-
nowość
Złoty spadochron - ebook
Złoty spadochron - ebook
Debiutancki thriller byłej oficer polskiego kontrwywiadu
Rozpoczyna się gra, w której nikt nie jest bezpieczny…
Ewa, rozwiedziona matka dwójki dzieci, natrafia na zwłoki. Zszokowana odkrywa, że zna martwego mężczyznę, choć pod innym imieniem niż to, które widnieje w znalezionych przy nim dokumentach. Wolałaby, żeby nikt nie dowiedział się, jakie relacje łączyły ją z denatem.
Nie wie, że właśnie znalazła się w samym środku wydarzeń, gdzie każdy nierozważny ruch może ją kosztować życie.
„Złoty spadochron” to realistyczny thriller ukazujący mechanizmy zamkniętego świata służb, pełnego manipulacji, złożonych powiązań i nieprzewidywalnych sojuszy. Świata, w którym z dnia na dzień przyjaciele mogą stać się wrogami, a pozory mylą równie często, co ukryte intencje.
Współczesna powieść inspirowana jedną z największych afer PRL-u – operacją „Żelazo”
„Dojrzała proza kryminalna. Uwodzi narracyjnie, stylistycznie zachwyca. I niebezpiecznie wciąga. Nie, to nie może być debiut! Polecam.”
Robert Małecki
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-08-09342-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PIĄTEK, 7 CZERWCA 2019 ROKU
1
Z kontenera ustawionego na tyłach dyskontu wystawały czubki mokasynów w kolorze przypominającym rozcieńczone mlekiem kakao. Ewa ominęła je obojętnie, czując, jak narastająca złość rozlewa jej się po skroniach i potylicy.
Ktoś ordynarnie ją okradł. W schowku między kontenerami nie znalazła nawet zgniłego kartofla. W piątkowe wieczory, po zamknięciu marketu, Emilian, kierownik popołudniowej zmiany, zostawiał jej „świeży”, to znaczy ledwie przeterminowany towar. Włącznie z nabiałem i pieczywem. Poznali się z Emilianem pół roku wcześniej, kiedy w przypływie żalu Ewa wyspowiadała mu się ze wszystkich klęsk i niepowodzeń, skutecznie blokując kolejkę do kasy. Zabrakło jej wtedy siedmiu złotych na opłacenie zakupów. Emilian zaproponował, by przychodziła w piątkowe wieczory, a zawsze znajdzie coś, co podratuje jej spiżarnię.
Ewa regularnie odwiedzała zaplecze sklepu i do tej pory nigdy się nie rozczarowała. Tym razem na próżno rozglądała się dookoła. Emilian poprzedniego dnia powiedział, że będzie miał dla niej coś ekstra. Tymczasem powitała ją pustka. Ktoś odkrył schowek i go opróżnił.
Opadła na pryzmę kartonów złożonych w wielki sześcian. Zaklęła pod nosem. Kolejny raz nie miała z czego ugotować obiadu. Dochodziła północ. Do trawiącego ją od kilku godzin głodu i potwornego zmęczenia dołączył strach. Strach przed tym, co powiedzą dzieci, kiedy okaże się, że mama znowu zapomniała zrobić zakupów.
Wróciła do pierwszego kontenera, żeby obejrzeć pantofle. Z bliska prezentowały się okazale. Sprawione z mozaikowej skórki na wzór pancerza aligatora, wyglądały na drogie i zdecydowanie śmietnik pod dyskontem nie był dla nich właściwym miejscem. Ostatnio w kontenerze na tyłach bloku, w którym mieszkała, znalazła torebkę z metką. Cekinowe maleństwo zapewniło jej spokój przez okrągły tydzień. Z pantoflami mogło być podobnie. Na bazarku przy metrze mogłaby opchnąć je za trzydzieści złotych. Co prawda, torebkę łatwiej spieniężyć. Ale dłoń w torebce to inna bajka niż stopa w bucie. A buty to buty. Z zewnątrz cacuszka, a w środku grzybnia.
„Jednak dwadzieścia”, zmieniła wstępną wycenę. Za dwadzieścia złotych ugotowałaby obiad na trzy dni. Kopytka. Naleśniki. Pomidorowa. Na tyle je wyceniła.
Rozejrzała się, czy nikt nie nadchodzi.
Mętne światło latarni oświetlało zaplecze na tyle, by nie potykać się o własne nogi i wydobywać z cienia nierówności chodnika grożące kraksą. Ewa zbliżyła się do kontenera i chwyciła za wieko. Dziś już nie czuła obrzydzenia, choć kilka miesięcy temu dałaby sobie uciąć obie ręce, że nigdy w życiu nie zajmie się buszowaniem po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia. Sytuacja się zmieniła i Ewa wiedziała już, że deklaracje warte są tyle, ile zawartość portfela. A jej portfel od dawna wypełniały karty kredytowe bez pokrycia i z debetem, który przestał się odnawiać.
Szarpnęła pokrywą, ale ta ledwie drgnęła. Zabawne, nigdy nie pomyślałaby, że niedożywienie tak mocno ograbi ją z siły fizycznej w niecały rok.
Buty wystawały w połowie, jakby ktoś celowo postawił je na brzegu i nakrył wiekiem akurat w miejscu, gdzie zawiązano kokardki. Dlaczego nie zostawił ich po prostu na ziemi? Ewa zdążyła się przekonać, że ludzie bywają złośliwi i okrutni. Nieraz zdarzyło się jej znalezisko na pierwszy rzut oka wartościowe i w idealnym stanie. Dopiero z bliska dostrzegała felery. Celowe nacinanie ubrań lub zanurzanie ich w substancjach o odrażającej woni, jakby smród śmietnika nie był wystarczająco odrzucający. Umieszczanie zużytych podpasek w opakowaniach po kosmetykach. Przecinanie kabelków w zabawkach interaktywnych. Wiele się tego zebrało. Ewa zastanawiała się czasem, dlaczego ludzie postępują tak niegodziwie. Doszła do wniosku, że to jeden ze sposobów na uwalnianie frustracji. Odgrywanie się za niepowodzenia. Czasem zwyczajna złośliwość bez konkretnego powodu. Temu, kto zostawił eleganckie pantofle przygniecione ciężką klapą, na pewno nie zależało, by zachowały fason. Ale też nie wrzucił ich wprost do kontenera, co na moment zafrapowało Ewę.
Zebrała siły, zaparła się stopami. Policzyła do trzech. Całą energię wyzwoliła w jednym szarpnięciu. Jakby dźwigała sztangę. Bez śniadania i obiadu, przez cały dzień walczyła z brudnymi oknami, podłogami i pajęczynami pod sufitem. Gdyby nie zmęczenie i głód, zapewne poszłoby łatwiej. Wieko było ciężkie. Jednoklapowy kontener starego typu, w którym spokojnie można by urządzić niewielki basen. Widziała takie na filmach na YouTubie. Marcelek pokazywał je nieustannie, ale nigdy nie wyznał, że o takim marzy. Nie musiał. Jako matka doskonale wiedziała, czego brakuje dzieciom, ale rozmowy na ten temat odkładała na lepsze czasy.
Okna w osiedlowych blokach zapłonęły błękitną poświatą telewizorów. Ewa nie chciała, by ktokolwiek ją zauważył. Wieko nie mogło opaść z łoskotem, choć pewnie mało kto zwróciłby uwagę na hałas. Ryzyko, że jeden lub drugi sąsiad wybierze się na nocny spacer z czworonogiem i się na nią natknie, było jednak duże. A wtedy sensacja! _Ewa Łukasik zbiera jedzenie po śmietnikach!_ Już raz Warszawa, a może i cała Polska, żyła rewelacjami na jej temat. „Czy Ewa Ł. wynosiła informacje z Centrum Ewidencji Cudzoziemców? Na czyje polecenie działała Ewa Ł.? ABW odpiera zarzuty o bezprawne inwigilowanie CEC-u”. Choć od tamtych wydarzeń minął rok z hakiem, Ewę nadal nawiedzały koszmary: krzykliwe nagłówki gazet z jej imieniem i inicjałem nazwiska, zdjęcie z czarnym paskiem na oczach, a w tle monumentalny gmach Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nie chciała repety, toteż płynnym ruchem wyswobodziła pantofle z paszczy kontenera. Opadły miękko na chodnik akurat w momencie, gdy oddech Ewy zatrzymał się na wysokości krtani. W kontenerze dostrzegła bliżej nieokreślony kształt. Co to jest? Czy to...?
Podświadomość, uprzedzając rozum, zdążyła włączyć alarm. Receptory na skórze przedramion, niczym radary sejsmiczne, wyczuły nadchodzące trzęsienie ziemi.
Serce zwolniło. Kratki chodnika zmieniły stan skupienia na płynny. Cementowa breja stopniowo wspinała się po nogach Ewy. Dotarła już do żołądka i ścisnęła go warkoczem strachu. Zamiast opuścić klapę i uciekać bez oglądania się za siebie, Ewa zastygła w nienaturalnej pozie. Niczym Atlas podtrzymujący niebo. Sparaliżowana. Bezwolna. Diabelnie silna, choć przed momentem ledwie pokonała grawitację.
Dłonie piekły ją jak po zanurzeniu w kwasie, a w głowie świdrowała jedna myśl. „Uciekaj!”
Zamiast tego Ewa po prostu stała i patrzyła przed siebie.
Straciła panowanie nad ciałem.
Kształt powoli nabierał wyrazu. W kontenerze, twarzą do ziemi, leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Na pewno nie znalazł się tam w wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas poszukiwania kolacji. Trudno szukać czegokolwiek z dłońmi skrępowanymi trytytkami.
Ewa wbiła wzrok w jego nieruchome plecy, jakby siła spojrzenia mogła przywrócić oddech. Wprawić w ruch wyłączone płuca. Liczyła, że dostrzeże drżenie ramion, ruch dłoni.
Bezskutecznie.
Mężczyzna leżał z podkulonymi nogami. Na stopach nie miał butów, tylko zielone skarpetki w ananasy. To jedno utkwiło jej w głowie. Skarpetki w ananasy. Zabawne i urocze. Tak bardzo nieadekwatne do sytuacji, w której się znalazł.
Ewa przeklęła w myślach godzinę, gdy wyszła na ulicę w poszukiwaniu pożywienia. Przed oczami mignęła jej przecięta drwiącym uśmiechem twarz Arka w dniu rozwodu. To wspomnienie sprawiło, że serce z łomotem wznowiło pracę. Zaczerpnęła powietrza jak po wynurzeniu z wody. Wyrzut adrenaliny był jednak wyjątkowo krótki. Gdy płuca wypełniły się tlenem, ktoś wyjął jej baterie. Ręce opadły wzdłuż tułowia. Jak na zwolnionym ujęciu obserwowała zmniejszającą się odległość między kadłubem kontenera a jego klapą. Bębenki przeciął huk metalu. Odskoczyła, jakby właśnie uniknęła zderzenia z rozpędzoną cysterną. Machinalnie wymacała w kieszeni jeansów telefon, ale... cofnęła rękę.
O ile nikt nie posądziłby jej o spowodowanie śmierci mężczyzny, o tyle o bycie nieodpowiedzialną matką już tak. Policja zabrałaby ją na komisariat, dręczyła niekończącymi się pytaniami. Wtedy na pewno wyszłoby na jaw, że w domu poza włączonym telewizorem i lodówką pełną kostek lodu jest dwójka małych, głodnych dzieci. Nie mogła na to pozwolić.
Łoskot na szczęście nie ściągnął gapiów. Pod osłoną nocy była sama. Anonimowa jak mężczyzna w śmietniku. Nie mogła mu pomóc, dlatego postanowiła odejść. Odejść i zapomnieć. Jak najszybciej. Odciski palców na kontenerach wytłumaczy z łatwością. Były tu wczoraj i przed tygodniem. Tak samo jak dziesiątki śladów należących do innych bywalców tej osiedlowej stołówki. Powie to. Na pewno. Jeśli oczywiście kiedykolwiek padnie takie pytanie.
Ostatni raz spojrzała na skórzane buty połyskujące tym samym blaskiem, co wcześniej, ale ominęła je z odrazą. Nie była aż tak głupia, by połasić się na coś, co ewidentnie należało do trupa. Osuszyła czoło rąbkiem koszulki. Poprawiła wyraz twarzy, tak jak poprawia się makijaż przed lustrem. Machinalnie i z wprawą. Ruszyła naprzód, skanując otoczenie i obmyślając scenariusz rozmowy, którą mogłaby przeprowadzić z kimś, kogo napotkałaby na swej drodze. Nie potrafiła jednak opanować chwiejnego kroku.
Nie odeszła daleko, ledwie kilka metrów, gdy jej ucieczkę przerwał zgrzyt obcasa. Utkwił w czymś, co się za nią ciągnęło. Nie miała zamiaru przystawać i sprawdzać, w jakie szambo tym razem wdepnęła. Nie teraz. Kolejny krok utwierdził ją w przekonaniu, że to coś samo nie odpadnie. Musiała się tego pozbyć. Pokuśtykała za sklep w stronę ścieżki prowadzącej na osiedle. W miejsce, gdzie dereniowy żywopłot dawał względną osłonę. Wsparta o stary dąb, zsunęła pantofel. Bosą stopę postawiła na czubku drugiego buta. Chropowata kora wyciskała szlaczki na jej plecach.
Obcas tkwił w skórzanym portfelu.
Bez trudu wyciągnęła z niego ostrą szpilkę buta. Jednocześnie pod palcami wyczuła, że jego tył jest obciążony metalową ozdobą. Stąd zgrzyt. Odwróciła znalezisko wierzchem do góry. Mimo ciemności dostrzegła kontury odlanego w metalu ptaka umieszczonego na okładce. Nigdy nie widziała podobnego portfela.
Albo to nie był portfel.
Włączyła latarkę w telefonie.
– Rzeczpospolita Polska. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – odczytała napis wyryty w odlewie.
Skórzany prostokącik wylądował na ziemi. Wzrok Ewy powędrował w stronę zaplecza sklepowego, gdzie obok siebie stały trzy kontenery na odpady. Czy właściciel znalezionego przez nią dokumentu spoczywał teraz w środkowym? I czy spośród dziesiątków nurków śmietnikowych musiało się to przydarzyć właśnie jej? Właśnie teraz?
Nie narzekała na brak problemów. Nie potrzebowała kolejnych.
Gdyby Ewa miała opracowaną osobistą listę nieszczęść, odnalezienie trupa momentalnie znalazłoby się na jej szczycie. Conocne poszukiwania żywności dotychczas kończyły się co najwyżej łomotem serca na widok kota lub – gorzej – szczura wielkości kota wyskakującego ze śmietnika. Nigdy jednak nie natknęła się na zwłoki zwierzęcia, a co dopiero ludzkie! Nigdy też nie znalazła legitymacji ABW.
Najrozsądniej byłoby wziąć nogi za pas bez oglądania się za siebie. Zniknąć i z czasem zapomnieć o tej niewygodnej sytuacji. Z biegiem dni i miesięcy Ewa wymazałaby z pamięci widok brązowych mokasynów i skarpetek w ananasy. Coś jednak nie pozwalało jej odejść. Ciekawość. Z tego samego względu oglądała _Ukrytą prawdę_. Z ciekawości. Za każdym razem chciała poznać rozwiązanie zagadki, dowiedzieć się, kto i dlaczego stał za konkretnym działaniem lub zdarzeniem.
Kim jest mężczyzna w kontenerze? Może to ktoś znajomy? Czy ma rodzinę? Ewa nie odważyłaby się na powrót do śmietnika, by sprawdzić, czyje zwłoki znalazła, ale odczytanie danych z legitymacji wydawało się proste. Niezobowiązujące. Bezpieczne. Bez konieczności patrzenia na pozbawioną życia i wyrazu twarz. Bez narażania się na makabryczny widok.
Podniosła dokument z ziemi. Rozwarła okładki. Wciągnęła powietrze. „Krzysztof Zalewski” – przeczytała nazwisko. Ze zdjęcia spoglądał szpakowaty mężczyzna o przyjemnym uśmiechu. Nieznacznie uniesiony lewy kącik ust.
Ewa doskonale znała ten uśmiech.
Tyle że w wykonaniu Igora.
Ziemia zakołysała się jak na chwilę przed katastrofą. Żyły Ewy wypełniła ta sama breja, która przed momentem oblepiała jej nogi.
Krzysztof Zalewski.
Igor naprawdę nazywał się Krzysztof Zalewski i był funkcjonariuszem ABW?
Może jednak to nie on, może w kontenerze leżało ciało kogoś bliźniaczo do niego podobnego? Ewa na próżno próbowała się uspokoić. Nie mogła wrócić, by zyskać pewność, czyje zwłoki odkryła. Gdyby się okazało, że to faktycznie Igor, miałaby kłopoty. Ryzyko było zbyt duże. Odciski palców na kontenerze i dziura w okładce pasująca do szpilki jej pantofla potwierdziłyby jej związek z trupem. Nie wspominając o innych śladach w innym miejscu. A to już oznaczałoby bardzo poważny problem.
Ewa widziała ciało zaledwie przez ułamek sekundy, choć miała wrażenie, że czasoprzestrzeń rozciągnęła się jak podczas ćwiczenia deski, kiedy wsparta na przedramionach przeklinała swoje słabe mięśnie. Może ten mężczyzna jeszcze żył, tylko Ewa w narastającym przerażeniu nie potrafiła trzeźwo ocenić sytuacji? Powinna wrócić i sprawdzić. Udzielić pomocy! Albo ją wezwać!
Spojrzała w stronę sklepowego zaplecza. Otarła z policzka pojedynczą łzę. Dokument upchnęła w torebce. Dłonie zanurzyła w wilgotnej trawie, ale ulga nie nadeszła. W mieszkaniu czekały na nią dzieci. Musiała się trzymać. Musiała dotrzeć do domu i udawać, że nic się nie stało.
Kiedy jej rachityczna sylwetka, otulona mrokiem nocy, zniknęła z pola widzenia, siedząca w czarnej Škodzie Octavii Joanna Kozak, niepozorna matka kilkulatka, położyła dłoń na ramieniu swojego kompana, Andrzeja Malca. W ciemności jego płomienne włosy wyglądały pospolicie, ale zupełnie nie zwróciła na to uwagi.
– Dzwoń do O’Hary – powiedziała stanowczo. – Teraz.
2
Zmęczone stopy zanurzyła w misce z ciepłą wodą i resztką soli o zapachu lawendy. Puste pudełko rzuciła na stertę brudnych ubrań i foliowe opakowanie po papierze toaletowym. Na bolcu wisiała tekturowa rolka z samotnym listkiem papieru. Nie nadawał się do niczego. Ani do podtarcia tyłka, ani do otarcia glutów. Żadne z dzieci się nie wysiliło, by wyrzucić go do kosza pod zlewem. Sięgnęła po rolkę i zmięła ją w garści, a następnie umieściła na czubku walających się po podłodze rzeczy jak gwiazdkę na choince.
Patrzyła na pomalowane na wiśniowo paznokcie u stóp, kontrastujące z żółtą miską. Zrobiła je trzy dni wcześniej za równowartość siedmiu szkolnych obiadów Antosi, ale w domu nosiła grube skarpety, by żadne z dzieci się nie zorientowało, na co mama wydaje pieniądze.
Gdyby sprzed drzwi mieszkania, w którym dziś pracowała, nie skradziono jej adidasów, nie miałaby problemu. Uznała, że podpisanie butów imieniem i nazwiskiem zniechęci złodzieja, ale ktoś sprzątnął je wprost z wycieraczki. Dbała o buty, podobnie jak o inne elementy garderoby, dlatego wyglądały jak prosto ze sklepu. Gdyby nie ten przypadkowy, jak jej się zdawało, incydent, przeszłaby pospiesznie obok śmietnika i nie oglądała się za siebie, a już na pewno nie patrzyłaby pod nogi.
Nie wbiłaby obcasa w miękką skórę powlekającą legitymację Igora. To znaczy Krzysztofa. Nie miałaby odcisków i bąbli. Nie bolałby jej kręgosłup, nieprzyzwyczajony do kilkugodzinnych występów na podwyższeniu. Bez butów do domu wrócić nie mogła, więc włożyła szpilki. Tylko je miała przy sobie, ponieważ stanowiły element ubrania roboczego. A potem wszystko się posypało.
Wiśniowe paznokcie powinny krzyczeć jak wyrzut sumienia, jak burczący brzuch Marcelka, jak regulowana gumka w spodniach Antosi, ale Ewa czuła jedynie wściekłość. Wściekłość na siebie i świat, że znalazła się w potrzasku. Może gdyby zgodziła się na opiekę naprzemienną, pieniądze z alimentów i świadczenia 500+ nie szłyby wyłącznie na opłacenie wynajmu mieszkania, byłoby jej lżej? Zganiła się w myślach. Niech Arek ponosi karę za swoje decyzje. Niech cierpi za to, że ją zostawił.
Wyjęła nogi z miski i wytarła je ręcznikiem, pamiątką po posagu. Nadal był gruby jak dziesięć lat wcześniej, tylko czerwień zmieniła się w rdzę.
Delikatnie zamknęła drzwi łazienki. Dzieci spały. Zabroniła im czekać na siebie, kiedy wychodziła do pracy. Powiedziała, że w domu dla bezpieczeństwa ukryła kamery i z pracy obserwuje, czy wypełniają jej polecenia. Nie padło pytanie, skąd miała na to pieniądze. A może padło, ale zręcznie je zbyła?
W maleńkiej sypialence paliła się lampka nocna w kształcie chmurki, oświetlając jedynie skrawek pokoju, miejsce przy łóżku piętrowym, gdzie była przytwierdzona drabinka, po której Marcelek śmigał na górę. Dół zajmowała Antosia; zawsze usypiała, zanim pomyślała o wyłączeniu światła. Ewa nacisnęła wyłącznik i już tylko poświata księżyca oświetlała twarz dziewięciolatki.
Zamknęła drzwi i przeszła do kuchni, by napić się wody i łyknąć tabletkę na rozluźnienie, którego tak bardzo teraz potrzebowała. Odruchowo spojrzała na neonowe cyfry zegara. Pierwsza zero sześć. Dawno powinna spać. Wróciła do dużego pokoju. Ułożyła się na zewnętrznej połowie wersalki.
Nie umiała leżeć na środku. Zawsze zostawiała puste miejsce. W przeszłości zajmował je Arek. Teraz dzieliła je z samotnością, której nie potrafiła uśmierzyć ani alkoholem, ani mocnymi lekami.
Pokój oświetlało migotliwe światło telewizora. Dzieci zostawiały włączony odbiornik z wyciszonym dźwiękiem, żeby po wejściu Ewa nie gubiła się w mroku. To był ich rytuał powitalny. Robiły tak, by uchronić ją od samotności, gdy wracała do mieszkania zanurzonego we śnie. Ewa bezwiednie przerzucała kanały, by po kilkunastu minutach zamknąć powieki i zapaść w niespokojny sen.
Tym razem nie mogła zasnąć. Ucisk na wysokości mostka uznała za sygnał rozpoczynającej się żałoby po Igorze. Choć do końca nie miała pewności, czy Igor naprawdę stracił życie. Najprościej byłoby do niego zadzwonić i poczekać na głos w słuchawce. Ewa nie mogła jednak tego zrobić. Po pierwsze, z uwagi na zablokowane konto. Po drugie, byłoby to nierozsądne. Zdawała sobie sprawę, że policja na pewno sprawdzi wykaz połączeń i w ten sposób wpadnie na jej ślad.
By odsunąć dręczące myśli, spojrzała na ekran. TVN24 transmitowało powtórkę programu informacyjnego z udziałem dziennikarza przypominającego promotora Ewy ze studiów. Uczestnicy twarze mieli ponacinane zmarszczkami w niemal identyczny sposób, przez co wyglądali na dużo starszych niż w rzeczywistości. Ewa lubiła Jana Michalskiego za dociekliwość i nieuleganie naciskom. Zwykle prezentował postawę zdystansowaną, rzeczową i opanowaną. Teraz jednak jego oblicze wykrzywiał grymas niezadowolenia. Ewa dotychczas nie widziała go tak wzburzonego. Sięgnęła po pilota i włączyła dźwięk. Rozemocjonowany, komentował bulwersującą decyzję sejmu, który odrzucił projekt ustawy o refundacji leczenia dzieci z niepełnosprawnością za granicą w przypadkach, gdy takowego nie może zapewnić państwo polskie. Jako ojciec niepełnosprawnego dziecka nie mógł zgodzić się na poczynania rządzących, pozostawiających zrozpaczonych rodziców samych sobie.
Ewa współczuła mężczyźnie. Jej zdrowe, grzeczne dzieci nie sprawiały problemów. Gdyby któreś z nich dopadło jakieś paskudztwo, musiałaby posunąć się do najgorszego. Oddać je Arkowi. Nie zniosłaby takiego poniżenia, równoznacznego z porażką. Wygrana batalia sądowa o opiekę nad nimi stanowiła jeden z jej nielicznych triumfów nad byłym mężem. Myślała o tej wygranej jak o ostatniej niepodległej twierdzy. Wystawianie białej flagi nie wchodziło w grę.
Mimo negatywnych uczuć wobec byłego męża zamknęła oczy i przywołała jego obraz. Krótko przystrzyżone ciemne włosy, brązowe oczy, cera nasuwająca skojarzenie z niekończącymi się wakacjami. Ten jej ciepły, oliwkowy odcień, tak bardzo niepolski. Egzotyczny. Szeroki uśmiech. Symetryczne zmarszczki w kącikach powiek. Gdyby tylko dał jej jeszcze jedną szansę, pozwolił wytłumaczyć się z podjętych decyzji, ich życie nie przypominałoby teraz pola minowego, na którym to Ewa rozciągnęła siatkę zabójczych pułapek. Ale Arek skreślił ją jednym ruchem. Tak jak wykreślał produkty z listy zakupów, gdy tylko lądowały na dnie koszyka. Bez wahania. Gdyby nie jego zdecydowanie i szybkość działania, żyliby jak dawniej. Mogli zacząć od nowa, ale Arek wolał przeciąć łączące ich więzi.
Ewa wiedziała, że historia z trupem w śmietniku nie skończy się dobrze, choć wierzyła, że jakimś cudem nikt się nie dowie o jej obecności na miejscu tego wieczora. Wierzyła też, że legitymacja Igora znalazła się tam przez przypadek, a on sam ma się dobrze i niebawem do niej zadzwoni.
Wyłączyła telewizor i przekręciła się przodem do ściany, by księżyc nie świecił jej w oczy. Ledwie zamknęła powieki, gdy dwa krótkie piknięcia zasygnalizowały nadejście wiadomości. Sięgnęła na ławę. Przytknęła palec wskazujący do czytnika linii papilarnych, blokada ustąpiła. Ciemność rozświetliło zdjęcie. Kadr złapany z ukrycia.
Mężczyzna w garniturze i poluzowanym krawacie rozparty w fotelu. Rozluźniona twarz. Krzaczaste brwi. Wysokie czoło, ale bez zakoli. Dwudniowy zarost. Mocna szczęka. Wzrok skupiony na kobiecie w fartuszku, upozorowanej na francuską pokojówkę. W dłoni miotełka z różnokolorowych piórek, która wcale nie służy do wycierania kurzu. Oprócz fartuszka czarne szpilki o obcasach tak ostrych, że robią dziury w parkiecie. Kusy fartuszek obnaża nagie pośladki. Twarz przesłonięta jasnymi włosami wymykającymi się z upięcia.
Wiadomość wysłano z nieznanego numeru. Kto zadał sobie trud sfotografowania Ewy podczas pracy w mieszkaniu Igora? Ostatni raz sprzątała tam przed tygodniem, a zdjęcie wysłano w dniu, kiedy jego bezwładne ciało nasiąkało odorem śmietnika.
To nie przypadek.
Ewa poczuła lęk podobny do towarzyszącego jej przed rokiem, gdy wyszło na jaw, że działała na rzecz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, instytucji, której nazwa do dziś budziła w niej obrzydzenie i nienawiść. Tym razem opanowała szloch i dygot ramion. Jej skóra zdążyła stwardnieć. Opancerzyła się, choć nie oznaczało to, że nie odczuwała strachu. Przeciwnie. Bała się piekielnie, bo jeśli Igor rzeczywiście nazywał się Krzysztof Zalewski i pracował w ABW, to właśnie zaczynało ją wciągać bagno. A właściwie ktoś ją w to bagno wepchnął i patrzył, jak zaczyna tonąć.
Podeszła do drzwi. Sprawdziła zamek. Zasunęła wewnętrzny rygiel. Zaczepiła łańcuch, który zazwyczaj swobodnie wisiał wzdłuż futryny i doprowadzał ją do szału metalicznym zapachem.
Połknięta po powrocie hydroksyzyna zaczynała zwiotczać mięśnie, rozwadniać uczucie strachu. Nie powinna jej zażywać. Nie teraz. Nie przewidziała jednak, że ktoś w środku nocy rozpocznie z nią podstępną grę, podczas której warto zachować trzeźwość umysłu. Zwyczajnie chciała przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć, zanim policzy do trzech. Jeszcze drżała, ale ciepło rozlewające się w okolicy podbrzusza uspokajało oddech. Mogła w końcu przeanalizować zagrożenie. Przemyśleć ewentualne następstwa dzisiejszego wieczoru.
Kiedy odwiedzała Igora w mieszkaniu na Mokotowie, wiedziała, że tak jak większość klientów on też ją oszukuje. Sądziła jednak, że kłamstwa dotyczą stanu cywilnego, a nie imienia i miejsca pracy. Co jeszcze jej o sobie powiedział? Na szczęście niewiele. A ona nie pytała, dlatego błogosławiła matkę, po której odziedziczyła introwertyzm.
„Nic o nim nie wiem. Nic o nim nie wiem. Nic nie wiem”, powtarzała w myślach. W dłoni miętosiła legitymację. Nie miała pomysłu, co z nią zrobić. Spalić, wyrzucić czy ukryć pod deskami parkietu?
Za to autor zdjęcia z pewnością wiedział, co Ewa odkryła w kontenerze. Wiedział, że wracając do domu, zahaczy o śmietnik i natknie się na martwego Igora. Oznaczało to, że obserwowano ją od dłuższego czasu. Ktoś poznał jej zwyczaje, rozkład dnia. Ta sama osoba zapewne stała za śmiercią Igora. Tylko dlaczego chciała tę śmierć doszyć do poszarpanego życiorysu Ewy? Ewa nie miała ani majątku, ani znajomości, straciła też dostęp do informacji. A jednak musiała być w posiadaniu czegoś, co interesowało szantażystę. Ememes był wstępem do szantażu. Ewa zrozumiała to, nim wygasł wyświetlacz telefonu. „Czego ode mnie chcesz?” – powtarzała w myślach jak refren piosenki.
Po chwili nadeszła druga wiadomość. Z kolejnym zdjęciem. Przedstawiało znajomy widok. Obok kontenera, w którym znajdowało się ciało Igora, leżała para białych adidasów. Z nazwiskiem Ewy zapisanym na obydwu językach.
Zniknięcie butów, kiedy wyginała ciało w łuki podczas jednego ze zleceń, nie było dziełem przypadku, lecz metodycznie zaplanowanym działaniem.
Ewa zrozumiała, że ktoś ustawił ją na planszy do gry i właśnie rzucił kostką.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------