Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Złowrogi cień Marszałka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 maja 2026
3174 pkt
punktów Virtualo

Złowrogi cień Marszałka - ebook

"Rzucam na Polskę za duży cień", miał ponoć powiedzieć Marszałek, z właściwą swej starości megalomanią. Duży czy mały – nie w tym rzecz, ale w tym, że jest to cień, w którym nic dobrego nie może wyrosnąć. W którym kwitnąć może tylko wiara w prymitywne recepty, w to, że wszystko stać się może siłą ducha i mocą słuszności, że trzeba tylko znaleźć wodza, oddać mu się całą duszą i bić kurwy i złodziei, które On do bicia wskaże.

Kult Piłsudskiego niszczy to, co stanowi naszą cywilizacyjną odrębność, co decyduje o naszej wyjątkowości, co nam pozwoliło odnieść największy sukces w dziejach, jakim było odzyskanie i obronienie niepodległości po I Wojnie Światowej – i co powinno pozostać, jak za dawnych czasów, podstawą polskości: Polski republikanizm. Bez uświadomienia sobie tego, nie zrozumiemy, na czym naprawdę polegało znaczenie Komendanta dla polskości.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-233-4
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Od pierwszego wydania tej książki mija dziewięć lat, od zamachu majowego, który zwichnął polskie wyobrażenia o wolności i demokracji – równe sto. Nie mam wrażenia, żeby te lata cokolwiek zmieniły. Wciąż kręcimy się w chocholim tańcu, wciąż marzymy o Wodzu, który by wziął Polaków twardą ręką za twarz i zaprowadził porządek, a jednocześnie boimy się panicznie, żeby się ktoś taki naprawdę nie pojawił.

Na ile temu, że trzydzieści pięć lat polskiej demokracji niczego w nas nie poprawiło, że wciąż żremy się między sobą i nienawidzimy wzajemnie, wciąż jesteśmy przeciw, a nie za, i godzimy się na państwo z dykty i bylejakość rządzących, byle tylko nie rządzili „oni”, winien jest Józef Piłsudski? Nadal, tak samo jak przed dziewięciu laty, twierdzę, że w stopniu przemożnym. Żyjemy w cieniu jego dyktatury i jego „kultu jednostki”. Psychoterapeuci mogliby opowiedzieć o wielu przypadkach dzieci wychowanych przez toksycznych ojców, którzy zarazem byli despotyczni i przemocowi, ale też budzili w swych potomkach podziw i stali się dla nich jedynym znanym wzorcem sukcesu. Dzieci zarazem ich nienawidzących i starających się sprostać ich oczekiwaniom, nieraz niepotrafiących pozbierać się z traum przez całe życie – chyba że trafią na dobrego terapeutę.

Nie byłem pierwszym, który próbował podjąć się wobec rodaków tej roli. Palmę pierwszeństwa oddać trzeba pisarzowi, o którym w tej książce nie wspomniałem ani słowem – i przez wszystkie te lata, jakie minęły od jej pierwszego wydania, miałem z tego powodu wyrzuty sumienia: Melchiorowi Wańkowiczowi.

Ukute przez niego słowo „kundlizm” słyszał bodaj każdy. Ale zbioru esejów połączonych tym tytułem nie czytał chyba nikt. A kto czytał, zrozumiał tyle, że „w Polsce szewc zazdrości prałatowi, że go awansowali na biskupa” (piszę, „bom smutny i sam pełen winy”). Tymczasem tytułowy „kundlizm” Polaków nie na tym polega, że się gryziemy między sobą niczym psy. W tekstach, których publikacja ściągnęła na Wańkowicza takie oburzenie znękanej polskiej emigracji, że praktycznie złamała jego powojenną karierę, szukał on odpowiedzi na pytanie: dlaczego polska niepodległość skończyła się katastrofą? Dlaczego odzyskana w 1918 roku Ojczyzna osuwała się z roku na rok coraz głębiej we wzajemną nienawiść, w przemoc, dyktaturę, dlaczego chwała Bitwy Warszawskiej przerodziła się tak szybko w hańbę Brześcia i Berezy Kartuskiej, a kult zwycięskiego Marszałka zwyrodniał w ordynarny faszyzm – bo przecież Obóz Zjednoczenia Narodowego i późne rządy Rydza-Śmigłego nie były niczym innym niż naśladownictwem wzorców włoskich?

Odpowiedź Wańkowicza – tu ujmuję ją we własnym streszczeniu – brzmiała: bo Polska, rozerwana przez zaborców i na ponad sto lat strącona do katakumb, odrodziła się bez jakiegokolwiek innego wzorca niż zachowany mocą „pamięci materiału” wzorzec Polski szlacheckiej. A więc taki, w którym jedna, dominująca warstwa społeczna kontroluje wszystko, dla pozostałych mając, jeśli na to zasłużą realizowaniem światłych wskazań, łaskawe, paternalistyczne dopuszczenie do swej chwały, jeśli by zaś się buntowali przeciwko oczywistemu porządkowi świata – dyby, pręgierz i chłostę.

Wiek XIX, który na Zachodzie przyniósł zwycięstwo burżuazji i nauczył społeczne doły i elity kooperacji dla wspólnego dobra, został nam ukradziony, gdy więc Polska wychynęła z niebytu, pierwszym podstawowym problemem, jaki kazał nam rozwiązać narodowy instynkt, nie była industrializacja ani sprawiedliwość społeczna, ani system podatkowy czy inne sprawy zajmujące umysły obywateli krajów zachodnich. Było nim określenie: kto jest teraz szlachtą? Kto ma wyłączne prawo przewodzić narodowi, wyłaniać spośród swego grona rządy, pilnować „chama”, by nie narobił z przyrodzonej głupoty szkód, i przed kim kto ma zdejmować z szacunkiem czapkę? Bo z prawdziwej szlachty, rodowej, pozostało niewiele – Polak w dobie zaborów stał się takim pańsko-chamskim kundlem (stąd właśnie ten tytuł), który w dodatku po obu przodkach odziedziczył to, co najgorsze. Po szlachcie wziął zamiłowanie do życia ponad stan, puszenia się, pogardy wobec niżej postawionych, ale nic ze szlacheckiego honoru. Po chłopstwie – pazerność, zawiść, donosicielstwo, ale nic z chłopskiego zdrowego rozsądku i przemyślności.

I w takim to skundlonym społeczeństwie przyszło do ustalania, kto ma teraz zbudować „przewodnią siłę narodu” – a chętnych było wielu. Co ma to wspólnego z Piłsudskim, chyba już Państwo rozumieją. To on dzięki legendzie, jaką umiejętnie wokół siebie zbudował, dzięki sprawnej sekcie oddanych mu na śmierć i życie żołnierzy, których poumieszczał w newralgicznych punktach państwa, i dzięki przezornemu „wyniesieniu” samego siebie „na wyżyny dyktatury moralnej” stworzył właśnie nie stronnictwo polityczne, ale nową szlachtę. Szlachtę, która swą wyższość i wyłączne prawo do rządzenia opierała na opowieści, jakoby to ona jedyna walczyła o wolną Polskę, wbrew wszystkim, i ona ją sama, własnymi rękami, przy obojętności całej reszty społeczeństwa, wywalczyła.

Opowieści, której, dodajmy, za życia Piłsudskiego bynajmniej powszechnie nie uznano – piłsudczycy nigdy nie przekroczyli progu poparcia trzydziestu procent społeczeństwa, rządzili tylko dzięki różnorakiej przemocy i skłóceniu opozycji. Dopiero po wielkiej hekatombie, która postawiła naród polski na krawędzi biologicznej zagłady i zerwała historyczną ciągłość, podnoszący się z trudem z upadku Polacy oczyścili pamięć Piłsudskiego z niewygodnych faktów bądź zwalili wszystko, co złe, na jego nieudolnego następcę i zachłysnęli się mitem zwycięskiego, nieomylnego wodza, który odzyskał dla Polski wolność, pobił bolszewika i wiódł nas ku mocarstwowości.

Ten mit w niewoli pomagał, w wolnej Polsce – szkodzi. Dlaczego szkodzi i jak ma się do rzeczywistości – dopóki tego nie zrozumiemy i nie przepracujemy, nie będziemy umieli zagospodarować naszej wolności i po raz kolejny ją stracimy. Dlatego właśnie i po to została napisana, a teraz jest wznawiana niniejsza książka.MIT SIĘ RODZI

Naród polski jest narodem wyjątkowo patriotycznym.
Ten, kto umie poruszać struny naszego patriotyzmu,
może wygrywać melodie zupełnie dowolne.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Nie jest to biografia Józefa Piłsudskiego. Takich biografii jest już na rynku księgarskim wiele (najsolidniejsza bibliografia, z jaką się zetknąłem, liczyła grubo ponad dwa tysiące tytułów), niektóre tak szczegółowe, że długie okresy życia Marszałka są w nich rekonstruowane z dokumentów i pamiętników dzień po dniu, jeśli nie godzina po godzinie. Co prawda nie są te prace pozbawione wad – z których główną stanowi niezdolność większości biografów do pisania o Piłsudskim inaczej niż na kolanach – ale moim zamiarem nie jest tych wad korygowanie ani równoważenie książek hagiograficznych jakąś „biografią odbrązawiającą”.

Zresztą takie też już na rynku są, choć z racji powszechnego odurzenia mitem Piłsudskiego mają nieporównanie trudniejszą drogę do czytelnika. I również one nie są pozbawione błędów, których poprawianiem zajmować się nie będę, ponad to, co niezbędne dla przedstawienia i niezbitego udowodnienia tezy, że temu właśnie odurzeniu zawdzięczamy do dziś marność naszej niepodległości i to wszystko, co do cna nam ją obrzydza. Niesprawność państwa, bezkarność i wszechwładzę politycznych sitw, chroniczny stan niemożności, „imposybilizmu”, a nade wszystko plemienność życia politycznego, sprowadzonego do podjudzania Polaków przeciwko sobie. Wszystko to jest dziedzictwem przywódcy, w którym Polacy zgodzili się czcić „wskrzesiciela Ojczyzny”, geniusza i niedościgniony wzór patriotycznych cnót.

Jest to zatem książka poświęcona nie tyle samemu Józefowi Piłsudskiemu, co mitowi „twórcy naszej niepodległości”. Mitowi, który budowano jeszcze za jego życia i w ciągu kilkuletnich rządów następców czyniono na siłę wyznaniem państwowym – ale który naprawdę powszechnym uczyniła dopiero antykomunistyczna opozycja lat osiemdziesiątych. Pamiętam, jak to się działo, bo sam znajdowałem się wtedy w kręgu oddziaływania tego mitu. Jako nastolatek z wielką dumą powiesiłem nad swym biurkiem konterfekt Marszałka, własnoręcznie, z niemałym trudem wykonany przez odfotografowanie portretu odkrytego u jednego ze znajomych. Mój Tato skomentował to krótkim: „Dziadek się w grobie przewraca”. Nie „Dziadek” Piłsudski się przewracał oczywiście, ale mój dziadek, Stanisław Ziemkiewicz, wójt Czerwińska nad Wisłą i zapalony działacz Stronnictwa Narodowego w powiecie płockim.

Ale o Piłsudskim pisano w komunistycznych podręcznikach historii, że był faszystą, prześladował komunistów, no i przede wszystkim (podręcznik tego oczywiście tak nie nazywał, ale myśmy tak czytali) sprał Ruskich i pogonił ich z Polski precz. Jakże było go nie wielbić wtedy, kiedy wiedziało się o nim tylko tyle? Pamiętam ten wybuch oburzenia mojego i moich kolegów, gdy jakiś starszy pan zareagował na noszone przez nas znaczki i wznoszone hasła pytaniem, czy wiemy, że Piłsudski też był socjalistą. Tylko czcigodny wiek uratował go przed brutalną karą za znieważanie wielkiego polskiego bohatera.

Dziś, jako człowiek dojrzały i mający polskość jako tako przemyślaną, reaguję na przejawy kultu Piłsudskiego odruchem niechęci. I nawet nie o to chodzi, że peany na cześć Marszałka roją się od przekłamań, fałszów, nadużyć, nawet historycznych nonsensów. Nie o to też, że przypisuje mu się zasługi, które tak naprawdę położyli dla Polski inni, często potraktowani potem przez Piłsudskiego i jego sitwę nikczemnie. To oczywiście irytuje, domaga się sprostowań, ale mogę zrozumieć, że na poziomie spajających wspólnotę mitów nie da się uniknąć faktograficznych uchybień i niesprawiedliwości w oddawaniu przedstawicielom poprzednich pokoleń tego, co im należne. Mogę się nawet zgodzić, że dla wyższych celów czasem trzeba niesforne fakty ponaginać tak, by można było upchnąć je w jedną, dającą się prosto wyłożyć i zrozumiałą dla opornych umysłów narrację.

Tym, co zmusiło mnie do napisania tej książki, jest fakt, że kult Piłsudskiego nie tylko zaszkodził nam w przeszłości, przyczyniając się walnie do szybkiej utraty wywalczonej niepodległości i obłędu maksymalizowania strat wojennych aż do granicy biologicznej zagłady, ale szkodzi nam także i dziś. Cofa nas w rozwoju. Niszczy to, co stanowi naszą cywilizacyjną odrębność, co decyduje o naszej wyjątkowości, co pozwoliło nam odnieść największy sukces w dziejach, jakim było odzyskanie i obronienie niepodległości po pierwszej wojnie światowej – i co powinno pozostać, jak za dawnych czasów, podstawą polskości: POLSKI REPUBLIKANIZM.

Piłsudski w oczach i w rękach swych przybocznych, podwładnych i entuzjastów przestał być przywódcą ludzi wolnych, „pierwszym spośród równych”. Stał się nietzscheańskim „nadczłowiekiem”, któremu trzeba się bezwolnie poddać, który wie lepiej i dalej sięga wzrokiem, z którym nie wolno dyskutować, trzeba go tylko czcić. Stał się późną realizacją absolutum dominium, przed którym Sarmacja, póki była wolna i potężna, broniła się i obroniła, a bezbronnymi uczyniła nas wobec niego dopiero niewola.

Jeśli wybitny, być może najwybitniejszy żyjący współcześnie polski poeta przyznaje się dziś publicznie do rojeń o tym, by Piłsudski zmartwychwstał, by „stanął tu pośród nas w swym szarym mundurze”, a wtedy jego wolą, jego natchnieniem powróciłaby polska duma, odwaga, fantazja i wszystkie inne utracone przez nasz naród cnoty – to dla mnie horrendalne.

Zgodzę się, że wymaganie od poetów twardego stąpania po ziemi to nonsens. Ale wobec dziennikarzy, zwłaszcza politycznych, z takiego wymogu nie zrezygnuję. Zobaczcie Państwo, oto jeden z głównych tygodników opinii bliskich Prawu i Sprawiedliwości, w chwili, którą wspominam, będący jeszcze w wiecznej opozycji, ale już z dużymi nadziejami na powrót do władzy. W rocznicę wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej, który to epizod zresztą podniósł w sposób absurdalny do rangi „powstania piłsudczykowskiego” (zostawmy to na razie, będę o tym wymarszu i „powstaniu” pisać dalej) – tygodnik ten dodaje do numeru plakat z wielkim portretem Piłsudskiego i cytatem z jego myśli. Istnieje cała kolekcja rocznicowych cytatów z Marszałka na takie okazje, ale wspomniany tygodnik nie skorzystał z żadnej z tych opatrzonych, dostojnych uwag w rodzaju: „Być zwyciężonym i nie ulec, oto zwycięstwo” czy: „Kraj, który nie szanuje swej przeszłości, traci teraźniejszość i nie zasługuje na przyszłość”. Nie, Marszałka Piłsudskiego z plakatu reklamowały przypisywane mu słowa: „Bić kurwy i złodziei, oto cały program!”.

Co ciekawe, obłęd piłsudczykowski w prącym do władzy obozie politycznym zaszedł tak daleko, że ludzie nim tknięci nie potrafili zrozumieć, co widzę w tym plakacie niestosownego. Taki właśnie jest Piłsudski z dzisiejszego mitu: nie tylko większy od wszystkich Polaków, współczesnych mu, wcześniejszych i późniejszych, ale też tej przewagi doskonale świadom i uprawniony przez nią do wyrażania pogardy dla narodu, który zbawia. „Polska – naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”, „konstytuta – prostytuta”, „partyjny burdel, serdel i pierdel” i podobne koszarowe mądrości, zapisane w licznych relacjach ze spotkań i rozmów z Piłsudskim, w oczach wyznawców przydają mu uroku i świętości. Do wszystkich elementów wyznaczonych przez urzędowy kult Piłsudskiego w czasach sanacji później dodany został jeszcze jeden: Piłsudski stał się ikoną pogardy Polaków dla siebie samych. To znaczy tych dobrych Polaków, dziedziców Pierwszej Brygady, do całej reszty – tych gorszych, którzy Polski nie kochają, i tych najgorszych, którzy co prawda twierdzą, że kochają, lecz czynią to na sposób odmienny, niewłaściwy. W przedziwny sposób sprzęga się to w kulcie Piłsudskiego ze swoistym męczeństwem, jakiemu ów najbardziej zasłużony z Polaków miał być poddany ze strony części rodaków, owych – jak on sam ich nazwał – „zaplutych karłów” czy – jak na jednym oddechu powiada późny epigon piłsudczyzny – „komunistów i endeków” (tak!), którzy Jemu, Największemu z Polaków, odmawiają wielkości, podziwu i zasług.

Dla mnie osobiście to szczególnie zabawne, że ci sami wyznawcy reagują histeryczną agresją, gdy się Polakom wytknie nie rzekome bycie „kurwami”, ale konkretne, biorące się z określonych uwarunkowań przywary – na przykład te pańszczyźniane zachowania, które przed laty opisałem w „Polactwie” jako skutki wieloletniego zniewolenia. Ślepa pogarda naszego nadczłowieka dla ludzkiego polskiego robactwa, które winno go bezmyślnie czcić i słuchać – to słuszne, bo On był wielki i wszyscy powinniśmy do dziś go „w d... całować”. Ale rozbieranie polskiej słabości na szczegóły, wskazywanie konkretnych przyczyn i skutków chronicznej niedojrzałości, „chciejstwa”, naiwności, zatraty postawy obywatelskiej, czyli tego wszystkiego, co z Polaków uczyniło polactwo, co zdegradowało Naród Polski do rangi li tylko żywiołu polskiego, nieradzącego sobie z państwowością, nieumiejącego rozumnie korzystać z wolności i marnującego kolejne szanse – co to, to nie! „Już krew nam oczy zalewa, już dłoń rycerska na kordzie, już nasze poczucie honoru każe nam bić po mordzie!”, bo to „plucie na wszystko, co polskie” i „rozkładanie polskiego ducha”, któremu patriotyzm postpiłsudczyków każe się z całą emocjonalną furią przeciwstawiać. Pluć na Polaków miał prawo tylko On – ale co wolno wojewodzie...

Oczywiście, piszę tu o ofiarach skrajnego już zaczadzenia, które z ubrązowionego Piłsudskiego zrobiło święty totem. Ale i bez takiej skrajności kult Marszałka – zresztą jak i kogokolwiek, kto znalazłby się na jego miejscu – jest zjawiskiem, które należy przezwyciężyć. Nie byłoby problemu z Piłsudskim ani potrzeby rozrachunku z jego spuścizną w ponad osiemdziesiąt lat po zatrzaśnięciu sarkofagu, gdyby „Pierwszy Marszałek RP” uwarunkował mentalne i polityczne odruchy tylko swoich czcicieli. Niestety – i jest to miara jego historycznego sukcesu – większość tych, którzy współcześnie myślą, mówią i postępują „po piłsudskiemu”, nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Dotyczy to nie tylko ludzi nieświadomych swych odruchów i ich pochodzenia czy uznających je hurtem za swojego rodzaju atawizm, ale także tych, którzy czują się od tej tradycji tak odlegli jak z jednej strony lewica, w ogóle odrzucająca w emocjonalnym odruchu wszelką polskość jako „obciach” i strukturalne obciążenie, przez które wciąż nie możemy dogonić cywilizacyjnie Zachodu, a z drugiej nienawidząca tej lewicy młodzież sięgająca po symbolikę i hasła postendeckich ruchów narodowo-radykalnych lat trzydziestych.

Budując swą autokrację, a potem trwając jako pogrobowy fantom w centrum „państwowotwórczego” mitu, krzewionego przez sanacyjną edukację i propagandę, narzucił nam bowiem Marszałek typ przywództwa i kultury politycznej – czy raczej właśnie politycznej antykultury – z którego już się Polacy nie wyzwolili. Rządy i kult „największego z Polaków”, „ojcowskiego opiekuna i bohaterskiego obrońcy Ojczyzny”, „wielkiego budowniczego Polski Odrodzonej”, „twórcy państwa polskiego”, „zwycięskiego wodza narodu”, „wielkiego wychowawcy narodu”, „największego skarbu narodu” etc. (wszystkie te apostrofy pochodzą z tytułów prasy lat trzydziestych) narzucają się potomnym od z górą osiemdziesięciu lat jako wzorzec właściwie jedynie możliwy. Nie ma w tym wzorcu innej drogi do osiągnięcia jakiegokolwiek dobra w sferze publicznej niż poprzez narzucenie swojej twardej woli, co nieuchronnie wymaga „bicia kurew i złodziei”, czy to – zależnie od plemiennej przynależności – „pisowców”, czy „faszystów”, czy też „Targowicy”.



Chodzi zresztą o narzucenie czegoś więcej niż swojej woli. Chodzi o narzucenie konkretnego modelu patriotyzmu, a przez rodzaj patriotyzmu – rodzaju polskości. Bo z chwilą upadku Sarmacji i jej założycielskiego mitu polskość rozszczepiła się na długie stulecia na kilka linii. Przez wiele lat równoległych, konkurencyjnych – ich stuletnia konfrontacja została rozsądzona arbitralnie dopiero politycznym sukcesem Piłsudskiego. Bez uświadomienia sobie tego nie zrozumiemy, na czym naprawdę polegało znaczenie Marszałka dla polskości i jakim sposobem, czy też zbiegiem jakich okoliczności mógł potomek zbankrutowanego szlacheckiego zaścianka z litewskiej prowincji sięgnąć po wszystkie te cytowane przed chwilą tytuły przy akceptacji – ba, uwielbieniu! – wielkiej części społeczeństwa.

Najpierw było to rozszczepienie polskości prostym pęknięciem, sporem pomiędzy zwolennikami opartej na cudzoziemskich wzorcach reformy a sarmacką reakcją, sporem, pierwotnie, dwóch skrajności – „fraka i kontusza”, jak to po latach ujęto. Jedni, wzorem ruskiego cara Piotra, uważali, że aby Polaka cywilizacyjnie podnieść, trzeba go całkowicie odrzeć z jego polskiej specyfiki i sformatować na modłę francuską, a po trosze angielską, drudzy zaś dysfunkcjonalność zdegenerowanej już wówczas Sarmacji wbrew wszystkiemu uświęcali, ogłaszając zacofanie wyższością nad całą resztą świata oraz dowodem szczególnej opieki nad Rzecząpospolitą ze strony Niebios. Ten spór, gdyby toczył się w normalnej sytuacji dziejowej, zapewne zakończyłby się, jak Pan Bóg przykazał, syntezą obu nurtów, bo do niej szło w „oświeconym sarmatyzmie” późnych czasów stanisławowskich, w duchu Sejmu Wielkiego i insurekcji. Ale nim ta synteza mogła okrzepnąć, a pęknięcie zarosnąć, przyszedł historyczny kataklizm, przegrana militarna i polityczna zdrada, utrata państwa i wraz z nim – znacznej części tożsamości. W przypadku każdego innego ludu niż ukształtowani przez sarmatyzm Polacy zapewne skończyłoby się to utratą nie części, ale po prostu całej tożsamości.

Dziś nie doceniamy, jak niewiarygodnym błyskiem geniuszu były słowa, które spłynęły na Józefa Wybickiego, a przez niego na całą formującą się w warze ówczesnych europejskich rewolucji i wojen polskość: „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”. Naród bez państwa, bez domu panującego – coś takiego przyjść mogło do głowy tylko ludziom ukształtowanym w sarmackiej rzeczypospolitej wielu narodów, której spoiwem nie była dynastia ani wspólnota etniczna czy religijna, ale prawa obywatelskie (i nie ma tu żadnego znaczenia, że ograniczone jedynie do około dziesięciu procent społeczeństwa, jak uporczywie powtarzają heroldowie wykorzeniania z polskości; republikanizm rzymski czy grecki opierał się przecież na demosie znacznie węższym, a nikt przytomny nie zakwestionuje jego roli w uformowaniu nowożytnej Europy).

Sarmacka tradycja umiłowania wolności i przedkładania jej ponad wszystko pozwoliła Polakom przeżyć utratę podmiotowości w Europie, ale tej miary kataklizm nie mógł ich, już i tak świeżo podzielonych między frak i kontusz, nie wtrącić w nierozstrzygalny przez długi czas spór o to, „cóż czynić wypada”. Spór bynajmniej nie wyczerpujący się w pytaniu, jakie zadał kiedyś Tomasz Łubieński w tytule głośnego eseju: „Bić się czy nie bić?”. Postawy naszych przodków w ostatnich dwóch stuleciach stworzyły znacznie bardziej zróżnicowaną ofertę światopoglądów (czy raczej „polskopoglądów”) i szkół argumentowania.

Była wśród nich oczywiście i postawa pogodzenia, kolaboracji, rezygnacji z wszelkich polskich aspiracji, której symbolem pozostaną sławne słowa generała Zajączka, namiestnika Królestwa Polskiego: „Trzeba nam dzisiaj wszystkim stać się Moskalami”. Miała ona swoich ideologów – odrażającego Adama Gurowskiego, który całkowicie odrzucił polskość jako beznadziejne wynaturzenie (dziś może powtórzyłby za znanym politykiem: „nienormalność”), oraz szlachetnego Henryka Rzewuskiego, który polskość uwielbiał i nauczył uwielbiania jej następne pokolenia (polska polonistyka wstydliwie skrywa, że bez tego renegata nie byłoby „Pana Tadeusza” i „Trylogii” Sienkiewicza), ale sam uległ przekonaniu, a w każdym razie publicznie owo przekonanie głosił, że jest ona rozdziałem historii definitywnie zamkniętym, jak starożytność Rzymu czy Grecji.

Co ważne, przyczyna zarówno zajadłej nienawiści Gurowskiego, jak i pełnego rezygnacji uwielbienia Rzewuskiego była dokładnie ta sama: było nią rozpoznanie, iż istotę polskości stanowi republikanizm, pęd ku wolności, równości i sprawiedliwości, przekonanie, że naród jest suwerenem króla, że „prawa kardynalne” gwarantujące wolność są nadrzędne wobec czyjejkolwiek despotycznej woli i że lepiej zginąć w walce z tyranią, niż ukorzyć się i żyć na kolanach. Dla Gurowskiego, którego kręty życiorys, trochę podobnie jak Zajączka, prowadził od jakobinizmu do całkowitego służalstwa, było to zaprzeczenie prawosławnego samodzierżawia, w którym uznał ostatecznie najlepsze społeczne urządzenie wszech czasów. Dla Rzewuskiego zaś – piękne złudzenie, które bieg dziejów definitywnie rozwiał: upadek francuskiej rewolucji i Napoleona, cały w ogóle ład świata ustanowiony na kongresie wiedeńskim dowiodły przecież, że przyszłość mają przed sobą tylko państwa i ludy rządzone z autokratyczną sprawnością i bezwzględnością.

Paradoksalnie, w obu tych wydaniach i w rozmaitych stanach pośrednich – choć zawsze bezwzględnie potępiana, różnie uzasadniana, pokusa ucieczki od polskości, uwolnienia się narodową apostazją od męki bycia częścią narodu-potwora, który „od tysiąca lat ginie, a wciąż nie zginął, od tysiąca lat się rodzi, a przecież wciąż nienarodzony”, pozostaje stałym składnikiem polskości, istotnym komponentem świadomości kolejnych pokoleń. Zwłaszcza w tej jej części, która nie jest tylko prostą, przyziemną pazernością na oferowane przez zaborcę czy okupanta korzyści materialne, ale przede wszystkim wściekłością na polskość, że jest tak trudna w kultywowaniu, wymagająca, niezrozumiała dla innych, a tak z drugiej strony kusząca i jeszcze na dodatek tak uroczo nieskuteczna.

Czym innym była postawa ugody, reprezentowana przez Adama Czartoryskiego, księcia Druckiego-Lubeckiego, margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, „realistów petersburskich” czy galicyjskich konserwatystów. To także była praca na rzecz polskości, jakkolwiek nie polskiej niepodległości. Wbrew znanemu cytatowi, chodziło w niej jednak nie tylko o to, by „wyrzec się państwowości dla zachowania narodowości” – ale w wielu przypadkach w wyrzeczeniu się państwowości dostrzegano drogę ku narodowej wielkości.

U podstaw myślenia pierwszych ugodowców legła historyczna analogia, którą dziś łatwo zbyć wzruszeniem ramion, ale dla ludzi oświecenia – wychowanych w uwielbieniu antyku oraz w przekonaniu, że wyznaczył on wszelkie sensy historii, która od tamtego założycielskiego czasu cywilizacji tylko się nieustannie powtarza – będąca argumentem nader ważkim. Była to analogia pomiędzy przegraną Polski w zbrojnej konfrontacji z Rosją a podbojem Grecji przez Rzymian. Rzym, żołdacki, prymitywny, lecz górujący nad całym światem potęgą militarną, podbił wprawdzie Grecję, ale Grecja, górująca z kolei nad Rzymem kulturowo, przerobiła z czasem zwycięzcę na swoją modłę, ucywilizowała go i stała się najistotniejszą częścią mocarstwa, zdolną przetrwać jeszcze setki lat po tym, jak historyczna stolica imperium padła łupem barbarzyńców.

Z tego punktu widzenia, powszechnego w polskich konserwatywnych elitach, Królestwo Polskie, zwane dziś Kongresowym, z osobną konstytucją, polską administracją i armią oraz obietnicą Aleksandra rozciągnięcia tych dobrodziejstw na Kresy, Królestwo będące osobną polską państwowością, pozostającą z Rosją zaledwie w unii personalnej, podobnie jak w początkach Rzeczypospolitej Obojga Narodów z Litwą – jawiło się jako logiczny i znakomity krok dziejowy, wieńczący napoleońską epopeję historycznym sukcesem. Krokiem kolejnym miało być państwo polsko-rosyjskie, wyobrażane sobie przez konserwatystów w mniej więcej takim kształcie, jaki spełniła później dualna monarchia austro-węgierska – jako imperium, w którym żywioł polski byłby nie tylko równorzędny, ale wręcz, z racji cywilizacyjnego i kulturowego upośledzenia Rosjan, dominujący. Tu z kolei poważną przesłanką, już nie historyczną, ale współczesną, była łatwa do zauważenia nadreprezentacja w elitach carstwa Niemców; spodziewano się, że znacznie liczniejsi Polacy zdominują je tym bardziej.

Nie miejsce tu na spór, czy te nadzieje polskich konserwatystów były czymkolwiek więcej niż rojeniami. To prawda, że wielu Polaków znajdowało swoje miejsce w imperialnych elitach (hrabia Albert Potocki, gdyby nie skosiła go cholera, zostałby zapewne generałem-gubernatorem Kaukazu), że podróżujący po Rosji młody Mickiewicz brylował na rosyjskich salonach i był w nich uwielbianą przez tamtejszych arbitrów elegancji gwiazdą (późniejszy stereotyp prześladowań za udział w „spisku” Towarzystwa Filomatów w tym punkcie bardzo mija się z faktami) – ale odmienność religii, całej tradycji, a zwłaszcza owa nieuleczalna republikańskość Polaków każą dziś wątpić, czy rzeczywiście powstanie listopadowe zniszczyło wielki polityczny projekt mający realne szanse realizacji. W końcu istotą sprawy nie było to, że garstka młodych zapaleńców wyszła na ulice i próbowała nieudolnie pojmać samego wielkiego księcia Konstantego – ale że ogół Polaków przez kilka dni praktycznie się jej ekscesom nie przeciwstawiał, wbrew oczekiwaniom Konstantego, który z taką nadzieją zwlekał, nie uważając za stosowne tłumić buntu siłami rosyjskimi. Aż w końcu, mniej czy bardziej niechętnie, większość Polaków ten bunt poparła, a lojaliści musieli z Warszawy uciekać.

Może i mało kto poza zapaleńcami chciał powstania – ale jeszcze mniej było wśród obywateli Królestwa chętnych bronić cara-króla i jego namiestnika. Operetkowa z pozoru akcja garstki rozgorączkowanej młodzieży odpaliła tłumione latami rozczarowanie i upokorzenie rosyjską polityką – prowadzoną najpierw wedle zasady „konstytucja na stole, bat pod stołem”, a potem już tegoż bata dobywającą bez żadnych pozorów. Wybuchły emocje wywołane osławioną carską carte blanche dla wszystkich nieprawości, która zmieniała stopniowo teoretyczną konstytucyjną samodzielność w zwykłą brutalną okupację. Wykipiała wreszcie wzbierająca latami fala wstydu za rodzime zaprzedanie kacapii, za służalcze kreatury pokroju wspomnianego już Zajączka czy szefa tajnej policji Rożnieckiego, fala gniewu na wszechobecnych szpicli, chamowatych czynowników i aroganckich mordodzierżców pokroju Nowosilcowa.

Zresztą po stronie rosyjskiej pomysł wspólnego państwa polsko-rosyjskiego miał jeszcze mniej zwolenników. Powszechnie uważano nadanie Polakom tak daleko idących swobód za jakieś szaleństwo Aleksandra, który zaraził się na Zachodzie liberalnymi miazmatami, za obłęd, któremu trzeba położyć jak najszybciej kres – do czego kolejne powstania dały znakomity pretekst. Zarówno przed rokiem 1830, jak i przed 1863 polityka imperialnej generalicji, wysokich urzędników i dworu wobec Polaków nastawiona była wyraźnie, wbrew deklaracjom i intencjom samych władców, na prowokowanie Polaków do buntu i zyskanie tym samym okazji do krwawej z nimi rozprawy. Bywało, że wbrew samemu carowi, któremu zdarzało się proponować Polakom sensowne ugody – odrzucane po naszej stronie bez namysłu, bo z kolei Polacy widzieli cara poprzez jego znienawidzonych podwładnych, stanowiących w oczach dziedziców sarmackiego poczucia ludzkiej i obywatelskiej godności „samych łajdaków stek”. Wizja dualnej monarchii z rosnącym w siłę żywiołem polskim, która z czasem zjednoczyłaby pod carskim berłem wszystkie ziemie polskie, usuwając z mapy infekujące Europę Prusy, pięknie się prezentuje w teorii, ale w „glinie ludzkiej” owych czasów wyrzeźbić tego nie było szansy.

Pamięć tej idei i wizji konserwatystów, usadzonych przez Mickiewicza w sławnej scenie „Dziadów” w głębi „salonu warszawskiego”, istnieje dziś już tylko jako intelektualna ekstrawagancja, pielęgnowana przez garstkę konserwatywnych historyków, co zresztą owocuje bardzo ciekawymi tekstami i teoriami. Ich dużą wartością jest zwracanie uwagi na intensywnie przemilczaną w głównym, romantyczno-insurekcyjnym nurcie naszej historiografii aktywną rolę w antyrosyjskich buntach Prus – drugiego i groźniejszego z nowożytnych wrogów Polski – dla których jakakolwiek współpraca czy bodaj tylko zgoda Polaków z Rosjanami byłyby zagrożeniem śmiertelnym. Kto jak kto, ale pruscy politycy doskonale orientowali się w geopolityce i rozumieli, że wzmocnione w ten sposób wschodnie mocarstwo w kolejnym kroku musiałoby prędzej czy później przyłączyć do rosyjskiej Polski Wielkopolskę, Pomorze i Śląsk, tak jak to z geopolitycznych właśnie, a nie żadnych sentymentalnych przyczyn zrobił Stalin (idąc zresztą za Aleksandrem, który z dokładnie tych samych powodów kokietował Polaków, by wbić pomiędzy niemieckie państwa klin Królestwa Polskiego). To prawda, niewygodna dla insurekcjonistów i zamilczana, że wszystkie agentury Prus, a także wspierającej je przez cały wiek XIX pieniędzmi i wpływem politycznym Wielkiej Brytanii, usilnie zajmowały się podjudzaniem Polaków do powstań, przy jednoczesnym oferowaniu Rosji pomocy w ich tłumieniu (z tym samym odwiecznym i wypieranym z polskiej świadomości cynizmem europejskiej polityki, z jakim w wieku XX podpuszczono Becka do skierowania na Polskę agresji Hitlera, a potem słano Żołnierzom Wyklętym funty, dolary, broń i kłamliwe zapewnienia, że wojna Zachodu ze Związkiem Sowieckim jest tuż-tuż). Ale tak czy owak, judzenie Polaków do „walki narodowowyzwoleńczej” trafiało zawsze na grunt tak podatny, że kolejne powstania wybuchałyby zapewne i bez niego.

Wrzucając, jak każe to narracja historyczna ukształtowana w dwudziestoleciu międzywojennym, narracja piłsudczykowska właśnie, do jednego worka renegatów i ugodowców, zapominamy zupełnie, że z punktu widzenia elit Królestwa Polskiego, szczególnie tych z pokolenia i formacji umysłowej bezprzykładnie sponiewieranego w pamięci potomnych Kajetana Koźmiana czy Stanisława Staszica, oszczędzonego w uznaniu zasług organicznikowskich, choć to akurat jego podpisy widniały pod najbardziej zamordystycznymi dekretami – to, co dziś jawi nam się jako jedyna tradycja polskiego patriotyzmu, było, wręcz przeciwnie, patriotyzmu i działania na rzecz Polski zaprzeczeniem. Było jakobińskie, wywrotowe, jak pisał wspomniany Koźmian o dziełach Mickiewicza: „dzikie, tatarskie, azjatyckie, ale nie polskie!”. W najlepszym wypadku stanowiło przejaw młodzieńczej bezmyślności i głupoty, w gorszym – antypolskiego spisku, sterowanego przez zagranicznych wrogów, przez jakobinów, masonów, karbonariuszy i inny najciemniejszy element. Dzisiejszy stereotyp powstańca jako Polaka-katolika jest, jak wiele stereotypów, rażąco ahistoryczny, albowiem przez większość wieku XIX porządni katolicy byli właśnie lojalistami, a suwerenność i insurekcja były hasłami wszelkiej maści lewicowców, bezbożników i antyklerykałów. „Nie można być zarazem dobrym katolikiem i dobrym Polakiem” – wyłożył to nawet wprost Seweryn Goszczyński, romantyczny poeta, spiskowiec, „belwederczyk”, a potem na Wielkiej Emigracji gorliwy towiańczyk, uosobienie listopadowej rebelii i polskiego romantyzmu znacznie bardziej charakterystyczne od Mickiewicza czy Słowackiego, bo pozbawione ich talentu.

Cokolwiek o tym zapomnianym, wywabionym z polskiej pamięci nurcie patriotyzmu konserwatywnego i programie ugodowym powiemy, był to niegdyś nurt silny i żywy praktycznie do samego odzyskania niepodległości, choć w zaborze rosyjskim (ugodowcami austriackimi i „aktywistami” pokładającymi nadzieję w Niemcach zajmiemy się potem, w stosownym momencie opowieści o działalności Marszałka) z czasem marzenia jego skurczyły się do wytargowania w zamian za wiernopoddańcze manifestacje jakichś znośnych warunków autonomii i złagodzenia rusyfikacji. Nie znaczy to, że idea ugody nie była w społeczeństwie popularna. Pomimo wszystkich krzywd, represji i upokorzeń, których Polakom pod rosyjskim panowaniem nie szczędzono – bynajmniej.

Nie robiono wtedy badań opinii publicznej, ale opisy wydarzeń takich jak pierwsza wizyta w Warszawie nowego (nikt jeszcze nie przypuszczał, że ostatniego) cara Mikołaja II w roku 1897, choćbyśmy nie wiem jak chcieli o nich zapomnieć, robią do dziś wrażenie. Nawet biorąc poprawkę na cenzurę (ale wspomnień i dzienników nikt przecież nie cenzurował!), propagandę i odgórny urzędowy i policyjny nadzór nad wiernopoddańczą spontanicznością, wiwatujące tłumy musiały być naprawdę liczne, pomimo antyfrekwencyjnych starań socjalistów i endeków. A dar dla cara, który wręczył mu w imieniu warszawskiego społeczeństwa witający monarchę margrabia Wielopolski (nie TEN Wielopolski, jego syn), robił wrażenie – stanowił go milion rubli na srebrnej tacy, owoc „zrzutki” na „dobroczynny cel polski imieniem Mikołaja”. Zbiórka poszła tak dobrze, bo do Komitetu Składkowego przystąpiło szereg znanych osobistości (między innymi Bolesław Prus), a wiele innych wsparło akcję – na przykład Henryk Sienkiewicz dołożył się kwotą stu franków szwajcarskich. Car przekazał kwotę w większości na wsparcie Warszawskiego Instytutu Politechnicznego.

Gwoli ścisłości trzeba dodać, że wizyta przypadła w momencie szczególnym, w apogeum nadziei, że nowy car okaże się inny od poprzedników i wyjdzie naprzeciw głoszonemu przez polskich ugodowców hasłu „wspólna państwowość, osobna narodowość”. Wierzono w to nie tylko dlatego, że dopiero co – rok wcześniej – zasiadł na tronie, a każdego nowego władcę Rosji, obojętne, cara czy pierwszego sekretarza, zawsze witano i do dziś wita się irracjonalnym przekonaniem, że ten wreszcie okaże się liberałem, a nie zamordystą. Mikołaj II w oficjalnych pismach użył kilkakrotnie określenia „Królestwo Polskie” zamiast „Priwislanskij Kraj”, odwołał z Królestwa znienawidzonego rusyfikatora szkół Aleksandra Apuchtina, a wcześniej, i to jedną z pierwszych w ogóle decyzji personalnych, równie znienawidzonego gubernatora Iosifa Hurkę wraz z jeszcze bardziej znienawidzoną małżonką, której – co powtarzała cała Warszawa z zachwytem – kazano nawet odesłać wywiezione bezprawnie z miasta dzieła sztuki! A na kolejnego generała-gubernatora powołał nieszczędzącego Polakom sympatycznych gestów Gruzina, księcia Imeretyńskiego.

Oczywiście po paru latach, jak zwykle, okazało się, że nadzieje były płonne – ale pamięć wystawnej procarskiej demonstracji na pewno miała swój udział w zajadłości, z jaką bohater naszej opowieści będzie miotał cytowane na dalszych jej stronach oskarżenia Polaków o tchórzostwo i niewolniczy upadek ducha.

Rozkwitła natomiast polityka ugodowa w Galicji, po tym jak rygory austriackiego zaboru (pierwotnie, czego narodowa pamięć nie zachowała, równie bezwzględne jak represje pruskie czy rosyjskie) ustąpiły tam miejsca autonomii, a przyjęcie dualnej formuły cesarstwo-królestwa dały nadzieję na rozbudowanie jej z czasem w państwo austro-węgiersko-polskie. Ta nadzieja wydała całe pokolenie znakomitych urzędników, na czele z Kazimierzem Badenim, dowódców wojskowych i liderów społecznych, którzy bardzo się przydali niepodległej Polsce, ale do czasu zarysowania się realnej perspektywy jej wskrzeszenia działali na rzecz państwa austro-węgierskiego, a nie budowy państwa polskiego.

Dało to potem Piłsudskiemu uzasadnienie do bezwzględnego ich niszczenia, w którym nie wahał się sięgać po najnikczemniejsze sposoby. Z przyczyn osobistych jego szczególnie znienawidzonymi wrogami stali się wojskowi i politycy związani z krakowskim Naczelnym Komitetem Narodowym, z którymi toczył w latach Wielkiej Wojny zawziętą walkę o zapanowanie nad Legionami i przejęcie władzy nad rodzącymi się polskimi instytucjami – ale nienawiść tę uogólnił na całe nurty polityczne, konserwatywny, ludowy i narodowodemokratyczny, choć endecy, wbrew stereotypowi należący do tradycji insurekcji, a nie ugody, konsekwentnie Komitet bojkotowali, uznając za haniebną narzuconą Legionom austriacką rotę przysięgi, nieposzerzoną o jakiekolwiek odniesienie do polskich aspiracji niepodległościowych. W ramach przebudowy pamięci historycznej przeprowadzonej w II RP pod dyktando bohatera tej książki i jego ludzi z ugodowców uczyniono więc hurtem zdrajców, a ich krytykę insurekcjonizmu utożsamiono z wynarodowieniem i kolaboracją.

W istocie sądzę – nie mam możliwości naukowego udowodnienia tej tezy, nie wiem nawet, czy to w ogóle możliwe, przedstawiam ją więc tylko jako swoją intuicję – że przyczyną upadku idei ugodowej nie była wcale jej niepopularność w polskim społeczeństwie. Wiele wskazuje, że wbrew mitowi była ona zawsze bardziej popularna od idei niepodległościowej, nawet mimo prowokowanych przez wyznawców tej ostatniej represji, co zresztą prowadziło ich do zachowań coraz bardziej aberracyjnych. Przyczyny, dla których dążność do ugody nie przyniosła owoców, leżały poza Polską. W Prusach, nastawionych, wedle doktryny Bismarcka, na całkowite zniszczenie Polaków, o ugodzie w ogóle nie było mowy, toczono tu zawziętą „najdłuższą wojnę współczesnej Europy”. Austro-Węgry nie mogły się rozwinąć w potrójną monarchię polsko-austriacko-węgierską, bo się rozpadły wskutek błędów swojej polityki wewnętrznej i marnej jakości elit rządzących. W Rosji polscy ugodowcy nie znajdowali zaś nigdy rozumnego partnera do współpracy. Przeciwnie, zawsze górę brali w carskim reżimie skorumpowani tępacy, nierozumiejący innej polityki niż knut i pałka i całkowicie niezdolni do rozumowania w kategoriach politycznych korzyści, które mądre ułożenie się z Polakami mogłoby dać carskiemu imperium – co się ostatecznie jak najfatalniej skończyło dla samej Rosji.



Insurekcjonizm, który w czasach najnowszych wepchnął się na centralne miejsce w rozumieniu polskiego patriotyzmu, nie od razu miał oblicze tak nieprzejednane. Dlatego aby je potem uzyskać, musiał dokonać poważnych korekt wizerunkowych na pierwszych bohaterach, do których się przez dziesięciolecia odwoływał. Stąd na przykład zniknięcie z polskiej pamięci Tadeusza Kościuszki po fatalnej bitwie pod Maciejowicami. Naczelnik spada z konia, idzie do rosyjskiej niewoli – i tak jakby już umarł. A przecież przeżył jeszcze całą epopeję napoleońską i chociaż namawiany, odmawiał zarówno Napoleonowi legitymizowania Księstwa Warszawskiego, jak i carowi – Królestwa Polskiego, długo pozostawał aktywny, zakładał Towarzystwo Republikanów Polskich, pisał książki. Ale ten pomaciejowicki Kościuszko był już dla swych późnych wnuków nie dość niezłomny, skoro nie tylko, w imię ratowania z niewoli nie tyle siebie samego, co swoich żołnierzy, złożył carowi wiernopoddańczą przysięgę, ale i dla pozostania jej wiernym odmawiał włączenia się w dalsze niepodległościowe walki. Podobnie skrócono obecność w historii bohatera polskiego hymnu, Jana Henryka Dąbrowskiego, zapominając, iż to on był pierwszym naczelnym wodzem wojsk „kongresowego” królestwa. A już szczególnie podle potraktowany został książę Józef Poniatowski.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij