Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zofiówka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
E-book: EPUB, MOBI
44,99 zł
Audiobook
46,99 zł
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Zofiówka - ebook

Jedyne, czego możesz być pewien, to własny strach.

Najnowszy horror Justyny Jelińskiej.

Grupa żądnych sensacji youtuberów wyrusza na kolejną wypra­wę urbexową. Ich celem jest Zofiówka – opuszczony zakład dla nerwowo chorych w Otwocku – miejsce owiane mroczną legendą, w którym wyczuwalna obecność ciemnych sił splata się satanistycznymi obrzędami. Zło czai się wszędzie.

Z pozoru rutynowy urbex błyskawicznie wymyka się spod kontroli. Gdy jeden z członków grupy znika bez śladu, a pozostali zaczyna­ją doświadczać niewytłumaczalnych zjawisk, zaciera się granica między przygodą a koszmarem.

Mroczne ruiny, które zmienią również Ciebie.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-776-7
Rozmiar pliku: 1 015 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZASTRZEŻENIE

Histo­ria, którą oddaję w Wasze ręce, jest fik­cją lite­racką. Posta­no­wi­łam umie­ścić ją w real­nym miej­scu. Zofiówka ist­nieje naprawdę, a każdy, kto odwie­dził to miej­sce, potwier­dzi, że ma ono nie­po­wta­rzalną i tajem­ni­czą aurę. Byle szum czy kro­pla desz­czu spa­da­jąca z sufitu na pod­łogę mogą dawać poczu­cie czy­jejś obec­no­ści. Wiem, spraw­dzi­łam to, nie­jed­no­krot­nie odwie­dza­jąc to miej­sce w róż­nych porach roku. Co prawda obiekt został nieco prze­or­ga­ni­zo­wany na potrzeby mojej histo­rii i nie zawiera wier­nego opisu, jeśli cho­dzi o roz­miesz­cze­nie pomiesz­czeń, ale mimo to mam nadzieję, że ta histo­ria Was wcią­gnie. Opi­sane przeze mnie zda­rze­nia zro­dziły się wyłącz­nie w mojej wyobraźni na pod­sta­wie histo­rii, które udało mi się usły­szeć. Okra­si­łam je ele­men­tami bru­tal­no­ści i wąt­kami zwią­za­nymi z sza­tań­skimi obrzę­dami, ale żeby była mię­dzy nami jasność – to wyłącz­nie fik­cja. Ot, baja­nie, bujdy na reso­rach, opo­wiastki, jakimi możemy raczyć się w cie­płe noce przy trza­ska­ją­cych pola­nach w ogni­sku. Pra­gnę rów­nież pod­kre­ślić, że podo­bień­stwa w nazwach i oso­bach są cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Nie mia­łam złych inten­cji, pisząc tę histo­rię. Nie chcę i nie chcia­łam ura­zić niczy­ich uczuć ani zbru­kać tego miej­sca, wpla­ta­jąc w nie nieco grozy i krwi.

W niniej­szej książce znaj­dują się motywy i zacho­wa­nia, które mogą ura­zić wraż­li­wość czy­tel­ni­ków. Jeżeli motywy samo­bój­stwa, inte­rak­cji z demo­nami czy próby nawią­za­nia kon­taktu z zamiesz­ku­ją­cymi obiekt bytami nie są dla Cie­bie odpo­wied­nie, zale­cam ostroż­ność lub rezy­gna­cję z lek­tury.

AutorkaZAKŁAD DLA NERWOWO I PSYCHICZNIE CHORYCH ŻYDÓW ZOFIÓWKA

ZAKŁAD DLA NER­WOWO I PSY­CHICZ­NIE CHO­RYCH ŻYDÓW ZOFIÓWKA – nie­dzia­ła­jący obec­nie szpi­tal i sana­to­rium w pod­war­szaw­skim Otwocku, któ­rych budynki popa­dają w ruinę. Szpi­tal zawdzię­cza nazwę Zofii Endel­ma­no­wej, która prze­ka­zała swoją biżu­te­rię na zakup trzy­dzie­sto­mor­go­wego terenu. Miej­sce to ucho­dzi za jedno z naj­bar­dziej nawie­dzo­nych w Pol­sce; w cza­sie wojny zamor­do­wano tam ponad sto osób. Mówi się, że nie­spo­kojne duchy ofiar nawie­dzają ruiny budynku, dając o sobie znać prze­ra­ża­ją­cymi jękami i odgło­sami. Na jed­nym z kory­ta­rzy można podobno spo­tkać ducha sio­stry zakon­nej, która popeł­niła tam samo­bój­stwo. Wokół Zofiówki naro­sło wiele legend, mię­dzy innymi ta o zapar­ko­wa­nych w pobliżu samo­cho­dach, które nie odpa­lają, zmu­sza­jąc śmiał­ków do dłuż­szego pozo­sta­nia na miej­scu. Obiekt przy­ciąga fanów urbexu, któ­rzy poszu­kują adre­na­liny i dresz­czu emo­cji zwią­za­nego z kon­fron­ta­cją z mrocz­nymi histo­riami prze­ka­zy­wa­nymi przez osoby, które miały stycz­ność z para­nor­mal­nymi sytu­acjami na tere­nie opusz­czo­nego obiektu.ROZDZIAŁ PIERWSZY. GODZINA SIEDEMNASTA

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

GODZINA SIE­DEM­NA­STA

1

Czarna Škoda Octa­via z przy­ciem­nio­nymi tyl­nymi szy­bami wje­chała ostroż­nie na plac usłany żwi­rem, suchymi liśćmi i potłu­czo­nym szkłem. Pod kołami zachrzę­ściły drobne kamyki, które niczym ostre poci­ski wystrze­liły spod opon.

Ruina.

Cie­kaw­skim oczom uka­zał się nisz­cze­jący obiekt, który przy­roda zaczy­nała coraz śmie­lej cho­wać w swych ramio­nach. Te były wyjąt­kowo kłu­jące, oble­czone jesien­nymi barw­nymi liśćmi, opa­da­ją­cymi przy lek­kim podmu­chu wia­tru i two­rzą­cymi sze­lesz­czący dywan ukry­wa­jący ostre odłamki szkła roz­bi­tych bute­lek. Jakby czy­hały, by prze­bić skórę śmiał­ków wcho­dzą­cych na teren daw­nego Zakładu dla Ner­wowo i Psy­chicz­nie Cho­rych Żydów.

Pano­wał tu dziwny spo­kój i cisza, jak gdyby całe zło, które się tu wyda­rzyło, zostało ukryte w naj­głęb­szych i szczel­nie zamknię­tych zaka­mar­kach.

Dag­mara Nowa­kow­ska zatrzy­mała samo­chód. Pochy­liła się nad kie­row­nicą i wyj­rzała przez przed­nią, nieco brudną szybę. Tam, gdzie nie się­gały pióra wycie­ra­czek, widać było mnó­stwo mar­twych owa­dów. Mieli za sobą długą drogę. Potra­fili poświę­cić bar­dzo dużo dla cie­ka­wej eks­plo­ra­cji. Zwłasz­cza takiej, która skry­wała mro­żące krew w żyłach sekrety.

W skry­to­ści ducha liczyli, że poznają wszyst­kie straszne legendy o tym miej­scu, krą­żące w cze­lu­ściach inter­netu.

_Naj­bar­dziej nawie­dzony budy­nek w Pol­sce._ Ten tytuł robił wra­że­nie. Zachę­cał śmiał­ków, któ­rzy zapusz­czali się nocami w opu­sto­szałe mury, byleby tylko poczuć mroczny i spe­cy­ficzny kli­mat Zofiówki. A ten, trzeba przy­znać, był ciężki i trudny do opi­sa­nia.

– Robi wra­że­nie, co? – zapy­tała, nie ukry­wa­jąc pod­nie­ce­nia. Jej głos aż wibro­wał.

– Myśla­łem, że to miej­sce będzie tro­chę mniej znisz­czone… – odparł Adam Kali­now­ski, dra­piąc się po rudej, wypie­lę­gno­wa­nej bro­dzie. Co chwilę popra­wiał zjeż­dża­jące z nosa oku­lary. Otwo­rzył drzwi auta. Jęk­nęły cicho, jakby zmę­czone podróżą ode­tchnęły z ulgą. Do środka wpa­dła mie­szanka rześ­kiego powie­trza zmie­szana z zapa­chem suchych liści i wil­got­nego betonu. Chłodna i spe­cy­ficzna, dokład­nie taka jak to miej­sce.

Na ścia­nach, z któ­rych pła­tami odpa­dał brudny tynk, gra­fi­cia­rze pozo­sta­wiali swoje tagi. Nie­które przy­bie­rały formę mrocz­nych i nie­po­ko­ją­cych napi­sów. Pen­ta­gramy, dzie­siątki roz­war­tych oczu z dłu­gimi rzę­sami, krwi­sto czer­wone, surowe napisy PIE­KŁO, SZA­TAN, ONA PATRZY spra­wiały, że widok nisz­cze­ją­cego budynku robił jesz­cze moc­niej­sze wra­że­nie. Zewsząd zer­kały na nich wiel­kie okna bez szyb, jak puste oczo­doły w czaszce, z któ­rej przed laty robac­two zja­dło wszyst­kie tkanki.

Cezary Dąbrow­ski prze­łknął gło­śno ślinę. Wysoki blon­dyn o haczy­ko­wa­tym nosie i nie­bie­skich oczach jako jedyny z całej czwórki nie cier­piał miejsc, które wiele osób uzna­wało za nawie­dzone. Nie trak­to­wał tego jako roz­rywki z dresz­czy­kiem. Miał ogromny sza­cu­nek do bytów i wie­rzył, że zabłą­kane dusze cho­dzą po ziemi i nie warto im prze­szka­dzać, mącąc ich spo­kój. Bał się, że przez wszel­kie sesje można zajść za skórę cze­muś, co nie jest fizyczne i nama­calne, ścią­ga­jąc na sie­bie zło, które już na zawsze pozo­sta­nie. Wie­dział, że duchy ist­nieją. Sam kie­dyś się o tym prze­ko­nał. Mimo że mija­jące lata zacie­rały wspo­mnie­nia, to jedne wbiły się w jego pamięć tak głę­boko, jakby bro­niły się przed zapo­mnie­niem.

Miał przy­ja­ciela, któ­rego nikt nie trak­to­wał poważ­nie, podob­nie jak nikt nie trak­to­wał poważ­nie kil­ku­let­niego Czarka. Chłopca, który potra­fił roz­ma­wiać z wyima­gi­no­wa­nym kolegą, przy­cho­dzą­cym do ich nie­wiel­kiego domu bez względu na porę dnia. Kaj­tek, bo tak nazwał kolegę mały Cezary, mimo że byli rówie­śni­kami, wie­dział o świe­cie zde­cy­do­wa­nie wię­cej od niego. Cza­sem opo­wie­ści Kajtka przy­pra­wiały Ceza­rego o ból brzu­cha i napady tor­sji. Pełne były krwi, nie­jed­no­krot­nie zdo­bią­cej ciało i ubra­nie wyima­gi­no­wa­nego przy­ja­ciela. Każ­dego trzy­na­stego dnia mie­siąca Kaj­tuś sta­wał obok Czarka w zakrwa­wio­nej piżamce z pętlą na szyi, pro­sząc, by przy­ja­ciel wycią­gnął wysta­jący z jego piersi nóż i zdjął pętlę, bo nie może przez nią zawo­łać swo­jej mamusi.

Cezary począt­kowo ogrom­nie się tego bał. Gdy pierw­szy raz zoba­czył Kajtka w zakrwa­wio­nej nie­bie­skiej piża­mie, ze stra­chu zmo­czył łóżko. Dostał wtedy burę od ojca, który tego dnia wró­cił do domu w sta­nie wska­zu­ją­cym. Płacz mie­szał się z krzy­kiem, gdy ojciec, wypro­wa­dzony z rów­no­wagi, ude­rzał go w pośladki gru­bym, skó­rza­nym pasem. Cezary nie lubił tego pasa tak, jak nie lubił taty, od któ­rego czuć było nie­przy­jemną, ostrą woń wódki, duszący smród papie­ro­sów i fetor kwa­śnego potu. Miał za złe matce, że nie sta­nęła wtedy po jego stro­nie. Jedy­nie zer­ka­jąc spode łba, z iry­ta­cją ścią­gała mokre prze­ście­ra­dło, klnąc cicho pod nosem i uda­jąc, że nie widzi tego, jak pupa syna robi się czer­wona z każ­dym pla­śnię­ciem pasa o nagą skórę.

Kaj­tek prze­stał przy­cho­dzić, gdy Cza­rek z rodzi­cami wypro­wa­dził się do mia­sta. W dzie­wię­cio­let­nim chłopcu poja­wiła się wów­czas mie­szanka smutku i ulgi. Z jed­nej strony cie­szył się, że nie będzie musiał oglą­dać zakrwa­wio­nego przy­ja­ciela, któ­rego nie widział nikt poza nim, z dru­giej zaś było mu żal, bo Kaj­tuś stał się dla niego tak ważny jak ulu­biona maskotka, którą zgu­bił pod­czas prze­pro­wadzki.

– Co Cza­rek, strach cię oble­ciał? – zare­cho­tał Bar­tek Zalew­ski, niski i krępy bru­net, który mimo swo­jej apa­ry­cji był nie­zwy­kle silny. Mię­śnie, wyrzeź­bione przez wiele godzin na siłowni, zwykł cho­wać pod luź­nymi koszul­kami. Od zawsze mówił o sobie, że jest scep­ty­kiem, jeśli cho­dzi o nawie­dzone miej­sca. Uwa­żał, że osoby rze­komo odczu­wa­jące nie­po­kój w opusz­czo­nych budyn­kach same nakrę­cają i potę­gują swój strach, wma­wia­jąc innym, że te par­cele zamiesz­kują byty nie z tego świata. Dla niego nie ist­niało życie po śmierci, tym bar­dziej takie, w któ­rym istoty nie­ma­te­rialne mogłyby krą­żyć po świe­cie, nawie­dza­jąc innych. Twier­dził, że duchy są jedy­nie wymy­słem kon­cer­nów fil­mo­wych, by można było czymś stra­szyć widzów z wiel­kich kino­wych ekra­nów. Bar­tek miał jed­nak jedną cechę, która sta­no­wiła ważny ele­ment ich zespołu: jego skru­pu­lat­ność i zaan­ga­żo­wa­nie w wyprawy były widoczne za każ­dym razem, gdy szy­ko­wali się do zwie­dza­nia kolej­nej opusz­czo­nej miej­scówki. Był gotowy na wszystko, słu­żył pomocą i sta­rał się nie psuć innym zabawy swo­imi prze­ko­na­niami, że gdy czło­wiek umiera, pewien etap się koń­czy i kolejny już się nie zaczyna. Tak jak pozo­stali z ich grupy, uwiel­biał urbex. Nakrę­cał go do dzia­ła­nia i łado­wał bate­rie. Kochał wcho­dzić tam, gdzie inni bali się posta­wić stopę. Żył tym.

– Dosko­nale wie­cie, że nie lubię takich miejsc… Nie mogli­śmy zwie­dzać Zofiówki w ciągu dnia? Serio trzeba było przy­jeż­dżać tu na noc? To chore… – jęk­nął, nie pró­bu­jąc ukry­wać stra­chu.

– Nie mogli­śmy, bo w dzień raczej nikt się z nami nie skon­tak­tuje – skwi­to­wała Daga, ostroż­nie omi­ja­jąc potłu­czoną butelkę. – A spe­cjal­nie zabra­łam swoje różdżki! I czy ci się to podoba, czy nie, zamie­rzam ich użyć.

Dag­mara była szczu­płą blon­dynką. Upór dziew­czyny draż­nił Czarka, który był jej zupeł­nym prze­ci­wień­stwem. Na doda­tek Daga oba­lała wszel­kie ste­reo­typy doty­czące głu­piut­kich blon­dy­nek. Wycho­dziła poza sche­maty tego, jak powinna zacho­wy­wać się taka drobna dziew­czyna. Jej inte­li­gen­cja i odwaga biły na głowę nie­jed­nego męż­czy­znę, z któ­rym pró­bo­wała wcho­dzić w intymne rela­cje. Wszy­scy odpa­dali w przed­bie­gach, gdyż jej prze­bo­jo­wość i styl życia ich prze­ra­stały. Swoim wyglą­dem przy­cią­gała męskie spoj­rze­nia. Wyta­tu­owane rękawy i kol­czyk w nosie doda­wały jej pazura, ale i swo­istego uroku; pod­kre­ślała go ide­al­nym maki­ja­żem, w któ­rym kre­ski na powie­kach były obo­wiąz­ko­wym ele­men­tem. Nie gry­zła się w język, co wie­lo­krot­nie wpę­dzało ją w kło­poty, ale jak zwinna kocica zawsze spa­dała na cztery łapy. Jako jedyna kobieta sztur­mem weszła do grupy chło­pa­ków z _For­sa­ken­Pla­ces,_ nie­jed­no­krot­nie poka­zu­jąc im, że odwaga jest jej dru­gim imie­niem. Inte­re­so­wała się życiem po życiu, korzy­stała z róż­dżek, by móc poro­zu­mieć się z duszami zmar­łych. Kochała to i cie­szyła się, że dziś rów­nież będzie mogła sko­rzy­stać ze swo­ich umie­jęt­no­ści.

– Bierz­cie resztę sprzętu – rzu­cił Bar­tek. Wziął do ręki P-SB7 i SB11, zer­ka­jąc przy tym na maje­sta­tyczne budynki Zofiówki. Po krót­kim namy­śle odło­żył SB11. Doszedł do wnio­sku, że wystar­czy ulu­biony Spi­rit Box.

Nie­gdyś zakład uzna­wany za jeden z naj­no­wo­cze­śniej­szych szpi­tali w całej Euro­pie, teraz spra­wiał ponure i przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Jego mroczna, wojenna prze­szłość zda­wała się wypeł­zać z każ­dego kawałka cegły i odpa­da­ją­cego tynku. Cezary roz­glą­dał się ner­wowo, czu­jąc na karku zimny, wil­gotny oddech zamierz­chłych cza­sów, które prze­peł­niała krew nie­win­nych ofiar.

– Co tu się wła­ści­wie stało? Wiem tylko pobież­nie, ale kon­kre­tów nie znam, bo nie zdą­ży­łam się zorien­to­wać. Tak szybko wycią­gnę­li­ście mnie z domu… – Daga chwy­ciła swoje różdżki i kamerę ter­mo­wi­zyjną, po czym, gotowa do dzia­ła­nia, sta­nęła obok Adama.

Adam Kali­now­ski, oprócz miło­ści do urbexu, miał jesz­cze jedną ogromną pasję: histo­rię, zwłasz­cza tę mroczną, doty­ka­jącą setek ludzi. Łysy dwu­dzie­sto­ośmio­la­tek z rudą brodą popra­wił oku­lary, które wciąż zjeż­dżały mu z nosa. Każdą wyprawę do opusz­czo­nych miejsc trak­to­wał nie­zwy­kle poważ­nie, chcąc wyci­snąć z nich sto pro­cent. Wszystko po to, by dzie­lić się tą nie­ty­pową miło­ścią z innymi. W tym przy­padku byli to widzo­wie, któ­rzy tak jak on cenili sobie urbex i rys histo­ryczny opusz­czo­nych miejsc. Adam sta­nął w lek­kim roz­kroku, krzy­żu­jąc umię­śnione ręce na klatce pier­sio­wej. Zmru­żył oczy, jakby chło­nął to, co puste ściany budynku miały mu do powie­dze­nia. Wszę­dzie pano­wała cisza, tak prze­ni­kliwa, że zda­wała się draż­nić uszy.

– Dobrze, że zdą­ży­łaś się wypin­drzyć – zauwa­żył ze śmie­chem Bar­tek.

W odwe­cie Daga ude­rzyła go w ramię. Zawsze wyty­kał jej to, że szy­kuje się do wyj­ścia nieco dłu­żej niż reszta grupy, ponie­waż nie chciała wycho­dzić z domu bez ide­al­nie wyry­so­wa­nych kre­sek na powie­kach.

– Nie paja­cuj­cie. Nie wiem, czy zda­je­cie sobie z tego sprawę, ale de facto stą­pamy po cmen­ta­rzu… – Adam zaczął tajem­ni­czo, ganiąc towa­rzy­szy. Co jak co, ale nawet w takich sytu­acjach zale­żało mu na odda­niu nie­ży­ją­cym nale­ży­tego sza­cunku.

– Co ty pie­przysz, stary… – Cezary zła­pał się za głowę. Puls wyraź­nie mu przy­spie­szył. Krew dud­niła w żyłach. Czuł jej smak w ustach, a głu­che ude­rze­nia wyczu­wał nawet w skro­niach. Cmen­ta­rze przy­pra­wiały go o ciarki i mdło­ści. Ile­kroć wcho­dził na teren nekro­po­lii, czuł się nie­swojo. Odno­sił wra­że­nie, że zewsząd spo­glą­dają na niego dusze zmar­łych, pró­bu­jąc chwy­cić go mar­twymi kośćmi, gdzie­nie­gdzie oble­czo­nymi gni­jącą tkanką. Wzdry­gnął się mimo­wol­nie i gło­śno prze­łknął ślinę. Serce wciąż waliło mu jak mło­tem, cho­ciaż nie zaczęli jesz­cze eks­plo­ra­cji. Niczego tak nie pra­gnął, jak powrotu do domu.

– Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek się tym inte­re­so­wa­li­ście, ale na tere­nie Otwocka było kie­dyś getto. Mówi się, że część ludzi, któ­rzy zostali tu wymor­do­wani pod­czas wojny, w cza­sie jego likwi­da­cji, wciąż tutaj leży; nie zabrano ich zwłok, nie pocho­wano ich nale­ży­cie na cmen­ta­rzach, które odwie­dzamy cho­ciażby w dzień Wszyst­kich Świę­tych. Skoro więc ich ciała praw­do­po­dob­nie na­dal tu spo­czy­wają, jest duże praw­do­po­do­bień­stwo, że stą­pamy nie­jako po wiel­kim, sta­rym cmen­ta­rzu… A ich pomni­kiem, a wła­ści­wie zbio­rową mogiłą, jest Zofiówka. Tylko jak widać, zamiast palić tu zni­cze, ludzie robią coś zupeł­nie innego – powie­dział lekko, jakby cię­żar histo­rii nie robił na nim więk­szego wra­że­nia. Wszę­dzie walały się butelki, papiery, folie spo­żyw­cze, a nawet zużyte pre­zer­wa­tywy. Na te Adam spo­glą­dał z obrzy­dze­niem i rosną­cym obu­rze­niem.

– O cho­lera… Czyli… jeśli oni tu wszy­scy spo­czy­wają… to mogą chcieć się z nami skon­tak­to­wać? – zapy­tała Daga, nie kry­jąc pod­nie­ce­nia. W jej nie­bie­skich oczach tań­czyły maleń­kie, migo­czące ogniki. Kon­takt z bytami w takim miej­scu jawił się jej jako coś nie­zwy­kłego.

– Mogą, ale nie muszą – zaczął Bar­tek. – Wie­cie… wiele nawie­dzo­nych miejsc jest kre­owa­nych w taki spo­sób głów­nie przez nasze stra­chy, które zasad­ni­czo sie­dzą tylko w naszych gło­wach. Gdzieś strzeli jakaś gałązka, a my już przy­pi­su­jemy to nad­przy­ro­dzo­nym siłom. Bez­domny, chył­kiem opusz­cza­jąc pomiesz­cze­nie, zawa­dzi o jakiś przed­miot, robiąc przy tym rumor, a my od razu czu­jemy, że to demon. Uwa­żam, że to miej­sce wcale nie jest tak straszne, jak je malują. Gdyby fak­tycz­nie coś było na rze­czy, miej­scowi nie urzą­dza­liby tu sobie popi­jaw i spa­nia… I bzy­ka­nia – uznał Bar­tek, kopiąc leżącą przy aucie puszkę po piwie, która prze­tur­lała się po pustym opa­ko­wa­niu po pre­zer­wa­ty­wie. Nie rozu­miał, dla­czego ludzie pozo­sta­wiali po sobie taki chlew. Tyle mówiło się prze­cież o eko­lo­gii i czy­sto­ści.

– No dobra, ale powiedzmy, że to miej­sce jed­nak jest nawie­dzone. Jaką ma prze­szłość? Ale taką dokładną. Muszę wie­dzieć, jakie zada­wać pyta­nia pod­czas mojej sesji – dopy­tała Daga, chcąc zaspo­koić cie­ka­wość. Ukrad­kiem zacie­rała ręce na tę eks­plo­ra­cję.

– Cóż, histo­ria tego miej­sca jest bar­dzo cie­kawa, ale zara­zem mroczna – zaczął Adam tonem mędrca. – W tysiąc dzie­więć­set siód­mym roku z ini­cja­tywy Towa­rzy­stwa Opieki nad Umy­słowo i Ner­wowo Cho­rymi Żydami roz­po­częto tu budowę szpi­tala. Jego główną spon­sorką była Zofia Endel­ma­nowa. To ona, sprze­da­jąc swoją biżu­te­rię, kupiła bli­sko sie­dem­na­ście hek­ta­rów ziemi, na któ­rych sta­nął Zakład dla Ner­wowo i Psy­chicz­nie Cho­rych Żydów. W Zofiówce, bo to wła­śnie na cześć Endel­ma­no­wej nadano pla­cówce taką nazwę, leczono psy­chicz­nie cho­rych pacjen­tów nale­żą­cych do bied­niej­szych warstw spo­łecz­nych. Lecze­nie było dar­mowe, finan­so­wane głów­nie przez rodziny lub gminy czy pro­win­cje, z któ­rych pocho­dzili pacjenci. Począt­kowo Zofiówka miała około stu łóżek, z cza­sem jed­nak kom­pleks roz­rósł się i w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pią­tym roku mógł pomie­ścić już dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu pacjen­tów. Co warto pod­kre­ślić, nie sto­so­wano wów­czas dra­stycz­nych metod lecze­nia, sta­wiano na spo­kój i pracę. W tym samym roku zakład stał się rów­nież naj­więk­szym sana­to­rium na tere­nie Otwocka. Swoją drogą, to nie jedyne nie­czynne dziś sana­to­rium w tej oko­licy. Tuż obok jest jesz­cze tak zwany Olin, który powstał po tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym roku i był sana­to­rium dzie­cię­cym. Nomen omen, obec­nie też popada w ruinę, być może jesz­cze więk­szą niż Zofiówka.

Dag­mara zmarsz­czyła brwi.

– Coś mi tu nie gra. Prze­cież w lecze­niu pracą i spo­ko­jem nie ma nic, co mogłoby powo­do­wać taką dzi­waczną aurę tego miej­sca. A umówmy się… wyraź­nie czuć, że coś tu jest nie tak. Sama praca ich raczej nie zabiła, od niej się prze­cież nie umiera – uznała, patrząc ocze­ku­jąco na Adama.

– Bo dra­mat roze­grał się tak naprawdę w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku. – Uśmiech­nął się, znów popra­wia­jąc oku­lary. – To wtedy wszystko się zaczęło i myślę, że wła­śnie przez te wyda­rze­nia miej­sce to dziś ucho­dzi za nawie­dzone.

– Może­cie już skoń­czyć? – jęk­nął Cezary. Na czole chło­paka poja­wiły się lśniące kro­pelki potu. Pod pachami zaczy­nały roz­le­wać się plamy, któ­rych kwa­śny odór mie­szał się z wonią suchych liści zale­ga­ją­cych wokół budynku.

– Nie możemy. Cza­rek, po jaką cho­lerę tu przy­jeż­dża­łeś, co? Skoro jesz­cze nie weszli­śmy, a ty już srasz w gacie… Prze­cież na bank wie­dzia­łeś, dokąd jedziemy! – zde­ner­wo­wała się Dag­mara.

– Wie­dzia­łem, ale tak jak ty nie zdą­ży­łem prze­czy­tać nic kon­kret­nego o tym miej­scu. I teraz tego żałuję…

– To zostań w samo­cho­dzie. My zer­k­niemy na to i owo, a ty grzecz­nie pocze­kasz. – Do roz­mowy dołą­czył Bar­tek.

– Mowy nie ma! Nie zostanę tutaj sam! Po moim tru­pie! – zarze­kał się Cza­rek, a plamy potu coraz sze­rzej wykwi­tały pod jego pachami.

– Słusz­nie, też bym nie zosta­wał, mając takie obawy jak ty. Zna­jąc histo­rię tego miej­sca i legendy, które opo­wia­dają inni śmiał­ko­wie, zosta­jący tu na noc… – zaśmiał się Adam, kon­ty­nu­ując opo­wieść. Nie zwa­żał na to, że jego kolega robi się coraz bled­szy. – Wra­ca­jąc… W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku Niemcy utwo­rzyli na oku­po­wa­nych tere­nach Otwocka getto, które swoim zasię­giem objęło rów­nież Zofiówkę. Nazi­stow­ski lekarz Jost Wal­bum prze­jął kon­trolę nad szpi­ta­lem. To wła­śnie wtedy warunki ule­gły dra­stycz­nemu pogor­sze­niu, pla­cówkę zaczęto trak­to­wać jak barak w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Zapa­no­wały tu głód, brud, chłód… Krótko mówiąc, warunki były nie­ludz­kie. W sierp­niu czter­dzie­stego dru­giego roku roze­grał się praw­dziwy dra­mat. Niemcy nie chcieli już dłu­żej zaj­mo­wać się cho­rymi pacjen­tami i per­so­ne­lem szpi­tala. W cza­sie likwi­da­cji otwoc­kiego getta zamor­do­wali około stu czter­dzie­stu osób. Część roz­strze­lano na miej­scu, resztę, która nie zdo­łała uciec, wywie­ziono do Tre­blinki. Po woj­nie budy­nek Zofiówki znowu odżył. Leczono tam pacjen­tów cho­rych na gruź­licę. Otwock sły­nął ze swo­ich „zie­lo­nych płuc” i maho­nio­wego powie­trza, które miało pomóc w powro­cie do zdro­wia. Szpi­tal w tam­tym cza­sie zmie­nił nazwę, lecz w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku powró­cono do wcze­śniej­szego nazew­nic­twa i znów zaczęto leczyć w Zofiówce scho­rze­nia neu­rop­sy­chia­tryczne. Głów­nymi pacjen­tami były wtedy dzieci i mło­dzież.

– O cho­lera… Fak­tycz­nie stą­pamy po cmen­ta­rzu… – szep­nęła Daga, przy­pa­tru­jąc się nisz­cze­ją­cemu budyn­kowi.

– Wokół tego szpi­tala powstało wiele legend. Mówi się o zakon­nicy, która popeł­niła tu samo­bój­stwo… Podobno po powro­cie z misji w Afryce popa­dła w schi­zo­fre­nię. Cho­roba wygrała, a kobieta posta­no­wiła ode­brać sobie życie. Ludzie mówią, że jej duch wraca do tego miej­sca, jakby nie mógł pogo­dzić się ze śmier­cią. Ponoć w cza­sach, gdy Zofiówka tęt­niła życiem, zjawa sio­stry zakon­nej stra­szyła na kory­ta­rzu, zrzu­ca­jąc ze ścian obrazy, które kie­dyś sama nama­lo­wała. Było to tak uciąż­liwe, że w szpi­talu odpra­wiono egzor­cy­zmy… Oprócz tego w oko­licy budynku, a także w jego wnę­trzu sły­chać krzyki, śmiech i płacz dzieci, a samo­chody po pół­nocy nie odpa­lają, nie pozwa­la­jąc odje­chać żąd­nym wra­żeń śmiał­kom. Cho­ciaż, jeśli mam być szczery, wydaje mi się, że z tymi autami to raczej bujdy na reso­rach. Chło­pa­kom z Urbex History samo­chód odpa­lił, ale z dru­giej strony, na nagra­niu widać, że sam z sie­bie mru­gnął w nocy świa­tłami.

– To tym bar­dziej nie został­bym przy aucie… – jęk­nął Cezary, ocie­ra­jąc pot z czoła. Chwy­cił EMF, który po włą­cze­niu nie wyka­zy­wał żad­nej aktyw­no­ści. Chło­pak ode­tchnął z ulgą. Miał nadzieję, że dioda urzą­dze­nia nie zmieni koloru z zie­lo­nego na czer­wony. Gdyby tak się stało, mogłoby to ozna­czać, że coś znaj­duje się z nimi w jed­nym pomiesz­cze­niu, a ta myśl sku­tecz­nie jeżyła mu włosy na karku.

– W takim razie musisz iść z nami. – Dag­mara wzru­szyła ramio­nami.

– Dobra. – Bar­tek kla­snął w dło­nie i potarł je kil­ku­krot­nie. – My tu gadu-gadu, a trzeba zro­bić pierw­sze nagrywki, póki jesz­cze coś widać. Puścimy drona, zdo­bę­dziemy kilka faj­nych ujęć, spraw­dzimy, gdzie naj­le­piej roz­sta­wić sprzęt, usta­limy plan dzia­ła­nia i ruszamy z eks­plo­ra­cją! Może nawet zro­bimy krótką trans­mi­sję na Tik­Toku, żeby nieco zanę­cić obser­wu­jące nas w necie rybki?

– Tak jest, panie kie­row­niku – zażar­to­wał Adam. Nie mógł się docze­kać wej­ścia w tajem­ni­cze mury opusz­czo­nego szpi­tala. Dużo o nim czy­tał i przy­go­to­wy­wał się do tej wyprawy wiele mie­sięcy, zbie­ra­jąc infor­ma­cje o obiek­cie i tym, co mogą w nim zna­leźć.

Nie­stety na jedno nie mógł się przy­go­to­wać. A wła­śnie to coś cze­kało w ukry­ciu, aż zapad­nie mrok, gotowe zaata­ko­wać, gdy nikt nie będzie się tego spo­dzie­wał.

2

Zofiówka zda­wała się robić wszystko, by prze­pę­dzić natręt­nych intru­zów. Wcho­dząc we współ­pracę z aurą, chciała zaznać spo­koju. Mury widziały zbyt wiele, tyle samo wycier­piały, chło­nąc krew, płacz i krzyk nie­win­nych ludzi. Wiatr hulał pomię­dzy drze­wami i ścia­nami, a puste miej­sca po oknach potę­go­wały wra­że­nie przy­gnę­bie­nia. Poru­szane gałę­zie poję­ki­wały raz za razem, wpra­wia­jąc Ceza­rego w coraz to więk­szy nie­po­kój, odbie­ra­jąc mu resztki poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, zanim jego stopy sta­nęły na usła­nym liśćmi placu. Grube kro­ple desz­czu zaczęły ude­rzać o zie­mię. Kawałki potłu­czo­nego szkła mokre od wody skrzyły się niczym roz­sy­pane dia­menty. Naj­gor­szy był jed­nak chłód. Przej­mu­jący, wdzie­ra­jący się przez war­stwy ubrań, nie­przy­jemny. Zło­wiesz­czy.

Dag­mara wró­ciła do samo­chodu po kurtkę, czapkę i chu­stę, która słu­żyła jej za sza­lik. Cie­szyła się, że posta­no­wiła ją ze sobą zabrać. O ile na nocną eks­plo­ra­cję okry­cie zabrał każdy z nich, o tyle tylko ona pomy­ślała o czapce i czymś, co chro­niło szyję przed zim­nem. I choć przez kilka pierw­szych kilo­me­trów trasy wysłu­chi­wała głu­pich dow­ci­pów kole­gów, że szy­kuje się na Sybir, a nie na urbex, to w duchu powta­rzała, że ci idioci jesz­cze będą jej zazdro­ścić roz­sąd­nego podej­ścia do zmien­nej, jesien­nej aury. Mówi się, że w marcu jest jak w garncu, ale rza­dziej wspo­mina się o jesieni. Bywa rów­nie kapry­śna. Raz słońce, raz deszcz, a cza­sem nawet spa­da­jące płatki śniegu, któ­rych czę­sto bra­ko­wało w grud­niu. Dag­mara była wiel­kim zmar­z­lu­chem. Nawet latem, gdy inni szu­kali cie­nia, by móc ukryć się przed spie­kotą, ona wysta­wiała swoje ciało na cie­płe pro­mie­nie. Nie zno­siła jesieni. O ile zimę jesz­cze tole­ro­wała, o tyle jesień co roku sta­wała się dla niej kosz­ma­rem. Na samą myśl o chłod­nych, wil­got­nych wie­czo­rach, desz­czu leją­cym się z nieba, prze­ni­kli­wym wie­trze i mgli­stych, szaro-burych poran­kach robiło jej się nie­do­brze. Z nie­do­wie­rza­niem krę­ciła głową, gdy dziew­czyny zwane „jesie­nia­rami” cie­szyły się z kub­kiem her­baty w ręku, otu­lały się kocy­kiem i patrzyły na deszcz dud­niący o para­pet. Z czego tak wła­ści­wie te dzie­wu­chy się tak cie­szą? Z zimna, prze­mo­czo­nych ubrań, poskrę­ca­nych od wil­goci wło­sów i braku ogrze­wa­nia, bo spół­dziel­nie miesz­ka­niowe cze­kały na więk­sze chłody? A może z tego, że rano było zimno i nale­żało ubie­rać się cie­plej, a gdy po połu­dniu pogoda się zmie­niała, do domu wra­cała spo­cona, jakby zamiast spa­ceru zaha­czyła o siłow­nię? Zimę jakoś akcep­to­wała, pod warun­kiem, że obfi­to­wała w śnieg. Na zewnątrz było jaśniej, czy­ściej dzięki pokry­wie śnież­nej, a mróz nie skrę­cał jej nie­sfor­nych wło­sów. Wie­działa, że zimą trzeba ubrać się cie­plej, a pogoda raczej nie zasko­czy ją nagłą zmianą. Co naj­waż­niej­sze, od zimy było już zde­cy­do­wa­nie bli­żej do wio­sny niż od wtedy, gdy za oknem w naj­lep­sze trwała jesień. Zimą żyła więc nadzieją, że mroźne dni ustą­pią miej­sca cie­plejszym, a ona znów poczuje się w pełni kom­for­towo.

– Byłem w środku. – Adam szedł w jej stronę, a na jego twa­rzy malo­wał się sze­roki uśmiech.

– Gra­tu­luję. Cze­kasz na brawa czy może jakiś medal? – odpo­wie­działa sar­ka­stycz­nie, pokle­pu­jąc go po ramie­niu. Nie bar­dzo wie­działa, dla­czego uśmie­chał się tak sze­roko. Nie nale­żał do stra­chli­wych osób, dla­tego trudno było jej zro­zu­mieć, skąd ta radość zwią­zana z wej­ściem do opu­sto­sza­łego obiektu.

– Możesz bić, czemu nie, cho­ciaż nie o to mi cho­dziło – dodał szybko, wyj­mu­jąc z samo­chodu sta­tyw scho­wany w czar­nym pokrowcu.

– To mnie oświeć.

– Wiesz, jaki tam jest nie­sa­mo­wity kli­mat? Czuć go tak mocno, że nawet naszemu scep­ty­kowi wło­ski na karku sta­nęły dęba. – Zachi­cho­tał. – A weszli­śmy na razie tylko do budynku recep­cji, bo ten główny zosta­wiamy chyba na póź­niej. I tak sobie pomy­śla­łem, że może tę trans­mi­sję pocią­gniemy dłu­żej.

– Ale ni­gdy tak nie robi­li­śmy. Zwy­kle nagry­wa­li­śmy krótką zapo­wiedź na _sto­ries_ i na shortsy. Co się zmie­niło, że chcesz teraz poka­zy­wać na żywo część eks­plo­ra­cji?

Dag­mara nie podzie­lała tego entu­zja­zmu. Czuła lekki nie­po­kój, że zbyt szybko odsło­nią karty przed widzami, przez co nikt nie obej­rzy całego mate­riału. Nie­stety nie zara­biali na kanale koko­sów, ale każde wyświe­tle­nie było dla nich na wagę złota. Kasa wpa­dała, ow­szem, ale nie była na tyle duża, by zre­zy­gno­wać ze sta­łej pracy i poświę­cić się wyłącz­nie roz­wi­ja­niu kanału. Zdzi­wiło ją więc podej­ście Adama, który sam nie­jed­no­krot­nie powta­rzał, że naj­moc­niej­sze mate­riały powinny tra­fiać tam, gdzie można było naj­wię­cej na nich zaro­bić. Gdzie więc w tym wszyst­kim pla­so­wał się Tik­Tok? Nie miała poję­cia.

– To będzie taki eks­pe­ry­ment. Zarzu­cimy wędkę, poka­zu­jąc począ­tek eks­plo­ra­cji, a póź­niej będziemy łowić te wszyst­kie rybki, gdy mate­riał trafi na kanał.

– Ach, czyli taki jest twój plan… Nie czer­pać rado­ści z eks­plo­ra­cji, a wyłącz­nie wyci­snąć z mate­ria­łów jak naj­wię­cej kasy?

Nie potra­fiła zro­zu­mieć takiego zacho­wa­nia. _For­sa­ken­Pla­ces_ było dla niej czymś wię­cej niż mone­ty­za­cją hobby. To miej­sce, w któ­rym chciała się dzie­lić swoją nie­ty­pową jak na kobiece zain­te­re­so­wa­nia zajawką. Kochała urbex, inte­re­so­wały ją inte­rak­cje z tym, co nie było nama­calne, i chciała poka­zy­wać to ludziom o podob­nych zain­te­re­so­wa­niach. Zaro­bek był jedy­nie przy­jem­nym dodat­kiem. Miała nor­malną pracę, która zapew­niała jej sta­bilne życie. Gdy usły­szała o łowie­niu rybek, poczuła, jak coś w niej pęka. Czy zatem to, co począt­kowo zakła­dali, miało jesz­cze jaki­kol­wiek sens? Liczyła się wyłącz­nie kasa? Oba­wiała się, że wła­śnie przez pogoń za pie­niędzmi eks­plo­ra­cje opusz­czo­nych miejsc stracą swoją war­tość i prze­staną mieć zna­cze­nie.

– Zaczy­namy trans­mi­sję? – krzyk­nął Bar­tek, wycho­dząc z budynku przez dziurę po oknie. Trzy­mał w ręku Spi­rit Boxa. Wiele osób nie do końca wie­rzyło w dzia­ła­nie tego urzą­dze­nia i Bar­tek mógłby z powo­dze­niem sta­nąć na czele tychże nie­do­wiar­ków. Jako scep­tyk uwa­żał, że Spi­rit Box, czyli P-SB7, to tylko zepsute radio, które ska­nuje nader szybko czę­sto­tli­wo­ści, a cha­rak­te­ry­styczne, nie­jed­no­krot­nie nie­zro­zu­miałe pik­nię­cia i wyrwane z kon­tek­stu słowa są jedy­nie wyni­kiem łapa­nia przy­pad­ko­wych fal radio­wych.

Zupeł­nie inną teo­rię miał Adam. Wie­rzył, że duchy są rodza­jem mate­rii, która potrafi oddzia­ły­wać na nie­które rze­czy, cho­ciażby na fale radiowe. Uwa­żał, że mani­pu­lują urzą­dze­niem i wręcz odci­skają swą ener­gię w bia­łych czę­sto­tli­wo­ściach fal radio­wych, dzięki czemu mogą się z nami komu­ni­ko­wać, prze­sy­ła­jąc zwię­złe komu­ni­katy. Nie­raz sły­szał, jak Spi­rit Box odpo­wia­dał na ich pyta­nia poje­dyn­czymi sło­wami. Cza­sem odpo­wie­dzi mro­ziły krew w żyłach, innym razem były nic nie­zna­czą­cymi prze­ryw­ni­kami cha­rak­te­ry­stycz­nych dla urzą­dze­nia pik­nięć.

– Widzę, że i ty się w to wkrę­ci­łeś? – zapy­tała Dag­mara, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia. Liczyła, że wszystko będzie szło utar­tym ryt­mem, do któ­rego zdą­żyła się przy­zwy­czaić. Nie zno­siła zmian, zwłasz­cza tych nagłych, do któ­rych nie była przy­go­to­wana. Nawet tak z pozoru nie­istot­nych jak trans­mi­sja; ni­gdy wcze­śniej nie zaczy­nali jej pod­czas eks­plo­ra­cji.

– Daga, cza­sem trzeba spró­bo­wać cze­goś nowego, by nie popaść w twór­czą sta­gna­cję – stwier­dził Bar­tek, popra­wia­jąc zsu­wa­jące się z czoła GoPro.

– Jak uwa­ża­cie… – wes­tchnęła, po czym wzięła swoje różdżki i ruszyła ku zim­nym murom Zofiówki.

Nim wkro­czyła do środka, unio­sła głowę, by spoj­rzeć raz jesz­cze na monu­men­talny, opusz­czony gmach. Dwie potężne kolumny pod­trzy­my­wały pię­tro budynku recep­cji. Nad jej głową znaj­do­wał się bal­kon, na któ­rym roślin­ność od dawna zaczęła two­rzyć wła­sne życie. Zatrzy­mała wzrok na dwóch beto­no­wych wspor­ni­kach. Widziała, jak duży cię­żar dźwi­gają. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby cichutko poję­ki­wały, żaląc się na swój ciężki los. Pod bal­konem, dokład­nie mię­dzy dwiema kolum­nami, setki pacjen­tów oraz póź­niej­szych kura­cju­szy wcho­dziło do świet­nie pro­spe­ru­ją­cego budynku. Teraz, gdyby ktoś chciał tędy wyjść, odbiłby się od brud­nych cegieł, które praw­do­po­dob­nie w dniu zamu­ro­wa­nia wej­ścia miały kolor biały. Obec­nie były posza­rzałe i poba­zgrane przez wan­dali.

Dag­mara zwle­kała chwilę z podej­ściem do otworu okien­nego sta­no­wią­cego teraz jedno z głów­nych wejść do pierw­szego, nie­zbyt dużego budynku. Wzięła głęb­szy wdech i ruszyła przed sie­bie, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki. Wszę­dzie szkliły się resztki potłu­czo­nych bute­lek. Wsa­dziła różdżki mię­dzy zęby, po czym oparła dło­nie o coś, co kie­dyś z pew­no­ścią musiało być para­pe­tem. Ostroż­nie pod­cią­gnęła się i już po chwili zna­la­zła się w środku. Znisz­cze­nia, jakie tu zastała, były ogromne.

Dopiero teraz zro­zu­miała, co mieli na myśli jej kole­dzy, mówiąc o nie­zwy­kłym kli­ma­cie tego miej­sca. Puste, pokryte tagami ściany z zie­ją­cymi nico­ścią dziu­rami zamiast okien zda­wały się ema­no­wać mro­kiem i chło­dem tak sil­nym, że odru­chowo popra­wiła chu­stę, pró­bu­jąc ukryć w niej twarz. Przez moment miała nie­przy­jemne wra­że­nie, że coś zim­nego deli­kat­nie musnęło jej poli­czek. Wzdry­gnęła się. Ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czyła cze­goś tak nama­cal­nego. Mogłaby przy­siąc, że poczuła chłodny dotyk. Tak lodo­waty, że deli­katna skóra na rumia­nym policzku natych­miast ją zaszczy­pała.

– Co jest, Daga? Cykasz się, jak Cza­ruś? – zaśmiał się idący za nią Bar­tek.

– Nie – powie­działa zbyt szybko i oschle. Odchrząk­nęła i dodała nieco przy­jem­niej­szym tonem: – Po pro­stu czuję, że są tutaj o wiele więk­sze siły, niż począt­kowo myśla­łam. Z tych ścian aż bije strach i zło, nie czu­jesz tego?

Chło­pak podra­pał się po gło­wie. Wykrzy­wił nie­znacz­nie usta i uniósł brew. Rozej­rzał się po ruinie.

– No jakoś nie za bar­dzo. Może dla­tego, że nie do końca wie­rzę w te opo­wiastki o duchach? Pole­cam, naprawdę. Od razu prze­sta­niesz czuć coś, czego nie ma. Wiesz, jak się z tym lepiej żyje?

Dag­mara pokrę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową.

– Nie będę się z tobą kłó­cić, Bar­tek. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. A już tym bar­dziej nie mam na to ener­gii, którą muszę spo­żyt­ko­wać na coś innego.

– Na te twoje poga­danki z duchami? – prych­nął, po czym zaśmiał się iro­nicz­nie.

– Skończ, okej? To, że jesteś zamknięty na to, co nas ota­cza, nie daje ci prawa do wyśmie­wa­nia osób bar­dziej otwar­tych na świat niż ty. Jeśli masz zamiar na każ­dym kroku dawać mi do zro­zu­mie­nia, że to, co robię, jest głu­potą, to po pro­stu zejdź mi z drogi i zaj­mij się eks­plo­ra­cją z dala ode mnie. To nam obojgu dobrze zrobi.

– Mamy inne poję­cie o robie­niu dobrze, więc nie zga­dzamy się rów­nież na innych płasz­czy­znach życio­wych – zare­cho­tał. Dag­mara prze­wró­ciła oczami i wes­tchnęła znu­dzona wymianą zdań. Przez moment pomy­ślała, że Bar­tek jest strasz­nie oble­śny. Miała nadzieję, że pod­czas eks­plo­ra­cji będzie szedł z dala od niej.

Chciała jak naj­szyb­ciej odda­lić się od niego. Bar­dzo dbała o to, by nie wcho­dzić w pole­mikę z oso­bami, które nie rozu­miały jej zain­te­re­so­wań. Każdą wymianę zdań, w któ­rej obie strony bro­nią swo­ich racji, uwa­żała za nie­po­trzebną stratę ener­gii. Nie odpo­wia­da­jąc na jego nie­smaczny komen­tarz, udała się do dużego pomiesz­cze­nia po pra­wej stro­nie. Pod nogami chrzę­ściły piach i suche liście, ciśnięte przez pory­wi­sty wiatr w otwory okienne. Tylko w kilku miej­scach zacho­wała się resztka posadzki, po któ­rej nie­gdyś cho­dzili per­so­nel i pacjenci. Białe i zie­lone kwa­draty musiały wów­czas two­rzyć nie­zwy­kłą, oka­załą mozaikę.

Gdy pró­bo­wała sku­pić się na ota­cza­ją­cej ją ener­gii, usły­szała nawo­ły­wa­nie z nie­wiel­kiego przed­sionka, z któ­rego schody pro­wa­dziły na pię­tro.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij