Złorzecze - ebook
Płonie ognisko i szumią knieje,
A morderca jest wśród Was…
Złorzecze ukryte wśród lasów wydaje się miejscem, gdzie nic się nie zmienia. Do czasu.
Nad Borami Tucholskimi przechodzi wichura, która łamie drzewa jak zapałki i zmienia spokojną okolicę w chaos. Wśród powalonych pni, zostaje znalezione ciało Jana Śliwy. Wszystko wskazuje na tragiczny wypadek.
Ktoś zaczyna zadawać pytania.
Ktoś inny woli, żeby odpowiedzi nigdy nie padły.
Bo w Złorzeczu każdy ma coś na sumieniu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8406-247-0 |
| Rozmiar pliku: | 5,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Dedykacja
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Epilog
Posłowie
Podziękowania
Strona redakcyjna
ReklamyPROLOG
Sobota, 4 lipca 2015
Zacharczał. Flegma zebrała mu się w ustach, wypluł ją na mech porastający leśne poszycie. Żar lejący się z nieba pozbawiał go sił. Pot spływał mu po karku, zbierał się w końcówkach siwych włosów, które zapomniał rozczesać przed wyjściem. Pasiasta koszula przykleiła się do pleców; czuł, że wykwitła na niej ogromna plama potu. Spojrzał na swoją trzęsącą się dłoń pokrytą licznymi przebarwieniami. Nie pomyślał o zabraniu jednego z bidonów z kranówką, które kierowniczka rozdawała wszystkim mieszkańcom Domu Seniora w Złorzeczu, gdy ci wychodzili poza granice ośrodka.
Chciał przemknąć po cichu, bez gapiów, ale i to się nie udało. Krystyna spojrzała na niego znad krzyżówki panoramicznej – zmarszczyła nos, poprawiła okulary zsuwające się z nasady nosa, a potem pośliniła palec wskazujący i przewróciła kolorową stronę gazetki. Udali, że nie widzą siebie nawzajem.
Gdyby wczorajszego wieczora obejrzał pogodę zaraz po Wiadomościach, dowiedziałby się, jakie są zapowiedzi synoptyków. Długi spacer leśnymi traktami odłożyłby na później i zamiast tego spod rozłożystego dębu spoglądałby na przetaczających się deptakiem turystów, wiedzionych zapachem gofrowego ciasta i ryby smażonej na głębokim oleju.
Ten gwar nigdy mu nie odpowiadał. Wolał ciszę. Szum starodrzewia, chrzęst patyków łamanych pod naporem ludzkiej stopy, kakofonię odgłosów leśnego ptactwa, która towarzyszyła mu od najmłodszych lat.
Zatrzymał się, spojrzał w górę. Wiatr targał górnymi partiami sosen, tworząc uspokajające dźwięki, które miastowi nazywali „muzyką relaksacyjną”. On uznawał to za domowe zacisze.
W oddali dojrzał stary słupek. Biała farba odłaziła z betonu, czyniąc numery leśnych oddziałów nieczytelnymi. Zirytował się. Za jego służby porządkowi co tydzień sprawdzali stan słupków oddziałowych. Zostawienie partii lasu bez opisu równało się z naganą. Teraz, gdy młodzi przejęli stery, zmieniły się też obowiązki.
Przysiadł na słupku i zaczął masować sflaczałe łydki, odwykłe od długich wędrówek. Mimo wciąż średniego wieku uważał się za staruszka, który przeżył tak wiele, że nie pozostało mu nic, tylko umrzeć. Potajemnie marzył o tym, aby śmierć przyszła we śnie i uwolniła go od sfatygowanego ciała.
Powiódł wzrokiem po okolicy – nie po to, by się odnaleźć, tylko dla czystej przyjemności. Nie potrzebował mapy, znał ten las na pamięć. Na lewo rozciągał się brzozowy zagajnik; mało który mieszkaniec Złorzecza wiedział, że w październiku obfitował on w maślaki i koźlaki, bo ludzie mijali go, pędząc w kierunku słynnych Górek. Tą nazwą okrzyknięto wiele lat temu kilka wzniesień za zagajnikiem, gdzie w rowkach między wzgórkami ustawiały się w szeregu czarne łepki, prawdziwki i zajączki. On jednak nigdy nie chodził na Górki. Wolał jajecznicę z kurkami, a te można było znaleźć po drugiej stronie leśnego traktu; tam, gdzie ścieżka delikatnie schodziła w dół i zakręcała w stronę rzeki, kurki wręcz same wskakiwały do koszyka.
Usłyszał trzask łamanej gałęzi, więc podniósł się ze słupka i obejrzał za siebie. Las powoli ciemniał. W oddali, między sosnowymi gałęziami, dojrzał czarne chmury piętrzące się nad Borami Tucholskimi niczym kłęby czarnego dymu.
Gdyby śledził kanał informacyjny oglądany we wspólnym salonie Domu Seniora, dowiedziałby się, że niecałe dwadzieścia kilometrów od Murszał powstaje potężny wał szkwałowy, który lada chwila może urządzić piekło nad leśną doliną. Usłyszałby o zaleceniach, aby zostać w domu i zabezpieczyć lżejsze przedmioty przed wiatrem. Właścicielka Domu powoli zagoniłaby ich do pokoi i przygotowałaby w każdym pomieszczeniu świeczki wraz z firmowym pudełkiem zapałek. Nigdy jednak nie rozsiadał się wśród mieszkańców. Zresztą nie miał już nikogo, kto chciałby z nim rozmawiać.
Od strony rzeki dochodziły głośne śmiechy. W miarę jak zbliżał się do skrzyżowania leśnych ścieżek, dźwięk rozmów się nasilał. Przyspieszył. Zza zakrętu wyłoniły się trzy osoby. Kobieta o kręconych włosach trzymała za rękę mężczyznę ubranego w śmieszne, różowe spodenki. Śmiali się, pokazywali coś sobie na telefonach, zamiast podziwiać leśny krajobraz. Za nimi podążał mężczyzna w średnim wieku. Turyści przystanęli, gdy zauważyli, jak starszy człowiek skręca w stronę Murszał.
– Zaraz będzie burza!
Usłyszał krzyk kobiety, jednak się nie zatrzymał. Zaszedł zbyt daleko, żeby się wycofać. Obejrzał się za siebie, ale tamci zniknęli już za zakrętem.
Cisza powoli obezwładniała kolejne partie boru. Ptaki zamilkły jeden po drugim, wiatr ustał, jakby dostosowywał się do złowrogiego nastroju, Powietrze, cięższe i gęściejsze, spowodowało u niego trudności z oddychaniem. Słońce jeszcze ogrzewało mu twarz, jednak za plecami ciągnęła się już bezkresna ciemność, jakby noc mieszała się z dniem. Przyspieszył kroku.
Znowu to usłyszał, ten trzask, teraz już bliżej. W oddali dojrzał zwierzę. Wilk? Jenot? Nie potrafił rozróżnić, przydałyby się okulary, które zostawił na rozgrzebanym łóżku w pokoju. Zwierzę wpatrywało się w niego z oddali, jakby czekało na sygnał. Albo kolejny ruch kogoś, kto od pewnego czasu deptał mu po piętach, ale jeszcze się nie ujawnił. W trakcie trzydziestoletniej służby leśnej nauczył się rozróżniać dźwięk ludzkich kroków na ściółce.
Między drzewami dojrzał w końcu dom z czerwonej cegły. Odetchnął z ulgą, jak za każdym razem, gdy wracał do siebie.
Niewielki budynek zapadał się w sobie. Jedna ze ścian, czarna od sadzy, komponowała się z ciemnym tłem ogromnej chmury zmierzającej na zachód. Biała olejna farba, którą pomalowano drewniane okna, odchodziła płatami z ram. Mech pokrywał parapety i część cegieł, sprawiając, że dom stawał się częścią leśnego krajobrazu. Drewniane, masywne drzwi zachowały kolor kasztanowej bejcy, ale tutaj również dojrzał skrawki zielonkawej rdzy, jak zwykł nazywać glony atakujące drewno. Zapadnięty dach chałupy odkrywał drewnianą więźbę, nadgryzioną na rantach przez korniki i spuszczele, a porośnięta mchem część papy oparła się na dwóch belkach stojących przed domem, tworząc swoisty baldachim – był niczym weranda, którą zawsze chciał zbudować, ale nigdy nie znalazł na to czasu.
Powinien przychodzić tu częściej. Zadbać o swoją spuściznę, zeskrobać nalot i przemalować drzwi na nowo. Chwycił mosiężną klamkę. Skrzydło przesunęło się ociężale, z trudem, zostawiając na podłodze wyraźny ślad zbieranej warstwy kurzu. W środku pachniało stęchlizną i wilgocią. Odgłos jego kroków odbijał się od pustych ścian. W głównym pomieszczeniu zauważył jedynie nadgryzioną przez myszy i robactwo wersalkę z wystającymi sprężynami oraz dwa drewniane krzesła, każde z wyciętym na oparciu serduszkiem. Kiedyś przemalował je na niebiesko, teraz po kolorze zostały tylko zwinięte w ruloniki fragmenty olejnej farby, która zatrzymała się w warstwie kurzu niczym owad zatopiony w żywicy.
Przechodząc przez dom, usłyszał wiatr przetaczający się przez poddasze budynku. Niskie i wysokie dźwięki nasilały się, cała konstrukcja skrzypiała pod naporem wzburzonego powietrza. Przez cały sufit ciągnęło się pęknięcie; urywało się tuż przed niewielkim pomieszczeniem pozbawionym drzwi. Zajrzał tam tylko na chwilę. Odór dochodzący ze środka nie pozostawiał złudzeń. Szambo wybiło w łazience i ekskrementy zalały posadzkę, a potem wyschły pod wpływem wysokiej temperatury. Zdziwił się, że mimo upływu lat ten odór nadal unosi się w powietrzu. A może to zbliżająca się burza powodowała nasilenie zapachu?
Przeszedł szybko do kolejnego pomieszczenia. Podłoga skrzypiała w tych samych miejscach, co zawsze. Wiedział, że należy ominąć dwie deski bezpośrednio stykające się z framugą łazienki. Zapadały się pod ciężarem i w każdym momencie mogły się złamać, w końcu drewno na pewno już spróchniało, osadzone jedynie na leśnym piasku.
Niewielki pokoik wydawał się najmniej zniszczony, ocalało w nim też najwięcej mebli. Metalowa rama łóżka pokryła się rdzą, ale gdzieniegdzie zostały jeszcze resztki różowej farby. W rogu pomieszczenia znajdowało się niegdyś ładne drewniane biurko. Drzwiczki jednej z szafek zwisały na metalowym zawiasie, również pordzewiałym, na półce dojrzał resztki zamalowanego papieru. Materac, podobnie jak poduszkę, przeżarły mole. Zostało po niej tylko trochę pierza, lekko unoszącego się nad ziemią. Spojrzał na ściany pokryte dziecięcymi rysunkami wykonanymi olejnymi kredkami. Na dole same kreski, pod parapetem zaczynały się już kwiatki i serduszka. Wokół okna odczytał powtarzające się słowo, napisane nieco koślawie dziecięcą ręką: „mama”.
Podniósł wzrok. Na jednym z dziecięcych krzesełek siedziała postać w kurtce przeciwdeszczowej, jakby szykowała się na załamanie pogody. Kaptur zakrywał jej twarz.
– Co było takiego pilnego, że musiałem się tu fatygować? – zapytał Jan, siadając naprzeciwko. Całe życie czekał na odpowiedzi. Podskórnie czuł, że dziś otrzyma ich aż w nadmiarze.
Postać podniosła głowę, jej kaptur zsunął się na plecy.
– Ty mi powiedz. Co to jest?
Jan sięgnął po kartkę papieru. Rozłożył ją i uśmiech wypłynął mu na twarz.
Sprawiedliwość jednak istniała.
***
Wycieraczki ledwie zbierały wodę z przedniej szyby samochodu. Dociskał do niej nos, próbował dojrzeć chociaż skrawek leśnej drogi. Stali tak od dwudziestu minut, zamknięci jak sardynki w metalowej puszce.
– Marek, boję się…
Jego narzeczona wciśnięta w fotel pasażera z przerażeniem spoglądała na to, co działo się przed ich oczami. W ręku trzymała smartfona, nagrywała krajobraz za przednią szybą.
Wir pędzący prostopadle do trasy podrywał na kilka metrów w górę wszystko, co stało na jego drodze. Samochód drżał, jakby sam miał się unieść i dołączyć do leja sunącego kilkaset metrów przed nimi. Przeraźliwy świst dudnił nad ich głowami.
Tam, gdzie las się kończył, stała kiedyś niewielka, zapuszczona szopa. Teraz pojedyncze deski unosiły się w powietrzu i wirowały, rozrzucane na wszystkie strony. Jedna z nich upadła nagle na maskę samochodu.
– Marek!
Narzeczona złapała go za rękę i schowała twarz w zagłębieniu jego obojczyka. Drugą dłoń nadal opierała na desce rozdzielczej samochodu. Ekran jej telefonu ukazywał szybę zalewaną strugami deszczu i widoczne kłębowisko chmur z trąbą powietrzną na przedzie.
Nie dziwił jej się. Sam miał ochotę zamknąć oczy i modlić się o szybki i bezbolesny koniec. Że też podkusiło ich dzisiaj na spływ kajakowy! Od wczoraj pogodynki na każdym kanale telewizyjnym ostrzegały: „Burze prognozowane w pasie od morza, przez Kujawy, aż po ziemię świętokrzyską. Prosimy obserwować gwałtownie zmieniające się wskazania atmosferyczne”, tylko że rano przywitało ich gorące słońce… Szkoda było nie wykorzystać go na powolny spływ po rzece.
Trąba powietrzna leniwie przesuwała się w stronę lasu. Zostawiła za sobą zwalisko desek i zielonych gałęzi. Brzozy stojące niegdyś przy szopie leżały teraz na środku leśnej drogi. Ich długie, ubłocone korzenie zwisały przed samochodem. Kilkumetrowa wyrwa w ziemi odcięła im drogę ucieczki po poboczu. Marek próbował wycofać samochód, ale w stresie skręcił za bardzo w prawo i wpadł tylnym kołem w przydrożny rów. Musieli czekać.
Dziękował Bogu, że ich przewodnik zdecydował się na skrócenie spływu. Gdyby teraz znajdowali się na rzece… Zawsze uważał, że utonięcie jest najgorszym ze sposobów na śmierć.
Przypatrzył się sosnom, które jak patyki zaczęły się łamać pod naporem wirującego w leju tornada. Ścisnął mocniej narzeczoną.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – Usłyszał jej płaczliwy szept.
Modlitwa wydawała się teraz jedynym słusznym pomysłem. Chciał przeżyć. Obudzić się w swoim mieszkaniu. Zjeść śniadanie na balkonie, pooglądać telewizję.
Długie światła, które zostawił włączone, jakby przygasły. Poczuł narastający lęk, paraliżujący go od środka. Jeśli padnie akumulator, zostaną w leśnej głuszy. Sami.
Snop światła powoli zmniejszał swój zasięg. Nagle przy leżącej brzozie zamajaczył poruszający się szybko kształt. Człowiek! Sam, pośrodku szalejącej nawałnicy!
Szyby auta zalewały strugi wody niczym w myjni samochodowej, chłopak musiał więc się dokładnie przyjrzeć, ale był prawie pewien, że ktoś biegnie w ich stronę.
Światła oślepiły jeszcze postać, a potem zgasły.
***
– No dalej! – krzyknął ze złością.
Na oko dziesięciometrowa sosna zwaliła się pod naporem trąby powietrznej i zablokowała wyjazd z wioski, a on jako jedyny znajdował się obecnie na moście. Zatrąbił, choć sam nie wiedział po co. Drzewo samo się przecież nie przesunie. Ale gdzie straż? Gdzie służby? Powinni zająć się usuwaniem drzewa z powiatówki, tak, aby ułatwić przejazd do sąsiedniej miejscowości! Zatrąbił jeszcze kilka razy, dając upust nerwom.
Nawałnica oddalała się znad Złorzecza, pierwsze promienie słońca oświetlały krajobraz. Rozejrzał się i zamarł. W Duszycy leżało kilkadziesiąt połamanych drzew, woda powoli piętrzyła się na zanurzonych gałęziach. Naturalna tama zablokowała jej swobodny przepływ. Przyjrzał się położonemu nieopodal Domowi Seniora, który zawsze prezentowano na widokówkach ze Złorzecza. Taki dostojny dworek, z przystanią nad rzeką… Jeśli strażacy nie zdemontują tej samozwańczej tamy, lada chwila woda wybije i nie dość, że będą walczyć ze skutkami trąby powietrznej, to jeszcze dostaną powódź gratis.
– Kurwa…
Wrzucił wsteczny i powoli wycofał auto z mostu. Lewa noga zaczęła mu nerwowo podrygiwać. Gdyby nie automatyczna skrzynia biegów, miałby spory problem z prowadzeniem pojazdu. Pot wystąpił mu na czoło, więc otarł je dłonią, po czym ponownie skupił wzrok na obrazie w lusterku wstecznym.
Na tylnym siedzeniu jego auta leżał szary prochowiec umazany krwią.
Utknął w tym gównie na dobre.