-
nowość
-
promocja
Znajdź mnie. Tom 5 - ebook
Znajdź mnie. Tom 5 - ebook
Beatrix Hathaway, ostatnia i najbardziej niekonwencjonalna ze wszystkich sióstr, zawsze lepiej czuła się wśród zwierząt i na leśnych ścieżkach niż w zatłoczonych salach balowych. Powoli godzi się też z myślą, że być może nigdy nie zazna miłości.
Kapitan Christopher Phelan, przystojny i odważny żołnierz, wyjeżdża na front przekonany, że po powrocie poślubi piękną, uwielbiającą flirt i życie towarzyskie Prudence Mercer. To jej listy pomagają mu przetrwać najtrudniejsze chwile wojny. To w ich autorce zakochuje się bez pamięci. Nie wie jednak, że pisała je Beatrix.
Kiedy Christopher wraca do domu, jest znużonym życiem, naznaczonym wojną człowiekiem, zdecydowanym odnaleźć kobietę, która dała mu nadzieję, i zdobyć jej serce. Beatrix zna prawdę, lecz wyjawienie sekretu może kosztować ją wszystko.
„Znajdź mnie” to piąty tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181537055 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kapitan Christopher Phelan
Pierwszy Batalion, Brygada Strzelców
Przylądek Mapan
Krym
Czerwiec 1855 roku
Najdroższy Christopherze,
więcej do Ciebie nie napiszę.
Nie jestem tą, za którą mnie uważasz.
Nie chciałam słać Ci listów miłosnych, ale one tym właśnie się stały. W drodze do Ciebie moje słowa zamieniły się w bicie serca na kartce.
Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie.
––––– (bez podpisu)Rozdział 1
Hampshire, Anglia
Osiem miesięcy wcześniej
Wszystko zaczęło się od listu. A ściślej rzecz ujmując, od wzmianki o psie.
– Jakim psie? – zapytała Beatrix Hathaway. – Co mu się stało?
Jej przyjaciółka Prudence, najpiękniejsza młoda dama w całym hrabstwie, podniosła głowę znad listu, który przesłał jej konkurent, kapitan Christopher Phelan.
Dżentelmen nie powinien co prawda korespondować z niezamężną dziewczyną, ale młodzi poprosili o pomoc szwagierkę Phelana, która pośredniczyła w wymianie listów.
Prudence zmarszczyła kpiąco brwi.
– Doprawdy, Beo, więcej zainteresowania okazujesz psu niż kapitanowi Phelanowi.
– Kapitan Phelan nie potrzebuje mego zainteresowania – odparła pragmatycznie Beatrix. – Cieszy się przecież zainteresowaniem każdej panny na wydaniu w Hampshire. Poza tym udał się na wojnę z wyboru. Jestem przekonana, że wspaniale się bawi, paradując po Krymie w szykownym mundurze.
– Wcale nie jest szykowny – padła ponura odpowiedź. – Jego regiment ubiera się teraz okropnie; te nowe mundury są takie zwyczajne, ciemnozielone z czarnymi wyłogami, zupełnie pozbawione złotych galonów i ozdób. Gdy zapytałam o powód tej zmiany, kapitan Phelan wyjaśnił mi, że ma to pomóc strzelcom się ukryć, co nie ma przecież żadnego sensu, bo wszyscy wiedzą, że brytyjski żołnierz jest zbyt odważny i dumny, by się ukrywać w czasie bitwy. Christopher... to znaczy kapitan Phelan... dodał wtedy, że to ze względu na... och, użył jakiegoś francuskiego słowa...
– Kamuflaż? – podpowiedziała zaintrygowana Beatrix.
– Tak, skąd wiedziałaś?
– Wiele zwierząt posługuje się technikami kamuflażu, by się ukryć. Na przykład kameleony. Upierzenie sów pozwala im zlać się dla niewprawnego oka z korą drzew. Dzięki temu...
– Wielkie nieba, Beatrix, oszczędź mi kolejnego wykładu o zwierzętach.
– Dobrze, pod warunkiem, że opowiesz mi o psie.
Prudence podała jej list.
– Sama przeczytaj.
– Ależ, Pru… – zaprotestowała Beatrix, gdy przyjaciółka wepchnęła jej do ręki małe, schludne stroniczki. – Kapitan Phelan mógł napisać coś bardzo osobistego.
– To by dopiero było szczęście! Ten list jest okropnie nudny. Nic tylko bitwy i złe wieści.
Christopher Phelan był ostatnią osobą, której Beatrix chciałaby bronić, rzekła jednak:
– Przecież on walczy na Krymie, Pru. W czasie wojny nie ma chyba zbyt wielu radosnych wydarzeń, o których mógłby napisać.
– Cóż, obce kraje nigdy mnie nie interesowały i nie udawałam przed nim, że jest inaczej.
Beatrix uśmiechnęła się słabo.
– Pru, jesteś pewna, że chcesz być żoną oficera?
– Cóż, oczywiście… Większość oficerów nigdy nie uczestniczy w wojnie. To modni salonowcy, którzy zgodziwszy się na pół pensji, mają niewiele obowiązków i nie muszą bezustannie przebywać w regimencie. I tak było również w przypadku kapitana Phelana, dopóki nie został wezwany. – Pru wzruszyła ramionami. – Wojny zawsze wybuchają nie w porę. Na szczęście kapitan Phelan już wkrótce wróci do Hampshire.
– Doprawdy? Skąd wiesz?
– Moi rodzice mówią, że wojna skończy się przed Bożym Narodzeniem.
– Też tak słyszałam. Tyle że trzeba się zastanowić, czy aby nie za bardzo przeceniamy nasze możliwości, a nie doceniamy rosyjskich.
– Jakież to niepatriotyczne! – zawołała Prudence z kpiną w oczach.
– Patriotyzm nie ma nic wspólnego z tym, że Ministerstwo Wojny posłało trzydzieści tysięcy żołnierzy na Krym, nie zrobiwszy wcześniej nic. Nie mamy ani wiedzy na temat placu boju, ani żadnej rozsądnej strategii.
– Skąd ty to wszystko wiesz?
– Z „Timesa”. Raporty publikują codziennie. Nie czytasz gazet?
– Nie sekcję polityczną. Moi rodzice są zdania, że to niewłaściwe zainteresowania dla młodej damy.
– Moja rodzina omawia kwestie polityczne codziennie podczas kolacji, a moje siostry i ja bierzemy w tych dyskusjach czynny udział. – Beatrix urwała, po czym dodała z szelmowskim uśmieszkiem: – Ośmielamy się nawet mieć własne zdanie.
Prudence szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.
– Mój Boże. Cóż, nie powinnam być zaskoczona. Wszyscy wiedzą, że twoja rodzina jest… inna.
Określenie to należało do znacznie milszych niż te, którymi zazwyczaj opisywano rodzinę Hathawayów – pięcioro rodzeństwa, z których najstarszy był Leo, potem Amelia, Winnifred, Poppy i Beatrix. Po śmierci rodziców Hathawayowie doświadczyli zdumiewającej odmiany losu. Przyszli na świat jako prości ludzie, daleko spokrewnieni z arystokratyczną gałęzią rodziny. W wyniku serii niefortunnych incydentów Leo odziedziczył tytuł wicehrabiego, na co ani on, ani jego siostry nie byli przygotowani. Musieli przeprowadzić się z małej wioski Primrose Place do posiadłości Ramsay w hrabstwie Hampshire.
Przez sześć lat nauczyli się tyle, by przystosować się do życia w towarzystwie. Nikt jednak nie nauczył ich myśleć jak arystokracja, nie przejęli też jej systemu wartości i zwyczajów. Byli zamożni, ale nie byli odpowiednio wychowani, nie mieli koneksji. Każda inna rodzina w takiej sytuacji próbowałaby podnieść swój status poprzez małżeństwa, Hathawayowie natomiast woleli pobierać się z miłości.
Beatrix miała poważne wątpliwości, czy ona sama kiedykolwiek stanie na ślubnym kobiercu. Miała niepokorną naturę, większość dni spędzała poza domem, jeżdżąc konno i spacerując po lasach, moczarach i łąkach Hampshire. Nad towarzystwo ludzi przedkładała towarzystwo zwierząt, otaczała opieką wszystkie ranne i osierocone stworzenia, na które się natykała. Te, które same nie przetrwałyby na wolności, stawały się jej pupilami. Na świeżym powietrzu czuła się szczęśliwa i spełniona. W sali balowej życie traciło dla niej cały urok.
Coraz częściej jednak Beatrix doskwierało niezadowolenie. Czuła niezdefiniowaną tęsknotę. Tyle że nigdy dotąd nie spotkała mężczyzny, który byłby dla niej odpowiedni. Na pewno nie nadawała się na żonę tych bladych, wyrafinowanych osobników zaludniających londyńskie salony. Dziarscy wiejscy dżentelmeni byli bardziej pociągający, ale żaden z nich nie posiadał cech, których Beatrix szukała. Marzyła o mężczyźnie, który dorównałby jej siłą woli. Pragnęła namiętnie kochać… stanowić wyzwanie… zbijać z nóg.
Spojrzała na list, który trzymała w dłoniach.
Nie darzyła Christophera Phelana niechęcią, wiedziała jednak o jego nieprzychylności wobec tego, co ona sobą reprezentowała. Urodzony jako arystokrata, wyrafinowany Phelan poruszał się z wielką swobodą w środowisku, które było jej z gruntu obce. Był drugim synem zamożnej rodziny z sąsiedztwa, jego dziadek ze strony matki był hrabią, a przodkowie jego ojca zbili majątek na żegludze.
Phelanowie nie mieli prawa do tytułu, ale najstarszy syn, John, miał po śmierci hrabiego odziedziczyć posiadłość Riverton w Warwickshire. John był statecznym, odpowiedzialnym mężczyzną, szczerze oddanym swej żonie, Audrey.
Christopher był jego całkowitym przeciwieństwem. Nie mając widoków na majątek jako drugi syn, w wieku dwudziestu dwóch lat zakupił patent oficerski. Służył w randze młodszego oficera kawalerii, do czego ze swą męską urodą doskonale się nadawał – jego głównym zadaniem było uczestniczenie w paradach i musztrach. Cieszył się wielkim powodzeniem wśród londyńskich dam, dlatego też często jeździł do stolicy, gdzie spędzał czas, tańcząc, pijąc, uprawiając hazard, kupując wykwintne stroje i oddając się skandalicznym romansom.
Beatrix spotkała Christophera Phelana dwukrotnie, po raz pierwszy na lokalnej potańcówce, po której ochrzciła go mianem największego aroganta w całym Hampshire. Za drugim razem, podczas pikniku, zmieniła zdanie i doszła do wniosku, że to najbardziej arogancki człowiek na całym świecie.
– Młoda panna Hathaway to dziwaczne stworzenie – powiedział Phelan do swego towarzysza, co przez przypadek podsłuchała Beatrix.
– Moim zdaniem jest czarująca i oryginalna – zaprotestował jego druh. – I z żadną kobietą nie rozmawia się o koniach tak dobrze jak z nią.
– To logiczne – padła drwiąca riposta. – Znacznie bardziej pasuje przecież do stajni niż do salonu.
Od tamtej pory Beatrix unikała go, jak tylko mogła. Nie miała nic przeciwko ukrytemu porównaniu jej do konia, bo konie są przecież pięknymi zwierzętami, obdarzonymi hojną, szlachetną naturą. Wiedziała też, że choć może nie jest pięknością, posiada pewien urok. Niejeden mężczyzna komplementował już jej ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy.
Nie mogła się jednak równać z olśniewającym Christopherem Phelanem, pięknym jak Lancelot. Gabriel. Albo Lucyfer, jeśli wierzyć w to, że był on kiedyś najpiękniejszym archaniołem. Phelan był wysoki, miał błyszczące oczy i włosy koloru ciemnej ozimej pszenicy muśniętej słońcem. Był silny, postawny, miał szerokie ramiona i wąskie biodra. Poruszał się z niedbałą gracją, a jednocześnie promieniował żywotnością, niczym drapieżca.
Po pewnym czasie Phelan został odwołany ze swego regimentu i przeniesiony do Brygady Strzelców. Strzelcy, jak ich nazywano, byli doborowym oddziałem, szkolonym do tego, by jak najczęściej wykazywać własną inicjatywę. Ich zadaniem było zajmować pozycje na czele frontu i likwidować oficerów i konie, które były poza zasięgiem strzału zwykłych żołnierzy. Phelana cechowały wyjątkowe umiejętności strzeleckie, dlatego też szybko został awansowany do stopnia kapitana.
Beatrix stwierdziła z rozbawieniem, że na pewno go to nie ucieszyło. Musiał bowiem zamienić piękny mundur kawalerii na zwykły zielony uniform pozbawiony ozdób.
– Naprawdę możesz przeczytać list – powtórzyła Pru, siadając przy toaletce. – Muszę jeszcze poprawić włosy, zanim wyjdziemy.
– Masz uroczą fryzurę – zauważyła Beatrix, nie dostrzegając żadnych skaz w misternym upięciu jasnych warkoczy. – A poza tym idziemy przecież tylko do wioski. Nikt z jej mieszkańców nie zauważy, że twoja fryzura nie jest idealna.
– Ja będę wiedzieć. Poza tym nigdy nie wiadomo, kogo spotkamy.
Beatrix, wiedząc, jaką wagę przyjaciółka przykłada do swego wyglądu, uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową.
– Dobrze. Jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu, bym rzuciła okiem na list kapitana Phelana, przeczytam tylko historię o psie.
– Zaśniesz, zanim dotrzesz do psa – napomknęła Prudence, wsuwając we włosy kolejną spinkę.
Beatrix pochyliła się nad krzywymi linijkami. Słowa wyglądały jak pokurczone, ciasne sploty liter jakby próbowały wyskoczyć z kartki.
Droga Prudence,
siedzę w zakurzonym namiocie, próbując wymyślić, co elokwentnego mógłbym napisać. Odchodzę od zmysłów. Zasługujesz na piękne słowa, a we mnie zostało tylko to: myślę o Tobie bezustannie. O Twojej dłoni, którą do mnie pisałaś i o zapachu perfum na Twoim nadgarstku. Pragnę ciszy i czystego powietrza, łóżka z miękką, białą poduszką…
Beatrix uniosła brwi, jej puls przyspieszył. Przerwała czytanie i zerknęła na Prudence.
– To jest twoim zdaniem nudne? – zapytała cicho, czując oblewający ją rumieniec.
– Tylko początek jest znośny – odparła Prudence. – Czytaj dalej.
Dwa dni temu podczas marszu wzdłuż wybrzeża na Sewastopol starliśmy się nad rzeką Almą z Rosjanami. Podobno odnieśliśmy zwycięstwo. Ja jednak wcale tego nie czuję. Straciliśmy co najmniej dwie trzecie oficerów regimentu i prawie ćwierć podoficerów. Wczoraj ich grzebaliśmy. Lista poległych liczy już trzysta sześćdziesiąt angielskich nazwisk, kolejni żołnierze umierają na skutek odniesionych ran.
Jeden z poległych, kapitan Brighton, przywiózł ze sobą psa, szorstkowłosego teriera, który wabi się Albert. To bez wątpienia najbardziej nieposłuszny pies na świecie. Gdy składaliśmy Brightona do grobu, zwierzak siedział przy mogile i bezustannie wył, próbował ugryźć każdego, kto podszedł bliżej. Popełniłem błąd, podając mu kawałek herbatnika, i teraz to tępe stworzenie wszędzie za mną łazi. Siedzi w moim namiocie i gapi się na mnie na wpół oszalałym wzrokiem. Ciągle wyje. Gdy podchodzę do niego, próbuje zatopić kły w mojej ręce. Zastrzeliłbym go, ale mam dość zabijania.
Rodziny opłakują już zapewne tych, którym odebrałem życie. Synowie, bracia, ojcowie. Zasłużyłem na piekło po tym, co zrobiłem, a wojna ledwie się rozpoczęła. Zmieniam się, i to na gorsze, nie na lepsze. Mężczyzny, którego znałaś, już nie ma, obawiam się, że nie spodoba Ci się ten, który go zastąpił.
Odór śmierci, Pru… wciska się wszędzie.
Pole bitwy usiane jest fragmentami ciał, ubrań, podeszwami butów. Czy możesz wyobrazić sobie eksplozję tak silną, że zrywa z butów podeszwy? Podobno następnej wiosny po bitwie łąki zalewa powódź kwiatów – ziemia jest tak zryta, spulchniona, że nasiona mają miejsce na nowe korzenie. Chciałbym pogrążyć się w żałobie, ale tu nie ma na nią miejsca. Czasu. Muszę ukryć swoje uczucia.
Czy gdzieś na świecie jeszcze panuje spokój? Proszę, opisz mi go. Napisz mi, co teraz haftujesz, jaką piosenkę lubisz najbardziej. Czy w Stony Cross pada? Czy liście już zmieniają barwy?
Twój
Christopher Phelan
Gdy Beatrix skończyła czytać, w jej sercu zagnieździło się osobliwe uczucie: pełna zdumienia litość.
Niemożliwe, by taki list wyszedł spod pióra aroganckiego Christophera Phelana. Nie spodziewała się tego. Wyczytała pomiędzy wierszami wrażliwość i cichą tęsknotę, która ją do głębi wzruszyła.
– Musisz mu odpisać, Pru – oświadczyła, składając ostrożnie arkusik papieru.
– Nie mam najmniejszego zamiaru. Sprowokowałabym tym tylko jeszcze więcej narzekań. Jeśli nie odpiszę, może to mu da do myślenia, i następnym razem napisze coś weselszego.
Beatrix zmarszczyła brwi.
– Jak dobrze wiesz, nie żywię sympatii do kapitana Phelana, ale ten list… on zasługuje na twoją sympatię, Pru. Skreśl kilka linijek. Parę słów pocieszenia. To zajmie ci tylko chwilę. I mam radę odnośnie do tego psa…
– Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat piekielnego psa. – Prudence prychnęła niecierpliwie. – Ty do niego napisz.
– Ja? Przecież on nie chce ze mną korespondować. Uważa, że jestem dziwaczna.
– Nie rozumiem dlaczego. Tylko dlatego, że przyniosłaś Meduzę na piknik…
– To przecież bardzo dobrze wychowany jeż.
– Dżentelmen, który się na nią nadział, był chyba innego zdania.
– To dlatego, że źle do tego podszedł. Gdy chcesz wziąć na ręce jeża…
– Nie, naprawdę nie ma potrzeby mi tego tłumaczyć, bo nigdy nie zamierzam żadnego brać na ręce. A co do kapitana Phelana… jeśli naprawdę się upierasz, możesz mu odpisać i podpisać się moim imieniem.
– Nie pozna, że to inny charakter pisma?
– Nie, bo ja jeszcze nigdy do niego nie napisałam.
– Ale przecież to nie do mnie się zaleca – zaprotestowała Beatrix. – Nic o nim nie wiem.
– Wiesz pewnie tyle, ile ja. Znasz jego rodzinę, przyjaźnisz się z jego szwagierką. Ja też nie nazwałabym kapitana Phelana swoim konkurentem. A już na pewno nie jest jedyny. Nie zamierzam niczego mu obiecywać, dopóki nie wróci z wojny z wszystkimi kończynami. Nie wyjdę za kogoś, kogo będę musiała wozić wszędzie w wózku inwalidzkim.
– Pru, twoje przemyślenia są głębokie jak kałuża.
Prudence uśmiechnęła się uroczo.
– Przynajmniej jestem szczera.
Beatrix spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem.
– Naprawdę zamierzasz zrzucić na mnie obowiązek pisania listu miłosnego do jednego z twoich znajomych?
Prudence machnęła niedbale dłonią.
– To nie będzie list miłosny. On do mnie o miłości nie pisał. Wymyśl coś radosnego i dodającego otuchy.
Beatrix włożyła list do kieszeni sukni spacerowej. Wciąż jeszcze toczyła ze sobą w głębi ducha spór – wiedziała, że wątpliwego moralnie działania nie usprawiedliwiają nawet słuszne pobudki. Nie mogła jednak wyrzucić z myśli obrazu wyczerpanego żołnierza, skreślającego w pośpiechu w zaciszu namiotu kilku linijek dłońmi pokrytymi pęcherzami od kopania grobów dla swych towarzyszy broni. I wynędzniałego psa wyjącego w kącie.
Czuła się zupełnie nieodpowiednią osobą do napisania tego listu. I podejrzewała, że Prudence czuje to samo.
Próbowała wczuć się w sytuację Christophera – porzucił wystawne życie dla świata, który dzień po dniu zagrażał jego istnieniu. Minuta po minucie. Nie mogła sobie wyobrazić zepsutego, przystojnego Phelana, który zmaga się z niebezpieczeństwem i trudnościami. Głodem. Samotnością.
Spojrzała w zadumie na przyjaciółkę, ich oczy spotkały się w zwierciadle.
– Jaka jest twoja ulubiona piosenka, Pru?
– Nie mam takiej. Napisz mu, jaka jest twoja.
– Czy nie powinnyśmy omówić tego z Audrey? – zapytała Beatrix, mając na myśli szwagierkę Phelana.
– Absolutnie nie. Audrey ma poważny problem ze szczerością. Nie wysłałaby listu, gdyby wiedziała, że to nie ja go napisałam.
Beatrix wydała z siebie dźwięk, który mógł być zarówno śmiechem, jak i jękiem.
– Nie nazwałabym tego problemem ze szczerością. Och, Pru, bardzo cię proszę, zmień zdanie i napisz do niego. Tak będzie znacznie łatwiej.
Prudence jednak, gdy była naciskana, zazwyczaj popadała w ośli upór i ta sytuacja nie była wyjątkiem.
– Łatwiej dla wszystkich, tylko nie dla mnie – oświadczyła sucho. – Nie wiem, jak odpowiedzieć na taki list. Zresztą on już pewnie zapomniał, że w ogóle go napisał. – Odwróciła się do lustra i musnęła wargi balsamem z różanych płatków.
Prudence była urocza, miała twarzyczkę w kształcie serca, cienkie brwi i ogromne zielone oczy. Lustro nie odzwierciedlało jednak wszystkiego. Nie można było poznać, co Prudence tak naprawdę czuje do Christophera Phelana. Jedno było pewne: należało na list odpisać, nawet nieudolnie i nie wstrzymywać dłużej odpowiedzi. Bo czasami milczenie rani bardziej niż kule.
W zaciszu swej sypialni w Ramsay House Beatrix usiadła przy biurku i zanurzyła pióro w ciemnoniebieskim atramencie. Trzynoga szara kotka o imieniu Szczęściara wyciągnęła się na blacie obok niej i wpatrywała się w nią uważnie. Jeż Meduza zajął miejsce po drugiej stronie. Szczęściara, z natury wyjątkowo wrażliwa, nigdy nie dokuczała kłującej małej kulce.
Beatrix przeczytała raz jeszcze list Phelana, po czym zaczęła pisać.
Kapitan Christopher Phelan
Pierwszy Batalion Brygady Strzelców
Obóz Drugiej Dywizji, Krym
17 października 1854 roku
Przerwała i pogłaskała przednią łapkę Szczęściary opuszkiem palca.
– Jak Pru rozpoczęłaby list? – zastanawiała się na głos. – Czy nazwałaby go Najdroższym? Ukochanym? – Zmarszczyła nos.
Pisanie listów nie było jej mocną stroną. Pochodziła z wyjątkowo elokwentnej rodziny, ale sama czyny ceniła wyżej niż słowa. Była przekonana, że może dowiedzieć się o drugiej osobie znacznie więcej podczas krótkiego spaceru, niż siedząc w salonie i konwersując godzinami.
Rozważała różne opcje nagłówków, które może skierować do adresata zupełnie obca osoba podająca się za kogoś innego, aż w końcu się poddała.
– Do diaska, będę pisać tak, jak mi się podoba. On i tak będzie zapewne zbyt zmęczony po bitwie, by zastanawiać się nad tym, dlaczego list nie brzmi jak Pru.
Szczęściara ułożyła główkę na łapie i przymknęła oczy. Mruknęła cicho.
Beatrix zaczęła pisać.
Drogi Christopherze,
czytałam doniesienia z bitwy nad Almą. Pan Russell z „Timesa” twierdzi, że Brygada Strzelców wysunęła się na czoło i zastrzeliła kilku oficerów wroga, co wprowadziło popłoch w jego szeregach. Pan Russell zauważył też z podziwem, że strzelcy nigdy się nie cofają ani nawet nie uchylają pod gradem kul.
Podzielam jego podziw, szanowny Panie, ale pragnę dodać, że moim zdaniem żołnierz nie traci nic ze swej odwagi, jeśli jednak uchyli się, gdy do niego strzelają. Może też się pochylić, zrobić unik, zejść kuli z drogi, a nawet ukryć się za skałą. Obiecuję, że ja wcale nie pomyślę przez to o Panu gorzej!
Czy Albert wciąż tam jest? Nadal gryzie? Moja przyjaciółka Beatrix (ta sama, która przynosi jeże na pikniki) twierdzi, że pies ma zbyt dużo bodźców i jest przerażony. Psy to w głębi serca wilki, potrzebują więc przywódcy, musi Pan wyraźnie dać mu do zrozumienia, że to Pan dominuje. Jeśli będzie próbował ugryźć, proszę wziąć w dłonie cały jego pysk, nacisnąć lekko i powiedzieć „nie” stanowczym głosem.
Moja ulubiona piosenka to „Za wzgórzami i daleko stąd”. Wczoraj w Hampshire padało, przeszła nad nami łagodna jesienna burza, która nie strąciła z drzew praktycznie ani jednego liścia. Dalie już przekwitły, przymrozek ściął chryzantemy, ale powietrze pachnie bosko, opadłymi liśćmi, mokrą korą i dojrzałymi jabłkami. Zauważył Pan, że każdy miesiąc ma swój własny zapach? Maj i październik pachną moim zdaniem najładniej.
Pytał Pan, czy jest na świecie jeszcze jakieś spokojne miejsce. Z żalem donoszę, że na pewno nie jest nim Stony Cross. Kilka dni temu osioł pana Mawdsleya uciekł z obórki i jakimś cudem przedostał się na ogrodzone pastwisko, na którym pasła się niewinna klacz pana Cairda. Osioł bezczelnie ją uwiódł, w wyniku czego klacz będzie miała małe. Rozgorzał więc spór pomiędzy Cairdem, który domaga się za to finansowej rekompensaty, a Mawdsleyem, który twierdzi, że gdyby płot pastwiska był w dobrym stanie, nie doszłoby do tej potajemnej schadzki. Co gorsza, Mawdsley zasugerował też, że klacz jest bezwstydną latawicą i wcale nie próbowała chronić swojej cnoty.
Czy naprawdę myśli Pan, że zasłużył sobie na piekło? Ja nie wierzę w piekło, na pewno nie po śmierci. Piekło czynią sobie ludzie tu, na ziemi.
Pisze Pan, że dżentelmena, którego znałam, ktoś zastąpił. Bardzo chciałabym Panu dodać otuchy, ale mogę tylko zapewnić, że niezależnie od tego, jak bardzo się Pan zmienił, będzie Pan mile widziany po powrocie. Proszę robić to, co Pan musi. Jeśli to pomaga, proszę ukryć swe uczucia i zamknąć je na klucz. Może pewnego dnia razem je uwolnimy.
Pańska
Prudence
Beatrix nigdy umyślnie nikogo nie oszukała. Czułaby się znacznie lepiej, gdyby mogła w swoim imieniu podpisać list. Pamiętała jednak doskonale jego pogardliwe docinki. Nie chciałby otrzymać listu od „dziwacznej Beatrix Hathaway”. Chciał korespondować z piękną złotowłosą Prudence Mercer. Czyż jej list nie jest lepszy niż brak listu w ogóle? Człowiek w jego sytuacji potrzebuje zapewne wszelkich słów otuchy, jakie los może mu zaoferować.
Potrzebuje kogoś, kto by o nim myślał.
A z jakiegoś względu po lekturze jego listu Beatrix myślała o nim praktycznie bezustannie.Rozdział 2
Pełnia przed jesienną równonocą przyniosła ze sobą piękną suchą pogodę. Dzierżawcy z Ramsay i najemni robotnicy zebrali najbardziej obfite plony w historii majątku. Tak jak wszyscy, Beatrix była bardzo zajęta zbiorami i organizacją zabawy, która następowała na ich zakończenie. Hathawayowie wydawali dla ponad tysiąca gości obiad na świeżym powietrzu i potańcówkę.
Ku jej ogromnemu rozczarowaniu Audrey Phelan wymówiła się od wzięcia udziału w festynie, ponieważ jej mąż John cierpiał na uporczywy kaszel. Audrey wolała zostać w domu, by się nim opiekować. „Doktor zostawił lekarstwo, które już bardzo pomogło Johnowi” – napisała do Beatrix – „zaznaczył jednak, że warunkiem powrotu Johna do zdrowia jest niezakłócony wypoczynek w łóżku”.
Pod koniec listopada Beatrix wybrała się do domu Phelanów drogą przez las pełen sękatych dębów i rozłożystych buków. Ciemne gałęzie drzew pokrywały warstwy szronu lśniącego jak pokruszony cukier w świetle słońca przebijającego się przez gęstą zasłonę chmur. W solidnych trzewikach Beatrix pewnie stąpała po zmrożonych suchych liściach i mchu.
Jej oczom ukazał się dom Phelanów, dawniej królewski pawilon myśliwski, duży, porośnięty bluszczem budynek otoczony dziesięcioma akrami lasów. Kobieta weszła na uroczą kamienną ścieżkę, obeszła dom i stanęła u frontowych drzwi.
– Beatrix.
Gdy usłyszała cichy głos, odwróciła się i zobaczyła na kamiennej ławce Audrey Phelan.
– Och, witaj – przywitała ją radośnie. – Tak dawno się nie widziałyśmy, więc pomyślałam, że… – Umilkła, gdy przyjrzała się przyjaciółce bliżej.
Audrey miała na sobie prostą codzienną suknię, szary materiał wtapiał się w tło jesiennego lasu. Beatrix nie zauważyła jej wcześniej, bo była wyjątkowo cicha i nieruchoma.
Przyjaźniły się od trzech lat, od dnia, w którym Audrey poślubiła Johna i zamieszkała w Stony Cross. W beztroskim nastroju Beatrix spędzała czas z Prudence, gdy jednak pojawiał się smutek i kłopoty, zwracała się do Audrey.
Bea zmarszczyła brwi na widok twarzy pani Phelan, dosłownie wypranej z koloru. Jej oczy i nos były zaczerwienione i opuchnięte.
– Nie masz szala ani peleryny.
– Nic mi nie będzie – szepnęła Audrey. Jej ramiona zadrżały. Pokręciła głową i wyciągnęła dłoń, gdy Beatrix zdjęła ciężką wełnianą narzutkę i otuliła nią jej szczupłą postać. – Nie, Bea, nie…
– Rozgrzała mnie ta przechadzka – oświadczyła Beatrix, siadając obok przyjaciółki na lodowatej ławce. Minęła długa chwila milczenia, Audrey z wysiłkiem przełknęła łzy. Coś musiało się stać. Beatrix siedziała cierpliwie, czując ucisk w gardle. – Audrey – powiedziała w końcu – czy coś się stało kapitanowi Phelanowi?
Audrey spojrzała na nią pustym wzrokiem, jakby pytanie zostało zadane w obcym języku, którego nie zrozumiała.
– Kapitanowi Phelanowi? – powtórzyła cicho i lekko pokręciła głową. – Nie, o ile wiem, Christopher miewa się dobrze. Dostaliśmy od niego wczoraj pakiet listów. Jeden z nich jest zaadresowany do Prudence.
Beatrix ogarnęła obezwładniająca ulga.
– Mogę jej go zanieść, jeśli chcesz – zaoferowała, siląc się na obojętność.
– Tak, bardzo byś mi pomogła. – Audrey zaczęła wykręcać sobie palce.
Beatrix ostrożnie położyła na nich dłonie.
– Czy stan twojego męża się pogorszył?
– Lekarz właśnie wyszedł. – Audrey wzięła głęboki oddech. – John ma suchoty.
Beatrix zacisnęła dłoń na jej palcach.
Siedziały w milczeniu, gdy lodowaty wiatr szeleścił w gałęziach drzew.
Taka niesprawiedliwość była nie do pojęcia. John Phelan był dobrym człowiekiem, zawsze skorym do pomocy bliźniemu. Zapłacił za leczenie żony jednego z mieszkańców wioski, której nie było na to stać, pozwolił okolicznym dzieciom pobierać lekcje gry na pianinie, które stało w jego domu, sfinansował też odbudowę po pożarze piekarni w Stony Cross. Robił to wszystko dyskretnie, jakby czuł zażenowanie na myśl, że ktoś może się dowiedzieć o jego dobrych uczynkach. Dlaczego choroba musiała dotknąć kogoś takiego?
– To nie jest wyrok śmierci – oświadczyła w końcu Beatrix. – Niektórzy ludzie dochodzą do zdrowia.
– Jeden na pięciu – odparła Audrey smutno.
– Twój mąż jest młody i silny. To on będzie tym jednym z pięciu.
Audrey z wysiłkiem skinęła głową, ale nic nie powiedziała.
Obie doskonale wiedziały, że suchoty to wyjątkowo złośliwa przypadłość, która wyniszcza płuca, powodując drastyczny ubytek masy ciała i zmęczenie. Najgorszy był jednak kaszel, który dręczył chorego praktycznie bezustannie, wywoływał krwotoki i doprowadzał do stanu, w którym płuca nie mogły unieść się w kolejnym oddechu.
– Mój szwagier Cam ma rozległą wiedzę na temat ziół i naturalnych leków – napomknęła Beatrix. – Jego babka była uzdrowicielką.
– Cygańskie lekarstwa? – zapytała z powątpiewaniem Audrey.
– Musisz wszystkiego spróbować. Nawet cygańskich leków. Romowie żyją w zgodzie z naturą, poznali jej uzdrawiającą moc. Poproszę Cama, by sporządził tonik, który pomoże na płuca pana Phelana i…
– John zapewne nie zgodzi się go zażyć – odparła Audrey. – Jego matka również będzie się sprzeciwiać. Phelanowie są bardzo konserwatywni. Jeśli lek nie spoczywał wcześniej w torbie lekarskiej lub na aptekarskiej półce, nie zażyją go.
– I tak przyniosę ci coś od Cama.
Audrey przechyliła głowę i oparła ją na chwilę na ramieniu Beatrix.
– Jesteś dobrą przyjaciółką, Beo. Będę cię potrzebować w nadchodzących miesiącach.
– Będę tu.
Kolejny lodowaty podmuch przegryzł się przez rękawy Beatrix. Audrey otrząsnęła się z nieszczęścia, wstała i oddała jej narzutkę.
– Wejdźmy do środka, dam ci list dla Pru.
Wnętrze domu było przytulne i ciepłe; pokoje były przestrzenne, przez szyby wysokich okien wpadało do środka zimowe światło. Paliło się we wszystkich kominkach, ciepło wypełniało utrzymane w nieskazitelnej czystości pomieszczenia. Dom Phelanów był stonowany i gustowny, okazałe meble świadczyły o wielowiekowej zamożności.
– Gdzie twoja teściowa? – zapytała Beatrix, idąc za Audrey po schodach.
– Odpoczywa w swoim pokoju. Wieści były dla niej szczególnie trudne. John zawsze był jej ulubieńcem.
Beatrix doskonale o tym wiedziała, podobnie jak większość mieszkańców Stony Cross. Pani Phelan kochała swoich synów, tylko oni dwaj dożyli dorosłości spośród pięciorga dzieci, które powiła – dwaj inni synowie zmarli w niemowlęctwie, a córeczka martwa przyszła na świat. To w Johnie jednak pani Phelan pokładała wszystkie swe nadzieje i ambicje. Była przekonana, że żadna kobieta nie jest godna tego, by stać się jego towarzyszką życia. Audrey padała więc ofiarą ciągłej krytyki z jej strony, która nasiliła się, gdy w przeciągu trzech lat małżeństwa nie udało się jej począć dziecka.
Beatrix i Audrey wchodziły po schodach, nad którymi zawieszono rodzinne portrety w ciężkich złotych ramach. Większość z nich przedstawiała Beauchampów, arystokratyczną gałąź rodziny. Trudno było przeoczyć fakt, że byli oni wyjątkowo pięknymi ludźmi, z wąskimi nosami, błyszczącymi oczami i gęstymi falującymi włosami.
Gdy stanęły na szczycie schodów, z pokoju na końcu korytarza dobiegł je stłumiony kaszel. Beatrix skrzywiła się, słysząc ten ostry dźwięk.
– Beo, czy mogłabyś chwileczkę zaczekać? – zapytała nerwowo Audrey. – Muszę zajrzeć do Johna, czas na jego lekarstwo.
– Oczywiście.
– Pokój Christophera, ten, w którym zatrzymuje się, gdy przyjeżdża z wizytą, jest tam. List położyłam na komodzie.
– Wezmę go.
Audrey poszła do męża, a Beatrix z ociąganiem przekroczyła próg pokoju kapitana, najpierw zerknąwszy do środka.
W pokoju panował mrok. Beatrix podeszła do okna, by rozchylić ciężkie zasłony i wpuścić do środka światło dnia. List leżał na komodzie. Podniosła go pospiesznie, jej palce same zacisnęły się na pieczęci.
Nie złamała jej jednak, list był przecież zaadresowany do Prudence.
Westchnęła z niecierpliwością i wsunęła go do kieszeni sukni. Stanęła przy komodzie i zaczęła przyglądać się akcesoriom wyłożonym na drewnianej tacy.
Mały pędzel do golenia ze srebrną rączką… składana brzytwa… pusta mydelniczka… porcelanowe puzderko z wieczkiem. Nie mogąc się oprzeć, Beatrix uniosła pokrywkę i zajrzała do środka. Znalazła trzy pary spinek do mankietów, dwie srebrne i jedną złotą, łańcuszek do zegarka i mosiężny guzik. Zamknęła pudełko, wzięła do ręki pędzel do golenia i ostrożnie dotknęła nim policzka. Włosie było jedwabiste i miękkie. Gdy nim poruszyła, w powietrzu rozszedł się przyjemny zapach. Korzenny aromat mydła do golenia.
Beatrix zbliżyła pędzel do nosa i powąchała go… cedr, lawenda, liście laurowe. Wyobraziła sobie, jak Christopher nakłada pianę na twarz, wykrzywiając wargi na jedną stronę w męskim grymasie, który tak często obserwowała u ojca i brata, gdy się golili.
– Beatrix?
W pośpiechu odłożyła pędzel i wyszła na korytarz.
– Znalazłam list – powiedziała. – I rozchyliłam zasłony, zaraz je zaciągnę, a…
– Och, nie przejmuj się tym, zostaw je. Nie cierpię ciemnych pomieszczeń. – Audrey uśmiechnęła się z wysiłkiem. – John wziął lekarstwo. Staje się od niego senny. Skorzystam więc z okazji, zejdę na dół i porozmawiam z kucharką. John sądzi, że po przebudzeniu zdoła zjeść trochę białego puddingu.
Razem zeszły po schodach.
– Dziękuję ci, że zgodziłaś się zanieść ten list Prudence.
– To bardzo miło z twojej strony, że ułatwiasz im korespondencję.
– Och, przecież to żaden kłopot. Zgodziłam się dla dobra Christophera. Choć muszę przyznać, że zdziwiło mnie, że Prudence poświęciła czas na to, by odpisać.
– Dlaczego?
– Myślę, że nie dba o niego w najmniejszym stopniu. Ostrzegałam Christophera, gdy wyjeżdżał. On jednak był zauroczony jej wyglądem i dowcipem, więc wmówił sobie, że rozwija się pomiędzy nimi coś prawdziwego.
– Myślałam, że lubisz Prudence.
– Lubię. To znaczy… staram się. Ze względu na ciebie. – Uśmiechnęła się kpiąco na widok miny Beatrix. – Wolałabym być raczej taka jak ty, Beo.
– Jak ja? Chyba raczej nie… Nie zauważyłaś, że jestem dziwaczna?
Audrey uśmiechnęła się szerzej i przez ułamek sekundy wyglądała jak beztroska młoda dama, którą była przed chorobą Johna.
– Akceptujesz ludzi takimi, jacy są. Traktujesz ich tak jak swoje zwierzęta, jesteś cierpliwa, poświęcasz czas, by zrozumieć ich nawyki i potrzeby i nigdy ich nie osądzasz.
– Surowo osądziłam twojego szwagra – zauważyła Beatrix.
– Więcej osób powinno być surowych dla Christophera – odparła Audrey. – To miałoby błogosławiony wpływ na jego charakter.
List spoczywający w kieszeni Beatrix był dla niej prawdziwą torturą. Szybko wróciła do domu, osiodłała konia i pojechała do Mercer House, wymyślnie zaprojektowanego domu z wieżyczkami, misternie powykręcanymi poręczami balkonów i witrażowymi oknami.
Prudence dopiero wstała, poprzedniego wieczoru bowiem do trzeciej bawiła na tańcach, przyjęła więc Beatrix w aksamitnym szlafroku bogato ozdobionym białą koronką.
– Och, Bea, żałuj, że nie było cię wczoraj na tańcach! Przybyło tylu przystojnych młodych dżentelmenów, w tym oddział kawalerzystów, którzy za dwa dni jadą na Krym. Wyglądali wspaniale w mundurach…
– Właśnie wracam od Audrey – przerwała jej Beatrix bez tchu, wchodząc do prywatnego saloniku i zamykając za sobą drzwi. – Biedny pan Phelan nie czuje się dobrze i… cóż, zaraz ci o tym opowiem, bo najpierw… przyszedł list od kapitana Phelana!
Prudence uśmiechnęła się i wzięła list.
– Dziękuję ci, Beo. A teraz jeśli chodzi o tych oficerów, których wczoraj poznałam… był tam taki ciemnowłosy porucznik, który poprosił mnie do tańca i…
– Nie otworzysz go? – zapytała Beatrix ze zdumieniem, gdy Prudence odłożyła list na toaletkę.
Prudence uśmiechnęła się do niej zagadkowo.
– Ależ ty jesteś dzisiaj niecierpliwa. Chcesz, żebym go od razu otwarła?
– Tak.
– Ale ja chcę opowiedzieć ci o poruczniku.
– W nosie mam twojego porucznika, chcę wiedzieć, co napisał kapitan Phelan.
Prudence zachichotała miękko.
– Ostatni raz widziałam cię tak podekscytowaną, gdy w zeszłym roku ukradłaś lisa, którego lord Campdon sprowadził z Francji.
– Nie ukradłam go, tylko ocaliłam. Żeby sprowadzać z Francji lisa do polowań… To wyjątkowo niesportowe zachowanie. – Beatrix pokazała gestem list. – Otwórz go!
Prudence złamała pieczęć, przebiegła kartki wzrokiem i pokręciła głową z rozbawionym niedowierzaniem.
– Teraz pisze o mułach. – Wywróciła oczami i podała list Beatrix.
Panna Prudence Mercer
Stony Cross
Hampshire, Anglia
7 listopada 1854 roku
Droga Prudence,
niezależnie od tego, co donoszą raporty o nieustraszonych brytyjskich żołnierzach, zapewniam Cię, że strzelcy pod ostrzałem cofają się, a nawet uchylają. Zgodnie z Twoją radą dodałem do mego repertuaru także schodzenie kulom z drogi i chowanie się za skałami, z doskonałym rezultatem. Zadałem tym samym kłam morałom płynącym ze starych bajek: czasami człowiek woli jednak być zającem niż żółwiem.
Dwudziestego czwartego października stoczyliśmy bitwę o port Bałakława na południu kraju. Naszej lekkiej jeździe bez zrozumiałej przyczyny nakazano uderzać prosto na rosyjskie armaty. Pięć pozbawionych wsparcia regimentów kawalerii zostało dosłownie zmiecionych z powierzchni ziemi. Dwustu żołnierzy i prawie czterysta koni straciliśmy w dwadzieścia minut.
Ruszyliśmy na ratunek żołnierzom, którzy padli w boju, żeby Rosjanie nie zdołali do nich dotrzeć. Albert biegł obok mnie nieustraszenie pod gradem kul i pomagał mi identyfikować tych rannych, których można było wynieść poza zasięg pocisków. Zginął mój najbliższy przyjaciel.
Proszę, podziękuj swojej przyjaciółce Beatrix za rady odnośnie do Alberta. Już mniej gryzie innych, a mnie w ogóle, kilka razu tylko skubnął gości w moim namiocie.
Maj i październik pachną najładniej? Ja dodałbym jeszcze grudzień: jodła, szron, dym ogniska, cynamon. A jeśli chodzi o Twoją ulubioną piosenkę… Wiedziałaś, że „Za wzgórzami i daleko stąd” to oficjalny hymn Brygady Strzelców?
Wszyscy wokół padają ofiarami rozmaitych chorób, tylko nie ja. Nie mam objawów cholery, ani żadnych innych przypadłości, które dziesiątkują nasze szeregi. Czuję, że powinienem chociaż poudawać problemy z żołądkiem, by zachować pozory przyzwoitości.
Co do zatargu o osła: żywię wiele współczucia dla Cairda i jego bezwstydnej klaczy, ale czuję się w obowiązku zauważyć, że przyjście na świat muła to wcale nie taki zły rezultat. Muły są znacznie pewniejsze niż konie, ogólnie zdrowsze, a co najważniejsze, mają niezwykle wyraziste uszy. I wcale nie są uparte, dopóki odpowiednio się je prowadzi. Zapewne dziwi Cię moja wyraźna słabość do mułów, spieszę więc wyjaśnić, że jako dziecko miałem muła o imieniu Hektor, na cześć muła występującego w Iliadzie.
Nie ośmieliłbym prosić Cię, byś na mnie czekała, Pru, ale proszę Cię za to, byś znów do mnie napisała. Przeczytałem Twój list niezliczoną ilość razy. Teraz, oddalona ode mnie o dwa tysiące mil, jesteś znacznie bardziej rzeczywista, niż byłaś kiedykolwiek przedtem.
Na zawsze Twój,
Christopher
PS. Załączam portret Alberta.
Czytając, Beatrix odczuwała na przemian troskę, wzruszenie i rozbawienie. Skończyła lekturę całkowicie oczarowana.
– Pozwól mi odpisać za siebie – poprosiła. – Jeszcze jeden list. Proszę cię, Pru. Pokażę ci go, zanim go wyślę.
Prudence roześmiała się.
– Naprawdę, to najgłupsza rzecz, jaką w życiu… Och, no dobrze, odpisz mu, jeśli cię to bawi.
Kolejne pół godziny Beatrix poświęciła na błahą pogawędkę o tańcach, gościach, którzy na nie przybyli, i najświeższych plotkach z Londynu. Wsunęła list od Christophera Phelana do kieszeni… i zamarła, gdy wyczuła palcami nieznany przedmiot. Metalowa rączka… i jedwabiste włosie pędzla do golenia. Zbladła, gdy zrozumiała, że nieświadomie zabrała go z komody Christophera.
Jej problem powrócił.
Zdołała się uśmiechnąć i podtrzymywała rozmowę z Prudence, choć w środku czuła burzę.
Od czasu do czasu gdy była zdenerwowana lub zmartwiona, wkładała do kieszeni różne małe przedmioty w sklepach i rezydencjach sąsiadów. Robiła tak od śmierci rodziców. Zazwyczaj była tego zupełnie nieświadoma, czasami jednak impuls był tak silny, że pociła się i drżała, dopóki mu nie uległa.
Sama kradzież nigdy nie była kłopotem. To zwracanie drobiazgów ich właścicielom przysparzało problemów. Beatrix z pomocą rodziny zawsze się to jednak udawało. Czasami jednak wymagało to wyjątkowych starań – wizyt składanych o zupełnie nieodpowiedniej porze dnia, wymyślania najdziwaczniejszych wymówek, by móc wałęsać się po czyimś domu – to wszystko tylko umacniało reputację Hathawayów jako ekscentryków.
Na szczęście tym razem odłożenie pędzla nie powinno być trudne. Może go przecież zwrócić przy następnej wizycie u Audrey.
– Chyba muszę się już ubrać – oświadczyła w końcu Prudence.
Beatrix bez wahania skorzystała z okazji.
– Oczywiście. Ja muszę wracać do domu i do obowiązków. – Uśmiechnęła się i dodała lekkim tonem: – Mam list do napisania.
– Tylko wystrzegaj się dziwactw – poleciła jej Prudence. – Miej na uwadze moją reputację.