Facebook - konwersja
Złote sidła. The Golden Snare - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Złote sidła. The Golden Snare - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7950-173-1
Język:
Polski
Data wydania:
18 kwietnia 2014
Rozmiar pliku:
966 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
18,00
Cena w punktach Virtualo:
1800 pkt.

Złote sidła. The Golden Snare - opis ebooka

Złote sidła. The Golden Snare. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition. Powieść przygodowa znakomitego amerykańskiego pisarza.

James Olivier Curwood (1878-1927) – pisarz amerykański. Urodził się w stanie Michigan, w małym miasteczku Owosso. Ojciec jego spokrewniony był z angielskim pisarzem marynistą Frederickiem Marryatem, matka – z indiańską księżniczką z plemienia Mohawk. Dzieciństwo spędził Curwood na fermie w stanie Ohio, a mając lat kilkanaście wyruszył w długą wędrówkę po sąsiednich stanach; polował na dzikie zwierzęta, próbował handlu skórami, a przede wszystkim poznał i pokochał surową przyrodę, która później stała się tłem jego powieści. W latach 1898–1900 Curwood studiował na uniwersytecie stanu Michigan, a następnie pracował w Detroit jako reporter. W roku 1908 wydał swoją pierwszą książkę pt. „The Courage of Captain Plum”. Wkrótce twórczość literacka stała się jego pasją. Materiał do swoich powieści czerpał z obserwacji w czasie swych podróży po rozległych przestrzeniach Stanów Zjednoczonych i Kanady. Zapuszczał się na tereny oddalone o setki mil od cywilizacji, poznawał twarde życie traperów i poszukiwaczy złota, a także życie zwierząt Dalekiej Północy. (http://pl.wikipedia.org/wiki/James_Oliver_Curwood)

James Oliver "Jim" Curwood (1878-1927) was an American action-adventure writer and conservationist. His books ranked among Publisher's Weekly top-ten best sellers in the United States in the early 1920s. At least eighteen motion pictures have been based on or directly inspired by his novels and short stories. At the time of his death, he was the highest paid (per word) author in the world. His writing studio, Curwood Castle, is now a museum in Owosso, Michigan.Curwood was born in Owosso, Michigan, the youngest of four children.[2] He left high school before graduation, but passed the entrance exam to the University of Michigan, where he enrolled in the English department and studied journalism. After two years, he quit college to become a reporter. In 1900, Curwood sold his first story while working for the Detroit News-Tribune. By 1909 he had saved enough money to travel to the Canadian northwest, a trip that provided the inspiration for his wilderness adventure stories. The success of his novels afforded him the opportunity to return to the Yukon and Alaska for several months each year that allowed him to write more than thirty such books. (http://en.wikipedia.org/wiki/James_Oliver_Curwood)

FRAGMENT KSIĄŻKI

Złote sidła

Rozdział I. Bram Johnson i jego wilki

Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka się nawet w pustkowiach Northlandu.

Były chwile, kiedy można było uważać go za człowieka posiadającego rozum i duszę; w innych zaś przypominał raczej jakąś straszliwą apokaliptyczną bestię. Czy posiadał naprawdę to, co powszechnie nazywamy duszą? Jeżeli tak, to dusza ta zatajona była głęboko, gdzieś w niedostępnych czeluściach borów i dzikich pustkowi, wśród których rozwijała się. Toteż nie będziemy potępiać Brama nierozważnie w niniejszym opowiadaniu. Ostrożność w osądzaniu bliźnich zawsze jest wskazana.

Aby zdać sobie dokładnie sprawę z tego, kim był właściwie Bram Johnson, musimy cofnąć się o trzy generacje wstecz. Jeżeli lekkim pirogiem puścimy się z Jeziora Athabaska w kierunku północnym, aż do Wielkiego Jeziora Niewolników, a stamtąd korytem rzeki Mackenzie w stronę koła podbiegunowego, napotkamy na tej drodze przeróżne typy etniczne. Najpierw Indian ze szczepu Chippewayów, ludzi smukłych i zwinnych, o pociągłej twarzy, używających lekkich, mocno wygiętych łódek. Potem szczep Cree, którego przedstawiciele odznaczają się twarzą więcej okrągłą, oczami bardziej skośnymi. Są to ludzie ospali, spokojni, a łodzie, jakimi się posługują, zbudowane są z kory bambusowej i mają dziwaczny kształt. W miarę posuwania się ku północy, zatracają pierwotną czystość swej rasy, stając się stopniowo podobnymi do Japończyków. I znowu napotykamy szczep Chippewayów, który jednak w tej szerokości geograficznej uległ dużemu przeobrażeniu. W miarę zbliżania się do koła podbiegunowego, zaczynają oni używać ˝kajaków˝ zamiast pirog, rysy ich twarzy stają się bardziej rozlane, oczy skośnie osadzone, maleńkie jak u Chińczyków. Są to owi Eskimosi, jak ich nazywają w podręcznikach geografii.

Jeden z przodków Brama Johnsona musiał przed paruset laty wywędrować z południa ku północy. Krew jego dzieci i ich potomków zmieszała się z krwią szczepu Chippewayów i Cree, a z biegiem czasu i z krwią Eskimosów. A co najciekawsze, imię Johnson przechodziło stale z jednej generacji na drugą. Ale gdyby ktoś ciekawy zajrzał do namiotu, w którym obecnie mieszkał Bram Johnson, licząc na to, że znajdzie tam człowieka białego, spotkałaby go niespodzianka.

Bram Johnson, w następstwie tego krzyżowania się rozmaitych ras, tylko z koloru skóry, włosów i oczu przypominał człowieka białego, pozostałe zaś, to cechy charakterystyczne dla plemienia Eskimosów, z którego pochodziła jego matka. W jednym tylko jeszcze odbiegał od tego typu: mierzył sześć stóp wysokości.

Był to prawdziwy olbrzym, o niesłychanej sile fizycznej, twarz szeroka, o wystających kościach policzkowych, nos spłaszczony, wargi grube. Skórę na twarzy jednak miał zupełnie białą, włosy bujne, rude, twarde jak szczecina, oczy duże, błękitne. Czasami, zwłaszcza gdy był poirytowany, oczy te przybierały kolor szary, niby oczy kota, świecąc nagłym, dzikim blaskiem.

Bram nie miał żadnych przyjaciół ani towarzyszy. Otaczała go jakaś dziwna tajemniczość… Jeżeli zaglądał czasem do jakiejś faktorii, to tylko na krótki czas, aby nabyć nieco potrzebnych mu rzeczy w zamian za skórki dzikich zwierząt, które przynosił. Mijały długie miesiące, a Bram nigdy nie pokazywał się ponownie w tym samym miejscu. Ustawicznie wędrował po świecie.

Policja lotna ˝Royal North-West˝ miała go na oku, nie gubiąc nigdy jego śladów. W raportach, składanych przez wysunięte daleko na północ placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakoniczne wzmianki o Bramie, tej mniej więcej treści: ˝Widzieliśmy Brama z wil kami, szedł w kierunku północnym…˝ – ˝Bram ze swoimi wilkami przechodził tędy…˝ Potem w ciągu dwóch lat zginął bez śladu – powędrował prawdopodobnie gdzieś w okolice Jeziora Niedźwiedzi. A kiedy znów się zjawił, policja zaczęła się nim interesować jeszcze bardziej. Zachowanie jego wydawało się bowiem dziwnie podejrzanie. Coś musiało się stać, prędzej czy później.

I rzeczywiście to ˝coś˝ stało się. Bram zabił człowieka. A zabił go tak szybko i zręcznie, że zanim odkryto to zabójstwo, po Bramie nie było już ani śladu.

Wkrótce, w dwa tygodnie później, rozegrała się nowa tragedia. Kapral policji Lee, w towarzystwie jednego ze swych ludzi, wyruszył z fortu Churchill celem schwytania i aresztowania Brama. Odszukał go gdzieś na granicach Barrenu. Posuwali się z całą ostrożnością, by dogonić go i schwytać. Nagle, gdy byli w odległości około ćwierć mili, usłyszeli głośny, niesamowity śmiech. Bram nie atakował ich, nie strzelił ani razu. Poszczuł tylko na nich swoje wilki. Cudem prawdziwym kapral Lee nie zginął na miejscu. Ciężko pokaleczony dowlókł się do chaty pewnego Metysa i tam wkrótce wyzionął ducha. Metys poszedł do fortu Churchill i opowiedział całe to zdarzenie.

Od tej chwili Bram zniknął zupełnie ze świata.

Ach, gdyby można opisać i opowiedzieć szczegółowo te cztery czy pięć lat tortur i męczarni, jakie Bram przeżywał w samotności – niejedno zostałoby mu przebaczone! Bram i jego wilki! Czyliż samo zestawienie tych słów dreszczem was nie przejmuje? Pomyślcie tylko: zawsze sam, sam jeden, w towarzystwie wilków. Nigdy nie słyszał mowy ludzkiej. Nigdy nie mógł zbliżyć się nawet do jakiejś faktorii, by zakupić nieco żywności! Po prostu człowiek-zwierzę, prawdziwy wilkołak!

W ciągu trzech ostatnich lat Bram przeprowadził stopniowo jak najstaranniejszą selekcję między swymi wilkami. Pozbył się wszystkich mieszańców-wilczurów, zachowując dla siebie tylko dwadzieścia wilków najczystszej krwi. Sam je wychowywał od maleńkich szczeniaków, przywiązał się do nich równie silnie jak one do niego. One zastępowały mu rodzinę, braci, siostry. Spał razem z nimi, jadł z nimi, cierpiał głód na równi z nimi wtedy, kiedy brakowało im świeżej żywności. One były mu całym towarzystwem i najpewniejszą opieką. Skoro zabrakło mięsa, puszczał swą hordę wilków na trop jakiegoś łosia czy karibu. W pościgu za zwierzem wilki zapędziły się nieraz o kilka czy kilkanaście mil naprzód. Ale Bram doganiał wkrótce całą hordę i zawsze znalazł się dla nich porządny kawał mięsa.

Cztery lata takiego życia! Policja wprost wierzyć w to nie chciała. Uśmiechali się z niedowierzaniem, kiedy do uszu ich dochodziły z daleka wieści, że Bram żyje, że go widziano, że słyszano jego potężny głos i straszliwe wycie wilków, że Metysi i Indianie w różnych stronach natrafiają na jego ślady.

W opowiadaniach o Bramie było też dużo przesady i śmiesznych, fantastycznych dodatków. Indianie uważali Brama za istotę nadprzyrodzoną, za czarownika, który zaprzedał duszę swą diabłu i w zamian za to może dowolnie latać w powietrzu. Znajdowali się ludzie, którzy całkiem serio przysięgali się, że widzieli na własne oczy, jak Bram razem z hordą swych wilków latał po niebiosach, polując na jakieś potworne bestie.

Dość na tym, że policja przekonana była, że Bram od dawna już nie żyje. Tymczasem on, uciekając przed ludźmi, coraz bardziej zbliżał się i upodabniał do swych braci-wilków.

Jednak w żyłach jego płynęła krew białych ludzi. I Bram coraz gwałtowniej, coraz silniej tęsknił za głosem ludzkim. Pragnienie to rozsadzało nieraz jego potężne piersi. A jednak, Bram nie kochał nigdy w życiu żadnego człowieka.

Pragnienie to właśnie dało początek strasznemu dramatowi, w którym dwoje ludzi – mężczyzna i kobieta – odegrało niepoślednią rolę.

Rozdział II. Osobliwe odkrycie

Mężczyzna ów nazywał się Filip Brant.

Tego wieczoru siedział on w chatce Piotra Breault, rozdzielony stołem od gospodarza. Od pieca, rozpalonego do czerwoności, biło ciepło na całą izbę. Był późny wieczór.

Piotr Breault, który polował na lisy, zbudował sobie chatkę na skraju wąskiego pasa szpilkowego lasu, wrzynającego się w obszar Barrenu. Spoza ścian chatki dochodziło żałosne, ponure wycie wichury. Tam dalej, w kierunku wschodnim, była Zatoka Hudsona. Wystarczyło otworzyć drzwi chatki, by posłyszeć głuche, nieustannie przeciągłe grzmoty idące z tamtej strony. Huczało i grzmiało morze, walcząc z lodami zaścielającymi Zatokę Hudsona. Czasami rozlegał się głośniejszy huk, gwałtowny niby wystrzał armatni. To pękały góry lodowe, waląc się w fale morskie.

W kierunku zachodnim przestrzeń pusta, gładka, bez żadnych wyniosłości, skał czy zarośli. To Barren, nad którym przez cały dzień zwisa nisko niebo szare, niby gruba ciężka zasłona, zabarwiona miejscami purpurowo, z którego zda się, lada chwila, runą na ziemię zwały śnieżne. Jeszcze straszniejsze wrażenie robiło to w nocy, kiedy wiatr zawodził żałośnie i wokoło rozlegały się piski białych lisów.

– Jak pragnę zbawienia mej duszy – powtarzał Breault – widziałem go na własne oczy…

Filip Brant przestał się uśmiechać z niedowierzaniem. Wchodził on w skład patrolu policyjnego, stacjonującego w forcie Churchill. Doskonale wiedział, że Piotr Breault był człowiekiem odważnym, bowiem inaczej nie ośmieliłby się osiedlić w tym miejscu, w pustkowiu Barrenu. Wiedział też, że Berault nie był wcale przesądnym i zabobonnym, jak to się często zdarza u ludzi w tym zawodzie, bo gdyby tak było, już dawno uciekłby stąd, nie mogąc znieść tych tajemnych jęków i pisków, jakie rozlegają się każdej nocy w tych pustkowiach.

– Przysięgam panu! – powtórzył Breualt.

Filip słuchał go rozgorączkowany, rumieńce wystąpiły mu na twarzy. Zaciśnięte pięści oparł mocno o stół. Był to mężczyzna w wieku trzydziestu pięciu lat, smukły i doskonale zbudowany. Oczy miał jasne, błękitne, o połysku stali. Kiedyś, dawniej, ubierał się elegancko, jak wszyscy ludzie cywilizowani. Mieszkał wówczas w dużym mieście. Obecnie odziany był w ubranie ze skóry karibu, o wystrzępionych rękawach. Na rękach rysowały się grube żyły, a na twarzy zmarszczki głębokie, wyżłobione wśród nieustannych walk z przyrodą, burzami i wichrami.

– To niemożliwe – odparł. – Bram Johnson nie żyje.

– Żyje, proszę pana!

W głosie Piotra Breault wyczuwało się dziwne drżenie.

– Gdybym wiedział to tylko ze słyszenia, gdybym go nie widział na własne oczy, wtedy mógłby pan mieć pewne wątpliwości.

Oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Silniejszym nieco głosem zaczął opowiadać:

– Siedziałem tu, w tej samej chacie, kiedy nagle posłyszałem wycie jego wilków. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i przystanąłem, starając się dojrzeć coś w ciemnościach nocy. Byli już niedaleko i zbliżali się szybko. Posłyszałem stuk kopyt karibu na zamarzniętym śniegu. Przebiegł niedaleko mej chaty w pełnym galopie. A w ślad za nim pędziła horda wyjących wilków. Nad ich wyciem górował głos potężny, tak mocny, jakby dziesięciu ludzi krzyczało jednocześnie. Poznałem natychmiast ten głos: to głos Brama Johnsona! Polował na zwierza ze swymi wilkami. Tak jest, on żyje. I to jeszcze nie wszystko. Tak jest, to nie wszystko jeszcze.

Mówił gorączkowo, z coraz bardziej wzrastającym wzruszeniem. Filip Brant słuchał go uważnie. Zaczynał już wierzyć, że to, co mu Piotr mówi, jest jednak prawdą.

– No, a potem? – zagadnął. – Widziałeś go pan kiedy jeszcze?

– Owszem – potwierdził Piotr. – I to zupełnie z bliska. Ale to, co wówczas zrobiłem, tego nie powtórzyłbym po raz drugi, choćby mi za to obiecywano wszystkie lisy, jakie gnieżdżą się między Jeziorem Athabaska a Zatoką Hudsona. Byłem wtedy jak nieprzytomny. Jak urzeczony wybiegłem z chaty i puściłem się za nimi. Szedłem po śniegu, za śladami wyciśniętymi przez łapy wilków i szerokie narty Brama. Aż w końcu usłyszałem szczękanie potężnych zębów wilczych, szarpiących mięso karibu i jakiś radosny ryk ludzki. Bram dopadł swej ofiary i dzielił się łupem z wilkami. Na szczęście wiatr miałem pomyślny, dzięki czemu ta horda nie mogła zwietrzyć mojej obecności. Ale gdyby tak kierunek wiatru się zmienił, co by się ze mną stało, na Boga?!

Wstrząsnął się cały nerwowo, załamując palce, aż trzeszczały.

– A jednak, proszę pana, nie ruszyłem się z miejsca, siedziałem ukryty za wysoką zaspą śnieżną. Po dobrej chwili Bram ze swą hordą ruszyli dalej. Wówczas podszedłem do leżącego na śniegu karibu. Był to duży, tłusty samiec. Obie tylne szynki miał zupełnie odcięte. Ruszyłem w dalszą drogę, za śladami Brama. Noc była tak ciemna, że na dziesięć kroków zupełnie nic nie widziałem. Doszedłem w ten sposób w pobliże małego lasku. Tam to Bram rozpalił ognisko. Mogłem mu się doskonale przyjrzeć. Poznałem go od razu, bo już przedtem, przed owym morderstwem, zaglądał dwukrotnie do mojej chatki. Rysy twarzy nic mu się nie zmieniły. Siedział otoczony swymi wilkami, głaskał je, mówił do nich, śmiejąc się dziko. Widziałem doskonale potężne, błyszczące zęby tych bestii. Patrzyłem, jak ocierały się jeden o drugiego, wtedy nagle oprzytomniałem. Zawróciłem i popędziłem z powrotem w kierunku chatki. A biegiem tak szybko, że nawet i wilki, zdaje mi się, nie zdołałyby mnie doścignąć… I to jeszcze nie koniec.

Wpatrywał się uważnie w Branta, wyłamując nerwowo palce.

– Wierzy mi pan teraz?

Filip potrząsnął głową.

– Zasadniczo wydaje mi się to niemożliwe. A jednak wierzę, że nie było to tylko przywidzeniem.

Piotr Breault odetchnął z widocznym zadowoleniem. Podnosząc się powoli z krzesła zagadnął:

– A będzie mi pan wierzył, jeżeli opowiem mu i resztę?

– Będę.

Piotr przeszedł do sąsiedniego pokoiku, służącego mu za sypialnię. Wyszedł stamtąd, niosąc w ręku mały woreczek ze skóry renifera, w którym zazwyczaj nosił hubkę i krzesiwo.

– Na drugi dzień – podjął opowiadanie – wróciłem znów na to samo miejsce, gdzie widziałem Brama. Bram już dawno poszedł w dalszą drogę ze swymi wilkami.

Resztę nocy przespał pod gałęziami dużego świerku, a potem poszedł dalej. Tam, gdzie szedł, śnieg wydawał się po prostu jakby gładko zmieciony – takie szerokie ślady pozostawiały na nim olbrzymie buciska tego potwora. Rozglądałem się uważnie dookoła, w nadziei, że znajdę może jakikolwiek przedmiot pozostawiony przez Brama w miejscu jego noclegu. I wreszcie znalazłem to.

Zaczął rozwiązywać mały woreczek ze skóry renifera. Filip Brant czekał w milczeniu.

– Są to, proszę pana – mówił Piotr – sidła na zające; widocznie wypadły mu z kieszeni podczas snu.

Podał je Filipowi.

Zawieszona u powały lampka oliwna oświetlała słabo stół, przy którym siedzieli. Filip Brant przyjrzał się uważnie owym sidłom i z piersi jego wyrwał się okrzyk zdumienia.

Piotr Breault czekał na ów okrzyk. Oto z początku nie chciano wierzyć temu, co mówił. Teraz on triumfował, radość biła z jego twarzy. A Filip niemal zatrzymał dech w piersi, wpatrując się z całym natężeniem w ów tajemniczy przedmiot, trzymany w ręku, a błyszczący w świetle lampki. Tak, nie było wątpliwości: były to sidła, długie mniej więcej na jeden jard, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą ˝chippewayską˝ na drugim.

W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego.

Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!

Rozdział III. Brant postanawia działać

Zdarza się nieraz, że pod wpływem jakiegoś gwałtownego bodźca człowiek, nie zastanawiając się, podejmuje od razu jakieś postanowienie.

Filip Brant, po owym mimowolnym zupełnie okrzyku zdziwienia, który wyrwał mu się z ust, siedział w milczeniu. Nie rzekł ani słowa do Piotra. Wiatr ucichł, zaległa cisza, przerywana jedynie monotonnym tykaniem zegarka Piotra. Breault z wolna podniósł głowę, pochyloną nad jedwabistymi sidłami. Oczy jego spotkały się ze spojrzeniem Branta.

Obaj mężczyźni mieli jednakie myśli w tej chwili. Gdyby owe włosy były czarne… Gdyby były brunatne… lub choćby jasnoblond, rudawe, jakie spotyka się u Eskimosek, mieszkających w dolnym biegu rzeki Mackenzie… Ale nie, miały one kolor złocisty, kolor czystego płynnego złota!

Filip nie mówiąc nic, wydobył z kieszeni nóż i przeciął kilka włosów powyżej drugiego węzła. Włosy rozplotły się i spłynęły na stół lśniącą, miękką i jedwabistą falą. Kolor ich był jasnozłoty, zupełnie niezwykły. Podobnego koloru włosów Filip nigdy jeszcze nie widział. I równocześnie pomyślał z podziwem, ile to potrzeba było cierpliwości i zręczności, by upleść z nich takie sidła.

Spojrzał na Piotra z niemym pytaniem.

– Znaczy to – odezwał się Piotr – że Bram musi mieć jakąś kobietę…

– Z pewnością – przytaknął Brant. – Kobietę żywą lub…The Golden Snare

Chapter I

Bram Johnson was an unusual man, even for the northland. He was, above all other things, a creature of environment–and necessity, and of that something else which made of him at times a man with a soul, and at others a brute with the heart of a devil. In this story of Bram, and the girl, and the other man, Bram himself should not be blamed too much. He was pathetic, and yet he was terrible. It is doubtful if he really had what is generally regarded as a soul. If he did, it was hidden–hidden to the forests and the wild things that had made him.

Bram's story started long before he was born, at least three generations before. That was before the Johnsons had gone north of Sixty. But they were wandering, and steadily upward. If one puts a canoe in the Lower Athabasca and travels northward to the Great Slave and thence up the Mackenzie to the Arctic he will note a number of remarkable ethnological changes. The racial characteristics of the world he is entering change swiftly. The thin-faced Chippewa with his alert movements and high-bowed canoe turns into the slower moving Cree, with his broader cheeks, his more slanting eyes, and his racier birchbark. And even the Cree changes as he lives farther north; each new tribe is a little different from its southernmost neighbor, until at last the Cree looks like a Jap, and the Chippewyan takes his place. And the Chippewyan takes up the story of life where the Cree left off. Nearer the Arctic his canoe becomes a skin kaiak, his face is still broader, Ms eyes like a Chinaman's, and writers of human history call him Eskimo.

The Johnsons, once they started, did not stop at any particular point. There was probably only one Johnson in the beginning of that hundred year story which was to have its finality in Bram. But there were more in time. The Johnson blood mixed itself first with the Chippewa, and then with the Cree–and the Cree-Chippewa Johnson blood, when at last it reached the Eskimo, had in it also a strain of Chippewyan. It is curious how the name itself lived. Johnson! One entered a tepee or a cabin expecting to find there a white man, and was startled when he discovered the truth.

Bram, after nearly a century of this intermixing of bloods, was a throwback–a white man, so far as his skin and his hair and his eyes went. In other physical ways he held to the type of his half-strain Eskimo mother, except in size. He was six feet, and a giant in strength. His face was broad, his cheek-bones high, his lips thick, his nose flat. And he was WHITE. That was the shocking thing about it all. Even his hair was a reddish blonde, wild and coarse and ragged like a lion's mane, and his eyes were sometimes of a curious blue, and at others–when he was angered–green like a cat's at night-time.

No man knew Bram for a friend. He was a mystery. He never remained at a post longer than was necessary to exchange his furs for supplies, and it might be months or even years before he returned to that particular post again. He was ceaselessly wandering. More or less the Royal Northwest Mounted Police kept track of him, and in many reports of faraway patrols filed at Headquarters there are the laconic words, ˝We saw Bram and his wolves traveling northward˝ or ˝Bram and his wolves passed us˝ – always Bram AND HIS WOLVES. For two years the Police lost track of him. That was when Bram was buried in the heart of the Sulphur Country east of the Great Bear. After that the Police kept an even closer watch on him, waiting, and expecting something to happen. And then–the something came. Bram killed a man. He did it so neatly and so easily, breaking him as he might have broken a stick, that he was well off in flight before it was discovered that his victim was dead. The next tragedy followed quickly–a fortnight later, when Corporal Lee and a private from the Fort Churchill barracks closed in on him out on the edge of the Barren. Bram didn't fire a shot. They could hear his great, strange laugh when they were still a quarter of a mile away from him. Bram merely set loose his wolves. By a miracle Corporal Lee lived to drag himself to a half-breed's cabin, where he died a little later, and the half-breed brought the story to Fort Churchill.

After this, Bram disappeared from the eyes of the world. What he lived in those four or five years that followed would well be worth his pardon if his experiences could be made to appear between the covers of a book. Bram–AND HIS WOLVES! Think of it. Alone. In all that time without a voice to talk to him. Not once appearing at a post for food. A loup-garou. An animal-man. A companion of wolves. By the end of the third year there was not a drop of dog-blood in his pack. It was wolf, all wolf. From whelps he brought the wolves up, until he had twenty in his pack. They were monsters, for the under-grown ones he killed. Perhaps he would have given them freedom in place of death, but these wolf-beasts of Bram's would not accept freedom. In him they recognized instinctively the super-beast, and they were his slaves. And Bram, monstrous and half animal himself, loved them. To him they were brother, sister, wife–all creation. He slept with them, and ate with them, and starved with them when food was scarce. They were comradeship and protection. When Bram wanted meat, and there was meat in the country, he would set his wolf-horde on the trail of a caribou or a moose, and if they drove half a dozen miles ahead of Bram himself there would always be plenty of meat left on the bones when he arrived. Four years of that! The Police would not believe it. They laughed at the occasional rumors that drifted in from the far places; rumors that Bram had been seen, and that his great voice had been heard rising above the howl of his pack on still winter nights, and that half-breeds and Indians had come upon his trails, here and there–at widely divergent places. It was the French half-breed superstition of the chasse-galere that chiefly made them disbelieve, and the chasse-galere is a thing not to be laughed at in the northland. It is composed of creatures who have sold their souls to the devil for the power of navigating the air, and there were those who swore with their hands on the crucifix of the Virgin that they had with their own eyes seen Bram and his wolves pursuing the shadowy forms of great beasts through the skies.

So the Police believed that Bram was dead; and Bram, meanwhile, keeping himself from all human eyes, was becoming more and more each day like the wolves who were his brothers. But the white blood in a man dies hard, and always there flickered in the heart of Bram's huge chest a great yearning. It must at times have been worse than death–that yearning to hear a human voice, to have a human creature to speak to, though never had he loved man or woman. Which brings us at last to the final tremendous climax in Bram's life–to the girl, and the other man.

Chapter II

The other man was Raine – Philip Raine.

To-night he sat in Pierre Breault's cabin, with Pierre at the opposite side of the table between them, and the cabin's sheet iron stove blazing red just beyond. It was a terrible night outside. Pierre, the fox hunter, had built his shack at the end of a long slim forefinger of scrub spruce that reached out into the Barren, and to-night the wind was wailing and moaning over the open spaces in a way that made Raine shiver. Close to the east was Hudson's Bay–so close that a few moments before when Raine had opened the cabin door there came to him the low, never-ceasing thunder of the under-currents fighting their way down through the Roes Welcome from the Arctic Ocean, broken now and then by a growling roar as the giant forces sent a crack, like a great knife, through one of the frozen mountains. Westward from Pierre's cabin there stretched the lifeless Barren, illimitable and void, without rock or bush, and overhung at day by a sky that always made Raine think of a terrible picture he had once seen of Dore's ˝Inferno˝–a low, thick sky, like purple and blue granite, always threatening to pitch itself down in terrific avalanches. And at night, when the white foxes yapped, and the wind moaned–

˝As I have hope of paradise I swear that I saw him–alive, M'sieu,˝ Pierre was saying again over the table.

Raine, of the Fort Churchill patrol of the Royal Northwest Mounted Police, no longer smiled in disbelief. He knew that Pierre Breault was a brave man, or he would not have perched himself alone out in the heart of the Barren to catch the white foxes; and he was not superstitious, like most of his kind, or the sobbing cries and strife of the everlasting night-winds would have driven him away.

˝I swear it!˝ repeated Pierre.

Something that was almost eagerness was burning now in Philip's face. He leaned over the table, his hands gripping tightly. He was thirty-five; almost slim as Pierre himself, with eyes as steely blue as Pierre's were black. There was a time, away back, when he wore a dress suit as no other man in the big western city where he lived; now the sleeves of his caribou skin coat were frayed and torn, his hands were knotted, in his face were the lines of storm and wind.

˝It is impossible,˝ he said. ˝Bram Johnson is dead!˝

˝He is alive, M'sieu.˝

In Pierre's voice there was a strange tremble.

˝If I had only HEARD, if I had not SEEN, you might disbelieve, M'sieu,˝ he cried, his eyes glowing with a dark fire. ˝Yes, I heard the cry of the pack first, and I went to the door, and opened it, and stood there listening and looking out into the night. UGH! they went near. I could hear the hoofs of the caribou. And then I heard a great cry, a voice that rose above the howl of the wolves like the voice of ten men, and I knew that Bram Johnson was on the trail of meat. MON DIEU–yes–he is alive. And that is not all. No. No. That is not all–˝

His fingers were twitching. For the third or fourth time in the last three-quarters of an hour Raine saw him fighting back a strange excitement. His own incredulity was gone. He was beginning to believe Pierre.

˝And after that–you saw him?˝

˝Yes. I would not do again what I did then for all the foxes between the Athabasca and the Bay, M'sieu. It must have been–I don't know what. It dragged me out into the night. I followed. I found the trail of the wolves, and I found the snowshoe tracks of a man. Oui. I still followed. I came close to the kill, with the wind in my face, and I could hear the snapping of jaws and the rending of flesh–yes–yes–AND A MAN'S TERRIBLE LAUGH! If the wind had shifted–if that pack of devils' souls had caught the smell of me–tonnerre de dieu!˝ He shuddered, and the knuckles of his fingers snapped as he clenched and unclenched his hands. ˝But I stayed there, M'sieu, half buried in a snow dune. They went on after a long time. It was so dark I could not see them. I went to the kill then, and–yes, he had carried away the two hind quarters of the caribou. It was a bull, too, and heavy. I followed–clean across that strip of Barren down to the timber, and it was there that Bram built himself the fire. I could see him then, and I swear by the Blessed Virgin that it was Bram! Long ago, before he killed the man, he came twice to my cabin–and he had not changed. And around him, in the fire-glow, the wolves huddled. It was then that I came to my reason. I could see him fondling them. I could see their gleaming fangs. Yes, I could HEAR their bodies, and he was talking to them and laughing with them through his great beard–and I turned and fled back to the cabin, running so swiftly that even the wolves would have had trouble in catching me. And that–that–WAS NOT ALL!˝

Again his fingers were clenching and unclenching as he stared at Raine.

˝You believe me, M'sieu?˝

Philip nodded.

˝It seems impossible. And yet–you could not have been dreaming, Pierre.˝

Breault drew a deep breath of satisfaction, and half rose to his feet.

˝And you will believe me if I tell you the rest?˝

˝Yes.˝

Swiftly Pierre went to his bunk and returned with the caribou skin pouch in which he carried his flint and steel and fire material for the trail.

˝The next day I went back, M'sieu,˝ he said, seating himself again opposite Philip. ˝Bram and his wolves were gone. He had slept in a shelter of spruce boughs. And–and–par les mille cornes du diable if he had even brushed the snow out! His great moccasin tracks were all about among the tracks of the wolves, and they were big as the spoor of a monster bear. I searched everywhere for something that he might have left, and I found–at last–a rabbit snare.˝

Pierre Breault's eyes, and not his words–and the curious twisting and interlocking of his long slim fingers about the caribou-skin bag in his hand stirred Philip with the thrill of a tense and mysterious anticipation, and as he waited, uttering no word, Pierre's fingers opened the sack, and he said:

˝A rabbit snare, M'sieu, which had dropped from his pocket into the snow–˝

In another moment he had given it into Philip's hands. The oil lamp was hung straight above them. Its light flooded the table between them, and from Philip's lips, as he stared at the snare, there broke a gasp of amazement. Pierre had expected that cry. He had at first been disbelieved; now his face burned with triumph. It seemed, for a space, as if Philip had ceased breathing. He stared–stared–while the light from above him scintillated on the thing he held. It was a snare. There could be no doubt of that. It was almost a yard in length, with the curious Chippewyan loop at one end and the double-knot at the other.

The amazing thing about it was that it was made of a woman's golden hair.

Chapter III

The process of mental induction occasionally does not pause to reason its way, but leaps to an immediate and startling finality, which, by reason of its very suddenness, is for a space like the shock of a sudden blow. After that one gasp of amazement Philip made no sound. He spoke no word to Pierre. In a sudden lull of the wind sweeping over the cabin the ticking of his watch was like the beating of a tiny drum. Then, slowly, his eyes rose from the silken thread in his fingers and met Pierre's. Each knew what the other was thinking. If the hair had been black. If it had been brown. Even had it been of the coarse red of the blond Eskimo of the upper Mackenzie! But it was gold–shimmering gold.

Still without speaking, Philip drew a knife from his pocket and cut the shining thread above the second knot, and worked at the finely wrought weaving of the silken filaments until a tress of hair, crinkled and waving, lay on the table before them. If he had possessed a doubt, it was gone now. He could not remember where he had ever seen just that colored gold in a woman's hair. Probably he had, at one time or another. It was not red gold. It possessed no coppery shades and lights as it rippled there in the lamp glow. It was flaxen, and like spun silk–so fine that, as he looked at it, he marveled at the patience that had woven it into a snare. Again he looked at Pierre. The same question was in their eyes.

˝It must be–that Bram has a woman with him,˝ said Pierre.

˝It must be,˝ said Philip. ˝Or–˝

That final word, its voiceless significance, the inflection which Philip gave to it as he gazed at Pierre, stood for the one tremendous question which, for a space, possessed the mind of each. Pierre shrugged his shoulders. He could not answer it. And as he shrugged his shoulders he shivered, and at a sudden blast of the wind against the cabin door he turned quickly, as though he thought the blow might have been struck by a human hand.

˝Diable!˝ he cried, recovering himself, his white teeth flashing a smile at Philip. ˝It has made me nervous–what I saw there in the light of the campfire, M'sieu. Bram, and his wolves, and THAT!˝

He nodded at the shimmering strands.

˝You have never seen hair the color of this, Pierre?˝

˝Non. In all my life–not once.˝

˝And yet you have seen white women at Fort Churchill, at York Factory, at Lac la Biche, at Cumberland House, and Norway House, and at Fort Albany?˝

˝Ah-h-h, and at many other places, M'sieu. At God's Lake, at Lac Seul, and over on the Mackenzie–and never have I seen hair on a woman like that.˝

˝And Bram has never been out of the northland, never farther south than Fort Chippewyan that we know of,˝ said Philip. ˝It makes one shiver, eh, Pierre? It makes one think of–WHAT? Can't you answer? Isn't it in your mind?˝

French and Cree were mixed half and half in Pierre's blood. The pupils of his eyes dilated as he met Philip's steady gaze.

˝It makes one think,˝ he replied uneasily, ˝of the chasse-galere and the loup-garou, and–and–almost makes one believe. I am not superstitious, M'sieu–non–non–I am not superstitious,˝ he cried still more uneasily. ˝But many strange things are told about Bram and his wolves;–that he has sold his soul to the devil, and can travel through the air, and that he can change himself into the form of a wolf at will. There are those who have heard him singing the Chanson de Voyageur to the howling of his wolves away up in the sky. I have seen them, and talked with them, and over on the McLeod I saw a whole tribe making incantation because they had seen Bram and his wolves building themselves a conjuror's house in the heart of a thunder-cloud. So–is it strange that he should snare rabbits with, a woman's hair?˝
mniej..

BESTSELLERY