Zimna woda - ebook
Ciało z wytatuowanymi współrzędnymi. Komisarz, który nie pamięta ostatnich 48 godzin. Marek Bielawa znajduje zwłoki kobiety w sieci gdyńskiego kutra. Współrzędne na jej karku wskazują Norwegię. Kartka w jego kieszeni – zapisana jego pismem – zawiera te same liczby. Gdy ABW przejmuje śledztwo, a przeszłość zaczyna go dopadać, Bielawa musi odkryć, czy ściga mordercę, czy sam nim został. Prawda czeka pod powierzchnią.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384330357 |
| Rozmiar pliku: | 888 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mostek bojowy fregaty ORP Kaszub tonął w czerwonym świetle nocnym, a ekran radaru kreślił monotonny łuk nad pustym Bałtykiem. Marek Bielawa stał przy oknie obserwacyjnym z rękami splecionymi za plecami — postawa oficera na mostku, której ciało przyjmowało automatycznie od pierwszego rejsu — i wpatrywał się w ciemność tak gęstą, że niebo zlewało się z wodą. Jedynym dowodem na istnienie morza było niekończące się kołysanie kadłuba, ta leniwa huśtawka stu metrów stali na jesiennych falach, od której żołądek podjeżdżał do gardła co czternaście sekund z precyzją, którą mógłby odmierzać zegarek.
Ktoś przykleił do konsoli radaru zdjęcie modelki z kalendarza, a obok ktoś inny dopisał czerwonym markerem: „Jedyna kobieta która tu wytrzymuje dłużej niż tydzień". Bosman Kowalczyk twierdził, że to nie on, ale nikt inny na fregacie nie miał czerwonego markera. Bielawa pierwszy tydzień próbował odlepić zdjęcie, bo regulamin zabraniał dekorowania stanowisk bojowych, ale bosman spojrzał na niego tak, jakby zaproponował zlikwidowanie przerwy obiadowej. Były ważniejsze bitwy do stoczenia niż ta o kartonową blondynkę w bikini.
Trzecia dwadzieścia w nocy. Cztery godziny wachty i trzy kubki kawy z proszku, która smakowała jak woda z akwarium podgrzana na grzałce maszynowej. Lekarz okrętowy twierdził, że ta kawa jest najgroźniejszą substancją na pokładzie, ale lekarz okrętowy nie próbował stać na nogach czterech godzin wachty bez niej. Warkot silników diesla przenosił się przez kadłub jako niska wibracja wczuwana bardziej w kościach niż uszami, a metaliczny zapach stali przesiąkniętej solą mieszał się z wonią oleju maszynowego z dolnych pokładów. Powietrze na mostku było lodowate i wilgotne — nawet po czterech miesiącach służby Bielawa nie potrafił się przyzwyczaić do tego, że okręt oddychał razem z morzem.
Za szybą Bałtyk leżał czarny i obojętny — żadnych świateł, żadnych konturów lądu, tylko ciemność, w której fregata kroiła wodę dziobem z monotonnym pluskiem piany wzdłuż burt. Bielawa zerkał na przyrządy co kilka minut — bearing, kurs, prędkość — bo robiło się to odruchowo, a monotonia nocnego morza potrafiła uśpić czujność szybciej niż insomnia.
Jeden ze sterników, młody chłopak z Helu, ziewał nad kompasem co siedem minut z regularnością godną zegara astronomicznego, za każdym razem zasłaniając usta ręką, jakby ktoś jeszcze mógł go zobaczyć i wpisać uwagę do dziennika. Drugi sternik stał nieruchomo jak element wyposażenia, z rękami na kole sterowym i wzrokiem utkwionym w ciemność, i Bielawa zastanawiał się, czy ten człowiek w ogóle mruga, czy służba na okręcie nauczyła go wyłączać zbędne funkcje organizmu.
Radar czyścił ekran kolejnym obrotem. Może tym razem wachta minie bez incydentów, jak ostatnie trzynaście z rzędu.
Radio łącznościowe szeleściło białym szumem od godzin, kiedy przez ten monotonny syk przebił się trzask. Bielawa odwrócił głowę. Młodszy radiooperator Pietrzak siedział przy zapasowej konsoli i jadł kanapkę z pasztetem — odłożył ją na blat, kiedy trzask powtórzył się i przeszedł w regularny rytm. Trzy krótkie. Trzy długie. Trzy krótkie.
SOS.
Pietrzak spojrzał na kanapkę, potem na ekran, potem znowu na kanapkę. Bielawa zobaczył na jego twarzy to samo zrozumienie, które właśnie rozsadzało mu klatkę piersiową — od tej chwili nikt nie pozwoli mu dokończyć kolacji.
— Sygnał SOS — powiedział Pietrzak zbyt spokojnie jak na kogoś, kto właśnie usłyszał wołanie o pomoc z ciemności. — Słaby, przerywany, ale czytelny.
Bielawa był przy konsoli w trzech krokach, pochylony nad głośnikiem, z palcami na pokrętle wzmocnienia. Sygnał przerywany, słaby, jakby nadawany z tonącego urządzenia albo z gardła kogoś, kto nie miał siły naciskać klucza. Między seriami SOS przebijały się fragmenty głosu — kobieta albo dziecko, trudno powiedzieć przy zakłóceniach — i współrzędne powtarzane jak litania. Pochylił się bliżej głośnika, wyławiając z trzasków kolejne cyfry — szerokość, długość, sekundy — i zapisywał je na marginesie dziennika wachtowego ołówkiem ściskanym tak mocno, że zadrżał grafit.
Pozycję zidentyfikował natychmiast. Dwanaście mil morskich na północny zachód, może piętnaście w zależności od dryfu. Przy pełnej prędkości fregata mogłaby tam dotrzeć w niecałe czterdzieści minut. Coś zimnego ścisnęło mu żołądek — nie strach, jeszcze nie, raczej ciężar, jakby ktoś położył mu na ramionach mokry brezent.
— Kto jeszcze na mostku? — zapytał, choć widział doskonale: dwóch sterników, Pietrzak i on.
— Komandor Górski w kabinie nawigacyjnej — powiedział sternik z Helu, nie odrywając wzroku od kompasu. — Przed chwilą wyszedł po kawę.
Bielawa ruszył korytarzem, którego fluorescencyjne lampy dawały mdłe, zielonkawe światło. Korytarz był wąski, ze stalowymi ścianami w kolorze szarej farby okrętowej, a za drzwiami kajut spała reszta załogi — dwudziestu ludzi na pryczach w ciemności, nieświadomych tego, co szeleściło w eterze.
Komandora Górskiego znalazł w kabinie nawigacyjnej. Szczupły, wyprostowany mężczyzna stał nad mapą morską z kubkiem kawy w jednej ręce i cyrklem w drugiej. Stalowoszare oczy przesunęły się na Bielawę bez mrugania, z tą samą obojętną precyzją, z jaką mierzyły odległości na mapie. Światło żarówki nad stołem oświetlało gładko ogoloną twarz od dołu, pogłębiając cienie pod oczami — Górski wyglądał jak człowiek, który uznał sen za stratę czasu i tę decyzję podjął lata temu.
— Sygnał SOS, panie komandorze. — Bielawa usłyszał w swoim głosie militarny automatyzm, który wchodził w nawyk jak oddychanie. — Słaby, przerywany, z podanymi współrzędnymi. Pozycja dwanaście mil na północny zachód od naszego kursu.
Górski postawił kubek na blacie z taką delikatnością, jakby odkładał figurę szachową po przemyślanym ruchu. Dłonie spoczęły na mapie — palce rozłożone, nieruchome.
— Częstotliwość?
— Standardowa częstotliwość zagrożenia. Współrzędne potwierdzają pozycję w naszym rejonie operacyjnym.
Górski milczał kilkanaście sekund, patrząc na mapę. Bielawa czekał, bo tak go nauczono — z rękami wzdłuż ciała, plecami prostymi, oddechem równym.
— Rozumiesz sytuację — powiedział wreszcie Górski. Nie pytanie. Stwierdzenie. Lekki gdański zaśpiew w jego głosie nie łagodził niczego.
Bielawa czekał.
— Kontynuujemy kurs. Bez zmiany.
Przez sekundę myślał, że się przesłyszał, że warkot diesli zniekształcił słowa komandora w coś absurdalnego, bo oficer Polskiej Marynarki Wojennej nie mógł właśnie powiedzieć tego, co usłyszał. Stał w kabinie nawigacyjnej i patrzył na Górskiego, na tę kamienną twarz i nieruchome dłonie na mapie, i szukał słów, które miałyby sens w sytuacji, która właśnie go straciła.
— Panie komandorze, to sygnał SOS — powtórzył, bo może Górski nie zrozumiał, może trzeba było powtórzyć.
— Wiem, co to jest. — Głos Górskiego obniżył się o pół tonu, co oznaczało, że dyskusja weszła na grunt, na którym Bielawa nie chciał się znaleźć. — Mamy rozkazy z dowództwa i priorytet misji. Kontynuujemy kurs. To nie jest kwestia wyboru.
— Prawo morskie zobowiązuje nas do udzielenia pomocy każdemu statkowi w niebezpieczeństwie. — Każde słowo kosztowało go więcej niż poprzednie. — To nie regulamin wewnętrzny, to konwencja międzynarodowa. Tam giną ludzie.
Górski podniósł wzrok i spojrzał na Bielawę w sposób, który trwał dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby człowiek poczuł się jak owad pod lupą.
— Pomyśl o konsekwencjach. — Cicho, miarowo. — Masz dwadzieścia trzy lata. Masz przyszłość w marynarce. I masz rozkaz.
Bielawa zacisnął szczękę tak mocno, że usłyszał zgrzyt zębów. Przez moment — krótki, pulsujący moment — wyobraził sobie, że odpowiada „Nie wykonam tego rozkazu", że odwraca się, idzie na mostek, zmienia kurs fregaty o trzydzieści stopni na północny zachód. Że reflektor szperacz przecina ciemność i ktoś na łodzi widzi światło.
Ale nie powiedział tego. Stał na baczność, ze wzrokiem wbitym w punkt nad ramieniem Górskiego, i milczał. Dwadzieścia trzy lata pod dyscypliną — w domu, w szkole morskiej, na okręcie — nauczyły go, że rozkaz to rozkaz. Nogi miał ciężkie, a w głowie kręciło się jedno zdanie jak zacięta płyta: tam giną ludzie.
— Dalej — powiedział Górski, poprawiając spinkę do mankietu. Jednym słowem zamknął dyskusję. Wrócił do mapy.
Bielawa wrócił na mostek. Nogi szły same, jakby należały do kogoś innego, kogoś posłuszniejszego.
Sygnał SOS wciąż nadawał.
Pietrzak patrzył na niego z pytaniem w oczach. Bielawa pokręcił głową. Pietrzak odwrócił się do konsoli, a sternik z Helu przełknął ślinę — suchy, słyszalny odgłos — i Bielawa wiedział, że przynajmniej trzy osoby na tym mostku zrozumiały wszystko.
Stał i słuchał.
Sygnał słabł. Nie nagle — gasł powoli, tracąc siłę z każdą minutą, jakby osoba naciskająca klucz SOS traciła siły razem z nim. Głosy w tle stawały się coraz cichsze, coraz bardziej odległe. Bielawa stał nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w migające diody konsoli, i próbował nie myśleć o tym, że te współrzędne na północny zachód oznaczały ludzi — żywych ludzi, teraz, na łodzi dryfującej po czarnej wodzie, która z każdą minutą stawała się o kilka stopni zimniejsza, bo październikowy Bałtyk nie negocjował z ciepłem ludzkiego ciała.
Temperatura wody o tej porze roku — dziesięć, może jedenaście stopni. Hipotermia zabijała w ciągu godziny, dwóch jeśli mieli na sobie coś grubszego. Bielawa znał te liczby ze szkoły morskiej, z wykładu o bezpieczeństwie, gdzie instruktor pokazywał wykresy, a studenci zapisywali je jak wzory matematyczne, nie myśląc, że kiedykolwiek sprawdzą, czy są prawdziwe. Teraz sprawdzał. Stojąc na mostku fregaty płynącej niewłaściwym kursem, liczył minuty i przeliczał je na stopnie ciepła ulatujące z ludzkich ciał.
Dwadzieścia trzy minuty od pierwszego sygnału. Głos — ten jedyny, rozpoznawalny, może kobieta — wydobył z siebie ostatnią, urwaną serię trzech krótkich i ucichł w połowie trzeciego długiego, jakby ktoś wyjął wtyczkę ze świata.
Cisza.
Nie ta zwykła cisza nocnego mostka — cisza wypełniona silnikami i wentylacją. Ta była inna. Gęsta. Pietrzak odsunął się od konsoli o pół kroku. Sternik z Helu przestał ziewać i stał z rękami zaciśniętymi na kole sterowym, z twarzą bladą w czerwonym świetle. Nikt się nie odezwał, bo na żadnym szkoleniu nie było instrukcji na sytuację, w której słuchasz, jak ludzie umierają, i wiesz, że mógłbyś ich uratować.
Siedem osób. Tak powiedział komunikat — siedem osób na pokładzie. O trzeciej czterdzieści trzy w nocy na Bałtyku nikt ich nie szukał, bo jedyna fregata w zasięgu płynęła kursem wyznaczonym przez rozkaz, którego nikt nie zakwestionował wystarczająco głośno.
Bielawa zacisnął pięści. Paznokcie wbiły się w skórę dłoni. Fala uderzyła w burtę, mostek przechylił się o kilka stopni i Bielawa chwycił się konsoli, żeby nie stracić równowagi — ironiczne, biorąc pod uwagę, że równowagę stracił jakieś dwadzieścia minut wcześniej.
Wachta skończyła się o szóstej, kiedy horyzont zaczął szarzeć. Bielawa został na mostku jeszcze dwadzieścia minut, bo każde miejsce na tym okręcie było miejscem, w którym musiałby spojrzeć w lustro.
------------------------------------------------------------------------
Rano Górski zebrał załogę mostka w mesie oficerskiej — sześć osób z nocnej wachty. Mesa była ciasna, ze stołem przykręconym do podłogi i ławami wzdłuż ścian, oświetlona jarzeniówką, która po nocnych godzinach w czerwieni mostka biła w oczy jak przesłuchanie. Górski stał przy stole i mówił spokojnie, miarowo, z pauzami we właściwych miejscach — jak oficer wydający dyspozycje, nie jak człowiek tłumaczący się z decyzji, która kosztowała siedem istnień.
— Incydent z ostatniej nocy podlega klauzuli operacyjnej. — Głos o ton niższy niż zwykle. Im ciszej mówił, tym groźniej było. — Żadnych meldunków, żadnych rozmów, żadnych wzmianek. Nie było sygnału. Nie było współrzędnych. Nie było niczego.
Rozejrzał się po twarzach — powoli, metodycznie, zatrzymując wzrok na każdym z nich. Pietrzak siedział z kubkiem herbaty, której nie tknął, wpatrzony w blat stołu. Stermicy siedzieli ramię przy ramieniu. Nawigator, starszy chorąży z wąsami pożółkłymi od papierosów, kręcił obrączką na palcu — jedyny dźwięk w mesie poza głosem Górskiego.
— Rozumiecie sytuację.
Nie pytanie.
Pietrzak skinął głową. Stermicy skinęli głowami. Nawigator skinął głową. Bielawa skinął głową, bo to było łatwiejsze niż cokolwiek innego — proste, mechaniczne kiwnięcie, które kosztowało go resztkę czegoś, co kiedyś nazywał kręgosłupem moralnym. Szóstka dorosłych mężczyzn kiwająca głowami w stalowej puszce na środku morza, bo komandor powiedział, że tak ma być, i bo żaden z nich nie miał wystarczająco odwagi, żeby powiedzieć „nie".
Górski wyszedł — prosto, pewnie, nie odwracając się. Ludzie w mesie siedzieli jeszcze minutę. Nawigator wstał pierwszy i wyszedł bez słowa, za nim stermicy, za nimi Pietrzak, który zostawił pełny kubek herbaty na stole. Milczący komentarz.
Bielawa wrócił do kajuty. Cztery metry kwadratowe z pryczą, szafką metalową i stołem składanym, oświetlone żółtą żarówką, która dawała wszystkiemu kolor choroby. Usiadł na pryczy i patrzył na swoje dłonie — te same dłonie, które stały przy konsoli, które zanotowały współrzędne, które zacisnęły się w pięści, ale nie zmieniły kursu okrętu.
Zamknął oczy. Zobaczył ich — nie twarze, bo nie znał twarzy — ale sylwetki, ciemne kontury ludzi na dryfującej łodzi. Siedem postaci kurczących się na pokładzie, w coraz zimniejszej wodzie. Kobieta — ta z radia — trzymała coś w ramionach, może dziecko. Patrzyła w kierunku, z którego nie nadeszła pomoc.
Otworzył oczy. Ręce drżały. Podłożył je pod uda, żeby przestały, i siedział na pryczy fregaty ORP Kaszub, mając dwadzieścia trzy lata i wiedzę, z którą nie da się żyć normalnie.
------------------------------------------------------------------------
Obudził się z krzykiem w gardle, zlewając pościel potem, i przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest — stalowe ściany kajuty, mostek, czerwone światło, czyjeś ręce zaciśnięte na konsoli — a potem usłyszał kaloryfer trzaskający jak pięść walącą w rury.
Kawalerka na 10 Lutego 18. Czwarte piętro. Rok 2024.
Dwadzieścia lat później.
Leżał w mokrej pościeli i oddychał przez usta, czując kwaśno-słodki zapach whisky ze szklanki na stoliku nocnym i stęchliznę wilgoci z łazienki. Za oknem portowe żurawie migały czerwonymi światłami jak odległe latarnie morskie — ten sam Bałtyk, ta sama czarna woda. Serce waliło mu w żebra i musiał leżeć jeszcze minutę, czekając aż oddech się uspokoi, aż tamta noc na fregacie cofnie się z powrotem w szczelinę w pamięci, z której się wydostała.
Nad łóżkiem plama na suficie znów się powiększyła — teraz przypominała Afrykę, z rogiem kontynentu wskazującym w stronę okna. Powinien zadzwonić do administracji, zgłosić przeciek, bo za kilka tygodni sufit zacznie kapać. Wiedział, że nie zadzwoni, tak jak nie naprawił kranu i nie wyrzucił pustych butelek spod zlewu. Administracja wymagała dzwonienia, dzwonienie wymagało rozmowy, a rozmowa wymagała energii, której nie zostaje dużo, kiedy człowiek budzi się z krzykiem po raz trzeci w tygodniu.
Telefon zadzwonił na stoliku, wibrując na blacie obok szklanki. Bielawa sięgnął po komórkę — biały wyświetlacz w ciemności, szósta czterdzieści siedem rano, a od pięciu godzin śnił o fregacie i sygnale, który ucichł dwadzieścia lat temu i od tamtej pory nie przestał nadawać w jego głowie.
— Bielawa. — Głos brzmiał jak szlifierka ciągnięta po betonie, ale dyspozytor i tak nie słuchał.
— Komisarzu, mamy ciało. — Mówił tonem faceta zamawiającego pizzę. — Port Rybacki na Oksywiu. Wyłowione w sieci. Patrol już na miejscu.
— Dalej.
— Kobieta. Prawdopodobnie młoda. Więcej na miejscu. Aspirant Kamiński jedzie oddzielnie, będzie przed panem.
— Wiem — powiedział Bielawa i rozłączył się, bo nie było nic więcej do powiedzenia, a im krócej rozmawiał o czymkolwiek o tej porze, tym mniej musiał udawać, że sen był tylko snem.
Wstał i parkiet zaskrzypiał pod bosymi stopami — stary dąb, nierówny, chłodny, bo blokowiskowe ogrzewanie jeszcze nie ruszyło. Z ulicy dobiegał syk hamulców trolejbusu linii 26 — siódma rano, miasto budzi się do swoich ponurych, szarych spraw. Na parapecie leżała mucha od tygodnia, brzuchem do góry. Bielawa pomyślał, że powinien ją sprzątnąć, tak jak powinien umyć naczynia i wymienić żarówkę w łazience, i zrobić sto innych rzeczy, które robi się w mieszkaniu, w którym ktoś żyje, a nie tylko nocuje.
Podszedł do okna. Szary Bałtyk za żurawiami. Szare niebo. Szare bloki Chyloni po obu stronach ulicy, oświetlone bladym świtem, który nie obiecywał niczego. Kran w łazience kapał miarowo — regularny jak metronom, gdyby ktokolwiek w tym mieszkaniu miał ochotę na muzykę.
Dwadzieścia lat od tamtej nocy. Od sygnału, od milczenia, od siedmiu ludzi, których nigdy nie zobaczył. Zmienił mundur na cywilne, marynarkę na policję, stracił żonę, widywał córkę co drugi weekend i mieszkał w trzydziestu metrach kwadratowych, gdzie każdy koszmar miał własne miejsce na suficie. Ale woda nadal tam była — za oknem, w każdej sprawie, którą prowadził.
Telefon leżał na stoliku z informacją o ciele wyłowionym z morza. Bielawa wiedział, zanim sięgnął po kurtkę, że ta sprawa będzie inna. Nie potrafił powiedzieć dlaczego — może dlatego, że morze znów zwróciło kogoś, a może dlatego, że dwadzieścia lat to wystarczająco długo, żeby przeszłość zebrała się w sobie i wróciła po swoje.
Zapiął kurtkę, wsunął odznakę do kieszeni i zamknął drzwi kawalerki. Na klatce schodowej ktoś szarpał się z zamkiem, klnąc pod nosem, ale Bielawa nawet nie spojrzał w tamtą stronę — schodził po wytartym lastryku i myślał o porcie na Oksywiu, o mgle nad wodą i o tym, że morze nigdy nie oddaje niczego bez powodu.CIAŁO W SIECI
Mgła leżała nad Portem Rybackim na Oksywiu jak mokry bandaż. Bielawa zaparkował na żwirowym placu obok radiowozu, wyłączył silnik i siedział przez kilka sekund, patrząc przez szybę na kontury kutrów wyłaniające się z szarości. Smród ryb i oleju napędowego docierał nawet przez zamknięte okna — ten sam smród, który wżerał się w kurtkę i zostawał na skórze do wieczora, jakby port na Oksywiu był miejscem, z którego nie da się wyjść czystym.
Wysiadł. Mgła natychmiast osadziła mu się na twarzy i weszła pod kołnierz kurtki. Betonowy pomost był popękany, porośnięty mchem przy krawędziach, z kałużami oleistej wody, w których odbijały się niebiesko-czerwone światła radiowozów. Mewy krzyczały gdzieś nad głową, niewidoczne — te same ostre wrzaski niezależnie od tego, czy na pomoście leży kosz ze śledziami, czy ludzkie ciało. Bielawa odruchowo sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów, której tam nie było od trzech lat, bo pewne odruchy umierają wolniej niż nałóg.
Na sąsiednim pomoście starszy rybak w żółtym sztormiaku naprawiał sieć, nie podnosząc głowy, jakby kordon policyjny i karetka prosektoryjna były częścią porannego krajobrazu nie bardziej interesującą niż mewy kradnące śledzie ze skrzynek.
Kamiński czekał przy żółtej taśmie z notatnikiem w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej. Młody, szczupły, w schludnej koszuli zapiętej pod gardło i spodniach na kant — bardziej student na praktykach niż detektyw wydziału zabójstw. Bielawa dawał mu rok, zanim entuzjazm minie. Może półtora, bo Kamiński był uparty.
— Szefie — Kamiński skinął głową i ruszył obok niego w stronę kutra. — Ciało młodej kobiety, wyłowione w sieci z kutra Bryza GDY-147. Właściciel, niejaki Michał Kowal, mówi że znalazł ją kiedy wyciągał sieci o czwartej rano. Patrol morskiej zabezpieczył teren.
— Kto był pierwszy na miejscu?
— Posterunkowy Pawlak. Blady jak papier, ale nie naruszył sceny. Zatrzymał Kowala na pokładzie, wezwał nas i prosektorium, ogrodził taśmą.
— Dobrze.
Bielawa nie powiedział nic więcej. Telefon o ciele w porcie przyszedł o szóstej czterdzieści siedem, kiedy ledwo zdążył się ogolić tępą żyletką i wlać w siebie kawę, która smakowała jak ciepła woda z odrobiną wyrzutów sumienia. Przed tym była noc, w której obudził się z krzykiem o trzeciej nad ranem i potem leżał w ciemności, słuchając kapania kranu w łazience, które od miesięcy odmawiał naprawić — bo lista rzeczy, które Bielawa odmawiał naprawiać, rosła szybciej niż lista rzeczy, które naprawił.
Ruszyli wzdłuż pomostu w stronę kutra cumującego przy trzecim stanowisku.
Bryza GDY-147 wyglądała tak, jak wyglądają kutry po trzydziestu latach na Bałtyku — dwunastometrowa łajba z kadłubem pomalowanym kiedyś na niebiesko, teraz wyblakłym do koloru chorego nieba, z farbą łuszczącą się płatami. Na rufie napis z nazwą i numerem, litery przyblakłe, ale czytelne. Kadłub kołysał się leniwie na fali, jakby łódź nie mogła się zdecydować, czy chce tu być.
Bielawa zszedł po drabince na pokład i poczuł, jak deski uginają się pod ciężarem — mokre, śliskie, każdy krok wymagał uwagi, bo poślizgnięcie się na takim pokładzie kończy się w czarnej wodzie pod burtą. Smród ryb tu na dole był tak gęsty, że niemal fizyczny: stare sieci, mokre drewno, diesel z maszynowni.
Beczki z przynętą, zwoje lin, plastikowe skrzynki na ryby — typowy bałagan kutra, który łowi sześć nocy w tygodniu. Na beczce obok sterówki stygnący kubek kawy i niedomknięta paczka LM-ek. A pośrodku tego wszystkiego — ciało.
Młoda kobieta. Może trzydzieści lat, może mniej — śmierć starzy ludzi w nieprzewidywalny sposób i nie ma sensu zgadywać, kiedy wyjaśni to sekcja. Owinięta w mokrą sieć jak w kokon, sine usta uchylone, oczy zamknięte, włosy sklejone solą i wodorostami. Na nadgarstkach ślady otarć — może od sieci, może od czegoś innego. Bielawa zanotował to w pamięci automatycznie, bo piętnaście lat w policji zrobiło z jego mózgu skaner, który rejestrował szczegóły zanim świadomość zdążyła je ocenić.
Wyglądała, jakby spała. Nikt nie śpi w sieci rybackiej na smierdzącym kutrze w lutym.
Bielawa kucnął obok ciała i oparł dłoń o mokrą deskę pokładu, żeby zachować równowagę na kołyszącym się kutrze. Mdły, słodkawy zapach początków rozkładu zmieszany z solą morską — znał go aż za dobrze. W wydziale zabójstw nie pracują ludzie, którzy boją się zapachu śmierci. Technicy kryminalistyczni robili swoje obok — trzaski aparatu, szelest zakładanych rękawiczek nitrylowych. Jeden z nich, młodszy, oddychał przez usta. Bielawa nie komentował, bo każdy radzi sobie ze smrodem po swojemu, a kto twierdzi inaczej, ten jeszcze nie pracował dostatecznie długo.
Potem to zobaczył.
Na szyi ofiary, tuż pod linią włosów na karku, coś co w mdłym świetle świtu wyglądało jak tatuaż — ciemna plama o regularnych konturach. Bielawa pochylił się bliżej, odsuwając ostrożnie mokrą sieć oplatającą szyję kobiety.
Nie tatuaż. Nie tusz. Wypalone cyfry.
Pięćdziesiąt cztery stopnie, trzydzieści cztery minuty, dwanaście sekund szerokości północnej. Osiemnaście stopni, trzydzieści trzy minuty, czterdzieści siedem sekund długości wschodniej. Bielawa rozpoznał format natychmiast, choć minęło dwadzieścia lat od ostatniego razu, kiedy wyznaczał pozycję w tym układzie — bo mózg marynarza nigdy nie zapomina współrzędnych morskich, tak jak chirurg nigdy nie zapomina, z której strony jest serce.
Współrzędne Marynarki Wojennej RP. Precyzja do jednej dziesiątej sekundy kątowej — taki format, jakiego używali na mostku ORP Kaszub, kiedy plotowali kurs na mapach nawigacyjnych. Taki, jakiego Bielawa użył tamtej nocy w październiku, kiedy zarejestrował sygnał SOS dwanaście mil na północny zachód i nie zmienił kursu, bo rozkaz brzmiał inaczej niż sumienie.
Wyprostował się. Zamknął oczy na sekundę. Otworzył. Ciało dalej leżało na pokładzie, współrzędne dalej były tam, gdzie były — rzeczywistość nie znika od zamknięcia oczu, i Bielawa próbował tego wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć.
Sięgnął po telefon i zrobił trzy zdjęcia wypalonych współrzędnych — zbliżenie, szersza perspektywa, i jeszcze jedno, bo pierwsze wyszło rozmazane od kołysania kutra. Sprawdził ostrość, upewnił się że cyfry są czytelne, schował telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki i zamknął zamek suwakowy. Kolana strzyknęły mu od klęczenia na mokrych deskach w lutowym chłodzie, ale to akurat było na samym dole listy rzeczy, które ignorował.
— Kamiński.
Młodszy detektyw pojawił się przy burcie w ciągu trzech sekund, jakby czekał na sygnał. Porównanie z psem myśliwskim nasuwało się samo, ale było niesprawiedliwe — Kamiński był lepszy niż większość psów i zdecydowanie lepszy niż większość detektywów, których Bielawa miał nieprzyjemność trenować w ciągu ostatnich piętnastu lat.
— Na szyi ofiary jest wypalone oznaczenie — powiedział Bielawa. — Nie tatuaż tuszem. Wypalono jej współrzędne geograficzne na karku. Format morski, precyzja do dziesiątej sekundy.
Kamiński wczołgał się na pokład i pochylił nad ciałem. Ciemne oczy przesunęły się po cyfrach na szyi ofiary.
— Kurwa mać — powiedział cicho. — Kto robi coś takiego?
— Ktoś, kto chce żebyśmy to znaleźli. Albo ktoś, kto zostawia wiadomość nie dla nas.
Kamiński spojrzał na niego, szukając kontynuacji, ale Bielawa już odwracał się od ciała — dzielenie się teoriami bez tożsamości ofiary to strata czasu.
W sterówce kutra wisiał plastikowy różaniec i zdjęcie papieża Jana Pawła II przytroczone taśmą izolacyjną do ściany. Standardowe wyposażenie psychologiczne polskiego rybaka — Bóg i papież, żeby morze miało z kim negocjować w sztormie.
Michał Kowal siedział na przewróconym wiadrze przy sterówce i wyglądał na człowieka, który zastanawia się, ile prawdy może sobie pozwolić. Krępy rybak pod pięćdziesiątkę, z pooraną twarzą i rękami grubymi jak deski od pomostu. Oczy niespokojne — skakały z Bielawy na taśmę policyjną i z powrotem, jakby szukały wyjścia, którego nie było. Na kolanach kubek z kawą, na powierzchni oleista plama, w której odbijało się szare niebo.
— Pan Kowal.
Nie pytał — stwierdzał, bo pytania sugerują że odpowiedź jest opcjonalna.
Rybak podniósł głowę. Bielawa zobaczył to, co widział setki razy w pokojach przesłuchań — twarz człowieka, który coś ukrywa i jeszcze nie wie, że to widać. Oczy, które nie mogą ustać w miejscu. Palce zaciskające się i rozluźniające na kubku w rytmie, który nie miał nic wspólnego ze spokojem.
— Proszę opowiedzieć co się stało.
Kowal pocierał dłonie o kolana, trzy razy, zanim zaczął mówić.
— Ja... normalny rejs, panie komisarzu. Wypłynąłem o drugiej w nocy, jak zawsze, na śledzia. Sieci postawiłem koło trzeciej, w rejonie Oksywia. O czwartej zacząłem wyciągać i... — przełknął, gardło mu się poruszyło widocznie — ...i ona tam była. W sieci. Owinięta. Ja... ja nie wiem jak ona się tam wzięła, panie komisarzu. Przysięgam na Boga.
Bóg akurat wisiał na plastikowym różańcu w sterówce, ale Bielawa wątpił, żeby miał coś do powiedzenia w tej sprawie.
— Znał pan tę kobietę?
— Nie. Nigdy w życiu nie widziałem. Ja tu łowię ryby, panie komisarzu, nie...
— Dalej.
Kowal zamrugał, zdezorientowany nagłym ucięciem. Bielawa nie miał czasu na deklaracje niewinności — niewinni ludzie rzadko je składają.
— Ja... no to od razu zadzwoniłem. Na straż przybrzeżną, znaczy. Nie ruszałem niczego. Nie dotykałem ciała.
— Widział pan jakąś łódź w okolicy? Inne jednostki?
Kowal unikał kontaktu wzrokowego z determinacją graniczącą z atletycznym wyczynem. Patrzył na wodę, na kubek, na własne buty — na wszystko oprócz szarych oczu komisarza.
— Nie... znaczy... było ciemno, mgła, ja nie... Może jakaś łódź motorowa, tak, ale daleko. Silnik słyszałem, może z godzinę przed wyciąganiem sieci. Taki szybki, niski dźwięk, jak zaburtowy.
— Z której strony?
— Od strony... od strony portu wojennego, chyba. Ale mgła tak niesie dźwięk, że trudno powiedzieć. Ja nic nie widziałem, panie komisarzu. Naprawdę nic.
Podniósł pusty kubek do ust — gest, którego jedyną funkcją było zająć ręce czymś innym niż drżeniem. Bielawa katalogował te sztuczki od piętnastu lat.
Cisza. Bielawa stał i patrzył na Kowala, nie odpowiadając, bo cisza jest lepszym narzędziem przesłuchawczym niż jakiekolwiek pytanie — człowiek boi się pustki bardziej niż bólu. Kowal wytrzymał cztery sekundy, potem pięć, potem zacisnął usta i pocierał dłonie o kolana w coraz szybszym tempie. Bielawa skinął głową — nie teraz. Kowal miał jeszcze trochę kłamstw do przetrawienia, zanim pęknie. Ale pęknie, bo ludzie, którzy boją się mówić prawdę, boją się jeszcze bardziej, kiedy ktoś im daje czas na myślenie.
Wrócił do ciała, gdzie technicy kończyli dokumentację. Jeden odkładał aparat do plastikowej walizki, drugi przeszukiwał ubranie ofiary — mokra bluza z kapturem, jeansy, buty sportowe, wszystko przesiąknięte solą morską do tego stopnia, że kolory były nierozróżnialne.
— Szefie — Kamiński pojawił się z plastikową torebką dowodową trzymaną za róg. — Coś tu śmierdzi. I nie mówię o rybach.
— Co masz?
— Kluczyk. Mały, metalowy, z plastikową główką i numerem. W kieszeni bluzy ofiary. Wygląda na klucz do skrytki bankowej.
Bielawa wziął torebkę i obrócił ją pod mdłym światłem świtu. Kluczyk standardowy — wygrawerowany numer seryjny i logo, które mogło być kotwicą albo literą stylizowaną na kotwicę.
— Numer seryjny, logo z kotwicą — Kamiński stukał końcem długopisu o krawędź torebki. — Może Bank Morski? Mają oddział w Sopocie, logo z kotwicą. Pasowałoby.
— Sprawdź to.
Kamiński kiwnął głową i zanotował coś w notatniku szybkim ruchem — jakby pisał przepis na rozbrojenie bomby. Gdyby Bielawa miał dwadzieścia lat mniej i jedną tragedię mniej, sam byłby Kamińskim. Ta myśl sprawiała, że był dla niego cierpliwszy niż ktokolwiek na to zasługiwał.
Bielawa zabezpieczył torebkę z kluczykiem i schował ją do kieszeni, tej samej, w której miał telefon ze zdjęciami wypalonych współrzędnych — kolejny trop prowadzący gdzieś, gdzie pewnie nie chciał iść, ale pójdzie, bo nigdy nie potrafił się wycofać. W marynarce nazywali to lojalnością wobec misji, w policji obsesyjnością, a Witold Czarnecki, jego były psychiatra, nazywał to unikaniem konfrontacji z emocjami. Bielawa przestał chodzić do Czarneckiego dwa lata temu, bo porady za dwieście złotych za godzinę okazały się gorsze niż whisky za pięćdziesiąt.
Karetka prosektoryjna podjechała tyłem do pomostu. Bielawa patrzył, jak technicy wyciągają ciało z sieci, pakują do czarnego worka i zapinają zamek — suchy, metaliczny dźwięk, który zawsze brzmiał jak ostatnie słowo w rozmowie. Sanitariusze wynieśli nosze na pomost i załadowali je do karetki.
— Kamiński. Sprawdź bazy zaginionych. Odciski palców do identyfikacji, priorytetowo. I niech ktoś zabezpieczy GPS kutra, całą historię tras z ostatniego tygodnia.
— Już się robi.
— I jeszcze jedno. Ciało ma wypalony tatuaż ze współrzędnymi morskimi na szyi. Kluczyk do skrytki w kieszeni. To nie jest pijaczka, która wpadła do wody po piątce wódki na Bulwarze. Sprawa specjalna od tej chwili.
— Rozumiem.
W oczach Kamińskiego było coś, co Bielawa rozpoznał — mieszanina podekscytowania i strachu, jaką człowiek ma, kiedy widzi sprawę, która zdarza się raz na pięć lat. Bielawa stawiał na wyrok na spokojny sen, ale trzymał to dla siebie, bo młody partner z wyrokiem w głowie to gorszy partner niż młody partner z nadzieją.
Kamiński odszedł z telefonem przy uchu. Bielawa został sam na pomoście. Karetka zniknęła w mgle, technicy pakowali sprzęt, a Kowal siedział dalej na swoim wiadrze z oczami, które wciąż unikały wszystkiego, co mogło mieć twarz — bo ludzie, którzy nie mają nic do ukrycia, chodzą i pytają, a ludzie, którzy kłamią, siedzą nieruchomo i czekają aż będzie po wszystkim.
Bielawa przeszedł na koniec pomostu, dalej od kutrów i od ludzi. Spojrzał na wodę Zatoki Gdańskiej — szara, nieprzejrzysta, pokryta drobną zmarszczką fal, które uderzały o beton z monotonnym plaskaniem. Gdzieś pod tą powierzchnią był punkt, który współrzędne na szyi martwej kobiety wskazywały z precyzją do jednej dziesiątej sekundy kątowej. Punkt w Zatoce, który ktoś uznał za wystarczająco ważny, żeby wypalić go na ciele ofiary.
Format tych współrzędnych był tym samym, którego używał dwadzieścia lat temu na mostku fregaty ORP Kaszub. Trzecia dwadzieścia w nocy, sygnał SOS, dwanaście mil na północny zachód, siedmioro ludzi na tonącej łodzi. Rozkaz komandora Górskiego. Dwadzieścia trzy minuty od pierwszego sygnału do ostatniego, potem cisza na częstotliwości awaryjnej, potem kawa z proszku, która smakowała jak woda z akwarium.
Współrzędne na szyi martwej kobiety nie były tymi samymi współrzędnymi. Ale format był ten sam. I to wystarczyło, żeby pokój w głowie Bielawy, ten zamknięty na trzy zamki, otworzył się na szczelinę, przez którą powiało zimnem.
Stał na krawędzi pomostu z rękami w kieszeniach kurtki — w jednej telefon ze zdjęciami wypalonych cyfr, w drugiej kluczyk do czyjegoś sejfu — i patrzył na morze, które oddało ciało z wiadomością.
Pytanie brzmiało: dla kogo.SEKCJA I POŻEGNANIE
Kubek na blacie przy zlewie miał napis „Najlepszy Tata". Bielawa zobaczył go, kiedy zakładał fartuch ochronny w przedsionku prosektorium przy Dębowej dwadzieścia pięć — biały, wyszczerbiony na krawędzi, z ciemnym pierścieniem kawy na dnie. Ktoś go tu zostawił i albo zapomniał zabrać, albo uznał, że humor prosektorium rządzi się własnymi prawami. Bielawa pomyślał o Zosi i postanowił nie ciągnąć tej myśli dalej.
Jarzeniówki rzucały płaskie, bezlitosne światło, w którym każda rana na stole sekcyjnym wyglądała jak eksponat przygotowany do katalogowania. Ściany wyłożone kafelkami do dwóch metrów, wyżej szara farba zżółkła od lat i popękana przy wentylatorach, a pod spodem szum chłodni, który po minucie znikał ze świadomości i wracał dopiero wtedy, kiedy człowiek na chwilę przestał myśleć o zwłokach. Formaldehyd uderzył pierwszy — ostry, chemiczny, zostawiający metaliczny posmak na języku, a pod nim ten drugi zapach, słodkawy, tłusty, którego żaden preparat nie maskował i do którego Bielawa nie przyzwyczaił się przez całą karierę w wydziale, choć powinien.
Lateksowe rękawiczki pociły się od wewnątrz, a stalowe powierzchnie stołów lśniły mokro, lodowate nawet na odległość. Rynienki odpływowe biegły wzdłuż krawędzi — lepiej nie myśleć, co odprowadzały. Pod ścianą rząd szuflad chłodniczych ze stali nierdzewnej, na każdej tabliczka z numerem.
Doktor Paweł Szymański stał już przy stole, pochylony nad ciałem z koncentracją profesora nad rozprawą, którą kogoś zmuszono do napisania przed czasem. Siwa broda, okulary w drucianych oprawkach, ręce w rękawiczkach poruszające się z precyzją kogoś, kto od trzydziestu lat mówił „pacjentka" zamiast „ofiara" i tą różnicą w słownictwie chronił się przed czymś, o czym Bielawa wolał nie myśleć.
— Komisarzu — powiedział, nie podnosząc głowy. — Punktualnie. To mi się w panu podoba.
— Dalej.
Szymański włączył dyktafon i zaczął mówić tym swoim spokojnym, płaskim tonem, jakby opisywał budowę silnika diesla, a nie ciało młodej kobiety wyciągniętej z rybackiej sieci na Oksywiu. Bielawa stanął naprzeciwko i słuchał, bo słuchanie było jedyną rzeczą, którą mógł tu robić — słuchać, zapamiętywać, a potem jechać dalej i szukać kogoś, kto odpowiada za to, co leżało na stole.
— Pacjentka, płeć żeńska, wiek szacowany na dwadzieścia do trzydziestu lat, budowa szczupła, atletyczna. Przyczyna zgonu wstępnie: utonięcie z elementami asfiksji mechanicznej — ślady obrzęku płuc, piana w drogach oddechowych, woda w zatokach obocznych nosa. Ale.
Szymański wyprostował się i spojrzał na Bielawę znad okularów — tym spojrzeniem, które Bielawa widział u patologów może trzy razy w całej karierze, kiedy trafiali na coś wykraczającego poza protokół.
— Ale mam anomalie, komisarzu. W próbkach krwi widzę ślady substancji, którą wstępnie identyfikuję jako środek sedatywny lub paralityczny — potrzebuję pełnej toksykologii, żeby powiedzieć dokładnie co, ale na oko? Ktoś podał jej coś przed wrzuceniem do wody. Nie stawiała oporu, bo nie była w stanie.
— Skąd ta pewność?
— Mięśnie — Szymański wskazał na przedramiona ciała, bladoróżowe, bez siniaków. — Kobieta, która tonie, walczy. Drapie. Chwyta cokolwiek — burtę łodzi, ręce napastnika, własne gardło. Ta pacjentka ma czyste dłonie. Żadnych śladów obronnych, żadnych wylewów podskórnych. Mięśnie ramion w stanie pełnego rozluźnienia w chwili zgonu. Jakby zasnęła, komisarzu. I już się nie obudziła.
Bielawa poczuł, jak mięśnie karku twardnieją — nie od zaskoczenia, bo podejrzewał to od chwili, gdy na kutrze Bryza zobaczył te czyste, nienaruszone paznokcie. Kobieta walcząca o życie zostawia ślady na każdym centymetrze skóry. Tę ktoś ułożył do snu, a potem wrzucił do wody.
— Dalej — powiedział.
Szymański pochylił lampę chirurgiczną nad szyją ofiary, tam gdzie w porcie, w mdłym świetle lutowego świtu, Bielawa widział coś, co wyglądało na tatuaż — sekwencję cyfr, które jego mózg rozpoznał jako współrzędne morskie. Teraz, pod jarzeniówkami prosektorium, wyglądało to zupełnie inaczej.
— To nie jest tusz, komisarzu.
Szymański mówił cicho, ale z tą twardością w głosie, którą patolodzy rezerwowali na odkrycia przekraczające zawodową obojętność.
— To nie jest tatuaż w żadnym konwencjonalnym rozumieniu tego słowa. Proszę spojrzeć.
Wskazał pęsetą na sekwencję cyfr wypalonych na karku — 54°34'12"N 18°33'47"E — a Bielawa pochylił się, bo musiał zobaczyć to z bliska. Skóra wokół znaków miała bliznowatą, lśniącą fakturę, jakby ktoś przyłożył rozgrzane żelazo i trzymał wystarczająco długo, żeby metal odcisnął się w tkance.
— Metal — powiedział Szymański, przesuwając pęsetą wzdłuż krawędzi wypalenia. — Ktoś przyłożył rozgrzany stempel do żywej skóry. Specjalnie przygotowany, z tymi konkretnymi współrzędnymi. Głębokość wypalenia sugeruje ekspozycję od trzech do pięciu sekund w temperaturze powyżej dwustu stopni. Skóra zareagowała na oparzenie — reakcja zapalna, obrzęk, zaczerwienienie — co jednoznacznie oznacza, że pacjentka żyła w momencie wypalania. To nie jest pośmiertne uszkodzenie. Ktoś to zrobił na żywym człowieku.
Bielawa cofnął się od stołu. Powietrze prosektorium — zimne, suche, kilka stopni poniżej komfortu — wcisnęło się pod fartuch, ściągając skórę na przedramionach. W korytarzu sanitariusz nucił pod nosem coś, co brzmiało jak Budka Suflera, fałszując na każdej nucie. Plastikowy zegar na ścianie tykał za głośno jak na miejsce, gdzie czas nie powinien mieć znaczenia. Bielawa wyobraził sobie tę scenę — kobieta nieruchoma od substancji, ktoś z rozgrzanym metalem w dłoni, powoli, z premedytacją wyciskający cyfry w żywą skórę. Bez pośpiechu. Z planem.
— To nie był impuls — powiedział. — Ktoś wyprodukował narzędzie.
— Tak to interpretuję — Szymański odłożył pęsetę na tacę, metaliczny brzęk odbił się od kafelków. — Stempel przygotowany wcześniej, z konkretnymi współrzędnymi. Sprawca wiedział, jakie cyfry chce wypalić, zanim dotknął ofiary. Zaplanowana, celowa czynność.
Przez moment obaj milczeli. Na stole leżała młoda kobieta, blada, z mokrymi włosami sklejonymi od soli morskiej, ręce wzdłuż ciała, paznokcie czyste poza drobnymi resztkami czegoś, co Szymański właśnie zidentyfikował jako kapsułki chemiczne. Jeszcze kilka dni temu chodziła po ulicach Trójmiasta i nie wiedziała, że ktoś już przygotował dla niej metalowy stempel z jej ostatnim adresem. Bielawa wyjął telefon i zrobił trzy zdjęcia — ogólne, uchwycające szyję z wypaleniem, i dwa zbliżenia z milimetrowymi detalami oparzeń. Aparat kliknął cicho w martwej ciszy sali.
— Jest jeszcze coś — powiedział Szymański. Podniósł szalkę Petriego i zbliżył ją do lampy, obracając w palcach z ostrożnością kogoś, kto trzymał dowód rzeczowy mogący zmienić bieg sprawy. — Pod paznokciami. Lewy kciuk, prawy wskazujący i prawy środkowy.
Bielawa przysunął twarz do szkiełka. Drobiny — jasnożółte, niemal przezroczyste, jak strzępki rozgniecionego plastiku. Szymański obrócił szalkę pod światło i drobiny zamigotały matowo.
— Wstępnie to wygląda jak materiał kapsułkowy — powiedział Szymański, przybliżając okulary do szalki. — Nie narkotyki, żeby było jasne. Raczej kapsułki stosowane w przemyśle do transportu niebezpiecznych substancji. Mikrokapsulacja — zamykanie lotnych lub reaktywnych związków w powłokach polimerowych, żeby nie reagowały z otoczeniem podczas przewozu. Spotykam to czasem w wypadkach przy pracy, kiedy ktoś rozbije kontener albo zostanie oblany zawartością. Ale pod paznokciami trupa?
Odstawił szalkę i spojrzał na Bielawę.
— Tego jeszcze nie widziałem.
Bielawa sfotografował szalkę, potem paznokcie ofiary z bliska, każdy osobno, potem wypalenie na szyi z innego kąta. Szymański stał obok, czekając cierpliwie z rękami schowanymi w kieszeniach fartucha.
— Potrzebuję pełnej toksykologii — powiedział Bielawa, chowając telefon. — Krew, mocz, włosy. Standardowy panel narkotykowy plus rozszerzony o chemikalia przemysłowe, rozpuszczalniki, substancje lotne. I analizę tego materiału spod paznokci — chcę wiedzieć, co to za kapsułki i do czego służą.
— Poproszę laboratorium o priorytet — Szymański zdejmował rękawiczki, ostrożnie, palec po palcu, zwijając je na lewą stronę z nawykiem trzech dekad. — Ale uprzedzam, że standardowy czas na podstawowy panel to siedem dni, a na rozszerzony mogę czekać trzy tygodnie. Chyba że pan znajdzie kogoś, kto znajdzie kogoś, kto przekona kogoś, że ta sprawa nie może czekać. Służba zdrowia, komisarzu. Demokratyzacja w najgorszym wydaniu.
— Zadzwonię.
— Nie wątpię.
Szymański sięgnął po swój kubek z kawą — nie ten z napisem „Najlepszy Tata", inny, biały, bez napisów, stojący na półce przy drzwiach jak element wyposażenia — i pociągnął łyk z takim spokojem, jakby przed chwilą opisywał pogodę, a nie tortury.
— Komisarzu — powiedział, opuszczając kubek. — Ta kobieta nie była przypadkową ofiarą. Stempel wykonany na zamówienie. Substancja podana przed śmiercią. Kapsułki chemiczne pod paznokciami. To nie jest morderstwo z afektu ani z zazdrości. To jest operacja.
Bielawa nie odpowiedział. Obaj to wiedzieli — ten rodzaj porozumienia, które buduje się przez lata po przeciwnych stronach stołu sekcyjnego i które nie potrzebuje słów.
Winda towarowa jęknęła gdzieś w trzewnach budynku. Bielawa zdjął fartuch, powiesił go na haku przy drzwiach i wyszedł korytarzem, który cuchnął cytrusowym środkiem do mycia podłóg nałożonym na trzydzieści lat formaliny. Zapach, który nie czyszczył, tylko maskował — co w sumie było dobrą metaforą dla połowy instytucji, z którymi miał do czynienia na co dzień.
Na parkingu ktoś zostawił chryzantemę przy latarni — samotny kwiat w doniczce foliowej, z karteczką rozmytą przez lutowy deszcz. Bielawa minął go, otworzył nieoznakowaną Skodę i przez chwilę siedział z rękami na kierownicy, patrząc na szary front budynku i niebo nad Gdańskiem, które miało dokładnie ten sam kolor co ciała w chłodni.
Stempel wyprodukowany specjalnie dla tej ofiary. Substancja podana przed śmiercią. Kapsułki chemiczne pod paznokciami. To nie było morderstwo — to był komunikat. Bielawa nie wiedział jeszcze, do kogo.
Przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik Skody zacharczał jak astmatyk na spacerze, i ruszył obwodnicą w stronę Sopotu, bo dzisiaj był jego weekend z Zosią i bez względu na to, ile trupów leżało na stalowych stołach, o szesnastej miał stać pod drzwiami Kariny przy Podjazd osiem i udawać normalnego ojca — takiego, który nie nosi w kieszeni zdjęć wypalonych cyfr na martwej skórze.
------------------------------------------------------------------------
Droga z Gdańska zajęła dwadzieścia pięć minut obwodnicą — szary asfalt, szare niebo, szare kamienice — a Bielawa jechał w milczeniu i próbował przełożyć mózg z trybu prosektorium na tryb ojca, co po dekadzie ćwiczeń wciąż mu nie wychodziło.
Kamienica przy Podjazd osiem stała na wzgórzu, stara, z początku ubiegłego wieku, z witrażowym oknem na podeście klatki schodowej, które rzucało kolorowe plamy na wytarte stopnie. Bielawa wszedł na drugie piętro, czując zapach herbaty miętowej i czegoś pieczonego, który uderzył go mocniej niż formaldehyd, bo to był zapach normalności — ciepłego domu, z którego sam się wyciął, kiedy nie potrafił przestać budzić się w nocy z wrzaskiem i Karina postawiła sprawę jasno: psychiatra albo prawnik.
Nacisnął dzwonek. Spokojne kroki na drewnianej podłodze — odmierzone, niespieszone — potem mosiężna klamka opadła i drzwi się otworzyły.
Karina stała w progu w dżinsach i szarym swetrze, włosy schowane za ucho. Patrzyła na niego tym wzrokiem, który od rozwodu zastąpił wszystkie inne — uprzejmym, odległym, odmierzonym jak rozkład jazdy, w którym emocje nie figurują. Zmęczone zielone oczy skupione na nim przez sekundę, potem na punkcie za jego ramieniem.
— Marek.
Nie „Marku". „Marek". Sygnał nawigacyjny: trzymaj kurs, nie zbliżaj się.
— Przyjechałem po Zosię.
— Wiem.
Stali po dwóch stronach progu, a Bielawa odnotował, że trzyma kubek z herbatą w prawej ręce — obrączka matki na palcu serdecznym, ta, którą nosiła od rozwodu, bo swoją oddała mu w kancelarii razem z kluczami. Karina cofnęła się, wpuszczając go do przedpokoju, ale nie dalej.
— Jutro szkoła — powiedziała, stawiając kubek na komodzie i krzyżując ramiona. — Więc nie wracaj z nią za późno. Kolacja o osiemnastej, kąpiel, spanie o dwudziestej. Ma zadanie z matmy, niech je zrobi u ciebie, bo u mnie twierdzi, że się nie da.
— Dobrze.
— I nie dawaj jej lodów na obiad. Ostatnim razem miała brzuch przez dwa dni.
Bielawa chciał powiedzieć, że ostatnim razem Zosia zjadła dwie gałki truskawkowych i była szczęśliwa jak nigdy, ale z Kariną rozmawiało się procedurami — harmonogramy, godziny, listy zadań. Jak kiedyś na fregacie rozkazami. Wszystko inne odeszło razem z obrączkami.
— Dobrze, że przyjechałeś — powiedziała Karina tonem potwierdzenia odbioru przesyłki, a Bielawa wiedział, że tyle wystarczy, bo od Kariny nic więcej nie dostawał i nie miał prawa oczekiwać.
Potem z głębi mieszkania nadszedł dźwięk, od którego zapomniał o chryzantemie, stemplu i zegarze w prosektorium. Tupot bosych stóp na parkiecie, szybki, niecierpliwy, przerywany śmiechem, który ścisnął go w gardle.
— Tata!
Zosia wypadła z korytarza — drobna, w kolorowych skarpetkach, które jak zwykle nie pasowały do siebie, z rozwichrowanym kucykiem — i rzuciła mu się na szyję z impetem, który o mało nie zwalił go z nóg. Bielawa objął ją odruchowo, jak łapie się barierki na mostku, kiedy fala uderza w burtę, i poczuł zapach truskawkowego szamponu i ciepło małego ciała, które jeszcze nie wiedziało, czym jest stempel i formalina. Przytulił ją mocniej niż powinien, bo trzymał się jedynej rzeczy na świecie, która miała sens bez konieczności uzasadniania w raporcie.
— Tata, patrz — Zosia odsunęła się, chwytając go za rękaw, szare oczy błyszczące. — Narysowałam statek! Z działami! I z flagą! Pokaż ci?
— Potem, mała. Najpierw się zbierz.
— Ale to wojenny statek, taki jak twój! — nalegała, ciągnąc go za rękaw, a Bielawa poczuł ukłucie gdzieś pod żebrami, bo Zosia nie wiedziała, że tata na swoim wojennym statku nie był bohaterem — był człowiekiem, który posłuchał rozkazu i pozwolił, żeby siedmioro ludzi utonęło dwanaście mil od fregaty.
— Pokaż mi w samochodzie — powiedział. — Idź po plecak.