Zły kadr - ebook
Ekipa filmowców jedzie w góry, żeby nakręcić ambitny, niezależny film.
Gdy śnieżyca odcina ich od reszty świata, szybko okazuje się, że największe zagrożenie nie czai się na zewnątrz, lecz jest znacznie bliżej. Kamera rejestruje coś znacznie gorszego niż źle zagrane sceny. Ktoś znika. Ktoś ma coś do ukrycia. Ktoś potrafi kłamać tak, by nikt tego nie zauważył.
W chwili makabrycznego odkrycia pojawia się on – Nieznajomy. Nie członek ekipy. Nie statysta. Ktoś, kto nie powinien istnieć – a jednak stoi tam i obserwuje ich.
Wszystko się sypie: zaufanie znika, rozsądek zawodzi, granice rzeczywistości zacierają. Dom zamienia się w pułapkę, kamera – w świadka, a oni – w ludzi, którzy nie wiedzą, czy bać się siebie nawzajem, czy tego, co stoi poza światłem reflektorów.
Chaos, paranoja i przerażenie rosną z każdą godziną.
„Zły kadr” to intensywny, klaustrofobiczny thriller, który pokazuje, jak cienka jest granica między filmem a rzeczywistością – zwłaszcza wtedy, gdy zaczynasz bać się tego, co kamera może uchwycić.
Wydawca podkreśla, że książka została wydana pod pseudonimem i pan Kacper Gawron nie jest jej autorem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-537-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Marian Wyrwa kochał te chaotyczne arabeski, które szron rzeźbił na szybach – jakby sama zima przysiadała z nim tu, w Łomkach Dolnych, przy kuchennym stole i naprędce próbowała coś opowiedzieć. Zawijasami, pajęczyną, ząbkowanymi brzegami. Czasem przypominały rysy na betonie widywane na budowach w środku zimy. Pęknięcia, które bez słów donosiły mu, że pan architekt znów odwalił fuszerkę. W tym szronie widział jakąś mapę życia – może nawet własnego. Nie potrafił jej nazwać. Umiał ją czytać. Intuicyjnie.
Kochał też maczać maślane ciasteczka w herbacie z prądem. Bez prądu – mawiał – to nie herbata, tylko napar dla rekonwalescentów. Osiemdziesiątka za pasem, ale przecież jeszcze nie złożył broni. Fascynowało go, jak ciasteczko powoli nasiąka, mięknie, jak traci kształt i rozpada się – kawałek po kawałku, aż zostawała tylko brązowa pulpa w kubku. Wtedy już nie smak, a faktura była najważniejsza. Widział w tym coś znajomego, domowego.
I, o dziwo, kochał Józefa Bieńkowskiego, chociaż w życiu by tego głośno nie powiedział. Tego łachudrę, złośliwego starucha z diabelskim błyskiem w oku i rozumem godnym Napoleona. Chłop potrafił wyczytać blef nie tylko z twarzy, ale z samego sposobu, w jaki człowiek oddychał przy kartach, z drżenia palców przy podnoszeniu żetonów.
– Pass… – mruknął Marian. W duchu zaklął siarczyście.
Józef się roześmiał. A śmiech miał charczący, jakby całe życie palił tylko Mocne, choć zaczął dopiero na starość. Odsłonił przy tym zęby przypominające krzywe ogrodzenie z drewna, podgnite od dołu.
– Para – powiedział, odsłaniając karty.
Marian sapnął, spojrzał na swoją rękę. Strit. Strit, kurwa jego mać. Znowu go zrobił jak dziecko. Józek zgarnął kapsle elegancko ułożone w kółeczko – robiły za żetony.
– Oj, Marian. Znowu się dałeś podejść. To co, gramy dalej? O kury, świnie? Może o nowy telewizor, co go nie używasz?
– Jakbyśmy grali w remika, to byś się poskładał jak leżak na koniec sezonu – rzucił Marian i sięgnął po kolejne ciastko, jakby to ono miało mu pomóc odzyskać honor. – A telewizora używam.
– Ta…
Do kuchni weszła Celina, żona Józefa, niosąc karafkę z cytrynówką. Wyraz jej twarzy był pełen cierpliwości, ale pod tą maską czaiło się coś, co znają wszystkie kobiety po siedemdziesiątce – głębokie przekonanie, że mężczyźni to w gruncie rzeczy nadal dzieci, tylko z większymi zmarszczkami i mniejszą kontrolą pęcherza.
– Znowu żeś przegrał? Może cię trochę cytrynówka ocuci, co? Marianek?
– A idź, kobieto. Pewnie w zmowie jesteście.
– Jakiej znowu zmowie?
– Ano takiej – zabębnił palcami o blat – że ty mnie upijesz, a Józek oskubie. Zostanie mi tylko ten sweter, co mama mi dała na wojsko.
– Dobrze, że niekompletnie do gołego – mruknął Józef.
– Aj, bo z wami to zawsze taka robota…
Nie czekając, aż gość skończy narzekać, Celina napełniła kieliszki i jeden postawiła przed nim. Marian spojrzał na szkło i coś go szarpnęło od środka. Przypomniał sobie stół z dzieciństwa – jeden talerz, jedna łyżka. Nikt mu nigdy nie podbierał picia ani jedzenia.
Nie miał rodzeństwa. Ale może to i lepiej.
Ojciec nie wrócił z wojny, matka całe życie zgięta wpół przy ziemniakach i worach mąki z PGR-u. W domu nie było ani śmiechu, ani płaczu. Jak się miało jednego dzieciaka, to się go jakoś wykarmiło. Drugiego już niekoniecznie. Dobrze, że był sam. Może właśnie to pomogło mu przetrwać.
Wtedy nie wiedział jeszcze, że przez całe życie będzie go uwierać jakiś trudny do opisania brak. Bo jak nazwać tęsknotę za ramieniem, którego nigdy nie czuło się obok? Za śmiechem zza ściany, skoro nigdy się go nie słyszało?
Dopiero teraz, na stare lata, gdy śnieg leżał już nie tylko za oknem, ale i na jego włosach, zrozumiał, że Józef robił mu za starszego brata. Tego, co wkurza, drażni, a czasem oskubie do zera. Ale przy tym zawsze siedzi obok. Przy stole, przy kieliszku. Celina z kolei, ze swoim spojrzeniem przez okulary i wiecznym: „a co ty znowu narzekasz, Marianek”, była jak siostra.
Nie było to prawdziwe rodzeństwo, takie z krwi, jednak serce rozpozna swoich. Marian miał świadomość, że z tą dwójką mógłby się pożreć o wszystko, a i tak wróciłby tu następnego dnia. Choćby dla szronu na szybie, maślanego ciastka albo tej parszywej pary, którą Józek rzucił z miną pokerowego boga.
– No i co ci tam teraz chodzi po głowie, Wyrwa? – mruknął Józef. Wyczuł moment, bo Marian rzeczywiście odpływał.
Marian podniósł wzrok i uśmiechnął się krzywo.
– Nic, tylko sobie myślę… Miałeś szczęście, że nie byłeś moim bratem. Od matki byś zebrał tyle szmat przez łeb za te blefy, że byś się nauczył uczciwości raz dwa.
– To ty matkę w ogóle miałeś? – parsknął. – Jak cię słucham, to jakbyś z kartonu gdzieś sam wylazł.
Celina przewróciła oczami.
– A ten znowu swoje…
– Wasze zdrowie, wy dranie – rzucił Marian, podnosząc kieliszek. – I mojego psa, co wam ostatnio srał pod furtką.
Józef się roześmiał, wszyscy wypili cytrynówkę jednym haustem. Za oknem śnieg padał dalej. Powoli. Bóg miał już dość hałasu i postanowił zasypać świat warstwą wygłuszającej bieli.
*
Kłęby mlecznego dymu mieszały się z parą i płynęły przez lodowaty ocean wiatru. Na tle ciemnego nieba unosiły się powoli przecinane spadającymi płatkami śniegu. Deski pod nogami trzeszczały od mrozu. Józef i Marian stali przy balustradzie, opierając się o nią łokciami jak starzy marynarze wypatrujący lądu. Palili po rozchodnym.
– Ty, wiesz? – zaczął Józef, zaciągając się. – Ja to nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz zacząłem palić. Przecież to takie relaksujące, że już dawno pogoniłbym problemy ze snem.
Zaciągnął się ponownie, mocno, jakby chciał mieć pewność, że i dziś zaśnie jak dziecko.
– No, a niektórzy mówią, że niby pobudzają – odparł Marian, wpatrując się w żarzącą końcówkę. – Pewnie dlatego jeszcze żyjesz. Bo nie paliłeś.
Józef zmarszczył brwi i spojrzał na niego spod kaptura.
– A ty co? Też stary cap jesteś. Kiedy zacząłeś?
– Nie pamiętam. Pewnie gdzieś przy młotku i wiadrze z wapnem.
Zamilkli. Patrzyli na lampę sodową świecącą jak obca satelita nad przysiółkiem. Jedyna w tej części Łomek Dolnych. Ze cztery lata temu sołtys wywalczył kilka takich świateł – dla bezpieczeństwa – żeby zawiani panowie wiedzieli, którędy wrócić do domu.
– U mnie to mamusia mawiała, że jak zacznę palić, to przyjdzie Zdzicho – rzucił Marian. – No, ale zacząłem… i nie przyszedł.
– Zdzicho? – Józef wypuścił dym. – Zdzicho, co rozwala towarzycho?
– O właśnie.
– Tak mówiła moja matka, jak się z bratem kłóciliśmy. I miała rację. Zawsze się wtedy milkło, bo człek się bał, że naprawdę ktoś przyjdzie.
– Ale ja brata nie miałem, to pewnie straszyła na zapas.
Machnął ręką i splunął przed ganek.
– Kiedyś mówili, że Zdzicho naprawdę przyszedł – powiedział Józef.
Marian spojrzał na niego ukosem.
– Gdzie przyszedł?
– No, bardziej na północ. W Wichrowym. Przyszedł niby taki nie wiadomo kto, nie wiadomo skąd, no i… pożarli się. Rodzina w rozsypce, rozwód po dwóch tygodniach, płacz, dzieciak w depresji. Do tej pory przed wigilią dzwoni, żeby uprzedzić, że będzie tylko na dziesięć minut.
– Tacy to potrafią się napierdalać przy dziecku jak posłowie w telewizji – westchnął Marian.
– Ale mówili, że to przez tamtego gościa…
Marian prychnął.
– Gościa, srościa.
Zaciągnął się ostatni raz i zgasił papierosa o balustradę. Przez chwilę patrzył na wypaloną w drewnie bliznę.
– Cytrynówka mnie za mocno wzięła, będę już wracać. Jutro sprzątanie, bo za dwa dni przyjeżdża Szymek z ekipą.
– Ty, jaki Szymek?
– Ten młody. On jest… – zawiesił głos, mrużąc oczy – mojej matki siostry wnuk.
– Ooo… ten. I co on?
– Mają kręcić jakiś film. – Wzruszył ramionami.
– Film, powiadasz… To ja może wpadnę popatrzeć.
– Pewno. Przyjdź.
Papierosy poleciały za ganek, Józef zniknął w drzwiach, a Marian został jeszcze na moment. Spojrzał na śnieg, który padał delikatnie, jakby nie chciał nikogo obudzić. Myślał sobie, że każdy płatek to czyjeś słowo niesione z góry od tych, co już tylko patrzą.
Prawdę mówiąc, żałował, że Bieńkowscy nie mieszkają bliżej. Jak będzie stary – jakby już nie był, ale nadal się łudził – dobrze byłoby mieć ich pod ręką. Do pogadania. Do podania herbaty, z prądem, rzecz jasna. Do przypomnienia, że człowiek to nie tylko numer PESEL w systemie, ale też imię, które ktoś jeszcze wypowiada.
*
Zasapał się srogo, bo śniegu nasypało do połowy łydek. Czuł każdy krok, jednak uparcie powtarzał w głowie przysięgę: dotrze, nie zawróci, nie da się temu przeklętemu puchowi. Skurczybyk niby lekki jak pierze, a potrafi z człowieka wycisnąć duszę.
Gdy tylko minął bramę, przywitało go znajome ujadanie. Stary dobry Gary.
Marian przygarnął kundla parę lat temu. Znalazł go w lesie – wychudzonego, z sierścią jak zmechacony dywan, przywiązanego do drzewa drutem. Gnój. Nie mógł puścić psa wolno, jak już chciał się go pozbyć? Nieeee. Taki pan to musi podkreślić, że to on ma władzę. A pies? Pies i tak by pobiegł za nim. Bo nie wie, że pan to kawał skurwiela. Pamięta tylko głos, zapach, ciepło ręki. Nie rozumie zdrady i okrucieństwa.
– Życie – mruknął Marian, zamykając bramę.
Ruszył w stronę Gary’ego.
Imię nie było przypadkowe. Od aktora Gary’ego Oldmana, tego, co grał Draculę. Marian się kiedyś dowiedział, że „Oldman” znaczy po angielsku „stary człowiek”. Parsknął wtedy i powiedział:
– No to idealnie. Na starość będziemy we dwóch… Dracula i jego pies.
I tak już zostało. Gary. Piękny, choć niepozorny. Niewysoki, o jasnym umaszczeniu, z kilkoma łatkami rozrzuconymi po sierści. Mimo rozmiaru głos miał jak maszyna piekielna. Kiedy warknął, to jakby nie do Mariana, tylko do samego diabła.
– No, już, już – powiedział Marian, głaszcząc psa po głowie.
Odczepił łańcuch. Wieczorami zawsze puszczał go wolno. Niech się wybiega, niech powarczy na samotność.
Wszedł do domu i z konsoli w przedpokoju wyjął latarkę. Potrząsnął (zawsze trzeba było potrząsnąć) i włączył. Snop światła wystrzelił w ciemność.
Wyszedł znów, by zajrzeć do budy. Upewnił się, że Gary ma pełną michę, koc jest suchy, a dach nie przecieka. Już miał postawić nogę na schodku, gdy…
Coś białego mignęło mu w kąciku oka.
Zatrzymał się.
Pochylił.
Na desce, tuż przy schodku, leżała kość. Niewielka. Delikatna.
– Co ty, Gary… Znowu coś wygrzebałeś? – mruknął i sięgnął po nią.
Była zaskakująco gładka, niemal jak wypolerowana, lekka niczym piórko. Na pewno nie świeża – raczej wysuszona. Dopiero po chwili z bliska zobaczył to, co podświadomie przyciągnęło jego wzrok.
Dziurka. Mała, idealnie okrągła. Na samym końcu. Otoczona ciemniejszym brzegiem jakby ktoś wypalił ją rozżarzoną igłą.
Przez moment się wahał, czy nie rzucić jej w śnieg. Machnąć ręką. Zapomnieć. Jednak nie zrobił tego. Jakiś głos z wnętrza, z tych rejestrów, których nie używa się na trzeźwo, powiedział:
„Zostaw. Nie wolno”.
Zabrał ją do środka i położył na konsoli między pudełkiem z gwoździami a bateriami. Po chwili już o niej nie myślał.ROZDZIAŁ 2
Najgorsze nie było to, że nie mógł zasnąć. Najgorsze było to, że dokładnie wiedział, kiedy to się zacznie. Moment, gdy mózg jeszcze czuwa, lecz ciało przestaje być jego. Jakby ktoś odpiął niewidzialne pasy bezpieczeństwa, zepchnął go z siedzenia i pozwolił dryfować – powoli, bezwładnie, coraz dalej od siebie.
Szepty, które pojawiały się wokół Tomasza Boralskiego, początkowo przypominały szelest pościeli, szmer nóg ocierających się o prześcieradło. Potem rosły. Pęczniały niby siny guz. Czasem zamieniały się w krzyk, suchy, rwany, jak rozkaz w wojskowym obozie szkoleniowym. Z tym mu się kojarzyły – z opowieściami ojca o poborowych wciśniętych w wojskowe buty, o facetach, których odzierano z dumy, z godności i zostawiano samych sobie. Mówił, że niscy chłopcy nie mieli tam lekko. Nazywano ich „taboretami” i traktowano odpowiednio do tego przezwiska.
Zdarzało się, że głosy prosiły o pomoc. Przeszywające jęki wiły się po poduszce niczym oślizgły padalec, omijały małżowinę, potem wpełzały do środka i zaczynały szlochać. Zawodzić. Czasem próbowały zawrzeć z nim pakt – coś na kształt porozumienia między dwoma zranionymi umysłami. A kiedy wydawało się, że przybiły już pieczęć, że odpuszczą i pozwolą mu zasnąć, wybuchały rozsadzającym bębenki rechotem.
Widzieli w nim wariata. Od zawsze. Kumple z podwórka, znajomi ze szkoły, ci, którym zaufał i powiedział coś więcej. Ich twarze miały ten sam wyraz politowania.
„Ej, to niezły pomysł na horror, możesz napisać książkę” – mówił jeden. Drugi poklepywał go po plecach. Trzeci krzywił się jak po ugryzieniu cytryny. Wszyscy mieli w oczach to samo niedowierzanie, obrzydzenie albo rozbawienie.
On sam – jeszcze w podstawówce – był przekonany, że słyszy dusze zmarłych. Że przemawiają do niego ci, którzy nie zdążyli się pożegnać. Później natrafił na termin „omamy hipnagogiczne”. Brzmiało mądrze, naukowo. Przez jakiś czas odczuwał spokój, jakby samo nazwanie problemu odebrało mu moc.
Ale potem… coś się zmieniło.
Tomasz mógłby przysiąc, że nie słyszał losowych dźwięków. Nie było już szumu, szeptów, bełkotu. Był tylko jeden głos. Wyraźny. Formułujący zdania. Wybierający odpowiednie momenty.
Z biegiem lat przestał o tym mówić, bo i co miał powiedzieć? Że ten głos czasem go pocieszał, a czasem mu groził? Że bywał czuły, ironiczny albo pełen wyrzutu?
Że czasem brzmiał znajomo?
*
W windzie czuć było wilgoć i stęchliznę, jakby coś w niej zdechło. Tomasz zawsze miał wrażenie, że coś gnieździ się pod podłogą. Nie trup, nie. W każdym razie niedosłownie – raczej jakiś byt. Czarna pustka o charczącym oddechu. Czekająca na potknięcie, na jedno głupie pytanie: co by było, gdyby…?
Tomasz miał sporo takich – co by było, gdyby.
Co by było, gdyby dostał się na filmówkę w Łodzi?
Gdyby nakręcił swój debiut – ten o ślepym listonoszu i jego psie rozpoznającym ludzi po zapachu. Trochę dramat, trochę absurd. Głęboka metafora o zaufaniu – przynajmniej tak sobie to obmyślił.
Marzył, że będzie robił filmy, a nie „filmiki”. Niestety, próba dostania się do filmówki skończyła się fiaskiem. Marzyło mu się kino artystyczne, ale to chałtury przyjęły go jak swojego. Wesela, komunie, czasem pogrzeby. Zamiast głębi ostrości – ryczący pan młody w altance z białym tiulem.
Życie.
Montowane na szybko, z podkładem royalty free.
Stał teraz w dusznym metalowym pudle obok starszego mężczyzny, który bujał się delikatnie, a w jego pustych oczach igrały cienie rzucane przez progi kolejnych kondygnacji.
Tomasz wyjął telefon. Nie było zasięgu, ale zobaczył powiadomienie sprzed kilku minut. Nieodczytana wiadomość.
Maja: Hej! Tu Maja Joniec. Dzwoniłam, ale nie odbierasz. Szybka akcja, jutro jedziemy na plan. Montażysta nam się wysypał. Potrzebujemy kogoś na miejscu.
Maja była reżyserką po studiach, po debiucie. Poznali się na jednym z festiwali. W czasach, gdy Tomasz naiwnie wierzył, że przez samo oglądanie cudzych filmów uda mu się wkręcić w robienie własnych.
Na widok wiadomości rozbłysły mu oczy.
Ja: Hej. Na ile dni?
Czekał chwilę, wpatrzony w ikonkę zasięgu. Raz znikała, raz wracała. Uniósł telefon wyżej. W końcu rozbrzmiał dźwięk powiadomienia.
Maja: 10. Podeślę ci maila ze scenariuszem i dawaj znać.
Po sekundzie dopadła go rzeczywistość. Nie mógł jechać. Musiał zmontować wesele, dwa filmiki na YouTube, a po weekendzie – komunia. Klient czekał.
Ja: Sorry, ale odpadam. Jestem zawalony. Dzięki za pamięć!
Schował telefon.
Winda jęknęła. Zatrzymała się z tępym uderzeniem. Szarpnięcie sprawiło, że obaj – on i staruszek – zachwiali się. Spojrzeli po sobie. Tomasz instynktownie przytrzymał drzwi, by dać mężczyźnie więcej czasu na wyjście. Spojrzał w dół. Stopa starca odziana w za duży wytarty but sunęła po podłodze.
Szur... szur...
Krok.
Szur...
Krok.
Zdecydowanie za długo.
Drzwi zaczęły walczyć o swoje – wciskały się w ramię Tomasza. Nowoczesne czujniki zadziałałyby przy najmniejszym oporze, ale w tym bloku nic nie było nowe. Te cholerne drzwi miały swoją wolę i musiały się zamknąć za wszelką cenę. Tomasz zaczął się siłować. Najpierw ramieniem. Potem całym ciałem.
Szur...
W końcu wyszli na korytarz. Staruszek się obejrzał. Nic nie powiedział, lecz spojrzenie miał pełne wdzięczności. Boralski odwzajemnił uśmiech.
Drzwi się zatrzasnęły.
Przez ułamek sekundy, zanim kabina ruszyła, zobaczył w odbiciu na zabrudzonej stali kogoś jeszcze.
Stał tuż za nim.
Nie mrugał. Nie powinno go tam być.
_…zrobię z ciebie coś więcej… musisz się tylko zgodzić…_
*
Wszedł do mieszkania i odwiesił kurtkę na wieszak. Płatki śniegu zdążyły stopnieć i spływały po rękawach, zbierały się w kałużę obok szafki na buty. Było już późno, nie miał ochoty latać ze ścierką. Przecież to tylko woda. Wyschnie. A jeśli parkiet spuchnie? Trudno. Masaż stóp gratis.
Kawalerka jak kawalerka – raczej graciarnia niż prawdziwe mieszkanie. Kartony po mrożonej pizzy poniewierały się po kątach, czekając na swoją kolej do wyrzucenia. Ściany były szare i spękane, tynk odłaził płatami. Na regałach z palet: książki, uschnięte rośliny w przypadkowych doniczkach, a między nimi zakurzone zestawy LEGO sprzed ponad dekady poustawiane jak relikwie. Wtedy jeszcze wierzył, że robi coś ważnego. Na biurku – papierowy chaos. Umowy, paragony, luźne kartki z notatkami i projekty filmów, które umarły po podliczeniu budżetu.
Rzucił torbę na kanapę. Buchnęła kurzem w odpowiedzi.
Zakrztusił się.
_…roztocza, moi mali przyjaciele…_
Miał na nie alergię, lecz prawdziwą niechęć czuł do większych pajęczaków. Mikroskopijne stworki nie były wystarczającym powodem, by wziąć się do sprzątania.
Podszedł do okna, uchylił je i wpuścił do środka grudniowy chłód. Potem otworzył lodówkę. Po chwili znalazł opakowanie z gotowym mielonym.
„Należy spożyć do: 01.12.2024”
Był czwarty.
Wzruszył ramionami.
Trzy dni to nie rozkład, to fermentacja smaku.
Kotlet trafił na patelnię.
Zapach smażonego mięsa wypełnił mieszkanie, osiadając na ścianach i zasłonach. Tomasz usiadł przy biurku, włączył komputer. Miał jeszcze wystawić fakturę, zmontować film i zarchiwizować materiał z ostatniego zlecenia – wideo z drona, który kręcił jak po kwasie, łapiąc więcej ujęć dachu niż gości weselnych. No i ta matka panny młodej poprawiająca stanik w połowie ceremonii… akurat na zbliżeniu.
_…zawsze marzyłeś o wielkim kinie, to masz wielką mamuśkę…_
Przełknął ostatni kęs i spojrzał na ekran. Widniała tam świeża faktura, gotowa do wysłania.
_…tyle to ja zarabiałem, sprzedając karteczki w podstawówce…_
Często fantazjował o innej pracy. Lepszej. Ale bez studiów, bez znajomości, bez tego „cwaniackiego genu sukcesu”, który trzeba mieć we krwi, mógł sobie pomarzyć. Znał paru takich, co to całe liceum jechali na ściągach, a teraz wrzucają na Insta zdjęcia z drinkiem na Bali, a w opis wciskają cytat z Coelho.
A on?
Miał blender z promocji i zaschnięty tłuszcz na dnie zlewu.
Rozsiadł się w fotelu, który skrzypnął, jakby też nie miał już siły na kolejny wieczór. Wyciągnął telefon, przesunął palcem po ekranie. Jeszcze raz przeczytał wiadomości od Mai. Zajrzał do skrzynki mailowej.
Maja: Jutro wyjazd. Mamy miejsce. Jedź z nami.
Mimo jego wcześniejszej odmowy w załączniku czekał scenariusz.
Westchnął. Przesunął palcem…
Nie. Nie otworzył.
Pieniądze. Musi zarobić. Nie ma czasu na głupoty.
Założył słuchawki. Klik. Otworzył program montażowy. Klik. Wczytał ostatni projekt. Na ekranie pojawiły się znajome uśmiechy – ślub, dzieci rzucające ryżem, tańczący ludzie. Wszystko zbyt jasne, zbyt czyste. Sztuczne. Na końcu pojawiał się napis:
„Wesele Oli i Krystiana, 12.09.2024 <3 Montaż: Tomasz Boralski”
– To jest dramat… – mruknął, przecierając oczy.
Przewinął dalej. Cofnął. Zatrzymał się na scenie, w której ciotka Ela wywraca się na parkiecie. Światełka. Oklaski. Sztuczny efekt śmiechu w tle – jeden z tych z darmowej bazy dźwięków, gdzie ludzie rechoczą tak, jakby na świecie nikt nie głodował. W tle migoczący stroboskop.
Właśnie z tego miała powstać „komediowa zajawka”. Do filmu, za który dostanie: siedem stów, uścisk dłoni i flaszkę nie-ulubionego likieru.
Westchnął i się rozejrzał.
Z prawej strony biurka – stos pustych puszek tak wysoki, że mógłby robić za instalację artystyczną. Z lewej – talerz po kotlecie i opakowanie leków. Sięgnął po nie niechętnie i wysunął blister.
Zostały trzy tabletki.
Odłożył opakowanie z powrotem.
Miał przed sobą ścianę, na której od lat wisiał plakat Tarkowskiego. Naderwany w rogu, trzymający się wyłącznie dzięki srebrnej taśmie (to ona skleja wszystko na planach zdjęciowych).
Pewnego razu jeden z klientów przyszedł na montaż, spojrzał na plakat i powiedział z pełnym przekonaniem:
– Tarkowski to ten, co robi krwawe filmy, nie? Jedną scenę nawet zrobił czarno-białą, tyle tam się lało juchy.
Tomasz zerknął na _Solaris_. Próbował sobie przypomnieć, gdzie tam była krew – aż zrozumiał. Klientowi chodziło o _Kill Billa._
Tarkowski, Tarantino… liczba liter się zgadza.
Siedział teraz, wlepiając wzrok w okno. Sypało, jakby ktoś trzepał dywan nad Warszawą. Nie bez powodu kilka dni wcześniej zapowiadano zimę dekady.
_…to nie jest to, co chciałeś robić, prawda?…_
Znieruchomiał z ręką na myszce.
_…myślałeś, że będziesz opowiadał historie, a montujesz przypadkowych, spoconych i pijanych ludzi…_
Zamrugał. Znowu.
_…i dla kogo to robisz…_
– Zamknij się – wysyczał, zaciskając zęby.
Zdjął słuchawki, rozłożył się na fotelu i zamknął oczy. Wziął głęboki wdech. Wyłączył program. Foldery na pulpicie wyświetlały się jak epitafia:
„Komunia_Radek_Backup3”
„Wideo_Promocja_Solarium”
_…ile jeszcze zrobisz takich filmów, zanim zapomnisz, jak wyglądały twoje własne pomysły…_
Tomasz przełknął ślinę i spojrzał na skrzynkę mailową. Na nieotwartą wiadomość od Mai o temacie:
„SCENARIUSZ / plan zdjęciowy / Łomki Dolne”
Zamknął oczy.
_…a może już dawno przestałeś marzyć…_ROZDZIAŁ 3
Ciężka lampa HMI wylądowała z hukiem na wózku. Obok niej leżały zwinięte kable, statyw wysokości przeciętnego człowieka i worki z piaskiem. Pracownik wypożyczalni poprawił szelki ogrodniczek i wciągając brzuch, choć niewiele to dało, wcisnął się między regały.
– Ledy se wymyśliła… Kolejna artystka – mruknął pod nosem. – Postawisz takiego kloca, to od razu robi ci za słońce.
Przy ladzie czekała Maja Joniec ubrana na cebulkę – brązowy płaszcz, jasna czapka, szalik do połowy policzków. Pod spodem jeszcze dwie bluzy.
– Super, że tak szybko. Zimno dzisiaj, nie? – zagaiła.
– Zimno, zimno… – odburknął mężczyzna, sapiąc jak odkurzacz z zatkanym filtrem.
Zatrzymał wózek i usiadł przy komputerze. Zaczął coś wpisywać. Dłoń jak bochen chleba stukała w klawiaturę jednym palcem. Wzrok Mai powędrował w dół – na jego brzuch wystający spod swetra.
Spojrzała na sprzęt. Przedłużacze, kostki, worki z piaskiem. I ta piekielnie ciężka lampa.
Czy Szymon na pewno chciał zabierać coś takiego? W tym jego Daewoo na pewno nie upchną tego monstrum. I gdzie cała reszta? Nie było LED-ów. Nie było agregatu. Nie było tego, co zamawiała.
Obeszła wózek.
– Co pani tak łazi? – spytał. Nos mu zaświstał przy wdechu.
– Bo… miały być małe ledy, a jest jakiś wielkolud. I nie ma agregatu…
– Pani – przerwał jej, zerkając znad monitora – ledów nie ma. Jak chcecie robić słońce, to tylko tym. Agregaty wyjechały w środę. Mówiłem przez telefon.
Ton miał taki, jakby rozmawiał z dzieckiem, które nie rozumie, że zabawka się zepsuła. Albo z kobietą, która śmiała czegoś chcieć.
Przypomniał jej się prowadzący z operatorki, jeszcze z drugiego roku. „Jak się nie umie świecić, to się nie bierze za plan nocny” – rzucił i poszedł dalej, zostawiając po sobie smród zatęchłego swetra. Maja pamiętała to dokładnie. Jej pomysł został wtedy wyśmiany przed całą grupą. Uratował ją Szymon Blacher – już wtedy miał ten dryg. Jedną lampą potrafił zagrać lepiej niż większość wykładowców z całym arsenałem. A tamten stary buc jeszcze potem chwalił się u dyrektora, że „studentów po prostu trzeba umieć poprowadzić”.
Nie prowadził. Najzwyczajniej lubił patrzeć, jak dziewczyny potykają się o kabel, a potem przepraszają…
Maja nie należała do tych, co krzyczą, lecz na dźwięk słów pracownika wypożyczalni jej brwi natychmiast się uniosły.
– Miała być Nanlite Forza. Ta duża.
– Znawczyni… – prychnął.
– Wie pan, kim jestem?
– Nie.
– Reżyserką.
– Ta. Też chciałem być… marynarzem – powiedział i wrócił do monitora.
Podeszła bliżej, wyciągnęła telefon.
– Maja Joniec. _Wzgórze wyrzutków_ to był mój debiut. Wyróżnienie w Gdyni w zeszłym roku.
Pokazała ekran, na którym widniał artykuł z festiwalu i plakat filmu.
– A ja wynajmowałem lampy, jak kręcili papieża z Adamczykiem, i jakoś nie robię z tego szopki.
Wzięła głęboki wdech. Poczuła, jak pięści zaciskają się wewnątrz kieszeni płaszcza. Przesunęła ekran i otworzyła rozmowę z Szymonem Blacherem.
Ja: Znowu jest problem z grubasem z wypożyczalni. Kiedy będziesz?
Zawahała się. „Z grubasem”? Tak wszyscy go nazywali, ale… cholera, był człowiekiem. Niby chamskim, ze świszczącym nosem, ale jednak…
Poprawiła „grubas” na „gość” i wysłała wiadomość.
Spojrzała na brakujący sprzęt. Potem na jego twarz. Gdyby miała więcej energii, pewnie by go zjechała, jednak była wykończona planowaniem, czekaniem, zimnem i tym pieprzonym poczuciem, że znowu musi udowadniać, że nie przyszła tu przez przypadek.
– Dobra – odezwał się w końcu. – Już się pani tak nie piekli. Przynieść ledy, tak?
– Tak, poproszę – powiedziała, spuszczając nieco z tonu.
Pracownik ruszył między regały. Maja przez chwilę wpatrywała się w wózek. Próbowała sobie przypomnieć, co jeszcze miała na liście, lecz wszystko jej uleciało, jakby ten typ jednym sapnięciem wydmuchał pamięć z czaszki.
Grubas z wypożyczalni – tak mówili o nim wszyscy na studiach. Miał kilku swoich ulubieńców, którym doradzał, a czasem nawet dawał zniżkę. Pozostałych traktował jak plankton, a kobiety jeszcze gorzej. Częstował je durnymi uwagami, spojrzeniami pełnymi politowania i sprośnymi komentarzami.
Dobrze, że była zima. Maja nie miała na sobie niczego obcisłego, była w płaszczu, w szalu, zakryta po szyję. Zakryta kobieta to dla takich jak on niewidzialna kobieta. W gimnazjum też nosiła sweter z golfem, żeby nie „prowokować”, a i tak zawsze znalazł się ktoś, kto skomentował, że jak na zakonnicę to ma całkiem fajne cycki.
W pomieszczeniu rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Chwilę później – charakterystyczne skrzypnięcie zawiasu.
– Sorki za spóźnienie! – rozległ się głos Szymona Blachera. – Korek jak skurw… jak na święta.
Wszedł pewnym krokiem, z czapką ledwie nasuniętą na czubek głowy, z rękami w kieszeniach.
– O, siema, Krzychu – rzucił do pracownika, jakby wpadł na kumpla z siłowni.
I wtedy stało się coś dziwnego.
Grubas z wypożyczalni… zmiękł. Dosłownie. Głos mu się wygładził, plecy wyprostowały, uśmiech wpełzł na twarz spod warstwy tłuszczu i kilkudniowego zarostu.
– Szymuś! No ja pierniczę, że też nie zadzwoniłeś, że ty to ty! – zaśmiał się. – Co tam u ciebie? Znowu jakieś ambitne kino robicie?
Maja patrzyła na to oniemiała, jakby dostała od kogoś z liścia.
– Maja mówiła, że mamy zamówione ledy i agregat – powiedział Szymon, zerkając na nią kątem oka.
– No tak, tak! Pewnie, że są. – Pracownik krzątał się na końcu magazynu. – Z tamtą lampą… to mi się pomyliło. Chodziło o starą rezerwację, stąd zamieszanie – dodał, zerkając na Maję, jakby nagle ujrzał w niej człowieka.
– A agregat?
– No i agregat się znajdzie! – rzucił entuzjastycznie i zniknął między regałami.
Maja odwróciła się do Szymona.
– „Krzychu”? – spytała szeptem.
– Mhm. Krzysztof. Kiedyś mi pomógł ogarnąć światło do teledysku w trzy godziny. Od tamtej pory jesteśmy „braćmi”. – Przewrócił oczami. – Trochę dziwak, ale da się go podejść.
– Jasne. Do mnie podszedł jak do ameby. – Skrzyżowała ręce na piersi.
– Dobra jest. Najważniejsze, że wszystko mamy, nie?
Nie odpowiedziała. Spojrzała tylko w głąb magazynu, skąd dobiegało sapanie i szuranie. Miała ochotę spalić tę wypożyczalnię do gołej ziemi. Samym wzrokiem.
*
Złoty Daewoo Matiz rzęził jak człowiek po trzech zawałach. Każdy zakręt był dla niego testem wytrzymałości, który oblał już kilkakrotnie, a jechali tylko przez Warszawę – co będzie, jak zaczną się górskie serpentyny?
Szymon Blacher ściskał kierownicę obiema rękami – nie z przyzwyczajenia po szkole jazdy, lecz z obawy, że jedna to zdecydowanie za mało. Samochód nie nadawał się do transportu na plan filmowy. Prawdę mówiąc, nie nadawał się w ogóle do niczego, jednak po godzinie obdzwaniania znajomych stracili nadzieję na jakiś sensowny transport.
Bagażnik wypchali do granic możliwości – kamera, obiektywy, karty, trzy statywy, bułki z Pastellą, lampy plus jeden kabel, którego przeznaczenia nie znali, ale bali się go zostawić. Na środku tylnego siedzenia leżały przedłużacze i cudownie odnaleziony agregat.
Po drodze mieli jeszcze zgarnąć Kamila Fischera, dźwiękowca, oraz Tomasza Boralskiego, który – ku zaskoczeniu Mai – ostatecznie dołączył do zespołu. Mimo poczucia niepokoju krążącego od rana w trzewiach decyzja Tomasza napawała ją optymizmem.
Nie mieli zbyt wielkiego budżetu ani pewności, czy uda im się nakręcić pełny metraż. Dziesięć dni to naprawdę mało, ale biorąc pod uwagę prosty scenariusz ograniczony do jednej lokacji (historia dwojga bohaterów, domek w górach i próba naprawy związku), może nie było to aż tak szalone przedsięwzięcie, jak się wydawało.
Maja siedziała skulona pod zimową kurtką, z telefonem na kolanach i e-papierosem w dłoni. Buchnęła chmurą pary prosto w szybę, zerkając na drogę.
– Na pewno wszystko wzięliśmy?
– No, słuchaj… – zaczął Szymon, zmieniając bieg z trójki na coś, co przypominało „daj spokój”. – Kamera jest. Grubas w końcu dał te mniejsze ledy. Jeśli Kamil nie zapomni mikroportów i tyczki, to mamy komplet.
– Sorry – westchnęła – po prostu zawsze mam takie coś w brzuchu. Jakby mnie ktoś dźgał od środka.
– Wiem. Też to mam. Zaczyna się na obwodnicy i puszcza dopiero po pierwszym ujęciu.
Uśmiechnęła się krzywo. Mimo zmęczenia i szarpaniny z wypożyczalnią, mimo skwaszenia, które nosiła na twarzy przez ostatnie godziny, to był jej ulubiony moment. Droga. Chwila pomiędzy. Wszystko jeszcze mogło się udać. Nikt nie zdążył się pokłócić, nie spartolił dźwięku. Nikt jeszcze nie stwierdził, że „ta scena nie ma sensu”, ani nie wyskoczył z mrożącym krew w żyłach tekstem: „Ktoś zgrał wczorajszy dzień? Właśnie sformatowałem kartę”.
Wciąż trwali w przekonaniu, że robią kino. Że jadą na plan, a nie na survival wśród wygłodniałych, niedospanych ludzi.
Pociągnęła kolejnego bucha i oparła się o boczną szybę. Z daleka było już widać zasypane przystanki Pragi Południe. Jeszcze trochę, a zacznie się ich dziesięć dni w innym świecie. W świecie z kamerą, bólem głowy i demonami, które trzeba będzie odpędzić bądź wpuścić do kadru.
*
Dach przystanku uginał się pod ciężarem śniegu. Pod tym wątpliwym schronieniem Kamil Fisher przestępował z nogi na nogę i zacierał ręce, jakby próbował wykrzesać ogień. Był obładowany torbą dźwiękowca, plecakiem i tyczką zawiniętą w worek na śmieci – prowizoryczny pokrowiec po tym jak zgubił oryginalny.
Od wczoraj wypisywał do Mai, że nie chce, by sprzęt nasiąkł wilgocią, bo wszystko trafi szlag.
Złoty Daewoo wtoczył się pod przystanek i niestety – zgasł. Kamil ruszył do bagażnika i zaczął się szarpać z zamkiem. Szymon otworzył drzwi od strony kierowcy i wychylił głowę.
– Hej! – zawołał. – Do środka z tym. W bagażniku i tak nie ma miejsca.
– A, jasne…
Fischer wślizgnął się do auta, robiąc slalom między kablami. Po drodze tyczką zahaczył o drzwi, potem o głowę Szymona, a na końcu przywalił Mai prosto w czoło.
– Aua! – syknęła, odsuwając się. – Uważaj z tym drągiem.
– Sorry… Trochę mało miejsca – wymamrotał, próbując przyjąć możliwie najmniej inwazyjną pozycję obok agregatu i nie zgnieść przy tym worka z kanapkami.
Blacher zapalił silnik. Obrócił się do tyłu.
– Cześć. Szymon.
– Kamil.
Szymon skinął głową. Nie byli kumplami, ale przecinali się już na planach. W warszawskim filmowym mikrokosmosie większość twarzy się kojarzyło, choć niekoniecznie z nazwiska. Maja znała go jeszcze mniej. Wzięła go z polecenia – poprzedni dźwiękowiec Dawid Korczyk, ten z jej debiutu, wypadł w ostatniej chwili. Rozchorował się. Kamil Fischer pojawił się jako opcja awaryjna.
– Świetnie, że się zgodziłeś – powiedziała. – Masz wszystko?
– Mikroporty, tyczka, Zoom. Wziąłem też koc wygłuszający, jakby był większy pogłos.
Maja rzuciła Szymonowi pytające spojrzenie.
Wstyd przyznać, lecz nie znała tej miejscówki. Nigdy tam nie była. Zaufała Blacherowi – to on pojechał kilka miesięcy wcześniej na dokumentację i zrobił zdjęcia gospodarstwa swojego dalekiego wuja Mariana Wyrwy. Przesłał je jako propozycję lokacji do scenariusza. Obejrzała je, siedząc wieczorem z winem i krakersami, i właściwie od razu stwierdziła: „bierzemy to”. Ufała mu. Wiedziała, że widzi więcej.
Szymon Blacher był typem operatora, który nie tylko kadrował obraz – kadrował cały nastrój. Przy poprzednim filmie, _Wzgórzu wyrzutków_, uratował im tyłek więcej niż raz. Światło na ostatnią scenę sklecił z niczego – dwie lampki ogrodowe, latarka z telefonu i kawałek papieru śniadaniowego. Zrobili ujęcie, które wyglądało, jakby kosztowało tysiące, chociaż produkcja i tak marudziła, że „za ciemne”.
Poza tym… reżyser i operator to nie do końca dwie osoby, bardziej jeden organizm – reż-op. Jedna świadomość w dwóch ciałach. W fazie preprodukcji spędzają razem więcej czasu niż z własną rodziną, partnerką czy partnerem. W ich przypadku nie było zresztą czym się martwić. Żadne z nich nie było w związku, toteż nikt nie miał powodu do zazdrości o czas spędzony nad storyboardami i planowaniem ujęć.
Choć może to właśnie było najgorsze. Nikt nie przeszkadzał i mogli się do siebie zbliżać zupełnie niezauważalnie. Maja ciągle nie dopuszczała tej myśli do świadomości, ale czuła. Cholera, czuła to.
To coś rozwijało się powoli. Najpierw słyszała to w jego głosie, kiedy w chwilach słabości mówił: „dasz radę” i nie było w tym nawet cienia wątpliwości. Potem w gestach… w cichych, niezobowiązujących momentach, gdy przysypiała wieczorem nad laptopem, a on nakrywał ją kocem i przenosił na kanapę, starając się jej nie obudzić.
Rano czekała na nią kawa z ekspresu i kanapki. Zawsze te same – z serem i ketchupem, pod pokrywką, żeby nie wyschły. Głupie. Śmieszne. Poruszające.
Najbardziej jednak lubiła to, że był… ogarnięty. Nie zostawiał syfu w zlewie, miał zawsze naładowane baterie i zgrany backup ujęć. Nie zarywał nocy dla chorych ambicji. Zwyczajny, rozsądny koleś, a mimo to nie był nudny. Potrafił zrobić sobie wolne, znikał czasami na zagraniczne plany i kręcił dokumenty. Potem wracał i opowiadał o pracy tak, jakby doskonale wiedział, co Maja ceniła w takich obrazach – surowość, czasem brutalność, a przede wszystkim szczerość. Przy nim czuła się spokojna. Może nawet więcej – bezpieczna.
Choć ich relacja już wtedy nosiła pierwsze rysy, potknięcia i niedomówienia, Maja jeszcze nie potrafiła ich nazwać.
– Jak byłem na dokumentacji, nie sprawdzałem akustyki – odezwał się Szymon. – Myślę, że powinno być git. Są tam meble, dywany… Wujek Marian nie jest przecież jakimś pustelnikiem.
– Spoko. Damy radę. – Fischer się uśmiechnął.
Maja wzięła bucha z e-papierosa i spojrzała przez okno. Śnieg tłukł w przystanek ciężkimi grudami. Wzrokiem szukała Tomasza.
– Mieliśmy się tu też spotkać z montażystą. Nie widziałeś go?
– Nie. Sam stałem.
– Wychodzenie z jaskini trochę trwa – mruknął Szymon. – Dajmy mu chwilę.
– Nie chwilę, tylko czekamy tak długo, aż przyjdzie. Bez niego będzie lipa – powiedziała Maja. – Musimy na bieżąco przeglądać ujęcia, żeby coś z tego wyszło.
– Jeszcze nawet nie dojechaliśmy. Będzie dobrze.
Wyciągnęła telefon i w kontaktach znalazła Tomasza Boralskiego.
– Pytanie, czy w ogóle dojedziemy – jęknął Kamil, przygniatany przez tyczkę, agregat i plecak. – Ile tam się jedzie?
– Sześć godzin – odparł Szymon.
– Będziemy musieli się zatrzymywać – stęknął. – Serio. Mam wrażenie, że siedzę na jakimś gwoździu.
– Siedź spokojnie, bo sobie go wbijesz jeszcze głębiej – mruknęła Maja, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Stukała kciukami w ekran.
Ja: Hej, gdzie jesteś? Czekamy na przystanku.
Zerknęła na Szymona, a ten nagle się uśmiechnął.
– Mówiłem, żebyś była spokojna? – Wskazał głową przed siebie. – Patrz. Chłop już idzie.
Ze śnieżnej mgły wciśniętej między bloki wyłoniły się najpierw nogi. Potem karton. Dopiero na końcu człowiek. Człapał pochylony z czapką nasuniętą aż po brwi i szalikiem owiniętym ciasno wokół szyi.
– Co on tam… – zaczęła Maja, ale urwała, gdy Tomasz Boralski podszedł do samochodu i podtrzymując karton kolanem, uchylił drzwi.
– Siema – wydyszał. – Otworzycie bagażnik?
– Nie ma miejsca. Musisz na tylne siedzenie.
Boralski zamknął drzwi, obszedł auto i z miną pełną determinacji wepchnął się z kartonem do środka. Jęknęło siedzenie, jęknął karton, jęknął sam Tomasz. Teraz nie dało się już wcisnąć nawet szpilki.
– Co ty wziąłeś? – spytała Maja.
– No, komputer… – odpowiedział, przecierając rękawiczką wilgotną twarz.
– Myślałam, że masz jakiegoś laptopa.
– Coś ty… – rzucił i spróbował uspokoić oddech. – Laptop by się zagrzał w pięć sekund. A to ma dobre chłodzenie. Na stacjonarnym zawsze lepiej.
Maja zerknęła na karton. Znała kilku montażystów i domyślała się, że w tym komputerze mógł trzymać wszystko – nieskończony film o bokserze, nagrania z babcią, pierwsze filmowe próby z gimnazjalnych czasów. Właśnie dlatego targał to pudło przez pół Polski – to z pewnością nie był ot, zwykły pecet, lecz twardy dysk jego życia.
– Dobrze, że nie przyniosłeś całej lodówki – mruknął Fischer spod tyczki opartej o jego skroń.
– Luz. I tak będziesz miał stanowisko na poddaszu. Znajdzie się miejsce na komputer – powiedział Szymon przez ramię. – Szymon.
– Tomek.
W bocznym lusterku Maja zauważyła autobus skręcający w ich stronę. Nagle zatrąbił.
– Dawaj, dawaj!
Blacher wcisnął gaz i puścił sprzęgło. Matiz tym razem nie zawiódł, zaskoczył bez jęknięcia. Koła zapiszczały i ruszyli. Z aktorami mieli się spotkać na miejscu – gdzieś między zaspami a stodołami, w Łomkach Dolnych.
Przed nimi sześć godzin jazdy. Czas na kawę, pogadanki, przejrzenie scenariusza. Maja jeszcze sądziła, że to będzie tylko praca – kilka dni, kilka trudniejszych decyzji inscenizacyjnych.
Nie miała pojęcia, że to wszystko dopiero się rozkręca. Że zaczyna się ich wspólna zima, tak długa, że nie każdy doczeka jej końca.