-
nowość
-
promocja
Zniknięcie córki Wintera. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 4 - ebook
Zniknięcie córki Wintera. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 4 - ebook
Zaginęła córka. Dwóm zawadiakom zapłacono, żeby ją odnaleźli. To nie wystarczy. Kiedy córka Gabriela Wintera znika w tajemniczych okolicznościach i podejrzewa się, że nie żyje, bogaty król whisky pragnie zemsty. Ponieważ mieszkał w Colnorze podczas niesławnego Roku Strachu, wynajmuje jedynego człowieka, o którym wie, że wie, co to znaczy krwawa zemsta – Zmiatacza. Wyruszcie z Royce’em i Hadrianem, cynicznym byłym płatnym zabójcą i byłym najemnikiem, który pozostał idealistą, do starodawnego miasta pełnego arystokratów, potomków szlachetnych rodów z czasów imperium. Zadanie Riyrii wygląda na proste: odkryć, co się stało z zaginioną księżną i sprowadzić ją do domu, o ile nadal żyje. W przeciwnym wypadku mają ukarać odpowiedzialnych. Jednak nic nie jest proste w tym tłocznym, pełnym mgły i ciasnych uliczek mieście Rochelle, gdzie czai się więcej niż jedna starożytna legenda.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-68-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Może wydać się dziwne to, że dedykuję książkę fikcyjnym postaciom, zwłaszcza stworzonym przez siebie, ale ta para zaczęła żyć własnym życiem i ostatnimi czasy tylko słucham ich rozmów i podążam tropem ich przygód. Oglądanie tej pary to spełnienie marzeń, o którym kiedyś myślałem, że leży poza moim zasięgiem. Żebyście zrozumieli, dlaczego tak czułem, pozwólcie, że przedstawię Wam pokrótce (tak, Robin, obiecuję, że będę się streszczał) swoją historię.
W roku 2004, kiedy napisałem pierwszą książkę o Riyrii, „Królewską krew”, nigdy nie myślałem, że znajdę się tu, gdzie jestem teraz. Książka, którą skończyłem bezpośrednio wcześniej – „A Burden to the Earth” – powstała w roku 1994, dekadę wcześniej. Nie czytaliście jej. Mogę zliczyć na palcach jednej ręki ludzi, którzy ją przeczytali. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Widzicie, od roku 1975 do 1994 napisałem trzynaście powieści i cztery opowiadania, ale cała ta praca donikąd mnie nie doprowadziła.
Pierwsze osiem książek nie było przeznaczonych do publikacji. To były wprawki, na których uczyłem się pisać. Po dziesięciu latach nauki następne osiem poświęciłem pisaniu pięciu książek i gonieniu w piętkę podczas szukania wydawcy. Nie zaowocowało to ani jedną propozycją publikacji; zebrałem jedynie kolekcję łamiących serce odmów, co najwyraźniej jest czymś, przez co musi przejść prawie każdy pisarz.
Osiemnaście lat to długi czas na życie złudzeniami, więc wreszcie dotarło do mnie, że nigdy nie zostanę pisarzem. Dlatego zrobiłem jedyną rozsądną rzecz w tych okolicznościach – rzuciłem pisanie. Sensowna reakcja, zważywszy, co powiedział Albert Einstein: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.
Powinienem zauważyć, że przez cały ten czas moja żona Robin była świętą najwyższego kalibru. Nigdy nie musiałem łączyć pisania z pracą zawodową, była gotowa w pojedynkę nas utrzymywać i ani razu nie poprosiła, żebym „rzucił te idiotyzmy i znalazł sobie prawdziwą pracę”. Wiedziała, że pisanie to moja radość i pasja, i to jej wystarczało.
Zatem, jak już wspomniałem, w końcu zmądrzałem i z dramatycznym gestem porzuciłem pisanie. Widziałem siebie jako Scarlett O’Harę z „Przeminęło z wiatrem”, tyle że ja oświadczyłem: „Nigdy więcej nie będę pisał powieści!”. Nie wyobrażałem sobie, żeby cokolwiek sprawiło, że złamię tę przysięgę, co z kolei doprowadza mnie do Royce’a i Hadriana.
Podczas dziesięcioletniej przerwy zdołałem powstrzymać się przed pisaniem, ale nie potrafiłem uciszyć głosów w swojej głowie, zwłaszcza duetu znanego jako Riyria (co znaczy „dwóch” po elficku). Słuchałem ich przez dziesięć lat, więc bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Można uznać, że miałem kłopot w odróżnieniu tego, gdzie ja się kończyłem, a zaczynali oni. Jak wiecie, w końcu ustąpiłem i powstał cykl o Riyrii. „Zniknięcie córki Wintera” to dziesiąta książka z tą parą. Nie miałem pojęcia, że tyle książek powstanie z szeptów tych dwóch postaci, i nigdy nie marzyłem, że ich świat wyda z siebie jeszcze sześć innych powieści (które obecnie wychodzą jako cykle „Legends of the First Empire”). I to jeszcze nie koniec. Tworzę teraz nowy cykl (kryptonim „Bridge Trilogy”), który rozgrywa się w czasach pomiędzy opowieściami o Riyrii a „Legends of the First Empire”. Przedstawiają one wydarzenia, które przyśpieszyły upadek imperium Novrona.
Wszystkie te książki pozwoliły mi odpłacić się Robin za jej podarunek, dzięki czemu w roku 2011 porzuciła etat. Chociaż nadal pracuje niezwykle ciężko (z czego korzystamy ja i czytelnicy), to przynajmniej sama układa sobie harmonogram zajęć, nie musi ubierać się stosownie do wymogów pracy, a najdłuższe „dojazdy do pracy” wynoszą tyle, ile wynosi odległość z sypialni na werandę, gdzie rankami czyta, patrząc, jak słońce wynurza się zza gór wokół doliny Shenandoah.
Dlatego owszem, zadedykowałem tę książkę Royce’owi i Hadrianowi, za ich nieustanne szepty w czasie tej okropnej dekady, kiedy pisanie nie stanowiło części mojego życia, i za to, że zostali przy mnie, kiedy powróciłem do klawiatury. Za każdym razem, kiedy siadam, żeby o nich pisać, czuję się tak, jakbym witał się ponownie ze starymi przyjaciółmi. Podobnie było przy pracy nad „Zniknięciem córki Wintera”. Jeśli czytanie jej sprawi wam choć połowę frajdy, jaką dało mi jej pisanie, to powinniście się wyśmienicie bawić.
A skoro już tę kwestię załatwiliśmy, to mam parę spraw porządkowych do załatwienia, zanim przejdę do samej opowieści. Po pierwsze, jeśli nie zetknęliście się jeszcze z historiami o Riyrii, to z pewnością możecie zacząć od tej książki. Wiem, to brzmi dziwnie, skoro to czwarta część „Kronik Riyrii” i dziesiąta książka o Riyrii w ogóle, więc pozwólcie, że wyjaśnię. Zastosowałem tę samą technikę, co przy „Śmierci Dulgath”, która została pomyślana tak, by mogła być samodzielną powieścią. Otrzymałem odzew od setek ludzi, którzy przeczytali tylko tę część i potwierdzili, że nie jest potrzebna znajomość poprzednich tomów. Ponadto wysłałem „Zniknięcie córki Wintera” do innej grupy (z której nikt nie czytał moich poprzednich powieści) i wszyscy potwierdzili, że nieznajomość Riyrii nie stanowi żadnego kłopotu.
Po drugie, w ostatnich książkach prosiłem czytelników, żeby pisali do mnie, jeśli mają ochotę. Cieszę się, widząc, że tak wiele osób skorzystało z tej propozycji. Wiele z nich nigdy wcześniej nie pisało do pisarza. Ich listy zaczynają się od słów „Nie chcę zawracać głowy, ale…”. Zapewniam Was, że listy od czytelników nigdy nie są uciążliwością. Pisanie to nagroda sama w sobie, ale świadomość, że moja bazgranina przynosi innym radość, zamienia coś dobrego w coś jeszcze lepszego. Dlatego proszę, piszcie. Mój adres to: michael@michaelsullivan-author.com.
Po trzecie, jestem dozgonnie wdzięczny Wam, Czytelnicy, bo bez Was moje marzenie o byciu pisarzem nigdy nie spełniłoby się do końca. Tak, nadal pisałbym (więcej tego nie rzucę), ale Wasza szczodrość sprawia, że oboje z Robin nie musimy „normalnie pracować”, a to znaczy, że mamy więcej czasu, żeby tworzyć historie dla Was – najprawdziwszy przykład synergizmu. Dlatego w podsumowaniu pragnę powiedzieć Wam: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję”. Poważnie traktuję Wasze zaufanie i zawsze będę robił wszystko, co w mojej mocy, żeby tworzyć jak najlepsze książki. Mam nadzieję, że okażą się warte Waszego czasu.
A teraz przewróćcie stronę, puknijcie w ekranik albo pogłośnijcie odtwarzacz. Nowe przygody czekają i cieszę się, że będziecie nam towarzyszyć.
_Michael J. Sullivan_
październik 2017ROZDZIAŁ 1. WE WŁASNYM INTERESIE
Rozdział 1
_We własnym interesie_
Devon De Luda nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, czy Genevieve Hargrave, księżna Rochelle, jest zdrowa na umyśle.
– Stać! Stać! – krzyczała, waląc pięścią w dach powozu.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie i rozkazała:
– Każ mu się zatrzymać! – A potem wystawiła głowę przez okno i wrzasnęła na woźnicę: – Zatrzymaj te chabety, na miłość Maribora! Natychmiast!
Stangret musiał uznać, że stało się coś naglącego, bo zahamował tak gwałtownie, że Devon poleciał na ławeczkę naprzeciwko. Kiedy tylko koła się zatrzymały, a nawet odrobinę wcześniej, księżna rzuciła się do drzwi i wybiegła, podkasując suknię i stukając obcasami.
Porzucony i osłupiały Devon złapał się za stłuczone kolano. Jego obowiązki jako podskarbiego księstwa Rochelle zwykle wiązały się z monetami i banknotami. Nie cieszyło go nowe zadanie, jakim była opieka nad impulsywnym tornadem, wolał uporządkowane i przewidywalne życie. Jednak nic w mieście nie toczyło się swoim zwykłym trybem od przybycia nowej księżnej.
Możliwe, że jest przynajmniej odrobinę szalona, pomyślał. To wyjaśniałoby bardzo wiele rzeczy.
Devon zastanawiał się, czy nie poczekać po prostu w powozie, ale gdyby coś stało się księżnej, wina spadłaby na niego. Westchnął z rezygnacją i wysiadł za nią z powozu.
Zmierzch zapadł wcześnie, wiosenne dni nadal były krótkie. Tak jak dobrobytowi, porze odrodzenia nie śpieszyło się z nadejściem do Alburnu. Przestało padać, ale znad morza nadeszła wieczorna mgła, przez co nic nie zdołało wyschnąć. Bruk lśnił w świetle latarni ulicznych, świat poza powozem pachniał drewnem, dymem i rybami. Nieliczne kałuże stworzyły tor przeszkód dla nowych butów Devona. Kiedy kluczył między nimi, przytrzymywał ciaśniej kołnierz płaszcza przy szyi. W powozie nie było szczególnie ciepło, ale wieczorne powietrze okazało się przejmująco zimne. Znajdowali się w Alei Winnej, po obu stronach wznosiły się szacowne dwupiętrowe domy kupieckie. Przy krawężnikach stały dziesiątki wozów, z których emigranci sprzedawali najróżniejsze towary. Na sąsiadujących ze sobą wozach handlowano kolorowymi szalikami, haftowanymi siodłami i świeżo pieczoną wieprzowiną. Jak zawsze wśród kupujących kręciło się szemrane towarzystwo – nielicznych było stać na coś więcej niż przyglądanie się szalikom lub wąchanie wieprzowiny.
Księżna potruchtała wzdłuż szeregu kupców. Przepchnęła się przez tłum; większość ludzi przystawała i gapiła się ze zdumieniem na korpulentną damę w atłasach i perłach, która, dysząc, sunęła ulicą i stukała obcasami równie głośno jak koń podkowami.
– Wasza Książęca Mość! – De Luda pognał za nią. – Dokąd pani idzie?
Księżna nie zatrzymała się ani nawet nie zwolniła, dopóki nie dotarła do rozchwierutanego wozu z wieszakiem z ubraniami. Tam przystanęła zadyszana i spojrzała na wystawę.
– Idealna! – Księżna klasnęła w dłonie. – Ta kamizelka z atłasowym przodem i kwiecistym wzorem. Widzisz? Zupełnie nie w moim guście, sam pan rozumie, ale Leo będzie zachwycony. Wzór jest taki śmiały i żywy. I jest niebieska! Dokładnie tego potrzebuje na Święto Wiosny. W niej bez wątpienia zostanie zauważony. Każdy, kto włożyłby taką kamizelkę, musiałby wyróżnić się w tłumie.
Devon nie miał pojęcia, do kogo księżna mówi. Możliwe, że ona także nie wiedziała. W przypadku księżnej to rzadko miało znaczenie. Chociaż Devon spędzał z Jej Wysokością więcej czasu niż inni, nie widywał jej często. Księżna zwracała się do niego tylko wtedy, gdy potrzebowała porady w kwestiach skarbu księstwa, a takie okazje przydarzyły się raptem kilka razy. Chociaż ostatnio, odkąd zaangażowała się w nowe przedsięwzięcie, zdarzało się to znacznie częściej. Mimo to kilkanaście spotkań, kilka przejażdżek powozem i jedna rozmowa, może dwie, nie sprawiły, że poznał księżnę, nie mówiąc już o jej zrozumieniu. Devon wątpił, czy nawet książę rozumiał poczynania swojej nowej żony.
– Halo! Ej, ty tam! – krzyknęła do ciemnoskórego kupca z Calisu o rozbieganych oczach krętacza. Jeśli chodzi o Devona, oni wszyscy byli tacy sami. Calijczycy to pokrętne dzikusy i choć ubierają się jak cywilizowani ludzie, to nikogo tym nie zwiodą. – Halo! Ile za tę kamizelkę? Tę niebieską na wieszaku, tę z błyszczącymi mosiężnymi guzikami?
Mężczyzna uśmiechnął się lubieżnie.
– Dla pani, moja dobrodziejko, jedynie dwa złote tenenty. – Mówił z silnym, niebudzącym zaufania dalekowschodnim akcentem, dokładnie tak, jak Devon się spodziewał. To był głos wcielonego Oszustwa.
– To oburzające! – De Luda wzdrygnął się, stając za księżną.
Na tym polegał kłopot z handlarzami z wozów: oszukiwali niewinnych i niedoświadczonych. Mówili tak, jakby oferowali niewiarygodną, jedyną w życiu okazję, ale potem oszukany klient odkrywał, że brylant to tylko kwarc, a wino to ocet.
– Dam ci siedem srebrnych tenentów – odpowiedziała księżna. – Devonie, daj temu człowiekowi siedem srebrnych tenentów i…
Kupiec zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– Za siedem srebrników znajdę dla pani ładną chusteczkę do nosa. A z tą kamizelką mogę rozstać się za złotego tenenta i osiem srebrnych.
– Wasza Książęca Mość, nie wypada, żeby księżna Rochelle targowała się na ulicy z… – De Luda spojrzał chmurnie na caliskiego kupca, czekającego na obelgę, która jednak nie padła.
Zwykle De Luda nie był nieśmiały, ale w ciągu ostatnich trzech miesięcy odkrył, że księżna nie lubi, kiedy obraża się ludzi w jej obecności, bez względu na to, jak bardzo zasłużyli sobie na przyganę.
– Nic mnie to nie obchodzi. Leo tak się ucieszy. Och, już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczy tę kamizelkę! Nie uważasz, że będzie wyglądał cudownie? – Kiedy kupiec zdjął kamizelkę z wieszaka, księżna spostrzegła jaskrawożółty płaszcz, który skrywał się dalej. – Dobry Mariborze! Spójrz na ten płaszcz! Jest jeszcze bardziej boski!
Złapała Devona za rękę i potrząsnęła nią gwałtownie, nie posiadając się z radości. Nie pierwszy raz wpadł w jej ręce, ale wiedział, że solidne potrząśnięcie jest lepsze od objęć. Księżna była znana ze swoich uścisków. Rozdawała je tak hojnie i tak gwałtownie, nawet służbie, że wiele osób uciekało jej z drogi, gdy dostrzegło ją w korytarzu Posiadłości.
– Muszę mieć obie te rzeczy. Zbliżają się urodziny Leo, a w tym płaszczu znowu poczuje się młody. Kończy czterdziestkę, sam rozumiesz, a nikt nie lubi przekraczać tego progu. Prawie popłakałam się tego ranka, kiedy kończyłam trzydziestkę. Czas dopada nas cichaczem, prawda? Wyskakuje na nas jak niedobry kot z cienia, kiedy się tego najmniej spodziewamy. Trzydziestka to rów w porównaniu z przepaścią, jaką jest czterdziestka. Ale przecież nie muszę ci tego mówić, prawda? Leo potrzebuje tej kamizelki i będzie zachwycony tym płaszczem. To nie są szaty nudnego, nic nieznaczącego czterdziestoletniego księcia, ale strój młodego i przystojnego człowieka, którego czas dopiero się zaczyna. – Księżna spiorunowała kupca wzrokiem. – Za obie rzeczy, i płaszcz, i kamizelkę, jeden złoty tenent i żadnych srebrników.
Kupiec rozłożył kamizelkę na ladzie przed nimi i pokręcił głową.
– Moja droga pani, to importowany jedwab ze wschodniego Calisu, nadzwyczajna robota. Ten materiał miesiącami jechał przez pełne panter i kobr straszliwe dżungle Gur Em. – Jego słowom towarzyszyły gesty, jakby to było przedstawienie dla dzieci; zapędził się tak bardzo, że wygiął palce jak pazury, gdy wspomniał pantery. – Wielu ludzi zginęło, żeby dostarczyć tutaj tę rzadko spotykaną i piękną tkaninę. Tylko najlepszym szwaczkom pozwala się przy niej pracować, bo niewłaściwe cięcie mogłoby zakończyć się straszliwą stratą. Pani, oczywiście, potrafi docenić umiejętności konieczne do stworzenia takiego arcydzieła, więc rozstanę się z nim za jednego złotego i sześć srebrnych tenentów oraz dwa złocisze dodatkowo za płaszcz.
Księżna przesunęła pulchną dłonią po mieniącym się materiale.
– Wątpię, ale ten wtręt na temat szwaczek robi wrażenie. – Posłała mu przyjazny uśmiech, jedyny rodzaj uśmiechu, jaki opanowała. – To zwykły jedwab pozyskiwany przez Vintu na caliskich nizinach na południowym wybrzeżu Morza Ghazel. Można go dostać w licznych tanich sklepikach w Dagestanie po pięć srebrnych dinów za jard. Czasem, zwłaszcza wiosną, można kupić belę za cztery z drobnymi. Tę kamizelkę uszyto z partii, którą najprawdopodobniej importowała Vandońska Kompania Korzenna, płacąc hurtową cenę trzech srebrników za jard. Tkanina płynęła tu krócej niż dwa tygodnie razem z innymi towarami. Pewnie, że Kompania lubi narzucać niebotyczną marżę i ten fakt niewątpliwie wpłynął na cenę, ale proszę mi tu nie mówić o panterach, kobrach i umierających ludziach.
Devon oniemiał. Nowa żona księcia Leopolda, która upierała się, żeby mówić do niej Genny, zamiast bardziej oficjalnie Genevieve, nieustannie zaskakiwała. Większość tych niespodzianek była niepokojąca i w niemałym stopniu żenująca. Jednak wiedza księżnej na temat handlu była niewątpliwie rozległa.
To nie zbiło z tropu caliskiego kupca. Zmarszczył czoło, rozłożył ręce i pokręcił głową.
– Jestem tylko biednym kupcem. Taka wielka pani nawet nie zauważy utraty paru nędznych monet. Dla mnie jednak taka transakcja może oznaczać, że będę miał tygodniami za co wykarmić żonę i moje biedne dzieci.
Po tych słowach Devon był przekonany, że kupiec wygrał. Dobrze odczytał księżnę i właściwie określił słaby punkt w jej obronach.
Genny zrobiła krok w stronę handlarza, pochyliła głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, a jej zawsze obecny uśmiech stał się bardziej drwiący.
– Tu nie chodzi o pieniądze – powiedziała z błyskiem w oku. – Oboje to wiemy. Próbujesz mnie oszukać, a ja próbuję coś stargować. To gra, którą oboje kochamy. Nikt nie przekona cię, żebyś sprzedał za mniej niż minimalny zysk, i nie możesz zmusić mnie, żebym zapłaciła więcej, niż jestem skłonna. W tych zawodach jesteśmy sobie równi. Nawet nie masz rodziny, co? Gdybyś miał rodzinę, pomagałaby ci tutaj przy…
Coś wywołało poruszenie w tłumie. Mały chłopiec, chudy i brudny, śmignął wśród tłoczących się klientów. Przyciskał bochenek chleba do piersi i zręcznie przemykał przez las nóg. Okrzyk zaalarmował straż miejską i dwóch żołnierzy złapało dzieciaka, kiedy chciał przeczołgać się przez połamaną kratę ściekową. Podnieśli go, a maluch wymachiwał nogami i próbował kopać, stopy miał czarne jak smoła. Miał nie więcej niż dwanaście lat i walczył jak dziki kot – miotał się, szarpał się i gryzł. Strażnicy tłukli go, aż padł nieruchomo na bruk i tylko cicho szlochał.
– Przestańcie! – Księżna podbiegła do nich z uniesionymi rękami.
Była dużą kobietą w ogromnej sukni, więc trudno było jej nie dostrzec nawet w tłocznej Alei Winnej.
– Zostawcie to dziecko! Co wy sobie myślicie? W ogóle nie myślicie, co? Pewnie! Oczywiście! Nie bije się głodnego dziecka. Co z wami nie tak? Wytłumaczcie mi!
– To złodziej – powiedział jeden z żołnierzy, podczas gdy drugi wyciągnął rzemień i założył pętlę na lewy nadgarstek chłopca. – Straci za to rękę.
– Puśćcie go! – krzyknęła księżna, łapiąc dziecko i wyrywając je z pętli żołnierza. – Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Devon, widzisz to? Widzisz, co tu się dzieje? To oburzające! Bicie i okaleczanie dzieci tylko dlatego, że są głodne?
– Tak, Wasza Książęca Mość – odpowiedział Devon – prawo mówi… Prawo ustanowione przez twojego męża mówi, że złodziej ma stracić lewą rękę za pierwszą kradzież, prawą za drugą i głowę za trzecią.
Księżna patrzyła na niego z wyrazem twarzy, który można było opisać jedynie jako osłupiały.
– Mówisz poważnie? Leo nigdy nie byłby tak okrutny. To prawo na pewno nie dotyczy dzieci.
– Obawiam się, że przeciwnie. Nie ma wyjątków. Ci ludzie wykonują jedynie swoją pracę. Naprawdę nie powinna im pani w tym przeszkadzać.
Chłopiec schował się za jej suknią.
Strażnicy wyciągnęli ręce i znowu go złapali.
– Chwileczkę! – Księżna ich powstrzymała, kiedy dostrzegła mężczyznę w oprószonym mąką fartuchu. – To twój chleb?
Piekarz skinął głową.
– Zapłać mu, Devon.
– Słucham? – Devon się zawahał.
Położyła rękę na biodrze i zacisnęła usta. Chociaż Devon rzadko z nią współpracował, nauczył się już, co to znaczy – „Słyszałeś, co mówię!”.
Westchnął, podszedł do piekarza i otworzył sakiewkę.
– To nie zmienia faktu, że chłopak złamał prawo.
Księżna wyprostowała się na całą długość – nawet gdyby była mężczyzną, byłaby to długość znacząca, a w przypadku kobiety wydawała się wręcz zdumiewająca.
– Poprosiłam tego chłopca, żeby przyniósł mi bochenek chleba. Najwyraźniej zgubił pieniądze, które mu dałam, a ponieważ nie chciał zaniedbać obowiązków, zrobił to, co mógł. Ja tylko zwracam pieniądze, które zapodział. Ponieważ działał na moją prośbę, jeśli masz jakieś zastrzeżenia, to jedynie do mnie, nie do niego. Możesz przedstawić swoją skargę księciu. Jestem pewna, że mój drogi mąż zrobi to, co należy.
Piekarz patrzył na nią przez chwilę. Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale instynkt samozachowawczy pomógł mu powściągnąć język.
Rozejrzała się po pozostałych.
– Ktoś jeszcze? – Spiorunowała wzrokiem strażników. – Nie? W takim razie znakomicie.
Żołnierze się skrzywili, a potem się odwrócili. Kiedy Devon płacił piekarzowi, usłyszał, jak jeden z nich mruknął:
– Bimbrowniczka.
Słowo wypowiedziano cicho, ale nie dość cicho. Żołnierz chciał, żeby księżna go usłyszała.
***
Powóz znowu ruszył, a księżna zgarbiła się na siedzeniu. Ponieważ była dużą kobietą, a w powozie nie było dużo miejsca, tyle wystarczyło, żeby przycisnęła kolana do ławki naprzeciwko.
– To tylko dziecko. Czy oni tego nie widzą? Oczywiście, że widzą, ale co ich to obchodzi? Brutale, oto kim są. Obcięliby mu rękę, odrąbaliby ją na miejscu, pewnie na stołku kupca bławatnego. Do takiego barbarzyństwa dopuszcza się w tym mieście? Okalecza się dzieci, które umierają z głodu? Nie tak należy władać księstwem i Leo na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak niewłaściwie stosuje się jego prawa. Porozmawiam z nim, a on poprawi prawo. Przestaje dziwić, że Rochelle jest tak słabe ekonomicznie, kiedy widzi się taką głupotę. Takie kary rodzą jedynie sprzeciw w społeczeństwie. Czy chłopiec stanie się lepszym obywatelem z jedną ręką?
– To nie chłopiec – odpowiedział Devon, kołysząc się obok niej w jadącym powozie w rytm tętentu końskich kopyt.
– Co masz na myśli?
– Złodziej nie był chłopcem. Chciałem powiedzieć, nie był człowiekiem. To mir. Nie zauważyła pani szpiczastych uszu? Pewnie należy do jakiejś przestępczej organizacji. Tak działają, jak kolonia szczurów, które wloką swoje łupy z powrotem do gniazda.
– Mamy mirów też w Colnorze, Devonie. Pochodzenie chłopca niczego nie zmienia. Nadal jest nędzarzem, głodnym dzieckiem. To proste.
– Proste, powiada pani? – Devon starał się zapanować nad językiem, tak jak wcześniej piekarz.
Wolałby wprost powiedzieć, że to ona zachowała się niemądrze, nie rozumiejąc prostych rzeczy, ale wtedy za daleko by się zapędził. Księżna często załaziła mu za skórę i w efekcie za dużo mówił. Na szczęście uchodziły mu słowa, które większość ludzi o jej pozycji uznałaby za przejaw braku szacunku. Przy kimś innym już dawno straciłby język i Devon zdawał sobie sprawę, świadom ironii sytuacji, że ta sama postawa, która uratowała małego mira, działała także na jego korzyść.
– Nie żyła pani wśród nas dostatecznie długo, Wasza Książęca Mość. Nie rozumie pani Rochelle. Jak się tu mają sprawy. To nie Colnora. Tu nic nie jest proste. Mamy kłopoty typowe dla każdego dużego miasta, ale żyjemy tu ciasno upchani. To dom dla czterech odrębnych i różnych od siebie ras.
– Calijczycy nie są odrębną rasą, mają tylko inną narodowość.
– Niemniej Rochelle jest jedyne w swoim rodzaju ze względu na różnorodność, a do tego dochodzą jeszcze sztywne tradycje z minionych czasów. To miasto pogardza zmianami, jakie zaszły w ciągu stuleci. Jesteśmy jeziorem z warstwami osadów. Na dnie znajdują się mirowie i wylądowali tam nie bez powodu.
– Nie pochwalasz tego, że stanęłam w obronie dziecka?
– To był mir.
Zmarszczyła brwi.
– Pewnie myślisz też, że nie powinnam była dorzucać do tego wieprzowiny i sera, co? Wolałbyś, żebym odesłała go, poklepawszy po plecach i pomachawszy mu na pożegnanie? A jeszcze lepiej byłoby, gdybym po prostu pozwoliła, żeby go okaleczono, co? Uważasz, że skoro mirowie są niemili oku i niewyrafinowani… ponieważ nie pasują do reszty… to należy ich unikać? O to ci chodzi?
Księżna nie mówiła już o dziecku i Devon nie zamierzał wpakować się w pułapkę.
– Myślę, że powinna była pani kupić tę okropną kamizelkę i podarować mężowi.
Księżna skrzyżowała ręce na imponującej piersi i prychnęła.
– Dlaczego? Dlaczego uratowanie dziecka jest aż tak złe?
Devon pokręcił głową.
– Mirowie nie są tacy jak my, moja pani, tak samo jak krasnoludy albo Calijczycy. To dzieła innych bogów, pomniejszych bogów i nie należy im oferować przywilejów, jakimi cieszą się wybrańcy Maribora i jego syna Novrona.
– Mylisz się. Są przyszłością tego miasta! – oznajmiła z przekonaniem. – Gdyby złota pszenica rosła dziko na twojej farmie, to zadbałbyś o nią w nadziei na zyski. Tak każe zdrowy rozsądek. Kiedy człowiek jest tak zdesperowany jak my, musi korzystać ze wszystkich atutów… nie tylko z tych ładnych. – Skrzywiła się tak, że wydawało się, iż jej pulchne policzki napierają na usta. – Dlatego domyślam się, że nie pochwalasz także tego, co właśnie powiedziałam gildii kupieckiej. Trochę za późno, żeby teraz dzielić się swoim zdaniem, Devon. Masz ochotę skomentować też moje małżeństwo z Leo? Minęły dopiero trzy miesiące. Może jeszcze skłonisz go do zmiany zdania i Leo poprosi biskupa o anulowanie.
De Luda westchnął i potarł skronie.
– Po prostu próbuję wykazać, że jesteś niedoświadczona i naiwna.
– Niedoświadczona? Naiwna? – Księżna zaśmiała się serdecznie. – Dobijałam targu na pirackim statku podczas sztormu, popijając whisky. W Colnorze miałam sąsiada, który był jednym z najbardziej znanych złodziei świata. Krążyły o nim opowieści, że zrzucał konkurentów z Bursztynowego Wodospadu podczas letnich pikników. Jest jednak także doskonałym klientem, a ludzie, których zaprasza, nie są niewiniątkami, więc przymykałam oko na jego wykroczenia. A jeśli chodzi o naiwność, to czy wyglądam na młodą panienkę o różanych policzkach? – Poczekała, ale De Luda milczał. – Oczywiście, że nie. Jestem jałówką, za starą, żeby ją doić, i za twardą na ubój. Myślisz, że zdobyłam obecną pozycję dzięki ślepocie? Nie jestem ładna, nie mam wytwornych manier, zdecydowanie nie należę do wyższych sfer, jak to mawiają ludzie. Jestem Bimbrowniczką. Tak nazwał mnie ten żołnierz, prawda? Wszyscy tak mnie nazywają, zgadza się? Wiem, co sobie myślą. Zdaję sobie sprawę z szeptów na temat powodów, dla których Leo mnie wybrał. Cóż, słyszałam gorsze rzeczy, możesz mi wierzyć. Jestem kobietą. My zawsze mamy za sobą gorsze rzeczy. Tutejsi eleganci w wykrochmalonych koszulach i obcisłych rajtuzach to puch marny w porównaniu z tym, z czym miewałam do czynienia.
Devon wziął jeden głęboki wdech, potem drugi.
– Miałem tylko na myśli pani naiwność w podejściu do tradycji panujących w Alburnie, a w szczególności w Rochelle. To skomplikowane i niebezpieczne miasto. Pani Colnora to wolna i otwarta metropolia, gdzie kupcy obnoszą się ze swoją niezależnością. Rochelle jest stare, przeludnione i zdławione przez tradycję i biurokrację. To miasto pełne ukrytych miejsc i mrocznych sekretów. Zbyt wielu sekretów. I nie wybacza błędów. My nadal wierzymy w tradycyjne sposoby i potwory ze starożytnego świata. Ujrzawszy pani zainteresowanie niebieską kamizelką, domyśliłem się, że słyszała pani o naszym morderczym duchu.
– W moim mieście też nie brakuje strachów. Osobiście przeżyłam całe lato w mieście sterroryzowanym przez makabryczne morderstwa, których ofiarami padali zarówno biedni, jak i bogaci.
– Mordercą był człowiek?
– A któż by inny?
Devon skinął głową.
– W wielu miejscach przesądy to tylko wyraz nawyków. W Colnorze na przykład, kiedy ktoś rzuca garstką soli przez ramię po tym, jak coś przypadkiem rozlał, nie spodziewa się, że naprawdę podkrada się do niego demon.
– Próbujesz mi powiedzieć, że w Rochelle prawdziwe demony podkradają się do ludzi? – Uniosła brwi i uśmiechnęła się krzywo. – Mają kły i nietoperze skrzydła? Plują ogniem?
– Mówię tylko, że mądrzy ludzie pozostają w domach po zmroku i ubierają dzieci na niebiesko, żeby odgonić zło. Mimo to obywatele tego miasta giną okaleczeni, ostatnio co rusz. Mity aż nazbyt często mają swoje korzenie w prawdzie, a my…
Powóz zatrzymał się gwałtownie. Nie przekroczyli jeszcze mostu prowadzącego do Posiadłości.
– Dlaczego…
Drzwi po stronie Devona otworzyły się z impetem. Wpadło zimne powietrze, wilgotne i lepkie. W ciemności podskarbi zobaczył dwoje okrutnych, złowrogich oczu. Wzdrygnął się, odsunął, chciał uciekać, ale nie miał dokąd. Nadal w uszach mu dzwoniło od wrzasku księżnej, gdy umierał.ROZDZIAŁ 3. KRÓL WHISKY
Rozdział 3
_Król Whisky_
Tajemniczy mężczyzna potrzebował tylko kilku godzin, żeby zjawić się w gospodzie pod Różą i Cierniem. Zdążyli się wykąpać i zjeść gorący posiłek. Hadrian zdołał wypić dwa kufle piwa, ale Royce chciał zachować trzeźwą głowę. Zwykle lubił się rozluźnić po robocie kieliszkiem albo dwoma montemorceya i irytowało go to, że wino będzie musiało poczekać. Albert poprosił, żeby Gwen posadziła potencjalnego klienta w pokoju zwanym Ukośnikiem, do którego nie wpuszczano teraz innych klientów, żeby zapewnić im prywatność.
Siedział w głębi pokoju. Starszy mężczyzna o siwych włosach i twarzy tak surowej i szorstkiej jak nadmorski klif. Nie był wysoki; Royce podejrzewał, że gdyby wstał okazaliby się takiego samego wzrostu. Był jednakże mocnej budowy i więcej niż zwalisty, więcej nawet niż tęgi; przesłaniał całkowicie krzesło, na którym usiadł, a jego podróżne ubranie napinało się w szwach. Kaftan mężczyzny miał podwójne szwy i był nabijany ćwiekami, a na jego piersi widniał kwiecisty wzór. Ciężka peleryna leżała rzucona na oparcie sąsiedniego krzesła. Była uszyta z wełny o podwójnej nitce i wyglądała na nową. Mężczyzna miał też drogie rękawiczki z cielęcej skórki. Leżały na stole obok peleryny. Na każdej widniał ten sam kwiecisty wzór co na kaftanie. Komplet, pomyślał Royce.
Gość patrzył, jak Royce i Hadrian wchodzą, jakby chciał ich dobrze zapamiętać. Nie zawracał sobie głowy wstawaniem ani podawaniem ręki. Cierpliwie poczekał, aż Royce i Hadrian zajmą swoje miejsca na stołkach naprzeciwko niego. Nie odezwał się słowem.
Skupił się na Roysie.
– To ty? Ty jesteś Zmiat…
Royce przerwał mu, unosząc rękę.
– Już nie posługuję się tym imieniem.
Mężczyzna skinął głową.
– W porządku. W takim razie jak mam się do ciebie zwracać?
– Wystarczy Royce, a ten duży jegomość to Hadrian.
Obaj skinęli głowami.
– A kim ty jesteś? – zapytał Royce.
– Człowiekiem, który mieszkał w Colnorze podczas Roku Strachu.
Dłoń Royce’a ześlizgnęła się ze stołu. Siedzący obok niego Hadrian oparł mocno stopy po obu stronach stołka. Starszy mężczyzna nie robił szczególnego wrażenia, ale wyrazu jego oczu nie dało się z niczym pomylić – mówiły jedno: zemsta. Pragnął jej i zjawił się po nią.
– Nazywam się Gabriel Winter.
Royce znał to imię, ale z niczym mu się nie kojarzyło. O ile pamięć go nie myliła, nigdy nie zadawał się z nikim o nazwisku Winter.
– Sterroryzowałeś Colnorę. Całe miasto było sparaliżowane strachem, jaki wywołałeś. Kulisi, sprzątacze, sklepikarze, magnaci handlowi, wszyscy aż po sędziego byli przerażeni. Nawet dzielny hrabia Simon uciekł do Aquesty tego lata. To ogromnie wpłynęło na morale ludzi, mogę cię zapewnić. – Kiedy mężczyzna mówił, tłuszcz na jego szyi trząsł się, ale spojrzenie pozostało niewzruszone, a głos brzmiał spokojnie i chłodno. Przybysz trzymał obie ręce na widoku, dziesięć pulchnych palców i dłonie oparte na stole obok rękawiczek i do połowy stopionej świecy. Nic nie leżało ani nie stało na blacie między Royce’em i Winterem.
Żaden kubek czy filiżanka. Mężczyzna nie zamówił niczego do picia.
W Ukośniku zapadła cisza. To pomieszczenie nie było częścią dawnej gospody i dobudowano je niedawno, żeby pomieścić coraz liczniejszą klientelę. Dobudówka wypełniała podłużną przestrzeń między gospodą „Róża i Cierń” a Domem Medford i dlatego miała kształt rombu. Słychać tam było tylko dwie dziewczyny z karczmy, które myły kubki w sąsiednim pokoju.
– Czego chcesz? – zapytał Royce, a jego palce wsunęły się w fałdę peleryny i zacisnęły na rękojeści Alverstone’a.
– Chcę cię wynająć.
To nie powinno było zaskoczyć Royce’a. Albert opisał nieznajomego jako potencjalnego klienta. Tyle że całe to spotkanie budziło w nim duży niepokój.
– Wynająć?
– Tak – odpowiedział mężczyzna szorstko i szczerze, z ledwie widocznym uśmieszkiem na ustach, jakby znał jakiś sekret albo puentę żartu, która dopiero zostanie ujawniona.
– Do czego?
– Dokładnie do tego samego, co zrobiłeś w Colnorze. Tyle że tym razem chcę, żeby to miasto Rochelle spłynęło krwią.
Hadrian poruszył się na stołku, przesuwając stopy i rozluźniając się.
– Dlaczego?
Mężczyzna odsunął się od stołu i skrzyżował ręce na piersi, jakby zastanawiał się, co teraz, albo może zbierał siły do odpowiedzi. Niektóre rzeczy nie przychodzą łatwo. Royce dobrze to rozumiał, a widząc nieszczęśliwy wyraz twarzy mężczyzny, domyślał się, że cokolwiek przyjdzie mu powiedzieć, być może po raz pierwszy ubierze to w słowa.
– Moja żona zmarła dziesięć lat temu. Zostałem wtedy tylko z córką. Dobra dziewczyna, ta moja Genny, wierna, lojalna, pracowita, bystra i twarda jak stal. Dobrze nam się razem powodziło. Pomagała mi w trudnych chwilach, a tych nie brakowało. Jednak niecałe cztery miesiące temu wyjechała z arystokratą z Rochelle. Niejakim Leo Hargrave’em.
Hadrian się pochylił.
– Leopoldem Hargrave’em?
– Zgadza się.
Royce uniósł pytająco brew, patrząc na Hadriana.
– To książę Rochelle. Miasto znajduje się w Alburnie, na południowy wschód stąd. Byłem w tamtych okolicach z armią króla Reinholda, zanim popłynąłem do Calisu.
– Reinhold nie żyje – powiedział Winter.
– Król Alburnu zmarł?
– On i cała jego rodzina. Biskup Tynewell będzie koronował nowego króla podczas Święta Wiosny. Genny o wszystkim mi napisała. Od dnia ślubu pisała do mnie trzy razy w tygodniu, a potem nagle zamilkła.
Mężczyzna zmarszczył czoło i skierował wzrok na blat stołu. Paznokciem zaczął skrobać wytarte miejsce, próbując oderwać drzazgę.
Royce skinął głową.
– Czyli co? Myślisz, że nie żyje?
– Wiem, że nie żyje.
– Bo spóźnia się z listami? – odezwał się Hadrian. – Kobieta dopiero co wyszła za mąż. Jest nowa w mieście, w mieście bardzo innym od wszystkich, i właśnie została księżną. Może być odrobinę zajęta. A może wysłała listy, ale kurier przepadł wśród śniegów. Jeszcze nie nadeszła wiosna, a górskie przełęcze bywają zdradzieckie. Za szybko wyciągnął pan wnioski.
Gabriel Winter spojrzał mu w oczy.
– Otrzymałem list, ale nie od mojej Genny. Hargrave napisał, że zniknęła.
– Och, zniknięcie… to nic dobrego, ale nie znaczy, że nie żyje.
– Owszem, znaczy. – Jego spojrzenie było zimniejsze i twardsze niż granit. – Uprzedziłem ją, co się stanie. Nie chciała słuchać. Jedynym powodem, dla którego Hargrave poślubił Genny, było jej wiano. On jej nie kocha. Nigdy jej nie kochał. Ale widzicie, Genny go kocha. Całą sobą, od czubka głowy po palce stóp. Nie wiem dlaczego. W przeszłości zawsze była rozsądna, ale ten Hargrave… Cóż, to arystokrata i to od razu powinno jej wyjaśnić całą rzecz. Próbowałem ją powstrzymać, ale jakie miałem szanse? Hargrave jest wszystkim, czego pragnęła. Tak mi powiedziała. Moja Genny… Takich dziewczyn nie nazywa się ładnymi. Mimo naszego majątku nikt nie dobijał się do jej drzwi. Przybywało jej lat, jesienią skończy trzydzieści trzy, i cóż, kiedy książę poprosił ją o rękę, to było jak zaoferowanie kurczakowi daru latania. Nie potrafiła przejrzeć na oczy, żyła swoim marzeniem. Hargrave z pewnością ją zabił, on i jemu podobni. Od początku taki miał plan. Widziałem to w jego oczach. Wykorzystał ją. – Gabriel zwrócił się do Royce’a. – Pojechałbym osobiście, ale… – Rozłożył ręce. – Jestem stary i gruby, nigdy nie byłem najlepszy w posługiwaniu się nożem. Co mógłbym zrobić, żeby pomścić kochaną córkę? Nic. Jako ojciec nie jestem w stanie sam się tym zająć, ale jako biznesmen… – wskazał na Royce’a – …mam środki, by zapłacić innym, żeby zostali moimi rękami.
Biznesmen! Zapadka w głowie Royce’a szczęknęła i wreszcie wiedział, z kim rozmawia i skąd mężczyzna wiedział, jak go znaleźć.
– Whisky Wintera.
– To ja.
Tym razem to Hadrian uniósł pytająco brew.
– Jeden z magnatów handlowych w Colnorze, którzy tak naprawdę kierują miastem. Arystokraci wyznaczeni przez króla Warric mają niby zajmować się administracją, ale kierują miastem tak samo, jak pąkla dowodzi okrętem. Prawdziwą kontrolę sprawują magnaci, którzy mieszkają w dzielnicy wzgórz, tacy ludzie jak DeLurowie, Bocantowie i Gabriel Winter, dostawca doskonałych trunków i najwyższej jakości alkoholi.
– Moim sąsiadem jest Cosmos DeLur. Był tak uprzejmy, że podał mi twój nowy adres.
– Tyle sam się domyśliłem.
– Pieniądze zapewniły mi wszelkie wygody, ale w tej chwili pragnę jedynie zemsty.
– Próbował się pan skontaktować z księciem? – zapytał Hadrian.
– Oczywiście.
– Co powiedział?
– Jego skryba napisał, że Hargrave „bada sprawę”. Bada sprawę! Och, na pewno szuka jej ze wszystkich sił, zważywszy, że sam ją zabił!
– Jest pan tego pewien? – Hadrian spojrzał na niego wstrząśnięty.
– Jestem tego tak samo pewien, jak tego, że tu siedzicie. Powiedziałem Genny, że jemu zależy tylko na jej pieniądzach. Najwyraźniej nie potrzebował mojej córki, kiedy już spłacił długi. Nie było sensu jej trzymać. Arystokraci nie są tacy jak wy czy ja. Nie znają lojalności, nie wiedzą, co to uprzejmość. Odstawiają szlachetnych i porządnych, to tylko gra.
Gabriel zwrócił się do Royce’a.
– Sprawisz, że będą cierpieć, jak to zrobiłeś w Colnorze?
– To droga impreza.
– Wiesz, kim jestem. Na jakiej ulicy mieszkam. Stać mnie na to, a pragnę krwi. Zapłacę ci pięćdziesiąt sztuk złota za twój czas i kolejne dwadzieścia pięć za każde życie, które odbierzesz, dwa razy tyle, jeśli odejdą w cierpieniu.
Hadrian potarł twarz dłonią.
– Tyle gadania o krwi i ciałach, a ona nadal może żyć. – Gabriel chciał coś powiedzieć, ale Hadrian uniósł rękę, żeby go uciszyć. – Jasne, nie wygląda to dobrze i wiele wskazuje, że stało się coś złego, ale możliwe, że pańska córka nadal żyje. Możliwe, że siedzi gdzieś uwięziona. Zabicie księżnej jest ryzykowne, nawet jeśli jest nowym nabytkiem w rodzinie.
Gabriel zastanowił się nad tym.
– Dobrze. Zapłacę wam sto pięćdziesiąt złotych kawałków z odciśniętym paskudnym pyskiem Ethelreda, jeśli odnajdziecie, uratujecie i przywieziecie Genny z powrotem do mnie żywą. Jeżeli jednak nie żyje, pozostaję przy początkowej ofercie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki