-
nowość
Znak Rzeczywistości - ebook
Znak Rzeczywistości - ebook
Co, jeśli po drugiej stronie śmierci czeka tylko kolejna wersja świata? Mark Hayes przeżył wypadek. Z tamtej chwili zapamiętał geometryczną siatkę i znak, którego nie potrafił zapomnieć. Przez lata próbował wrócić do zwyczajnego życia. Aż zobaczył go ponownie. Paul Carter, dziennikarz śledczy, szuka sprawdzalnych faktów. Znajduje stare dokumenty, powracające nazwiska i siedemnaście sekund, których nie da się łatwo wyjaśnić. Trop prowadzi do ukrytego pod antarktycznym lodem ośrodka. Tam pomiary zaczynają sobie przeczyć, a ludzie odpowiedzialni za eksperyment nie potrafią już powiedzieć, czemu służy. Mark i Paul chcą poznać prawdę. Najpierw jednak muszą ustalić, po czym rozpoznają, że naprawdę wrócili. „Znak rzeczywistości” to debiutancka powieść B. J. Calla — thriller z pogranicza science fiction i tajemnicy, otwierający historię, w której nawet powrót do domu nie kończy pytań. Powieść luźno inspirowana osobistym doświadczeniem autora — wypadkiem i zapamiętaną wizją tajemniczego znaku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Seattle, sierpień 2026 roku.
Mark Hayes miał czterdzieści sześć lat. Od wypadku minęło niemal dwanaście lat; długość tego czasu najłatwiej było mu dostrzec w twarzy córki. Była już nastolatką. On wciąż wracał do tej samej chwili.
Mark obudził się kilka sekund przed alarmem. Jak zwykle. Przez chwilę leżał nieruchomo, patrząc w sufit. W pokoju panował półmrok. Przez niedokładnie zasunięte zasłony wpadało blade światło poranka. Telefon leżał na szafce nocnej. 7:00. Alarm jeszcze nie zadzwonił. Mark wyciągnął rękę i wyłączył go, zanim zdążył wydać pierwszy dźwięk. Przez kilka sekund zastanawiał się, czy po prostu nie zostać w łóżku. Nie miał jednak powodu. A właściwie miał ich zbyt wiele.
Praca. Kredyt. Rachunki. Samochód, który znowu wymagał naprawy. Zakupy. Telefon od szefa. Wiadomość od córki, że trzeba pamiętać o czymś do szkoły. Zwykłe życie. To samo od wielu lat. Mark usiadł na łóżku i przetarł twarz. Kiedyś wydawało mu się, że będzie żył inaczej. Nie potrafił powiedzieć kiedy dokładnie wszystko się zmieniło. Może wtedy, gdy urodziła się córka. Może wtedy, gdy zaczął pracować w miejscu, którego szczerze nie znosił.
A może dużo wcześniej. Podczas wypadku.
* * *
Miał wtedy trzydzieści cztery lata. Wracał po południu do domu. Listopadowe chmury sprawiały, że było ciemno jak przed wieczorem. Padał deszcz, droga była śliska, a światła samochodów jadących z naprzeciwka rozmazywały się na mokrej szybie. Pamiętał radio. Pamiętał głos prezentera. Pamiętał, że myślał o tym, co zje na kolację. A potem zobaczył światła. Nie wiedział, czyje. Samochód wpadł w poślizg. Sekunda. Może dwie. Uderzenie. Metal. Szkło. A potem cisza. Lekarze powiedzieli później, że miał dużo szczęścia.
Przez kilka minut jego serce nie pracowało prawidłowo. Mark pamiętał to inaczej. Pamiętał, że umarł. Nie widział tunelu. Nie widział światła. Nie zobaczył żadnej postaci, która wyciągała do niego rękę. Zobaczył coś zupełnie innego. Najpierw była ciemność. Całkowita. Bez dźwięku. Bez ciężaru ciała. Bez bólu. A potem pojawiła się przestrzeń. Nie potrafił określić, czy była ogromna, czy nieskończenie mała. Przed nim pojawiła się siatka. Geometryczna.
Tysiące linii przecinały się pod idealnymi kątami, tworząc wzory, których Mark nie potrafił nazwać. Nie były przypadkowe. Były perfekcyjne. Jak konstrukcja czegoś, czego nie powinien oglądać. W pewnym momencie siatka zaczęła się obracać. Pojawiły się symbole. Nie przypominały żadnego alfabetu, który znał. Nie były hieroglifami. Nie były literami. Były czymś pomiędzy matematyką a językiem. Mark patrzył na nie i miał dziwne wrażenie, że rozumie ich znaczenie.
Nie potrafiłby go jednak wypowiedzieć. Wtedy zobaczył coś jeszcze. Za geometryczną strukturą znajdowało się coś, co przypominało ścianę. Albo granicę. Jakby cały widziany przez niego świat był zamknięty wewnątrz ogromnej konstrukcji. A za nią... Było coś jeszcze. Mark próbował się zbliżyć. I wtedy usłyszał dźwięk. Nie głos. Nie słowo. Raczej wibrację. Jakby coś próbowało przemówić bez użycia dźwięku. Potem wszystko zniknęło.
* * *
Obudził się w szpitalu. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była twarz lekarza. Drugą — twarz swojej żony. Trzecią — światło jarzeniówki. Powiedział im o wszystkim. O siatce. O symbolach. O granicy. O tym, że miał wrażenie, jakby znajdował się poza własnym ciałem. Lekarz słuchał cierpliwie. Potem powiedział:
— To może się zdarzać po zatrzymaniu krążenia. Mózg w takich sytuacjach potrafi tworzyć niezwykle realistyczne obrazy.
Mark pokiwał głową.
— Ale ja widziałem...
— Wiem — przerwał mu lekarz. — Dla pana to było prawdziwe.
To zdanie zostało z nim na długo.
DLA PANA TO BYŁO PRAWDZIWE.
Żona również próbowała go uspokajać.
— Najważniejsze, że żyjesz.
Mark wiedział, że miała rację. Ale problem polegał na tym, że od tamtej chwili nie potrafił już żyć tak jak wcześniej. Zaczął szukać informacji. Najpierw o doświadczeniach bliskich śmierci. Później o świadectwach ludzi, którzy twierdzili, że widzieli podobne rzeczy. Następnie o tajnych eksperymentach. O wojskowych projektach. O starożytnych cywilizacjach. O UFO. O anomaliach. O miejscach, których oficjalnie nie było. Im więcej czytał, tym więcej znajdował pytań.
A im więcej pytań znajdował, tym mniej ufał odpowiedziom. Z czasem zaczął prowadzić własne notatki. Najdziwniejsze było to, że po kilku latach znalazł w internecie zdjęcie czegoś, co przypominało strukturę, którą widział podczas śmierci klinicznej. Mark patrzył na ekran przez kilka minut. Nie wiedział, co właściwie widzi. Pod zdjęciem znajdował się opis dotyczący tajemniczych struktur geometrycznych. Zrobił zrzut ekranu. Wydrukował go.
Schował do szuflady. Od tamtej pory zaczął kolekcjonować takie rzeczy. Nigdy nikomu o tym nie powiedział. A przynajmniej nie powiedział wszystkiego.
* * *
Minęło niemal dwanaście lat. Mark siedział teraz na brzegu łóżka i patrzył na zegar. 7:03. Wstał. W łazience spojrzał w lustro. Wyglądał na starszego niż jeszcze kilka lat temu. Podkrążone oczy. Kilka siwych włosów. Kilka dni nieogolonego zarostu. Przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu. Potem odwrócił wzrok. Na dole usłyszał głos żony.
— Mark! Wstajesz?
— Już!
Zszedł na dół. Córka siedziała przy stole i jadła śniadanie. Żona krzątała się w kuchni. Na stole leżała jej szkolna torba. Mark spojrzał na zegarek.
— Która godzina?
— Siódma dziesięć — odpowiedziała żona.
— Cholera.
Wziął kubek kawy. Córka spojrzała na niego.
— Tato, dzisiaj mnie zawieziesz?
— Tak.
— Na pewno?
Mark popatrzył na nią.
— Na pewno.
Przez chwilę wszystko wyglądało normalnie. Rodzina. Dom. Poranek. Zwyczajne życie. Tylko że Mark od dawna czuł, że coś w nim umarło podczas tamtego wypadku. A coś innego się wtedy narodziło. Coś, czego nie potrafił nazwać.
* * *
Kilka minut później wszyscy byli już gotowi. Mark założył kurtkę, wziął kluczyki i wyszedł pierwszy. Wsiadł do samochodu. Uruchomił silnik. Czekał. Córka nie wychodziła. Otworzył drzwi.
— No chodź, spóźnimy się.
— Już!
Po chwili wybiegła z domu. Mark spojrzał na nią i nagle zamarł. Na sekundę. Nie wiedział dlaczego. Przez szybę zobaczył odbicie światła na mokrym chodniku. To światło przypomniało mu tamten wypadek. I siatkę. Geometryczną konstrukcję. Symbole. Granice. Potrząsnął głową.
— Tato?
— Nic.
Ruszyli. Po kilkuset metrach Mark poczuł, że czegoś brakuje. Spojrzał na siedzenie obok. Puste. Potem na tylne siedzenie. Plecak córki. Zatrzymał samochód.
— Cholera.
— Co?
— Zapomniałem torby do pracy.
Córka westchnęła.
— To wracamy?
— Musimy.
Zawrócił. Nie wiedział jeszcze, że ten drobny, irytujący szczegół sprawi, że tego dnia wszystko potoczy się inaczej.
* * *
Wrócili pod dom. Mark wysiadł i wszedł do środka. Na schodach zatrzymał się. Coś zobaczył. Na ścianie, w miejscu gdzie rano padało światło z okna, przez ułamek sekundy pojawił się wzór. Czarna linia. Druga. Trzecia. Geometryczna siatka. Mark mrugnął. Wzór zniknął. Stał nieruchomo.
— Mark? — zawołała żona z kuchni.
— Tak?
— Wszystko dobrze?
Spojrzał jeszcze raz na ścianę. Nic. Tylko zwykłe światło.
— Tak — odpowiedział.
Wziął torbę. Wyszedł. Nie wiedział jeszcze, że tego samego dnia po raz pierwszy od dwunastu lat zobaczy DOKŁADNIE TEN SAM SYMBOL, który pojawił się przed nim podczas śmierci klinicznej. Tym razem będzie mógł spróbować sprawdzić, czy symbol widzi również ktoś inny. Ktoś zostawi go w miejscu, w którym Mark nigdy nie spodziewał się go znaleźć. A kiedy go zobaczy, przypomni sobie jedno zdanie lekarza sprzed dwunastu lat:
„DLA PANA TO BYŁO PRAWDZIWE.”
I po raz pierwszy zacznie się zastanawiać, czy lekarz się nie mylił.ROZDZIAŁ 2 — ZWYKŁY DZIEŃ
Mark przez większość drogi do pracy milczał. Córka siedziała z tyłu i patrzyła przez okno.
— Tato?
— Hmm?
— Wszystko dobrze?
— Tak.
— Jesteś jakiś dziwny.
Mark uśmiechnął się lekko.
— Jestem zmęczony.
Córka nic nie odpowiedziała. Wiedziała, że kiedy tata mówił „jestem zmęczony”, najczęściej oznaczało to, że nie chce o czymś rozmawiać. Samochód zatrzymał się przed szkołą.
— Miłego dnia — powiedział Mark.
— Tobie też.
Dziewczynka wysiadła. Mark patrzył, jak znika za drzwiami budynku. Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, zauważył coś na szybie samochodu. Małą kroplę wody. Spływała powoli w dół. Jej ślad przez chwilę przypominał linię. Potem drugą. Mark poczuł dziwne ukłucie w żołądku. Znów pomyślał o siatce.
— Przestań — powiedział sam do siebie.
Uruchomił silnik.
* * *
Praca wyglądała każdego dnia tak samo. Komputer. Telefon. Maile. Spotkania. Ludzie, którzy pytali o rzeczy, które według Marka nie miały większego znaczenia. Przez kilka godzin potrafił całkowicie odciąć się od tego, co działo się w jego głowie. A potem, zwykle około jedenastej, wracało. Wspomnienie. Siatka. Symbole. Granica. Najgorsze było to, że Mark coraz częściej zastanawiał się, czy podczas wypadku naprawdę widział coś, czego nauka jeszcze nie potrafi wyjaśnić.
Próbował z tym walczyć. Przez pierwsze miesiące po wypadku. Później przez rok. W końcu przestał. Zaczął szukać.
* * *
Jego żona początkowo nawet tego nie zauważała. Mark czytał wieczorami. Najpierw kilka artykułów. Potem całe fora internetowe. Później książki. W domu pojawiły się stosy wydrukowanych dokumentów. Na biurku leżały notatniki. W jednym z nich Mark narysował z pamięci symbol, który widział podczas śmierci klinicznej. Nie potrafił odtworzyć go dokładnie. Zawsze brakowało jakiegoś elementu. Jakiejś linii. Jakiegoś kąta. Czasami wydawało mu się, że prawie go pamięta.
A potem obraz znikał. Mark próbował więc rysować go od nowa. Dziesiątki razy. Setki. Na końcu każdej strony pisał datę.
12 MARCA.
18 MARCA.
27 MARCA.
4 KWIETNIA.
Symbol za każdym razem wyglądał trochę inaczej. Ale jeden element pozostawał niezmienny. Trzy przecinające się linie. I mały znak w środku. Żona znalazła jeden z tych zeszytów przypadkiem.
— Co to jest?
Mark odwrócił się.
— Nic.
— To nie wygląda jak nic.
— Po prostu coś rysuję.
— Od kiedy?
— Od jakiegoś czasu.
Spojrzała na niego.
— Znowu to?
Mark nic nie odpowiedział.
— Mark, minęło dwanaście lat.
— Wiem.
— Byłeś w szpitalu. Miałeś wypadek. Lekarze powiedzieli ci, co się stało.
— Lekarze powiedzieli mi, że mózg może tworzyć obrazy.
— No właśnie.
Mark spojrzał na nią.
— A jeśli nie?
Żona westchnęła.
— Właśnie dlatego się o ciebie martwię.
Wyszła z pokoju. Mark został sam. Spojrzał na rysunek. Nie wiedział, co bardziej go bolało. To, że żona mu nie wierzyła. Czy to, że być może miała rację.
* * *
Z czasem zaczął prowadzić anonimowy kanał w internecie. Nie był popularny. Na początku oglądało go kilkadziesiąt osób. Potem kilkaset. Mark nagrywał filmy nocą. Siedział przed komputerem, z wyłączonym światłem, i mówił o rzeczach, o których nie chciał rozmawiać z nikim w prawdziwym życiu. O tajnych bazach. O obserwacjach UFO. O eksperymentach wojskowych. O ludziach, którzy twierdzili, że widzieli coś, czego nie powinni zobaczyć. Nie uważał się za wariata.
Nie uważał się też za odkrywcę. Po prostu chciał wiedzieć. Jednego wieczoru nagrał film zatytułowany:
„CZY RZECZYWISTOŚĆ MA GRANICE?”
Mówił w nim o teoriach dotyczących struktury wszechświata. W pewnym momencie pokazał widzom własny rysunek. Ten sam, który wykonywał od lat.
— Nie wiem, co to jest — powiedział do kamery. — Widziałem to podczas śmierci klinicznej. Wiem, jak to brzmi. Wiem, co sobie pomyślicie. Ale przez dwanaście lat próbowałem znaleźć coś podobnego.
Film miał dziewięćdziesiąt trzy wyświetlenia. Dwa komentarze. Pierwszy:
„IDŹ DO PSYCHIATRY.”
Drugi:
„CIEKAWE.”
Mark zamknął komputer. Kilka minut później dostał wiadomość prywatną. Od nieznanego użytkownika. Nie było zdjęcia profilowego. Nie było historii konta. Tylko jedno zdanie.
„GDZIE TO WIDZIAŁEŚ?”
Mark patrzył na ekran. Napisał:
„PODCZAS WYPADKU SAMOCHODOWEGO.”
Odpowiedź pojawiła się po kilkunastu sekundach.
„NIE PYTAM KIEDY. PYTAM GDZIE.”
Mark zmarszczył brwi. Odpisał:
„NIE ROZUMIEM.”
Przez kilka minut nic się nie działo. Potem pojawiła się kolejna wiadomość.
„TEN SYMBOL NIE POCHODZI Z TWOJEGO MÓZGU.”
Mark zamarł. Przeczytał ją jeszcze raz. Potem trzeci. Serce zaczęło mu bić szybciej. Napisał:
„SKĄD GO ZNASZ?”
Tym razem odpowiedź pojawiła się natychmiast.
„BO WIDZIAŁEM GO WCZEŚNIEJ.”
Mark poczuł zimno na plecach.
„GDZIE?”
Trzy kropki. Ktoś pisał. Zniknęły. Znów się pojawiły. W końcu przyszła wiadomość:
„NA ANTARKTYDZIE.”
Mark przestał oddychać na kilka sekund. Spojrzał na swój rysunek. Trzy linie. Mały znak pośrodku. Ten sam. Dokładnie ten sam. Po chwili pojawiła się jeszcze jedna wiadomość.
„JEŻELI NAPRAWDĘ CHCESZ WIEDZIEĆ, CO ZOBACZYŁEŚ PODCZAS WYPADKU, PRZESTAŃ SZUKAĆ W INTERNECIE.”
Mark poczuł niepokój. Po chwili przyszła ostatnia wiadomość:
„ONI JUŻ WIEDZĄ, ŻE SZUKASZ.”
Ekran zgasł. Mark spojrzał na swoje odbicie w czarnym monitorze. Po raz pierwszy od dwunastu lat pomyślał, że być może problem nie polegał na tym, że nikt mu nie wierzył. Być może problem polegał na tym, że KTOŚ BARDZO NIE CHCIAŁ, ŻEBY MU UWIERZONO.ROZDZIAŁ 3 — CZŁOWIEK OD FAKTÓW
Paul nie lubił słowa „niewyjaśnione”. Uważał, że ludzie używają go zbyt łatwo. Niewyjaśnione zniknięcie. Niewyjaśniona śmierć. Niewyjaśnione zjawisko. Niewyjaśnione światła na niebie. Dla większości oznaczało to coś niezwykłego. Dla Paula oznaczało tylko jedno:
JESZCZE NIE ZNALEŹLIŚMY WYJAŚNIENIA.
To była różnica. I właśnie dlatego od ponad piętnastu lat był dziennikarzem śledczym. Nie interesowały go czerwone dywany, celebryci ani politycy przecinający wstęgi. Interesowali go ludzie, którzy nie chcieli odpowiadać na pytania. Dokumenty, które znikały. Pieniądze, które zmieniały właścicieli. Firmy, które oficjalnie nie miały ze sobą nic wspólnego, a jednak korzystały z tych samych adresów, prawników i kont bankowych. Paul lubił takie sprawy.
Były trudne, ale miały jedną zaletę. Na końcu zawsze można było znaleźć coś konkretnego. Dokument. Nagranie. Przelew. Świadka. Dowód. Nie potrzebował wiary. Potrzebował faktów.
* * *
W redakcji pojawił się kilka minut po ósmej. Minął recepcję, rzucił kurtkę na krzesło i postawił kubek kawy obok komputera.
— Cześć — powiedziała siedząca obok Marta.
— Cześć.
— Spałeś?
— Cztery godziny.
— Czyli standard.
Paul uśmiechnął się. Usiadł przy biurku i uruchomił komputer. Na ekranie pojawiła się lista wiadomości. Dwadzieścia trzy nowe maile. Większość mogła poczekać. Jeden nie. Temat:
„MUSISZ TO ZOBACZYĆ.”
Paul otworzył wiadomość. Bez treści. Tylko link do filmu. Kliknął. Na ekranie pojawił się mężczyzna siedzący przed kamerą. Około czterdziestu lat. Zmęczona twarz. Nieogolony. Zwykły pokój. Żadnego profesjonalnego sprzętu. Paul już chciał zamknąć nagranie, kiedy usłyszał:
— Sześć lat temu miałem wypadek samochodowy.
Zatrzymał kursor. Słuchał dalej. Mężczyzna mówił spokojnie. Nie krzyczał. Nie próbował nikogo przekonać. Opowiadał o śmierci klinicznej. O ciemności. O dziwnej geometrycznej strukturze. O symbolach. Paul skrzywił się. Nie dlatego, że historia była absurdalna. Takich historii słyszał już setki. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Mężczyzna wyjął kartkę. Narysował symbol. Paul zatrzymał film. Przewinął kilka sekund. Ponownie zatrzymał. Przybliżył obraz.
Patrzył na rysunek. Potem zrobił zrzut ekranu.
— Co ty robisz? — zapytała Marta.
Paul nie odpowiedział.
— Paul?
— Chwila.
Przerysował symbol na kartkę. Spojrzał na niego. Nie znał go. Ale coś w nim było dziwnie znajome. Nie sam kształt. Układ. Powtarzalność linii. Jak schemat. Paul odtworzył film. Mężczyzna mówił:
— Przez lata myślałem, że to tylko efekt tego, co działo się z moim mózgiem. Ale później znalazłem podobne symbole.
Paul zmarszczył brwi.
— Gdzie?
Mark mówił dalej:
— W materiałach dotyczących ekspedycji polarnych.
Paul zatrzymał film. Tym razem już się nie uśmiechał.
* * *
— Co znalazłeś? — zapytała Marta.
— Nic.
— To dlaczego wyglądasz, jakbyś znalazł?
Paul obrócił monitor.
— Kojarzysz ten symbol?
Marta spojrzała.
— Nie.
— Ja też nie.
— To skąd to zainteresowanie?
Paul wzruszył ramionami.
— Nie wiem.
Kłamał. Tak naprawdę coś sobie przypomniał. Nie symbol. Rozmowę. Sprzed dwóch lat. Podczas jednego ze śledztw rozmawiał z byłym pracownikiem firmy zajmującej się technologiami satelitarnymi. Mężczyzna powiedział mu wtedy coś dziwnego. Że niektóre dane z satelitów były filtrowane, zanim trafiały do oficjalnych baz. Paul zapytał dlaczego. Mężczyzna odpowiedział:
— Bo nie wszystko, co widzą satelity, powinno być widziane.
Paul uznał wtedy, że rozmówca przesadza. Nie miał dowodów. Nie miał dokumentów. Nie miał niczego. Temat zamknął. Teraz jednak przypomniał sobie jeszcze jedno. Tamten człowiek wspomniał o Antarktydzie.
* * *
Paul otworzył wyszukiwarkę. Wpisał kilka słów.
ANTARKTYDA EKSPEDYCJA SYMBOL GEOMETRYCZNY.
Setki wyników. Nic. Dodał rok. Nic. Dodał nazwisko. Nic. Znalazł kilka zdjęć starych ekspedycji. Otwierał kolejne. Żadne nie pasowało. Po kilkunastu minutach odchylił się na krześle.
— Bez sensu.
Marta spojrzała na niego.
— Co?
— Nic.
— Mówisz „nic” od pół godziny.
Paul spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
— Muszę zrobić materiał.
— O czym?
Paul jeszcze raz spojrzał na zatrzymany film. Na ekranie widniał Mark.
— O tym facecie.
Marta roześmiała się.
— O UFO?
— Nie.
— To o czym?
— O ludziach, którzy wierzą w UFO.
— Czyli jednak UFO.
Paul pokręcił głową.
— Chcę sprawdzić, dlaczego ten film tak szybko się rozchodzi.
— Myślisz, że ktoś go promuje?
— Nie wiem.
— A ten symbol?
Paul spojrzał na kartkę.
— Symbol jest najmniej interesujący.
Marta uniosła brew.
— Naprawdę?
— Tak.
— To co jest interesujące?
Paul przez chwilę milczał.
— Skąd on go zna.
* * *
Tego samego dnia Paul zadzwonił do Marka. Telefon długo nie był odbierany. W końcu usłyszał:
— Halo?
— Pan Mark?
— Tak.
— Nazywam się Paul Carter. Jestem dziennikarzem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jeżeli chodzi o film...
— Właśnie o niego.
— Nie jestem zainteresowany telewizją.
— Nie pracuję dla telewizji.
— To dla kogo?
Paul podał nazwę redakcji. Mark milczał.
— Chciałbym się z panem spotkać.
— Po co?
— Chcę porozmawiać o wypadku.
— Już wszystko powiedziałem w filmie.
— Nie wszystko.
Mark nic nie odpowiedział. Paul spojrzał na kartkę leżącą przed nim. Na symbol.
— Chciałbym zobaczyć oryginalne rysunki.
Mark natychmiast zmienił ton.
— Dlaczego?
— Bo chcę sprawdzić, czy symbol rzeczywiście pojawiał się u pana przez lata.
— I co wtedy?
— Wtedy będę wiedział, czy warto szukać dalej.
— A jeżeli nie warto?
Paul uśmiechnął się lekko.
— Wtedy napiszę, że się pan myli.
Po drugiej stronie znowu zapadła cisza.
— Dobrze — powiedział Mark. — Jutro.
* * *
Po zakończeniu rozmowy Paul zamknął komputer. Wstał. Zabrał kurtkę. Przed wyjściem spojrzał jeszcze raz na kartkę. Symbol. Trzy linie. Mały znak pośrodku. Wyciągnął telefon i zrobił zdjęcie. Potem wysłał je do starego kontaktu. Do człowieka, z którym nie rozmawiał od prawie dwóch lat. Wiadomość była krótka:
„WIDZIAŁEŚ KIEDYŚ COŚ TAKIEGO?”
Odpowiedź przyszła po niecałej minucie. Paul przeczytał ją dwa razy. Potem usiadł. Wiadomość zawierała tylko pięć słów:
„NIE WYSYŁAJ MI TEGO PONOWNIE.”
Paul poczuł nieprzyjemny chłód. Po chwili pojawiła się druga wiadomość.
„I NIE JEDŹ DO MARKA.”
Paul patrzył na ekran. Nie wiedział jeszcze, kim naprawdę był Mark. Nie wiedział, co wydarzyło się podczas jego wypadku. Nie wiedział, czym był symbol. Ale wiedział jedno. Od tej chwili nie interesował go już film. Interesował go CZŁOWIEK, KTÓRY BAŁ SIĘ TEGO SYMBOLU BARDZIEJ NIŻ MARK.ROZDZIAŁ 4 — WYWIAD
Seattle padało. Mark siedział w samochodzie zaparkowanym przed małą kawiarnią niedaleko Fremont i obserwował ludzi przechodzących po drugiej stronie ulicy. Deszcz był jednym z tych, które nie robiły większego wrażenia. Nie padało mocno. Po prostu wszystko było mokre. Chodniki. Samochody. Drzewa. Szyby. Seattle potrafiło padać przez cały dzień i sprawiać wrażenie, jakby nikomu to nie przeszkadzało. Mark spojrzał na zegarek. 10:57. Umówili się na jedenastą.
Nie wiedział, czego właściwie oczekuje od tego spotkania. Paul Carter. Dziennikarz śledczy. Czterdzieści kilka lat. Polak mieszkający w Seattle od ponad dwudziestu lat. Mark znał jego nazwisko. Widział kilka jego artykułów. Paul zajmował się sprawami, które zwykle kończyły się źle dla ludzi mających coś do ukrycia. Nie był dziennikarzem od sensacji. Nie pisał o duchach. Nie robił materiałów o UFO. Nie interesowały go teorie spiskowe. I właśnie to sprawiało, że Mark zgodził się na spotkanie.
Drzwi kawiarni otworzyły się. Do środka wszedł mężczyzna w ciemnej kurtce. Rozejrzał się. Mark od razu wiedział, że to on. Paul zauważył go przez szybę. Wyszedł na zewnątrz. Zapukał w szybę samochodu. Mark otworzył drzwi.
— Mark?
— Paul?
— Carter.
— Hayes.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Wejdziemy? — zapytał Paul.
Mark skinął głową.
* * *
Usiedli przy stoliku pod oknem. Paul zamówił czarną kawę. Mark herbatę. Przez pierwsze kilkadziesiąt sekund żaden z nich się nie odzywał. Paul wyjął mały notes. Nie otworzył go.
— Zanim zaczniemy — powiedział — chcę coś wyjaśnić.
Mark spojrzał na niego.
— Nie zamierzam robić z pana wariata.
— Miło.
— Ale też nie zamierzam udawać, że wierzę w coś, czego nie potrafię potwierdzić.
Mark uśmiechnął się lekko.
— Czyli jesteś sceptykiem.
— Jestem dziennikarzem.
— To chyba to samo.
— Nie.
Paul pochylił się nad stołem.
— Sceptyk mówi: „Nie wierzę”.
— A dziennikarz?
— Mówi: „Pokaż mi”.
Mark przez chwilę patrzył na niego.
— Dobra.
Paul otworzył notes.
— Zacznijmy od początku.
* * *
Mark opowiedział o wypadku. Nie spieszył się. Po raz pierwszy od dawna opowiadał tę historię komuś, kto nie próbował go pocieszać. Paul zadawał pytania. Dokładne. Czasami irytujące.
— Jaka była pogoda?
— Padało.
— Jaka droga?
— Mokra.
— Jechałeś sam?
— Tak.
— Alkohol?
— Nie.
— Leki?
— Nie.
— Narkotyki?
Mark spojrzał na niego.
— Naprawdę?
— Muszę zapytać.
— Nie.
Paul zanotował.
— Co pamiętasz przed wypadkiem?
Mark zamknął oczy.
— Radio.
— Co leciało?
— Nie pamiętam.
— Głos prezentera?
— Tak.
— Co mówił?
Mark próbował sobie przypomnieć. Nic.
— Nie wiem.
Paul zanotował kolejną rzecz.
— A potem?
— Uderzenie.
— I?
— Ciemność.
— Jak długo?
— Nie wiem.
— Co zobaczyłeś?
Mark spojrzał przez okno. Deszcz spływał po szybie.
— Siatkę.
Paul przestał pisać.
— Jaką?
— Geometryczną.
— Opisz ją.
Mark wziął serwetkę. Z kieszeni wyjął długopis. Narysował kilka linii. Paul patrzył. Mark dorysował kolejne.
— Tak.
Paul milczał.
— I symbole?
Mark przytaknął. Dorysował mały znak w środku. Paul pochylił się.
— To ten?
— Tak.
— Jesteś pewien?
Mark spojrzał mu prosto w oczy.
— Rysuję go od dwunastu lat.
Paul nie odpowiedział. Zrobił zdjęcie telefonem.
— Co?
— Nic.
— Coś jest nie tak?
— Nie.
Mark pokręcił głową.
— Właśnie coś jest.
Paul odłożył telefon.
— Znalazłem coś podobnego.
Mark zesztywniał.
— Gdzie?
— W dokumentach dotyczących jednej z ekspedycji.
— Jakiej?
— Tego jeszcze nie wiem.
— To skąd wiesz o symbolu?
Paul przez chwilę milczał.
— Bo ktoś kiedyś mi go pokazał.
— Kto?
— Nie mogę powiedzieć.
Mark oparł się na krześle.
— Więc dlaczego tu jesteś?
Paul spojrzał na niego.
— Bo ten człowiek, kiedy zobaczył ten symbol, powiedział mi, żebym nigdy więcej o niego nie pytał.
Mark poczuł dreszcz.
— I oczywiście zacząłeś pytać.
Paul uśmiechnął się.
— Jestem dziennikarzem.
* * *
Rozmowa trwała prawie dwie godziny. Kiedy wyszli z kawiarni, deszcz nadal padał. Paul stał przy samochodzie i patrzył na Marka.
— Chcę zrobić materiał.
— O mnie?
— O tym, co ci się przydarzyło.
— Będziesz mówił, że jestem wariatem?
— Nie.
— Że mam urojenia?
— Nie wiem.
Mark zmarszczył brwi.
— To co powiesz?
Paul wzruszył ramionami.
— Prawdę.
— A jaka jest prawda?
— Właśnie po nią przyjechałem.
Mark przez chwilę milczał.
— Dobrze.
Paul wyciągnął wizytówkę.
— Zadzwoń, jeżeli przypomnisz sobie coś jeszcze.
Mark wziął kartkę. Już miał odejść, kiedy Paul powiedział:
— Mark.
— Tak?
— Ten symbol.
— Co z nim?
— Czy kiedykolwiek widziałeś go poza swoją wizją?
Mark zastanowił się.
— Nie.
Paul skinął głową.
— Dobrze.
Odwrócił się.
— Dlaczego pytasz?
Paul spojrzał na niego przez ramię.
— Bo chciałem wiedzieć, czy coś jeszcze cię z nim łączy.
— Co?
— Jeszcze nie wiem.
* * *
Tego wieczoru Mark wrócił do domu później niż zwykle. Żona siedziała w salonie.
— Gdzie byłeś?
— Spotkałem się z dziennikarzem.
— Po co?
— Chce zrobić materiał o filmie.
Żona odłożyła telefon.
— Znowu zaczynasz?
— Niczego nie zaczynam.
— Mark...
— To tylko wywiad.
— Zawsze tak mówisz.
Mark nic nie odpowiedział. Poszedł na górę. Zamknął drzwi gabinetu. Włączył komputer. Otworzył folder z rysunkami. Było ich ponad dwieście. Każdy miał datę. Każdy przedstawiał ten sam symbol. Mark przewijał kolejne zdjęcia. Nagle zatrzymał się. Jeden z rysunków był inny. Nie pamiętał, żeby go zrobił. Data:
18 LISTOPADA 2014 ROKU.
Kilka dni po wypadku. Mark otworzył zdjęcie. Patrzył na kartkę. Na symbol. A potem zauważył coś, czego nigdy wcześniej nie widział. W rogu rysunku znajdowała się mała liczba.
61°17'
Mark zmarszczył brwi. Przybliżył obraz. Pod spodem była jeszcze jedna:
149°54'
Nie rozumiał. Wziął telefon. Otworzył mapę. Wpisał pierwszą wartość. Potem drugą. Na ekranie pojawił się punkt. Mark przestał oddychać. Nie był w Seattle. Nie był nawet w Stanach Zjednoczonych. Punkt znajdował się w miejscu, gdzie nie powinien znajdować się żaden człowiek. Mark patrzył na ekran. Nie wiedział, skąd miał te współrzędne. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek je zapisywał. Nie wiedział też, dlaczego znalazły się na rysunku wykonanym kilka dni po jego wypadku.
Wstał. Podszedł do okna. Seattle nocą wyglądało spokojnie. Światła miasta odbijały się w mokrych ulicach. Mark spojrzał na telefon. Potem na rysunek. Po raz pierwszy pomyślał, że może podczas tamtej nocy nie zobaczył czegoś przypadkowego. Może KTOŚ ALBO COŚ POKAZAŁO MU MIEJSCE. Ale jeśli tak było... Dlaczego? Mark jeszcze tego nie wiedział. I na razie nie zamierzał nikomu o tym mówić. Nawet Paulowi.ROZDZIAŁ 5 — WSPÓŁRZĘDNE
Mark nie spał tej nocy. O drugiej siedział jeszcze przy biurku. O trzeciej nadal patrzył w ekran. O czwartej przestał próbować zrozumieć, co właściwie znalazł. Współrzędne prowadziły w okolice Antarktydy. Nie dokładnie na biegun. Nie na żadną znaną stację badawczą. Punkt znajdował się daleko od miejsc, które kojarzył z jakąkolwiek ludzką działalnością. Mark powiększył mapę. Potem jeszcze raz. Przełączył widok satelitarny. Nic. Tylko biel. Lód.
Śnieg. Nic więcej.
— To niemożliwe — powiedział cicho.
Oparł się na krześle. Przez chwilę próbował sobie wmówić, że odpowiedź jest prosta. Współrzędne mogły być przypadkowe. Mógł je kiedyś zobaczyć. Mógł je przepisać. Mógł je zapisać podczas któregoś z internetowych poszukiwań. Mógł nawet sam je narysować i po prostu o tym zapomnieć. Pamięć nie była przecież doskonała. Lekarz mówił mu to wielokrotnie. Trauma. Stres. Leki. Niedotlenienie. Mózg potrafił tworzyć fałszywe wspomnienia. Mark wiedział o tym.
Czytał o tym setki razy. Problem polegał na tym, że rysunek był prawdziwy. Istniał. Miał datę. I został wykonany dwanaście lat temu. Kilka dni po wypadku.
* * *
O szóstej rano zasnął na krześle. Obudził się o 7:18. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był rysunek. Drugą — własną dłoń leżącą na biurku. Trzecią — zegarek.
— Cholera.
Wstał. W domu panowała cisza. Żona i córka już wyszły. Na stole znalazł kartkę.
„ZROBIŁYŚMY ŚNIADANIE. NIE ZAPOMNIJ DZISIAJ ODEBRAĆ CÓRKI.”
Mark przeczytał wiadomość dwa razy. Potem spojrzał na rysunek. Wsunął go do szuflady. Zamknął ją. Przekręcił klucz.
* * *
W pracy nie mógł się skoncentrować. Przez pół dnia patrzył na komputer i udawał, że pracuje. W końcu otworzył wyszukiwarkę. Wpisał współrzędne. Pojawiło się kilka wyników. Większość była bez znaczenia. Mapy. Fora. Strony dotyczące ekspedycji. Jeden wynik przyciągnął jego uwagę. Stara strona internetowa. Nie wyglądała na aktualizowaną od lat. Tytuł:
„NORTHERN POLAR RESEARCH INITIATIVE — ARCHIVE”
Mark kliknął. Strona ładowała się długo. W końcu pojawiła się lista ekspedycji. Daty. Nazwiska. Raporty. Zdjęcia. Mark przewijał. Nie znalazł nic. Już miał zamknąć stronę, kiedy zauważył jeden wpis.
EXPEDITION 14 — 2011.
Kliknął. Błąd.
FILE NOT AVAILABLE.
Spróbował ponownie. To samo. Znalazł jednak numer dokumentu. Skopiował go.
* * *
O 14:37 zadzwonił Paul.
— Masz chwilę?
— Tak.
— Mam pierwszą wersję materiału.
— I?
— Jeszcze nie wiem.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że im więcej sprawdzam, tym mniej jestem pewien.
Mark milczał.
— Znalazłeś coś? — zapytał Paul.
Mark spojrzał na szufladę.
— Nie.
Odpowiedział zbyt szybko. Paul to zauważył.
— Na pewno?
— Tak.
— Dobra.
Krótka cisza.
— Mark?
— Tak?
— Pamiętasz dokładnie, co widziałeś podczas wypadku?
— Tak.
— Wszystko?
Mark zawahał się.
— Nie.
— Co znaczy „nie”?
— Są fragmenty, których nie pamiętam.
Paul milczał.
— To normalne — powiedział w końcu. — Po takim wypadku.
— Wiem.
— I właśnie dlatego chcę znaleźć dokumentację medyczną.
Mark poczuł niepokój.
— Po co?
— Chcę sprawdzić, ile dokładnie trwało zatrzymanie krążenia.
— Przecież mówiłem ci.
— Wiem, co mówiłeś. Chcę zobaczyć dokumenty.
Mark spojrzał przez okno.
— Dobrze.
* * *
Wieczorem Paul siedział w swoim mieszkaniu. Na stole miał laptop, notes i kilka wydruków. Obok leżała kartka z symbolem. Paul przyglądał jej się od kilku minut. Nie podobało mu się to. Nie symbol. Coś innego. Data. Mark powiedział, że rysunek pochodził z okresu kilka dni po wypadku. Paul sprawdził informacje medyczne dotyczące podobnych przypadków. Wiele osób po śmierci klinicznej opisywało światło. Tunele. Postacie. Czasami geometryczne wzory.
To wszystko można było wyjaśnić. Niedotlenieniem mózgu. Aktywnością płatów skroniowych. Zaburzeniami percepcji. Paul znał te argumenty. I właśnie dlatego cała historia Marka powinna być prosta. Mężczyzna przeżył wypadek. Doświadczył czegoś, czego nie rozumiał. Potem zaczął szukać wyjaśnienia. Znalazł w internecie mnóstwo teorii. Jego mózg zaczął łączyć fakty. Koniec historii. Paul zamknął laptop. Po kilku sekundach otworzył go ponownie. Wpisał:
61°17' 149°54'
Wyników było niewiele. Jeden zwrócił jego uwagę. Zdjęcie. Czarno-białe. Wyglądało jak fragment starego raportu. Pod zdjęciem:
„PRIVATE ARCHIVE — 1978.”
Paul kliknął. Strona nie istniała. Próbował znaleźć kopię. Nic. Zrobił zrzut ekranu. Potem zadzwonił do kolegi z redakcji.
— Potrzebuję jednej rzeczy.
— O tej porze?
— Tak.
— Co?
Paul podał mu numer dokumentu ekspedycji.
— Sprawdź, czy masz do tego dostęp.
— Co to jest?
— Jeszcze nie wiem.
* * *
O 23:11 Paul dostał wiadomość.
„SKĄD MASZ TEN NUMER?”
Paul odpowiedział:
„Z ARCHIWUM.”
Odpowiedź przyszła po chwili.
„NIE MA TAKIEGO ARCHIWUM.”
Paul spojrzał na ekran. Napisał:
„TO SKĄD POCHODZI NUMER?”
Tym razem czekał dłużej. W końcu przyszła odpowiedź:
„NIE WIEM.”
Paul uśmiechnął się bez humoru.
„TO ŚWIETNA ODPOWIEDŹ JAK NA DZIENNIKARZA.”
Tamten odpisał:
„NIE JESTEM DZIENNIKARZEM.”
Chwila przerwy.
„I RADZĘ CI ZOSTAWIĆ TO W SPOKOJU.”
Paul odłożył telefon. Przez chwilę siedział nieruchomo. Potem spojrzał na zdjęcie symbolu. Nie wiedział jeszcze, czy ma do czynienia z czymś niezwykłym. Nie wiedział, czy Mark mówi prawdę. Nie wiedział nawet, czy dokument, którego szuka, kiedykolwiek istniał. Ale zaczynał rozumieć jedną rzecz.
KTOŚ BARDZO CHCIAŁ, ŻEBY PEWNYCH INFORMACJI NIE DAŁO SIĘ ZNALEŹĆ.
* * *
Następnego ranka Mark stał przed lustrem. Miał czerwone oczy. Prawie nie spał. Przez chwilę patrzył na własną twarz. Potem usłyszał córkę.
— Tato?
— Tak?
— Możesz mi pomóc?
Mark wyszedł z łazienki. Córka stała na korytarzu i trzymała kartkę.
— Pani od matematyki dała nam zadanie.
Mark wziął kartkę. Spojrzał. Zwykłe równanie. Uśmiechnął się.
— Jasne.
Usiedli przy stole. Przez kilka minut tłumaczył jej zadanie. Był spokojny. Normalny. Jak dawniej. Kiedy skończyli, córka powiedziała:
— Tato?
— Co?
— Dlaczego ostatnio tak często nie śpisz?
Mark spojrzał na nią. Nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Mam dużo pracy.
Córka pokiwała głową.
— Mama mówi, że znowu za dużo czytasz.
Mark uśmiechnął się.
— Mama zawsze mówi, że za dużo czytam.
Dziewczynka wstała. Zabrała kartkę. Mark został sam. Przez chwilę czuł się dobrze. Normalnie. Potem spojrzał na lodówkę. Na niej wisiał rysunek córki. Dom. Drzewo. Samochód. Słońce. Mark przyjrzał się obrazkowi. Na niebie córka narysowała kilka dziwnych linii. Trzy przecinające się kreski. Mały znak pośrodku. Mark zamarł.
— Co to jest?
Córka odwróciła się.
— To?
— Tak.
— Nic.
— Sama to narysowałaś?
— Tak.
— Skąd to znasz?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
— Nie wiem.
Mark poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić. Podszedł do lodówki. Przyjrzał się rysunkowi. Potem odwrócił głowę w stronę schodów.
— Skąd to znasz? — zapytał jeszcze raz.
Córka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
— Tato...
— Skąd?
— Przecież to tylko rysunek.
Mark patrzył na symbol. Po chwili sam poczuł wstyd. Przecież to mogło być wszystko. Przypadek. Dzieci rysują dziwne rzeczy. Ludzie widzą wzory tam, gdzie ich nie ma. To właśnie mówił Paul. To właśnie mówiła jego żona. To właśnie mówił lekarz. Mark powoli odetchnął.
— Masz rację.
Zdjął rysunek z lodówki. Złożył go. I schował do kieszeni. Nie wiedział, czy zrobił to dlatego, że naprawdę coś zobaczył. Czy dlatego, że CHCIAŁ TO ZOBACZYĆ.