-
nowość
-
promocja
Złościsz się na mnie? - ebook
Złościsz się na mnie? - ebook
Książka dla osób, które czują, że ich samopoczucie i decyzje są nadmiernie uzależnione od emocji i oczekiwań innych.
- Czy zdarza ci się analizować każde wypowiedziane zdanie długo po zakończonej rozmowie?
- Często wydaje ci się, że ktoś się na ciebie gniewa, choć nie ma ku temu powodu?
- Czujesz się bezpiecznie tylko wtedy, gdy jesteś miłą i bezproblemową osobą?
- Automatycznie bierzesz winę na siebie, by uniknąć konfliktu?
- Ignorujesz własne granice, by ktoś inny poczuł się lepiej?
Jeśli tak, to znaczy, że tkwisz w przewlekłym stanie uległości i zadowalasz innych kosztem siebie, by zyskać ich akceptację. To nie cecha charakteru, lecz mechanizm przetrwania wyuczony w dzieciństwie: kiedyś chronił, dziś może odbierać poczucie własnej wartości, spokój i autentyczność. I choć wielu osobom towarzyszy przez całe życie, można się z niego uwolnić.
Psychoterapeutka Meg Josephson w swojej przełomowej książce pokazuje, czym jest fawning – mało znana, a niezwykle powszechna reakcja układu nerwowego na zagrożenie. Obok walki, ucieczki i zamrożenia to właśnie uległość i nadmierne zadowalanie innych często stają się naszym sposobem na radzenie sobie z lękiem przed odrzuceniem.
Autorka pokazuje, skąd bierze się ten stan ciągłej czujności i napięcia oraz jak krok po kroku się z niego uwolnić. Pomaga odzyskać kontakt z własnymi emocjami, ciałem i potrzebami, stawiać granice bez poczucia winy, budować relacje oparte na szczerości, a nie lęku, i wzmocnić poczucie własnej wartości.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8380-547-4 |
| Rozmiar pliku: | 783 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od autorki
Wstęp
Rozdział 1. Brzydkie słowo na „U”
Rozdział 2. Teraz i wtedy
Rozdział 3. Pozwól sobie wyzdrowieć
Rozdział 4. Twoje myśli nie są tobą
Rozdział 5. Emocje są niewinne
Rozdział 6. To wyczerpujące
Rozdział 7. Nic osobistego
Rozdział 8. Konflikt jest jak śmierć (nieunikniony)
Rozdział 9. Redefinicja granic
Rozdział 10. Kim jesteś?
Rozdział 11. Proces zdrowienia to akt pomocy
Podziękowania
Bibliografia
PrzypisyDla tych, które zachowały spokój,
ale zatraciły siebie
OD AUTORKI
Jako terapeutka nade wszystko cenię prywatność ludzi, z którymi pracuję, i zaufanie, którym mnie obdarzyli. Dlatego postacie opisane w tej książce nie są prawdziwe – rzeczywiste są jedynie moje doświadczenia w pracy z takimi ludźmi.
Historie, które przytaczam, nie dotyczą konkretnych osób, ale stanowią splot wspólnych doświadczeń, inspirowanych złożonością relacji, wpływem traum, uniwersalnej ludzkiej potrzeby bliskości i wewnętrznego uzdrowienia. Moim najwyższym priorytetem jest chronić historie i emocje wielu osób, jednocześnie zachowując ich anonimowość.
WSTĘP
„Dlaczego zawsze mam wrażenie, że ludzie są na mnie źli?” – pytam terapeutkę.
To moja pierwsza sesja, jest upalny letni dzień. Siedzę w szarozielonym nowojorskim gabinecie między Union Square a Chelsea, z ulicy dochodzi wycie syren. Mam dwadzieścia lat, wakacje między drugim a trzecim rokiem studiów spędzam na letnim stażu w redakcji magazynu lifestyle’owego. Tego lata oszczędności wystarczy mi na pięć do siedmiu sesji psychoterapeutycznych, więc po cichu się modlę do jakiejkolwiek instancji, żeby udało się mnie naprawić w miarę szybko.
W odpowiedzi na pytanie terapeutka powoli kiwa głową i – głęboko oddychając – czeka, aż powiem coś więcej, a ja czekam, aż ona w ogóle coś powie. Poprawia okulary w prostokątnych czerwonych oprawkach i zmienia pozycję, a mój wzrok spoczywa na obrazie, który ozdabia ścianę nad jej fotelem. Mrużę oczy i przekrzywiam głowę, próbując zdecydować, czy przedstawia on kwiat, czy waginę.
Po pięćdziesięciominutowej sesji, podczas której opisałam z grubsza swoje dotychczasowe życie, opuszczam gabinet z policzkami mokrymi od łez i z poleceniem przeczytania książki o dorosłych córkach rodziców alkoholików. Dziwne, ale OK.
Miałam nadzieję, że terapeutka po prostu powie, co jest ze mną „nie tak”, da proste rozwiązanie, torebkę cukierków i wypuści z gabinetu nową wersję mnie. Ale zamiast tego zasypała mnie pytaniami o moje dzieciństwo. Podczas kolejnych spotkań zdałam sobie sprawę, że choć już nie mieszkałam w domu rodziców, to w pewnym sensie nadal żyłam tak, jakbym nigdy go nie opuściła. Mimo że nie bałam się już wahań nastroju mojego taty, to każdy mail od szefa wzbudzał we mnie obawę, że zostanę zwolniona. Nie analizowałam już tonu głosu ojca, próbując odgadnąć, czy pił, ale za to się zastanawiałam, co może znaczyć kropka zamiast wykrzyknika na końcu zdania w wiadomości od znajomego. Nie musiałam już być „idealna” ani „dobra”, by zachować spokój w domu, ale nadal przerażała mnie myśl, że mogę być postrzegana inaczej niż jako idealna.
Ta nadmierna czujność i podświadomy ciągły stan gotowości, napięcia były motywem przewodnim mojego dzieciństwa i pierwszych lat dorosłości. Dopiero tamtego lata zrozumiałam, że moje lęki nie były wyłącznie fobiami, które muszę przezwyciężyć. W przeszłości spełniały ważną funkcję – chroniły mnie. To, co uważałam za zachowania autodestrukcyjne, było w rzeczywistości mechanizmem samoobrony.
Wraz z końcem lata musiałam przyjąć do wiadomości, że moje zdrowienie to nie jest coś, co da się łatwo odhaczyć, ale że będzie to niekomfortowy, chaotyczny proces polegający na introspekcji. No tak... przynajmniej miałam motywację. Wiedziałam jedno: nie chcę już żyć w głębokim lęku. Czułam wewnętrzne rozdwojenie: młodsza „ja” jeszcze żyła w strachu, podczas gdy mądrzejsza, „rodzicielska” część mnie rozumiała już, że można żyć lepiej i spokojniej. Nie wiedziałam tylko, od czego zacząć.
Wiele osób, w szczególności kobiet, ciągle się zmaga z poczuciem, że ludzie są na nie z jakiegoś powodu źli. Kiedy partner jest w złym humorze, gdy przyjaciel czy przyjaciółka nie odpisuje na wiadomości, kiedy współpracownik nie odpowiada na nasze „cześć” rzucone w drzwiach toalety, bojaźliwie pytamy: „Złościsz się na mnie?”. Albo nie pytamy, ale w milczeniu roztrząsamy tę kwestię pod prysznicem, aż opuszki palców pomarszczą nam się jak rodzynki, a potem, wieczorem, przewracamy się z boku na bok ze ściśniętym sercem, aż wreszcie zasypiamy niespokojnym snem.
Może się wydawać dziwne, że w dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy z innymi w ciągłym kontakcie, tak bardzo się martwimy o swój wizerunek. Ale właśnie ciągłe oznaki aprobaty i uznania, które otrzymujemy i którymi obdarzamy innych poprzez pisanie wiadomości, dawanie serduszek wiadomościom od innych, lajkowanie ich postów, poprzez wideorozmowy czy wysyłanie tego typu wiadomości – to wszystko wtrąciło nas w samonapędzający się kryzys niepewności. Kiedy spada poziom intensywności komunikacji, do którego przywykłyśmy, ta część nas, która jest skupiona na przetrwaniu, może łatwo wpaść w spiralę lęku. Ponieważ jest wiele sposobów, by powiedzieć komuś, że się o nim myśli, jest i wiele możliwości, by się poczuć zapomnianym.
Tamtej jesieni po powrocie na uczelnię doznałam dość poważnego wstrząśnienia mózgu, kiedy podczas imprezy halloweenowej jakiś pijany facet zatoczył się na mnie, uderzając swoim czołem w moje z imponującą siłą. Lekarz zalecił mi przerwę w studiowaniu i we wpatrywaniu się w ekrany oraz odpoczynek w ciszy i ciemnym otoczeniu. Ta nieoczekiwana zmiana tempa życia przywiodła mnie do praktyki medytacyjnej i duchowej, dzięki której odnalazłam drogę do siebie. Może dzięki twardej jak kamień głowie tamtego gościa, a może takie było zrządzenie losu, w każdym razie w czasie rekonwalescencji musiałam przestać się otępiać, przestać pić, przestać się rozpraszać. W zamian pochyliłam się nad swoimi emocjami, wspomnieniami i ranami, które tak długo ignorowałam, upchnąwszy je w zakurzonych zakamarkach mojego ciała i umysłu.
W tym miejscu powinnam szczegółowo opowiedzieć o moim procesie „zdrowienia” w jednym uporządkowanym, dopiętym na ostatni guzik akapicie. Ale był to proces powolny i trudno zauważalny, w dodatku wciąż trwa. Przez lata nie dostrzegałam, jak się zmieniam – aż spojrzałam za siebie i zauważyłam, że zupełnie inaczej się czuję teraz w sytuacjach, które dawniej wywoływały we mnie sporo napięcia. W czasie kiedy pochłaniał mnie rozedrgany dyskomfort mojego wewnętrznego świata, pięć minut medytacji wydawało mi się wiecznością. Aż pewnego dnia zauważyłam, że mogę przesiedzieć całą godzinę w prawdziwym spokoju. Miesiąc rzeczywistości bez alkoholu zamienił się w siedem lat. Coś, co w przeszłości wrzuciłoby mnie w spiralę analizowania i sparaliżowało na długo, teraz wydawało się znacznie mniej przytłaczające. Mogłam doświadczać trudnych emocji i rozpoznawać je, wiedząc, że nie muszę ich zmieniać; musiałam tylko zmienić moją reakcję.
Po studiach poczułam nieodparte pragnienie wspierania ludzi w ich procesie zdrowienia, łącząc intensywną pracę nad traumą z praktykami związanymi z uważnością. Z własnego doświadczenia znałam korzyści płynące z połączenia tych dwóch światów. Poszłam na studia drugiego stopnia na Uniwersytet Columbia, uzyskałam stopień magistra pracy socjalnej ze specjalizacją kliniczną, jednocześnie kontynuując praktykę duchową i zgłębiając buddyzm. Po zakończeniu studiów magisterskich rozpoczęłam pełnoetatową praktykę terapeutyczną. Mój grafik szybko się wypełnił spotkaniami, w większości z kobietami zmagającymi się z niepokojem, trudnymi związkami, poczuciem braku sensu życia albo braku pewności siebie – i, przede wszystkim, z potrzebą spełniania oczekiwań innych ludzi.
W pewien mglisty wtorek w San Francisco (przeprowadziłam się na drugi koniec kraju) klientka opowiadała mi, jak po każdym spotkaniu towarzyskim w drodze do domu przypominała sobie żenujące kwestie, które wypowiedziała tego wieczoru. Wmawiała sobie, że wszyscy na pewno ją znienawidzili, i z trudem powstrzymywała się przed wysyłaniem do znajomych wiadomości z przeprosinami za coś, czego nawet nie potrafiła zdefiniować.
„Dlaczego zawsze mam wrażenie, że ludzie są na mnie źli?”
Tym razem to ja siedziałam w fotelu terapeuty, a z lustra patrzyła na mnie dwudziestoletnia osoba, którą jeszcze tak niedawno byłam. To samo pytanie, które kiedyś zadałam mojej pierwszej terapeutce, teraz było kierowane do mnie.
Tego dnia zamieściłam w mediach społecznościowych filmik, w którym mówiłam: „Hej, nie podpadłaś; wszystko jest w porządku. Nikt się na ciebie nie gniewa. Twój umysł okłamuje cię, bo się boi. Wiem, że prawdopodobnie się obawiasz, że gdzieś pod spodem jesteś złym człowiekiem i to tylko kwestia czasu, kiedy wszystko wyjdzie na jaw, ale tak naprawdę jesteś bezpieczna”.
W ciągu kilku godzin mój post rozniósł się po platformach społecznościowych, otrzymując tysiące komentarzy, takich jak: „Czemu się popłakałam?”, „To było dziwnie konkretne, ale prawdziwe” albo „Czy ty siedzisz w mojej głowie?”.
Kolejne posty dotykające tego tematu, tego uczucia, za każdym razem, bez wyjątku, spotykały się z takim samym odzewem ze wszystkich stron świata. Jednocześnie do mojego gabinetu nadal przychodziły klientki i przychodzili klienci – z doświadczeniami, które były mi tak dobrze znane.
Napisałam tę książkę dlatego, że rozpaczliwie jej potrzebowałam, i dlatego, że wierzę, iż wiele innych osób tak samo jej potrzebuje.
Choć wydano mnóstwo książek o potrzebie spełniania oczekiwań innych i o współzależności, wiele z nich pomija prawdziwą przyczynę tych zachowań – to, co poprzedza potrzebę zadowalania innych swoim kosztem, oraz kontekst, który te zachowania wywołuje. Zachowania ugodowe pojawiają się wtedy, kiedy boimy się kogoś rozczarować, kiedy komuś podpadłyśmy i czujemy się w jakimś sensie zagrożone. Przynoszą fałszywe ukojenie od niepokojącego uczucia, że zrobiłyśmy coś nie tak. Nie możemy wykonać wewnętrznej pracy, jeśli jesteśmy zajęte rozglądaniem się dookoła i pilnowaniem reakcji innych ludzi i tego, jak nas postrzegają. Ta książka omawia sedno takiego schematu – reakcję uległości. To w tym miejscu zachodzi prawdziwy proces zdrowienia.
Kobiety są szczególnie uwarunkowane, jeśli chodzi o nadmierne starania, przesadne tłumaczenia i przepraszanie. Jesteśmy opiekunkami. Żywicielkami. Strażniczkami spokoju. Jesteśmy wychowywane na grzeczne dziewczynki, które zgadzają się ze wszystkim i na wszystko. Nawet na to, żeby dać się przytulić wujkowi Ryśkowi, na miłość boską!, choć czujemy się z tym potwornie niekomfortowo. Jesteśmy uczone, żeby nie robić zbyt wiele hałasu, więc się przyzwyczajamy do poczucia niespełnienia. Jesteśmy uczone stawiać potrzeby wszystkich wokół ponad nasze własne, a po drodze tracimy szanse na poznanie, kim same naprawdę jesteśmy, czego potrzebujemy, co lubimy i co nam sprawia przyjemność.
Ten problem dotyka szczególnie osoby wychowane w domach dysfunkcyjnych, w których dzieci były zaniedbywane lub gdzie panowało napięcie i łatwo było o konflikt, i gdzie: „Złościsz się na mnie?”, było wewnętrznym pytaniem, które uspokajało sytuację. Często się słyszy, że młodzi ludzie, zwłaszcza milenialsi, lubią obwiniać swoich rodziców o każdy negatywny aspekt swojej egzystencji. W tej pracy jednak nie chodzi o obwinianie, ale o to, by wreszcie spojrzeć na blizny, które domagają się dostrzeżenia, o to, by zrozumieć, jak rany odniesione dawno temu wciąż się jątrzą w naszej teraźniejszości. Wszystko po to, by umożliwić nam pójście do przodu i akceptację siebie.
Pisząc tę książkę, kierowałam się tymi samymi zasadami, którymi kieruję się w mojej pracy klinicznej. Starałam się połączyć uważność, duchowość, teorię przywiązania i terapię systemu wewnętrznej rodziny oraz przyjąć perspektywę mojej wiedzy o traumie. Czerpię z psychologii i filozofii Zachodu, ale też z myśli Wschodu, a konkretnie z buddyzmu, łącząc umysł, ciało i ducha.
Złościsz się na mnie? ma nam pomóc spojrzeć na siebie z empatią, jakiej zawsze pragnęłyśmy, ale na którą, naszym zdaniem, nie zasługiwałyśmy; pomóc nam porzucić mechanizmy obronne, przez które grzęźniemy w przeszłości, nie mogąc dosięgnąć teraźniejszości. Ma umożliwić nam pozbycie się przekonania, że musimy zaniedbywać siebie dla komfortu innych. Ma pomóc nam zrzucić z siebie uwarunkowania i blokady, które odłączyły nas od prawdziwej istoty tego, kim jesteśmy i czego chcemy od życia. Ma nauczyć nas dbania o wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa i stworzyć spokojne miejsce, do którego możemy wrócić, kiedy na zewnątrz panuje chaos.
Nie podaję szybkiego rozwiązania, bo nie jesteśmy maszyną wymagającą naprawy, a ja nie jestem wszechwiedzącą istotą, która posiadła tajemnicę uzdrowienia. Mam nadzieję, że na kartkach tej książki znajdziesz to, co od dawna wiedziałaś, ale co pozostawało ukryte przez ból i uwarunkowania. Proces zdrowienia to niedoskonała, trwająca całe życie praktyka, dzięki której stopniowo zdajemy sobie sprawę, że w rzeczywistości nigdy nie było z nami coś „nie tak”. To taniec zapominania mądrości i przypominania jej sobie wciąż na nowo. Mam nadzieję, że ta książka ci pomoże. Jeśli dzięki niej lepiej zrozumiesz schematy swoich zachowań i zaczniesz darzyć siebie większym współczuciem, uznam, że osiągnęłam swój cel.
Kiedy przestaniemy się skupiać na tym, co myślą inni, przypomnimy sobie, kim naprawdę jesteśmy.PRZYPISY
Pete Walker, „Complex PTSD: From Surviving to Thriving, Lafayette”, CA, 2013. Wydanie polskie: Złożone PTSD. Od przetrwania do pełni życia. Proces powrotu do zdrowia po traumie dziecięcej, tłum. Juliusz Okuniewski, Paweł Malinowski, Gdańsk 2024.
Pete Walker, „Codependency, Trauma, and the Fawn Response”, www.pete-walker.com/codependencyFawnResponse.htm.
Wszystkie cytaty w tłumaczeniu A. Pindor, o ile niezaznaczone inaczej.
W.B. Cannon, “The Wisdom of the Body”, W.W. Norton 1932.
Due Quach, “The Fawn Response to Racism (Part 1): A Reflection on POC Strategies to Mitigate Violent Oppression”, Psychology Today (April 30, 2021), www.psychologytoday.com/us/blog/healing-oppression/202104/the-fawn-response-racism.