Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zona. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 września 2026
59,93 zł
5993 pkt
punktów Virtualo

Zona. Tom 2 - ebook

Obiecywał sobie, że już nigdy więcej. Że tamten raz był naprawdę ostatni. Nadchodzi jednak moment, że tęsknota jest zbyt wielka. Trzeba ponownie zostawić za sobą Dużą Ziemię i wkroczyć w czarnobylską Zonę. Bo nic innego nie ma znaczenia, kiedy człowiek usłyszy Zew. Nadeszła pora ostatniej przygody…

Czyżby?

Człowiek może opuścić Zonę, Zona z człowieka nie wyjdzie nigdy.

Jeśli nie pójdziesz za wołaniem, ono znajdzie Cię w tu i teraz. I przekształci Twoje życie w koszmar. Koszmar, którego tak naprawdę pragniesz i o którym śnisz każdej nocy.

Pode mną przesuwają się tabuny stworów bez oczu, pokracznych kreatur ulepionych z plasteliny ciała przez upośledzonego Stwórcę, gnanych w ślepym pędzie dzikiego gonu naprzód, byłe dalej od pałającej ponad widnokręgiem krwawej zorzy pożaru.

Wszystko zalewa pełgająca, falująca i tętniąca łuna, pulsująca ponad widocznym w oddali ciemnym masywem bodącego w niebo rurą komina Sarkofagu.

Sarkofagu, z którego bije w niebo słup oślepiająco białego światła.

Chcę oderwać od tego wzrok, ale nie mogę.

I wiem, że Ona mnie widzi.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-378-2
Rozmiar pliku: 3,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

…eskalacji napięcia na granicy. Doniesienia medialne mówią o koncentracji wojsk w rejonach przygranicznych, jakkolwiek odnośne ministerstwa stanowczo zaprzeczają, jakoby…

…obrony uciskanej mniejszości rosyjskojęzycznej. Nasilające się akty otwartej wrogości ze strony reżimu w Kijowie wywołują coraz większe zaniepokojenie…

…to przecież niedorzeczne. Nawet oni nie są na tyle nierozsądni, żeby coś takiego zrobić. To zwykły blef, a poza tym…

…Rosja nigdzie się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna.

Słyszę, jak Ona mnie wzywa.

Kursor na ekranie pojawia się i znika, pulsując niczym żyła widoczna pod skórą wielkiego organizmu, ucieleśniającego całą naszą ludzką noosferę.

Radio, telewizja, gazety, roczniki statystyczne, negocjacje prezydentów i premierów, wizyty królów, rozmowy zwykłych ludzi, plotki, fakty, wyliczenia statystyczne – wszystko to jest teraz jednością, scalone we wspólnym obiegu informacji.

Siedzę i patrzę tępo w mżący przygaszoną bielą ekran laptopa, na którym urwana w połowie myśl zapisana w niedokończonym dokumencie jest niczym milcząca wymówka. Jawne świadectwo narastającego rozziewu pomiędzy tym, co robić powinienem, o czym wiem, że jest cholernie ważne i istotne – a tym, co robić bym chciał.

Do czego rwie się serce, do czego płacze dusza, do czego ciągnie całe moje jestestwo.

Przez dłuższą chwilę zastanawiam się, czy sięgnąć do szuflady po proszki. Mam ich jeszcze kilka, zjadliwie błękitnych w śliskiej otoczce i koszmarnie gorzkich jako nierówno kruszący się pył pomiędzy zębami; termin przydatności minął dwa lata temu, ale nadal tam są, ot tak, na wszelki wypadek.

Moja prywatna polisa ubezpieczeniowa przeciwko remisjom trudnej przeszłości.

Sięgam nawet ku szufladzie, ale ręka zatrzymuje się w połowie drogi.

Nie.

Nie potrzebuję tego, nie jest tak źle.

Poradzę sobie.

„To już raczej element pańskiej osobowości, nie jej zaburzenia” – powiedział mi kiedyś terapeuta.

Dlatego tylko przymykam oczy i robię kilka głębokich oddechów, usiłując uspokoić rozszalałe, dudniące echem w skroniach serce.

Tyle razy sam to sobie powtarzałem. Tyle razy mówili mi to znajomi, przyjaciele. Współpracownicy. Najbliżsi. „Nie siedź późno w noc, bo potem w dzień do niczego się nie nadajesz”. „Włącz sobie jakąś milszą muzykę, a nie te smętne rzępolenia z gitarą”. „Poranek od wieczora mądrzejszy”. „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. „Samotność ci nie służy”.

A mimo to z uporem maniaka siedzę po nocach sam.

Pracuję.

Czytam książki.

Oglądam stare filmy, na które nie miałbym czasu w dzień.

Sklejam modele pokracznych maszyn wojennych z epok, które nikogo dziś nie obchodzą, i ustawiam je wśród makiet domków, żeby potem patrzeć, jak profesjonalnie pokrywają się równomierną warstewką kurzu na podświetlonych półkach.

Wiem, że nie powinienem, że nie robi mi to dobrze w głowę, że jest jakimś tam elementem zachowań aspołecznych i docelowo destrukcyjnych. A mimo wszystko robię to, bo… bo inaczej nie potrafię.

I przeważnie jest mi z tym dobrze, spokojnie, cicho i przyjemnie.

Ale dziś jest jeden z tych gorszych dni.

Z ciężkim westchnieniem przymykam klapkę laptopa, zostawiając niedopisany raport z działalności fundacji za ubiegły rok. Niby czasu jeszcze mnóstwo, żeby to złożyć, bo dopiero luty się kończy, ale mam tak, że jak coś nie jest zrobione od razu, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wisi nade mną niczym mityczny miecz Damoklesa.

Gaszę stojącą na biurku lampkę, wyłączam boczne oświetlenie, starając się nie skrzypieć panelami w korytarzu, przekradam się do łazienki.

Elektryczna szczoteczka, mydło o zapachu lawendy, miękki ręcznik pachnący kwiatowym płynem do płukania i jestem czyściutki, gotowy na oddanie się w objęcia królującej już na dworze nocy.

Zaglądam jeszcze do pokoju małej, wsłuchuję się w równy, spokojny oddech śpiącej trzylatki. Mimowolnie uśmiecham się, patrząc na zawinięty w kołdrę tłumoczek, leżący w łóżeczku, nad którym gonią się po ścianie wymalowane misie, żyrafy i inne motylki: ech, piękna rzecz, taka niewinność…

Delikatnie popycham drzwi do naszej sypialni, pachnącej słodko-ciężkawym zapachem snu. Po omacku, doskonale znając odległości, podchodzę do łóżka i wczołguję się pod nagrzaną kołdrę.

Wtulam się w pachnący bezpieczeństwem bok mojej drugiej, zdecydowanie lepszej połówki, przymykam oczy.

A tam, za zasłoną snów, czeka już na mnie Ona.

…wizyta przywódców w stolicy. Prezydent przyjął delegacje krajów partnerskich, zaś podczas rozmów dwustronnych padły deklaracje…

…na tak zwanej, za państwa przeproszeniem, arenie międzynarodowej! Trudno przecież oczekiwać, żeby takiego rodzaju działania miały być przez nas pozostawione bez adekwatnej odpowiedzi! Dwie, może trzy atomówki i od razu zrozumieją, że z nami nie należy…

…kolektywnego, że tak powiem, Zachodu! Zgnilizna moralna! Upadek wartości! Operacje zmiany płci na życzenie, homoseksualiści, naziści, sataniści! Obrona tradycyjnego modelu rodziny jest dziś koniecznością dziejową, w przeciwnym razie…

…asymetryczną odpowiedź zbrojną.

– Myślisz, że zaatakują?

Podnoszę wzrok znad umowy współpracy z think-tankiem analitycznym z Berlina, patrzę na siedzącego naprzeciwko Maksyma. Potrząsam głową.

– Że co?

– No, czy nas zaatakują. To wszystko, co mówią w mediach o eskalacji… Pidary, że Ruscy, w sensie.

– Ach. Nie, nie sądzę. Są głupi, ale nie aż tak.

– Brat mojego kolegi dostał wczoraj wezwanie do mobilizacji. Podobno kazali mu zostawić telefon w domu, żeby nie można było namierzyć sygnału. A znajomy z Kijowa mówił, że Amerykanie zaczęli ewakuację swojej ambasady…

Ściągam okulary, które noszę do czytania od ubiegłego roku, ściskam palcami nasadę nosa. Maksym zamyka się od razu: zbyt dobrze zna ten gest, kiedy ja próbuję zebrać myśli i wyartykułować je w sposób, który nikogo nie obrazi.

Głęboki oddech, drugi, trzeci.

Z tyłu głowy nadal przelatują mi wyliczenia kosztów współpracy, ceny biletów lotniczych i utrzymania naszej skromnej delegacji na Zachodzie.

Kurwa, nie stać nas na to. Nie stać nas, ale i tak musimy to zrobić.

Jak to w życiu.

Spoglądam na Maksyma, próbując przywołać na twarz wyraz statecznego spokoju i jednocześnie wznieść się na wyżyny lingwistyczne z moim wciąż kulejącym ukraińskim.

– Nie będzie żadnej wojny, Maks. Ruscy postraszą, pogadają swoje, a potem odpuszczą. Za dużo mają do stracenia, jeszcze się gospodarczo po covidzie nie podnieśli…

– Myślisz?

Widzę w jego oczach błysk nadziei. On chce, żebym tak myślał, żebym go przekonał.

– Jestem pewien. Jeszcze tydzień, może dwa, a potem zaczną deeskalować napięcie. Putin dogada się z Bidenem, zgłoszą go do pokojowego Nobla i jeszcze będzie udawał, że zażegnał kryzys.

– Putin-fiutin… – warczy Maksym, którego brat od trzech lat walczy w Donbasie.

– Nie musisz człowieka lubić ani szanować, ale nie warto go od razu zamykać w wariatkowie. Nie będzie żadnej wojny, Maks. A tymczasem… – Patrzę na wyświetlacz telefonu. – Dobra, klepnij to i podpisz, niech to Tatiana proceduje dalej.

– A ty?

Wstaję, ściągam z oparcia obrotowego krzesła marynarkę.

– A ja, mój drogi, muszę odebrać dzieciaka z przedszkola.

…rejonach dyslokacji wojsk. Ministerstwo Spraw Zagranicznych stanowczo zaprzecza tym doniesieniom, oskarżając media o sianie propagandy i podgrzewanie temperatury. Społeczność międzynarodowa…

…dzisiejszej dyskusji w Werchownej Radzie. Doszło do ożywionej wymiany argumentów, podczas której szczególnie mocno wybrzmiało stanowisko deputowanego z Iwano-Frankiwska, który…

…obrony uzasadnionych interesów naszej Ojczyzny! Dość tej antyrosyjskiej, nazistowsko-reakcyjnej propagandy z ust tak zwanego narodu, który rości sobie prawo do terytoriów od wieków należących do Wielkiej Rusi! Wystarczy palcem im pogrozić, a od razu…

– …jak sądzisz?

– Tak – odpowiadam zupełnie machinalnie.

Ogrom pomyłki dociera do mnie dosłownie ułamek sekundy później, kiedy mózg rejestruje to, co przekazują mu oczy: Nastię z mocno sceptyczną teraz miną, podnoszącą w rękach dwa pudełka rzeczy. Dwa różne pudełka zupełnie różnych rzeczy, jak za wszelką cenę starają się przekonać mnie krzykliwe kolory i rzekomo sugestywne obrazki.

– Misza… – Potrząsa głową.

Pokazuję na pudełko po mojej lewej:

– Ten.

– Droższy? Na pewno nas na to stać? Wiesz, tu jest prawie dziesięć procent różnicy w cenie…

Po cholerę w takim razie mnie pytasz? – przelatuje mi przez głowę myśl w rodzimej mowie Mickiewicza i Norwida, ale zamiast tego zginam kark do drugiego – w zasadzie już trzeciego! – języka.

– Stać nas, nie będziemy na codziennych produktach oszczędzać. Fundacja się niedługo rozkręci, mamy już kilku potencjalnych darczyńców. Bierz ten lepszy.

– Miszka, ale na pewno?

– Na pewno. Nie chcę, żeby coś tak mało istotnego, jak…

Siedząca do tej pory spokojnie w wózku na zakupy mała zaczyna kwękać, wyciąga rączki do czegoś, co zobaczyła na półce: „Daj, mama, daaaaj to, daj!”.

Nastia wrzuca opakowanie do koszyka, przykuca przy niej i zaczyna tłumaczyć coś pozornie spokojnym tonem; ja nawet nie zawracam sobie gitary próbą dokończenia zdania, bo i tak wiem, że mnie nie usłyszy: kobietom coś się robi ze słuchem, jak pojawia się dziecko.

Mam tylko nadzieję, że mija to w miarę dorastania latorośli, bo jak nie…

Wzdycham ciężko, od serca.

Bo jak nie, to nie.

Sam też mam swoje dziwactwa, zdarza mi się wyłączać, błądzić myślami.

Wracać do tej, do której obiecałem, że nigdy nie wrócę.

…zaawansowane systemy naprowadzania i kierowania ogniem. Współpraca ma zaowocować otwarciem w Charkowie linii produkcyjnej, która…

…pomóc, nie zaszkodzić! Popatrzcie na Krym przecież, jak tam się ludziom lepiej żyje! A tak to co? Nie pamiętała o nich stolica, jak i o nas nie pamięta! I to się odbije czkawką, bo…

…niekonstytucyjnego reżimu w Kijowie. Po krwawym przejęciu władzy w dwa tysiące czternastym roku, ukraińska junta konsekwentnie realizuje swoją nieludzką politykę ciemiężenia własnego ludu i uciskania mniejszości rosyjskojęzycznej. Dlatego nie ustaniemy w wysiłkach tak długo, jak…

…dzieło Boże, walcząc przeciwko armiom Antychrysta! Tęczowa zaraza z Zachodu podpełza pod mury wielkiej, świętej Rusi, ale my damy odpór tym pomiotom piekła i wspólnie, pod przewodem naszego Prezydenta, po raz kolejny złamiemy kark faszyzmu, tym razem…

…zamienić w radioaktywny popiół. Odpowiedź jest jednoznaczna: zastosuje. Konflikt z Zachodem na Ukrainie narasta tak bardzo, że dla Rosji jest to już kwestia życia i śmierci. I teraz nie pozostanie nam nic innego, jak tylko użyć siły.

– To co, Nastka? Spać?

Patrzy na mnie wyraźnie zdziwiona. Podnosi tyłek z kanapy, nachyla się ku mnie i przykłada dłoń do czoła. Zagląda uważnie w twarz.

– Ty co, chory? Źle się czujesz, chcesz coś na noc? – pyta zupełnie bez podtekstów.

Prycham, trochę rozbawiony, potrząsam głową. Wyłączam pilotem odbiornik sygnału cyfrowego, drugim gaszę telewizor, trzecim wieżę wzmacniacza. Wzruszam ramionami.

– Nie, jakoś tak… Po prostu pomyślałem, że może dziś się razem położymy. Wiem, że siedzę ostatnio po nocach, i jakoś tak…

Uśmiecha się ciepło, potem widzę w jej oczach ten błysk.

TEN błysk.

– No cóż… – Przeciąga się niczym rozleniwiona kotka. – Ja w sumie to wolę cię w dzień, w porze obiadowej, ale może być i wieczór. Mała już śpi, więc…

Pozwalam sobie na uśmiech.

– Więc?

Podnosi się, odchodzi ku łazience, kręcąc biodrami.

– …więc będę czekać na ciebie w sypialni – rzuca przez ramię, już ściągając sweter.

Wzdycham sobie, tym razem tak od serca, z zadowoleniem.

Życie jednak jest dobre.

Czuję, jak Ona mnie wzywa.

Wiem, że śpię – ale sen jest rzeczywisty, niczym jawa.

Unoszę się ponad bezkresem jałowego stepu na skrzydłach radioaktywnego wichru, wirując w tumanach śmiercionośnego, czarnego pyłu.

Przepływam pomiędzy wyziębionymi monolitami martwych od dziesięcioleci bloków, gdzie w mieszkaniach dziś rezydują tylko cienie dawnych właścicieli, a nocami wycie upiorów niesie się po obłażących z farby klatkach schodowych.

Sunę centymetry ponad spękanym, ledwie widocznym spod warstw butwiejących liści asfaltem opustoszałych ulic, po których nigdy nie przejedzie już szkolny autobus.

Pode mną przesuwają się tabuny stworów bez oczu, pokracznych kreatur ulepionych z cielesnej plasteliny przez upośledzonego Stwórcę, gnanych w ślepym pędzie dzikiego gonu naprzód, byle dalej od pałającej ponad widnokręgiem krwawej zorzy pożaru.

Wszystko zalewa pełgająca, falująca i tętniąca łuna, pulsująca ponad widocznym w oddali ciemnym masywem Sarkofagu bodącego w niebo rurą komina.

Sarkofagu, z którego bije w niebo słup oślepiająco białego światła.

Chcę oderwać od tego wzrok, ale nie mogę.

I wiem, że Ona mnie widzi.

Budzę się z gwałtownym wzdrygnięciem całego ciała.

Dyszę ciężko, czując, jak wali mi serce.

Oczy wbite w sufit nie mogą złapać ostrości.

To sen, to tylko sen, powtarzam sobie.

Jeden z wielu podobnych koszmarów, które od czasu do czasu nawiedzają mnie falami, gdy mózg z takiego czy innego powodu nie radzi sobie z procesowaniem traumy, pozostałej jeszcze z dawnego życia.

Ale teraz nie jestem TAM, tylko tutaj.

W domu.

W bezpiecznym miejscu, obok osoby, która jest moją kotwicą w normalnym świecie.

Przez chwilę nasłuchuję: może znów się małej coś przyśniło i zapłakała przez sen? Ale nie, tym razem to nie to. Poza tym teraz już nie trzeba do niej chodzić: jak czegoś chce, to sama potrafi przydreptać, bezceremonialnie obudzić i powiedzieć, że ma ochotę na… cokolwiek.

No dobra, to jednak nie dziecko, a więc problem jest we mnie.

Ostrożnie, po cichu wstaję z łóżka, żeby nie zbudzić śpiącej na boku Nastii, i ruszam przez ciemny, cichy dom.

Drzwi na korytarz, dwa schodki w dół, salon, ominięcie ścianki działowej – ręka zupełnie odruchowo, na czystej pamięci mięśniowej zgarnia szklankę z blatu, podstawia pod dyspenser filtrowanej wody, wbudowany w lodówkę.

Nie dzieje się nic.

Nie zapala się światełko, nie ma charakterystycznego kliknięcia i delikatnego poszumu silniczka, tłoczącego wodę przez dyszę wylewki.

Odsuwam się o krok: nie palą się też diody, wyświetlacz nie pokazuje temperatury.

No tak, kolejna przerwa w dostawie prądu, jak to na prowincji nocą. Zdarza się. Pewnie znów złamana gałąź spadła na druty albo na którejś podstacji, pamiętającej jeszcze słusznie minione sowieckie czasy, wywaliło bezpiecznik. Do rana naprawią.

Przechodzę tę parę kroków do zlewu, nalewam sobie kranówki. Przeżyję. Jak ktoś tyle lat pił filtrowaną gruntówkę, to przecież…

I wtedy coś rozbłyskuje za oknem.

Tam, daleko poza drzewami, na południu i na wschodzie, w kierunku, gdzie jest Kijów.

Kijów, który z tej odległości parudziesięciu kilometrów zawsze widać jako lekko jaśniejszy wycinek nieba na widnokręgu – szczególnie teraz, późną zimą, kiedy nie ma liści na drzewach.

Ale tej nocy nie ma łuny świateł miasta. Jest tylko ciemność. Absolutna, czarna, nieprzenikniona ciemność.

I kolejny daleki rozbłysk.

I jeszcze jeden.

A potem dotacza się do mnie odbite echo dalekiego odgłosu: „puk”. Jakby gdzieś, het, daleko, ktoś odpalił fajerwerk.

Kran pluje, charczy nierównym strumieniem, woda się kończy. Zostaje tylko gulgoczący syk pustki w rurach.

Ja jednak nawet tego nie zauważam, bo docierają do mnie kolejne odgłosy: „puk, puk-puk”. Słyszę, jak niosą się dalekie, rwące trzaski, przylatujące ku mnie przez dzielące nas kilometry z opóźnieniem… I kolejne rozbłyski spadających z czarnego nieba gwiazd tam, gdzie powinien świecić się Kijów.

Nagle robi mi się gorąco, potem zimno.

Obracam się na pięcie, żeby od razu, teraz, już, w tej chwili rzucić się do sypialni, zgarnąć małą, potem obudzić Nastkę, robię pierwszy krok – i zamieram niczym słup soli.

Ponieważ widzę TO.

Przede mną unosi się w powietrzu pulsująca, opalizująca sfera, zawieszona nad podłogą pośrodku mojego salonu.

Niczym kropla krystalicznie czystej wody w stanie nieważkości – przelewająca się, pozbawiona jednej ustalonej formy, mrowiąca zmarszczkami, ale wciąż powracająca do stanu równowagi idealnej.

To musi być sen. Nie ma możliwości, żeby to nie był sen.

Stoję na bosaka, w samej piżamie, trzymam w ręku do połowy napełnioną szklankę i patrzę na rosnącą w salonie kroplę wody.

Kropla skrzy się i pobłyskuje, po jej powierzchni przebiegają pajączki wyładowań elektrycznych, mieni się krawędziach kolorami tęczy… Jest piękna i straszna zarazem, a ja czuję, jak coś mnie ku niej ciągnie.

Wbrew własnej woli podnoszę nogę i robię krok, potem drugi w kierunku kuli.

Ręce same wyciągają się ku niej, podobnie zresztą jak poła rozchełstanej góry od piżamy. Kryształki żyrandola nad kanapą pobrzękują ledwie dosłyszalnie, delikatnie skrzypi i trzeszczy łańcuch. Po blacie stołu w salonie zaczynają sunąć podkładki pod talerze…

…a ja nagle uświadamiam sobie, że to nie sen.

Robię jedyne, co przychodzi mi do głowy – rzucam się w tył.

Robię to dosłownie w tej samej chwili, gdy powierzchnia sfery styka się z trzepoczącą serwetką, która wyrwała się z uchwytu na stole.

Huk i trzask są potworne, dosłownie ogłuszające. Uszy wypełnia mi wysoki, świdrujący pisk, lecę na plecy, teraz dla odmiany pchnięty niczym gigantyczną, niewidzialną dłonią – uderzam o szafkę, wpadam na stacjonarny blender, jakieś talerze i miski lecą na ziemię.

Osuwam się na podłogę, zakrywając tylko głowę rękami.

Gdy otwieram oczy, wokół mnie szaleje istne pandemonium.

Wszystko – dosłownie wszystko, co nie było przytwierdzone do ścian, sufitu i posadzki, wiruje właśnie w jakimś obłąkanym powietrznym tańcu! Talerze, książki, papiery, sztućce, kawałki drewna, fragmenty tynku, potłuczone szkło… Jedno z krzeseł dryfuje obok mnie majestatycznie, zahacza po drodze o stojący na kuchence garnek i pociąga go za sobą do oberka, widzę, jak kielich blendera dygocze w uchwycie, a szuflady dosłownie trzęsą się w prowadnicach.

Odczołguję się byle dalej, pełznąc na brzuchu po zasłanej odłamkami szkła podłodze, czując, jak wiatr szarpie mi nogawki piżamy i targa włosami.

Pomieszczenie napełniają błyski wyładowań, wicher wzmaga się, kaskadą odłamków sypie się któreś okno – fragmenty potłuczonej szyby od razu zostają wessane przez rozkręcający się huragan, który wciąga w siebie coraz więcej i więcej materiału, nabierając obrotów i wirując coraz szybciej, aż…

Uderzenie wciska mnie w szafki, dosłownie wgniata do środka przez drzwiczki z płyty wiórowej – i chyba tylko to ratuje mi życie, kiedy gruz, żelastwo i szkło uderzają w bok mebla. Metalowa gałka od karnisza niczym kula karabinowa przebija ściankę mebla i przelatuje obok mojej głowy, nóż wbija się w drewno, a ostrze wychodzi kawałek od mego oka.

Leżę tak jeszcze chwilę w moim meblowym ukryciu, kuląc się i czekając, co będzie dalej, co jeszcze się wydarzy – ale grawitacyjny huragan już się uspokoił.

Powoli, ostrożnie, niczym przerażone zwierzę wyczołguję się z powrotem do tego, co jeszcze przed momentem było moją kuchnią.

Kuchnia, najkrócej mówiąc, zniknęła.

Była, a teraz jej nie ma – przepadła razem ze sporą częścią ściany nośnej domu, fragmentem poddasza i samego dachu.

Zadzieram głowę, widzę pokój na górze, w którym planowaliśmy zrobić kiedyś miejsce dla młodej, jak ta już podrośnie. Teraz wygląda to, jakby ktoś wziął do ręki jeden z moich domków z makiety, odgryzł kawałek i wypluł, rozrzucając po okolicy.

Stoję w rozchełstanej piżamie na skraju tego, co było moim domem, a teraz jest półrumowiskiem, na którego brzegu przelewa się i kręci wciąż lekko pobłyskująca, ale teraz spokojniejsza, zdecydowanie wolniej wirująca kula falującego powietrza.

Ale wcale nie to wszystko przeraża mnie w tej sytuacji najbardziej. Bo naprawdę, ale to naprawdę straszne jest to, że dopiero teraz jestem w stanie nazwać uczucie, które wyrwało mnie ze snu w środku nocy.

Jak wtedy, kiedy lecąc samolotem, człowiek budzi się nie wiedzieć czemu i czuje, że coś jest nie w porządku. Że coś się stało. Niby to samo wnętrze, ci sami ludzie, spokojne oświetlenie boczne – ale coś istotnego się zmieniło w otoczeniu. Coś, co powoduje, że masz ochotę przełknąć ślinę, żeby przestały boleć uszy… Bo zmieniło się ciśnienie.

I świat jest niby taki sam, a jednak gdzieś niezauważenie dla nas samych przekroczyliśmy granicę pomiędzy „tutaj” i „tam”.

A ja doskonale wiem, co oznacza słowo „tam”.

TAM.

Po plecach aż przebiega mi dreszcz – i to nie tylko dlatego, że temperatura oscyluje w granicach zera, mój dom właśnie utracił spójność powłok izolacyjnych, a ja na dobrą sprawę stoję na dworze w piżamie.

Nagle uświadamiam sobie, że człowiek nade wszystko powinien uważać, czego sobie życzy – szczególnie wykonując pewien określony, dość wąsko wyspecjalizowany zawód.

Zaś ponowne spotkania po latach, kiedy twoja niegdysiejsza wielka miłość bez zapowiedzi odwiedza cię w domu, gdzie zdążyłeś zadomowić się z niedawno założoną rodziną, są zdecydowanie przereklamowane.

Przełykam ślinę, czując, jak w piersi trzepocze mi absolutnie spanikowane serce, tłoczące w żyły adrenalinę, która właśnie napełnia skronie poszumem na pograniczu ekscytacji i przerażenia.

Sfera nagle pęcznieje i strzela gwałtownym, krótkim wyładowaniem, rozrzucając wokoło najbliżej leżące śmieci. Odskakuję instynktownie, znów przypadam do ziemi, kiedy deszcz poszatkowanych na konfetti książek opada powoli w zimnym powietrzu… Śmieci. Te „śmieci” to przecież kawałki mojego domu, mojego życia.

A mimo to teraz, gdy kulę się na podłodze jak zaszczute zwierzę, są dla mnie bezwartościowe. Nie mają żadnego znaczenia. W niczym mi nie pomogą.

Chyba że…

Potrząsam głową, próbując odegnać natrętne, nibyinteligentne myśli i pozornie cięte komentarze do otaczającej rzeczywistości, którymi przerażony umysł usiłuje zająć moją uwagę akurat teraz, kiedy potrzebuję jej w całości i na zawołanie.

Powoli, nie robiąc gwałtownych ruchów, schylam się i podnoszę z ziemi pierwszy lepszy kawałek gruzu.

Skoro huraganowa sfera jest tam, w salonie za mną – to raczej nie ona oderwała z mojego domu ścianę frontową wraz ze sporą częścią dachu.

Więc jest tu coś jeszcze.

Coś, czego raczej wolałbym przypadkiem nie aktywować.

Dlatego rzucam gruz w miejsce, w którym jeszcze kilka minut temu stał stół, teraz wciągnięty i przemielony na szczapy. Kawałek cegły z doklejoną plamką tynku odbija się od pękniętej płytki posadzki, toczy jeszcze kawałek i zamiera.

– Czysto… – szepczę sam do siebie drżącym głosem.

Nie wierzę, że dałem radę przejść tędy wcześniej, jeszcze kiedy na poły śpiący szedłem po wodę.

W głowie huczy i wiruje huragan myśli, przez które ledwie słyszę świst wichru, huk i łomot niosące się z zewnątrz, krzyki ludzi… Gdzieś za mną, pośród domów osiedla, coś eksploduje kulą ognia, lecą z brzękiem szyby z okien, wyje alarm samochodowy.

„Czysto”.

Tak proste słowo, a jednak niosące ze sobą taki ładunek emocjonalny.

Wywlekające na powierzchnię wszystkie te wspomnienia, które od kilku lat starałem się zepchnąć na dno podświadomości.

Podnoszę do twarzy rękę, która wygląda jak należąca do kogoś innego. Trzęsie się jak liść osiki, a mimo to jest moja, moja, nie czyjaś obca, tylko moja! Obracam ją, zginam i prostuję palce, żeby sprawdzić, czy ciało słucha rozkazów mózgu.

Rzygać mi się chce.

Gardło aż zaciska się skurczem, ślina sama napływa do ust, czuję to charakterystyczne uczucie w głębi brzucha.

Przełykam nerwowo ślinę raz, drugi, trzeci, kolejny.

Tak, zdecydowanie mi się chce.

Zdecydowanie.

Opieram się o blat szafki i rzucam profesjonalnego, taktycznego rzyga prosto w pustą misę zlewu, za którą kiedyś była ściana, a teraz jest tylko pustka, w której ktoś wymalował jaskrawymi farbami pejzaż lokalnej apokalipsy na osiedlu domków jednorodzinnych.

Osłupiały, oszołomiony i z pewnością kontuzjowany patrzę na najbliższą okolicę, która teraz zamieniła się w przedsionek piekła.

Stojące na podjazdach i na ulicy samochody wyją i migają światłami, ale nawet skowyt alarmów ginie w ryku gigantycznej fontanny ognia, która zamienia właśnie dom dwie działki od nas w płonącą pochodnię.

Kawałek wyasfaltowanej drogi wygląda, jakby ktoś docisnął plastelinę odwróconą szklaną miską – zupełnie przezroczystą, a mimo to zostawiającą idealnie obły ślad we wszystkich po kolei warstwach – od popękanych płyt chodnika, przez asfalt, podsypkę pod nim, aż do rur kanalizacji i wodociągu, których zawartość rozlewa się teraz po obrzeżu niewidocznej sfery nierównymi kałużami i strugami zacieków.

Garaż sąsiadów z naprzeciwka właśnie ulega stopniowemu demontażowi, kawałek po kawałku zasysany przez pulsujący na wysokości pierwszego piętra kłąb zwiniętego drutu, metalu i żelbetu, wyrywający po kolei cegły z obłożonego klinkierem komina.

Tam, po prawej, cały rząd drzew jakby ktoś obciął jednym chlaśnięciem ogromnego noża: korony kończą się idealnie wzdłuż ukośnej płaszczyzny, której przedłużenie rysuje się poprzeczną kreską na najbliższym domu.

Aż kulę się odruchowo, gdy na jednej z posesji przy równoległej uliczce z hukiem eksploduje przydomowy zbiornik gazu, podnosząc się ognistą kulą w czarne niebo.

Powoli wraca mi słuch, więc prócz pisku w uszach i modulowanego skowytu alarmów zaczynam słyszeć inne rzeczy: świst wciąganego przez sferę w salonie powietrza, ryk gejzeru ognia na dworze, trzask i huk niosący się gdzieś z zewnątrz… Przerażone głosy ludzi, dochodzące zewsząd krzyki, płacz i odbijające się echem żałosne nawoływanie.

– …sąsiedzie! Sąsiedzieeee! – drze się ktoś na ulicy.

Nadal zmagając się z torsjami i trzymając się zlewu, ryzykuję szybkie zerknięcie w bok: to ten irytujący gość, co mieszka po skosie od nas. Stoi pod moją furtką, twarz ma zakrwawioną i chyba coś nie tak z ręką. Stoi i szarpie za klamkę, mimo że całe dwie sekcje płotu obok po prostu zniknęły, a bramę wygięło w obwarzanek.

Zauważa, że go widzę, macha do mnie gorączkowo, coś woła… Słyszę przez huk ognia i trzask anomalii co drugie słowo, coś o telefonie, o policji, wojsku…

– N-nie! – wołam przez ściśnięte, pełne palącej żółci gardło, macham ręką. – Nie działa nic! Do domu proszę wrócić. Do domu!

On krzyczy coś jeszcze, ale potem odrywa się od furtki, najwyraźniej zamierza iść do tych naprzeciwko. Musi być w szoku – dopiero teraz widzę, że puchową kurtkę narzucił wprost na podkoszulek, jest w kapciach…

– Do domu pan idzie! Do siebie wraca!

On odwraca się, coś krzyczy, macha ręką, jakby chciał pokazać, że nieważne.

– Nie tędy! Nie…! – usiłuję przekrzyczeć wszystko wokół.

Mężczyzna robi jeszcze dwa kroki, a potem staje jak wryty i prostuje się, jakby ktoś podłączył go do prądu.

Widzę, jak coś unosi go nad ziemię, a potem składa wpół, jak scyzoryk – najpierw w przód, tak że głowa dotyka do kolan, a potem w tył, przez plecy. I jeszcze raz w tę i we w tę… Jak na tych filmikach z Pakistanu i Chin, gdzie człowieka wkręca w maszynę do nawijania folii strecz albo zaczepia o wał korbowy – niby są tam w środku, w nas, ścięgna i kości, ale przy odpowiednio przyłożonej sile człowiek jest jak z gumy.

Patrzę wbrew własnej woli, z jakąś chorą fascynacją, jak człowiek zamienia się w figurkę origami.

Coś dosłownie wypłaszcza go, rozciąga na boki i składa wedle idealnie wytyczonych linii. Facet krzyczy, przynajmniej z początku, potem jest jeszcze chrzęst kości i ciała, ale w końcu zamienia się w coś, co wygląda bardziej jak zabugowana grafika z gry komputerowej, traci pozory realności i nie wywołuje już nawet przerażenia.

Mój umysł może wypierać i racjonalizować to, co się dzieje, ale organizm aż nadto dobrze wie, co się właśnie stało – więc kolejna fala torsji zgina mnie wpół, gdy żołądek usiłuje wyrzucić z siebie resztki treści.

Kaszlę, chrypię, rzężę i zanoszę się głuchymi beknięciami tak długo, aż w końcu nie zostaje we mnie nic.

Potem osuwam się bez sił na podłogę, spocony jak mysz, targany niekontrolowanymi dreszczami.

Jest mi zimno.

Po prostu zimno, bo skoro mój dom przestał w rozumieniu grzewczo-izolacyjnym być układem zamkniętym, to temperatura musi oscylować w okolicach zera, jak to w nocy pod koniec lutego.

Najbardziej mam ochotę skulić się, zamknąć oczy i udawać, że mnie zwyczajnie nie ma. Trzymać się desperackiej nadziei, że to wszystko się jakoś ułoży, wyjaśni, naprostuje samo…

Ale wiem, że tak się po prostu nie stanie.

Kolejny wysoki, przenikliwy krzyk.

Ktoś idzie, albo może biegnie, krzycząc rozdzierająco, ile tylko sił w płucach, jakby stało mu się coś potwornego – a potem ostry, suchy trzask i błękitny rozbłysk wyładowania elektrycznego.

Krzyk urywa się i już nie rozbrzmiewa ponownie.

Odkasłuję, odcharkuję, spluwam resztkami żółci na płytki podłogi.

Nie stanie się, nie ułoży się, nie wyjaśni się, nie naprostuje się.

Mogę tu leżeć, czekając pasywnie na śmierć – albo spróbować przeżyć.

I może uratować kogoś jeszcze.

Dlatego gramolę się z ziemi, podnoszę to, co akurat mi wpadnie pod rękę: zgięty widelec, kawałek talerzyka, fragment cegły z zaprawą murarską. Staję na chwiejnych nogach i niezgrabnie rzucam przed siebie pierwszy nibyznacznik.

– Czysto… – szepczę drżącymi wargami.

Krok, krok, jeszcze jeden.

Rzucam kolejny znacznik: czysto.

Robię te następne kilka kroków, które teoretycznie przynajmniej nie powinny mnie zabić.

Ciskam przed siebie kawałki gruzu, metalu i drewna, które dopiero co były tworzywem dla przestrzeni mojego życia.

Wytyczam bezpieczną trasę przez to, co powinno być – ale już nie jest – normalnym pomieszczeniem normalnego domu.

Jeden z kamyków odbija się od szafki, odskakuje w bok i toczy się dalej: pac-pac-pac… Zamieram w pół kroku, patrząc, jak on nie przestaje podskakiwać, przyspiesza coraz bardziej, aż w końcu wiruje jak fryga i wystrzeliwuje gdzieś w górę, porwany przez ten sam bąbel, który musiał pożreć front mojego domu.

Następny rzucam bardziej w lewo – ten z kolei zaczyna ściągać do siebie minihuragan zniszczenia w salonie, który zdążył już złapać w siebie trochę śmiecia i teraz jest raczej w wersji „midi”, zmierzając powoli ku „maxi”.

Tędy nie przejdę, nawet nie będę próbować. No dobrze, to cofamy się do kuchni i dookoła, wokół ścianki z wyciągiem…

– Misza! Misza, ty gdzie?! Miszaaa!

– Taaatuuuuś! – drze się drugi, o wiele wyższy i bardziej dojmujący głosik. – Ja chcę tatuuusiaaaa…!

Zaciskam oczy, potrząsam głową: nie. Nie teraz.

Słyszałem te wołania już wcześniej, ale nie dopuszczałem ich do siebie.

Nie stać mnie na myślenie teraz o kimkolwiek innym, bo zaraz i sam zginę, i nikomu nie pomogę.

Tutaj muszę w pierwszej kolejności myśleć przede wszystkim o sobie.

TUTAJ.

Jest zimno, tak zimno, że aż grabieją mi dłonie i zaczynają szczękać zęby, a mimo to czuję, jak po plecach leci mi strużkami pot.

Kawałek po kawałku, jak saper na polu minowym omijam przekrzywioną kuchenkę, przesuwam się wzdłuż ściany salonu… Przechodzę w trzech długich, pokracznych krokach ponad przewróconym regałem z książkami.

Anomalia wiruje dosłownie na wyciągnięcie ręki ode mnie, kręci zawieszonym w powietrzu śmieciem i kurzem. Nie rzucam niczym, żeby jej przypadkiem nie aktywować, idę tylko z wyciągniętą przed sobą rozczapierzoną dłonią, próbując wyczuć prądy powietrza.

Coś z hukiem i trzaskiem wybucha na poddaszu, tynk sypie się z sufitu, gniazdka elektryczne strzelają iskrami, ale to bez znaczenia.

Schodki do części sypialnej są już na wyciągnięcie ręki.

– Nastia… Dura! – wołam. – Durka, jesteście tam?! Durkaaa…!

Chwila ciszy, w której aż nadto wyraźnie słyszę stłumiony, zawodzący szloch dziecka.

– Misza, tutaj! Ja z małą, w jej sypialni…

– Tatuś! Tatuś, ja chcę do tatusia…!

– Nie ruszaj się, Dura! Ani kroku, nie idźcie nigdzie… Ja już do was…! – krzyczę, czując, jak zaczyna brakować mi głosu.

– Taaataaa…!

– Już do was idę, kwiatuszku! Tatuś zaraz przyjdzie!

Jestem już przy schodkach, ale coś mi się nie podoba pod sufitem. Nie wiem co, ale coś tam błyszczy, i tynk jakoś dziwnie zaczyna się wzdymać, jakby purchlem… nie było tego, na pewno nie było jeszcze chwilę temu.

Przesuwam się bokiem, nie spuszczając dziwnego tworu z oka, a potem przechodzę obok łazienki. Nie otwieram nawet drzwi, bo słyszę, jak coś tam bąbluje i przelewa się niczym gotująca smoła… Zjadliwy, zielonkawy blask sączy się przez szczelinę wentylacyjną.

Mój dom, nasz dom jest teraz przedsionkiem piekła, a ja muszę przez niego przejść cały i zdrowy – jak rzadko kiedy, nie dla siebie, a dla innych.

Słyszę, jak mała zawodzi, a Nastia coś jej śpiewa łamiącym się głosem.

Spycham to na dno świadomości, szorując plecami po ścianie, docieram do drzwi.

– Dura! – wołam.

– Misz!

– Tata! Do taty, do tatyyyyy…! Taataaaaa…! – drze się mała.

– Dura, czekajcie na mnie! Ja po ubrania najpierw do garderoby pójdę, bo zimno… Drzwi wam zamknę, ścianę całą wyrwało w kuchni!

– Co?!

– Taaaatuuuuuś! Ta…ta…a…a…! – Mała ewidentnie wpada w kolejny atak histerii.

– Ścianę wyrwało! – powtarzam przez zaciśnięte nagle gardło. – Czekajcie na mnie, zaraz u was będę…

– Ale co się stało?!

Zerkam w korytarzyk do salonu, gdzie „karuzela” zaczyna nabierać właśnie obrotów, wciągając w siebie resztę mojego księgozbioru i pościąganych z półek modeli oraz makiet.

Zamykam oczy, biorę głęboki wdech.

Wiem, co powiedzieć.

– Zona się stała.

Nastia patrzy na mnie wielkimi oczami, nadal nie rozumiejąc, co usiłuję jej powiedzieć.

Siedzimy na łóżku, przykryci wszystkimi kołdrami, kocami i narzutami, jakie tylko udało mi się wyciągnąć z szafy, ubrani w ciepłe, narciarskie spodnie i zimowe kurtki, w czapkach i rękawiczkach, żeby zminimalizować utratę ciepła.

Mała uspokoiła się już trochę, przysnęła w końcu niespokojnym snem, wtulona pomiędzy nas dwoje. Czuję, jak rzuca się przez sen… Na szczęście ma raptem trzy latka, więc raczej nie będzie tego pamiętać. Zatrze się jej to w umyśle, ugładzi: ot, tatusia nie było, tatuś przyszedł, wszystko w porządku.

Taką mam przynajmniej nadzieję.

Coś buczy miarowo i dudni basem na piętrze, sufit skrzypi i osypuje się drobnym pyłem, gdy nieznana anomalia ciśnie na żelbet.

Ściany nośne domu jęczą i trzeszczą, poddawane oddziaływaniu sił, o których nie śniło się naukowcom.

Na dworze, od którego dzieli nas raptem kilkanaście centymetrów cegieł i styropianu, rozgrywają się jakieś dantejskie sceny.

Ciemność nocy co chwila przecinają rozbłyski wyładowań „elektr” i rzygające strumieniami ognia „żarniki”; światło łamie się i rozszczepia w polach grawitacyjnych „karuzel” i „koncentratów”, wpada przez okna tańczącymi na ścianach refleksami we wszystkich kolorach tęczy.

Szyba jednego z okien jest pęknięta, więc czuję, jak po karku liże mnie powiew chłodniejszego powietrza. Sypialnia jest relatywnie niewielka, a ja upchałem pod drzwi tyle koców i swetrów, ile tylko dałem radę, więc nie tracimy ciepła tak szybko – ale wraz z zimnem do środka przez okno docierają dźwięki.

Dźwięki, które nawet u mnie wywołują dreszcze.

Ktoś krzyczy przerażająco, robiąc przerwy tylko po to, żeby zaczerpnąć tchu. Wrzask niesie się po ulicy, odbija echem od domków… A tamten krzyczy dalej, po prostu wyrzucając z płuc powietrze.

Jakiś kwadrans temu ktoś szedł ulicą, nawołując i wzywając sąsiadów. Nie wiem – żeby w czymś pomogli? Żeby sprawdzić, czy da radę się u kogoś schronić? A może tak po prostu, usiłując się upewnić, że nie jest jedyną osobą, jaka pozostała przy życiu?

Kawałek od nas, pewnie ze trzy ulice dalej, ktoś strzelał. Pojedynczymi, bezładnie, raptem kilka razy, więc chyba pistolet… Potem gruchnął charakterystyczny wystrzał ze śrutówki, ale tylko jeden.

Słyszałem, jak gdzieś jechał samochód, zawodząc piłowanym na zbyt wysokich obrotach silnikiem. Zbliżał się, wyjąc coraz donośniej, potem przemknął obok i ucichł w oddali, przepadł bez śladu.

Od czasu do czasu coś wybucha, a wtedy ściany drżą, szyby brzęczą w oknach. Nasłuchuję tylko spadających na resztki dachu odłamków, próbując zrozumieć: blisko? Daleko?

Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Nie tutaj, nie w Zonie.

– Ale… ale jak to, Zona?

Już otwieram usta, żeby po raz kolejny spróbować wytłumaczyć jej to samo, wyjaśnić oczywiste, zakomunikować to, co jest widoczne jak na dłoni.

Zauważam jednak, że tynk na ścianie, którą Nastia ma kawałek za sobą, powoli pokrywa się stopniowo rosnącym wykwitem, jak gdyby sączyła się w niego ropa albo przepalony, rozwarstwiający się olej silnikowy. Ona jeszcze tego nie widzi, a ja nie zamierzam teraz zwracać na to uwagi. I tak jest dziewczyna wystarczająco przerażona.

Natomiast dociera do mnie z przeraźliwą, lodowatą jasnością: na pewno nie będziemy mogli tutaj zostać na dłużej.

– Nie mam pojęcia, Durka. Mówiłem ci: nie wiem. Ale wiem, co to jest… I ty też przecież wiesz.

Nastia potrząsa głową, odruchowo przytula małą. Nadal nie może się pogodzić z oczywistym. Niedobrze.

– Miszka, ale to przecież bez sensu! Ona jest tam, za Kordonem…

– Już nie. Teraz jest tutaj, a my jesteśmy na Jej terenie.

– Myślisz, że była Emisja?

Co ja mam jej powiedzieć?

„Nie, na pewno nie”? To będzie przecież jawne kłamstwo.

„Tak, to była Emisja”? Co z kolei nie będzie prawdą, bo Emisje nie sięgają tak daleko i nie zostawiają aż tak trwałych efektów, nie tworzą anomalii.

Ech, głupi, głupi. Tyle lat powtarzałem w kółko, że Zona nie trzyma się reguł, że nie ma swoich zasad, że nie da się Jej zmierzyć, zważyć ani ograniczyć… A teraz sam próbuję do Niej przykładać zwykłe, ludzkie, quasirozumowe instrumenty poznawcze.

Wzdycham ciężko, ukradkiem zerkając na rozrastającą się plamę na ścianie.

– Nie wiem – mówię zgodnie z prawdą. – Ale wiem, że Ona najwyraźniej tutaj przyszła. Może…

Nie kończę zdania, bo myśl pobiegła w zdecydowanie złym kierunku. „Może upomniała się o to, co do Niej należy” – byłem już gotów powiedzieć.

Drugą opcją było „może przyszła po to, czego nie dostała kiedyś” – w sensie, że po nią.

– Może…? – Nastia spogląda na mnie.

Potrząsam tylko głową.

– Nie ma „może”, Durka.

– Nie mów tak na mnie! – zaperza się nagle.

Mała porusza się niespokojnie, kwęka przez sen, więc Nastia szepcze coś uspokajająco, gładzi córkę po główce… Zauważam, że z ust leci jej para, więc jednak temperatura spada szybciej, niż się spodziewałem. Niedobrze.

– Nie mów tak na mnie – powtarza już ciszej, półszeptem, ale nie mniej dobitnie. – Mówiłam ci tyle razy, że nie lubię tej głupiej ksywy. Ona poza tym została tam, po tamtej stronie, a tutaj…

Urywa, bo chyba widzi, jak mimo woli smutno się uśmiecham.

– Tutaj teraz jest Zona – szepczę, delikatnie gładząc ją po policzku dłonią w rękawiczce. – Więc teraz ty jesteś Durka, ja Miszka, a mała…

– Mała jest Mała.

– Niech będzie, że Mała – zgadzam się. – I skoro już to ustaliliśmy, to nie możemy tutaj dłużej zostać.

Znów widzę w jej oczach przerażenie. Zupełnie jak wtedy, kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, gdzieś pod Komaryniem, całe lata temu… Wtedy też nie chciała uwierzyć, trzeba było jej tłumaczyć, przekonywać. Musiała się na własnej skórze przekonać.

A tutaj nie ma już tylko własnej skóry, bo pomiędzy nami leży ciepłym, równo dyszącym tobołkiem trzyletni dzieciak.

– Misza… – zaczyna.

– Durka, nie. Nie możemy zostać. Tutaj jest niebezpiecznie, rodzą się kolejne anomalie. Popatrz sama. – Pokazuję na ścianę za nią. – Musimy się wydostać, wyprowadzić stąd Małą.

– Ale… ale to przecież jest nasz dom!

W jej głosie pobrzmiewają płaczliwe nutki. Zamiast zrobić coś, nie wiem, normalnego – pocieszyć ją? przytulić? okazać śladową empatię? – ja po prostu rozglądam się po ścianach, suficie. Wolną ręką pokazuję na to wszystko, wydymam usta pogardliwie.

– To? Nie. To w najlepszym razie po prostu „dom”, Durka. Ale tu jest Zona, tu nic nie jest ani moje, ani twoje, ani już na pewno nie nasze.

Przez chwilę mam wrażenie, że albo się rozpłacze, albo strzeli mnie w twarz, ale ona zaskakuje mnie po raz kolejny: po prostu krótko, zdawkowo kiwa głową.

Widzę, że nagle się zmieniła, coś przeskoczyło jej w głowie. Poprawia się na łóżku, odgarnia z czoła włosy. Patrzy wprost na mnie.

– To co dalej?

Wzdycham ciężko, odsuwam się kawałek, żeby wyjrzeć za okno.

– Już jasno się powoli robi, świt blisko. Poczekamy, żeby nie iść po ciemku… Akurat się zbierzemy, wszystko się poprzesuwa.

– Co?

Zaciskam pięści, ale zachowuję spokój, przynajmniej ten zewnętrzny. Nie bez kozery nadałem jej w Zonie właśnie taką, a nie inną ksywę.

– Anomalie się przesuwają o świcie. Pamiętasz? Czy mam ci od początku robić podstawowe szkolenie?

– Aaa… No faktycznie. Było takie coś.

– No właśnie. Ubierz małą ciepło, weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

– …a ty?

O kurde, bałem się tego momentu.

– A ja wykopię to, co pogrzebałem – odpowiadam po prostu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij