Zmysły - ebook
Pięć zmysłów. Piętnaście historii. Niezliczone sposoby odczuwania świata. Zmysły to literacki eksperyment, który zabiera Czytelnika poza granice standardowego postrzegania. Aleksander Barański przełamuje stereotypy narracyjne, oferując prozę pełną poezji, metafor i nieoczywistych puent. To książka dla tych, którzy chcą zatrzymać się w biegu, zachwycić chwilą i spróbować zrozumieć Innego – jego unikalny, neuroatypowy sposób widzenia, słyszenia i czucia rzeczywistości. Od kulinarnych uniesień po dreszcz grozy – ta lektura nikogo nie pozostawi obojętnym.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 3,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Oddaję w Wasze ręce zbiór, który jest dla mnie literackim debiutem na zupełnie nowym gruncie. Po doświadczeniach z literaturą apologetyczną, historyczną oraz twórczością dedykowaną dzieciom, po raz pierwszy zdecydowałem się na krok w stronę prozy dla dorosłych.
Trzymacie Państwo w rękach książkę nietypową. Prezentowane tu teksty rezygnują z klasycznego, zachodniego schematu dramaturgicznego, opartego na nieuchronnym dążeniu do celu i tradycyjnym konflikcie. Konstrukcja tych opowiadań czerpie inspirację z tradycji Wschodu – mm.in. z czteroaktowej struktury _Kishōtenketsu_ (起承転結), gdzie kluczem jest uważność, celebracja chwili i otwartość na niespodziewany zwrot akcji, a nie sam finał.
Prawdziwym kamieniem milowym i bezpośrednim impulsem do spisania tych historii były dla mnie _Sklepy cynamonowe_ Brunona Schulza. To właśnie jego genialna fraza uświadomiła mi, że proza może porzucić rygorystyczny realizm na rzecz poetyckiej metafory i plastyczności obrazu. U Schulza świat pulsuje i żyje własnym, ukrytym rytmem, co głęboko ze mną zarezonowało:
_Wychodziły z tego opowiadania wielomówne i pełne dygresji, całe traktaty, rozrastające się w epopeje bez końca..._ – Bruno Schulz, _Sklepy cynamonowe_
W moim zbiorze tą „wielomównością” staje się perspektywa neuroatypowa. Pragnę zaprosić Czytelnika do świata synestezji – rzeczywistości, w której dźwięki mają swoje smaki, a zapachy materializują się w obrazach. Być może ta literacka wrażliwość pozwoli komuś odnaleźć cząstkę samego siebie i przyniesie ulgę płynącą ze świadomości, że nie jest w tym doświadczeniu odosobniony. Dla innych – będzie to z kolei szansa, by po prostu zrozumieć i przyjąć Innego.
Moim marzeniem jest wzbogacenie Waszego świata – nie tylko poprzez poznanie zmysłowe, ale i pozazmysłowe. Chcę wspólnie z Wami porzucić utarte stereotypy odczuwania, by dotknąć głębi istnienia i – być może przede wszystkim – samego siebie. Chodzi o zachwyt nad momentem, nad tym, co niesie codzienność, w myśl biblijnego wezwania: _W każdym położeniu dziękujcie_ (1 Tes 5, 18).
Tom został podzielony na pięć części, odpowiadających tradycyjnemu porządkowi ludzkich zmysłów: węchowi, smakowi, słuchowi, dotykowi i wzrokowi. To one stanowią motyw przewodni i spoiwo całości. W każdym z działów znajdziecie Państwo trzy opowiadania – całkowicie autonomiczne, niezależne od siebie i skrajnie zróżnicowane gatunkowo.
Rozstrzał tematyczny i stylistyczny jest celowy. Wędrujemy tu od intymnych, prozaicznych zachwytów kulinarnych, aż po głębokie niepokoje społeczne związane z widmem odradzającego się neofaszyzmu. Nie narzucam ram gatunkowych – w zbiorze przeplatają się klasyczny romans, science fiction, horror oraz erotyk. Zaczynając lekturę danego tekstu, nigdy nie macie Państwo pewności, w jakim świecie ostatecznie wylądujecie.
Praca nad tymi tekstami była dla mnie czystą, radosną kreacją. Z jednej strony stanowiła pasjonującą zabawę słowem, z drugiej – była próbą czułego wodzenia odbiorcy za nos przez labirynt nieoczywistości, tak aby finał przyniósł zaskoczenie, którego na początku drogi nikt by się nie spodziewał.
Życzę Państwu, aby lektura tych opowiadań przyniosła Wam co najmniej tyle samo frajdy, satysfakcji i odkrywczych momentów, ile mnie dało ich pisanie.Sosny
Z okazji dwóch miliardów wspólnych oddechów
1
Młody aspirant leśny właśnie kończył pracę. Był prześliczny ciepły dzień, a on pełnił służbę w pasie leśnym tuż przy wydmach, za którymi było słychać radosny krzyk mewy, która właśnie przed chwilą połknęła flądrę w całości i za bardzo nie miała siły poderwać się do lotu, bo rybsko, nie dość, że było zdecydowanie z duże, to na dokładkę jeszcze w ostatnich podrygach świadomości, przynależnej gromadzie Osteichthyes starała się wywołać u Charadriiformes wymioty. Młody aspirant leśny był jednak zainteresowany bardziej Hominidae, w szczególności podgrupą Feminas, które zgodnie ze swoimi zwyczajami godowymi, poddawały swoje ciała procesowi prażenia za pomocą fal elektromagnetycznych, oddzielając się od warstwy sypkiego kwarcu płachtą elastycznego polimeru. Ponieważ był to rok 1973, to nie stosowano jeszcze w kosmetyce filtrów UV, przez co warstawa eucerytu w zasadzie gwarantowała nadmierne przyprażenie, które leczyło się, jak to mawiają Anglicy, za pomocą _sour cow's milk_, a młody aspirant leśny miał nadzieję na przejęcie roli pielęgniarki, która ten zabieg przeprowadzi. Będąc już na przejściu między wydmami zajrzał jeszcze raz do swojej torby i zdziwiony stwierdził, że są dam jeszcze dwie sadzonki sosny. W zasadzie powinien wrócić do lasu i znaleźć dla nich jakąś pustą polanę, ale te mewy śpiewające na plaży… ech, wykopał pospiesznie dołek i wsadził do niego, kompletnie niezgodnie z zasadami sztuki leśnej, obydwie sadzonki, przysypał i w pośpiechu odszedł. To niby przypadkowe zdarzenie, wbrew odczuciom młodego aspiranta leśnego, który w zasadzie był sterowany przez gwałtowny wyrzut testosteronu, miało bardzo poważne konsekwencje metafizyczne.
2
Wbrew niepamięci pamięci, zgodnie z zasadami rozwoju mózgu ludzkiego, nie powinien nic pamiętać. Pewnie dlatego nigdy nie był pewny, czy to prawda czy złudzenie. Z tamtego okresu miał tylko dwa wspomnienia. Pierwszym z nich był biały sufit i ściany w kolorze sraczkowatym. Tyle widział, przebywając w swoim łóżeczku w pozycji horyzontalnej twarzą do góry. Nagle wpadł na genialny pomysł: złączył wargi w celu całkowitego zamknięcia jamy ustnej, uniósł podniebienie miękkie, aby zamknąć przejście do jamy nosowej, tak aby wydychane powietrze z płuc przepływało przez jamę nosowej, następnie szybko otworzył wargi, obniżył żuchwę i język ułożył płasko na dnie jamy ustnej. Po kilku próbach dołożył do tego drganie strun głosowych. Efekt zaskoczył go, podobnie jak miliardy ludzi przed nim i po nim. Powtórzył eksperyment, potem znowu, i znowu. Jego zachwyt był pierwszą, tak silnie odczuwaną emocją którą wywołał sam z siebie, chciał jej więcej i więcej, a tymczasem widok na sufit zakryła jakaś dziwna twarz z brodawką na policzku, co gwałtownie urwało dotychczasowe przeżycie i wywołało inne, a dźwięk jego głosu zamienił się w niekontrolowany chaos, bo razem z tą twarzą nadciągała butelka z krowim mlekiem, a jako że był to rok1974, to lekarze nie wiedzieli jeszcze o nietolerancji laktozy, a matki z radością zagęszczały mleko kaszką, aby osesek aż tak nie ulewał.
Drugi engram był inny, gdyż był bardziej z poziomu metafizyki, duchowy a nie fizyczny. Niewyjaśnialny, niemożliwy, niepamiętny, a jednak dla niego rzeczywisty. Pamiętał zapach kruszonego betonu, który unosił się w powietrzu, a został tam wyrwany przez słońce, palące wielką płytę. Pamiętał pastelowy niebieski, wpadający w lekką żółć, w którym kąpały się białoszare bałwanki, w końcu w wózku też przebywał w pozycji horyzontalnej z twarzą do góry. Na boku widoczne były zielone plamy, które były tylko śmieszną, sztuczną namiastką porastających tu kiedyś borów. I nagle w powietrzu poczuł zapach piżma, słodkiej lukrecji, świeżo skoszonej trawy i oliwki Bambino. Pchająca jego wózek zatrzymała się obok innego wózka. Trwało to może kilka sekund, panie coś do siebie grzecznościowo powiedziały. Ale on czuł więź z tym drugim wózkiem, z człowiekiem tam przebywającym. Nie rozumiał tego zupełnie. Ona też była w pozycji horyzontalnej, dzięki nieubłagalnemu prostoliniowemu kierunkowi rozchodzenia się światła nie był w stanie jej dostrzec. Niemniej pamięć o tym przeżyciu została z nim na zawsze i jeszcze wróciła. Poczuł intensywny zapach sosny, pewnie podmuch powietrza z nadmorskiego lasu.
3
Sadzonki, tak lekkomyślnie umieszczone w jednym dołku przez młodego aspiranta leśnego, miały się całkiem nie najgorzej. Bardzo nienaturalne, jak dla sadzonek sosny, było zajmowanie tego samego dołka. Pewnie dlatego prawie się nie dostrzegały. Przez to były bardzo samotne, jak jedynacy wychowywani przez rodziców w szklarniowych warunkach, z drżeniem serca, w izolacji, tak aby ich jedynym potomkom nic się złego nie stało. Tyle że życie na wydmie nie było szklarnią, bo wzrastały w oddaleniu od lasu, zmuszone do znoszenia i radzenia sobie z żywiołem ciągnącym od morza zupełnie inaczej, niż robiły to inne młode drzewka. Mimo trudności, radziły sobie. Z jednej strony uczyły się funkcjonować samodzielnie, niezależnie, jakby w świecie własnej wyobraźni, która urozmaicała monotonny i surowy krajobraz wydmy. Z drugiej otrzymywały pomoc, która dla młodych sosen nie była typowa, a to wiatr litował się nad nimi, usypując z piasku barchan, a to pliszka pozostawiła obok swoje guano, dając dużo odżywczych substancji, a to deszcz bardziej koncentrował swój strumień mikcyjny w niecce, w której rosły. W końcu urosły tak bardzo, że nie mogły dłużej się ignorować.4
Zadziwiające, jak silny wpływ na młodego człowieka może mieć nauczyciel, przy czym znacznie trudniej jest mieć wpływ pozytywny, inspirujący, zachęcający a znacznie łatwiej traumatyczny, zniechęcający i niszczący. Zadziwiające jest to, jak swoje emocje nauczyciel przenosi na ucznia, jak jego traumy są mentalnie dziedziczone, jak pod pozorem troski można dowartościować siebie, kosztem dorastającego człowieka. Ale bardziej zadziwiające jest też to, jak można taką traumę odwrócić, jeżeli pasja i przeznaczenie są, mimo wszystko, silniejsze. Czasami potrzeba na to miesięcy czy lat, a czasami całych dziesięcioleci. Doświadczył każdego z tych wariantów.