kałużę krzepnącej krwi. Cały korytarz był już pokryty odciskami drobnych łapek.

Muszę go złapać, uznał Jerzy. Z powodu, którego później sam nie potrafił zrozumieć, to właśnie wydawało mu się najważniejsze. Nie przyszło mu do głowy, że powinien wycofać się jak najszybciej i zaczekać na zewnątrz, by nie zanieczyszczać jeszcze bardziej potencjalnego miejsca zbrodni. Nie pomyślał, że ranna sąsiadka może wciąż żyć i potrzebować pomocy. Skupił się na psie, którego jazgotliwe ujadanie wwiercało się w jego przeciążony pracą i dzisiejszymi wydarzeniami mózg.

Spróbował go chwycić, ale zwierzak wysmyknął mu się z rąk. Białe futerko od spodu miał już pokryte lepkimi rdzawoczerwonymi rozbryzgami. Jerzy zaklął i z obrzydzeniem wytarł ręce w spodnie. Miał nadzieję, że uda mu się je doprać. Myślał o czekającej na niego żonie, o tym, jak bardzo rozczarowane będą dziewczynki, jeśli nie zjedzą dziś kolacji wigilijnej i nie rozpakują pod choinką prezentów. O wszystkim, tylko nie o czającym się za drzwiami koszmarze, jakby jego umysł bronił się, wypierając istnienie źródła krwi.

– Fafik, noga! – krzyknął, ale pies nie posłuchał. Oczywiście, że nie. Małe szczekliwe kanapowce rzadko kiedy są porządnie wytresowane. Znów wbiegł do pokoju, a Jerzy odruchowo pchnął drzwi, otwierając je szerzej. Zapomniał na chwilę, że nie powinien tam wchodzić ani nawet zaglądać.

Nie wszedł.

Tylko zajrzał.

Na podłodze leżało ciało. Jerzy gapił się na nie przez dłuższą chwilę, nim jego umysł pojął wreszcie to, co widzi.

To nie była Dorota, ich sąsiadka, którą znali od trzech lat. Z którą na pewnym etapie znajomości nawet trochę się przyjaźnili – przynajmniej do chwili, gdy mocno pijany Jerzy powiedział wszystkie te rzeczy, których zdecydowanie nie powinien był mówić.

Na podłodze leżało ciało młodego, lekko łysiejącego mężczyzny w okularach, ze szklistym wzrokiem skierowanym w sufit. Jerzy nie miał bladego pojęcia, kto to jest.1. KRYSTYNA

_TRZY TYGODNIE PRZED WIGILIĄ_

– Pomogę. – Młody, lekko łysiejący mężczyzna w okularach pociągnął siatkę w swoją stronę, ale Krystyna Lesińska nie zamierzała jej puścić.

– Poradzę sobie, dziękuję.

Siła, z jaką przytrzymała siatkę, musiała go zaskoczyć, podobnie zresztą jak jej stanowczy ton. Zmarszczył brwi, jakby wydarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć.

– Chciałem tylko pomóc – bąknął.

– Nie potrzebuję pomocy. – Nie zamierzała mu tłumaczyć, że wyrywanie zakupów z rąk starszych sąsiadek to kiepski pomysł, jeśli człowiek planuje wykazać się życzliwością. Wychowywanie młodych ludzi nie należało do jej obowiązków. Zresztą ten tutaj wcale nie był taki znowu młody, bliżej mu chyba było do trzydziestki niż do dwudziestki. Krystyna przypomniała sobie jego nazwisko, zdradzone jej przez sąsiadkę, z którą od czasu do czasu plotkowała przy kawie albo na skwerku. Buchtowa wiedziała o wszystkim, co działo się na ich osiedlu. Kto się sprowadził, kto oczekiwał dziecka, a nawet kto kogo i z kim zdradzał.

Miłosz Najder, wynajmujący mieszkanie razem z dwiema innymi osobami student czegoś tam. Krystyna nie pamiętała czego, bo niewiele ją to obchodziło. Zainteresowała ją za to kolejna informacja przekazana szeptem przez Buchtową. Najder miał zwyczaj zagadywać ludzi – zwłaszcza ładne dziewczyny, choć nie tylko – i bywał przy tym natrętny.

Odwróciła się i powoli zaczęła się wspinać na piętro, torba z zakupami ciążyła jej w dłoni. Mężczyzna wciąż stał na parterze. Krystyna wyczuwała na plecach jego wzrok.

– Pani jest tą emerytowaną policjantką, prawda? – odezwał się, gdy dotarła do połowy schodów.

Zatrzymała się. Wypchaną siatkę położyła na stopniu, opierając ją o ścianę, tak by nie wysypały się z niej blade, zimowe pomidory. Córka ciągle suszyła jej głowę, by zdrowiej się odżywiała.

– Tak, jestem tą emerytowaną policjantką.

– W takim razie może mogłaby mi pani pomóc. Proszę. To ważne. Przyjdę do pani dzisiaj po południu i coś pokażę, dobrze?

Krystyna rozważyła na szybko wszystkie za i przeciw. Najder najprawdopodobniej był tak spragniony uwagi, że towarzystwo prawie osiemdziesięcioletniej sąsiadki wydawało mu się lepsze niż żadne. Pewnie będzie ją zanudzać jakimiś błahymi problemami, które nie mają nic wspólnego z pracą w policji.

Istniała jednak niewielka szansa, że chciał jej pokazać coś naprawdę interesującego, a ona ostatnio nie miała wiele do roboty. Ploteczki przy kawie, czytanie książek z miejscowej biblioteki, oglądanie seriali i spacery z kijkami do nordic walkingu – nie licząc niedzielnych wizyt u mieszkającej w sąsiedniej dzielnicy córki, tak mijały jej dni.

– Może pan wpaść o czwartej.

Otworzył usta, jakby zamierzał negocjować godzinę, widząc jednak minę Krystyny, zaraz je zamknął.

– Dzisiaj o czwartej – zgodził się pokornie.

*

– Nie przyszło ci do głowy, że może cię zamordować? – W głosie komisarza Wojtka Chodury słychać było tyleż rozbawienia, co troski. Od śmierci Jacka utrzymywali kontakt, dzwoniąc do siebie raz na tydzień czy dwa. On opowiadał jej dykteryjki z pracy, pomijając jedynie personalia uczestników postępowania. Ona rzadko kiedy miała mu do powiedzenia coś naprawdę ciekawego. Aż do dzisiaj.

– Przyszło, owszem.

– Ale niech zgadnę: chłopak nie wygląda na mordercę. – Tym razem rozbawienie wzięło górę.

– Nie rób ze mnie idiotki, co? Może jestem stara, na pewno jednak nie głupia. A Najder, prawdę powiedziawszy, wygląda na mordercę. To ten społecznie niezręczny typ, z jednej strony spragniony kontaktu, z drugiej nie bardzo potrafiący go nawiązać. Niby spokojny, niby grzeczny, ale jest w nim coś... – Zawahała się. – Sama nie wiem.

– Tacy są najgorsi – zgodził się Chodura. Krystynie zdawało się, że wychwyciła w jego wciąż żartobliwym tonie nutę ostrzeżenia.

– W każdym razie w przypadku mojej śmierci będziecie wiedzieć, kogo podejrzewać.

– Pomścimy cię – obiecał.

Westchnęła.

– A tak całkiem serio to najprawdopodobniej czeka mnie wysłuchanie historii o robiącym przekręty szefie albo babci, którą niepokoją odgłosy za ścianą. Cóż, w moim wieku, gdy człowiek chce mieć odrobinę rozrywki, musi czasem zaryzykować. Dam znać, jak poszła rozmowa.

– Jeśli się nie odezwiesz, wyślę do ciebie patrol – obiecał jej.

Miłosz Najder pojawił się punktualnie i kiedy wchodził do mieszkania, Krystyna po raz pierwszy miała okazję dobrze mu się przyjrzeć. Z krótkiego spotkania na schodach zapamiętała go jako typowego, niemal karykaturalnego nerda: oczy ukryte za okularami, zakola nad czołem, zgarbiona postawa. Taki też obraz miała w głowie, gdy rozmawiała z Wojtkiem Chodurą. Teraz uderzyło ją, że Najder właściwie był całkiem przystojny: nie garbił się aż tak bardzo, jak jej się wydawało, miał szczupłą, dość wysportowaną sylwetkę i miękkie, niemal dziewczęce rysy twarzy, które niewątpliwie mogły się podobać. W rękach, przyciśnięte do piersi, trzymał coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak duży czarny zeszyt.

– Chciałbym pani coś pokazać. Mogę? Przyniosłem własnego laptopa. Na dużym ekranie będzie lepiej widać. – Obrzucił Krystynę podejrzliwym spojrzeniem, jakby nie dowierzał, że ktoś w jej wieku może posiadać komputer.

Będę tego żałować, myślała, prowadząc go do pokoju. Zdjęła ze stolika kilka książek, po czym posadziła przy nim gościa. Chłopak otworzył laptopa i zalogował się na pocztę.

– Ta wiadomość przyszła do mnie wczoraj wieczorem. Była pusta, żadnej treści, tylko załącznik. Krótki, kilkusekundowy filmik. Pokażę go pani, dobrze? Obejrzy go pani i powie, co o nim myśli?

Skinęła głową, choć pytanie było chyba pro forma, bo zgarbiony przy laptopie mężczyzna nie zwracał już na nią uwagi. Po chwili na ekranie pojawił się las, potem kamera obróciła się, ukazując kobietę idącą szosą wzdłuż ściany drzew. Widać było tylko plecy i tył głowy, ale coś w jej długich jasnych włosach i sprężystym chodzie mówiło Krystynie, że patrzy na młodą osobę. Niekoniecznie nastolatkę, nastolatka zamiast klasycznej czarnej torebki nosiłaby raczej plecak. Nie turystka – Krystyna eliminowała kolejne możliwości – na to jest zbyt elegancko ubrana, i nie ktoś, kto po prostu sobie spaceruje: blondynka szła zdecydowanym krokiem człowieka, który ma jasno określony cel. Może spieszyła się na autobus albo do pracy.

Filmik musiał zostać nagrany późną jesienią lub zimą, bo kobieta miała na sobie długi czarny płaszcz, a szosę pokrywała cienka warstwa śniegu. Drzewa rosnące wzdłuż drogi wyglądały na zwyczajne świerki, w tle przewinął się także jeden buk. Poza tym na ekranie nie było niczego, co pozwalało rozpoznać miejsce i czas.

– I nie wie pan, kto wysłał ten film? – zapytała Krystyna.

– Nie. Przyszedł z adresu [email protected]. Guglałem ten adres, ale niczego sensownego nie znalazłem.

– Próbował pan odpowiedzieć na tego mejla?

– Co? – Spojrzał na nią, wyraźnie zszokowany takim pomysłem. – Dlaczego miałbym to robić?

– A dlaczego nie? – Krystyna westchnęła. Sama nie była pewna, jak zachowałaby się w takiej sytuacji. – Prawdopodobnie istnieje jakieś rozsądne i niewinne wyjaśnienie, dlaczego ktoś panu wysłał ten załącznik.

– Ta kobieta wygląda na zagrożoną, nie uważa pani? Ktoś ją filmuje bez jej zgody. Czy to nie jest sprawa dla policji?

– Nie wydaje mi się, żeby policja miała czas zajmować się czymś takim. Ale oczywiście może pan sam z nimi porozmawiać. Najbliższy komisariat jest w Szopienicach. Może pan tam podjechać autobusem albo nawet dojść pieszo.

Przez jego twarz przebiegł lekki grymas. Krystyna widziała podobny już wcześniej, gdy nie pozwoliła sobie odebrać siatki z zakupami. Po raz drugi tego dnia wydarzenia nie potoczyły się tak, jak Miłosz Najder się spodziewał.

– Pani mi przecież pomoże, prawda? Ta kobieta jest w niebezpieczeństwie. Chronienie ludzi to była pani praca.

– Nie wygląda na to, żeby tej kobiecie cokolwiek groziło. A nawet jeśli grozi, nie mam pojęcia, kto to jest ani gdzie mieszka. – Zawahała się. – Może mi pan przesłać ten filmik, zerknę na niego jeszcze raz w wolnej chwili. Mój adres to [email protected]. Łatwo zapamiętać. Ale niczego nie obiecuję.

Patrzył na nią zdezorientowany, jak aktor na scenie, który nagle zorientował się, że jego partner mówi coś, czego nie było w scenariuszu.

– Chronienie ludzi to była pani praca – powtórzył mechanicznie, licząc najwyraźniej, że gospodyni prędzej czy później wskoczy w swoją rolę.

Nie zamierzała tego robić.

– Przykro mi – powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to szczerze. Przynajmniej tyle mogła mu zaoferować. Zaraz jednak dodała bardziej stanowczym tonem: – Powinien pan już iść.

Ponaglony jej spojrzeniem, ruszył w kierunku wyjścia.

– Przepraszam, że niepotrzebnie zająłem pani czas. – Najder też się starał. Krystyna nie była mistrzynią towarzyskich uprzejmości, a jednak wypadała o lata świetlne lepiej od tego człowieka. Jego słowa zabrzmiały jak kwestia wypowiadana podczas szkolnego przedstawienia przez pełnego dobrych chęci, ale zupełnie pozbawionego talentu szóstoklasistę. Przez moment prawie zrobiło jej się go żal, choć nie na tyle, żeby nie zamknąć za nim z ulgą drzwi.

*

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij