Facebook - konwersja

Żniwo gniewu - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7506-866-5
Język:
Polski
Data wydania:
28 czerwca 2011
Rozmiar pliku:
767 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Produkt niedostępny

Żniwo gniewu - opis ebooka

Lucie Di Angeli-Ilovan, Polka mieszkająca w Ameryce, urodziła się w 1945 r. w Zielonej Górze. Wychowywały ją matka i ciotka, wdowy, których mężowie polegli na wojnie. W 1965 r. poślubiła Leonarda Mielnika (repatrianta z Rosji Sowieckiej) i wyjechali do jej matki już wówczas mieszkającej we Francji. Po kilkunastu latach wyemigrowała wraz z nim i trójką dzieci do Stanów Zjednoczonych, i osiedli w San Bruno koło San Francisco. Tam podjęła pracę jako fizjoterapeutka. Po śmierci matki Leonarda sprowadziła z Polski teścia. W 1989 r. przeniosła się wraz z rodziną do Portland w stanie Oregon. Tam znalazła zatrudnienie jako pielęgniarka w klinice dla uchodźców i emigrantów. W tym też czasie rozpadło się jej małżeństwo. W 2002 r. wyszła powtórnie za mąż. Przez całe życie utrzymuje więzi z Polską, chcąc, by pamięć o jej ojczystym kraju była wciąż żywa w sercach najbliższych. Żniwo gniewu jest powieścią opartą na prawdziwych wydarzeniach z życia rodziny Lucie. Od kresowych miasteczek i okupacji sowieckiej, przez wsie i napotkanych w lasach partyzantów, po przymusową pracę na folwarku niemieckiego arystokraty i osadnictwo na Ziemiach Odzyskanych - oto historia tułaczki dwóch sióstr, Kaszmiry i Maruszki. Te nieprawdopodobne, ale jakże typowe dla mieszkańców Kresów losy stały się osnową Żniwa gniewu . To opowieść o kobietach wprzężonych w tryby wojny, o ich sile i woli przetrwania, o oddaniu dla drugiego człowieka i pielęgnowaniu tradycji rodzinnych. O pięknie miłości w podłych czasach, o poświęceniu, gdy nikt nie widział jego sensu, i wreszcie... o wierności.    Żniwo gniewu czyta się z zapartym tchem, bo historia splata się tu ze współczesnością w interesujący literacko warkocz. To najlepsza książka, jaką przeczytałam od kilku lat. Głęboko mnie poruszyła. Bardzo ją polecam.

Małgorzata Kalicińska, autorka Domu nad rozlewiskiem

Ta książka zawiera doświadczenia, które były udziałem tysięcy anonimowych kobiet rzuconych w czasie wojny na szlak wędrówki z polskich Kresów często donikąd. Takie historie nadal przechowuje się w wielu polskich domach. Chociaż to mężczyźni wywołują i prowadzą wojny, najwyższe rachunki płacą za nie kobiety. Może dlatego rzadko mamy okazję śledzić wojenne wydarzenia ich oczami. Lucie Di Angeli-Ilovan tworzy swą narrację ze szczegółów, które zwykle uchodzą uwagi; ze smaków, zapachów, ulotnych wrażeń. Ale jest to również książka o cierpieniu, wytrwałości i nadziei oraz o niezwykłej sile kobiet. I dlatego z całego serca polecam tę powieść.

Nina Terentiew

Wielu autorów chciałoby zajrzeć w serca Czytelników. Udaje się to tylko nielicznym. Żniwom gniewu - a jestem o tym absolutnie przekonany - to się udało. Co decyduje o tym, że debiutancka powieść nas uwodzi? Staje się bestsellerem, o którym mówią wszyscy na długo przed jego wydaniem? Prawdziwe, głęboko skryte emocje, wydobyte z głębi przekonania i wartości, hartowane w ogniu ekstremalnych sytuacji, połączone z zapierającą dech w piersiach akcją. Oto, co Czytelnik znajdzie w powieści Lucie. Oto prawdziwa historia, której nie można się oprzeć. Niełatwo bowiem zapomnieć  o tragicznych losach bohaterek, Kaszmiry i Maruszki, o ich męstwie, wierności i wytrwałości w dążeniu do szczęścia.

Gorąco polecam

Tadeusz Zysk, wydawca

Zachęcamy do oglądania trailera wideo książki "Żniwo gniewu", autorstwa Lucie Di Angeli-Ilovan.

www.zniwogniewu.pl

FRAGMENT KSIĄŻKI

Powinnam częściej dzwonić do matki. Ale zawsze wir spraw wciąga mnie i niesie w zupełnie inną stronę. Głupie usprawiedliwianie… Człowiek najwięcej wysiłku wkłada w wyjaśnianie swojej niedoskonałości… Jak to mówi dziadek Adam: No nie do końca udaliśmy się Panu Bogu. Najczęściej usprawiedliwiam się: mężem, córką, pracą w szpitalu, inną strefą czasową… Czasem po prostu trafia się zły dzień i nie mam ochoty na rozmowę z matką. A niekiedy kołacze się we mnie jakiś do niej żal o ojca, o to, że nic nie wiem, że kryje coś przede mną, że… nie mam nawet jego fotografii, nie znam imienia… że są dni, kiedy czuję się samotna, chociaż jest Grzegorz i dzieci… że zawsze brakowało mi wsparcia ojca, że nie słyszałam od niego: Córeczko, jesteś piękna, Magdaleno, jaka jesteś mądra…, że nie powiedział mi: Madziu, tak, masz rację, Grzegorz będzie wspaniałym mężem. A poza tym po pięćdziesiątce zrobiłam się bardziej bojowa i sentymentalna jednocześnie, czyli stanowię absolutnie paradoksalną mieszankę wybuchową i lepiej nie wylewać jej na starą matkę po drugiej stronie oceanu. Zresztą gonię jak szalona. Życie w Kalifornii jest darem niebios, ale i sprawdzianem szybkości działania. Kalifornia jest jak Eden, panują tu jednak inne reguły czasowe. Po pierwsze, czas płynie szybciej, po drugie, czas płynie szybciej, po trzecie wreszcie, czas płynie szybciej. Ale nie żałuję ani jednego dnia w Kalifornii, nawet cierpienie matki podczas pożegnania nie zabiło we mnie tej dzikiej radości życia właśnie tu i teraz. Kocham Polskę, kocham Francję, a teraz po prostu kocham Kalifornię. Wiem, poddaję się tej banalnej estetyce: uległam kiczowatemu błękitowi nieba — jak z reklamy, nie przeszkadzają mi latające samoloty, zupełnie bezkrytycznie wielbię zapach oceanu, sycę się świadomością bliskości gór, mijam pięknych, uśmiechniętych ludzi… plastruję się słoneczną słodyczą tego miejsca i pławię się w rajskim klimacie. Na przekór śmierci, cierpieniu i całej tej drugiej stronie życia, którą świetnie znam z pracy… Lubię, tak jak teraz, przyjechać do pracy pół godziny wcześniej i patrzeć na malowniczo położony Mills Memorial Hospital nad Zatoką San Francisco. Stąd roztacza się wspaniały widok na łuk mostu San Mateo Bridge i błękitnawą dal Livermore. Czasami, zanim założę biały kitel i wejdę do szpitala, gapię się po prostu przed siebie. Tu lubię sobie chwilę pomyśleć, o wszystkim i o niczym… Zadzwonię do niej dziś. Obiecuję. A teraz pędzę.

Ruch jak zawsze. Chorzy, zdrowi, personel — każdy dokądś biegnie, niesie swoją chorobę albo niemożność dania komuś skutecznej pomocy. Dzień jak co dzień: ktoś umarł, kogoś innego wypisali do domu, są też tu tacy, którzy nic jeszcze nie wiedzą, tylko czekają. Siedzą w poczekalni i w nieświadomości oglądają kolorowe pisma. Gonię na piętro. Zatrzymuje mnie Japonka — śmieszka Linda — fizjoterapeutka:

— Magdalena, a ty jak zawsze biegasz. No, ale gdybym ja miała takie dłuuugie nogi jak ty, to pewnie też pomykałabym z taką energią. A zamiast tego mam tylko japońskie krótkie nóżki.

— Gonię do pięćset dwanaście, do mojej Finki. Linda — cała jesteś piękna jak ta twoja Japonia wiosną. Gdybym miała takie stópki jak ty, to mój mąż całowałby mnie w stopy częściej niż w usta.

— Marzycielka. A myślisz, że mój mąż całuje mnie w stópki? Nigdzie mnie już nie całuje, a ja jak ta stara panna, co zawsze jest gotowa, ale nikomu niepotrzebna.

— Linda, potem cię przytulę i pocieszę, ty moja japońska mini, a teraz Irma. OK?

W sali numer pięćset dwanaście, na piątym piętrze, umiera młoda Finka Irma. Bardzo słabo mówi po angielsku. Tak jak ja ma jasne włosy. Umiera. Wiemy o tym obie, ale nigdy nie rozmawiamy o śmierci. Leży jak zawsze z głową zwróconą w stronę okna. Jej twarz nic już nie mówi. Kiedyś Irma walczyła, teraz tylko czeka. Jej błękitne oczy wpatrzone są w białe żagle wolno sunące po bezwietrznej zatoce. Jej marzenia kończą się tu… w sali pięćset dwanaście. Umiera w obcym kraju, w kalifornijskim Edenie — zupełnie sama.

— Piękny widok. Też lubię patrzeć na zatokę — mówię i bardziej odsłaniam zasłonę. — Zaraz rozmasuję ci nogę, poczujesz ulgę, Irmo.

— Nic już nie czuję. Najchętniej uciekłabym stąd. Chciałabym powyrywać te igły, rurki i… — odpowiada słabym angielskim Irma.

— Irma, to normalne. Jesteś zmęczona tym wszystkim.

Chociaż wiem, że Irma nie rozumie mnie najlepiej, i tak opowiadam jej o tym, co się dziś wydarzyło. Zawsze tak robię, gdy do niej przychodzę. Masuję jej fioletową nogę i gadam, zagaduję jej cierpienie, jej samotność, jej strach. Gdy wychodzę od Irmy, moje serce przypomina rozsypane puzzle.

Po siedemnastej wychodzę ze szpitala. Za plecami zostawiam swoich pacjentów, ich życie, choroby… Mam w głowie jakiś niewidzialny przycisk, włączam go i przestawiam się w kilka minut. Gdy tylko słyszę dzwony kościoła św. Mateusza, czuję wolność. Jadę do naszego pięknego domu na stokach San Bruno, jadę do swoich dzieci, do Pauliny, Mireli i Tomka, jadę do mojej wolności, do Grzegorza, który niezmiennie od lat mówi do mnie: Witaj, moja piękna.

I rzeczywiście czuję się piękna. Grzegorz szepcze to nocami mojemu ciału, a ja ufam jego słowom, jego dłoniom, jego ciepłemu oddechowi na moich plecach. W pracy dotykam cierpienia, masuję nieszczęście, głaszczę udrękę i czuję śmierć przemykającą korytarzami szpitala, w domu mam wytchnienie, spokój. A Grzegorz jest wszystkim tym, za czym tęskniłam jako mała dziewczynka. Długo szukałam kogoś, kto dałby mi poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie, kto odsłoniłby we mnie kobietę, a nie dziewczynę. Całe życie szukałam ojca. Wiem, że jest Rosjaninem. Tylko tyle. Nie wiem, czy żyje. Nic nie wiem. Matka milczy… Wierzyłam, że po prostu go spotkam, że przyjdzie na klatkę schodową i zapyta, czy nie wiem, gdzie mieszka Madzia. A spotkałam Grzegorza. Wyleczył mnie z wielu tęsknot. Ale nie ze wszystkich.

Wychowywałam się w domu kobiet. Mama Kaszmira — silna osobowość i tajemnicza natura, ciocia Maruszka, siostra mamy — subtelna, delikatna. Czasami myślałam, że bardziej pasuję do cioci, i zazdrościłam kuzynom: Olince i Markowi otwartości ich matki. Moja rodzina pochodzi z Kresów, z okolic Wilna. Zanim przyjechałam do Kalifornii, mieszkałam w Polsce. Pamiętam zupełnie inne życie niż to moje obecne — amerykańskie. Nie mogę powiedzieć, że żyłyśmy w biedzie, ale w każdym razie było nam bardzo ciężko. Kupowałyśmy z matką ziemniaki od chłopa i potem przez całą zimę i wiosnę jadłyśmy te ziemniaki okraszone tłuszczem, kapuśniak albo fasolówkę. Zazdrościłam Teresce, koleżance z klasy, zielonego płaszczyka ze złotymi guzikami i kolorowych landrynek w papierowej torebce. Wszystkiego zazdrościłam Teresce.

Na ganku, obok dziadka, stoi Mila — moja kochana suka. Zawsze wie, kiedy wracam. Mila jest najmądrzejszym psem na świecie. Wyczuwa czyjeś smutki i choroby. Gdyby była człowiekiem, tobyśmy razem pracowały w szpitalu. Byłaby genialnym diagnostykiem i najlepszą przyjaciółką. Rok temu zmuszała dziadka Adama do podnoszenia nogawki spodni i cierpliwie lizała jego kolano. Myślałam, że to jakiś rodzaj zabawy, ale gdy nieprzerwanie trwało to kilka tygodni, postanowiłam zrobić dziadkowi badania. Guz. Operacja. Rekonwalescencja. Mila uzyskała status uzdrowicielki i honorowe miejsce na skórzanym fotelu dziadka. Teraz co dzień opiekują się sobą.

— Widziałaś, Magduś, jaka ona mądra? Już od piętnastu minut siedzi na ganku i czeka na ciebie — mówi dziadek Adam.

— A dziadziuś jak zawsze z Milą na ganeczku. Jedliście coś?

— No, niestety, nic nie jedliśmy z Milunią. Dziś sushi. Tak zarządziła Paulinka.

— O wy biedaczki moje. Już pędzę robić kotlety.

Na dźwięk słowa kotlety Mila macha ogonem, a dziadek dziarsko rusza w stronę kuchni i zapomina o laseczce zawieszonej na poręczy tarasu. Już w przedpokoju słyszę słowa piosenki Susan Vegi: My name is Luca… I live on the second floor!

— Paulinka! Przycisz Susan! Zejdź do nas! — krzyczę.

— Mamuś, a pójdziesz ze mną popływać? — Paulina schodzi ze schodów.

— Pójdę, ale słyszałam, że głodzisz dziadka i Milę — mówię, rozstawiając w kuchni torby z zakupami.

— Mamuś, no co ty. Nikogo nie głodzę. Ale ja kocham sushi.

— Wiesz, że dziadek nie je ryb… — patrzę na nią z wyrzutem. Paulina wydyma usta. Irytuje się.

— Błagam, tylko bez opowieści o Syberii i o obozach pracy, i bez martyrologii Polaków… Bo jak się zaraz rozkręcisz, to opowiesz mi całą historię Polski, od Piastów po 1956 rok. Zrobisz się patetyczna i na koniec się popłaczesz. Idę na Coyote Point pływać — wypaliła bezczelnie na jednym oddechu moja córka.

— Zaraz, zaraz, moja panno — mówię do zbierającej się z kuchni młodej arogantki. Łapię ją za rękę i dodaję, patrząc jej w oczy:

— Nie lubię tego tonu. I bez ironii, proszę. Rozmawiałyśmy tyle razy, Paulinko…

Do kuchni wchodzi dziadek z Milą. Paulina delikatnie wymyka się do swojego pokoju. Patrzymy przez chwilę na siebie porozumiewawczo. Dziadek siada przy stole.

— To my z Milunią poczekamy tu na nasze kotlety. Madziu, a opowiadałem ci o tej zielonej żabce na Syberii? Jak my tam byliśmy głodni! Pamiętam. Rąbię syberyjską tajgę. Walimy drzewa prosto do rzeki. Sypie śnieg… Zaspy jak okiem sięgnąć. Nic tylko skostniały, beznadziejny krajobraz wiecznej zimy! Głód szarpie wnętrzności. Wydaje mi się, że nie wytrzymam. Patrzę, tuż nad wodą siedzi zielona żabka. Narzucam na nią czapkę. Chwytam w palce, patrzę, a żaba… sama skóra i kości, chuda jak ja! Spogląda na mnie wytrzeszczonymi ślepkami… Myślę sobie: Oj głodnaś ty, bidulo, nieszczęśnico syberyjska… I puszczam ją wolno!

Oczywiście, że znam tę historię. Dziadek opowiada ją kilkakrotnie w ciągu tygodnia. Zawsze słucham ze zdumieniem, kręcę głową, potakuję. Rozumiem, że to, co przeżył, gdzieś tam ciągle toczy się w nim. Dziś znowu znalazłam pod jego poduszką kromkę chleba. Pocałowałam ją i położyłam z powrotem. Moja mama zawsze całowała chleb, gdy upadł jej na podłogę. Muszę do niej zadzwonić. Zrobię to dziś. Na pewno. Podaję obiad dziadkowi i idę pływać.

Znowu nie zadzwoniłam do matki. Jestem zmęczona. Grzegorz już mnie woła do sypialni. Leży uśmiechnięty. Zdejmuje okulary. Odkłada książkę.

— Zapraszam, moja śliczna. Jeszcze moment, a twój mąż zaśnie jak niedźwiedź.

Zabiera mnie pod kołdrę. Zsuwa ramiączka koszuli. Całuje moje ramiona. Delikatnie odwraca mnie na bok. Wie, że za moment zapomnę o wszystkim, że pozwolę mu badać aksamitność moich pleców. Rysuje linię biodra i gładzi pośladki. Przywiera do mnie mocno. Czuję jego oddech na karku. Zamykam oczy. Jego szept miesza się z moim coraz szybszym oddechem i po chwili siedzę na jego brzuchu. Grzegorz obserwuje, jak unoszą się moje piersi. Moje włosy głaszczą jego twarz. Delikatnie odpycha mnie. Czeka, aż się wyprostuję, aż odrzucę do tyłu głowę. Trzyma mocno moje biodra, rytmicznie płynie razem ze mną. Delikatne mrowienie rozpoczyna się na udach, potem dziko ogarnia całe moje ciało. Unoszę się w rytm jego dłoni i bioder. Wiem, że jest blisko. Nie czekam. Poddaję się swoim falom. Sycę się tą gorącą energią, która rozpiera mnie od środka i pozwala mi uciec w jakąś nierealną krainę. Grzegorz podnosi się, siada. Oplatam go udami. Patrzę w jego oczy. Jest tu. Ja też. Spotykamy się w naszej wilgoci. Mokre plecy Grzegorza już krzyczą, gonię ten wrzask najpiękniejszy i zatrzymuję go na moment, chcę go zapamiętać i potem poddaję się. Grzegorz mocno nawija na rękę moje włosy, przytrzymuje je, ciągnie do tyłu. Wie, że za moment razem wejdziemy wysoko, do końca, do kresu…

— Wstawaj, kochana, spóźnisz się do pracy. Hej, hej… — budzi mnie szept Grzesia.

— A ja myślałam, że teraz to kawa do łóżka, rogalik i wazonik z różą… — mówię zaspana.

— Za dużo filmów oglądasz, kochanie. I jesteś o jeden romans Danielle Steel za daleko. Robotnicy już na mnie czekają. Jadę. Wstawaj… — klepie mnie czule w nagi pośladek i już go nie ma. W łazience jak zamroczona szoruję zęby. Dopiero teraz czuję zapach kawy… Filiżanka stoi na parapecie, a obok niej karteczka: Niezmiennie Cię uwielbiam, a najbardziej twój boski tyłek. Grześ … Miałam szczęście, że trafiłam właśnie na ciebie… Tarcza zegarka nieubłaganie informuje, że moja klęska jest coraz bliżej. Szybko się ubieram. Maluję tylko rzęsy. I znowu gonię. Mijam w drzwiach szpitala starszą kobietę. Ukłucie w sercu. Nie zadzwoniłam. Ale w końcu matka też mogłaby do mnie zadzwonić. Ganię się za takie myślenie. Teraz moja kolej… Matka jak zawsze dumna i honorowa. Bierze mnie na krótką smycz. Zakładam kitel i biegnę do sali pięćset dwanaście, do Irmy. Sala jest pusta. Gładko zasłane łóżko. Straszy mnie śnieżnobiała kapa.

— Gdzie Irma? — pytam dyżurującą pielęgniarkę.

— W kostnicy… Wiem, że ci przykro, ale sama wiesz, jak to u nas jest…

Choć przeżywam to kolejny raz, znów jest mi smutno. Zawsze mi smutno, gdy odchodzą… Znam ich przecież inaczej, znam ich chore ciała, dotykam tych ciał, czuję je w palcach. Muszę zobaczyć Irmę… Dobrze się dogaduję z chłopakami z transportu, bez problemu dadzą mi klucze do kostnicy. Spotykam Boba koło sali operacyjnej.

— Dasz mi na piętnaście minut klucze? — pytam pewnym tonem.

— Pewnie. Tylko pamiętaj, piętnaście minut. Szef i tak kiedyś oberwie mi jaja. Może pójść z tobą?

— Dam radę, Bob. Nie jestem taka strachliwa. Dzięki. Masz u mnie dobrą kawę.

— Ale nie w naszym bufecie, tam o dobrej kawie zapomniano wiele lat temu. Uważaj na duchy.

— Ale jesteś głupi, Bob — żachnęłam się.

— Żartowałem — dodaje, śmiejąc się zadziornie, i już go nie ma.

Trzymam klucze. Po co ja to robię? Zupełnie nieprofesjonalne zachowanie. Ale chcę zobaczyć Irmę. Ze szpitalnej kapliczki, z wazonika przy św. Teresce od Dzieciątka Jezus biorę gałązkę frezji i zjeżdżam w dół, do naszego Hadesu. W ciemnym pokoju bez okien, pod ścianą, w chłodzonych szufladach leżą zmarli nocą pacjenci. Fatalne jarzeniowe światło i ten upiorny dźwięk uszkodzonej lampy. Mógłby ktoś to wreszcie naprawić, do cholery. Przypominają mi się wszystkie horrory, które oglądałam z dziećmi w kinie. Szukam Irmy… Jest. Otwieram jej szufladę. Irma cała zamotana w białą folię. Ktoś jej zawiązał pod brodą foliową kokardę. Pewnie Peter — bardzo ją lubił…… Irma wygląda teraz jak olbrzymi cukierek zawinięty w biały papier. Rozwiązuję kokardę… W głowie mi huczy…

— Irma… moja biedna Irma… Nie możesz mieć tej kretyńskiej kokardy… Jaka jesteś… maleńka… Nie wiem, co mam ci powiedzieć, nie wiem, czy teraz jest ci lżej… Może jesteś już na swoich fiordach… Poprawię ci włosy… Dlaczego nikt nie umył ci głowy…? To dranie… zawsze się spieszą… Śpij maleńka, śpij spokojnie…

— Magdalena…

W drzwiach stoi zdenerwowany Bob. W ogóle nie słyszałam jego kroków.

— Miałaś wracać za piętnaście minut — mówi z wyrzutem.

— Przepraszam, nie gniewaj się — staram się szybko przykryć Irmę, zostawiam gałązkę frezji koło jej głowy.

— Płakałaś? To ktoś z twojej rodziny? — zapytał zaskoczony.

— Trochę tak, ale wcale nie płakałam, to przez to światło. Oczy pieką jak cholera. Moglibyście naprawić te lampy. Ta na środku buczy jak rakieta kosmiczna, spokojnie mogłaby wskrzesić jakiegoś stwora doktora Frankensteina.

— Zamknij porządnie lodówkę i lecimy, umarł pan Sterstein z dwieście dziewięć.

— O mój Boże… A przecież czuł się lepiej, nie było nawrotów.

— Nawrotów nie było, ale ponoć to było samobójstwo… Dziewczyny tak mówią w kuchni — szepcze i zamyka ciężkie drzwi na klucz.

— No akurat kuchnia jest najlepszą komórką FBI — mówię z ironią.

— Możesz nie wierzyć, ale policja już tu była…

— Ale dlaczego? — pytam bezradnie.

— On jeszcze żył, a rodzina już szykowała pogrzeb i dzieliła łupy. Nawet nie poczekali na ostatnie wyniki. A pan Sterstein, jak na złość, wyzdrowiał. Ponoć do jego domu, tak mówiła Lili z chirurgii, już wprowadził się młody kochanek pani Sterstein, o trzydzieści lat młodszy… — Bob papla teatralnym szeptem, a ja mam mętlik w głowie.

Jakoś dotrwałam do końca dnia. Na ganku oczywiście czekają Mila i dziadek. Wchodzę ciężkim krokiem do domu.

— Magduś, widzę, że miałaś zły dzień. Oj, tak ty chodź do mnie na pogadanie. Zaparzymy sobie meliski i pogadamy. Ale ty teraz nie płacz, dzieci będą się martwiły. Okularki ty załóż, te na słońce. My już jedli. To tylko krzyknij, że jesteś, i idź na górę do mojego gabineciku. Oni i tak oglądają setny raz Gwiezdne wojny i jak się domyślasz, najbardziej zachwycony jest twój Grześ. Jedzą popcorn i chipsy i nawet informacja o ataku Marsjan by im nie przeszkodziła.

Dziadek przytula mnie serdecznie, Mila łasi się do mojego uda, zaczepia mnie silną łapą. Ale jak tu się powstrzymać. Robię tak, jak mi kazał, i już siedzę w jego starym chesterfieldzie z czerwonej skóry. Beczę jak dziecko…

— Tak ty płacz, kochana, a ja ci zaparzę meliski z rumiankiem — mówi dziadek i nalewa wody do czajniczka elektrycznego, który kupili mu chłopcy, żeby w nocy nie musiał schodzić do kuchni. — Ja wiem, Magduniu, wiem… Życie czasem albo przeraża, albo uwiera jak ziarenko piasku w oku…

— Niech dziadziuś tak nie mówi, bo ja w ogóle nie przestanę płakać, bardzo mi pasuje to ziarenko piasku. Właśnie tak się czuję… — zaszlochałam jak bohaterka serialu rodem z Wenezueli.

— Pij i płacz — mówi dziadziuś, a Mila liże moją stopę z takim namaszczeniem, jakby dorwała najlepszy smakołyk.

— Milunia, przestań, zostaw moją nogę. Gilgoczesz mnie, daj spokój — zaśmiałam się przez łzy.

— Liż, Milusia, liż Madziunię, bo już uśmiech wraca, liż, ty nasza lekareczko.

— Ależ wy tworzycie spółkę, zgraliście się jak skrzypce i kontrabas.

— Kontrabasem jestem ja, a Mila…

— Zmarła Irma… — przerywam dziadkowi.

— O, biedaczka… To ta od fioletowej nóżki?

— Tak. Ale nie mogę zrozumieć…

— Co tu rozumieć, kochana… Tu nic nie ma do rozumienia. Na Syberii ciągle oglądałem śmierć, teraz czekam na swoją kolej. Może już dziś na mnie przyjdzie czas. Tak to jest, wszyscy musimy kiedyś odejść. Tu nie ma żadnej filozofii. A jak nie masz wyboru, to przyjemnie jest wierzyć, że śmierć to jedynie zmiana miejsca zamieszkania. Zmieniasz adres, rozumiesz? Po prostu. Pij meliskę, pij.

Piję meliskę dziadka Adama. Dalej nic nie rozumiem. Ale uspokajam się w jego gabineciku pełnym starych fotografii, pamiątek rodzinnych… Zostają po nas tylko przedmioty… Mila patrzy na mnie mądrymi psimi oczami. Odstawiam kubek. Na dole już mnie wołają:

— Mamusiu, co robimy na kolację? Zejdźcie do nas. Jesteśmy głodniii!

— Idziemy, Magduniu, idziemy na kolację, zjedzmy coś dobrego. Może zrobimy jajka na bekonie? — pyta po szelmowsku dziadziuś i mruga okiem.

— Na noc?! Dziadku! A twój cholesterol?

— A co mi zostało? Dajmy poszaleć gadzinie w starych żyłach!

Grześ też miał ciężki dzień na budowie. Nie czekał na mnie. Śpi jak niedźwiedź. Nie mogę zasnąć. Wszystko kołuje mi w głowie. Irma, młody kochanek pani Sterstein, melisa dziadka, moja Milunia, pływanie z Paulinką na Coyote Point… Leżę na wodzie, widzę olbrzymie samoloty podchodzące do lądowania. Wydaje się, że za chwilę jakiś olbrzym muśnie kołami pomarszczoną wodę… Sen… Śpię… Dobrze…

— Córeczko… córeczko…

Zrywam się. Siadam na łóżku. Jest noc. Słyszę swoje tętnice. Grzegorz też się budzi.

— Co się stało, kochana? Co ci jest?

— Była tu moja mama.

— Daj spokój, to sen — próbuje mnie uspokoić.

— To nie był sen, Grzesiu. Dotknęła mnie. Czułam to wyraźnie. Zobacz, jak bije mi serce…

— Mama jest we Francji, kochanie. Uspokój się.

— Grzesiu, nie oszalałam przecież. Wołała mnie.

— To przez śmierć Irmy. Nie powinnaś się tak angażować w życie pacjentów. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Do mamy zadzwonisz rano.

Grzegorz przytula mnie, głaszcze po głowie.

Słyszę dzwonek. Zerkam zaspana na zegarek. Szósta rano. Grzegorz odbiera telefon.

— Madziu, do ciebie.

Mama umarła w nocy. Dzwoniła pani Dębowska, nasza dawna sąsiadka… Nie wiem, co do mnie mówiła… W uszach mam tylko jedno zdanie: Twoja mama nie żyje . Kaszmira zmarła kilka godzin temu. Moja mama nie żyje. Nie zdążyłam z niczym. Nie zadzwoniłam, nie dowiedziałam się nic o ojcu. Nic mi nie zdradziła i teraz już się nie dowiem. Moja dzielna matka nie żyje… W ogóle tego nie przewidziałam, w ogóle o tym nie myślałam. Dziadek Adam — tak, wiem, że może umrzeć w każdej chwili, ale nie mama. Nie posklejałyśmy naszych spraw, nie wyjaśniłyśmy sobie…

Siedzę w samolocie. Lecę do Francji. Przede mną organizacja pogrzebu, spotkanie z Olinką i Markiem, odczytanie testamentu matki. Na kolanach mam Dom dusz od Paulinki. Przez ostatnie dni żyłam w kompletnym chaosie! Trzeba było natychmiast kupić bilet, załatwić nowy paszport, bo stary leżał na dnie szuflady, od dawna przeterminowany, spakować walizkę, załatwić urlop w pracy… Całkowite urwanie głowy. Nawet nie miałam czasu pomyśleć o matce! Na lotnisko odprowadzili mnie wszyscy w komplecie, tylko Mila musiała zostać w domu. Ale Mila wszystko rozumie, taki to cudowny pies. Oj mamo, mamo… Tak mi się po cichu wymknęłaś. Lecę do ciebie… Zawsze robiłaś wszystko po swojemu… Chodziłaś swoimi drogami jak dziki kot.Maitre Mory jest solidnym adwokatem. Jego wspaniały gabinet znajduje się przy krętej uliczce Château d’Eau w Leers. Jak sięgam pamięcią, zawsze wchodziłam tu onieśmielona. Teraz jest podobnie. Niepotrzebnie ubrałam się w czarny kostiumik od Chanel. Mam go na specjalne okazje, ale czuję się w nim jak w gorsecie. Czarne szpilki też nie były dobrym pomysłem… Dyskretnie zsuwam je ze stóp. Jaka ulga… przesuwam je pod biurko adwokata. Grzegorz miał rację. Gdy pakowałam swój zestaw pogrzebowy do walizki, powiedział: Kochanie. Przesadzasz. Brakuje ci jeszcze kapelusza z woalką, jak u Joan Collins… Zdecydowanie za dużo czytasz Danielle Steel. Mam niejasne wrażenie, że powinienem również skontrolować twój zestaw filmów. Rękawiczki i kopertówka? No, moja droga, jedziesz na pogrzeb jak gwiazda filmowa. Nie wiem, czy jeszcze mnie będziesz chciała, gdy wrócisz …

Siedzę na brzegu fotela i nerwowo ściskam portfelową torebkę. Obok siedzą Marek i Olinka i zerkają na moje czarne rękawiczki. Czuję się głupio. Zdejmuję je i chowam do kopertówki. Adwokat w milczeniu bardzo skrupulatnie przegląda dokumenty. Nic się nie postarzał. Wygląda zupełnie jak kilka lat temu. Pachnie tą samą wodą kolońską. Zapamiętałam ją, bo Grześ używa tej samej. Trochę mnie to irytuje. Ten zapach kojarzy mi się z naszymi nocami. Idiotyczna sytuacja, za moment usłyszę ostatnią wolę mojej matki, a moje myśli krążą wokół nagiego ciała mojego męża. Od pogrzebu minął już tydzień. Wszystko stało się tak nagle. Ciągle pamiętam głos matki i nie mogę pozbyć się tego wrażenia… Grzegorz mi nie wierzy… Czułam jej dotyk, wiem, że to nie był sen. Dlaczego nigdy nie umiała ze mną porozmawiać? Zbywała mnie… Zawsze tajemnicza… enigmatyczna… Ciocia Maruszka też coś ukrywała… W ogóle obie nie lubiły wspominać wojny. Czasem odnosiłam wrażenie, że Maruszka chce mi coś powiedzieć, ale jednocześnie chce być lojalna wobec mojej matki. Teraz niczego się już nie dowiem. Obie nie żyją. Maitre Mory kończy przeglądanie dokumentów, poprawia marynarkę.

— Oto ostatnia wola pani matki, waszej ciotki:

Wszystko, co do mnie należy, chciałabym przekazać Magdalenie, Olince i Markowi — moim najbliższym, którzy zostali mi na tym świecie. Całą sumę ze sprzedaży mojego domu we Francji przekazuję Magdalenie. Jej też daję pieniądze zgromadzone na moim szwajcarskim koncie. Natomiast moim kochanym siostrzeńcom Markowi i Olince zapisuję wszystkie bony skarbowe i akcje zdeponowane w tym samym banku. Nie są to wielkie sumy, nigdy nie udało mi się zgromadzić wielkiego kapitału, ale ze szczerego serca ofiarowuję wszystko to, co mam. Jeśli Magdalena uzna, że Olinka i Marek powinni coś dostać z wyposażenia mojego domu, może tym swobodnie dysponować. Ale moje książki kucharskie i zapiski kulinarne, kolekcja miedzianych garnków i porcelanowa zastawa obiadowa wraz ze srebrami należą tylko i wyłącznie do Magdaleny. Żółte pudło również należy do Magdaleny.

Jak to dobrze, że mama ofiarowała akcje Olince i Markowi. Zresztą i tak bym im coś przekazała z wyposażenia domu. Myślałam o należącym do ich matki kredensie z orzecha kaukaskiego i o niektórych książkach. Pewnie znalazłyby się też inne pamiątki po cioci. Ale o co chodzi z tym żółtym pudłem? Zdjęcia? Albo jakieś autorskie przepisy kulinarne matki… Nie mam pojęcia… Adwokat położył przede mną żółtą kopertę.

— To też należy do pani. Kaszmira prosiła, by pani najpierw przeczytała ten list, a potem otworzyła pudło. To wszystko z mojej strony. Dziękuję. Gdyby pojawiły się jakieś wątpliwości, jestem do państwa dyspozycji. Proszę mi wybaczyć, ale mam kolejne obowiązki. Madame Klara odprowadzi państwa do wyjścia.

Oszołomieni, udaliśmy się do maleńkiej knajpki niedaleko domu mamy. W pośpiechu zjedliśmy obiad i z niecierpliwością wracamy do domu. Opadają ostatnie jesienne liście. Zaczyna padać. Mój kostium wolno przemaka. Jeszcze moment i będzie tylko wspomnieniem kostiumu marki Chanel. Nie zabrałam ze sobą nic cieplejszego. Wezmę coś z domu Kaszmiry. 205 Rue Jules Guesde! Bije mi serce… Ale nie żałuję Kalifornii. Mój dom jest w Ameryce. Tu są wspomnienia… Przed nami migają czerwone światła belgijskiej granicy. Doskonale pamiętam ten zielony żywopłot.

— Nic się nie zmienił — dotykam dużych liści, które teraz, na jesień, tak radośnie się przebarwiają.

— Kaszmira dbała o ogród. O wszystko dbała — dodaje ze łzami w oczach Olinka.

— Ja tylko tak w kwestii formalnej — mówi Marek, podnosząc jak uczeń dwa palce do góry.

— Błagam, wejdźmy do środka, tam sobie powspominamy, wy się rozpłaczecie, sentymentalnie przejedziecie się po wszystkich pamiątkach, a ja napiję się koniaku i prześpię się kilka minut… No i co by nie mówić, głupio wyglądamy tacy przemoczeni i przemarznięci przed wejściem do domu. Może ktoś pomyśli, że szykuje się jakaś demonstracja. Błagam was, kobiety! Do środka! Robi się już ciemno… Mam klucze od adwokata, ale ponoć dodatkowe są pod schodami.

Jest zupełnie ciemno. Uderza nas ciężki zapach dawno niewietrzonych pokojów. W tym zapachu jest też nuta cynamonu i jabłek… Coś mi to przypomina…

— Cholera, wyłączyli światło — Olinka jest rozczarowana.

Idę po omacku w stronę kuchni. Dobrze pamiętam, gdzie matka trzymała świece i zapałki. Po chwili miga chybotliwy płomyczek. Wszystko spakowane w kartonowe pudła. Meble okryte białymi pokrowcami. Dom już sprzedany. Koniec kropka.

— Co my zrobimy z tymi meblami? Co my z tym wszystkim zrobimy? — pytam sfrustrowana.

— Madzia, jakoś to pozabieramy, część porozdajemy, mamy jeszcze Czerwony Krzyż — Marek rozciera zmarznięte dłonie. — Zimno tu! Trzeba rozpalić w piecu! Pewnie w drewutni zostało jeszcze trochę drzewa. Idę, dziewczyny, przyniosę też węgiel.

Po chwili w małym piecyku Continue wesoło buzuje pomarańczowy płomień. W salonie jest teraz więcej światła. Olinka przegląda poszczególne pudła i je opisuje. Marek zdjął pokrowiec z fotela i przysunął go do kominka. Pije koniak. Idę w ciemną amfiladę pokoi. Cisza. Dom nic do mnie nie mówi… Choć świetnie znam każdy kąt, wszystko wydaje mi się inne. Cisza. Mamo… daj mi jakiś znak… jeszcze raz się odezwij… Powiedz coś do mnie… Porusz czymś. Proszę… Za dużo filmów oglądam, Grześ ma rację. Wracam do Marka i Oli. W salonie znowu jest ciemno. Dziwne.

— Głupia sprawa… Nie wiem, jak to się mogło stać — zaczął dziwnie zdenerwowany Marek. — Po prostu nagle ogień zgasł… Może to Kaszmira… — dodał zmieszany.

W kominku żarzą się węgielki i drewno, ale płomienia nie ma. Przeszył mnie dreszcz.

— Marku, z duchów to już dawno wyrośliśmy. Pogoda jest paskudna. Pewnie wiatr w kominie się rozszalał i tyle — udaję opanowaną. Ola szamocze się z jakimiś szklanymi rzeczami, szeleści papierami, otwiera kolejne pudła.

— Olina, a co ty się tak tłuczesz? — pyta Marek i wypija ostatni łyk koniaku.

— Szukam kieliszków do koniaku, bo o nas to już nie pomyślałeś, braciszku.

Marek nic nie mówi, tylko tęsknie spogląda na pustą butelkę. Nie martwi się jakoś szczególnie. Świetnie znał ciotkę Kaszmirę i wie, że na pewno coś jeszcze znajdzie w jej kuchni.

— Magda, zobacz, co znalazłam w pudle numer siedem! — woła Ola.

Podeszłam zaciekawiona. W pudle znajdowały się szklane słoiczki z przyprawami mojej mamy.

— O mój Boże… Są wszystkie. Kminek, tymianek, rozmaryn, cynamon, kardamon… Odkąd pamiętam, zawsze z nami były. Gdziekolwiek mieszkałyśmy, słoiczki jeździły za nami — mówię wzruszona.

— Dlatego cię zawołałam. Pamiętasz, jak moja mama robiła białe, lniane czapeczki na te słoiczki?

— Maruszka wyszywała na nich malinki, truskawki, poziomki… i dała je Kaszmirze na Boże Narodzenie, ale w którym to było roku, to ja nie pamiętam… Mama marzyła o tych słoiczkach. Widziała takie w młodości, jak była na służbie u Rosenbaumów — dodaję.

— Kaszmira była dziwna, ale nikt nie gotował tak jak ona! — Marek wrócił z kuchni. — O Chrystusie, ile bym dał za jej cepelinki, blinki, baby ziemniaczane, chłodnik i inne cuda w stylu tortu waniliowego. Ech… — rozmarzył się.

— Ja cię zaraz po prostu uduszę! Milcz, niecnoto! Przecież my tu zaraz padniemy trupem! Jakkolwiek by to brzmiało. Ale rzeczywiście, zjadłabym ragoulaj albo napiłabym się Kaszmirowego kwasu chlebowego — Ola papla jak nastolatka i chichocze radośnie.

— Sadyści! Jak można tak dręczyć głodnego człowieka? Cicho już. Czytamy list Kaszmiry.

Odsłaniamy jeszcze dwa fotele, siadamy blisko kominka, bierzemy kieliszki, pledy. Opatulamy się szczelnie i podstawiamy Markowi kieliszki w oczekiwaniu na rozgrzewający trunek.

— Ale koniaczku to już nie ma, moje panie — Marek ma poważną minę.

— Żartujesz? Wypiłeś wszystko?

— Spokojnie, moje panie. Ciocia o nas nie zapomniała, wiedziała przecież, że tu przyjdziemy. Zostawiła nam buteleczkę boskiego calvadosu! Voilà!

— Nie żartuj, Marku! W kuchni ciągle jest ten schowek? — jestem zupełnie zdumiona i szczęśliwa.

— A tak. Proszę bardzo, calvados z Normandii!

— No?! — Olinka z niecierpliwością patrzy na mnie. — Otwieraj.

Ostrożnie odklejam brzeg koperty, choć mam ochotę po prostu ją rozerwać. Ola i Marek patrzą mi na ręce. Z koperty wypada jakieś stare zdjęcie. Ola przysuwa się bliżej mnie. Oglądamy je z zaciekawieniem.

— To nasza mama! Ale to nie jest nasz ojciec… Nie znam tego człowieka. Zobacz, Marku.

Na zdjęciu ciotka Maruszka z jakimś rosyjskim oficerem. Robi mi się dziwnie gorąco. Rosyjski oficer? Z fotografii zerka na nas uśmiechnięta para.

— No to czytam. Nalej nam jeszcze, Marku, za Kaszmirę… — podaję kieliszek kuzynowi.

— Ale ręce ci się trzęsą jak nałogowcowi — żartuje Marek.

— Cicho. Czytam.

Najdroższa Magdaleno!

Literki zlewają się i drżą na papierze. Mam potężną gulę w gardle, dopiero teraz za nią tęsknię, dopiero teraz czuję jakąś rozdzierającą tęsknotę.

— To może ty popłacz, a ja poczytam — uspokaja mnie Olinka.

— Nie. To list do mnie, od mojej mamy. Ja sama… Spróbuję jeszcze raz…

Najdroższa Magdaleno!

Może będziesz miała do mnie pretensje, że tak długo ukrywałam przed Tobą prawdę… Może posądzisz mnie o tchórzostwo albo małoduszność, ale uczyniłam tak, jak uważałam, że będzie najlepiej dla nas wszystkich! Dziś, gdy stoję już po drugiej stronie, chcę ci wreszcie wyjawić to, co ukrywałam przed Tobą przez całe życie. Nie potępiaj mnie. Błagam. Nikogo z nas nie potępiaj. Nie jestem Twoją matką, Magdaleno!

Wszystko wiruje mi przed oczami… huczy w głowie. Siedzimy jak sparaliżowani. Ola ma łzy w oczach. Marek zdjął pled i wstał z fotela. Rozprasza mnie to. Zbieram w sobie siłę i czytam dalej. I niech mi potem Grześ powie, że oglądam za dużo filmów…

Nigdy nie miałam własnych dzieci. W młodości, jeszcze przed wojną, przerwałam ciążę. Bóg mi świadkiem, że nie było innego wyjścia. Potem już nigdy nie mogłam mieć dzieci. Była to moja klęska, ale i największy paradoks życia, szczególnie w okresie wojny. Nie mówiłam ci o tym nigdy, ponieważ nie chciałam mącić spokoju Twojej duszy. Ale masz prawo znać prawdę o sobie. Wiem, że będziesz miała dużo wyrozumiałości dla mojej przeszłości. Nic w życiu nie jest proste, nic nie jest oczywiste, niewiele spraw można od początku do końca zaplanować.

Los rzucił Cię daleko w świat. Chcę jednak, żebyś wiedziała, że twoje korzenie mocno tkwią w ziemi, która nasiąkła krwią milionów ludzi! Właśnie ta krew to fundament domu, który zwie się POLSKA! Dane nam było przeżyć najciemniejsze dzieje naszego narodu, który mimo całego zła ocalał, przetrwał i zwyciężył!

— Nie wiem, po co ciocia tak patetycznie i patriotycznie. Nigdy bym nie przypuszczał, że Kaszmira była taką patriotką, i nigdy nie podejrzewałbym jej o taki patos — cicho przerywa Marek.

— A jakie to ma znaczenie? — Ola spojrzała na brata z wyrzutem. — Dziwisz się?

— Nasza matka to wiadomo. Mit ojca. Może nawet mit ułański. Ale ciotka?

— Czytam dalej — przerwałam im. — Los nie obszedł się z nami łaskawie. Nie wybierałyśmy z Twoją matką tego losu, bo przecież losu się nie wybiera. On przychodzi sam!

— Z jaką twoją matką? — przerwał znowu zirytowany Marek. — Do cholery, kto jest twoją matką, Magdaleno! — Zdenerwowany Marek zaczął chodzić po ciemnym pokoju. — Przepraszam cię, Magda, w końcu to twoja sprawa, ale jakoś mnie nosi. Mam tylko nadzieję, że moją matką rzeczywiście jest Maruszka, że nie ma w tym kolejnej sensacji rodzinnej.

— Daj spokój, Maruś. Ucisz się. Boisz się czegoś? — Ola strofuje brata.

— A właśnie, że się boję. Jakiejś bomby rodzinnej się boję, moja droga, bo kilka takich już mieliśmy.

— Czytam dalej:

Nie miałam łatwego życia. Nie żalę się. To nie w moim stylu. Mój los to raczej wiele klęsk i jedna wielka nagroda — Ty! Byłaś dla mnie promykiem radości od momentu, gdy pierwszy raz wzięłam Cię na ręce. Żyłam w cieniu wielu śmierci aż do Twojego pojawienia się. Zostawiam Ci żółte pudło. Znajdziesz w nim: mój dziennik, zapiski z wielu lat, notatki. Zacznij od dziennika, tam jest wszystko, zwierzałam się kartkom papieru. Zawsze chciałaś napisać powieść. Myślę, że daję Ci materiał na kilka książek i filmów. Wiem, że będziesz umiała wytłumaczyć to wszystko Markowi i Oli. Ja nie miałam nigdy odwagi, choć uchodziłam w naszej rodzinie za najbardziej dzielną osobę. Milczenie Maruszki też kiedyś zrozumiesz.

A teraz zostaw moją duszę w spokoju, a Bóg Wszechmogący niech uwolni nas od wszelkiego brzemienia, jakim obarczyło nas życie!

Zawsze kochająca Cię Twoja matka.

Zawsze kochająca Cię Twoja ciotka — Kaszmira

— Ciotka Kaszmira?! — biorę w drżące palce pożółkłą fotografię. Ola i Marek pochylają się nade mną. Młodziutka ciotka Maruszka siedzi na huśtawce zawieszonej na gałęzi starej jabłoni. Ma na sobie sukienkę z marynarskim kołnierzem. Jej nogi, obute w czarne zamszaki, wiszą w powietrzu jak nóżki małej dziewczynki. Obok niej, oparty o pień, stoi wysoki rosyjski oficer w furażerce na jasnych włosach. Na odwrocie fotografii lakoniczny podpis: Twoja matka Maruszka i Twój ojciec Iwan.

— Ale numer… — Ola była cały czas zupełnie zdezorientowana.

— No to mamy bombę! — krzyknął Marek.

— W sumie nie jest tak źle… Obawiałam się czegoś gorszego — Ola próbowała przekonać samą siebie.

— To znaczy, że jesteś naszą siostrą — stwierdził odkrywczo Marek. — No to witaj, siostrzyczko. Teraz jest nas troje!

— Zawsze było nas troje. Nic się nie zmienia. — Ola miała oczy pełne łez. — Zamknij się.

Płaczę jak małe dziecko. Nie mogę powstrzymać łez. Olinka tuli mnie mocno. Marek duszkiem wypija z butelki calvados. Jestem zła na matkę, na ciocię Maruszkę, na całe życie. Szlag by to trafił! Chce mi się wyć.Poczta elektroniczna

Wiadomości wysłane. Do: olinka777@wp.pl

TEMAT: Kartonowe pudło i nie tylko…

Kochana Olinko,

przepraszam, że nie odezwałam się zaraz po powrocie do Stanów. Dziękuję, że daliście mi spokój i czas na ochłonięcie. Kilka dni temu otworzyłam żółte pudło Kaszmiry. Nie gniewaj się, że nie zrobiłam tego przy Was… ale do dziś nie potrafię się pozbierać. Pomyślałam, że powinnam sama je najpierw przejrzeć. Przywiozłam je do Ameryki i przez jakiś czas do niego nie zaglądałam… nie potrafiłam… Miałam jakiś żal do Kaszmiry, do Maruszki… Czułam się mimo wszystko oszukana i zdradzona.Muszę się posklejać. Olinko, żal mi nas wszystkich…

Całuję

Magdalena

Poczta elektroniczna

Wiadomości wysłane. Do: madzia777@gmail.com

TEMAT: Re: Karton i nie tylko…

Kochana Madzieńko!

Daj sobie trochę na luz. Nie myśl tyle, bo oszalejesz. Nam jakoś wcale nas nie żal! Najważniejsze, że jesteś nasza! I tak żyliśmy jak rodzeństwo. Szczerze mówiąc, list od Kaszmiry niczego nie zmienia. Nasze matki były jak nie z tego świata. Obie to doskonale wiemy. A Maruszka po wyjeździe Kaszmiry do Francji w ogóle się zmieniła… Nie ma co tego rozpracowywać i robić rodzinnej psychoterapii.

Nic nie piszesz, co było w tym pudle… Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa!

Całuję Cię, Kochana, najpiękniej

Twoja siostra Olinka

Poczta elektroniczna

Wiadomości wysłane. Do: olinka777@wp.pl

TEMAT: W chaosie kartonowym…

Olinko!

Nie gniewaj się, Kochana, że nie napisałam, co było w pudle. Zagoniona jestem okrutnie i działam zupełnie chaotycznie. W końcu mam dwie matki! Powiem tak na wstępie: w kartonowym pudle brakuje tylko baby i dziada! Ale już Ci opowiadam jak na spowiedzi.

Zawartość żółtego pudła:

1. Dziennik Kaszmiry, opasła księga składająca się z trzydziestu czterech zeszytów, prowadzony bardzo nieregularnie. Przypuszczam, że niektóre sprawy mama opisuje po bardzo długim czasie… Mam nawet wrażenie, że pisze go bardzo świadomie, po prostu wie, że kiedyś da mi go do przeczytania. Byłby arcyciekawy również dla Was! Zrobię ksero i je Wam wyślę.

2. Powieść, a właściwie fragmenty powieści. To dla mnie największy szok! Olinko, wyobrażasz sobie Kaszmirę jako pisarkę?! Tłumaczę to tym, że moje matki chciały podzielić się ze światem tak ciekawą, traumatyczną i sensacyjnoromansową biografią! Grześ sugeruje, że to coś w rodzaju filmowego treatmentu.

3. Przepisy kulinarne Kaszmiry. Jak się domyślasz — rarytas! Tysiące kartek, karteczek, zeszycików, notesików. Po prostu raj dla baby! Czyta się to jak najpiękniejszą książkę. Słowem — cudo! Czy Ty wiesz, że nie tylko kminek był jej miłością, ale też tymianek — dodawała tymianek do wszystkiego, co zawierało pomidory?! Przegląd kuchni polskiej, litewskiej, karaimskiej, białoruskiej, żydowskiej, ukraińskiej! I rosyjskiej, oczywiście… Nie wiem, ile czasu zajmie mi kserowanie tego, ale też Ci to prześlę.

4. Zdjęcia, dokumenty. Niewiele tego, ale cenne rzeczy. Kilka zdjęć Maruszki, których Ty też nie znasz.

5. Listy. Pełno kartek, kopert — nawet nie miałam czasu zajrzeć.

6. Biżuteria — kilka pierścionków, złoty łańcuszek.

7. Buty — chyba jeszcze przedwojenne, piękne, ale nie wiem, dlaczego włożyła je do pudła?

8. Zbiór baśni Andersena — wydanie przedwojenne, egzemplarz podpisany: „Od Łukasza”. Jeszcze się nie dowiedziałam, kto to taki. Znasz jakiegoś Łukasza związanego z siostrami?

Całuję Cię

Twoja siostra — Magdalena

Poczta elektroniczna

Wiadomości wysłane. Do: madzia777@gmail.com

TEMAT: Re: W chaosie kartonowym…

Ło! Matko Bosko!

Jezusie też! Nawet Nazareński!

No to mamy pudło! Czyli pasztet! Oczywiście masz rację, jestem w szoku! Przebieram nogami z niecierpliwości! Wyślij mi koniecznie — cokolwiek!

Całuję Cię

O.

PS Przesłałam Twojego maila Markowi. Wiem, że szykuje się do odpowiedzi.

Poczta elektroniczna

Wiadomości wysłane. Do: madzia777@gmail.com

TEMAT: Re: W chaosie kartonowym… /

Kochana Magdaleno!

Dostałem od Oli Twojego maila. Uważam, że powinnaś to wszystko porządnie przeczytać, posklejać, poukładać i… napisać powieść o naszych matkach. Kaszmira powierzyła to zadanie właśnie Tobie. Zrób coś z tym. Bardzo Cię prosimy.

Powiem Ci, że nie jest mi łatwo. Nagle, po latach dowiaduję się, że moja matka miała wiele tajemnic w swoim życiu. Zawsze wydawało mi się, że Maruszka jest ze mną mocno związana, że łączy nas coś wyjątkowego, że nasza relacja: matkasyn jest szczególna. Nigdy nie miałem przed matką tajemnic. Nigdy.

Nie rozumiem kobiet.

Marek
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: