Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Znajdź mnie. Tom 5 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
3358 pkt
punktów Virtualo

Znajdź mnie. Tom 5 - ebook

Beatrix Hathaway, ostatnia i najbardziej niekonwencjonalna ze wszystkich sióstr, zawsze lepiej czuła się wśród zwierząt i na leśnych ścieżkach niż w zatłoczonych salach balowych. Powoli godzi się też z myślą, że być może nigdy nie zazna miłości.

Kapitan Christopher Phelan, przystojny i odważny żołnierz, wyjeżdża na front przekonany, że po powrocie poślubi piękną, uwielbiającą flirt i życie towarzyskie Prudence Mercer. To jej listy pomagają mu przetrwać najtrudniejsze chwile wojny. To w ich autorce zakochuje się bez pamięci. Nie wie jednak, że pisała je Beatrix.

Kiedy Christopher wraca do domu, jest znużonym życiem, naznaczonym wojną człowiekiem, zdecydowanym odnaleźć kobietę, która dała mu nadzieję, i zdobyć jej serce. Beatrix zna prawdę, lecz wyjawienie sekretu może kosztować ją wszystko.

„Znajdź mnie” to piąty tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181537055
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion, Bry­gada Strzel­ców

Przy­lą­dek Ma­pan

Krym

Czer­wiec 1855 roku

Naj­droż­szy Chri­sto­phe­rze,

wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę.

Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz.

Nie chcia­łam słać Ci li­stów mi­ło­snych, ale one tym wła­śnie się stały. W dro­dze do Cie­bie moje słowa za­mie­niły się w bi­cie serca na kartce.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

––––– (bez pod­pisu)Roz­dział 1

Hamp­shire, An­glia
Osiem mie­sięcy wcze­śniej

Wszystko za­częło się od li­stu. A ści­ślej rzecz uj­mu­jąc, od wzmianki o psie.

– Ja­kim psie? – za­py­tała Be­atrix Ha­tha­way. – Co mu się stało?

Jej przy­ja­ciółka Pru­dence, naj­pięk­niej­sza młoda dama w ca­łym hrab­stwie, pod­nio­sła głowę znad li­stu, który prze­słał jej kon­ku­rent, ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan.

Dżen­tel­men nie po­wi­nien co prawda ko­re­spon­do­wać z nie­za­mężną dziew­czyną, ale mło­dzi po­pro­sili o po­moc szwa­gierkę Phe­lana, która po­śred­ni­czyła w wy­mia­nie li­stów.

Pru­dence zmarsz­czyła kpiąco brwi.

– Do­prawdy, Beo, wię­cej za­in­te­re­so­wa­nia oka­zu­jesz psu niż ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi.

– Ka­pi­tan Phe­lan nie po­trze­buje mego za­in­te­re­so­wa­nia – od­parła prag­ma­tycz­nie Be­atrix. – Cie­szy się prze­cież za­in­te­re­so­wa­niem każ­dej panny na wy­da­niu w Hamp­shire. Poza tym udał się na wojnę z wy­boru. Je­stem prze­ko­nana, że wspa­niale się bawi, pa­ra­du­jąc po Kry­mie w szy­kow­nym mun­du­rze.

– Wcale nie jest szy­kowny – pa­dła po­nura od­po­wiedź. – Jego re­gi­ment ubiera się te­raz okrop­nie; te nowe mun­dury są ta­kie zwy­czajne, ciem­no­zie­lone z czar­nymi wy­ło­gami, zu­peł­nie po­zba­wione zło­tych ga­lo­nów i ozdób. Gdy za­py­ta­łam o po­wód tej zmiany, ka­pi­tan Phe­lan wy­ja­śnił mi, że ma to po­móc strzel­com się ukryć, co nie ma prze­cież żad­nego sensu, bo wszy­scy wie­dzą, że bry­tyj­ski żoł­nierz jest zbyt od­ważny i dumny, by się ukry­wać w cza­sie bi­twy. Chri­sto­pher... to zna­czy ka­pi­tan Phe­lan... do­dał wtedy, że to ze względu na... och, użył ja­kie­goś fran­cu­skiego słowa...

– Ka­mu­flaż? – pod­po­wie­działa za­in­try­go­wana Be­atrix.

– Tak, skąd wie­dzia­łaś?

– Wiele zwie­rząt po­słu­guje się tech­ni­kami ka­mu­flażu, by się ukryć. Na przy­kład ka­me­le­ony. Upie­rze­nie sów po­zwala im zlać się dla nie­wpraw­nego oka z korą drzew. Dzięki temu...

– Wiel­kie nieba, Be­atrix, oszczędź mi ko­lej­nego wy­kładu o zwie­rzę­tach.

– Do­brze, pod wa­run­kiem, że opo­wiesz mi o psie.

Pru­dence po­dała jej list.

– Sama prze­czy­taj.

– Ależ, Pru… – za­pro­te­sto­wała Be­atrix, gdy przy­ja­ciółka we­pchnęła jej do ręki małe, schludne stro­niczki. – Ka­pi­tan Phe­lan mógł na­pi­sać coś bar­dzo oso­bi­stego.

– To by do­piero było szczę­ście! Ten list jest okrop­nie nudny. Nic tylko bi­twy i złe wie­ści.

Chri­sto­pher Phe­lan był ostat­nią osobą, któ­rej Be­atrix chcia­łaby bro­nić, rze­kła jed­nak:

– Prze­cież on wal­czy na Kry­mie, Pru. W cza­sie wojny nie ma chyba zbyt wielu ra­do­snych wy­da­rzeń, o któ­rych mógłby na­pi­sać.

– Cóż, obce kraje ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wały i nie uda­wa­łam przed nim, że jest ina­czej.

Be­atrix uśmiech­nęła się słabo.

– Pru, je­steś pewna, że chcesz być żoną ofi­cera?

– Cóż, oczy­wi­ście… Więk­szość ofi­ce­rów ni­gdy nie uczest­ni­czy w woj­nie. To modni sa­lo­nowcy, któ­rzy zgo­dziw­szy się na pół pen­sji, mają nie­wiele obo­wiąz­ków i nie mu­szą bez­u­stan­nie prze­by­wać w re­gi­men­cie. I tak było rów­nież w przy­padku ka­pi­tana Phe­lana, do­póki nie zo­stał we­zwany. – Pru wzru­szyła ra­mio­nami. – Wojny za­wsze wy­bu­chają nie w porę. Na szczę­ście ka­pi­tan Phe­lan już wkrótce wróci do Hamp­shire.

– Do­prawdy? Skąd wiesz?

– Moi ro­dzice mó­wią, że wojna skoń­czy się przed Bo­żym Na­ro­dze­niem.

– Też tak sły­sza­łam. Tyle że trzeba się za­sta­no­wić, czy aby nie za bar­dzo prze­ce­niamy na­sze moż­li­wo­ści, a nie do­ce­niamy ro­syj­skich.

– Ja­kież to nie­pa­trio­tyczne! – za­wo­łała Pru­dence z kpiną w oczach.

– Pa­trio­tyzm nie ma nic wspól­nego z tym, że Mi­ni­ster­stwo Wojny po­słało trzy­dzie­ści ty­sięcy żoł­nie­rzy na Krym, nie zro­biw­szy wcze­śniej nic. Nie mamy ani wie­dzy na te­mat placu boju, ani żad­nej roz­sąd­nej stra­te­gii.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Z „Ti­mesa”. Ra­porty pu­bli­kują co­dzien­nie. Nie czy­tasz ga­zet?

– Nie sek­cję po­li­tyczną. Moi ro­dzice są zda­nia, że to nie­wła­ściwe za­in­te­re­so­wa­nia dla mło­dej damy.

– Moja ro­dzina oma­wia kwe­stie po­li­tyczne co­dzien­nie pod­czas ko­la­cji, a moje sio­stry i ja bie­rzemy w tych dys­ku­sjach czynny udział. – Be­atrix urwała, po czym do­dała z szel­mow­skim uśmiesz­kiem: – Ośmie­lamy się na­wet mieć wła­sne zda­nie.

Pru­dence sze­roko otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

– Mój Boże. Cóż, nie po­win­nam być za­sko­czona. Wszy­scy wie­dzą, że twoja ro­dzina jest… inna.

Okre­śle­nie to na­le­żało do znacz­nie mil­szych niż te, któ­rymi za­zwy­czaj opi­sy­wano ro­dzinę Ha­tha­wayów – pię­cioro ro­dzeń­stwa, z któ­rych naj­star­szy był Leo, po­tem Ame­lia, Win­ni­fred, Poppy i Be­atrix. Po śmierci ro­dzi­ców Ha­tha­way­owie do­świad­czyli zdu­mie­wa­ją­cej od­miany losu. Przy­szli na świat jako pro­ści lu­dzie, da­leko spo­krew­nieni z ary­sto­kra­tyczną ga­łę­zią ro­dziny. W wy­niku se­rii nie­for­tun­nych in­cy­den­tów Leo odzie­dzi­czył ty­tuł wi­ceh­ra­biego, na co ani on, ani jego sio­stry nie byli przy­go­to­wani. Mu­sieli prze­pro­wa­dzić się z ma­łej wio­ski Prim­rose Place do po­sia­dło­ści Ram­say w hrab­stwie Hamp­shire.

Przez sześć lat na­uczyli się tyle, by przy­sto­so­wać się do ży­cia w to­wa­rzy­stwie. Nikt jed­nak nie na­uczył ich my­śleć jak ary­sto­kra­cja, nie prze­jęli też jej sys­temu war­to­ści i zwy­cza­jów. Byli za­możni, ale nie byli od­po­wied­nio wy­cho­wani, nie mieli ko­nek­sji. Każda inna ro­dzina w ta­kiej sy­tu­acji pró­bo­wa­łaby pod­nieść swój sta­tus po­przez mał­żeń­stwa, Ha­tha­way­owie na­to­miast wo­leli po­bie­rać się z mi­ło­ści.

Be­atrix miała po­ważne wąt­pli­wo­ści, czy ona sama kie­dy­kol­wiek sta­nie na ślub­nym ko­biercu. Miała nie­po­korną na­turę, więk­szość dni spę­dzała poza do­mem, jeż­dżąc konno i spa­ce­ru­jąc po la­sach, mo­cza­rach i łą­kach Hamp­shire. Nad to­wa­rzy­stwo lu­dzi przed­kła­dała to­wa­rzy­stwo zwie­rząt, ota­czała opieką wszyst­kie ranne i osie­ro­cone stwo­rze­nia, na które się na­ty­kała. Te, które same nie prze­trwa­łyby na wol­no­ści, sta­wały się jej pu­pi­lami. Na świe­żym po­wie­trzu czuła się szczę­śliwa i speł­niona. W sali ba­lo­wej ży­cie tra­ciło dla niej cały urok.

Co­raz czę­ściej jed­nak Be­atrix do­skwie­rało nie­za­do­wo­le­nie. Czuła nie­zde­fi­nio­waną tę­sk­notę. Tyle że ni­gdy do­tąd nie spo­tkała męż­czy­zny, który byłby dla niej od­po­wiedni. Na pewno nie nada­wała się na żonę tych bla­dych, wy­ra­fi­no­wa­nych osob­ni­ków za­lud­nia­ją­cych lon­dyń­skie sa­lony. Dziar­scy wiej­scy dżen­tel­meni byli bar­dziej po­cią­ga­jący, ale ża­den z nich nie po­sia­dał cech, któ­rych Be­atrix szu­kała. Ma­rzyła o męż­czyź­nie, który do­rów­na­łby jej siłą woli. Pra­gnęła na­mięt­nie ko­chać… sta­no­wić wy­zwa­nie… zbi­jać z nóg.

Spoj­rzała na list, który trzy­mała w dło­niach.

Nie da­rzyła Chri­sto­phera Phe­lana nie­chę­cią, wie­działa jed­nak o jego nie­przy­chyl­no­ści wo­bec tego, co ona sobą re­pre­zen­to­wała. Uro­dzony jako ary­sto­krata, wy­ra­fi­no­wany Phe­lan po­ru­szał się z wielką swo­bodą w śro­do­wi­sku, które było jej z gruntu obce. Był dru­gim sy­nem za­moż­nej ro­dziny z są­siedz­twa, jego dzia­dek ze strony matki był hra­bią, a przod­ko­wie jego ojca zbili ma­ją­tek na że­glu­dze.

Phe­la­no­wie nie mieli prawa do ty­tułu, ale naj­star­szy syn, John, miał po śmierci hra­biego odzie­dzi­czyć po­sia­dłość Ri­ver­ton w War­wick­shire. John był sta­tecz­nym, od­po­wie­dzial­nym męż­czy­zną, szcze­rze od­da­nym swej żo­nie, Au­drey.

Chri­sto­pher był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Nie ma­jąc wi­do­ków na ma­ją­tek jako drugi syn, w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat za­ku­pił pa­tent ofi­cer­ski. Słu­żył w ran­dze młod­szego ofi­cera ka­wa­le­rii, do czego ze swą mę­ską urodą do­sko­nale się nada­wał – jego głów­nym za­da­niem było uczest­ni­cze­nie w pa­ra­dach i musz­trach. Cie­szył się wiel­kim po­wo­dze­niem wśród lon­dyń­skich dam, dla­tego też czę­sto jeź­dził do sto­licy, gdzie spę­dzał czas, tań­cząc, pi­jąc, upra­wia­jąc ha­zard, ku­pu­jąc wy­kwintne stroje i od­da­jąc się skan­da­licz­nym ro­man­som.

Be­atrix spo­tkała Chri­sto­phera Phe­lana dwu­krot­nie, po raz pierw­szy na lo­kal­nej po­tań­cówce, po któ­rej ochrzciła go mia­nem naj­więk­szego aro­ganta w ca­łym Hamp­shire. Za dru­gim ra­zem, pod­czas pik­niku, zmie­niła zda­nie i do­szła do wnio­sku, że to naj­bar­dziej aro­gancki czło­wiek na ca­łym świe­cie.

– Młoda panna Ha­tha­way to dzi­waczne stwo­rze­nie – po­wie­dział Phe­lan do swego to­wa­rzy­sza, co przez przy­pa­dek pod­słu­chała Be­atrix.

– Moim zda­niem jest cza­ru­jąca i ory­gi­na­lna – za­pro­te­sto­wał jego druh. – I z żadną ko­bietą nie roz­ma­wia się o ko­niach tak do­brze jak z nią.

– To lo­giczne – pa­dła drwiąca ri­po­sta. – Znacz­nie bar­dziej pa­suje prze­cież do stajni niż do sa­lonu.

Od tam­tej pory Be­atrix uni­kała go, jak tylko mo­gła. Nie miała nic prze­ciwko ukry­temu po­rów­na­niu jej do ko­nia, bo ko­nie są prze­cież pięk­nymi zwie­rzę­tami, ob­da­rzo­nymi hojną, szla­chetną na­turą. Wie­działa też, że choć może nie jest pięk­no­ścią, po­siada pe­wien urok. Nie­je­den męż­czy­zna kom­ple­men­to­wał już jej ciem­no­brą­zowe włosy i nie­bie­skie oczy.

Nie mo­gła się jed­nak rów­nać z olśnie­wa­ją­cym Chri­sto­phe­rem Phe­la­nem, pięk­nym jak Lan­ce­lot. Ga­briel. Albo Lu­cy­fer, je­śli wie­rzyć w to, że był on kie­dyś naj­pięk­niej­szym ar­cha­nio­łem. Phe­lan był wy­soki, miał błysz­czące oczy i włosy ko­loru ciem­nej ozi­mej psze­nicy mu­śnię­tej słoń­cem. Był silny, po­stawny, miał sze­ro­kie ra­miona i wą­skie bio­dra. Po­ru­szał się z nie­dbałą gra­cją, a jed­no­cze­śnie pro­mie­nio­wał ży­wot­no­ścią, ni­czym dra­pieżca.

Po pew­nym cza­sie Phe­lan zo­stał od­wo­łany ze swego re­gi­mentu i prze­nie­siony do Bry­gady Strzel­ców. Strzelcy, jak ich na­zy­wano, byli do­bo­ro­wym od­dzia­łem, szko­lo­nym do tego, by jak naj­czę­ściej wy­ka­zy­wać wła­sną ini­cja­tywę. Ich za­da­niem było zaj­mo­wać po­zy­cje na czele frontu i li­kwi­do­wać ofi­ce­rów i ko­nie, które były poza za­się­giem strzału zwy­kłych żoł­nie­rzy. Phe­lana ce­cho­wały wy­jąt­kowe umie­jęt­no­ści strze­lec­kie, dla­tego też szybko zo­stał awan­so­wany do stop­nia ka­pi­tana.

Be­atrix stwier­dziła z roz­ba­wie­niem, że na pewno go to nie ucie­szyło. Mu­siał bo­wiem za­mie­nić piękny mun­dur ka­wa­le­rii na zwy­kły zie­lony uni­form po­zba­wiony ozdób.

– Na­prawdę mo­żesz prze­czy­tać list – po­wtó­rzyła Pru, sia­da­jąc przy to­a­letce. – Mu­szę jesz­cze po­pra­wić włosy, za­nim wyj­dziemy.

– Masz uro­czą fry­zurę – za­uwa­żyła Be­atrix, nie do­strze­ga­jąc żad­nych skaz w mi­ster­nym upię­ciu ja­snych war­ko­czy. – A poza tym idziemy prze­cież tylko do wio­ski. Nikt z jej miesz­kań­ców nie za­uważy, że twoja fry­zura nie jest ide­alna.

– Ja będę wie­dzieć. Poza tym ni­gdy nie wia­domo, kogo spo­tkamy.

Be­atrix, wie­dząc, jaką wagę przy­ja­ciółka przy­kłada do swego wy­glądu, uśmiech­nęła się tylko i po­krę­ciła głową.

– Do­brze. Je­śli na­prawdę nie masz nic prze­ciwko temu, bym rzu­ciła okiem na list ka­pi­tana Phe­lana, prze­czy­tam tylko hi­sto­rię o psie.

– Za­śniesz, za­nim do­trzesz do psa – na­po­mknęła Pru­dence, wsu­wa­jąc we włosy ko­lejną spinkę.

Be­atrix po­chy­liła się nad krzy­wymi li­nij­kami. Słowa wy­glą­dały jak po­kur­czone, cia­sne sploty li­ter jakby pró­bo­wały wy­sko­czyć z kartki.

Droga Pru­dence,

sie­dzę w za­ku­rzo­nym na­mio­cie, pró­bu­jąc wy­my­ślić, co elo­kwent­nego mógł­bym na­pi­sać. Od­cho­dzę od zmy­słów. Za­słu­gu­jesz na piękne słowa, a we mnie zo­stało tylko to: my­ślę o To­bie bez­u­stan­nie. O Two­jej dłoni, którą do mnie pi­sa­łaś i o za­pa­chu per­fum na Twoim nad­garstku. Pra­gnę ci­szy i czy­stego po­wie­trza, łóżka z miękką, białą po­duszką…

Be­atrix unio­sła brwi, jej puls przy­spie­szył. Prze­rwała czy­ta­nie i zer­k­nęła na Pru­dence.

– To jest twoim zda­niem nudne? – za­py­tała ci­cho, czu­jąc ob­le­wa­jący ją ru­mie­niec.

– Tylko po­czą­tek jest zno­śny – od­parła Pru­dence. – Czy­taj da­lej.

Dwa dni temu pod­czas mar­szu wzdłuż wy­brzeża na Se­wa­sto­pol star­li­śmy się nad rzeką Almą z Ro­sja­nami. Po­do­bno od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo. Ja jed­nak wcale tego nie czuję. Stra­ci­li­śmy co naj­mniej dwie trze­cie ofi­ce­rów re­gi­mentu i pra­wie ćwierć pod­ofi­ce­rów. Wczo­raj ich grze­ba­li­śmy. Li­sta po­le­głych li­czy już trzy­sta sześć­dzie­siąt an­giel­skich na­zwisk, ko­lejni żoł­nie­rze umie­rają na sku­tek od­nie­sio­nych ran.

Je­den z po­le­głych, ka­pi­tan Bri­gh­ton, przy­wiózł ze sobą psa, szorst­ko­wło­sego te­riera, który wabi się Al­bert. To bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej nie­po­słuszny pies na świe­cie. Gdy skła­da­li­śmy Bri­gh­tona do grobu, zwie­rzak sie­dział przy mo­gile i bez­u­stan­nie wył, pró­bo­wał ugryźć każ­dego, kto pod­szedł bli­żej. Po­peł­ni­łem błąd, po­da­jąc mu ka­wa­łek her­bat­nika, i te­raz to tępe stwo­rze­nie wszę­dzie za mną łazi. Sie­dzi w moim na­mio­cie i gapi się na mnie na wpół osza­la­łym wzro­kiem. Cią­gle wyje. Gdy pod­cho­dzę do niego, pró­buje za­to­pić kły w mo­jej ręce. Za­strze­lił­bym go, ale mam dość za­bi­ja­nia.

Ro­dziny opła­kują już za­pewne tych, któ­rym ode­bra­łem ży­cie. Sy­no­wie, bra­cia, oj­co­wie. Za­słu­ży­łem na pie­kło po tym, co zro­bi­łem, a wojna le­d­wie się roz­po­częła. Zmie­niam się, i to na gor­sze, nie na lep­sze. Męż­czy­zny, któ­rego zna­łaś, już nie ma, oba­wiam się, że nie spodoba Ci się ten, który go za­stą­pił.

Odór śmierci, Pru… wci­ska się wszę­dzie.

Pole bi­twy usiane jest frag­men­tami ciał, ubrań, po­de­szwami bu­tów. Czy mo­żesz wy­obra­zić so­bie eks­plo­zję tak silną, że zrywa z bu­tów po­de­szwy? Po­do­bno na­stęp­nej wio­sny po bi­twie łąki za­lewa po­wódź kwia­tów – zie­mia jest tak zryta, spulch­niona, że na­siona mają miej­sce na nowe ko­rze­nie. Chciał­bym po­grą­żyć się w ża­ło­bie, ale tu nie ma na nią miej­sca. Czasu. Mu­szę ukryć swoje uczu­cia.

Czy gdzieś na świe­cie jesz­cze pa­nuje spo­kój? Pro­szę, opisz mi go. Na­pisz mi, co te­raz ha­ftu­jesz, jaką pio­senkę lu­bisz naj­bar­dziej. Czy w Stony Cross pada? Czy li­ście już zmie­niają barwy?

Twój

Chri­sto­pher Phe­lan

Gdy Be­atrix skoń­czyła czy­tać, w jej sercu za­gnieź­dziło się oso­bliwe uczu­cie: pełna zdu­mie­nia li­tość.

Nie­moż­liwe, by taki list wy­szedł spod pióra aro­ganc­kiego Chri­sto­phera Phe­lana. Nie spo­dzie­wała się tego. Wy­czy­tała po­mię­dzy wier­szami wraż­li­wość i ci­chą tę­sk­notę, która ją do głębi wzru­szyła.

– Mu­sisz mu od­pi­sać, Pru – oświad­czyła, skła­da­jąc ostroż­nie ar­ku­sik pa­pieru.

– Nie mam naj­mniej­szego za­miaru. Spro­wo­ko­wa­ła­bym tym tylko jesz­cze wię­cej na­rze­kań. Je­śli nie od­pi­szę, może to mu da do my­śle­nia, i na­stęp­nym ra­zem na­pi­sze coś we­sel­szego.

Be­atrix zmarsz­czyła brwi.

– Jak do­brze wiesz, nie ży­wię sym­pa­tii do ka­pi­tana Phe­lana, ale ten list… on za­słu­guje na twoją sym­pa­tię, Pru. Skreśl kilka li­ni­jek. Parę słów po­cie­sze­nia. To zaj­mie ci tylko chwilę. I mam radę od­no­śnie do tego psa…

– Nie mam za­miaru roz­pi­sy­wać się na te­mat pie­kiel­nego psa. – Pru­dence prych­nęła nie­cier­pli­wie. – Ty do niego na­pisz.

– Ja? Prze­cież on nie chce ze mną ko­re­spon­do­wać. Uważa, że je­stem dzi­waczna.

– Nie ro­zu­miem dla­czego. Tylko dla­tego, że przy­nio­słaś Me­duzę na pik­nik…

– To prze­cież bar­dzo do­brze wy­cho­wany jeż.

– Dżen­tel­men, który się na nią na­dział, był chyba in­nego zda­nia.

– To dla­tego, że źle do tego pod­szedł. Gdy chcesz wziąć na ręce jeża…

– Nie, na­prawdę nie ma po­trzeby mi tego tłu­ma­czyć, bo ni­gdy nie za­mie­rzam żad­nego brać na ręce. A co do ka­pi­tana Phe­lana… je­śli na­prawdę się upie­rasz, mo­żesz mu od­pi­sać i pod­pi­sać się moim imie­niem.

– Nie po­zna, że to inny cha­rak­ter pi­sma?

– Nie, bo ja jesz­cze ni­gdy do niego nie na­pi­sa­łam.

– Ale prze­cież to nie do mnie się za­leca – za­pro­te­sto­wała Be­atrix. – Nic o nim nie wiem.

– Wiesz pew­nie tyle, ile ja. Znasz jego ro­dzinę, przy­jaź­nisz się z jego szwa­gierką. Ja też nie na­zwa­ła­bym ka­pi­tana Phe­lana swoim kon­ku­ren­tem. A już na pewno nie jest je­dyny. Nie za­mie­rzam ni­czego mu obie­cy­wać, do­póki nie wróci z wojny z wszyst­kimi koń­czy­nami. Nie wyjdę za ko­goś, kogo będę mu­siała wo­zić wszę­dzie w wózku in­wa­lidz­kim.

– Pru, twoje prze­my­śle­nia są głę­bo­kie jak ka­łuża.

Pru­dence uśmiech­nęła się uro­czo.

– Przy­naj­mniej je­stem szczera.

Be­atrix spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z po­wąt­pie­wa­niem.

– Na­prawdę za­mie­rzasz zrzu­cić na mnie obo­wią­zek pi­sa­nia li­stu mi­ło­snego do jed­nego z two­ich zna­jo­mych?

Pru­dence mach­nęła nie­dbale dło­nią.

– To nie bę­dzie list mi­ło­sny. On do mnie o mi­ło­ści nie pi­sał. Wy­myśl coś ra­do­snego i do­da­ją­cego otu­chy.

Be­atrix wło­żyła list do kie­szeni sukni spa­ce­ro­wej. Wciąż jesz­cze to­czyła ze sobą w głębi du­cha spór – wie­działa, że wąt­pli­wego mo­ral­nie dzia­ła­nia nie uspra­wie­dli­wiają na­wet słuszne po­budki. Nie mo­gła jed­nak wy­rzu­cić z my­śli ob­razu wy­czer­pa­nego żoł­nie­rza, skre­śla­ją­cego w po­śpie­chu w za­ci­szu na­miotu kilku li­ni­jek dłońmi po­kry­tymi pę­che­rzami od ko­pa­nia gro­bów dla swych to­wa­rzy­szy broni. I wy­nędz­nia­łego psa wy­ją­cego w ką­cie.

Czuła się zu­peł­nie nie­od­po­wied­nią osobą do na­pi­sa­nia tego li­stu. I po­dej­rze­wała, że Pru­dence czuje to samo.

Pró­bo­wała wczuć się w sy­tu­ację Chri­sto­phera – po­rzu­cił wy­stawne ży­cie dla świata, który dzień po dniu za­gra­żał jego ist­nie­niu. Mi­nuta po mi­nu­cie. Nie mo­gła so­bie wy­obra­zić ze­psu­tego, przy­stoj­nego Phe­lana, który zmaga się z nie­bez­pie­czeń­stwem i trud­no­ściami. Gło­dem. Sa­mot­no­ścią.

Spoj­rzała w za­du­mie na przy­ja­ciółkę, ich oczy spo­tkały się w zwier­cia­dle.

– Jaka jest twoja ulu­biona pio­senka, Pru?

– Nie mam ta­kiej. Na­pisz mu, jaka jest twoja.

– Czy nie po­win­ny­śmy omó­wić tego z Au­drey? – za­py­tała Be­atrix, ma­jąc na my­śli szwa­gierkę Phe­lana.

– Ab­so­lut­nie nie. Au­drey ma po­ważny pro­blem ze szcze­ro­ścią. Nie wy­sła­łaby li­stu, gdyby wie­działa, że to nie ja go na­pi­sa­łam.

Be­atrix wy­dała z sie­bie dźwięk, który mógł być za­równo śmie­chem, jak i ję­kiem.

– Nie na­zwa­ła­bym tego pro­ble­mem ze szcze­ro­ścią. Och, Pru, bar­dzo cię pro­szę, zmień zda­nie i na­pisz do niego. Tak bę­dzie znacz­nie ła­twiej.

Pru­dence jed­nak, gdy była na­ci­skana, za­zwy­czaj po­pa­dała w ośli upór i ta sy­tu­acja nie była wy­jąt­kiem.

– Ła­twiej dla wszyst­kich, tylko nie dla mnie – oświad­czyła su­cho. – Nie wiem, jak od­po­wie­dzieć na taki list. Zresztą on już pew­nie za­po­mniał, że w ogóle go na­pi­sał. – Od­wró­ciła się do lu­stra i mu­snęła wargi bal­sa­mem z ró­ża­nych płat­ków.

Pru­dence była uro­cza, miała twa­rzyczkę w kształ­cie serca, cien­kie brwi i ogromne zie­lone oczy. Lu­stro nie od­zwier­cie­dlało jed­nak wszyst­kiego. Nie można było po­znać, co Pru­dence tak na­prawdę czuje do Chri­sto­phera Phe­lana. Jedno było pewne: na­le­żało na list od­pi­sać, na­wet nie­udol­nie i nie wstrzy­my­wać dłu­żej od­po­wie­dzi. Bo cza­sami mil­cze­nie rani bar­dziej niż kule.

W za­ci­szu swej sy­pialni w Ram­say Ho­use Be­atrix usia­dła przy biurku i za­nu­rzyła pióro w ciem­no­nie­bie­skim atra­men­cie. Trzy­noga szara kotka o imie­niu Szczę­ściara wy­cią­gnęła się na bla­cie obok niej i wpa­try­wała się w nią uważ­nie. Jeż Me­duza za­jął miej­sce po dru­giej stro­nie. Szczę­ściara, z na­tury wy­jąt­kowo wraż­liwa, ni­gdy nie do­ku­czała kłu­ją­cej ma­łej kulce.

Be­atrix prze­czy­tała raz jesz­cze list Phe­lana, po czym za­częła pi­sać.

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion Bry­gady Strzel­ców

Obóz Dru­giej Dy­wi­zji, Krym

17 paź­dzier­nika 1854 roku

Prze­rwała i po­gła­skała przed­nią łapkę Szczę­ściary opusz­kiem palca.

– Jak Pru roz­po­czę­łaby list? – za­sta­na­wiała się na głos. – Czy na­zwa­łaby go Naj­droż­szym? Uko­cha­nym? – Zmarsz­czyła nos.

Pi­sa­nie li­stów nie było jej mocną stroną. Po­cho­dziła z wy­jąt­kowo elo­kwent­nej ro­dziny, ale sama czyny ce­niła wy­żej niż słowa. Była prze­ko­nana, że może do­wie­dzieć się o dru­giej oso­bie znacz­nie wię­cej pod­czas krót­kiego spa­ceru, niż sie­dząc w sa­lo­nie i kon­wer­su­jąc go­dzi­nami.

Roz­wa­żała różne opcje na­głów­ków, które może skie­ro­wać do ad­re­sata zu­peł­nie obca osoba po­da­jąca się za ko­goś in­nego, aż w końcu się pod­dała.

– Do dia­ska, będę pi­sać tak, jak mi się po­doba. On i tak bę­dzie za­pewne zbyt zmę­czony po bi­twie, by za­sta­na­wiać się nad tym, dla­czego list nie brzmi jak Pru.

Szczę­ściara uło­żyła główkę na ła­pie i przy­mknęła oczy. Mruk­nęła ci­cho.

Be­atrix za­częła pi­sać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

czy­ta­łam do­nie­sie­nia z bi­twy nad Almą. Pan Rus­sell z „Ti­mesa” twier­dzi, że Bry­gada Strzel­ców wy­su­nęła się na czoło i za­strze­liła kilku ofi­ce­rów wroga, co wpro­wa­dziło po­płoch w jego sze­re­gach. Pan Rus­sell za­uwa­żył też z po­dzi­wem, że strzelcy ni­gdy się nie co­fają ani na­wet nie uchy­lają pod gra­dem kul.

Po­dzie­lam jego po­dziw, sza­nowny Pa­nie, ale pra­gnę do­dać, że moim zda­niem żoł­nierz nie traci nic ze swej od­wagi, je­śli jed­nak uchyli się, gdy do niego strze­lają. Może też się po­chy­lić, zro­bić unik, zejść kuli z drogi, a na­wet ukryć się za skałą. Obie­cuję, że ja wcale nie po­my­ślę przez to o Panu go­rzej!

Czy Al­bert wciąż tam jest? Na­dal gry­zie? Moja przy­ja­ciółka Be­atrix (ta sama, która przy­nosi jeże na pik­niki) twier­dzi, że pies ma zbyt dużo bodź­ców i jest prze­ra­żony. Psy to w głębi serca wilki, po­trze­bują więc przy­wódcy, musi Pan wy­raź­nie dać mu do zro­zu­mie­nia, że to Pan do­mi­nuje. Je­śli bę­dzie pró­bo­wał ugryźć, pro­szę wziąć w dło­nie cały jego pysk, na­ci­snąć lekko i po­wie­dzieć „nie” sta­now­czym gło­sem.

Moja ulu­biona pio­senka to „Za wzgó­rzami i da­leko stąd”. Wczo­raj w Hamp­shire pa­dało, prze­szła nad nami ła­godna je­sienna bu­rza, która nie strą­ciła z drzew prak­tycz­nie ani jed­nego li­ścia. Da­lie już prze­kwi­tły, przy­mro­zek ściął chry­zan­temy, ale po­wie­trze pach­nie bo­sko, opa­dłymi li­śćmi, mo­krą korą i doj­rza­łymi jabł­kami. Za­uwa­żył Pan, że każdy mie­siąc ma swój wła­sny za­pach? Maj i paź­dzier­nik pachną moim zda­niem naj­ład­niej.

Py­tał Pan, czy jest na świe­cie jesz­cze ja­kieś spo­kojne miej­sce. Z ża­lem do­no­szę, że na pewno nie jest nim Stony Cross. Kilka dni temu osioł pana Mawd­sleya uciekł z obórki i ja­kimś cu­dem prze­do­stał się na ogro­dzone pa­stwi­sko, na któ­rym pa­sła się nie­winna klacz pana Ca­irda. Osioł bez­czel­nie ją uwiódł, w wy­niku czego klacz bę­dzie miała małe. Roz­go­rzał więc spór po­mię­dzy Ca­ir­dem, który do­maga się za to fi­nan­so­wej re­kom­pen­saty, a Mawd­sleyem, który twier­dzi, że gdyby płot pa­stwi­ska był w do­brym sta­nie, nie do­szłoby do tej po­ta­jem­nej schadzki. Co gor­sza, Mawd­sley za­su­ge­ro­wał też, że klacz jest bez­wstydną la­ta­wicą i wcale nie pró­bo­wała chro­nić swo­jej cnoty.

Czy na­prawdę my­śli Pan, że za­słu­żył so­bie na pie­kło? Ja nie wie­rzę w pie­kło, na pewno nie po śmierci. Pie­kło czy­nią so­bie lu­dzie tu, na ziemi.

Pi­sze Pan, że dżen­tel­mena, któ­rego zna­łam, ktoś za­stą­pił. Bar­dzo chcia­ła­bym Panu do­dać otu­chy, ale mogę tylko za­pew­nić, że nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się Pan zmie­nił, bę­dzie Pan mile wi­dziany po po­wro­cie. Pro­szę ro­bić to, co Pan musi. Je­śli to po­maga, pro­szę ukryć swe uczu­cia i za­mknąć je na klucz. Może pew­nego dnia ra­zem je uwol­nimy.

Pań­ska

Pru­dence

Be­atrix ni­gdy umyśl­nie ni­kogo nie oszu­kała. Czu­łaby się znacz­nie le­piej, gdyby mo­gła w swoim imie­niu pod­pi­sać list. Pa­mię­tała jed­nak do­sko­nale jego po­gar­dliwe do­cinki. Nie chciałby otrzy­mać li­stu od „dzi­wacz­nej Be­atrix Ha­tha­way”. Chciał ko­re­spon­do­wać z piękną zło­to­włosą Pru­dence Mer­cer. Czyż jej list nie jest lep­szy niż brak li­stu w ogóle? Czło­wiek w jego sy­tu­acji po­trze­buje za­pewne wszel­kich słów otu­chy, ja­kie los może mu za­ofe­ro­wać.

Po­trze­buje ko­goś, kto by o nim my­ślał.

A z ja­kie­goś względu po lek­tu­rze jego li­stu Be­atrix my­ślała o nim prak­tycz­nie bez­u­stan­nie.Roz­dział 2

Peł­nia przed je­sienną rów­no­nocą przy­nio­sła ze sobą piękną su­chą po­godę. Dzier­żawcy z Ram­say i na­jemni ro­bot­nicy ze­brali naj­bar­dziej ob­fite plony w hi­sto­rii ma­jątku. Tak jak wszy­scy, Be­atrix była bar­dzo za­jęta zbio­rami i or­ga­ni­za­cją za­bawy, która na­stę­po­wała na ich za­koń­cze­nie. Ha­tha­way­owie wy­da­wali dla po­nad ty­siąca go­ści obiad na świe­żym po­wie­trzu i po­tań­cówkę.

Ku jej ogrom­nemu roz­cza­ro­wa­niu Au­drey Phe­lan wy­mó­wiła się od wzię­cia udziału w fe­sty­nie, po­nie­waż jej mąż John cier­piał na upo­rczywy ka­szel. Au­drey wo­lała zo­stać w domu, by się nim opie­ko­wać. „Dok­tor zo­sta­wił le­kar­stwo, które już bar­dzo po­mo­gło Joh­nowi” – na­pi­sała do Be­atrix – „za­zna­czył jed­nak, że wa­run­kiem po­wrotu Johna do zdro­wia jest nie­za­kłó­cony wy­po­czy­nek w łóżku”.

Pod ko­niec li­sto­pada Be­atrix wy­brała się do domu Phe­la­nów drogą przez las pe­łen sę­ka­tych dę­bów i roz­ło­ży­stych bu­ków. Ciemne ga­łę­zie drzew po­kry­wały war­stwy szronu lśnią­cego jak po­kru­szony cu­kier w świe­tle słońca prze­bi­ja­ją­cego się przez gę­stą za­słonę chmur. W so­lid­nych trze­wi­kach Be­atrix pew­nie stą­pała po zmro­żo­nych su­chych li­ściach i mchu.

Jej oczom uka­zał się dom Phe­la­nów, daw­niej kró­lew­ski pa­wi­lon my­śliw­ski, duży, po­ro­śnięty blusz­czem bu­dy­nek oto­czony dzie­się­cioma akrami la­sów. Ko­bieta we­szła na uro­czą ka­mienną ścieżkę, obe­szła dom i sta­nęła u fron­to­wych drzwi.

– Be­atrix.

Gdy usły­szała ci­chy głos, od­wró­ciła się i zo­ba­czyła na ka­mien­nej ławce Au­drey Phe­lan.

– Och, wi­taj – przy­wi­tała ją ra­do­śnie. – Tak dawno się nie wi­dzia­ły­śmy, więc po­my­śla­łam, że… – Umil­kła, gdy przyj­rzała się przy­ja­ciółce bli­żej.

Au­drey miała na so­bie pro­stą co­dzienną suk­nię, szary ma­te­riał wta­piał się w tło je­sien­nego lasu. Be­atrix nie za­uwa­żyła jej wcze­śniej, bo była wy­jąt­kowo ci­cha i nie­ru­choma.

Przy­jaź­niły się od trzech lat, od dnia, w któ­rym Au­drey po­ślu­biła Johna i za­miesz­kała w Stony Cross. W bez­tro­skim na­stroju Be­atrix spę­dzała czas z Pru­dence, gdy jed­nak po­ja­wiał się smu­tek i kło­poty, zwra­cała się do Au­drey.

Bea zmarsz­czyła brwi na wi­dok twa­rzy pani Phe­lan, do­słow­nie wy­pra­nej z ko­loru. Jej oczy i nos były za­czer­wie­nione i opuch­nięte.

– Nie masz szala ani pe­le­ryny.

– Nic mi nie bę­dzie – szep­nęła Au­drey. Jej ra­miona za­drżały. Po­krę­ciła głową i wy­cią­gnęła dłoń, gdy Be­atrix zdjęła ciężką weł­nianą na­rzutkę i otu­liła nią jej szczu­płą po­stać. – Nie, Bea, nie…

– Roz­grzała mnie ta prze­chadzka – oświad­czyła Be­atrix, sia­da­jąc obok przy­ja­ciółki na lo­do­wa­tej ławce. Mi­nęła długa chwila mil­cze­nia, Au­drey z wy­sił­kiem prze­łknęła łzy. Coś mu­siało się stać. Be­atrix sie­działa cier­pli­wie, czu­jąc ucisk w gar­dle. – Au­drey – po­wie­działa w końcu – czy coś się stało ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi?

Au­drey spoj­rzała na nią pu­stym wzro­kiem, jakby py­ta­nie zo­stało za­dane w ob­cym ję­zyku, któ­rego nie zro­zu­miała.

– Ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi? – po­wtó­rzyła ci­cho i lekko po­krę­ciła głową. – Nie, o ile wiem, Chri­sto­pher miewa się do­brze. Do­sta­li­śmy od niego wczo­raj pa­kiet li­stów. Je­den z nich jest za­adre­so­wany do Pru­dence.

Be­atrix ogar­nęła obez­wład­nia­jąca ulga.

– Mogę jej go za­nieść, je­śli chcesz – za­ofe­ro­wała, si­ląc się na obo­jęt­ność.

– Tak, bar­dzo byś mi po­mo­gła. – Au­drey za­częła wy­krę­cać so­bie palce.

Be­atrix ostroż­nie po­ło­żyła na nich dło­nie.

– Czy stan two­jego męża się po­gor­szył?

– Le­karz wła­śnie wy­szedł. – Au­drey wzięła głę­boki od­dech. – John ma su­choty.

Be­atrix za­ci­snęła dłoń na jej pal­cach.

Sie­działy w mil­cze­niu, gdy lo­do­waty wiatr sze­le­ścił w ga­łę­ziach drzew.

Taka nie­spra­wie­dli­wość była nie do po­ję­cia. John Phe­lan był do­brym czło­wie­kiem, za­wsze sko­rym do po­mocy bliź­niemu. Za­pła­cił za le­cze­nie żony jed­nego z miesz­kań­ców wio­ski, któ­rej nie było na to stać, po­zwo­lił oko­licz­nym dzie­ciom po­bie­rać lek­cje gry na pia­ni­nie, które stało w jego domu, sfi­nan­so­wał też od­bu­dowę po po­ża­rze pie­karni w Stony Cross. Ro­bił to wszystko dys­kret­nie, jakby czuł za­że­no­wa­nie na myśl, że ktoś może się do­wie­dzieć o jego do­brych uczyn­kach. Dla­czego cho­roba mu­siała do­tknąć ko­goś ta­kiego?

– To nie jest wy­rok śmierci – oświad­czyła w końcu Be­atrix. – Nie­któ­rzy lu­dzie do­cho­dzą do zdro­wia.

– Je­den na pię­ciu – od­parła Au­drey smutno.

– Twój mąż jest młody i silny. To on bę­dzie tym jed­nym z pię­ciu.

Au­drey z wy­sił­kiem ski­nęła głową, ale nic nie po­wie­działa.

Obie do­sko­nale wie­działy, że su­choty to wy­jąt­kowo zło­śliwa przy­pa­dłość, która wy­nisz­cza płuca, po­wo­du­jąc dra­styczny uby­tek masy ciała i zmę­cze­nie. Naj­gor­szy był jed­nak ka­szel, który drę­czył cho­rego prak­tycz­nie bez­u­stan­nie, wy­wo­ły­wał krwo­toki i do­pro­wa­dzał do stanu, w któ­rym płuca nie mo­gły unieść się w ko­lej­nym od­de­chu.

– Mój szwa­gier Cam ma roz­le­głą wie­dzę na te­mat ziół i na­tu­ral­nych le­ków – na­po­mknęła Be­atrix. – Jego babka była uzdro­wi­cielką.

– Cy­gań­skie le­kar­stwa? – za­py­tała z po­wąt­pie­wa­niem Au­drey.

– Mu­sisz wszyst­kiego spró­bo­wać. Na­wet cy­gań­skich le­ków. Ro­mo­wie żyją w zgo­dzie z na­turą, po­znali jej uzdra­wia­jącą moc. Po­pro­szę Cama, by spo­rzą­dził to­nik, który po­może na płuca pana Phe­lana i…

– John za­pewne nie zgo­dzi się go za­żyć – od­parła Au­drey. – Jego matka rów­nież bę­dzie się sprze­ci­wiać. Phe­la­no­wie są bar­dzo kon­ser­wa­tywni. Je­śli lek nie spo­czy­wał wcze­śniej w tor­bie le­kar­skiej lub na ap­te­kar­skiej półce, nie za­żyją go.

– I tak przy­niosę ci coś od Cama.

Au­drey prze­chy­liła głowę i oparła ją na chwilę na ra­mie­niu Be­atrix.

– Je­steś do­brą przy­ja­ciółką, Beo. Będę cię po­trze­bo­wać w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach.

– Będę tu.

Ko­lejny lo­do­waty po­dmuch prze­gryzł się przez rę­kawy Be­atrix. Au­drey otrzą­snęła się z nie­szczę­ścia, wstała i od­dała jej na­rzutkę.

– Wejdźmy do środka, dam ci list dla Pru.

Wnę­trze domu było przy­tulne i cie­płe; po­koje były prze­strzenne, przez szyby wy­so­kich okien wpa­dało do środka zi­mowe świa­tło. Pa­liło się we wszyst­kich ko­min­kach, cie­pło wy­peł­niało utrzy­mane w nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści po­miesz­cze­nia. Dom Phe­la­nów był sto­no­wany i gu­stowny, oka­załe me­ble świad­czyły o wie­lo­wie­ko­wej za­moż­no­ści.

– Gdzie twoja te­ściowa? – za­py­tała Be­atrix, idąc za Au­drey po scho­dach.

– Od­po­czywa w swoim po­koju. Wie­ści były dla niej szcze­gól­nie trudne. John za­wsze był jej ulu­bień­cem.

Be­atrix do­sko­nale o tym wie­działa, po­dob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Stony Cross. Pani Phe­lan ko­chała swo­ich sy­nów, tylko oni dwaj do­żyli do­ro­sło­ści spo­śród pię­ciorga dzieci, które po­wiła – dwaj inni sy­no­wie zmarli w nie­mow­lęc­twie, a có­reczka mar­twa przy­szła na świat. To w Joh­nie jed­nak pani Phe­lan po­kła­dała wszyst­kie swe na­dzieje i am­bi­cje. Była prze­ko­nana, że żadna ko­bieta nie jest godna tego, by stać się jego to­wa­rzyszką ży­cia. Au­drey pa­dała więc ofiarą cią­głej kry­tyki z jej strony, która na­si­liła się, gdy w prze­ciągu trzech lat mał­żeń­stwa nie udało się jej po­cząć dziecka.

Be­atrix i Au­drey wcho­dziły po scho­dach, nad któ­rymi za­wie­szono ro­dzinne por­trety w cięż­kich zło­tych ra­mach. Więk­szość z nich przed­sta­wiała Be­au­cham­pów, ary­sto­kra­tyczną ga­łąź ro­dziny. Trudno było prze­oczyć fakt, że byli oni wy­jąt­kowo pięk­nymi ludźmi, z wą­skimi no­sami, błysz­czą­cymi oczami i gę­stymi fa­lu­ją­cymi wło­sami.

Gdy sta­nęły na szczy­cie scho­dów, z po­koju na końcu ko­ry­ta­rza do­biegł je stłu­miony ka­szel. Be­atrix skrzy­wiła się, sły­sząc ten ostry dźwięk.

– Beo, czy mo­gła­byś chwi­leczkę za­cze­kać? – za­py­tała ner­wowo Au­drey. – Mu­szę zaj­rzeć do Johna, czas na jego le­kar­stwo.

– Oczy­wi­ście.

– Po­kój Chri­sto­phera, ten, w któ­rym za­trzy­muje się, gdy przy­jeż­dża z wi­zytą, jest tam. List po­ło­ży­łam na ko­mo­dzie.

– We­zmę go.

Au­drey po­szła do męża, a Be­atrix z ocią­ga­niem prze­kro­czyła próg po­koju ka­pi­tana, naj­pierw zer­k­nąw­szy do środka.

W po­koju pa­no­wał mrok. Be­atrix po­de­szła do okna, by roz­chy­lić cięż­kie za­słony i wpu­ścić do środka świa­tło dnia. List le­żał na ko­mo­dzie. Pod­nio­sła go po­spiesz­nie, jej palce same za­ci­snęły się na pie­częci.

Nie zła­mała jej jed­nak, list był prze­cież za­adre­so­wany do Pru­dence.

Wes­tchnęła z nie­cier­pli­wo­ścią i wsu­nęła go do kie­szeni sukni. Sta­nęła przy ko­mo­dzie i za­częła przy­glą­dać się ak­ce­so­riom wy­ło­żo­nym na drew­nia­nej tacy.

Mały pę­dzel do go­le­nia ze srebrną rączką… skła­dana brzy­twa… pu­sta my­del­niczka… por­ce­la­nowe puz­derko z wiecz­kiem. Nie mo­gąc się oprzeć, Be­atrix unio­sła po­krywkę i zaj­rzała do środka. Zna­la­zła trzy pary spi­nek do man­kie­tów, dwie srebrne i jedną złotą, łań­cu­szek do ze­garka i mo­siężny gu­zik. Za­mknęła pu­dełko, wzięła do ręki pę­dzel do go­le­nia i ostroż­nie do­tknęła nim po­liczka. Wło­sie było je­dwa­bi­ste i mięk­kie. Gdy nim po­ru­szyła, w po­wie­trzu roz­szedł się przy­jemny za­pach. Ko­rzenny aro­mat my­dła do go­le­nia.

Be­atrix zbli­żyła pę­dzel do nosa i po­wą­chała go… cedr, la­wenda, li­ście lau­rowe. Wy­obra­ziła so­bie, jak Chri­sto­pher na­kłada pianę na twarz, wy­krzy­wia­jąc wargi na jedną stronę w mę­skim gry­ma­sie, który tak czę­sto ob­ser­wo­wała u ojca i brata, gdy się go­lili.

– Be­atrix?

W po­śpie­chu odło­żyła pę­dzel i wy­szła na ko­ry­tarz.

– Zna­la­złam list – po­wie­działa. – I roz­chy­li­łam za­słony, za­raz je za­cią­gnę, a…

– Och, nie przej­muj się tym, zo­staw je. Nie cier­pię ciem­nych po­miesz­czeń. – Au­drey uśmiech­nęła się z wy­sił­kiem. – John wziął le­kar­stwo. Staje się od niego senny. Sko­rzy­stam więc z oka­zji, zejdę na dół i po­roz­ma­wiam z ku­charką. John są­dzi, że po prze­bu­dze­niu zdoła zjeść tro­chę bia­łego pud­dingu.

Ra­zem ze­szły po scho­dach.

– Dzię­kuję ci, że zgo­dzi­łaś się za­nieść ten list Pru­dence.

– To bar­dzo miło z two­jej strony, że uła­twiasz im ko­re­spon­den­cję.

– Och, prze­cież to ża­den kło­pot. Zgo­dzi­łam się dla do­bra Chri­sto­phera. Choć mu­szę przy­znać, że zdzi­wiło mnie, że Pru­dence po­świę­ciła czas na to, by od­pi­sać.

– Dla­czego?

– My­ślę, że nie dba o niego w naj­mniej­szym stop­niu. Ostrze­ga­łam Chri­sto­phera, gdy wy­jeż­dżał. On jed­nak był za­uro­czony jej wy­glą­dem i dow­ci­pem, więc wmó­wił so­bie, że roz­wija się po­mię­dzy nimi coś praw­dzi­wego.

– My­śla­łam, że lu­bisz Pru­dence.

– Lu­bię. To zna­czy… sta­ram się. Ze względu na cie­bie. – Uśmiech­nęła się kpiąco na wi­dok miny Be­atrix. – Wo­la­ła­bym być ra­czej taka jak ty, Beo.

– Jak ja? Chyba ra­czej nie… Nie za­uwa­ży­łaś, że je­stem dzi­waczna?

Au­drey uśmiech­nęła się sze­rzej i przez uła­mek se­kundy wy­glą­dała jak bez­tro­ska młoda dama, którą była przed cho­robą Johna.

– Ak­cep­tu­jesz lu­dzi ta­kimi, jacy są. Trak­tu­jesz ich tak jak swoje zwie­rzęta, je­steś cier­pliwa, po­świę­casz czas, by zro­zu­mieć ich na­wyki i po­trzeby i ni­gdy ich nie osą­dzasz.

– Su­rowo osą­dzi­łam two­jego szwa­gra – za­uwa­żyła Be­atrix.

– Wię­cej osób po­winno być su­ro­wych dla Chri­sto­phera – od­parła Au­drey. – To mia­łoby bło­go­sła­wiony wpływ na jego cha­rak­ter.

List spo­czy­wa­jący w kie­szeni Be­atrix był dla niej praw­dziwą tor­turą. Szybko wró­ciła do domu, osio­dłała ko­nia i po­je­chała do Mer­cer Ho­use, wy­myśl­nie za­pro­jek­to­wa­nego domu z wie­życz­kami, mi­ster­nie po­wy­krę­ca­nymi po­rę­czami bal­ko­nów i wi­tra­żo­wymi oknami.

Pru­dence do­piero wstała, po­przed­niego wie­czoru bo­wiem do trze­ciej ba­wiła na tań­cach, przy­jęła więc Be­atrix w ak­sa­mit­nym szla­froku bo­gato ozdo­bio­nym białą ko­ronką.

– Och, Bea, ża­łuj, że nie było cię wczo­raj na tań­cach! Przy­było tylu przy­stoj­nych mło­dych dżen­tel­me­nów, w tym od­dział ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy za dwa dni jadą na Krym. Wy­glą­dali wspa­niale w mun­du­rach…

– Wła­śnie wra­cam od Au­drey – prze­rwała jej Be­atrix bez tchu, wcho­dząc do pry­wat­nego sa­lo­niku i za­my­ka­jąc za sobą drzwi. – Biedny pan Phe­lan nie czuje się do­brze i… cóż, za­raz ci o tym opo­wiem, bo naj­pierw… przy­szedł list od ka­pi­tana Phe­lana!

Pru­dence uśmiech­nęła się i wzięła list.

– Dzię­kuję ci, Beo. A te­raz je­śli cho­dzi o tych ofi­ce­rów, któ­rych wczo­raj po­zna­łam… był tam taki ciem­no­włosy po­rucz­nik, który po­pro­sił mnie do tańca i…

– Nie otwo­rzysz go? – za­py­tała Be­atrix ze zdu­mie­niem, gdy Pru­dence odło­żyła list na to­a­letkę.

Pru­dence uśmiech­nęła się do niej za­gad­kowo.

– Ależ ty je­steś dzi­siaj nie­cier­pliwa. Chcesz, że­bym go od razu otwarła?

– Tak.

– Ale ja chcę opo­wie­dzieć ci o po­rucz­niku.

– W no­sie mam two­jego po­rucz­nika, chcę wie­dzieć, co na­pi­sał ka­pi­tan Phe­lan.

Pru­dence za­chi­cho­tała miękko.

– Ostatni raz wi­dzia­łam cię tak pod­eks­cy­to­waną, gdy w ze­szłym roku ukra­dłaś lisa, któ­rego lord Camp­don spro­wa­dził z Fran­cji.

– Nie ukra­dłam go, tylko oca­li­łam. Żeby spro­wa­dzać z Fran­cji lisa do po­lo­wań… To wy­jąt­kowo nie­spor­towe za­cho­wa­nie. – Be­atrix po­ka­zała ge­stem list. – Otwórz go!

Pru­dence zła­mała pie­częć, prze­bie­gła kartki wzro­kiem i po­krę­ciła głową z roz­ba­wio­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Te­raz pi­sze o mu­łach. – Wy­wró­ciła oczami i po­dała list Be­atrix.

Panna Pru­dence Mer­cer

Stony Cross

Hamp­shire, An­glia

7 li­sto­pada 1854 roku

Droga Pru­dence,

nie­za­leż­nie od tego, co do­no­szą ra­porty o nie­ustra­szo­nych bry­tyj­skich żoł­nier­zach, za­pew­niam Cię, że strzelcy pod ostrza­łem co­fają się, a na­wet uchy­lają. Zgod­nie z Twoją radą do­da­łem do mego re­per­tu­aru także scho­dze­nie ku­lom z drogi i cho­wa­nie się za ska­łami, z do­sko­na­łym re­zul­ta­tem. Za­da­łem tym sa­mym kłam mo­ra­łom pły­ną­cym ze sta­rych ba­jek: cza­sami czło­wiek woli jed­nak być za­ją­cem niż żół­wiem.

Dwu­dzie­stego czwar­tego paź­dzier­nika sto­czy­li­śmy bi­twę o port Ba­ła­kława na po­łu­dniu kraju. Na­szej lek­kiej jeź­dzie bez zro­zu­mia­łej przy­czyny na­ka­zano ude­rzać pro­sto na ro­syj­skie ar­maty. Pięć po­zba­wio­nych wspar­cia re­gi­men­tów ka­wa­le­rii zo­stało do­słow­nie zmie­cio­nych z po­wierzchni ziemi. Dwu­stu żoł­nie­rzy i pra­wie czte­ry­sta koni stra­ci­li­śmy w dwa­dzie­ścia mi­nut.

Ru­szy­li­śmy na ra­tu­nek żoł­nie­rzom, któ­rzy pa­dli w boju, żeby Ro­sja­nie nie zdo­łali do nich do­trzeć. Al­bert biegł obok mnie nie­ustra­sze­nie pod gra­dem kul i po­ma­gał mi iden­ty­fi­ko­wać tych ran­nych, któ­rych można było wy­nieść poza za­sięg po­ci­sków. Zgi­nął mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel.

Pro­szę, po­dzię­kuj swo­jej przy­ja­ciółce Be­atrix za rady od­no­śnie do Al­berta. Już mniej gry­zie in­nych, a mnie w ogóle, kilka razu tylko skub­nął go­ści w moim na­mio­cie.

Maj i paź­dzier­nik pachną naj­ład­niej? Ja do­dał­bym jesz­cze gru­dzień: jo­dła, szron, dym ogni­ska, cy­na­mon. A je­śli cho­dzi o Twoją ulu­bioną pio­senkę… Wie­dzia­łaś, że „Za wzgó­rzami i da­leko stąd” to ofi­cjalny hymn Bry­gady Strzel­ców?

Wszy­scy wo­kół pa­dają ofia­rami roz­ma­itych cho­rób, tylko nie ja. Nie mam ob­ja­wów cho­lery, ani żad­nych in­nych przy­pa­dło­ści, które dzie­siąt­kują na­sze sze­regi. Czuję, że po­wi­nie­nem cho­ciaż po­uda­wać pro­blemy z żo­łąd­kiem, by za­cho­wać po­zory przy­zwo­ito­ści.

Co do za­targu o osła: ży­wię wiele współ­czu­cia dla Ca­irda i jego bez­wstyd­nej kla­czy, ale czuję się w obo­wiązku za­uwa­żyć, że przyj­ście na świat muła to wcale nie taki zły re­zul­tat. Muły są znacz­nie pew­niej­sze niż ko­nie, ogól­nie zdrow­sze, a co naj­waż­niej­sze, mają nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste uszy. I wcale nie są uparte, do­póki od­po­wied­nio się je pro­wa­dzi. Za­pewne dziwi Cię moja wy­raźna sła­bość do mu­łów, spie­szę więc wy­ja­śnić, że jako dziecko mia­łem muła o imie­niu Hek­tor, na cześć muła wy­stę­pu­ją­cego w Ilia­dzie.

Nie ośmie­lił­bym pro­sić Cię, byś na mnie cze­kała, Pru, ale pro­szę Cię za to, byś znów do mnie na­pi­sała. Prze­czy­ta­łem Twój list nie­zli­czoną ilość razy. Te­raz, od­da­lona ode mnie o dwa ty­siące mil, je­steś znacz­nie bar­dziej rze­czy­wi­sta, niż by­łaś kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Na za­wsze Twój,

Chri­sto­pher

PS. Za­łą­czam por­tret Al­berta.

Czy­ta­jąc, Be­atrix od­czu­wała na prze­mian tro­skę, wzru­sze­nie i roz­ba­wie­nie. Skoń­czyła lek­turę cał­ko­wi­cie ocza­ro­wana.

– Po­zwól mi od­pi­sać za sie­bie – po­pro­siła. – Jesz­cze je­den list. Pro­szę cię, Pru. Po­każę ci go, za­nim go wy­ślę.

Pru­dence ro­ze­śmiała się.

– Na­prawdę, to naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu… Och, no do­brze, od­pisz mu, je­śli cię to bawi.

Ko­lejne pół go­dziny Be­atrix po­świę­ciła na błahą po­ga­wędkę o tań­cach, go­ściach, któ­rzy na nie przy­byli, i naj­śwież­szych plot­kach z Lon­dynu. Wsu­nęła list od Chri­sto­phera Phe­lana do kie­szeni… i za­marła, gdy wy­czuła pal­cami nie­znany przed­miot. Me­ta­lowa rączka… i je­dwa­bi­ste wło­sie pędzla do go­le­nia. Zbla­dła, gdy zro­zu­miała, że nie­świa­do­mie za­brała go z ko­mody Chri­sto­phera.

Jej pro­blem po­wró­cił.

Zdo­łała się uśmiech­nąć i pod­trzy­my­wała roz­mowę z Pru­dence, choć w środku czuła bu­rzę.

Od czasu do czasu gdy była zde­ner­wo­wana lub zmar­twiona, wkła­dała do kie­szeni różne małe przed­mioty w skle­pach i re­zy­den­cjach są­sia­dów. Ro­biła tak od śmierci ro­dzi­ców. Za­zwy­czaj była tego zu­peł­nie nie­świa­doma, cza­sami jed­nak im­puls był tak silny, że po­ciła się i drżała, do­póki mu nie ule­gła.

Sama kra­dzież ni­gdy nie była kło­po­tem. To zwra­ca­nie dro­bia­zgów ich wła­ści­cie­lom przy­spa­rzało pro­ble­mów. Be­atrix z po­mocą ro­dziny za­wsze się to jed­nak uda­wało. Cza­sami jed­nak wy­ma­gało to wy­jąt­ko­wych sta­rań – wi­zyt skła­da­nych o zu­peł­nie nie­od­po­wied­niej po­rze dnia, wy­my­śla­nia naj­dzi­wacz­niej­szych wy­mó­wek, by móc wa­łę­sać się po czy­imś domu – to wszystko tylko umac­niało re­pu­ta­cję Ha­tha­wayów jako eks­cen­try­ków.

Na szczę­ście tym ra­zem odło­że­nie pędzla nie po­winno być trudne. Może go prze­cież zwró­cić przy na­stęp­nej wi­zy­cie u Au­drey.

– Chyba mu­szę się już ubrać – oświad­czyła w końcu Pru­dence.

Be­atrix bez wa­ha­nia sko­rzy­stała z oka­zji.

– Oczy­wi­ście. Ja mu­szę wra­cać do domu i do obo­wiąz­ków. – Uśmiech­nęła się i do­dała lek­kim to­nem: – Mam list do na­pi­sa­nia.

– Tylko wy­strze­gaj się dzi­wactw – po­le­ciła jej Pru­dence. – Miej na uwa­dze moją re­pu­ta­cję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij