Zofiówka - ebook
Jedyne, czego możesz być pewien, to własny strach.
Najnowszy horror Justyny Jelińskiej.
Grupa żądnych sensacji youtuberów wyrusza na kolejną wyprawę urbexową. Ich celem jest Zofiówka – opuszczony zakład dla nerwowo chorych w Otwocku – miejsce owiane mroczną legendą, w którym wyczuwalna obecność ciemnych sił splata się satanistycznymi obrzędami. Zło czai się wszędzie.
Z pozoru rutynowy urbex błyskawicznie wymyka się spod kontroli. Gdy jeden z członków grupy znika bez śladu, a pozostali zaczynają doświadczać niewytłumaczalnych zjawisk, zaciera się granica między przygodą a koszmarem.
Mroczne ruiny, które zmienią również Ciebie.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-776-7 |
| Rozmiar pliku: | 1 015 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Historia, którą oddaję w Wasze ręce, jest fikcją literacką. Postanowiłam umieścić ją w realnym miejscu. Zofiówka istnieje naprawdę, a każdy, kto odwiedził to miejsce, potwierdzi, że ma ono niepowtarzalną i tajemniczą aurę. Byle szum czy kropla deszczu spadająca z sufitu na podłogę mogą dawać poczucie czyjejś obecności. Wiem, sprawdziłam to, niejednokrotnie odwiedzając to miejsce w różnych porach roku. Co prawda obiekt został nieco przeorganizowany na potrzeby mojej historii i nie zawiera wiernego opisu, jeśli chodzi o rozmieszczenie pomieszczeń, ale mimo to mam nadzieję, że ta historia Was wciągnie. Opisane przeze mnie zdarzenia zrodziły się wyłącznie w mojej wyobraźni na podstawie historii, które udało mi się usłyszeć. Okrasiłam je elementami brutalności i wątkami związanymi z szatańskimi obrzędami, ale żeby była między nami jasność – to wyłącznie fikcja. Ot, bajanie, bujdy na resorach, opowiastki, jakimi możemy raczyć się w ciepłe noce przy trzaskających polanach w ognisku. Pragnę również podkreślić, że podobieństwa w nazwach i osobach są całkowicie przypadkowe.
Nie miałam złych intencji, pisząc tę historię. Nie chcę i nie chciałam urazić niczyich uczuć ani zbrukać tego miejsca, wplatając w nie nieco grozy i krwi.
W niniejszej książce znajdują się motywy i zachowania, które mogą urazić wrażliwość czytelników. Jeżeli motywy samobójstwa, interakcji z demonami czy próby nawiązania kontaktu z zamieszkującymi obiekt bytami nie są dla Ciebie odpowiednie, zalecam ostrożność lub rezygnację z lektury.
AutorkaZAKŁAD DLA NERWOWO I PSYCHICZNIE CHORYCH ŻYDÓW ZOFIÓWKA
ZAKŁAD DLA NERWOWO I PSYCHICZNIE CHORYCH ŻYDÓW ZOFIÓWKA – niedziałający obecnie szpital i sanatorium w podwarszawskim Otwocku, których budynki popadają w ruinę. Szpital zawdzięcza nazwę Zofii Endelmanowej, która przekazała swoją biżuterię na zakup trzydziestomorgowego terenu. Miejsce to uchodzi za jedno z najbardziej nawiedzonych w Polsce; w czasie wojny zamordowano tam ponad sto osób. Mówi się, że niespokojne duchy ofiar nawiedzają ruiny budynku, dając o sobie znać przerażającymi jękami i odgłosami. Na jednym z korytarzy można podobno spotkać ducha siostry zakonnej, która popełniła tam samobójstwo. Wokół Zofiówki narosło wiele legend, między innymi ta o zaparkowanych w pobliżu samochodach, które nie odpalają, zmuszając śmiałków do dłuższego pozostania na miejscu. Obiekt przyciąga fanów urbexu, którzy poszukują adrenaliny i dreszczu emocji związanego z konfrontacją z mrocznymi historiami przekazywanymi przez osoby, które miały styczność z paranormalnymi sytuacjami na terenie opuszczonego obiektu.ROZDZIAŁ PIERWSZY. GODZINA SIEDEMNASTA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
GODZINA SIEDEMNASTA
1
Czarna Škoda Octavia z przyciemnionymi tylnymi szybami wjechała ostrożnie na plac usłany żwirem, suchymi liśćmi i potłuczonym szkłem. Pod kołami zachrzęściły drobne kamyki, które niczym ostre pociski wystrzeliły spod opon.
Ruina.
Ciekawskim oczom ukazał się niszczejący obiekt, który przyroda zaczynała coraz śmielej chować w swych ramionach. Te były wyjątkowo kłujące, obleczone jesiennymi barwnymi liśćmi, opadającymi przy lekkim podmuchu wiatru i tworzącymi szeleszczący dywan ukrywający ostre odłamki szkła rozbitych butelek. Jakby czyhały, by przebić skórę śmiałków wchodzących na teren dawnego Zakładu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów.
Panował tu dziwny spokój i cisza, jak gdyby całe zło, które się tu wydarzyło, zostało ukryte w najgłębszych i szczelnie zamkniętych zakamarkach.
Dagmara Nowakowska zatrzymała samochód. Pochyliła się nad kierownicą i wyjrzała przez przednią, nieco brudną szybę. Tam, gdzie nie sięgały pióra wycieraczek, widać było mnóstwo martwych owadów. Mieli za sobą długą drogę. Potrafili poświęcić bardzo dużo dla ciekawej eksploracji. Zwłaszcza takiej, która skrywała mrożące krew w żyłach sekrety.
W skrytości ducha liczyli, że poznają wszystkie straszne legendy o tym miejscu, krążące w czeluściach internetu.
_Najbardziej nawiedzony budynek w Polsce._ Ten tytuł robił wrażenie. Zachęcał śmiałków, którzy zapuszczali się nocami w opustoszałe mury, byleby tylko poczuć mroczny i specyficzny klimat Zofiówki. A ten, trzeba przyznać, był ciężki i trudny do opisania.
– Robi wrażenie, co? – zapytała, nie ukrywając podniecenia. Jej głos aż wibrował.
– Myślałem, że to miejsce będzie trochę mniej zniszczone… – odparł Adam Kalinowski, drapiąc się po rudej, wypielęgnowanej brodzie. Co chwilę poprawiał zjeżdżające z nosa okulary. Otworzył drzwi auta. Jęknęły cicho, jakby zmęczone podróżą odetchnęły z ulgą. Do środka wpadła mieszanka rześkiego powietrza zmieszana z zapachem suchych liści i wilgotnego betonu. Chłodna i specyficzna, dokładnie taka jak to miejsce.
Na ścianach, z których płatami odpadał brudny tynk, graficiarze pozostawiali swoje tagi. Niektóre przybierały formę mrocznych i niepokojących napisów. Pentagramy, dziesiątki rozwartych oczu z długimi rzęsami, krwisto czerwone, surowe napisy PIEKŁO, SZATAN, ONA PATRZY sprawiały, że widok niszczejącego budynku robił jeszcze mocniejsze wrażenie. Zewsząd zerkały na nich wielkie okna bez szyb, jak puste oczodoły w czaszce, z której przed laty robactwo zjadło wszystkie tkanki.
Cezary Dąbrowski przełknął głośno ślinę. Wysoki blondyn o haczykowatym nosie i niebieskich oczach jako jedyny z całej czwórki nie cierpiał miejsc, które wiele osób uznawało za nawiedzone. Nie traktował tego jako rozrywki z dreszczykiem. Miał ogromny szacunek do bytów i wierzył, że zabłąkane dusze chodzą po ziemi i nie warto im przeszkadzać, mącąc ich spokój. Bał się, że przez wszelkie sesje można zajść za skórę czemuś, co nie jest fizyczne i namacalne, ściągając na siebie zło, które już na zawsze pozostanie. Wiedział, że duchy istnieją. Sam kiedyś się o tym przekonał. Mimo że mijające lata zacierały wspomnienia, to jedne wbiły się w jego pamięć tak głęboko, jakby broniły się przed zapomnieniem.
Miał przyjaciela, którego nikt nie traktował poważnie, podobnie jak nikt nie traktował poważnie kilkuletniego Czarka. Chłopca, który potrafił rozmawiać z wyimaginowanym kolegą, przychodzącym do ich niewielkiego domu bez względu na porę dnia. Kajtek, bo tak nazwał kolegę mały Cezary, mimo że byli rówieśnikami, wiedział o świecie zdecydowanie więcej od niego. Czasem opowieści Kajtka przyprawiały Cezarego o ból brzucha i napady torsji. Pełne były krwi, niejednokrotnie zdobiącej ciało i ubranie wyimaginowanego przyjaciela. Każdego trzynastego dnia miesiąca Kajtuś stawał obok Czarka w zakrwawionej piżamce z pętlą na szyi, prosząc, by przyjaciel wyciągnął wystający z jego piersi nóż i zdjął pętlę, bo nie może przez nią zawołać swojej mamusi.
Cezary początkowo ogromnie się tego bał. Gdy pierwszy raz zobaczył Kajtka w zakrwawionej niebieskiej piżamie, ze strachu zmoczył łóżko. Dostał wtedy burę od ojca, który tego dnia wrócił do domu w stanie wskazującym. Płacz mieszał się z krzykiem, gdy ojciec, wyprowadzony z równowagi, uderzał go w pośladki grubym, skórzanym pasem. Cezary nie lubił tego pasa tak, jak nie lubił taty, od którego czuć było nieprzyjemną, ostrą woń wódki, duszący smród papierosów i fetor kwaśnego potu. Miał za złe matce, że nie stanęła wtedy po jego stronie. Jedynie zerkając spode łba, z irytacją ściągała mokre prześcieradło, klnąc cicho pod nosem i udając, że nie widzi tego, jak pupa syna robi się czerwona z każdym plaśnięciem pasa o nagą skórę.
Kajtek przestał przychodzić, gdy Czarek z rodzicami wyprowadził się do miasta. W dziewięcioletnim chłopcu pojawiła się wówczas mieszanka smutku i ulgi. Z jednej strony cieszył się, że nie będzie musiał oglądać zakrwawionego przyjaciela, którego nie widział nikt poza nim, z drugiej zaś było mu żal, bo Kajtuś stał się dla niego tak ważny jak ulubiona maskotka, którą zgubił podczas przeprowadzki.
– Co Czarek, strach cię obleciał? – zarechotał Bartek Zalewski, niski i krępy brunet, który mimo swojej aparycji był niezwykle silny. Mięśnie, wyrzeźbione przez wiele godzin na siłowni, zwykł chować pod luźnymi koszulkami. Od zawsze mówił o sobie, że jest sceptykiem, jeśli chodzi o nawiedzone miejsca. Uważał, że osoby rzekomo odczuwające niepokój w opuszczonych budynkach same nakręcają i potęgują swój strach, wmawiając innym, że te parcele zamieszkują byty nie z tego świata. Dla niego nie istniało życie po śmierci, tym bardziej takie, w którym istoty niematerialne mogłyby krążyć po świecie, nawiedzając innych. Twierdził, że duchy są jedynie wymysłem koncernów filmowych, by można było czymś straszyć widzów z wielkich kinowych ekranów. Bartek miał jednak jedną cechę, która stanowiła ważny element ich zespołu: jego skrupulatność i zaangażowanie w wyprawy były widoczne za każdym razem, gdy szykowali się do zwiedzania kolejnej opuszczonej miejscówki. Był gotowy na wszystko, służył pomocą i starał się nie psuć innym zabawy swoimi przekonaniami, że gdy człowiek umiera, pewien etap się kończy i kolejny już się nie zaczyna. Tak jak pozostali z ich grupy, uwielbiał urbex. Nakręcał go do działania i ładował baterie. Kochał wchodzić tam, gdzie inni bali się postawić stopę. Żył tym.
– Doskonale wiecie, że nie lubię takich miejsc… Nie mogliśmy zwiedzać Zofiówki w ciągu dnia? Serio trzeba było przyjeżdżać tu na noc? To chore… – jęknął, nie próbując ukrywać strachu.
– Nie mogliśmy, bo w dzień raczej nikt się z nami nie skontaktuje – skwitowała Daga, ostrożnie omijając potłuczoną butelkę. – A specjalnie zabrałam swoje różdżki! I czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam ich użyć.
Dagmara była szczupłą blondynką. Upór dziewczyny drażnił Czarka, który był jej zupełnym przeciwieństwem. Na dodatek Daga obalała wszelkie stereotypy dotyczące głupiutkich blondynek. Wychodziła poza schematy tego, jak powinna zachowywać się taka drobna dziewczyna. Jej inteligencja i odwaga biły na głowę niejednego mężczyznę, z którym próbowała wchodzić w intymne relacje. Wszyscy odpadali w przedbiegach, gdyż jej przebojowość i styl życia ich przerastały. Swoim wyglądem przyciągała męskie spojrzenia. Wytatuowane rękawy i kolczyk w nosie dodawały jej pazura, ale i swoistego uroku; podkreślała go idealnym makijażem, w którym kreski na powiekach były obowiązkowym elementem. Nie gryzła się w język, co wielokrotnie wpędzało ją w kłopoty, ale jak zwinna kocica zawsze spadała na cztery łapy. Jako jedyna kobieta szturmem weszła do grupy chłopaków z _ForsakenPlaces,_ niejednokrotnie pokazując im, że odwaga jest jej drugim imieniem. Interesowała się życiem po życiu, korzystała z różdżek, by móc porozumieć się z duszami zmarłych. Kochała to i cieszyła się, że dziś również będzie mogła skorzystać ze swoich umiejętności.
– Bierzcie resztę sprzętu – rzucił Bartek. Wziął do ręki P-SB7 i SB11, zerkając przy tym na majestatyczne budynki Zofiówki. Po krótkim namyśle odłożył SB11. Doszedł do wniosku, że wystarczy ulubiony Spirit Box.
Niegdyś zakład uznawany za jeden z najnowocześniejszych szpitali w całej Europie, teraz sprawiał ponure i przygnębiające wrażenie. Jego mroczna, wojenna przeszłość zdawała się wypełzać z każdego kawałka cegły i odpadającego tynku. Cezary rozglądał się nerwowo, czując na karku zimny, wilgotny oddech zamierzchłych czasów, które przepełniała krew niewinnych ofiar.
– Co tu się właściwie stało? Wiem tylko pobieżnie, ale konkretów nie znam, bo nie zdążyłam się zorientować. Tak szybko wyciągnęliście mnie z domu… – Daga chwyciła swoje różdżki i kamerę termowizyjną, po czym, gotowa do działania, stanęła obok Adama.
Adam Kalinowski, oprócz miłości do urbexu, miał jeszcze jedną ogromną pasję: historię, zwłaszcza tę mroczną, dotykającą setek ludzi. Łysy dwudziestoośmiolatek z rudą brodą poprawił okulary, które wciąż zjeżdżały mu z nosa. Każdą wyprawę do opuszczonych miejsc traktował niezwykle poważnie, chcąc wycisnąć z nich sto procent. Wszystko po to, by dzielić się tą nietypową miłością z innymi. W tym przypadku byli to widzowie, którzy tak jak on cenili sobie urbex i rys historyczny opuszczonych miejsc. Adam stanął w lekkim rozkroku, krzyżując umięśnione ręce na klatce piersiowej. Zmrużył oczy, jakby chłonął to, co puste ściany budynku miały mu do powiedzenia. Wszędzie panowała cisza, tak przenikliwa, że zdawała się drażnić uszy.
– Dobrze, że zdążyłaś się wypindrzyć – zauważył ze śmiechem Bartek.
W odwecie Daga uderzyła go w ramię. Zawsze wytykał jej to, że szykuje się do wyjścia nieco dłużej niż reszta grupy, ponieważ nie chciała wychodzić z domu bez idealnie wyrysowanych kresek na powiekach.
– Nie pajacujcie. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale de facto stąpamy po cmentarzu… – Adam zaczął tajemniczo, ganiąc towarzyszy. Co jak co, ale nawet w takich sytuacjach zależało mu na oddaniu nieżyjącym należytego szacunku.
– Co ty pieprzysz, stary… – Cezary złapał się za głowę. Puls wyraźnie mu przyspieszył. Krew dudniła w żyłach. Czuł jej smak w ustach, a głuche uderzenia wyczuwał nawet w skroniach. Cmentarze przyprawiały go o ciarki i mdłości. Ilekroć wchodził na teren nekropolii, czuł się nieswojo. Odnosił wrażenie, że zewsząd spoglądają na niego dusze zmarłych, próbując chwycić go martwymi kośćmi, gdzieniegdzie obleczonymi gnijącą tkanką. Wzdrygnął się mimowolnie i głośno przełknął ślinę. Serce wciąż waliło mu jak młotem, chociaż nie zaczęli jeszcze eksploracji. Niczego tak nie pragnął, jak powrotu do domu.
– Nie wiem, czy kiedykolwiek się tym interesowaliście, ale na terenie Otwocka było kiedyś getto. Mówi się, że część ludzi, którzy zostali tu wymordowani podczas wojny, w czasie jego likwidacji, wciąż tutaj leży; nie zabrano ich zwłok, nie pochowano ich należycie na cmentarzach, które odwiedzamy chociażby w dzień Wszystkich Świętych. Skoro więc ich ciała prawdopodobnie nadal tu spoczywają, jest duże prawdopodobieństwo, że stąpamy niejako po wielkim, starym cmentarzu… A ich pomnikiem, a właściwie zbiorową mogiłą, jest Zofiówka. Tylko jak widać, zamiast palić tu znicze, ludzie robią coś zupełnie innego – powiedział lekko, jakby ciężar historii nie robił na nim większego wrażenia. Wszędzie walały się butelki, papiery, folie spożywcze, a nawet zużyte prezerwatywy. Na te Adam spoglądał z obrzydzeniem i rosnącym oburzeniem.
– O cholera… Czyli… jeśli oni tu wszyscy spoczywają… to mogą chcieć się z nami skontaktować? – zapytała Daga, nie kryjąc podniecenia. W jej niebieskich oczach tańczyły maleńkie, migoczące ogniki. Kontakt z bytami w takim miejscu jawił się jej jako coś niezwykłego.
– Mogą, ale nie muszą – zaczął Bartek. – Wiecie… wiele nawiedzonych miejsc jest kreowanych w taki sposób głównie przez nasze strachy, które zasadniczo siedzą tylko w naszych głowach. Gdzieś strzeli jakaś gałązka, a my już przypisujemy to nadprzyrodzonym siłom. Bezdomny, chyłkiem opuszczając pomieszczenie, zawadzi o jakiś przedmiot, robiąc przy tym rumor, a my od razu czujemy, że to demon. Uważam, że to miejsce wcale nie jest tak straszne, jak je malują. Gdyby faktycznie coś było na rzeczy, miejscowi nie urządzaliby tu sobie popijaw i spania… I bzykania – uznał Bartek, kopiąc leżącą przy aucie puszkę po piwie, która przeturlała się po pustym opakowaniu po prezerwatywie. Nie rozumiał, dlaczego ludzie pozostawiali po sobie taki chlew. Tyle mówiło się przecież o ekologii i czystości.
– No dobra, ale powiedzmy, że to miejsce jednak jest nawiedzone. Jaką ma przeszłość? Ale taką dokładną. Muszę wiedzieć, jakie zadawać pytania podczas mojej sesji – dopytała Daga, chcąc zaspokoić ciekawość. Ukradkiem zacierała ręce na tę eksplorację.
– Cóż, historia tego miejsca jest bardzo ciekawa, ale zarazem mroczna – zaczął Adam tonem mędrca. – W tysiąc dziewięćset siódmym roku z inicjatywy Towarzystwa Opieki nad Umysłowo i Nerwowo Chorymi Żydami rozpoczęto tu budowę szpitala. Jego główną sponsorką była Zofia Endelmanowa. To ona, sprzedając swoją biżuterię, kupiła blisko siedemnaście hektarów ziemi, na których stanął Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów. W Zofiówce, bo to właśnie na cześć Endelmanowej nadano placówce taką nazwę, leczono psychicznie chorych pacjentów należących do biedniejszych warstw społecznych. Leczenie było darmowe, finansowane głównie przez rodziny lub gminy czy prowincje, z których pochodzili pacjenci. Początkowo Zofiówka miała około stu łóżek, z czasem jednak kompleks rozrósł się i w tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym roku mógł pomieścić już dwustu siedemdziesięciu pięciu pacjentów. Co warto podkreślić, nie stosowano wówczas drastycznych metod leczenia, stawiano na spokój i pracę. W tym samym roku zakład stał się również największym sanatorium na terenie Otwocka. Swoją drogą, to nie jedyne nieczynne dziś sanatorium w tej okolicy. Tuż obok jest jeszcze tak zwany Olin, który powstał po tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku i był sanatorium dziecięcym. Nomen omen, obecnie też popada w ruinę, być może jeszcze większą niż Zofiówka.
Dagmara zmarszczyła brwi.
– Coś mi tu nie gra. Przecież w leczeniu pracą i spokojem nie ma nic, co mogłoby powodować taką dziwaczną aurę tego miejsca. A umówmy się… wyraźnie czuć, że coś tu jest nie tak. Sama praca ich raczej nie zabiła, od niej się przecież nie umiera – uznała, patrząc oczekująco na Adama.
– Bo dramat rozegrał się tak naprawdę w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku. – Uśmiechnął się, znów poprawiając okulary. – To wtedy wszystko się zaczęło i myślę, że właśnie przez te wydarzenia miejsce to dziś uchodzi za nawiedzone.
– Możecie już skończyć? – jęknął Cezary. Na czole chłopaka pojawiły się lśniące kropelki potu. Pod pachami zaczynały rozlewać się plamy, których kwaśny odór mieszał się z wonią suchych liści zalegających wokół budynku.
– Nie możemy. Czarek, po jaką cholerę tu przyjeżdżałeś, co? Skoro jeszcze nie weszliśmy, a ty już srasz w gacie… Przecież na bank wiedziałeś, dokąd jedziemy! – zdenerwowała się Dagmara.
– Wiedziałem, ale tak jak ty nie zdążyłem przeczytać nic konkretnego o tym miejscu. I teraz tego żałuję…
– To zostań w samochodzie. My zerkniemy na to i owo, a ty grzecznie poczekasz. – Do rozmowy dołączył Bartek.
– Mowy nie ma! Nie zostanę tutaj sam! Po moim trupie! – zarzekał się Czarek, a plamy potu coraz szerzej wykwitały pod jego pachami.
– Słusznie, też bym nie zostawał, mając takie obawy jak ty. Znając historię tego miejsca i legendy, które opowiadają inni śmiałkowie, zostający tu na noc… – zaśmiał się Adam, kontynuując opowieść. Nie zważał na to, że jego kolega robi się coraz bledszy. – Wracając… W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku Niemcy utworzyli na okupowanych terenach Otwocka getto, które swoim zasięgiem objęło również Zofiówkę. Nazistowski lekarz Jost Walbum przejął kontrolę nad szpitalem. To właśnie wtedy warunki uległy drastycznemu pogorszeniu, placówkę zaczęto traktować jak barak w obozie koncentracyjnym. Zapanowały tu głód, brud, chłód… Krótko mówiąc, warunki były nieludzkie. W sierpniu czterdziestego drugiego roku rozegrał się prawdziwy dramat. Niemcy nie chcieli już dłużej zajmować się chorymi pacjentami i personelem szpitala. W czasie likwidacji otwockiego getta zamordowali około stu czterdziestu osób. Część rozstrzelano na miejscu, resztę, która nie zdołała uciec, wywieziono do Treblinki. Po wojnie budynek Zofiówki znowu odżył. Leczono tam pacjentów chorych na gruźlicę. Otwock słynął ze swoich „zielonych płuc” i mahoniowego powietrza, które miało pomóc w powrocie do zdrowia. Szpital w tamtym czasie zmienił nazwę, lecz w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku powrócono do wcześniejszego nazewnictwa i znów zaczęto leczyć w Zofiówce schorzenia neuropsychiatryczne. Głównymi pacjentami były wtedy dzieci i młodzież.
– O cholera… Faktycznie stąpamy po cmentarzu… – szepnęła Daga, przypatrując się niszczejącemu budynkowi.
– Wokół tego szpitala powstało wiele legend. Mówi się o zakonnicy, która popełniła tu samobójstwo… Podobno po powrocie z misji w Afryce popadła w schizofrenię. Choroba wygrała, a kobieta postanowiła odebrać sobie życie. Ludzie mówią, że jej duch wraca do tego miejsca, jakby nie mógł pogodzić się ze śmiercią. Ponoć w czasach, gdy Zofiówka tętniła życiem, zjawa siostry zakonnej straszyła na korytarzu, zrzucając ze ścian obrazy, które kiedyś sama namalowała. Było to tak uciążliwe, że w szpitalu odprawiono egzorcyzmy… Oprócz tego w okolicy budynku, a także w jego wnętrzu słychać krzyki, śmiech i płacz dzieci, a samochody po północy nie odpalają, nie pozwalając odjechać żądnym wrażeń śmiałkom. Chociaż, jeśli mam być szczery, wydaje mi się, że z tymi autami to raczej bujdy na resorach. Chłopakom z Urbex History samochód odpalił, ale z drugiej strony, na nagraniu widać, że sam z siebie mrugnął w nocy światłami.
– To tym bardziej nie zostałbym przy aucie… – jęknął Cezary, ocierając pot z czoła. Chwycił EMF, który po włączeniu nie wykazywał żadnej aktywności. Chłopak odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że dioda urządzenia nie zmieni koloru z zielonego na czerwony. Gdyby tak się stało, mogłoby to oznaczać, że coś znajduje się z nimi w jednym pomieszczeniu, a ta myśl skutecznie jeżyła mu włosy na karku.
– W takim razie musisz iść z nami. – Dagmara wzruszyła ramionami.
– Dobra. – Bartek klasnął w dłonie i potarł je kilkukrotnie. – My tu gadu-gadu, a trzeba zrobić pierwsze nagrywki, póki jeszcze coś widać. Puścimy drona, zdobędziemy kilka fajnych ujęć, sprawdzimy, gdzie najlepiej rozstawić sprzęt, ustalimy plan działania i ruszamy z eksploracją! Może nawet zrobimy krótką transmisję na TikToku, żeby nieco zanęcić obserwujące nas w necie rybki?
– Tak jest, panie kierowniku – zażartował Adam. Nie mógł się doczekać wejścia w tajemnicze mury opuszczonego szpitala. Dużo o nim czytał i przygotowywał się do tej wyprawy wiele miesięcy, zbierając informacje o obiekcie i tym, co mogą w nim znaleźć.
Niestety na jedno nie mógł się przygotować. A właśnie to coś czekało w ukryciu, aż zapadnie mrok, gotowe zaatakować, gdy nikt nie będzie się tego spodziewał.
2
Zofiówka zdawała się robić wszystko, by przepędzić natrętnych intruzów. Wchodząc we współpracę z aurą, chciała zaznać spokoju. Mury widziały zbyt wiele, tyle samo wycierpiały, chłonąc krew, płacz i krzyk niewinnych ludzi. Wiatr hulał pomiędzy drzewami i ścianami, a puste miejsca po oknach potęgowały wrażenie przygnębienia. Poruszane gałęzie pojękiwały raz za razem, wprawiając Cezarego w coraz to większy niepokój, odbierając mu resztki poczucia bezpieczeństwa, zanim jego stopy stanęły na usłanym liśćmi placu. Grube krople deszczu zaczęły uderzać o ziemię. Kawałki potłuczonego szkła mokre od wody skrzyły się niczym rozsypane diamenty. Najgorszy był jednak chłód. Przejmujący, wdzierający się przez warstwy ubrań, nieprzyjemny. Złowieszczy.
Dagmara wróciła do samochodu po kurtkę, czapkę i chustę, która służyła jej za szalik. Cieszyła się, że postanowiła ją ze sobą zabrać. O ile na nocną eksplorację okrycie zabrał każdy z nich, o tyle tylko ona pomyślała o czapce i czymś, co chroniło szyję przed zimnem. I choć przez kilka pierwszych kilometrów trasy wysłuchiwała głupich dowcipów kolegów, że szykuje się na Sybir, a nie na urbex, to w duchu powtarzała, że ci idioci jeszcze będą jej zazdrościć rozsądnego podejścia do zmiennej, jesiennej aury. Mówi się, że w marcu jest jak w garncu, ale rzadziej wspomina się o jesieni. Bywa równie kapryśna. Raz słońce, raz deszcz, a czasem nawet spadające płatki śniegu, których często brakowało w grudniu. Dagmara była wielkim zmarzluchem. Nawet latem, gdy inni szukali cienia, by móc ukryć się przed spiekotą, ona wystawiała swoje ciało na ciepłe promienie. Nie znosiła jesieni. O ile zimę jeszcze tolerowała, o tyle jesień co roku stawała się dla niej koszmarem. Na samą myśl o chłodnych, wilgotnych wieczorach, deszczu lejącym się z nieba, przenikliwym wietrze i mglistych, szaro-burych porankach robiło jej się niedobrze. Z niedowierzaniem kręciła głową, gdy dziewczyny zwane „jesieniarami” cieszyły się z kubkiem herbaty w ręku, otulały się kocykiem i patrzyły na deszcz dudniący o parapet. Z czego tak właściwie te dziewuchy się tak cieszą? Z zimna, przemoczonych ubrań, poskręcanych od wilgoci włosów i braku ogrzewania, bo spółdzielnie mieszkaniowe czekały na większe chłody? A może z tego, że rano było zimno i należało ubierać się cieplej, a gdy po południu pogoda się zmieniała, do domu wracała spocona, jakby zamiast spaceru zahaczyła o siłownię? Zimę jakoś akceptowała, pod warunkiem, że obfitowała w śnieg. Na zewnątrz było jaśniej, czyściej dzięki pokrywie śnieżnej, a mróz nie skręcał jej niesfornych włosów. Wiedziała, że zimą trzeba ubrać się cieplej, a pogoda raczej nie zaskoczy ją nagłą zmianą. Co najważniejsze, od zimy było już zdecydowanie bliżej do wiosny niż od wtedy, gdy za oknem w najlepsze trwała jesień. Zimą żyła więc nadzieją, że mroźne dni ustąpią miejsca cieplejszym, a ona znów poczuje się w pełni komfortowo.
– Byłem w środku. – Adam szedł w jej stronę, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
– Gratuluję. Czekasz na brawa czy może jakiś medal? – odpowiedziała sarkastycznie, poklepując go po ramieniu. Nie bardzo wiedziała, dlaczego uśmiechał się tak szeroko. Nie należał do strachliwych osób, dlatego trudno było jej zrozumieć, skąd ta radość związana z wejściem do opustoszałego obiektu.
– Możesz bić, czemu nie, chociaż nie o to mi chodziło – dodał szybko, wyjmując z samochodu statyw schowany w czarnym pokrowcu.
– To mnie oświeć.
– Wiesz, jaki tam jest niesamowity klimat? Czuć go tak mocno, że nawet naszemu sceptykowi włoski na karku stanęły dęba. – Zachichotał. – A weszliśmy na razie tylko do budynku recepcji, bo ten główny zostawiamy chyba na później. I tak sobie pomyślałem, że może tę transmisję pociągniemy dłużej.
– Ale nigdy tak nie robiliśmy. Zwykle nagrywaliśmy krótką zapowiedź na _stories_ i na shortsy. Co się zmieniło, że chcesz teraz pokazywać na żywo część eksploracji?
Dagmara nie podzielała tego entuzjazmu. Czuła lekki niepokój, że zbyt szybko odsłonią karty przed widzami, przez co nikt nie obejrzy całego materiału. Niestety nie zarabiali na kanale kokosów, ale każde wyświetlenie było dla nich na wagę złota. Kasa wpadała, owszem, ale nie była na tyle duża, by zrezygnować ze stałej pracy i poświęcić się wyłącznie rozwijaniu kanału. Zdziwiło ją więc podejście Adama, który sam niejednokrotnie powtarzał, że najmocniejsze materiały powinny trafiać tam, gdzie można było najwięcej na nich zarobić. Gdzie więc w tym wszystkim plasował się TikTok? Nie miała pojęcia.
– To będzie taki eksperyment. Zarzucimy wędkę, pokazując początek eksploracji, a później będziemy łowić te wszystkie rybki, gdy materiał trafi na kanał.
– Ach, czyli taki jest twój plan… Nie czerpać radości z eksploracji, a wyłącznie wycisnąć z materiałów jak najwięcej kasy?
Nie potrafiła zrozumieć takiego zachowania. _ForsakenPlaces_ było dla niej czymś więcej niż monetyzacją hobby. To miejsce, w którym chciała się dzielić swoją nietypową jak na kobiece zainteresowania zajawką. Kochała urbex, interesowały ją interakcje z tym, co nie było namacalne, i chciała pokazywać to ludziom o podobnych zainteresowaniach. Zarobek był jedynie przyjemnym dodatkiem. Miała normalną pracę, która zapewniała jej stabilne życie. Gdy usłyszała o łowieniu rybek, poczuła, jak coś w niej pęka. Czy zatem to, co początkowo zakładali, miało jeszcze jakikolwiek sens? Liczyła się wyłącznie kasa? Obawiała się, że właśnie przez pogoń za pieniędzmi eksploracje opuszczonych miejsc stracą swoją wartość i przestaną mieć znaczenie.
– Zaczynamy transmisję? – krzyknął Bartek, wychodząc z budynku przez dziurę po oknie. Trzymał w ręku Spirit Boxa. Wiele osób nie do końca wierzyło w działanie tego urządzenia i Bartek mógłby z powodzeniem stanąć na czele tychże niedowiarków. Jako sceptyk uważał, że Spirit Box, czyli P-SB7, to tylko zepsute radio, które skanuje nader szybko częstotliwości, a charakterystyczne, niejednokrotnie niezrozumiałe piknięcia i wyrwane z kontekstu słowa są jedynie wynikiem łapania przypadkowych fal radiowych.
Zupełnie inną teorię miał Adam. Wierzył, że duchy są rodzajem materii, która potrafi oddziaływać na niektóre rzeczy, chociażby na fale radiowe. Uważał, że manipulują urządzeniem i wręcz odciskają swą energię w białych częstotliwościach fal radiowych, dzięki czemu mogą się z nami komunikować, przesyłając zwięzłe komunikaty. Nieraz słyszał, jak Spirit Box odpowiadał na ich pytania pojedynczymi słowami. Czasem odpowiedzi mroziły krew w żyłach, innym razem były nic nieznaczącymi przerywnikami charakterystycznych dla urządzenia piknięć.
– Widzę, że i ty się w to wkręciłeś? – zapytała Dagmara, nie kryjąc rozczarowania. Liczyła, że wszystko będzie szło utartym rytmem, do którego zdążyła się przyzwyczaić. Nie znosiła zmian, zwłaszcza tych nagłych, do których nie była przygotowana. Nawet tak z pozoru nieistotnych jak transmisja; nigdy wcześniej nie zaczynali jej podczas eksploracji.
– Daga, czasem trzeba spróbować czegoś nowego, by nie popaść w twórczą stagnację – stwierdził Bartek, poprawiając zsuwające się z czoła GoPro.
– Jak uważacie… – westchnęła, po czym wzięła swoje różdżki i ruszyła ku zimnym murom Zofiówki.
Nim wkroczyła do środka, uniosła głowę, by spojrzeć raz jeszcze na monumentalny, opuszczony gmach. Dwie potężne kolumny podtrzymywały piętro budynku recepcji. Nad jej głową znajdował się balkon, na którym roślinność od dawna zaczęła tworzyć własne życie. Zatrzymała wzrok na dwóch betonowych wspornikach. Widziała, jak duży ciężar dźwigają. Nie zdziwiłaby się, gdyby cichutko pojękiwały, żaląc się na swój ciężki los. Pod balkonem, dokładnie między dwiema kolumnami, setki pacjentów oraz późniejszych kuracjuszy wchodziło do świetnie prosperującego budynku. Teraz, gdyby ktoś chciał tędy wyjść, odbiłby się od brudnych cegieł, które prawdopodobnie w dniu zamurowania wejścia miały kolor biały. Obecnie były poszarzałe i pobazgrane przez wandali.
Dagmara zwlekała chwilę z podejściem do otworu okiennego stanowiącego teraz jedno z głównych wejść do pierwszego, niezbyt dużego budynku. Wzięła głębszy wdech i ruszyła przed siebie, ostrożnie stawiając kroki. Wszędzie szkliły się resztki potłuczonych butelek. Wsadziła różdżki między zęby, po czym oparła dłonie o coś, co kiedyś z pewnością musiało być parapetem. Ostrożnie podciągnęła się i już po chwili znalazła się w środku. Zniszczenia, jakie tu zastała, były ogromne.
Dopiero teraz zrozumiała, co mieli na myśli jej koledzy, mówiąc o niezwykłym klimacie tego miejsca. Puste, pokryte tagami ściany z ziejącymi nicością dziurami zamiast okien zdawały się emanować mrokiem i chłodem tak silnym, że odruchowo poprawiła chustę, próbując ukryć w niej twarz. Przez moment miała nieprzyjemne wrażenie, że coś zimnego delikatnie musnęło jej policzek. Wzdrygnęła się. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś tak namacalnego. Mogłaby przysiąc, że poczuła chłodny dotyk. Tak lodowaty, że delikatna skóra na rumianym policzku natychmiast ją zaszczypała.
– Co jest, Daga? Cykasz się, jak Czaruś? – zaśmiał się idący za nią Bartek.
– Nie – powiedziała zbyt szybko i oschle. Odchrząknęła i dodała nieco przyjemniejszym tonem: – Po prostu czuję, że są tutaj o wiele większe siły, niż początkowo myślałam. Z tych ścian aż bije strach i zło, nie czujesz tego?
Chłopak podrapał się po głowie. Wykrzywił nieznacznie usta i uniósł brew. Rozejrzał się po ruinie.
– No jakoś nie za bardzo. Może dlatego, że nie do końca wierzę w te opowiastki o duchach? Polecam, naprawdę. Od razu przestaniesz czuć coś, czego nie ma. Wiesz, jak się z tym lepiej żyje?
Dagmara pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Nie będę się z tobą kłócić, Bartek. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. A już tym bardziej nie mam na to energii, którą muszę spożytkować na coś innego.
– Na te twoje pogadanki z duchami? – prychnął, po czym zaśmiał się ironicznie.
– Skończ, okej? To, że jesteś zamknięty na to, co nas otacza, nie daje ci prawa do wyśmiewania osób bardziej otwartych na świat niż ty. Jeśli masz zamiar na każdym kroku dawać mi do zrozumienia, że to, co robię, jest głupotą, to po prostu zejdź mi z drogi i zajmij się eksploracją z dala ode mnie. To nam obojgu dobrze zrobi.
– Mamy inne pojęcie o robieniu dobrze, więc nie zgadzamy się również na innych płaszczyznach życiowych – zarechotał. Dagmara przewróciła oczami i westchnęła znudzona wymianą zdań. Przez moment pomyślała, że Bartek jest strasznie obleśny. Miała nadzieję, że podczas eksploracji będzie szedł z dala od niej.
Chciała jak najszybciej oddalić się od niego. Bardzo dbała o to, by nie wchodzić w polemikę z osobami, które nie rozumiały jej zainteresowań. Każdą wymianę zdań, w której obie strony bronią swoich racji, uważała za niepotrzebną stratę energii. Nie odpowiadając na jego niesmaczny komentarz, udała się do dużego pomieszczenia po prawej stronie. Pod nogami chrzęściły piach i suche liście, ciśnięte przez porywisty wiatr w otwory okienne. Tylko w kilku miejscach zachowała się resztka posadzki, po której niegdyś chodzili personel i pacjenci. Białe i zielone kwadraty musiały wówczas tworzyć niezwykłą, okazałą mozaikę.
Gdy próbowała skupić się na otaczającej ją energii, usłyszała nawoływanie z niewielkiego przedsionka, z którego schody prowadziły na piętro.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki