Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zło nad Jeziorem Iron - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 czerwca 2026
3742 pkt
punktów Virtualo

Zło nad Jeziorem Iron - ebook

W miasteczkach, gdzie wszyscy dobrze się znają, każdy może mieć coś do ukrycia.

Spokojne miasteczko Aurora w północnej Minnesocie wydaje się miejscem, gdzie najgorsze rzeczy omijają ludzi szerokim łukiem. A jednak pod taflą skutego lodem Jeziora Iron kryją się sekrety, których nikt nie chce wypowiedzieć na głos.

Kiedy dochodzi do tajemniczej śmierci miejscowego sędziego, były szeryf Cork O’Connor zostaje wciągnięty w śledztwo, które otworzy stare rany i podzieli lokalną społeczność. Granice między winą a niewinnością zaczynają się zacierać, a prawda okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna niż kłamstwo.

W mroźnej scenerii północnych lasów rozgrywa się historia o lojalności, zdradzie i cenie, jaką płaci się za dochowanie tajemnic.

Pierwszy tom serii kryminalnej Williama Kenta Kruegera, autora bestsellerowej „Naszej czułej ziemi”.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68872-34-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Cork O’Con­nor pierw­szy raz usły­szał o Win­digo jesie­nią 1965, gdy polo­wał na wiel­kiego niedź­wie­dzia z Samem Zimo­wym Księ­ży­cem. Miał czter­na­ście lat, a jego ojciec od roku nie żył.

Sam zasta­wił tam­tej jesieni pułapki wzdłuż jele­niego szlaku pro­wa­dzą­cego od Stru­mie­nia Wdów do poro­śnię­tego jago­dami wycię­tego lasu. Wcze­śniej wypa­trzył odchody nad stru­mie­niem, wzdłuż szlaku i na pola­nie obsy­pa­nej krzacz­kami peł­nymi doj­rza­łych owo­ców. Pułapki skon­stru­ował na dawną modłę. Oparł­szy gałę­zie o pień drzewa, stwo­rzył z nich sza­łas. Nad wej­ściem zawie­sił ciężką kłodę ze sprę­ży­stym drąż­kiem. Przy­nętą była papka z goto­wa­nych ryb, rybiego łoju i odro­biny syropu klo­no­wego. Sam pierw­szy raz w życiu budo­wał taką pułapkę, gdyż owa stara tra­dy­cja ple­mie­nia Odżi­bwe­jów już pra­wie zani­kła, i popro­sił Corka, żeby mu pomógł. Ten nie był zain­te­re­so­wany. Po śmierci ojca nic go nie inte­re­so­wało. Domy­ślał się, że zapro­sze­nie Sama nie ma nic wspól­nego z chę­cią wypró­bo­wa­nia tra­dy­cyj­nych metod polo­wa­nia, a jest jedy­nie życz­liwą próbą wycią­gnię­cia go z żałoby. Na to zaś Cor­co­ran O’Con­nor nie miał ochoty, gdyż bał się, że zapo­mi­na­jąc o żało­bie, zapo­mni o ojcu. Przez grzecz­ność przy­jął jed­nak pro­po­zy­cję Sama.

Póź­nym popo­łu­dniem odkryli, że pułapka została naru­szona, lecz niedź­wie­dzia w niej nie było. Widzieli, gdzie upadł pod cię­ża­rem wiel­kiej kłody; gdy na powrót ją dźwi­gnęli, Sam oce­nił, że musi ważyć jakieś sto czter­dzie­ści kilo­gra­mów i powinna była zmiaż­dżyć niedź­wie­dzi kark. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach każdy zwy­kły niedź­wiedź czarny, przy­wa­lony kłodą, nie­żywy lub pra­wie, byłby ich. Pułapka była naru­szona, kłoda spa­dła, a jed­nak ten zdo­łał ją z sie­bie zrzu­cić.

– Pew­nie jest ranny. Ruszę za nim – rzu­cił do chłopca zafra­so­wany Sam i odwró­cił wzrok, nie zachę­ca­jąc go ani sło­wem, by mu towa­rzy­szył.

– Takiego niedź­wie­dzia, co to potrafi strzą­snąć z grzbietu bal, warto zoba­czyć – powie­dział Cork.

Sam przy­klęk­nął i prze­su­nął dło­nią po głę­bo­kich śla­dach pozo­sta­wio­nych w mięk­kiej gle­bie przez wiel­kie łapy zwie­rza.

– To nie­bez­pieczne. – Zer­k­nął na chło­paka. – Jeśli pój­dziesz ze mną, będziesz robił dokład­nie, co ci powiem.

– Dobra – obie­cał Cork, pierw­szy raz od roku czu­jąc dreszcz emo­cji.

Do wie­czora nic nie jedli, tylko wdy­chali cedrowy dym ogni­ska. Bla­dym świ­tem poczer­nili twa­rze popio­łem, dając znak duchom pusz­czy, że są oczysz­czeni. Sam zwią­zał w ogon swoje czarno-siwe włosy skó­rza­nym rze­mie­niem przy­ozdo­bio­nym poje­dyn­czym orlim pió­rem. Zgod­nie z rytu­ałem indiań­skich myśli­wych wypa­lili tytoń z liśćmi wierzby, wymie­szany ze sprosz­ko­wa­nym korze­niem mar­cinki i wysma­ro­wali się łojem zwie­rząt, by ukryć przed niedź­wie­dziem ludzką woń.

Do nie­wiel­kiej sakwy z jele­niej skóry, którą nosił prze­wie­szoną przez szyję na ple­cach, Sam spa­ko­wał dodat­kową por­cję łoju, zapałki, osełkę i paczkę nabo­jów o masie stu osiem­dzie­się­ciu gra­nów do strzelby – sztu­cera powta­rzal­nego kali­bru 30-06 Win­che­ster. Teraz zer­k­nął na nią scep­tycz­nie. To broń na jele­nie i małe niedź­wie­dzie, wyja­śnił Cor­kowi, a ten, za któ­rym ruszyli, taki, co to zrzuci z sie­bie kłodę, to inna roz­mowa. Dał chłopcu płó­cienny worek ze śpi­wo­rami, naczy­niami, goto­wa­nym dzi­kim ryżem, kawą, solą i suszo­nym jele­nim mię­sem. Na koniec doło­żył jesz­cze kilka dłu­gich skó­rza­nych rze­mieni. Jeśli trafi im się ten niedź­wiedź, przy­wiążą go do palety z drą­gów i prze­cią­gną do drogi, skąd póź­niej Sam zabie­rze go pic­ku­pem. Przy­wie­sił jesz­cze do paska nóż myśliw­ski i zarzu­cił na ramię strzelbę.

Obe­szli pułapkę, wypa­tru­jąc miejsc wygnie­cio­nych w poszy­ciu lasu przez niedź­wie­dzia. Sam dostrzegł wyraźny ślad, ścieżkę, gdzie zwie­rzę wdep­tało opa­dłe liście brzozy w mięk­kie pod­łoże. Podą­żyli za nim na pół­noc.

Każ­dej jesieni Sam Zimowy Księ­życ zabi­jał niedź­wie­dzia i dzie­lił się uwę­dzo­nym mię­sem z innymi miesz­kań­cami rezer­watu nad Jezio­rem Iron, zwłasz­cza star­szymi, któ­rzy nie mogli już polo­wać ani zasta­wiać sideł, lecz wciąż doce­niali smak won­nego tłu­stego mię­siwa. Dzie­lił się nim też z rodziną Corka. Matka chłopca była pół­krwi Indianką z grupy ple­mion Ani­shi­na­abe, a z jego ojcem – choć był biały – od lat się przy­jaź­nił. Skóry nie­kiedy wymie­niał na inne pro­dukty, ale czę­ściej zacho­wy­wał dla sie­bie. Był wdzięczny niedź­wie­dziom za mięso, któ­rym kar­miły jego i wszyst­kich mu bli­skich, lecz gdy tam­tej jesieni podą­żali tro­pem kolej­nego, wyznał Cor­kowi, że byłby wdzięczny nawet za sam widok wspa­nia­łego zwie­rza, który zrzu­cił z sie­bie kłodę jak byle dro­biazg.

Niedź­wie­dzie, prze­strzegł go Sam, są w lesie naj­trud­niej­sze do wytro­pie­nia i upo­lo­wa­nia. Mają nie­zły wzrok, dobry słuch i naj­lep­szy węch spo­śród wszyst­kich zwie­rząt. Do tego są sprytne, a ranne stają się naj­groź­niej­szym prze­ciw­ni­kiem czło­wieka. Uwiel­biał na nie polo­wać. Cenił sobie ów rytuał łączący myśli­wego, zwie­rzynę i zie­mię, która dla obu jest matką. Wolał wyzwa­nie, jakim jest tro­pie­nie oparte na wła­snej wie­dzy o zwie­rzę­tach i lesie, niż polo­wa­nie z psami, które upodo­bali sobie biali.

Cza­sami przy­sta­wał, by przyj­rzeć się uważ­nie mięk­kiej ziemi i poszy­ciu. Około połu­dnia natra­fili na pień, przy któ­rym dłu­bał niedź­wiedź w poszu­ki­wa­niu pędra­ków, a potem na uła­maną gałąź dębu, którą ogo­ło­cił z żołę­dzi.

Niebo było przej­rzy­ście błę­kitne, powie­trze rześ­kie i nie­ru­chome, a pusz­cza jesien­nie rdza­wo­złota. Poru­szali się z wigo­rem i Corka prze­peł­niała eks­cy­ta­cja. Gło­śno bur­czało mu w brzu­chu z głodu, pod sto­pami chrzę­ściły uschnięte liście. Sam powie­dział, żeby się nie przej­mo­wać odgło­sami, bo niedź­wie­dzia, zwłasz­cza dużego, nie nie­po­koją zbyt­nio dźwięki. Jedy­nie ludzką woń nale­żało trzy­mać od niego z daleka. Sam miał nadzieję, że zajdą go od zawietrz­nej, a nawet jeśli nie, liczył, że zapach tłusz­czu dobrze ich zama­skuje.

Póź­nym popo­łu­dniem Cork uzmy­sło­wił sobie, że nie wie, gdzie się znaj­dują. Na jego pyta­nie, czy Sam zna tę oko­licę, India­nin odpo­wie­dział, że nie. Wyszli już poza teren rezer­watu i dotarli do pusz­czy zwa­nej przez bia­łych Quetico-Supe­rior. Sam ni­gdy tu nie był, ale zda­wał się tym nie przej­mo­wać. O zacho­dzie słońca sta­nęli nad stru­mie­niem i roz­pa­lili ogni­sko. Sam pod­grzał dziki ryż, który zje­dli z suszo­nym mię­sem. Gdy niebo poczer­niało, pokryło się gwiaz­dami i ogar­nął ich nocny jesienny chłód, zapa­rzył kawę i nalał ją do cyno­wych kub­ków.

– Niedź­wiedź nie zwieje, kiedy będziemy spali? – zanie­po­koił się Cork.

Sam wci­snął stary imbryk z kawą w żar na skraju ogni­ska i podźgał szczapy paty­kiem.

– On też potrze­buje snu. Nie­źle nam dziś poszło. Myślę, że to dobry znak – odparł i na chwilę zamilkł, gdy w górę wystrze­liły nowe pło­mie­nie. – Ale wiesz, myślę sobie, że ten niedź­wiedź nie­źle zapyla. Ta kłoda raczej nie zro­biła mu wiel­kiej krzywdy. – Zer­k­nął na Corka. – Takiego zwie­rza aż wstyd zabi­jać, nawet gdyby się udało.

– Chciał­bym go zoba­czyć – wyznał chło­pak.

– Ja też – przy­znał z uśmie­chem Sam. – I myślę, że będzie oka­zja.

Wtem stary imbryk zafur­czał i prze­su­nął się w żarze. Wystra­szony Cork aż pod­sko­czył, roz­le­wa­jąc kawę.

Sam rozej­rzał się wokół, po czym wbił wzrok w niebo i rzu­cił szep­tem:

– Win­digo prze­myka gdzieś bli­sko.

Cork potarł nogę w miej­scu, gdzie kawa opa­rzyła go przez dżinsy.

– A co to Win­digo?

Dostrzegł w łunie ogni­ska, że w ciem­nych oczach Sama śmier­telna powaga mie­sza się z odro­biną stra­chu.

– Nie sły­sza­łeś o Win­digo? Miesz­kasz tu od uro­dze­nia i o nim nie wiesz? – Sam potrzą­snął głową, jakby to było coś nie­by­wa­łego.

Cor­co­ran O’Con­nor przy­siadł po dru­giej stro­nie ogni­ska i spoj­rzał na osma­lony imbryk, który dopiero co pod­sko­czył, zagrze­cho­tał i prze­su­nął się w żarze nie­tknięty ludzką ręką.

– No to chyba muszę ci powie­dzieć – rzu­cił Sam, zer­ka­jąc nie­pew­nie na cynowy imbryk. – Dla two­jego dobra. – Znów zer­k­nął ostroż­nie w niebo i gwiazdy i cią­gnął szep­tem: – To olbrzym, wil­ko­łak o lodo­wa­tym sercu. Ludo­jad, zimny i wiecz­nie głodny. Przy­cho­dzi z lasu, żeby poże­rać kobiety, męż­czyzn i dzieci. Jemu za jedno.

– Po nas też przyj­dzie? – Cork zer­k­nął na cie­nie plą­sa­jące wokół ogni­ska.

– Tak na mój rozum, zwy­kle czu­jemy, kiedy Win­digo weź­mie nas na cel.

– Można się przed nim bro­nić?

– Jasne. Możesz go nawet zabić.

– Jak?

– To potężny stwór i, o ile wiem, jest na niego tylko jeden spo­sób. – Rytu­alny masku­jący popiół, któ­rym Sam natarł rano twarz, znik­nął już z gład­kich powierzchni, lecz wciąż zale­gał w zmarszcz­kach. W świe­tle ogni­ska skóra wyglą­dała jak spę­kana. – Musisz się w niego prze­mie­nić. Jest na to zaklę­cie i Henry Meloux naj­pew­niej je zna. Ale uwa­żaj, bo nawet jeśli uśmier­cisz Win­digo, na­dal będzie ci gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Jakie?

– Że pozo­sta­niesz nim na zawsze. Wil­ko­ła­kiem, któ­rego zabi­łeś. Przy­go­tuj się zatem. Ktoś musi ci pomóc, po tym, jak już się z nim roz­pra­wisz. Musi ci towa­rzy­szyć z roz­grza­nym tłusz­czem, który wypi­jesz, by roz­pu­ścić w sobie lód i spro­wa­dzić się do ludz­kiego wymiaru.

– Mam nadzieję, że ni­gdy nie spo­tkam Win­digo – powie­dział Cork, zer­ka­jąc na stary imbryk.

– Ja też – przy­znał Sam.

Cork zamilkł, tym­cza­sem ogień trza­skał i słał w ciem­ność dym i dro­binki żaru.

– To tylko takie baja­nie, co nie?

Roz­wa­ża­jąc odpo­wiedź, Sam skrę­cił papie­rosa i zakleił go śliną.

– Moż­liwe, ale w tych lasach lepiej brać pod uwagę różne zagro­że­nia, bo wię­cej tu wszyst­kiego, niż zdoła doj­rzeć czło­wiek, i dużo wię­cej, niż zdoła pojąć.

Mimo zmę­cze­nia Cork długo jesz­cze sie­dział przy ogni­sku, gdy Sam palił i snuł opo­wie­ści o jego ojcu. Nie­które roz­śmie­szyły ich obu. Tam­tej nocy, leżąc już na posła­niu, chło­piec nie prze­sta­wał myśleć o niedź­wie­dziu, któ­rego tro­pili. Cie­szył się, że Sam posta­no­wił jed­nak nie zabi­jać tego wspa­nia­łego zwie­rza, ale liczył, że uda im się go zoba­czyć. Roz­my­ślał też o Win­digo, lecz miał nadzieję, że jego nie zoba­czy. No i myślał o ojcu, któ­rego już ni­gdy nie spo­tka. Wszystko to skła­dało się na jego życie i choć każda z tych rze­czy była osobna, spla­tały się ze sobą niczym korze­nie drzewa. Na zawsze zapa­mięta tamto polo­wa­nie na niedź­wie­dzia z Samem Zimo­wym Księ­ży­cem. W jakiś spo­sób, któ­rego do końca nie poj­mo­wał, otwo­rzyło w nim furtkę dającą upust żało­bie i już na zawsze pozo­sta­nie za to wdzięczny przy­ja­cie­lowi ojca.

Minie jed­nak aż trzy­dzie­ści lat, nim znaj­dzie powód, by wspo­mnieć Win­digo, i znów usły­szy jego woła­nie.ROZDZIAŁ 1

Czuł to od tygo­dnia. Przez cały tydzień młody Paul LeBeau się bał. Czego? Nie potra­fił powie­dzieć. Za każ­dym razem, gdy pró­bo­wał wska­zać to w myślach pal­cem, wyśli­zgi­wało się jak kro­pla rtęci. Wie­dział jed­nak, że cokol­wiek wkrótce się zda­rzy, będzie złe, bo czuł dokład­nie to samo, co w tam­tym kosz­mar­nym cza­sie przed znik­nię­ciem ojca. Codzien­nie wysta­wiał w górę macki zmy­słów, pró­bu­jąc dotknąć tego, co nadej­dzie. Aż w końcu tam­tego ranka w poło­wie grud­nia, gdy grube i szare jak dym chmury wto­czyły się na niebo, wiatr zawo­dził wśród sosen i modrzewi i zaczął ostro sypać śnieg, Paul wyj­rzał przez okno pod­czas zajęć z alge­bry i pomy­ślał z nadzieją: Może to tylko ta pogoda.

Tuż po lun­chu gruch­nęła wieść o zamknię­ciu szkoły. Ucznio­wie pośpiesz­nie wło­żyli kurtki i zarzu­cili na ramię torby, i już po kilku minu­tach żółte auto­busy ruszyły w trasę dro­gami, które lada moment mogły znik­nąć kie­row­com sprzed oczu.

Paul wró­cił do domu z gim­na­zjum w Auro­rze, przez całą drogę opie­ra­jąc się śnie­życy. Prze­brał się, wło­żył śnie­gowce, wziął pięć dola­rów z puszki na komo­dzie i przy­twier­dził na lodówce magne­sem w kształ­cie motyla liścik dla matki. Chwy­ciw­szy z wie­szaka w garażu płó­cienną torbę, ruszył do punktu dys­try­bu­cji gazet. O wpół do trze­ciej była wyła­do­wana po brzegi, a on gotowy do roz­wózki.

Obsłu­gi­wał dwie trasy liczące w sumie pra­wie cztery kilo­me­try. Zaczy­nał od nie­wiel­kiego kwar­tału biz­ne­so­wego, a koń­czył na gra­nicy mia­sta przy North Point Road. Jak na czter­na­sto­latka był postaw­niej­szy od więk­szo­ści rówie­śni­ków i bar­dzo silny. Gdyby doci­snął, zała­twiłby kurs w nie­całe pół­to­rej godziny. Wie­dział jed­nak, że nie tym razem. Śniegu przy­by­wało w tem­pie paru cen­ty­me­trów na godzinę, a wiatr znad Kanady szybko usy­py­wał go w głę­bo­kie zaspy.

Paul zajął się roz­wo­że­niem gazet, gdy jego ojciec ostro pił i matce bra­ko­wało pie­nię­dzy. Z powagą trak­to­wał swoje obo­wiązki, zwłasz­cza w takie dni jak ten, gdy misja wyda­wała się nie­moż­liwa do speł­nie­nia. Prawdę mówiąc, uwiel­biał śnie­życe. Eks­cy­to­wał go wicher i nie­ustan­nie zaci­na­jący śnieg. Tam, gdzie inni widzieli tylko znój, on dostrze­gał wyzwa­nie. Czer­pał dumę ze zdol­no­ści do walki z żywio­łem. Zgięty brnął przez zaspy, wal­cząc z wia­trem, by wypeł­nić zada­nie, jakie przed nim sta­wiano.

Paul był skau­tem spod znaku Strzały ze 135. zastępu przy kościele kato­lic­kim pod wezwa­niem Świę­tej Agnieszki. Zyskał mnó­stwo spraw­no­ści. Umiał roz­pa­lić ogień krze­si­wem, tra­fić z łuku w śro­dek tar­czy z trzy­dzie­stu metrów, zawią­zać węzeł ratow­ni­czy, skró­towy i ruchomy i zarzu­cić kładkę, która udźwi­gnie cię­żar kilku osób. Wie­dział, jak udzie­lić pomocy w razie szoku, tonię­cia, zatrzy­ma­nia krą­że­nia i udaru sło­necz­nego. Świę­cie wie­rzył w hasło „Bądź gotowy” i czę­sto, kiedy roz­no­sił gazety, wyobra­żał sobie kata­stro­ficzne sce­na­riu­sze, które pozwolą mu zabły­snąć tymi umie­jęt­no­ściami.

Kiedy był już pra­wie przy końcu trasy, w domach po dro­dze zapa­lano świa­tła. Czuł zmę­cze­nie. Barki bolały go od dźwi­ga­nia gazet, a nogi cią­żyły od brnię­cia przez zaspy po kolana. Ostatni dom, który obsłu­gi­wał, stał na samym końcu North Point Road na wąskim jak palec cyplu wrzy­na­ją­cym się w jezioro, zabu­do­wa­nym ele­ganc­kimi rezy­den­cjami. Ostat­nia, naj­bar­dziej ustronna, nale­żała do sędziego Roberta Par­ranta.

Był star­szym męż­czy­zną o bla­dej sro­giej twa­rzy, kości­stych dło­niach i ostrym czuj­nym wej­rze­niu. Ze stra­chu Paul trak­to­wał go z wyjąt­ko­wym sza­cun­kiem, sta­ran­nie umiesz­cza­jąc jego gazetę mię­dzy drzwiami wia­tro­łapu i solid­nymi wej­ścio­wymi, by uchro­nić ją od dzia­ła­nia żywio­łów. Gdy co mie­siąc przy­cho­dził po zapłatę, sędzia nagra­dzał go hoj­nym napiw­kiem i, jak na gust chłopca, nad­mia­rem opo­wie­ści o poli­tyce.

W domu pano­wał mrok, jeśli nie liczyć pobły­sków ognia z kominka, roz­świe­tla­ją­cych story w salo­nie. Z ostat­nią już gazetą w ręku Paul ruszył z mozo­łem wzdłuż dłu­giego pod­jazdu mię­dzy zaśnie­żo­nymi cedrami. Otwo­rzył drzwi wia­tro­łapu, rzeź­biąc nimi śnieg zale­ga­jący na ganku, i dostrzegł, że wej­ściowe są lekko uchy­lone. Do wnę­trza domu zawie­wał wiatr. Paul się­gnął ręką, by je domknąć, gdy usły­szał dobie­ga­jący stam­tąd gło­śny huk wystrzału.

Ponow­nie uchy­lił drzwi.

– Panie sędzio?! – zawo­łał. – Wszystko w porządku? – Chwilę się zawa­hał, po czym wszedł do środka.

Sędzia nie­raz go tam zapra­szał. Paul nie zno­sił tych wizyt. Dom był prze­pastny, pię­trowy, wznie­siony z min­ne­so­tań­skiego pia­skowca. We wnę­trzu kró­lo­wały ciemna dębowa boaze­ria i witra­żowe okna. W salo­nie roz­siadł się wielki kamienny komi­nek, a na ścia­nach wisiały tro­fea myśliw­skie – łby jele­nia, anty­lopy i niedź­wie­dzia, które zda­wały się wodzić za nim szkla­nym wzro­kiem, ile­kroć sędzia zachę­cił go, by wszedł.

Dom pach­niał dymem z drewna jabłoni. Nagle z kłody w kominku skap­nęła w ogień kro­pla żywicy, spra­wia­jąc, że Paul aż pod­sko­czył.

– Panie sędzio? – pono­wił woła­nie.

Od razu wie­dział, że powi­nien wyjść i zamknąć za sobą drzwi, ale padł strzał i w zale­ga­ją­cej w domu ciszy, któ­rej nie zdo­łał zigno­ro­wać, ode­zwało się w nim poczu­cie obo­wiązku. Stał w otwar­tych na oścież drzwiach i widział, jak nawie­wane wia­trem śnieżne wąsy suną po gołej wypa­sto­wa­nej pod­ło­dze i niczym żywy stwór opla­tają jego buty. Miał pew­ność, że stało się tu coś złego. Cał­ko­witą pew­ność.

Może by się jesz­cze odwró­cił i uciekł, gdyby nie doj­rzał krwi, ciem­nego bły­sku przy pode­ście scho­dów. Pod­szedł tam powoli, przy­klęk­nął, dotknął pal­cami nie­wiel­kiej plamy i w świe­tle kominka prze­ko­nał się, że kolor się zga­dza. Po lewej zauwa­żył krwawy ślad cią­gnący się wzdłuż kory­ta­rza.

Sta­nęły mu przed oczami rysunki z pod­ręcz­nika pierw­szej pomocy, poka­zu­jące krwa­wie­nie tęt­ni­cze oraz spo­soby uci­ska­nia rany i zakła­da­nia krę­pulca. Ćwi­czył to setki razy, lecz bez wiary, że kie­dy­kol­wiek mu się przyda, i teraz żywił roz­pacz­liwą nadzieję, że sędzia aż tak bar­dzo nie ucier­piał. Odczuł lekką panikę na myśl, że być może będzie musiał rato­wać mu życie.

Krwawa smuga dopro­wa­dziła go do zamknię­tych drzwi, spod któ­rych sączyło się przy­tłu­mione świa­tło.

– Panie sędzio? – rzu­cił nie­pew­nie, przy­ty­ka­jąc do nich ucho.

Nie chciał tam wcho­dzić, lecz gdy w końcu naci­snął klamkę i sta­nął w progu, ujrzał przed sobą gabi­net pełen rega­łów z książ­kami. Na wprost stało ciemne drew­niane biurko z lampą. Była włą­czona, lecz nie dawała zbyt wiele świa­tła i w pokoju tło­czyły się cie­nie. Na ścia­nie za biur­kiem wisiała mapa Min­ne­soty. Spły­wały po niej czer­wone smugi niczym rzeki z czer­wo­nych plam niczym jeziora. Obok ster­czał prze­wró­cony fotel, a przy nim leżał sędzia.

Mimo że strach zalał mu trze­wia i ugięły się pod nim nogi, Paul prze­mógł się i posta­no­wił dzia­łać. Gdy zbli­żył się do biurka i ujrzał sędziego z bli­ska, nagle zapo­mniał, jak to było z tym krę­pul­cem. Bo jak go tu zało­żyć komuś, komu bra­kuje pół głowy?

Na chwilę zastygł w bez­ru­chu. Nie był w sta­nie myśleć, wpa­tru­jąc się w szczątki mózgu, różowe niczym kawałki arbuza. Nie poru­szył się nawet, sły­sząc za sobą cichy dźwięk zamy­ka­nych drzwi. W końcu zdo­łał się jed­nak odwró­cić i dostrzegł drugą rzecz, na którą żadne skau­tow­skie ćwi­cze­nie nie było go w sta­nie przy­go­to­wać.ROZDZIAŁ 2

Cork? – rzu­ciła z łóżka Molly.

Sły­szał ją, ale jakby nie sły­szał. Sto­jąc przy oknie z dłońmi na suwaku spodni, Cor­co­ran O’Con­nor patrzył na two­rzące się na podwórku zaspy. Jego zapar­ko­wany na pod­jeź­dzie stary czer­wony Ford Bronco mocno przy­sy­pał biały puch. Poroz­rzu­cane wśród sosen nad jezio­rem opu­sto­szałe domki led­wie maja­czyły za zwiewną zasłoną śnie­życy.

– Chyba nie zamie­rzasz wyjść? Nie w taką pogodę – spy­tała Molly.

– A co ludzie powie­dzą, jeśli zako­pię się tu w śniegu?

– Prawdę. Że posu­wa­łeś tę bez­wstydną szlaję, Molly Nurmi.

Obró­cił się ku niej, marsz­cząc brwi.

– Nikt cię tak nie nazywa.

– Nie pro­sto w oczy. – Roze­śmiała się, widząc jego zagnie­wa­nie. – Daj spo­kój, żyję z tym od lat i mnie to nie rusza.

– Ale mnie tak.

– Miło mi to sły­szeć. – Odgar­nęła włosy z czoła, ciem­no­rude i mokre od potu. – Zostań. Napalę w sau­nie. Roz­grze­jemy się, wypo­cimy, potur­lamy w śniegu, wró­cimy do łóżka i znów się poko­chamy. Co ty na to?

Zapiął suwak, pasek i odsu­nął się od okna. Pod­szedł do łóżka i zdjął z naroż­nika czer­woną sztruk­sową koszulę, którą wcze­śniej w pośpie­chu nań rzu­cił. Wło­żył ją na bie­liź­niany try­kot i powoli zapiął guziki. Pochy­liw­szy się, wcią­gnął skar­petki. Nie­mal odmro­ził sobie stopy od lodo­wa­tej posadzki.

– Daj mi papie­rosa.

Molly wyjęła go z leżą­cej przy łóżku paczki Lucky Strike’ów, przy­pa­liła i mu go podała.

– One cię zabiją.

– A co nie zabija? – Rozej­rzał się wokół w poszu­ki­wa­niu butów.

– Jesteś dziś jakiś roz­ko­ja­rzony.

– Tak? Prze­pra­szam.

– Czu­jesz się tro­chę winny?

– Zawsze.

– Nie musisz.

– Łatwo ci mówić, nie jesteś kato­liczką.

– No chodź, odpręż się przy mnie chwilkę, póki nie wypa­lisz. – Pokle­pała dło­nią wolną stronę łóżka.

Cork spoj­rzał za okno.

– Muszę się zwi­jać. Nie­ła­two będzie dziś doje­chać do mia­sta.

Molly owi­nęła się przy­kry­tym kocem prze­ście­ra­dłem i oparła ple­cami o zagłó­wek. Przy­cią­gnęła kolana do piersi i objęła je rękami, jakby zmar­zła.

– Dla­czego zawsze tak się przej­mu­jesz tym, co o tobie mówią? Już nie jesteś zło­to­wło­sym chło­pacz­kiem.

– Mam w dupie, co o mnie mówią. – Przy­klęk­nął, szu­ka­jąc ręką butów pod łóż­kiem. – Nie o sie­bie się mar­twię. – Wresz­cie je zna­lazł i przy­siadł obok niej.

– O żonę? – dopy­tała niby naiw­nie.

Wypu­ścił kłąb dymu i spoj­rzał na nią chłodno.

– Wiesz, co mam na myśli – dopo­wie­działa.

Wysu­nęła papie­rosa spo­mię­dzy jego pla­ców i strzą­snęła popiół do popiel­niczki w kształ­cie czer­wo­nych ust, sto­ją­cej na szafce przy łóżku. Zosta­wiła go tam, gdy Cork wią­zał sznu­ro­wa­dła. Prze­su­nęła dło­nią po jego ple­cach.

– Wiesz, co to wła­ści­wie jest, to, co tu robimy? Powiem ci. To dar. Jedna z tych rze­czy, o któ­rych Bóg, gdy je two­rzył, powie­dział: „To jest dobro”.

Cork wciąż wią­zał sznu­rówki, jakby jej nie sły­szał, a nawet jeśli, to jakby nie miało to dla niego zna­cze­nia.

– Mogę ci coś powie­dzieć, sze­ry­fie?

– Już nie jestem sze­ry­fem – upo­mniał ją.

– Mogę ci coś powie­dzieć, a ty się nie zdy­stan­su­jesz i nie roz­zło­ścisz? – nie dała za wygraną.

– Dystan­suję się i złosz­czę?

– Wyco­fu­jesz się i szu­kasz wymó­wek, żeby wyjść.

– Nie wyco­fam się – obie­cał.

– Myślę, że tęsk­nisz za rodziną.

– Bez prze­rwy ich widuję.

– Ale teraz jest ina­czej. To Gwiazdka. Tęsk­nisz za nimi bar­dziej, niż się do tego przy­zna­jesz.

– Bzdura – odparł, wsta­jąc.

– Widzisz? Wku­rzy­łam cię. Wycho­dzisz.

– Nie jestem wku­rzony, tylko skoń­czy­łem wią­zać buty. A dobrze wiesz, że muszę wyjść.

– Dla­czego? Co za róż­nica, jeśli zosta­niesz i ludzie się dowie­dzą? Prze­cież nie zdra­dzasz kocha­ją­cej żony.

– To małe mia­sto, a nie mam roz­wodu. Plot­ko­wa­liby o nas jak najęci. Nie chcę, żeby moje dzieci tego słu­chały.

– Dobra. – Molly zsu­nęła się z zagłówka i szczel­nie okryła kocem. – Twoja wola.

Zacią­gnął się ostatni raz, wtarł nie­do­pa­łek w czer­wone usta popiel­niczki i wsu­nął paczkę Lucky Strike’ów do kie­szeni koszuli.

– Odpro­wa­dzisz mnie? – spy­tał.

– Znasz drogę.

– I kto tu się dystan­suje?

– Wal się.

– Świat byłby okropny, gdyby tak to miało wyglą­dać. – Pochy­lił się i czule poca­ło­wał ją w czoło.

– Ucie­kaj – powie­działa i deli­kat­nie go odtrą­ciła, mimo­wol­nie się uśmie­cha­jąc. – Zaraz zejdę na dół – dodała.

Ruszył kory­ta­rzem sta­rego domu z bali po bież­ni­kach Molly i zszedł po trzesz­czą­cych scho­dach do kuchni. Nakar­miła go żyt­nim chle­bem z ziar­nami, zupą z socze­wicy i jogur­tem z tru­skaw­kami na deser. Sama piła wodę Evian, ale jemu dała piwo Grain Belt. Zostało go jesz­cze tro­chę w butelce, więc je wypił. Było zimne, ale już bez smaku. Chwy­cił parkę z wie­szaka na drzwiach kuchen­nych, wło­żył ją i nasu­nął na uszy czarną dzier­ganą czapkę. Nacią­ga­jąc ręka­wiczki, zer­k­nął na wiszącą na ścia­nie nie­wielką tabliczkę z napi­sem wypa­lo­nym dawno temu przez ojca Molly. Było to stare fiń­skie porze­ka­dło, które ów prze­ło­żył z grub­sza na angiel­ski:

_Chło­dzie, synu wia­tru_
_Nie odmroź mi pal­ców,_
_Nie odmroź mi dłoni_
_Mróź wierzby wodne._
_Prze­ni­kaj mro­zem pnie brzóz._

Jak więk­szość zaklęć ludów z tam­tego rejonu świata pod­po­wia­dało wszel­kiemu złu – od czkawki po śmierć – by nękało innych: kro­sna, igły, naparstki lub ewen­tu­al­nie któ­re­goś z sąsia­dów. Obró­ciw­szy się, Cork dostrzegł, że Molly mu się przy­gląda, sto­jąc w progu w czer­wo­nym sze­ni­lo­wym szla­froku i jasno­czer­wo­nych weł­nia­nych skar­pet­kach.

– Zoba­czymy się w „Grillu pod Sosną”? – spy­tała.

– Nie zdążą cię odśnie­żyć, żebyś dotarła jutro do mia­sta.

– To pojadę na nar­tach.

– Kel­ne­ro­wa­nie jest aż tak ważne?

– O tej porze roku waż­niej­sze jest towa­rzy­stwo.

Pod­szedł i ją poca­ło­wał.

– Jeśli się nie spo­tkamy, zadzwo­nię.

– Nie będę wstrzy­my­wać odde­chu.

Pchnął drzwi kuchenne pro­wa­dzące do kącika gospo­dar­czego, a potem wyszedł na mróz i śnieg. Prze­brnął do swo­jego Bronco, odśnie­żył rurę wyde­chową i drzwi od strony kie­rowcy, zeskro­bał lód z przed­niej szyby, wsiadł do auta i odpa­lił sil­nik. Prze­tarł­szy zapa­ro­waną od swo­jego odde­chu szybę, doj­rzał w kuchen­nym oknie Molly z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Stała pod świa­tło, które prze­ni­kało jej włosy, prze­mie­nia­jąc je w coś na kształt kosmy­ków czer­wo­nej mgły. Była piękna, mocno zbu­do­wana i silna, dzie­sięć lat młod­sza od niego, ale bar­dzo o sie­bie dbała – nie paliła, nie piła i nie jadała czer­wo­nego mięsa – dla­tego wyglą­dała jesz­cze mło­dziej. Za to Cork miał kilka kilo­gra­mów nad­wagi, palił zde­cy­do­wa­nie za dużo i już lekko łysiał. Nie miał poję­cia, co w nim widziała.

Kobiety, pomy­ślał z czułą wdzięcz­no­ścią. Kto za nimi trafi.

Włą­czył napęd na cztery koła i ruszył z wolna przez zaspy ku lokal­nej dro­dze, która zapro­wa­dzi go na auto­stradę i do mia­sta. Odjeż­dża­jąc, zer­k­nął przez tylną szybę. Chciał poma­chać, ale Molly już tam nie było.

Auto­strada sta­nowa nie wyglą­dała lepiej niż droga przez las pro­wa­dząca do domu Molly. Jeśli nie liczyć jego Bronco, przez białe wzgórki nawiane na asfalt nie prze­dzie­rał się ani jeden samo­chód. Z pro­gnoz wyni­kało, że sytu­acja ma się podob­nie od kana­dyj­skiej gra­nicy przez region Arro­whead w Min­ne­so­cie, aż po Wiscon­sin. Cork jechali powoli i pew­nie, choć tro­chę na czuja. Po dwu­dzie­stu minu­tach natknął się na jakąś zgiętą wpół postać w czer­wo­nej fla­ne­lo­wej kurtce, brnącą w stronę mia­sta. Zatrzy­mał się i sta­nął na progu auta.

– Wsia­daj! – krzyk­nął.

Oku­tana postać, któ­rej twa­rzy nawet nie mógł doj­rzeć, obró­ciła się powoli i pode­szła do samo­chodu. Kiedy już zna­leźli się w środku, Cork znów ruszył w stronę Aurory.

– Pie­kielna pogoda na spa­ce­rek. – O’Con­nor zer­k­nął na szparkę mię­dzy nacią­gnię­tym na nos weł­nia­nym sza­li­kiem i nasu­niętą na brwi dzier­ganą czapką.

Ścią­gnięte ręka­wiczki uka­zały star­cze, żyla­ste, pokryte pla­mami dło­nie, które się­gnęły do sza­lika wci­śnię­tego w koł­nierz kurtki. Gdy go polu­zo­wały, Cork roz­po­znał Henry’ego Meloux, zwa­nego cza­sami przez bia­łych z oko­lic Aurory Mad Melem. Cork wie­dział, że to _mide­wi­win_, sza­man z ple­mie­nia Ani­shi­na­abe, żyjący samot­nie na ustron­nym pół­nocno-zachod­nim krańcu jeziora. Pew­nie wędro­wał od rana w śnie­życy, żeby dotrzeć aż tutaj.

– Dawaj, Henry, co jest aż tak waż­nego, że spro­wa­dza cię do mia­sta w taki dzień?

Meloux spoj­rzał w dal, omi­ja­jąc wzro­kiem wycie­raczki odgar­nia­jące śnieg z szyby.

– Śnieży czy nie, dla mnie wszyst­kie dni takie same.

– Szla­chetna filo­zo­fia, ale może kie­dyś spra­wić, że zamar­z­niesz na śmierć.

– Widzia­łem wię­cej śnie­życ, niż sobie wyobra­żasz. I gor­szych. Śnie­życ i innych rze­czy.

Cork się­gnął do kie­szeni po paczkę Lucky Strike’ów.

– Papie­rosa?

Obaj się na nie sku­sili, lecz zanim Cork zdą­żył zapa­lić, sta­ru­szek zaczął inten­syw­nie wąchać powie­trze w kabi­nie, po czym uśmiech­nął się sze­roko, uka­zu­jąc pełny gar­ni­tur zadzi­wia­jąco zdro­wych zębów.

– Ład­nie pach­niesz, tym, co głę­boko ukryte w kobie­cie.

– Pew­nie wiatr zmro­ził ci nos – odpa­ro­wał Cork.

– Nie – zaprze­czył Meloux, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. – Dobrze w taki dzień gdzieś się zaszyć – roze­śmiał się cicho. – Już ty wiesz, o czym mówię.

Przy­pa­lił papie­rosa zapal­niczką, którą podał mu Cork, i znów zamilkł. Doje­chali do przed­mieść. Minęli nowy bla­szany wysoki płot zło­mo­wi­ska Johan­n­sena, wznie­siony przy oka­zji budowy kasyna „Chip­pewa Grand”, żeby rdze­wie­jące wraki i żela­stwo nie psuły widoku. Nieco dalej mie­ścił się nowiutki Hotel „Best Western” na sto pięć­dzie­siąt pokoi, z kry­tym base­nem, jacuzzi i sauną. Wielki baner od frontu witał hazar­dzi­stów, infor­mu­jąc, że Lyle Por­ter grywa tam na for­te­pia­nie w sali Kit­chi-Gami od dwu­dzie­stej do pół­nocy. Par­king był pra­wie pełen. Obok stała nowa restau­ra­cja Per­kins, a naprze­ciwko lśniąca sta­cja ben­zy­nowa Food-N-Fuel z dwu­na­stoma dys­try­bu­to­rami paliw.

Na uli­cach Aurory ruch był nie­wielki, jeśli nie liczyć kilku pic­ku­pów na sze­ro­kich tere­no­wych opo­nach. Sklepy zamknięto wcze­śniej i więk­szość witryn w nie­wielkim cen­trum była poga­szona. Wyglą­dało na to, że 3752 miesz­kań­ców mia­sta schro­niło się pod dachem, by prze­cze­kać śnie­życę.

Henry dłuż­szy czas mil­czał, popa­la­jąc w zamy­śle­niu papie­rosa.

– Co spro­wa­dza cię do mia­sta w taki dzień? – spy­tał wresz­cie Cork.

– Widzia­łem go – odrzekł sta­rzec.

– Kogo widzia­łeś?

Meloux spoj­rzał przed sie­bie.

– Dwa dni temu, nocą, ska­kał po dachu mojej chaty, zmie­rza­jąc na pół­nocny zachód, w stronę, z któ­rej potem nad­cią­gnęła śnie­życa. Widzia­łem czerń tam, gdzie prze­my­kał po nie­bie i prze­sła­niał gwiazdy.

– Kogo widzia­łeś? – pono­wił pyta­nie Cork.

– A i sły­sza­łem, jak wołał imiona.

Wypo­wie­dział to nie­mal szep­tem, więc Cork wywnio­sko­wał, że nie jest dobrze.

– Kto wołał imiona?

Sta­rzec zamknął się jed­nak w sobie.

– Stąd mogę pójść pie­szo – oznaj­mił.

– Tylko żeby nie przy­szło ci do głowy wra­cać, nim odśnieżą drogi.

– Cho­dzi­łem tędy na długo, zanim powstały.

– To było ze dwie­ście lat temu, Henry.

Sza­man zacią­gnął się jesz­cze raz papie­ro­sem i zdu­sił go w popiel­niczce.

– Dzię­kuję, sze­ry­fie.

– Rany, już nim nie jestem.

Wło­żyw­szy ręka­wiczki, Meloux otwo­rzył drzwi i wysiadł.

– Warto było, choćby dla tego zapa­chu. – Znów wyszcze­rzył zęby i zatrza­snął drzwi.

Cork patrzył, jak wci­ska końce sza­lika pod kurtkę i kie­ruje się w stronę jeziora i nie­wi­docz­nej w śnie­życy poły­skli­wej kopuły, gdzie zmie­rzali wszy­scy odwie­dza­jący Aurorę. Jaskrawy neon wiel­kiego nowego kasyna świe­cił tam dniem i nocą i nawet w naj­gor­szą pogodę jego podwoje były zawsze gotowe, by się otwo­rzyć, a jego cie­płe, pełne papie­ro­so­wego dymu wnę­trze obie­cy­wało zdo­by­cie łatwej for­tuny.

Gdy Meloux znik­nął za prze­słoną bia­łego puchu, Cork uśmiech­nął się pod nosem i wypo­wie­dział imię, któ­rego sta­rzec nie odwa­żył się wymó­wić:

– Win­digo.ROZDZIAŁ 3

Stu Gran­tham stał przed zdję­ciem latarni mor­skiej w Split Rock, wiszą­cym na ścia­nie kan­ce­la­rii praw­nej Nancy Jo O’Con­nor. Spló­tł­szy dło­nie za ple­cami, wpa­try­wał się w słynną zabyt­kową budowlę na pół­noc­nym brzegu Jeziora Gór­nego. Tkwił tam pra­wie minutę, sku­piony i mil­czący, a Jo pozwo­liła mu na to. Wie­działa, że ma go w naroż­niku i że jeśli on dobrze to prze­my­śli, też zyska tę świa­do­mość, a wtedy będą mogli zała­twić sprawę.

Nagle ktoś zapu­kał do drzwi i do środka zaj­rzała sekre­tarka Jo, Fran.

– Wybacz, wiem, że mia­łam nie prze­szka­dzać, ale dro­gówka wła­śnie zamknęła drogę numer jeden. Mówili w radiu.

Jo wyj­rzała przez okno. Par­king przed Aurora Pro­fes­sio­nal Buil­ding był nie­mal pusty. Jej nie­bie­ską Toyotę Cres­sidę pokrył śnieg i zwi­sa­jące sople. Przy­po­mi­nała jakąś ark­tyczną bestię, która sku­liła się tam, by prze­cze­kać zawieję. Wszystko wokół było białe i nie­ru­chome w tym morzu śniegu.

– Dzięki, Fran – odpo­wie­działa Jo. – Wra­caj do domu, zanim utkniesz tu na dobre.

– A ty? – Sekre­tarka zer­k­nęła na Gran­thama, naj­wy­raź­niej nie­świa­do­mego prze­ka­za­nych przez nią wie­ści.

– Skoń­czę tu ze Stu­ar­tem i też pojadę.

Fran podała jej kilka wydru­ko­wa­nych kar­tek.

– Z nikim cię nie łączy­łam, tak jak pro­si­łaś. Tu masz wia­do­mo­ści.

– Dzięki. Jedź ostroż­nie.

– Ty też.

Jo prze­bie­gła wzro­kiem wydruk. Pierw­szy tele­fon od Franka Mon­roe z depar­ta­mentu zaso­bów natu­ral­nych. Oddzwo­nić w spra­wie nie­zgod­no­ści odno­śnie do kwe­stii Rust Creek i kasyna. Drugi od sędziego Roberta Par­ranta. Po pro­stu oddzwo­nić. Kolejny od Doro­thei Hayes doty­czący słu­żeb­no­ści grun­to­wej dla nowej celu­lo­zowni. Następny od Sandy’ego Par­ranta, który nie zosta­wił żad­nej wia­do­mo­ści.

Gran­tham pod­szedł w mil­cze­niu do małego sto­lika, na któ­rym Jo trzy­mała kawiarkę ze stali nie­rdzew­nej i kilka kub­ków. Nalaw­szy sobie kawy, usiadł. Był agen­tem nie­ru­cho­mo­ści i, z wyboru oby­wa­teli, sze­fem rady okręgu. Dobie­gał sześć­dzie­siątki, był siwy, ale wciąż przy­stojny. Z gładką od pudru twa­rzą, pach­niał piż­mową wodą po gole­niu. Jo zasta­na­wiała się, czy ogo­lił się tuż przed przyj­ściem. Nie­któ­rzy tak wła­śnie robili, jakby czy­niło to jakąś róż­nicę.

Jo bar­dzo dbała o szczu­płą syl­wetkę. Jej blond włosy były nie­mal białe, a oczy przej­rzy­ście błę­kitne jak lód. Od kilku mie­sięcy pozo­sta­wała w sepa­ra­cji z mężem, Cor­kiem, i nie­któ­rzy faceci, naj­wy­raź­niej Gran­tham też, upa­try­wali w tym swoją szansę.

– O co ci cho­dzi, Jo? – spy­tał wresz­cie. – Kiedy tylko chcę sko­rzy­stać z two­ich usług, zawsze odpo­wia­dasz, że jesteś tak zajęta, że ledwo widzisz na oczy. Tym­cza­sem wciąż przyj­mu­jesz sprawy od tych… – nagle urwał.

– Od kogo, Stu?

– Sama wiesz naj­le­piej. _Pro bono_, doty­czące Indian. Teraz mają kasyno. Niech płacą za adwo­ka­tów.

– Jest wła­sno­ścią ple­mie­nia Odżi­bwe­jów znad Jeziora Iron, a Louise Wil­lette to Lakota. Nie czer­pie zysków z kasyna. Musi ciężko pra­co­wać na pen­sję od władz okręgu i współ­pra­cow­nicy nie mogą jej bez prze­rwy gnę­bić.

– Na litość boską, jest jedyną kobietą w eki­pie sprzą­ta­ją­cej pobo­cza dróg. Czego się spo­dzie­wała? Faceci nie mogą bez prze­rwy się pil­no­wać, czy aby cze­goś przy niej nie palną.

– Przy mojej klientce, czy w ogóle przy kobie­tach, lepiej niech się pil­nują. – Jo odło­żyła wydruk i oparła dło­nie na biurku. – Bez pro­blemu mogę pozwać wła­dze okręgu. Dowody są przy­tła­cza­jące. Ale naj­pierw wola­łam poroz­ma­wiać z tobą, bo chcę oszczę­dzić tobie i radzie wstydu. Moja klientka jest skłonna roz­wią­zać to polu­bow­nie. Jestem pewna, że pod­czas listo­pa­do­wych wybo­rów będziesz się cie­szył, że nie chla­pa­ły­śmy o tym w nagłów­kach „Sen­ti­nela”.

– Czyli robisz mi przy­sługę. – Gran­tham wyszcze­rzył w uśmie­chu zęby, odsła­nia­jąc przy tym srebrny sie­kacz. Odsta­wiw­szy kubek na biurko, zaczął obra­cać na palcu złoty lice­alny sygnet. Rocz­nik ‘52, albo ‘53, domy­śliła się Jo. Porządny chło­pak z Aurory. – Wiesz co? – dorzu­cił. – Myślę, że to Wanda Wiele Czy­nów ją do tego pod­pu­ściła.

– Nikt jej do niczego nie pod­pusz­czał, ale rze­czy­wi­ście, to ona skie­ro­wała ją do mnie. Nie dziw się. Jestem naj­lep­szym adwo­ka­tem w Auro­rze.

– Odkąd się spik­nę­ły­ście, w okręgu Tama­rack nie jest już jak daw­niej – poża­lił się Gran­tham.

– Amen. – Jo wypo­wie­działa to słowo przy­jaź­nie. Miała do czy­nie­nia ze Stu i jemu podob­nymi od dnia, gdy nie­mal dzie­sięć lat wcze­śniej umie­ściła w tym mie­ście tabliczkę z nazwą swo­jej kan­ce­la­rii. Łatwo nie było.

Prze­nie­śli się do rodzin­nego mia­sta Corka, żeby odcho­wać dzieci w miej­scu, które w niczym nie przy­po­mi­nało Chi­cago. Mąż uprze­dzał, że będzie jej ciężko, bo jest kobietą, w dodatku obcą. Nie przy­pusz­czała jed­nak, że aż tak bar­dzo, póki przez pierw­sze trzy mie­siące nie zgło­sił się do niej żaden klient.

Aż tu któ­re­goś wio­sen­nego dnia do jej gabi­netu weszły dwie kobiety. Jedna była postawna – nie gruba, lecz wysoka i mocno zbu­do­wana – ubrana w sprane dżinsy i nie­bie­ską fla­ne­lową koszulę z pod­wi­nię­tymi ręka­wami. Dłu­gie czarne włosy zaplo­tła w war­kocz i przy­ozdo­biła pió­rem. Miała też poły­skliwe kora­li­kowe kol­czyki, taką samą bran­so­letkę i harde spoj­rze­nie, jakiego Jo nie widziała wcze­śniej u żad­nej kobiety. Za nią kryła się jej towa­rzyszka, pew­nie dwu­dzie­sto­let­nia, ledwo więk­sza od dziew­czynki.

– Jaka z pani adwo­kat? – wypa­liła ta z kol­czy­kami i bran­so­letką.

– Dobra – odparła Jo.

– Taka, co woli pie­nią­dze czy spra­wie­dli­wość?

– Gdy­bym miała wybie­rać, skła­nia­ła­bym się ku spra­wie­dli­wo­ści.

– I dobrze, bo pie­nię­dzy nie mamy.

– No to może poroz­ma­wiamy o spra­wie­dli­wo­ści? Usiądź­cie.

Kobiety sko­rzy­stały z zapro­sze­nia. Ta więk­sza sie­działa dum­nie wypro­sto­wana, a młod­sza nieco zgar­biona i nie patrzyła Jo w oczy.

– Mnie już zna­cie, nazwi­sko jest na tabliczce. A wy to…?

– Ja jestem Wanda Wiele Czy­nów – rzu­ciła postaw­niej­sza. – A to Liz­zie Favre.

Młod­sza spoj­rzała na Jo i zaraz spu­ściła wzrok.

– W jakiej spra­wie przy­cho­dzi­cie?

– Chcemy zawal­czyć z dwoma wpły­wo­wymi ludźmi – wyja­wiła Wanda.

– Z kim mia­no­wi­cie?

– Z tymi od Great North Deve­lop­ment Com­pany.

– Od Great North… – Jo odchy­liła się na fotelu, czu­jąc lekki ucisk w żołądku. – Czyli z San­dym i Rober­tem Par­ran­tami. Co im zarzu­ca­cie?

– Nie chcą zatrud­nić Liz­zie.

Jo zer­k­nęła na dziew­czynę.

– Bo jesteś kobietą?

– I Indianką z ple­mie­nia Odżi­bwe­jów – po lek­kim waha­niu dorzu­ciła cicho Liz­zie.

– Sły­sza­łam, jak ten, co dla nich naj­muje, Che­ster, nazywa nas _squaw_ – dopo­wie­działa Wanda.

– Za waszymi ple­cami – domy­śliła się Jo.

Tamta kiw­nęła głową.

– To tchórz.

– Tacy to zawsze tchó­rze. – Jo pod­nio­sła ołó­wek i zaczęła bez­wied­nie stu­kać zaostrzo­nym koń­cem o pod­kładkę, roz­wa­ża­jąc to, co wła­śnie usły­szała. – Sędzia Robert Par­rant, Sandy Par­rant. – Sma­ko­wały jej te słowa, ich zdaw­ko­wość będąca zapo­wie­dzią porząd­nej roz­grywki. – Ata­ko­wać tego sta­ruszka to jak zamach­nąć się na drut kol­cza­sty. Za to jego syn… – Pochy­liła się ku nim kon­fi­den­cjo­nal­nie. – Ponoć szy­kuje się do kan­dy­do­wa­nia w wybo­rach sta­no­wych. Myślę, że tu możemy coś ugrać.

– Podej­mie się pani? – spy­tała Wanda. Jej śniada harda twarz nie zdra­dzała żad­nych emo­cji, lecz ulotny błysk w oczach pod­po­wie­dział Jo, że jest zado­wo­lona.

– Wszyst­kie się podej­miemy – dopre­cy­zo­wała praw­niczka.

I tak się stało.

Co tam z prze­no­si­nami Sandy’ego do Waszyng­tonu? – spy­tał Stu.

– Słu­cham? – Jo wró­ciła do tu i teraz, do Gran­thama, który ugrzązł po dru­giej stro­nie jej biurka.

– Nasz nowy sena­tor. Jest gotów na Waszyng­ton?

– Będzie.

– Czy­ta­łaś arty­kuł w „Pio­neer Press”? Napi­sali „drugi Jack Ken­nedy”. Po Harvar­dzie, libe­rał, przy­stojny. Kobie­ciarz – Gran­tham urwał na chwilę, krę­cąc cięż­kim szkol­nym sygne­tem. – Poje­dziesz z nim?

– Co takiego?

– Podobno chce, żebyś dołą­czyła do jego sztabu.

– Moja praca i rodzina są tutaj – odparła chłodno Jo. – Nie zamie­rzam wyjeż­dżać.

– Pomy­śla­łem tylko, że skoro z Cor­kiem układa ci się, jak się układa…

– Co z moją klientką? – przy­wio­dła go do tematu Jo. – Będziemy tak sie­dzieć całą noc, czy zga­dzasz się na nasze warunki?

– Noc z tobą? – Gran­tham pochy­lił się z uśmie­chem nad biur­kiem. – Nie­zły pomysł.

– Wiesz, Stu, wła­śnie przez takie komen­ta­rze wasza ekipa sprzą­ta­jąca zna­la­zła się w głę­bo­kiej dupie – odparła nie­wzru­szona Jo.

– Posłu­chaj…

– Ty posłu­chaj. – Wyce­lo­wała w niego palec i choć nawet go nie tknęła, gwał­tow­nie się odchy­lił. – Cze­kam na odpo­wiedź. Teraz. Zare­ko­men­du­jesz radzie, żeby przy­stała na nasze warunki, czy będziemy to cią­gnąć po sądach i prać publicz­nie sek­si­stow­skie brudy? Prawdę mówiąc, chęt­nie pójdę z tym do sądu, żeby przy­kład­nie uka­rać waszą ekipę, a przy oka­zji także radę okręgu.

Mówi­łaby dalej, ale nagle zadzwo­nił tele­fon. Odwró­ciła się od Gran­thama i ode­brała, rzu­ca­jąc wście­kłe „Tak!” w słu­chawkę.

To była jej sio­stra, Rose.

– Anne się odzy­wała? – spy­tała, mając na myśli jede­na­sto­let­nią córkę Jo.

– Nie. Nie ma jej w domu?

– Wró­ciła tuż po szkole i oznaj­miła, że musi jesz­cze coś zała­twić. Nie prze­ję­łam się, ale to było trzy godziny temu i od tej pory nie mia­łam z nią kon­taktu.

Jo spoj­rzała na nawał­nicę za oknem i pró­bo­wała zapa­no­wać nad gło­sem.

– Jenny nic nie wie?

– Nie.

– A kole­żanki Anne?

– Obdzwo­ni­łam wszyst­kie, które przy­szły mi do głowy.

– Do Corka dzwo­ni­łaś?

– Zosta­wi­łam mu kilka wia­do­mo­ści.

– Może zabrał ją na węd­ko­wa­nie na lodzie? – zasu­ge­ro­wała Jo, choć była pewna, że by ją o tym uprze­dził.

– Mar­twię się, Jo.

– Czy Ste­vie i Jenny są tam z tobą?

– Tak.

– Niech nie wycho­dzą, zaraz przy­jadę – rzu­ciła Jo, roz­łą­czyła się i utkwiła wzrok w Gran­tha­mie. – To jak?

Tele­fon wyraź­nie wybił ją z rytmu. Tym­cza­sem Gran­tham popra­wiał sobie kra­wat.

– Kło­poty w domu?

– Nic, z czym sobie nie pora­dzę.

– Nie chcę cię pilić, Jo – zade­kla­ro­wał i ruszył w stronę fotela, naj­wy­raź­niej, by znów się w nim umo­ścić.

W odpo­wie­dzi Jo otwo­rzyła drzwi, dając do zro­zu­mie­nia, że ich roz­mowa bez­a­pe­la­cyj­nie dobie­gła końca.

– Będziemy w kon­tak­cie.

– To na pewno – odpo­wie­dział i, uśmie­cha­jąc się, wyszedł.

Wrzu­ciła do aktówki kilka doku­men­tów, wło­żyła płaszcz, zamknęła gabi­net i ruszyła na opu­sto­szały par­king. Przed­nią szybę Toyoty pokry­wała śnieżna czapa i war­stwa lodu, który uszko­dził jej pla­sti­kową skro­baczkę. Jo włą­czyła na ful nawiew i odpa­liła sil­nik. Stru­mień gorąca powoli roz­mra­żał szybę, gdy usu­wała śnieg z reszty auta.

Wtem pośród śnie­życy poczuła jesz­cze więk­szy mróz, jakby jakaś lodo­wata dłoń przedarła się przez płaszcz i dotknęła jej ple­ców, po któ­rych prze­biegł nagły dreszcz. Obró­ciła się gwał­tow­nie i wpa­trzyła w wiru­jącą wokół biel, pró­bu­jąc doj­rzeć osła­nia­jące róg działki rosnące kil­ka­dzie­siąt metrów dalej cedry.

– Jest tam kto? – Wie­działa, że to nie­do­rzeczne, ludzka ręka nie mogła się­gnąć tak daleko. Zresztą to na pewno nie był ludzki dotyk.

W odpo­wie­dzi usły­szała jedy­nie smutne zawo­dze­nie wichru. Odpu­ściła sobie odśnie­ża­nie, wsia­dła do auta i zablo­ko­wała drzwi. Nawiew odmro­ził jedy­nie część szyby, ale Nancy Jo O’Con­nor tyle wystar­czyło. Czym prę­dzej wyje­chała z par­kingu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij