-
nowość
Zorro. Jeździec w masce. Tom 2 - ebook
Zorro. Jeździec w masce. Tom 2 - ebook
Aragonia jęczy pod butem nowego, bezlitosnego wielkorządcy, don Alvareza. Podatki rosną, komisarze grabią ostatnie sztuki bydła, a wtrąceni do lochów więźniowie tracą nadzieję. Madryt jest daleko, a sprawiedliwość jeszcze dalej. Czas, by do akcji wkroczył on. Niezrównany mistrz szpady. Wirtuoz bata. Człowiek w czarnej masce.
Zorro powraca, by na swój własny, bezczelny i brawurowy sposób wymierzyć sprawiedliwość. Zanim jednak rozda zrabowane złoto biednym, będzie musiał stawić czoła plutonom egzekucyjnym i czterem najbardziej krwiożerczym szermierzom Europy. Jakby tego było mało, po dworze kręci się Zefirio Corti – arystokrata o ego wielkości Pirenejów i inteligencji polnego kamienia…, który w dziwny sposób zawsze pojawia się tam, gdzie Zorro.
Szaleńcze pościgi po dachach, zuchwałe kradzieże prosto z pałacowych skarbców i pojedynki, w których duma hiszpańskich grandów ucierpi równie mocno, co ich skóra. Pełna humoru i pędzącej na złamanie karku akcji komedia płaszcza i szpady, w której jedyną rzeczą ostrzejszą od ostrza jest język bohater.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7954-412-7 |
| Rozmiar pliku: | 731 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Z mniejszej sali w lewym skrzydle pałacu prowadził do apartamentu Dolores obszerny korytarz, wyłożony miękkim dywanem. Apartament składał się z czterech komnat. Wejście z korytarza wiodło do saloniku–poczekalni, dalej był salon właściwy, buduar i sypialnia.
Pewnego popołudnia w apartamencie Dolores rozegrała się dziwna scena, o której mieszkanka tych komnat nie miała najmniejszego pojęcia. Wysoki, barczysty oficer, don Alvarez, zapukał do drzwi w głębi korytarza. Nie otrzymawszy odpowiedzi, stał przez chwilę, wahając się, czy ma odejść, czy wejść do środka. Postanowił to drugie.
Uchylił drzwi i wszedł do saloniku. Nikogo tu nie było. Poczekał chwilę, chrząknął, dając znać o swojej obecności. Nikt się nie odezwał.
„Nie ma nikogo w komnatach Dolores. Księżniczka ostatnio rzadko bywa w domu. Dokąd się udaje, co robi – to dla mnie zagadka... Może jakaś miłostka albo intryga?” – pomyślał.
Skierował się do buduaru.
„W jej sekretarzyku znajdę pewnie jakiś list albo skrawek papieru, który mi to wyjaśni. Trzeba działać szybko, żeby nikt mnie nie przyłapał. Jeśli chce się mieć żonę z książęcego rodu, trzeba dobrze uważać, żeby ktoś mi jej nie sprzątnął sprzed nosa”.
Wszedł na palcach do buduaru i znieruchomiał. Przed sekretarzykiem, odwrócona do niego plecami, siedziała jakaś kobieta, całkowicie pochłonięta lekturą listu trzymanego w ręku. Don Alvarez zbliżył się; odgłos jego kroków tłumił puszysty dywan. Dotknął ręką ramienia czytającej.
– Ach! – krzyknęła przestraszona i odwróciła głowę.
Była to Pepita, niedyskretna pokojówka Dolores. Z jej piersi wyrwało się westchnienie ulgi. Położyła palec na ustach i wskazała na sypialnię. Don Alvarez zrozumiał, że tam znajduje się Dolores.
Pepita schowała kartkę papieru do szuflady, po czym wstała i pociągnęła don Alvareza za sobą. Przeszli w ten sposób przez dwie komnaty i znaleźli się na korytarzu.
Wychodząc, nie zauważyli człowieka, który cofnął się na ich widok i ukrył w niszy obok Wenus z brązu, trzymającej we wzniesionej ręce kandelabr. Człowiekiem tym był Zefirio.
Pepita i don Alvarez przystanęli w pobliżu.
– Co czytałaś? – zapytał półgłosem oficer.
– Notatki księżniczki.
– No i czego się dowiedziałaś?
– Klucznik: tysiąc peso, strażnik przy bramie: pięćset, czterej wartownicy po dwieście pięćdziesiąt.
– Co to ma znaczyć? Nic nie rozumiem!
– To znaczy, że księżniczka przygotowuje czyjąś ucieczkę z więzienia.
Zdumienie pojawiło się na twarzy don Alvareza.
– Przygotowuje czyjąś ucieczkę z więzienia? Dziwne! Nie mogę pojąć, kogo chce oswobodzić!
Nagle uderzył się dłonią w czoło. Przypomniał sobie święto ludowe w Huesce, Zorro i Dolores tańczących bolero, upojenie Dolores i jej uległość wobec rozbójnika. Zacisnął zęby ze wściekłości i szepnął:
– Wiem, kogo chce uwolnić!
– Kogo? – zapytała ciekawie Pepita.
– Nie powinno cię to obchodzić, moja dziewczyno! Trzymaj, oto zapłata za usługę, jaką mi oddałaś!
Wyciągnął z kieszeni kilka monet, lecz Pepita schowała ręce za siebie.
– Cóż to? – zdziwił się don Alvarez. – Nie chcesz pieniędzy?
– Nie.
– Dlaczego? Za mało dla ciebie?
– Nie chcę wcale twoich pieniędzy, _señor_.
– Dlaczego nie chcesz? Wytłumacz! Wyświadczyłaś mi przysługę, więc należy ci się wynagrodzenie! Tak się przecież umówiliśmy!
– Zgodziłam się nie dla pieniędzy, ale z innego powodu.
– Jestem ciekaw jakiego.
– Zgodziłam się, ponieważ cię kocham, _señor_.
Don Alvarez spojrzał ze zdumieniem na śmiałą dziewczynę, która jako pierwsza wyznała mu miłość. Pepita mogła się podobać. Miała świeżą twarzyczkę i figlarne, można by nawet powiedzieć przebiegłe oczy.
Uśmiechnął się i ujął dziewczynę za podbródek.
– Podobasz mi się, moja Pepito!
Dziewczyna zarumieniła się z radości. Don Alvarez mówił dalej:
– Przyjdź do mnie jutro wieczorem. Nie wchodź jednak głównym wejściem, tylko bocznym...
Pepita zarzuciła mu ręce na szyję, szepcząc:
– Kochany mój! Jesteś dla mnie całym światem. Nie wzgardziłeś biedną dziewczyną, która cię ubóstwia.
Pocałowała go namiętnie, a don Alvarez odwzajemnił pocałunek. Zefirio skorzystał z tego, że byli zajęci sobą, ostrożnie wysunął się z niszy i zniknął za zakrętem korytarza.
– Jestem ostatnio zupełnie sama – mówiła Pepita. – Odkąd przybyła Mercedes, przyjaciółka księżniczki, w tych pokojach panuje pustka. Obie są dziwnie zamyślone, ale żadna z nich nie zdradza drugiej przyczyny swoich trosk. Księżniczka ubiera się skromnie i zaraz po obiedzie wymyka się z pałacu. Po kilku chwilach Mercedes też opuszcza apartament. Kryje się w tym jakaś tajemnica, której nie mogę pojąć.
– Nie musisz sobie tym zaprzątać głowy, moja Pepito – odparł don Alvarez. – Zostaw to mnie. Ja już tę zagadkę rozwikłam, a raczej odwrotnie: tak ją zagmatwam, że we dwie jej nie rozwiążą.
Ucałował Pepitę i wyszedł, śmiejąc się głośno z własnego dowcipu.
Przed pałacem dosiadł konia, nie zwracając uwagi na powóz stojący w pewnej odległości. Na koźle siedział wysoki i bardzo chudy młodzieniec. Don Alvarez puścił konia kłusem. Powóz podążył za nim w odpowiednim odstępie.
Przejechali w ten sposób prawie całą Saragossę. Wreszcie don Alvarez zatrzymał konia i zeskoczył na ziemię. Stał przed bramą fortecy. Jedną ręką trzymał cugle, drugą zastukał do bramy. Po chwili wszedł do środka.
Powóz stał ukryty za pobliskim budynkiem. Zefirio wychylił głowę przez okno i zapytał Porfiria, który siedział na koźle:
– Wszedł do środka?
– Tak.
– Wszystko w porządku. Zawracaj do pałacu.
Niebawem kareta znów stanęła w przyzwoitej odległości od rezydencji książęcej. Porfirio pamiętał o swoich zawziętych wrogach, strażnikach pałacowych, i wolał tym razem trzymać się ostrożnie nieco dalej od pałacu.
Zefirio wysiadł z powozu.
– Zaczekajcie na mnie tutaj! – rzucił do swoich przyjaciół.
– Słuchaj, Zefirio! – zawołał za nim Malibran, wychylając się z okna. – Jak długo będziesz się tak kręcił tam i z powrotem? Nie zapominaj, że nie jedliśmy jeszcze obiadu.
– Wejdźcie do gospody i coś zjedzcie – odparł Zefirio. – Jadąc prosto przed siebie, natraficie na gospodę „Pod białą czapą”. Mają tam dobre wino... Tylko nie wszczynajcie żadnych bójek ani awantur. Mam tego dosyć.
– Możesz być spokojny, Zefirio – przyrzekł uroczyście Porfirio. – Będziemy się zachowywać jak nowo narodzone jagnięta.
– Przyrzekamy ci absolutną poprawność w stosunku do rodzaju ludzkiego – dodał Malibran.
Zefirio udał się do pałacu. Porfirio i Malibran ruszyli dalej powozem.
Nad wejściem do gospody wisiała biała czapa z blachy, przypominająca nakrycie głowy kucharzy. Przyjaciele weszli do środka. Usiedli skromnie przy stole w kącie. Po pewnym czasie stół zastawiono mięsem, chlebem, czarną, narodową polewką i winem.
Porfirio i Malibran zabrali się do jedzenia. Gruby Malibran jadł niewiele, natomiast chudy Porfirio pożerał nieprawdopodobne ilości. Wreszcie mieli dosyć. Odsunęli puste talerze, zapalili _cygarilla_ i zaczęli rozglądać się po sali.
Na nieszczęście sąsiedni stół zajęty był przez dworzan książęcych. Pili dużo i zachowywali się nader hałaśliwie, śmiejąc się głośno i uderzając szklanicami o blat stołu. Malibran spojrzał na Porfiria, a Porfirio na Malibrana.
– Przyrzekliśmy nie wszczynać bójek ani awantur – mruknął Malibran.
– A kto mówi o wszczynaniu bójek lub awantur? – odparł Porfirio. – Nigdy nie byłem tak pokojowo usposobiony jak dzisiaj.
Pomyślał chwilę, po czym trzasnął pięścią w stół i zawołał, jak tylko mógł najgłośniej:
– Malibran, przyjacielu, powiedz mi, czy nie nachodzi cię nigdy chęć popełnienia samobójstwa?
– Nigdy! – odparł Malibran.
– A co byś uczynił, gdybyś miał paskudny, długi nos z brodawką na samym końcu?
– Popełniłbym samobójstwo!
– I dobrze byś zrobił! Człowiek z brodawką na nosie nie może chodzić po bożym świecie. Psuje krajobraz i odbiera ludziom apetyt.
Przy sąsiednim stole zrobiło się cicho. Jeden z dworzan miał długi, czerwony nos i na nim brodawkę.
– Masz rację – rzekł Malibran. – Pozwolę sobie jednak zapytać również ciebie, co byś uczynił, gdybyś miał zeza?
– Dałbym sobie wybić jedno oko. W ten sposób nikt by nie wiedział, że zezowałem.
Drugi dworzanin lekko zezował.
– Świetny pomysł! – zawołał Malibran z zachwytem. – Jesteś genialny, mój przyjacielu. A co byś uczynił, gdyby natura obdarzyła cię długą, cienką szyją?
– Zawiązałbym ją sobie na węzeł.
Był to docinek wymierzony w szyję trzeciego dworzanina.
Porfirio i Malibran, rozprawiając głośno ze sobą, nie zwracali najmniejszej uwagi na sąsiedni stolik. Można było odnieść wrażenie, że nie dostrzegają trzech par wściekłych oczu dworzan.
– Dość tego! – ryknął jeden z nich, odsuwając krzesło z taką gwałtownością, że upadło z trzaskiem na ziemię. – Hej, Passada i Molla, nie słyszycie, że ci dwaj z nas kpią?
Zbliżył się do stołu, przy którym siedzieli dwaj przyjaciele, i, nachylając się nad nimi, zapytał groźnie:
– To wy do moich oczu tak się odzywacie, _señores_?
Porfirio spojrzał na niego, udając zdziwienie.
– Do oczu?... Na Bachusa! Malibran, spójrz tylko. O wilku mowa, a wilk tu. Toż on zezuje okropnie, ten czcigodny _señor_.
Do stołu zbliżył się don Passada.
– Coście mówili o brodawce na nosie, _señores_?
Porfirio zaczął wołać:
– Malibran, to chyba jakiś cud... Mówiliśmy o zezowatym...
– I zezowaty przyszedł – rzekł Malibran. – Mówiliśmy o człowieku z brodawką na nosie...
– I brodawka przyszła.
– Mówiliśmy o cienkiej szyi...
– I szyja przyszła.
Dalsza rozmowa została brutalnie przerwana. Rozległ się łoskot wywracanych stołów i krzeseł, brzęk rozbitego szkła i wściekłe okrzyki napastników. Zgodnie z przyrzeczeniem danym Zefirio, Porfirio i Malibran nie wszczęli awantury ani żadnej bójki; zostali po prostu wciągnięci przez tamtych.ZMIANA
Dolores, szczelnie otulona czarną, koronkową mantylą, zbliżyła się do bramy więzienia i zapukała.
Czekała chwilę. Wreszcie usłyszała ciężkie kroki. Zgrzytnął klucz i ciężka żelazna brama uchyliła się. Księżniczka wślizgnęła się do środka i szepnęła do odźwiernego:
– Dziś o dziesiątej!
– Czego sobie życzysz, _señorita_?
– Dziś o dziesiątej wypuścisz więźnia.
– He, dlaczego by nie! Mogę wypuścić nawet zaraz, przynieś mi tylko rozkaz podpisany przez prokuratora, sędziego śledczego i księcia pana!
Teraz dopiero Dolores przyjrzała się uważnie strażnikowi i cofnęła się przestraszona. Nie znała tego człowieka. Był to inny klucznik.
– Gdzie jest tamten? – zapytała.
– Który „tamten”?
– Klucznik!
– Mój poprzednik? Nie ma go. Ja teraz jestem klucznikiem.
Dolores ochłonęła z pierwszego wrażenia. Zmienili człowieka przy bramie – pomyślała. Widać było, że ten o niczym nie wie. Trzeba będzie przekupić i jego.
Przybliżyła się do strażnika i szepnęła:
– Mam dla ciebie propozycję, strażniku.
– Nie wolno mi wysłuchiwać żadnych propozycji przy bramie!
– Zarobisz pięćset peso.
– Piękna sumka! A co mam zrobić za te pieniądze?
– Otworzyć bramę o dziesiątej i wypuścić więźnia.
– Aha, mam wypuścić więźnia? _Caramba_! Niezły interes! Pięćset peso za jedno przekręcenie kluczem. A w jaki sposób więzień opuści celę?
– Niech cię o to głowa nie boli. Wszystko zostało załatwione.
– To dziwne – mruknął klucznik. – Musiałaś porozumieć się z dozorcą, _señorita_. Nie rozumiem jednak, kiedy zdążyłaś z nim rozmawiać. Przecież objął swą funkcję dopiero przed godziną.
Zimny dreszcz wstrząsnął Dolores.
– Wartownicy również są inni?
– I wartownicy zostali zmienieni przed godziną!
Dolores westchnęła. Całą robotę należało zaczynać od początku. Weszła głębiej na więzienny dziedziniec.
– Stój, _señorita_! – zawołał klucznik. – Dokąd idziesz?
– Chcę porozumieć się z dozorcą!
– Wróć! Nie wolno rozmawiać z dozorcami!
Dolores wydobyła sakiewkę ze złotem.
– Dziękuję, _señorita_! Nie wolno mi przyjmować pieniędzy.
Dopiero teraz Dolores zorientowała się, że klucznik z niej zakpił. Zbliżyła się do bramy, mówiąc:
– Proszę mnie wypuścić!
– I tego mi nie wolno! Otrzymałem wyraźne polecenie wpuszczania każdego, lecz niewypuszczania go bez zezwolenia naczelnika więzienia.
– Nie masz prawa mnie zatrzymywać! – zawołała Dolores z rozpaczą w głosie. – Wypuść mnie natychmiast!
– I pójdę do celi na zgniłą słomę, _señorita_. Zazwyczaj chętnie ustępuję pięknym _señoritom_, lecz w tym wypadku, niestety, nie mogę. Otrzymałem wyraźny rozkaz zatrzymania _señority_, która zechce mnie przekupić.
„Zdradzono mnie” – pomyślała. – „Ktoś musiał mnie zdradzić!”
Klucznik wezwał jednego z wartowników i rzekł doń:
– Oto _señorita_, o której była mowa!
– Chodź, _señorita_, za mną! – zwrócił się do niej żołnierz. – Zaprowadzę cię do naczelnika więzienia!
Dolores poszła, nie stawiając oporu. Znała naczelnika więzienia osobiście i wiedziała, że ten dyskretny człowiek nie rozgłosi tego, co zaszło. Zresztą będzie musiał się liczyć z siostrzenicą wszechwładnego księcia.
Wartownik zaprowadził ją do kancelarii więzienia. Gdy tylko otworzyła drzwi, zbladła i znieruchomiała z przerażenia. W fotelu naczelnika siedział szeroko rozparty i uśmiechnięty don Alvarez…
Tymczasem klucznik przy bramie nadal pełnił swoją funkcję.
Gdy tylko Dolores wraz z wartownikiem zniknęli z jego pola widzenia, do bramy znów ktoś cicho zapukał. Klucznik otworzył. Do środka wsunęła się młoda kobieta otulona w czarną mantylę.
– Dziś o dziewiątej! – szepnęła i nagle cofnęła się przestraszona. Spostrzegła, że to był inny klucznik.
– Co o dziewiątej? – zapytał strażnik, siląc się na uprzejmy uśmiech.
– Gdzie jest tamten odźwierny? – zapytała Mercedes. – Dlaczego nie widzę go tutaj?
– Wyjechał, _señorita_, do krewnych na wypoczynek. Biedak był przepracowany... Otwierać ciężką furtę trzy czy cztery razy dziennie to było zbyt wiele dla niego!
Nie zorientowała się, że strażnik drwił.
– Nic mi nie mówił, że wyjedzie! – rzekła zmieszana.
– Zapomniał widocznie, _señorita_!
Mercedes zastanawiała się przez chwilę. Spojrzała badawczo w oczy strażnika, lecz nic w nich nie wyczytała. Wreszcie zdobyła się na odwagę:
– Słuchaj, _señor_, dam ci możliwość zarobienia dwustu peso.
– Ładna sumka!
– Więc chcesz zarobić te pieniądze?
– Kto by nie chciał?
– Zarobisz je bez trudu. Otworzysz furtę o dziewiątej wieczorem i nie będziesz się zbytnio przyglądał temu, kto o tej porze opuści mury więzienia!
– To nie będzie takie łatwe! Są dwaj wartownicy!
– Ci są z nami!
– Zmieniono ich przed godziną.
– Wszyscy czterej są z nami!
– Źle mnie zrozumiałaś, _señorita_. Zmieniono wszystkich czterech. To są nowi ludzie. I dozorca celi również został zmieniony!
Mercedes milczała. Ogarnął ją niepokój. Zrozumiała, że coś wisi w powietrzu. Przysunęła się do furty.
– Proszę mnie wypuścić – rzekła.
– Niestety, nie mogę, _señorita_. Otrzymałem rozkaz niewypuszczania nikogo.
Powtórzyła się ta sama historia co poprzednio. Klucznik wezwał wartownika i biedna Mercedes musiała pójść za nim do naczelnika więzienia.
– _Caramba_! – mruczał klucznik. – Siedemset peso mógłbym zarobić w ciągu pięciu minut. Gdyby nie ten przeklęty Don Alvarez, który śledzi mnie przez okno, wypuściłbym za te pieniądze dziś wieczorem na wolność pół więzienia.TEN TRZECI
Zefirio na próżno oczekiwał powrotu Dolores. Wreszcie, zniecierpliwiony, opuścił pałac, kierując się do gospody „Pod białą czapką”.
W oddali stał powóz. Ulicę zapełniał tłum, który się czemuś przyglądał.
– Do licha! – zaklął Zefirio. – Dam głowę, że moi przyjaciele są powodem tego zbiegowiska!
Puścił się biegiem i wpadł pomiędzy zebranych gapiów. Przecisnął się w ciągu jednej chwili i stanął w otwartych drzwiach. Karczmarz schował się pod bufetem. Podłoga była zasłana odłamkami szkła i skorupami talerzy. Wszystkie stoły były powywracane, a po sali uganiało się pięć demonów.
Zefirio ogarnął sytuację. Jacyś trzej szlachcice ze szpadami atakowali z furią jego przyjaciół, a Porfirio i Malibran byli bezbronni. Jedyną ich osłoną były krzesła, które trzymali w rękach. Zasłaniali się nimi dość zręcznie. Szpady cięły powietrze, lecz ich ostrza zawsze napotykały na siedziska krzeseł.
– Zapłacicie oberżyście za krzesła, _señores!_ – mówił Porfirio. – Zrobiliście z każdego krzesła przetak.
– Zaraz z ciebie również zrobię sito! – ryknął szlachcic w odpowiedzi, podwajając zaciekłość ataku.
Zefirio wpadł pomiędzy walczących.
– Stój! – krzyknął. – W imieniu księcia rozkazuję wam się zatrzymać!
W podobnych wypadkach słowo „książę” działało jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Zefirio wiedział o tym i nie odmawiał sobie tej przyjemności. Ułatwiało mu to znakomicie zadanie i nic go nie kosztowało.
– Co się tu dzieje? – zapytał, wodząc groźnie oczami.
– Kto jesteś, że występujesz w imieniu księcia? – zapytał zezowaty jegomość. – Jakim prawem wtrącasz się do spraw, które cię nie obchodzą?
– Dowiesz się, gdy noc spędzisz w twierdzy! – odparł Zefirio, prostując się dumnie. – Jestem nowym adiutantem księcia!
– Tak, to adiutant księcia Ramida! – potwierdził Porfirio. – Sam widziałem, jak grał dziś z księciem w bilbokiet!
– Który z was zaczął? – zapytał surowo Zefirio. – Muszę wiedzieć, który z was zostanie ukarany!
– Siedzieliśmy spokojnie i rozmawialiśmy, _señor_ – relacjonował Porfirio. – Rozmawialiśmy o tym i owym, nie zwracając najmniejszej uwagi na tych _señorów_... Nagle jeden z nich...
– Przepraszam... – przerwał dworzanin z czerwonym nosem.
– Milczeć! – huknął Zefirio. – Niech jeden mówi!
– Otóż jeden z nich – ciągnął dalej Porfirio – skoczył ku nam, klnąc straszliwie, wywrócił wszystkie butelki, po czym wszyscy trzej rzucili się na nas, nie podając powodu! Nie wiem, _señor_, kim są ci ludzie, lecz sądzę, że to uciekinierzy z domu wariatów!
– Słyszysz, _señor?!_ – wrzasnął dworzanin z czerwonym nosem, chwytając za szpadę. – Słyszysz? Znów nas obraża!
– Żądam, byście się uspokoili, _señores!_ – zawołał z godnością Zefirio. – Teraz proszę, niech ten _señor_ mówi!
Czerwononosy odchrząknął i, namiętnie gestykulując, zaczął mówić:
– Wszystko to nieprawda, co ten oskubany powiedział...
– Co, oskubany? – wrzasnął z kolei Porfirio. – Słyszysz, _señor_? Ubliża mi ten szlachetka z piwonią pośrodku twarzy!
– Cicho! – zawołał Zefirio. – Nie przerywać mu, niech mówi!
– Ja mu tego nie daruję! – ryknął szlachcic, wyciągając szpadę z pochwy. – Niech zginie w podziemiach twierdzy, ale tej piwonii nie puszczę płazem... Do mnie, towarzysze!...
Zefirio wyciągnął pistolet z kieszeni.
– Nie ruszać się z miejsca! – zawołał. – Ja tu jestem sędzią i ten, który zacznie, dostanie kulę w łeb! Schowaj szpadę i opowiadaj dalej... Za owe obelgi zostanie odpowiednio ukarany, możesz być spokojny, _señor_.
Dworzanin schował szpadę i zaczął opowiadać:
– Siedzimy spokojnie, aż tu słyszę, jak ten chudy drwi z mojego nosa.
– W jaki sposób? – zapytał Zefirio.
– „Człowiek z czerwonym nosem” – powiada – „nie powinien żyć na świecie. Powinien popełnić samobójstwo”.
– Tak powiedział? – zdziwił się Zefirio.
– Dosłownie.
Zefirio surowo zmarszczył brwi i zwrócił się do Porfiria:
– Przesadzasz, _señor_. Ten człowiek ma rację. Nie popełnia się samobójstwa z powodu zbyt jaskrawego koloru jakiejś części twarzy. Co najwyżej nie powinno się wychodzić z domu.
– Przyznaję ci słuszność, _señor_ – odpowiedział ze skruchą Porfirio.
– Zostaniesz ukarany za to, że przesadzasz. Jedna sprawa załatwiona! – powiedział Zefirio i zwrócił się do zezowatego: – Teraz ty opowiadaj, _señor_.
– Było tak... Siedzieliśmy spokojnie...
– Słyszałem, że siedzieliście spokojnie. Do rzeczy – w jaki sposób ci ubliżył?
– Powiedział, że powinienem dać sobie wybić jedno oko, żeby nikt nie poznał, że zezuję.
– Jesteś niepoprawny, _señor_! – zawołał surowo Zefirio, zwracając się do Porfirio. – Czy nie wystarczy, gdy jedno oko przewiąże się kawałkiem materiału?
– Zupełnie wystarczy, _señor_ – przyznał z pokorą Porfirio.
– Twoja wina się powiększa... Następny niech opowiada.
– O mnie powiedział, że mam zbyt długą szyję i powinienem ją sobie związać na supeł.
– Co? Na supeł?! – zawołał oburzony Zefirio. – To zgroza... W jaki sposób połykałbyś wino i inne napoje? Ten człowiek, jak widzę, to niebezpieczny przestępca: swoimi radami nie dopomaga bliźnim, lecz raczej im szkodzi!
– Wybacz mi, _señor_! – odezwał się Porfirio. – Nie wiem, jak inaczej powinienem poradzić człowiekowi, który ma głowę osadzoną zbyt daleko od ramion.
– Żyrafa ma głowę jeszcze wyżej, a jednak nie widziałem, żeby sobie szyję wiązała na supeł. Wystarczy, jeśli człowiek podniesie ramiona jak najwyżej, i już wszystko jest w najlepszym porządku. Ale dosyć tego... Marsz za mną do twierdzy.
Wyszedł, a za nim podążyli Porfirio i Malibran. Trzej dworzanie pozostali na swoich miejscach, spoglądając na siebie wzrokiem pełnym przykrego zdumienia. Nic a nic nie zrozumieli z tego wszystkiego.
Gdy powóz był już daleko, odezwał się wreszcie mężczyzna o czerwonym nosie:
– He, coś mi się wydaje, że ten sędzia też z nas zakpił.NIESPODZIEWANE SPOTKANIE
Kiedy Mercedes, w towarzystwie wartownika, weszła do kancelarii naczelnika więzienia, jej wzrok padł na dwie siedzące postacie. Poznała mężczyznę i zatrzęsła się z przerażenia. Nigdy by nie przypuszczała, że zobaczy go w tym miejscu. A gdy kobieta w czarnej mantyli odwróciła się do niej profilem, Mercedes rozpoznała siostrzenicę księcia Ramida.
– Co ty tu robisz, _Dolores_? – zawołała Mercedes, przerażona.
– A co ty tu robisz? – przestraszyła się również _Dolores_.
Don Alvarez siedział w fotelu naczelnika więzienia i uśmiechał się ironicznie.
– Dlaczego nie zapytacie, moje piękne _señority_, co ja tu robię? – rzekł z sarkazmem.
Obie milczały przygnębione, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Don Alvarez wstał, ukłonił się wytwornie i ciągnął dalej:
– Co do mej osoby, łatwo mi będzie się wytłumaczyć. Dobiegła mnie wieść, że ktoś przekupił straż więzienną. W jakim celu? Proste – by ułatwić ucieczkę jednemu z więźniów. Miała to być jakaś kobieta. Jako dowódca wojskowy Aragonii nie mogłem przecież zezwolić, by więzień uciekł, choćby nawet ze względu na szacunek dla płci pięknej. Zastąpiłem więc chwilowo naczelnika więzienia, wydając jednocześnie rozkaz, by mi przyprowadzono ową _señoritę_, gdy się zjawi w bramie. Czekałem niecierpliwie i cóż widzę? Zamiast jednej – aż dwie przedstawicielki pierwszych rodów starej Hiszpanii!...
Odetchnął, po czym zapytał znienacka:
– A więc która z was chciała uwolnić Zorro?
_Dolores_ i Mercedes spojrzały sobie w oczy.
– Milczycie? – rzekł don Alvarez, wstając. – Ha, trudno, widocznie dozorca się omylił! Nie będę was zatrzymywał, moje _señority_... Pozwólcie zatem, że was odprowadzę! Wystarczy mi, że wiem wszystko.
Wyszli z kancelarii i przeszli przez dziedziniec. Po drodze don Alvarez mówił z uśmiechem, który nie schodził z jego suchej twarzy:
– Rozumiecie chyba, moje urocze _señority_, że gdybym chciał, mógłbym zgubić was obie. Przekupstwo strażników więziennych, ho, ho, to nie lada przestępstwo i zwykły śmiertelnik nie wykpiłby się tak łatwo z tej sprawy... Ale _señora Dolores_ nie jest zwykłą śmiertelniczką, podobnie jak _señorita Mercedes_, córka generała Borragi... Oczywiście, nie bardzo uśmiecha mi się skandal towarzyski, jaki mógłbym wywołać wśród najwyższych sfer Hiszpanii. Toteż będę milczał, ale... – tutaj urwał i spojrzał znacząco na Dolores – ... ale nie za darmo...
Dolores wzruszyła ramionami. Odzyskała już zimną krew.
– Jakiej zapłaty żądasz za milczenie, _señor_? – zapytała, zwracając się doń.
Pułkownik nie odpowiedział. Udał, że nie słyszał pytania. Zbliżył się do odźwiernego i wydał rozkaz cichym głosem. Klucznik otworzył furtę i przepuścił obie dziewczyny, którym towarzyszył don Alvarez.
– A teraz pozwólcie, moje panienki, że je pożegnam! Mam wiele spraw do załatwienia. Księżniczko! – zwrócił się do Dolores. – Ośmielę się złożyć ci wizytę jutro przed południem. Sądzę, że zostanę przyjęty!
Skłonił się uprzejmie i oddalił. W swym roztargnieniu zapomniał, że zostawił wierzchowca w stajni więziennej. Powrócił więc i zapukał do bramy.
Klucznik otworzył drzwi i don Alvarez wszedł z powrotem do więzienia. Niebawem do bramy znów zapukano.
– Czwarta wizyta w ciągu godziny – mruknął klucznik. – Jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie zmienić zawiasy.
Uchylił drzwi i rzucił opryskliwie:
– Do kogo i po co?