-
nowość
-
promocja
Zło nad Jeziorem Iron - ebook
Zło nad Jeziorem Iron - ebook
W miasteczkach, gdzie wszyscy dobrze się znają, każdy może mieć coś do ukrycia.
Spokojne miasteczko Aurora w północnej Minnesocie wydaje się miejscem, gdzie najgorsze rzeczy omijają ludzi szerokim łukiem. A jednak pod taflą skutego lodem Jeziora Iron kryją się sekrety, których nikt nie chce wypowiedzieć na głos.
Kiedy dochodzi do tajemniczej śmierci miejscowego sędziego, były szeryf Cork O’Connor zostaje wciągnięty w śledztwo, które otworzy stare rany i podzieli lokalną społeczność. Granice między winą a niewinnością zaczynają się zacierać, a prawda okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna niż kłamstwo.
W mroźnej scenerii północnych lasów rozgrywa się historia o lojalności, zdradzie i cenie, jaką płaci się za dochowanie tajemnic.
Pierwszy tom serii kryminalnej Williama Kenta Kruegera, autora bestsellerowej „Naszej czułej ziemi”.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68872-34-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cork O’Connor pierwszy raz usłyszał o Windigo jesienią 1965, gdy polował na wielkiego niedźwiedzia z Samem Zimowym Księżycem. Miał czternaście lat, a jego ojciec od roku nie żył.
Sam zastawił tamtej jesieni pułapki wzdłuż jeleniego szlaku prowadzącego od Strumienia Wdów do porośniętego jagodami wyciętego lasu. Wcześniej wypatrzył odchody nad strumieniem, wzdłuż szlaku i na polanie obsypanej krzaczkami pełnymi dojrzałych owoców. Pułapki skonstruował na dawną modłę. Oparłszy gałęzie o pień drzewa, stworzył z nich szałas. Nad wejściem zawiesił ciężką kłodę ze sprężystym drążkiem. Przynętą była papka z gotowanych ryb, rybiego łoju i odrobiny syropu klonowego. Sam pierwszy raz w życiu budował taką pułapkę, gdyż owa stara tradycja plemienia Odżibwejów już prawie zanikła, i poprosił Corka, żeby mu pomógł. Ten nie był zainteresowany. Po śmierci ojca nic go nie interesowało. Domyślał się, że zaproszenie Sama nie ma nic wspólnego z chęcią wypróbowania tradycyjnych metod polowania, a jest jedynie życzliwą próbą wyciągnięcia go z żałoby. Na to zaś Corcoran O’Connor nie miał ochoty, gdyż bał się, że zapominając o żałobie, zapomni o ojcu. Przez grzeczność przyjął jednak propozycję Sama.
Późnym popołudniem odkryli, że pułapka została naruszona, lecz niedźwiedzia w niej nie było. Widzieli, gdzie upadł pod ciężarem wielkiej kłody; gdy na powrót ją dźwignęli, Sam ocenił, że musi ważyć jakieś sto czterdzieści kilogramów i powinna była zmiażdżyć niedźwiedzi kark. W normalnych okolicznościach każdy zwykły niedźwiedź czarny, przywalony kłodą, nieżywy lub prawie, byłby ich. Pułapka była naruszona, kłoda spadła, a jednak ten zdołał ją z siebie zrzucić.
– Pewnie jest ranny. Ruszę za nim – rzucił do chłopca zafrasowany Sam i odwrócił wzrok, nie zachęcając go ani słowem, by mu towarzyszył.
– Takiego niedźwiedzia, co to potrafi strząsnąć z grzbietu bal, warto zobaczyć – powiedział Cork.
Sam przyklęknął i przesunął dłonią po głębokich śladach pozostawionych w miękkiej glebie przez wielkie łapy zwierza.
– To niebezpieczne. – Zerknął na chłopaka. – Jeśli pójdziesz ze mną, będziesz robił dokładnie, co ci powiem.
– Dobra – obiecał Cork, pierwszy raz od roku czując dreszcz emocji.
Do wieczora nic nie jedli, tylko wdychali cedrowy dym ogniska. Bladym świtem poczernili twarze popiołem, dając znak duchom puszczy, że są oczyszczeni. Sam związał w ogon swoje czarno-siwe włosy skórzanym rzemieniem przyozdobionym pojedynczym orlim piórem. Zgodnie z rytuałem indiańskich myśliwych wypalili tytoń z liśćmi wierzby, wymieszany ze sproszkowanym korzeniem marcinki i wysmarowali się łojem zwierząt, by ukryć przed niedźwiedziem ludzką woń.
Do niewielkiej sakwy z jeleniej skóry, którą nosił przewieszoną przez szyję na plecach, Sam spakował dodatkową porcję łoju, zapałki, osełkę i paczkę nabojów o masie stu osiemdziesięciu granów do strzelby – sztucera powtarzalnego kalibru 30-06 Winchester. Teraz zerknął na nią sceptycznie. To broń na jelenie i małe niedźwiedzie, wyjaśnił Corkowi, a ten, za którym ruszyli, taki, co to zrzuci z siebie kłodę, to inna rozmowa. Dał chłopcu płócienny worek ze śpiworami, naczyniami, gotowanym dzikim ryżem, kawą, solą i suszonym jelenim mięsem. Na koniec dołożył jeszcze kilka długich skórzanych rzemieni. Jeśli trafi im się ten niedźwiedź, przywiążą go do palety z drągów i przeciągną do drogi, skąd później Sam zabierze go pickupem. Przywiesił jeszcze do paska nóż myśliwski i zarzucił na ramię strzelbę.
Obeszli pułapkę, wypatrując miejsc wygniecionych w poszyciu lasu przez niedźwiedzia. Sam dostrzegł wyraźny ślad, ścieżkę, gdzie zwierzę wdeptało opadłe liście brzozy w miękkie podłoże. Podążyli za nim na północ.
Każdej jesieni Sam Zimowy Księżyc zabijał niedźwiedzia i dzielił się uwędzonym mięsem z innymi mieszkańcami rezerwatu nad Jeziorem Iron, zwłaszcza starszymi, którzy nie mogli już polować ani zastawiać sideł, lecz wciąż doceniali smak wonnego tłustego mięsiwa. Dzielił się nim też z rodziną Corka. Matka chłopca była półkrwi Indianką z grupy plemion Anishinaabe, a z jego ojcem – choć był biały – od lat się przyjaźnił. Skóry niekiedy wymieniał na inne produkty, ale częściej zachowywał dla siebie. Był wdzięczny niedźwiedziom za mięso, którym karmiły jego i wszystkich mu bliskich, lecz gdy tamtej jesieni podążali tropem kolejnego, wyznał Corkowi, że byłby wdzięczny nawet za sam widok wspaniałego zwierza, który zrzucił z siebie kłodę jak byle drobiazg.
Niedźwiedzie, przestrzegł go Sam, są w lesie najtrudniejsze do wytropienia i upolowania. Mają niezły wzrok, dobry słuch i najlepszy węch spośród wszystkich zwierząt. Do tego są sprytne, a ranne stają się najgroźniejszym przeciwnikiem człowieka. Uwielbiał na nie polować. Cenił sobie ów rytuał łączący myśliwego, zwierzynę i ziemię, która dla obu jest matką. Wolał wyzwanie, jakim jest tropienie oparte na własnej wiedzy o zwierzętach i lesie, niż polowanie z psami, które upodobali sobie biali.
Czasami przystawał, by przyjrzeć się uważnie miękkiej ziemi i poszyciu. Około południa natrafili na pień, przy którym dłubał niedźwiedź w poszukiwaniu pędraków, a potem na ułamaną gałąź dębu, którą ogołocił z żołędzi.
Niebo było przejrzyście błękitne, powietrze rześkie i nieruchome, a puszcza jesiennie rdzawozłota. Poruszali się z wigorem i Corka przepełniała ekscytacja. Głośno burczało mu w brzuchu z głodu, pod stopami chrzęściły uschnięte liście. Sam powiedział, żeby się nie przejmować odgłosami, bo niedźwiedzia, zwłaszcza dużego, nie niepokoją zbytnio dźwięki. Jedynie ludzką woń należało trzymać od niego z daleka. Sam miał nadzieję, że zajdą go od zawietrznej, a nawet jeśli nie, liczył, że zapach tłuszczu dobrze ich zamaskuje.
Późnym popołudniem Cork uzmysłowił sobie, że nie wie, gdzie się znajdują. Na jego pytanie, czy Sam zna tę okolicę, Indianin odpowiedział, że nie. Wyszli już poza teren rezerwatu i dotarli do puszczy zwanej przez białych Quetico-Superior. Sam nigdy tu nie był, ale zdawał się tym nie przejmować. O zachodzie słońca stanęli nad strumieniem i rozpalili ognisko. Sam podgrzał dziki ryż, który zjedli z suszonym mięsem. Gdy niebo poczerniało, pokryło się gwiazdami i ogarnął ich nocny jesienny chłód, zaparzył kawę i nalał ją do cynowych kubków.
– Niedźwiedź nie zwieje, kiedy będziemy spali? – zaniepokoił się Cork.
Sam wcisnął stary imbryk z kawą w żar na skraju ogniska i podźgał szczapy patykiem.
– On też potrzebuje snu. Nieźle nam dziś poszło. Myślę, że to dobry znak – odparł i na chwilę zamilkł, gdy w górę wystrzeliły nowe płomienie. – Ale wiesz, myślę sobie, że ten niedźwiedź nieźle zapyla. Ta kłoda raczej nie zrobiła mu wielkiej krzywdy. – Zerknął na Corka. – Takiego zwierza aż wstyd zabijać, nawet gdyby się udało.
– Chciałbym go zobaczyć – wyznał chłopak.
– Ja też – przyznał z uśmiechem Sam. – I myślę, że będzie okazja.
Wtem stary imbryk zafurczał i przesunął się w żarze. Wystraszony Cork aż podskoczył, rozlewając kawę.
Sam rozejrzał się wokół, po czym wbił wzrok w niebo i rzucił szeptem:
– Windigo przemyka gdzieś blisko.
Cork potarł nogę w miejscu, gdzie kawa oparzyła go przez dżinsy.
– A co to Windigo?
Dostrzegł w łunie ogniska, że w ciemnych oczach Sama śmiertelna powaga miesza się z odrobiną strachu.
– Nie słyszałeś o Windigo? Mieszkasz tu od urodzenia i o nim nie wiesz? – Sam potrząsnął głową, jakby to było coś niebywałego.
Corcoran O’Connor przysiadł po drugiej stronie ogniska i spojrzał na osmalony imbryk, który dopiero co podskoczył, zagrzechotał i przesunął się w żarze nietknięty ludzką ręką.
– No to chyba muszę ci powiedzieć – rzucił Sam, zerkając niepewnie na cynowy imbryk. – Dla twojego dobra. – Znów zerknął ostrożnie w niebo i gwiazdy i ciągnął szeptem: – To olbrzym, wilkołak o lodowatym sercu. Ludojad, zimny i wiecznie głodny. Przychodzi z lasu, żeby pożerać kobiety, mężczyzn i dzieci. Jemu za jedno.
– Po nas też przyjdzie? – Cork zerknął na cienie pląsające wokół ogniska.
– Tak na mój rozum, zwykle czujemy, kiedy Windigo weźmie nas na cel.
– Można się przed nim bronić?
– Jasne. Możesz go nawet zabić.
– Jak?
– To potężny stwór i, o ile wiem, jest na niego tylko jeden sposób. – Rytualny maskujący popiół, którym Sam natarł rano twarz, zniknął już z gładkich powierzchni, lecz wciąż zalegał w zmarszczkach. W świetle ogniska skóra wyglądała jak spękana. – Musisz się w niego przemienić. Jest na to zaklęcie i Henry Meloux najpewniej je zna. Ale uważaj, bo nawet jeśli uśmiercisz Windigo, nadal będzie ci grozić niebezpieczeństwo.
– Jakie?
– Że pozostaniesz nim na zawsze. Wilkołakiem, którego zabiłeś. Przygotuj się zatem. Ktoś musi ci pomóc, po tym, jak już się z nim rozprawisz. Musi ci towarzyszyć z rozgrzanym tłuszczem, który wypijesz, by rozpuścić w sobie lód i sprowadzić się do ludzkiego wymiaru.
– Mam nadzieję, że nigdy nie spotkam Windigo – powiedział Cork, zerkając na stary imbryk.
– Ja też – przyznał Sam.
Cork zamilkł, tymczasem ogień trzaskał i słał w ciemność dym i drobinki żaru.
– To tylko takie bajanie, co nie?
Rozważając odpowiedź, Sam skręcił papierosa i zakleił go śliną.
– Możliwe, ale w tych lasach lepiej brać pod uwagę różne zagrożenia, bo więcej tu wszystkiego, niż zdoła dojrzeć człowiek, i dużo więcej, niż zdoła pojąć.
Mimo zmęczenia Cork długo jeszcze siedział przy ognisku, gdy Sam palił i snuł opowieści o jego ojcu. Niektóre rozśmieszyły ich obu. Tamtej nocy, leżąc już na posłaniu, chłopiec nie przestawał myśleć o niedźwiedziu, którego tropili. Cieszył się, że Sam postanowił jednak nie zabijać tego wspaniałego zwierza, ale liczył, że uda im się go zobaczyć. Rozmyślał też o Windigo, lecz miał nadzieję, że jego nie zobaczy. No i myślał o ojcu, którego już nigdy nie spotka. Wszystko to składało się na jego życie i choć każda z tych rzeczy była osobna, splatały się ze sobą niczym korzenie drzewa. Na zawsze zapamięta tamto polowanie na niedźwiedzia z Samem Zimowym Księżycem. W jakiś sposób, którego do końca nie pojmował, otworzyło w nim furtkę dającą upust żałobie i już na zawsze pozostanie za to wdzięczny przyjacielowi ojca.
Minie jednak aż trzydzieści lat, nim znajdzie powód, by wspomnieć Windigo, i znów usłyszy jego wołanie.ROZDZIAŁ 1
Czuł to od tygodnia. Przez cały tydzień młody Paul LeBeau się bał. Czego? Nie potrafił powiedzieć. Za każdym razem, gdy próbował wskazać to w myślach palcem, wyślizgiwało się jak kropla rtęci. Wiedział jednak, że cokolwiek wkrótce się zdarzy, będzie złe, bo czuł dokładnie to samo, co w tamtym koszmarnym czasie przed zniknięciem ojca. Codziennie wystawiał w górę macki zmysłów, próbując dotknąć tego, co nadejdzie. Aż w końcu tamtego ranka w połowie grudnia, gdy grube i szare jak dym chmury wtoczyły się na niebo, wiatr zawodził wśród sosen i modrzewi i zaczął ostro sypać śnieg, Paul wyjrzał przez okno podczas zajęć z algebry i pomyślał z nadzieją: Może to tylko ta pogoda.
Tuż po lunchu gruchnęła wieść o zamknięciu szkoły. Uczniowie pośpiesznie włożyli kurtki i zarzucili na ramię torby, i już po kilku minutach żółte autobusy ruszyły w trasę drogami, które lada moment mogły zniknąć kierowcom sprzed oczu.
Paul wrócił do domu z gimnazjum w Aurorze, przez całą drogę opierając się śnieżycy. Przebrał się, włożył śniegowce, wziął pięć dolarów z puszki na komodzie i przytwierdził na lodówce magnesem w kształcie motyla liścik dla matki. Chwyciwszy z wieszaka w garażu płócienną torbę, ruszył do punktu dystrybucji gazet. O wpół do trzeciej była wyładowana po brzegi, a on gotowy do rozwózki.
Obsługiwał dwie trasy liczące w sumie prawie cztery kilometry. Zaczynał od niewielkiego kwartału biznesowego, a kończył na granicy miasta przy North Point Road. Jak na czternastolatka był postawniejszy od większości rówieśników i bardzo silny. Gdyby docisnął, załatwiłby kurs w niecałe półtorej godziny. Wiedział jednak, że nie tym razem. Śniegu przybywało w tempie paru centymetrów na godzinę, a wiatr znad Kanady szybko usypywał go w głębokie zaspy.
Paul zajął się rozwożeniem gazet, gdy jego ojciec ostro pił i matce brakowało pieniędzy. Z powagą traktował swoje obowiązki, zwłaszcza w takie dni jak ten, gdy misja wydawała się niemożliwa do spełnienia. Prawdę mówiąc, uwielbiał śnieżyce. Ekscytował go wicher i nieustannie zacinający śnieg. Tam, gdzie inni widzieli tylko znój, on dostrzegał wyzwanie. Czerpał dumę ze zdolności do walki z żywiołem. Zgięty brnął przez zaspy, walcząc z wiatrem, by wypełnić zadanie, jakie przed nim stawiano.
Paul był skautem spod znaku Strzały ze 135. zastępu przy kościele katolickim pod wezwaniem Świętej Agnieszki. Zyskał mnóstwo sprawności. Umiał rozpalić ogień krzesiwem, trafić z łuku w środek tarczy z trzydziestu metrów, zawiązać węzeł ratowniczy, skrótowy i ruchomy i zarzucić kładkę, która udźwignie ciężar kilku osób. Wiedział, jak udzielić pomocy w razie szoku, tonięcia, zatrzymania krążenia i udaru słonecznego. Święcie wierzył w hasło „Bądź gotowy” i często, kiedy roznosił gazety, wyobrażał sobie katastroficzne scenariusze, które pozwolą mu zabłysnąć tymi umiejętnościami.
Kiedy był już prawie przy końcu trasy, w domach po drodze zapalano światła. Czuł zmęczenie. Barki bolały go od dźwigania gazet, a nogi ciążyły od brnięcia przez zaspy po kolana. Ostatni dom, który obsługiwał, stał na samym końcu North Point Road na wąskim jak palec cyplu wrzynającym się w jezioro, zabudowanym eleganckimi rezydencjami. Ostatnia, najbardziej ustronna, należała do sędziego Roberta Parranta.
Był starszym mężczyzną o bladej srogiej twarzy, kościstych dłoniach i ostrym czujnym wejrzeniu. Ze strachu Paul traktował go z wyjątkowym szacunkiem, starannie umieszczając jego gazetę między drzwiami wiatrołapu i solidnymi wejściowymi, by uchronić ją od działania żywiołów. Gdy co miesiąc przychodził po zapłatę, sędzia nagradzał go hojnym napiwkiem i, jak na gust chłopca, nadmiarem opowieści o polityce.
W domu panował mrok, jeśli nie liczyć pobłysków ognia z kominka, rozświetlających story w salonie. Z ostatnią już gazetą w ręku Paul ruszył z mozołem wzdłuż długiego podjazdu między zaśnieżonymi cedrami. Otworzył drzwi wiatrołapu, rzeźbiąc nimi śnieg zalegający na ganku, i dostrzegł, że wejściowe są lekko uchylone. Do wnętrza domu zawiewał wiatr. Paul sięgnął ręką, by je domknąć, gdy usłyszał dobiegający stamtąd głośny huk wystrzału.
Ponownie uchylił drzwi.
– Panie sędzio?! – zawołał. – Wszystko w porządku? – Chwilę się zawahał, po czym wszedł do środka.
Sędzia nieraz go tam zapraszał. Paul nie znosił tych wizyt. Dom był przepastny, piętrowy, wzniesiony z minnesotańskiego piaskowca. We wnętrzu królowały ciemna dębowa boazeria i witrażowe okna. W salonie rozsiadł się wielki kamienny kominek, a na ścianach wisiały trofea myśliwskie – łby jelenia, antylopy i niedźwiedzia, które zdawały się wodzić za nim szklanym wzrokiem, ilekroć sędzia zachęcił go, by wszedł.
Dom pachniał dymem z drewna jabłoni. Nagle z kłody w kominku skapnęła w ogień kropla żywicy, sprawiając, że Paul aż podskoczył.
– Panie sędzio? – ponowił wołanie.
Od razu wiedział, że powinien wyjść i zamknąć za sobą drzwi, ale padł strzał i w zalegającej w domu ciszy, której nie zdołał zignorować, odezwało się w nim poczucie obowiązku. Stał w otwartych na oścież drzwiach i widział, jak nawiewane wiatrem śnieżne wąsy suną po gołej wypastowanej podłodze i niczym żywy stwór oplatają jego buty. Miał pewność, że stało się tu coś złego. Całkowitą pewność.
Może by się jeszcze odwrócił i uciekł, gdyby nie dojrzał krwi, ciemnego błysku przy podeście schodów. Podszedł tam powoli, przyklęknął, dotknął palcami niewielkiej plamy i w świetle kominka przekonał się, że kolor się zgadza. Po lewej zauważył krwawy ślad ciągnący się wzdłuż korytarza.
Stanęły mu przed oczami rysunki z podręcznika pierwszej pomocy, pokazujące krwawienie tętnicze oraz sposoby uciskania rany i zakładania krępulca. Ćwiczył to setki razy, lecz bez wiary, że kiedykolwiek mu się przyda, i teraz żywił rozpaczliwą nadzieję, że sędzia aż tak bardzo nie ucierpiał. Odczuł lekką panikę na myśl, że być może będzie musiał ratować mu życie.
Krwawa smuga doprowadziła go do zamkniętych drzwi, spod których sączyło się przytłumione światło.
– Panie sędzio? – rzucił niepewnie, przytykając do nich ucho.
Nie chciał tam wchodzić, lecz gdy w końcu nacisnął klamkę i stanął w progu, ujrzał przed sobą gabinet pełen regałów z książkami. Na wprost stało ciemne drewniane biurko z lampą. Była włączona, lecz nie dawała zbyt wiele światła i w pokoju tłoczyły się cienie. Na ścianie za biurkiem wisiała mapa Minnesoty. Spływały po niej czerwone smugi niczym rzeki z czerwonych plam niczym jeziora. Obok sterczał przewrócony fotel, a przy nim leżał sędzia.
Mimo że strach zalał mu trzewia i ugięły się pod nim nogi, Paul przemógł się i postanowił działać. Gdy zbliżył się do biurka i ujrzał sędziego z bliska, nagle zapomniał, jak to było z tym krępulcem. Bo jak go tu założyć komuś, komu brakuje pół głowy?
Na chwilę zastygł w bezruchu. Nie był w stanie myśleć, wpatrując się w szczątki mózgu, różowe niczym kawałki arbuza. Nie poruszył się nawet, słysząc za sobą cichy dźwięk zamykanych drzwi. W końcu zdołał się jednak odwrócić i dostrzegł drugą rzecz, na którą żadne skautowskie ćwiczenie nie było go w stanie przygotować.ROZDZIAŁ 2
Cork? – rzuciła z łóżka Molly.
Słyszał ją, ale jakby nie słyszał. Stojąc przy oknie z dłońmi na suwaku spodni, Corcoran O’Connor patrzył na tworzące się na podwórku zaspy. Jego zaparkowany na podjeździe stary czerwony Ford Bronco mocno przysypał biały puch. Porozrzucane wśród sosen nad jeziorem opustoszałe domki ledwie majaczyły za zwiewną zasłoną śnieżycy.
– Chyba nie zamierzasz wyjść? Nie w taką pogodę – spytała Molly.
– A co ludzie powiedzą, jeśli zakopię się tu w śniegu?
– Prawdę. Że posuwałeś tę bezwstydną szlaję, Molly Nurmi.
Obrócił się ku niej, marszcząc brwi.
– Nikt cię tak nie nazywa.
– Nie prosto w oczy. – Roześmiała się, widząc jego zagniewanie. – Daj spokój, żyję z tym od lat i mnie to nie rusza.
– Ale mnie tak.
– Miło mi to słyszeć. – Odgarnęła włosy z czoła, ciemnorude i mokre od potu. – Zostań. Napalę w saunie. Rozgrzejemy się, wypocimy, poturlamy w śniegu, wrócimy do łóżka i znów się pokochamy. Co ty na to?
Zapiął suwak, pasek i odsunął się od okna. Podszedł do łóżka i zdjął z narożnika czerwoną sztruksową koszulę, którą wcześniej w pośpiechu nań rzucił. Włożył ją na bieliźniany trykot i powoli zapiął guziki. Pochyliwszy się, wciągnął skarpetki. Niemal odmroził sobie stopy od lodowatej posadzki.
– Daj mi papierosa.
Molly wyjęła go z leżącej przy łóżku paczki Lucky Strike’ów, przypaliła i mu go podała.
– One cię zabiją.
– A co nie zabija? – Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu butów.
– Jesteś dziś jakiś rozkojarzony.
– Tak? Przepraszam.
– Czujesz się trochę winny?
– Zawsze.
– Nie musisz.
– Łatwo ci mówić, nie jesteś katoliczką.
– No chodź, odpręż się przy mnie chwilkę, póki nie wypalisz. – Poklepała dłonią wolną stronę łóżka.
Cork spojrzał za okno.
– Muszę się zwijać. Niełatwo będzie dziś dojechać do miasta.
Molly owinęła się przykrytym kocem prześcieradłem i oparła plecami o zagłówek. Przyciągnęła kolana do piersi i objęła je rękami, jakby zmarzła.
– Dlaczego zawsze tak się przejmujesz tym, co o tobie mówią? Już nie jesteś złotowłosym chłopaczkiem.
– Mam w dupie, co o mnie mówią. – Przyklęknął, szukając ręką butów pod łóżkiem. – Nie o siebie się martwię. – Wreszcie je znalazł i przysiadł obok niej.
– O żonę? – dopytała niby naiwnie.
Wypuścił kłąb dymu i spojrzał na nią chłodno.
– Wiesz, co mam na myśli – dopowiedziała.
Wysunęła papierosa spomiędzy jego placów i strząsnęła popiół do popielniczki w kształcie czerwonych ust, stojącej na szafce przy łóżku. Zostawiła go tam, gdy Cork wiązał sznurowadła. Przesunęła dłonią po jego plecach.
– Wiesz, co to właściwie jest, to, co tu robimy? Powiem ci. To dar. Jedna z tych rzeczy, o których Bóg, gdy je tworzył, powiedział: „To jest dobro”.
Cork wciąż wiązał sznurówki, jakby jej nie słyszał, a nawet jeśli, to jakby nie miało to dla niego znaczenia.
– Mogę ci coś powiedzieć, szeryfie?
– Już nie jestem szeryfem – upomniał ją.
– Mogę ci coś powiedzieć, a ty się nie zdystansujesz i nie rozzłościsz? – nie dała za wygraną.
– Dystansuję się i złoszczę?
– Wycofujesz się i szukasz wymówek, żeby wyjść.
– Nie wycofam się – obiecał.
– Myślę, że tęsknisz za rodziną.
– Bez przerwy ich widuję.
– Ale teraz jest inaczej. To Gwiazdka. Tęsknisz za nimi bardziej, niż się do tego przyznajesz.
– Bzdura – odparł, wstając.
– Widzisz? Wkurzyłam cię. Wychodzisz.
– Nie jestem wkurzony, tylko skończyłem wiązać buty. A dobrze wiesz, że muszę wyjść.
– Dlaczego? Co za różnica, jeśli zostaniesz i ludzie się dowiedzą? Przecież nie zdradzasz kochającej żony.
– To małe miasto, a nie mam rozwodu. Plotkowaliby o nas jak najęci. Nie chcę, żeby moje dzieci tego słuchały.
– Dobra. – Molly zsunęła się z zagłówka i szczelnie okryła kocem. – Twoja wola.
Zaciągnął się ostatni raz, wtarł niedopałek w czerwone usta popielniczki i wsunął paczkę Lucky Strike’ów do kieszeni koszuli.
– Odprowadzisz mnie? – spytał.
– Znasz drogę.
– I kto tu się dystansuje?
– Wal się.
– Świat byłby okropny, gdyby tak to miało wyglądać. – Pochylił się i czule pocałował ją w czoło.
– Uciekaj – powiedziała i delikatnie go odtrąciła, mimowolnie się uśmiechając. – Zaraz zejdę na dół – dodała.
Ruszył korytarzem starego domu z bali po bieżnikach Molly i zszedł po trzeszczących schodach do kuchni. Nakarmiła go żytnim chlebem z ziarnami, zupą z soczewicy i jogurtem z truskawkami na deser. Sama piła wodę Evian, ale jemu dała piwo Grain Belt. Zostało go jeszcze trochę w butelce, więc je wypił. Było zimne, ale już bez smaku. Chwycił parkę z wieszaka na drzwiach kuchennych, włożył ją i nasunął na uszy czarną dzierganą czapkę. Naciągając rękawiczki, zerknął na wiszącą na ścianie niewielką tabliczkę z napisem wypalonym dawno temu przez ojca Molly. Było to stare fińskie porzekadło, które ów przełożył z grubsza na angielski:
_Chłodzie, synu wiatru_
_Nie odmroź mi palców,_
_Nie odmroź mi dłoni_
_Mróź wierzby wodne._
_Przenikaj mrozem pnie brzóz._
Jak większość zaklęć ludów z tamtego rejonu świata podpowiadało wszelkiemu złu – od czkawki po śmierć – by nękało innych: krosna, igły, naparstki lub ewentualnie któregoś z sąsiadów. Obróciwszy się, Cork dostrzegł, że Molly mu się przygląda, stojąc w progu w czerwonym szenilowym szlafroku i jasnoczerwonych wełnianych skarpetkach.
– Zobaczymy się w „Grillu pod Sosną”? – spytała.
– Nie zdążą cię odśnieżyć, żebyś dotarła jutro do miasta.
– To pojadę na nartach.
– Kelnerowanie jest aż tak ważne?
– O tej porze roku ważniejsze jest towarzystwo.
Podszedł i ją pocałował.
– Jeśli się nie spotkamy, zadzwonię.
– Nie będę wstrzymywać oddechu.
Pchnął drzwi kuchenne prowadzące do kącika gospodarczego, a potem wyszedł na mróz i śnieg. Przebrnął do swojego Bronco, odśnieżył rurę wydechową i drzwi od strony kierowcy, zeskrobał lód z przedniej szyby, wsiadł do auta i odpalił silnik. Przetarłszy zaparowaną od swojego oddechu szybę, dojrzał w kuchennym oknie Molly z rękami skrzyżowanymi na piersi. Stała pod światło, które przenikało jej włosy, przemieniając je w coś na kształt kosmyków czerwonej mgły. Była piękna, mocno zbudowana i silna, dziesięć lat młodsza od niego, ale bardzo o siebie dbała – nie paliła, nie piła i nie jadała czerwonego mięsa – dlatego wyglądała jeszcze młodziej. Za to Cork miał kilka kilogramów nadwagi, palił zdecydowanie za dużo i już lekko łysiał. Nie miał pojęcia, co w nim widziała.
Kobiety, pomyślał z czułą wdzięcznością. Kto za nimi trafi.
Włączył napęd na cztery koła i ruszył z wolna przez zaspy ku lokalnej drodze, która zaprowadzi go na autostradę i do miasta. Odjeżdżając, zerknął przez tylną szybę. Chciał pomachać, ale Molly już tam nie było.
Autostrada stanowa nie wyglądała lepiej niż droga przez las prowadząca do domu Molly. Jeśli nie liczyć jego Bronco, przez białe wzgórki nawiane na asfalt nie przedzierał się ani jeden samochód. Z prognoz wynikało, że sytuacja ma się podobnie od kanadyjskiej granicy przez region Arrowhead w Minnesocie, aż po Wisconsin. Cork jechali powoli i pewnie, choć trochę na czuja. Po dwudziestu minutach natknął się na jakąś zgiętą wpół postać w czerwonej flanelowej kurtce, brnącą w stronę miasta. Zatrzymał się i stanął na progu auta.
– Wsiadaj! – krzyknął.
Okutana postać, której twarzy nawet nie mógł dojrzeć, obróciła się powoli i podeszła do samochodu. Kiedy już znaleźli się w środku, Cork znów ruszył w stronę Aurory.
– Piekielna pogoda na spacerek. – O’Connor zerknął na szparkę między naciągniętym na nos wełnianym szalikiem i nasuniętą na brwi dzierganą czapką.
Ściągnięte rękawiczki ukazały starcze, żylaste, pokryte plamami dłonie, które sięgnęły do szalika wciśniętego w kołnierz kurtki. Gdy go poluzowały, Cork rozpoznał Henry’ego Meloux, zwanego czasami przez białych z okolic Aurory Mad Melem. Cork wiedział, że to _midewiwin_, szaman z plemienia Anishinaabe, żyjący samotnie na ustronnym północno-zachodnim krańcu jeziora. Pewnie wędrował od rana w śnieżycy, żeby dotrzeć aż tutaj.
– Dawaj, Henry, co jest aż tak ważnego, że sprowadza cię do miasta w taki dzień?
Meloux spojrzał w dal, omijając wzrokiem wycieraczki odgarniające śnieg z szyby.
– Śnieży czy nie, dla mnie wszystkie dni takie same.
– Szlachetna filozofia, ale może kiedyś sprawić, że zamarzniesz na śmierć.
– Widziałem więcej śnieżyc, niż sobie wyobrażasz. I gorszych. Śnieżyc i innych rzeczy.
Cork sięgnął do kieszeni po paczkę Lucky Strike’ów.
– Papierosa?
Obaj się na nie skusili, lecz zanim Cork zdążył zapalić, staruszek zaczął intensywnie wąchać powietrze w kabinie, po czym uśmiechnął się szeroko, ukazując pełny garnitur zadziwiająco zdrowych zębów.
– Ładnie pachniesz, tym, co głęboko ukryte w kobiecie.
– Pewnie wiatr zmroził ci nos – odparował Cork.
– Nie – zaprzeczył Meloux, nie przestając się uśmiechać. – Dobrze w taki dzień gdzieś się zaszyć – roześmiał się cicho. – Już ty wiesz, o czym mówię.
Przypalił papierosa zapalniczką, którą podał mu Cork, i znów zamilkł. Dojechali do przedmieść. Minęli nowy blaszany wysoki płot złomowiska Johannsena, wzniesiony przy okazji budowy kasyna „Chippewa Grand”, żeby rdzewiejące wraki i żelastwo nie psuły widoku. Nieco dalej mieścił się nowiutki Hotel „Best Western” na sto pięćdziesiąt pokoi, z krytym basenem, jacuzzi i sauną. Wielki baner od frontu witał hazardzistów, informując, że Lyle Porter grywa tam na fortepianie w sali Kitchi-Gami od dwudziestej do północy. Parking był prawie pełen. Obok stała nowa restauracja Perkins, a naprzeciwko lśniąca stacja benzynowa Food-N-Fuel z dwunastoma dystrybutorami paliw.
Na ulicach Aurory ruch był niewielki, jeśli nie liczyć kilku pickupów na szerokich terenowych oponach. Sklepy zamknięto wcześniej i większość witryn w niewielkim centrum była pogaszona. Wyglądało na to, że 3752 mieszkańców miasta schroniło się pod dachem, by przeczekać śnieżycę.
Henry dłuższy czas milczał, popalając w zamyśleniu papierosa.
– Co sprowadza cię do miasta w taki dzień? – spytał wreszcie Cork.
– Widziałem go – odrzekł starzec.
– Kogo widziałeś?
Meloux spojrzał przed siebie.
– Dwa dni temu, nocą, skakał po dachu mojej chaty, zmierzając na północny zachód, w stronę, z której potem nadciągnęła śnieżyca. Widziałem czerń tam, gdzie przemykał po niebie i przesłaniał gwiazdy.
– Kogo widziałeś? – ponowił pytanie Cork.
– A i słyszałem, jak wołał imiona.
Wypowiedział to niemal szeptem, więc Cork wywnioskował, że nie jest dobrze.
– Kto wołał imiona?
Starzec zamknął się jednak w sobie.
– Stąd mogę pójść pieszo – oznajmił.
– Tylko żeby nie przyszło ci do głowy wracać, nim odśnieżą drogi.
– Chodziłem tędy na długo, zanim powstały.
– To było ze dwieście lat temu, Henry.
Szaman zaciągnął się jeszcze raz papierosem i zdusił go w popielniczce.
– Dziękuję, szeryfie.
– Rany, już nim nie jestem.
Włożywszy rękawiczki, Meloux otworzył drzwi i wysiadł.
– Warto było, choćby dla tego zapachu. – Znów wyszczerzył zęby i zatrzasnął drzwi.
Cork patrzył, jak wciska końce szalika pod kurtkę i kieruje się w stronę jeziora i niewidocznej w śnieżycy połyskliwej kopuły, gdzie zmierzali wszyscy odwiedzający Aurorę. Jaskrawy neon wielkiego nowego kasyna świecił tam dniem i nocą i nawet w najgorszą pogodę jego podwoje były zawsze gotowe, by się otworzyć, a jego ciepłe, pełne papierosowego dymu wnętrze obiecywało zdobycie łatwej fortuny.
Gdy Meloux zniknął za przesłoną białego puchu, Cork uśmiechnął się pod nosem i wypowiedział imię, którego starzec nie odważył się wymówić:
– Windigo.ROZDZIAŁ 3
Stu Grantham stał przed zdjęciem latarni morskiej w Split Rock, wiszącym na ścianie kancelarii prawnej Nancy Jo O’Connor. Splótłszy dłonie za plecami, wpatrywał się w słynną zabytkową budowlę na północnym brzegu Jeziora Górnego. Tkwił tam prawie minutę, skupiony i milczący, a Jo pozwoliła mu na to. Wiedziała, że ma go w narożniku i że jeśli on dobrze to przemyśli, też zyska tę świadomość, a wtedy będą mogli załatwić sprawę.
Nagle ktoś zapukał do drzwi i do środka zajrzała sekretarka Jo, Fran.
– Wybacz, wiem, że miałam nie przeszkadzać, ale drogówka właśnie zamknęła drogę numer jeden. Mówili w radiu.
Jo wyjrzała przez okno. Parking przed Aurora Professional Building był niemal pusty. Jej niebieską Toyotę Cressidę pokrył śnieg i zwisające sople. Przypominała jakąś arktyczną bestię, która skuliła się tam, by przeczekać zawieję. Wszystko wokół było białe i nieruchome w tym morzu śniegu.
– Dzięki, Fran – odpowiedziała Jo. – Wracaj do domu, zanim utkniesz tu na dobre.
– A ty? – Sekretarka zerknęła na Granthama, najwyraźniej nieświadomego przekazanych przez nią wieści.
– Skończę tu ze Stuartem i też pojadę.
Fran podała jej kilka wydrukowanych kartek.
– Z nikim cię nie łączyłam, tak jak prosiłaś. Tu masz wiadomości.
– Dzięki. Jedź ostrożnie.
– Ty też.
Jo przebiegła wzrokiem wydruk. Pierwszy telefon od Franka Monroe z departamentu zasobów naturalnych. Oddzwonić w sprawie niezgodności odnośnie do kwestii Rust Creek i kasyna. Drugi od sędziego Roberta Parranta. Po prostu oddzwonić. Kolejny od Dorothei Hayes dotyczący służebności gruntowej dla nowej celulozowni. Następny od Sandy’ego Parranta, który nie zostawił żadnej wiadomości.
Grantham podszedł w milczeniu do małego stolika, na którym Jo trzymała kawiarkę ze stali nierdzewnej i kilka kubków. Nalawszy sobie kawy, usiadł. Był agentem nieruchomości i, z wyboru obywateli, szefem rady okręgu. Dobiegał sześćdziesiątki, był siwy, ale wciąż przystojny. Z gładką od pudru twarzą, pachniał piżmową wodą po goleniu. Jo zastanawiała się, czy ogolił się tuż przed przyjściem. Niektórzy tak właśnie robili, jakby czyniło to jakąś różnicę.
Jo bardzo dbała o szczupłą sylwetkę. Jej blond włosy były niemal białe, a oczy przejrzyście błękitne jak lód. Od kilku miesięcy pozostawała w separacji z mężem, Corkiem, i niektórzy faceci, najwyraźniej Grantham też, upatrywali w tym swoją szansę.
– O co ci chodzi, Jo? – spytał wreszcie. – Kiedy tylko chcę skorzystać z twoich usług, zawsze odpowiadasz, że jesteś tak zajęta, że ledwo widzisz na oczy. Tymczasem wciąż przyjmujesz sprawy od tych… – nagle urwał.
– Od kogo, Stu?
– Sama wiesz najlepiej. _Pro bono_, dotyczące Indian. Teraz mają kasyno. Niech płacą za adwokatów.
– Jest własnością plemienia Odżibwejów znad Jeziora Iron, a Louise Willette to Lakota. Nie czerpie zysków z kasyna. Musi ciężko pracować na pensję od władz okręgu i współpracownicy nie mogą jej bez przerwy gnębić.
– Na litość boską, jest jedyną kobietą w ekipie sprzątającej pobocza dróg. Czego się spodziewała? Faceci nie mogą bez przerwy się pilnować, czy aby czegoś przy niej nie palną.
– Przy mojej klientce, czy w ogóle przy kobietach, lepiej niech się pilnują. – Jo odłożyła wydruk i oparła dłonie na biurku. – Bez problemu mogę pozwać władze okręgu. Dowody są przytłaczające. Ale najpierw wolałam porozmawiać z tobą, bo chcę oszczędzić tobie i radzie wstydu. Moja klientka jest skłonna rozwiązać to polubownie. Jestem pewna, że podczas listopadowych wyborów będziesz się cieszył, że nie chlapałyśmy o tym w nagłówkach „Sentinela”.
– Czyli robisz mi przysługę. – Grantham wyszczerzył w uśmiechu zęby, odsłaniając przy tym srebrny siekacz. Odstawiwszy kubek na biurko, zaczął obracać na palcu złoty licealny sygnet. Rocznik ‘52, albo ‘53, domyśliła się Jo. Porządny chłopak z Aurory. – Wiesz co? – dorzucił. – Myślę, że to Wanda Wiele Czynów ją do tego podpuściła.
– Nikt jej do niczego nie podpuszczał, ale rzeczywiście, to ona skierowała ją do mnie. Nie dziw się. Jestem najlepszym adwokatem w Aurorze.
– Odkąd się spiknęłyście, w okręgu Tamarack nie jest już jak dawniej – pożalił się Grantham.
– Amen. – Jo wypowiedziała to słowo przyjaźnie. Miała do czynienia ze Stu i jemu podobnymi od dnia, gdy niemal dziesięć lat wcześniej umieściła w tym mieście tabliczkę z nazwą swojej kancelarii. Łatwo nie było.
Przenieśli się do rodzinnego miasta Corka, żeby odchować dzieci w miejscu, które w niczym nie przypominało Chicago. Mąż uprzedzał, że będzie jej ciężko, bo jest kobietą, w dodatku obcą. Nie przypuszczała jednak, że aż tak bardzo, póki przez pierwsze trzy miesiące nie zgłosił się do niej żaden klient.
Aż tu któregoś wiosennego dnia do jej gabinetu weszły dwie kobiety. Jedna była postawna – nie gruba, lecz wysoka i mocno zbudowana – ubrana w sprane dżinsy i niebieską flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami. Długie czarne włosy zaplotła w warkocz i przyozdobiła piórem. Miała też połyskliwe koralikowe kolczyki, taką samą bransoletkę i harde spojrzenie, jakiego Jo nie widziała wcześniej u żadnej kobiety. Za nią kryła się jej towarzyszka, pewnie dwudziestoletnia, ledwo większa od dziewczynki.
– Jaka z pani adwokat? – wypaliła ta z kolczykami i bransoletką.
– Dobra – odparła Jo.
– Taka, co woli pieniądze czy sprawiedliwość?
– Gdybym miała wybierać, skłaniałabym się ku sprawiedliwości.
– I dobrze, bo pieniędzy nie mamy.
– No to może porozmawiamy o sprawiedliwości? Usiądźcie.
Kobiety skorzystały z zaproszenia. Ta większa siedziała dumnie wyprostowana, a młodsza nieco zgarbiona i nie patrzyła Jo w oczy.
– Mnie już znacie, nazwisko jest na tabliczce. A wy to…?
– Ja jestem Wanda Wiele Czynów – rzuciła postawniejsza. – A to Lizzie Favre.
Młodsza spojrzała na Jo i zaraz spuściła wzrok.
– W jakiej sprawie przychodzicie?
– Chcemy zawalczyć z dwoma wpływowymi ludźmi – wyjawiła Wanda.
– Z kim mianowicie?
– Z tymi od Great North Development Company.
– Od Great North… – Jo odchyliła się na fotelu, czując lekki ucisk w żołądku. – Czyli z Sandym i Robertem Parrantami. Co im zarzucacie?
– Nie chcą zatrudnić Lizzie.
Jo zerknęła na dziewczynę.
– Bo jesteś kobietą?
– I Indianką z plemienia Odżibwejów – po lekkim wahaniu dorzuciła cicho Lizzie.
– Słyszałam, jak ten, co dla nich najmuje, Chester, nazywa nas _squaw_ – dopowiedziała Wanda.
– Za waszymi plecami – domyśliła się Jo.
Tamta kiwnęła głową.
– To tchórz.
– Tacy to zawsze tchórze. – Jo podniosła ołówek i zaczęła bezwiednie stukać zaostrzonym końcem o podkładkę, rozważając to, co właśnie usłyszała. – Sędzia Robert Parrant, Sandy Parrant. – Smakowały jej te słowa, ich zdawkowość będąca zapowiedzią porządnej rozgrywki. – Atakować tego staruszka to jak zamachnąć się na drut kolczasty. Za to jego syn… – Pochyliła się ku nim konfidencjonalnie. – Ponoć szykuje się do kandydowania w wyborach stanowych. Myślę, że tu możemy coś ugrać.
– Podejmie się pani? – spytała Wanda. Jej śniada harda twarz nie zdradzała żadnych emocji, lecz ulotny błysk w oczach podpowiedział Jo, że jest zadowolona.
– Wszystkie się podejmiemy – doprecyzowała prawniczka.
I tak się stało.
Co tam z przenosinami Sandy’ego do Waszyngtonu? – spytał Stu.
– Słucham? – Jo wróciła do tu i teraz, do Granthama, który ugrzązł po drugiej stronie jej biurka.
– Nasz nowy senator. Jest gotów na Waszyngton?
– Będzie.
– Czytałaś artykuł w „Pioneer Press”? Napisali „drugi Jack Kennedy”. Po Harvardzie, liberał, przystojny. Kobieciarz – Grantham urwał na chwilę, kręcąc ciężkim szkolnym sygnetem. – Pojedziesz z nim?
– Co takiego?
– Podobno chce, żebyś dołączyła do jego sztabu.
– Moja praca i rodzina są tutaj – odparła chłodno Jo. – Nie zamierzam wyjeżdżać.
– Pomyślałem tylko, że skoro z Corkiem układa ci się, jak się układa…
– Co z moją klientką? – przywiodła go do tematu Jo. – Będziemy tak siedzieć całą noc, czy zgadzasz się na nasze warunki?
– Noc z tobą? – Grantham pochylił się z uśmiechem nad biurkiem. – Niezły pomysł.
– Wiesz, Stu, właśnie przez takie komentarze wasza ekipa sprzątająca znalazła się w głębokiej dupie – odparła niewzruszona Jo.
– Posłuchaj…
– Ty posłuchaj. – Wycelowała w niego palec i choć nawet go nie tknęła, gwałtownie się odchylił. – Czekam na odpowiedź. Teraz. Zarekomendujesz radzie, żeby przystała na nasze warunki, czy będziemy to ciągnąć po sądach i prać publicznie seksistowskie brudy? Prawdę mówiąc, chętnie pójdę z tym do sądu, żeby przykładnie ukarać waszą ekipę, a przy okazji także radę okręgu.
Mówiłaby dalej, ale nagle zadzwonił telefon. Odwróciła się od Granthama i odebrała, rzucając wściekłe „Tak!” w słuchawkę.
To była jej siostra, Rose.
– Anne się odzywała? – spytała, mając na myśli jedenastoletnią córkę Jo.
– Nie. Nie ma jej w domu?
– Wróciła tuż po szkole i oznajmiła, że musi jeszcze coś załatwić. Nie przejęłam się, ale to było trzy godziny temu i od tej pory nie miałam z nią kontaktu.
Jo spojrzała na nawałnicę za oknem i próbowała zapanować nad głosem.
– Jenny nic nie wie?
– Nie.
– A koleżanki Anne?
– Obdzwoniłam wszystkie, które przyszły mi do głowy.
– Do Corka dzwoniłaś?
– Zostawiłam mu kilka wiadomości.
– Może zabrał ją na wędkowanie na lodzie? – zasugerowała Jo, choć była pewna, że by ją o tym uprzedził.
– Martwię się, Jo.
– Czy Stevie i Jenny są tam z tobą?
– Tak.
– Niech nie wychodzą, zaraz przyjadę – rzuciła Jo, rozłączyła się i utkwiła wzrok w Granthamie. – To jak?
Telefon wyraźnie wybił ją z rytmu. Tymczasem Grantham poprawiał sobie krawat.
– Kłopoty w domu?
– Nic, z czym sobie nie poradzę.
– Nie chcę cię pilić, Jo – zadeklarował i ruszył w stronę fotela, najwyraźniej, by znów się w nim umościć.
W odpowiedzi Jo otworzyła drzwi, dając do zrozumienia, że ich rozmowa bezapelacyjnie dobiegła końca.
– Będziemy w kontakcie.
– To na pewno – odpowiedział i, uśmiechając się, wyszedł.
Wrzuciła do aktówki kilka dokumentów, włożyła płaszcz, zamknęła gabinet i ruszyła na opustoszały parking. Przednią szybę Toyoty pokrywała śnieżna czapa i warstwa lodu, który uszkodził jej plastikową skrobaczkę. Jo włączyła na ful nawiew i odpaliła silnik. Strumień gorąca powoli rozmrażał szybę, gdy usuwała śnieg z reszty auta.
Wtem pośród śnieżycy poczuła jeszcze większy mróz, jakby jakaś lodowata dłoń przedarła się przez płaszcz i dotknęła jej pleców, po których przebiegł nagły dreszcz. Obróciła się gwałtownie i wpatrzyła w wirującą wokół biel, próbując dojrzeć osłaniające róg działki rosnące kilkadziesiąt metrów dalej cedry.
– Jest tam kto? – Wiedziała, że to niedorzeczne, ludzka ręka nie mogła sięgnąć tak daleko. Zresztą to na pewno nie był ludzki dotyk.
W odpowiedzi usłyszała jedynie smutne zawodzenie wichru. Odpuściła sobie odśnieżanie, wsiadła do auta i zablokowała drzwi. Nawiew odmroził jedynie część szyby, ale Nancy Jo O’Connor tyle wystarczyło. Czym prędzej wyjechała z parkingu.